Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 558 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cicha przystań - Marta Mizuro

Zuza, pracowniczka prokuratury zostaje wysłana na przymusowy urlop, który postanawia spędzić w Mokrowie, malowniczo położonej pojezierskiej miejscowość letniskowej. Życie Zuzy nie układa się najlepiej, jest przepracowana, ma kłopoty z mężczyznami, nie może uwolnić się od toksycznej matki, a w dodatku pewna rzecz nie daje jej spokoju… Rok temu w tajemniczych okolicznościach nad mokrowskimi jeziorami zginęła jej przyjaciółka Baśka. Choć powiedziano jej, że Baśka utonęła, Zuza nie może w to uwierzyć, bo Baśka, była świetną pływaczką. Od momentu przyjazdu Zuzy do Mokrowa, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, Zuza nabiera coraz większych podejrzeń, że za śmiercią przyjaciółki stoi jakiś mroczny sekret…

Marta Mizuro (ur. 1970) – krytyk literacki. Laureatka Nagrody im. Ludwika Frydego, przyznawanej przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Krytyki Literackiej (2002). Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Od 1996 do 2000 r. współpracowała z "Telewizyjnymi Wiadomościami Literackimi'", emitowanymi w na antenie TVP 2. Od 2001 do 2004 r. była redaktorką zawieszonego obecnie wrocławskiego Tygodnika Internetowego TIN. Regularnie publikuje recenzje m.in. w FA-arcie, Nowych Książkach, Przekroju, Zwierciadle, a także na łamach portalu Polskiego Radia. pracuje w miesięczniku „Odra” i prowadzi rubrykę książkową w „Zwierciadle”, była członkiem jury Nagrody Wielkiego Kalibru. Mieszka we Wrocławiu.

Opinie o ebooku Cicha przystań - Marta Mizuro

Fragment ebooka Cicha przystań - Marta Mizuro

MARTA

MIZURO

CICHA PRZYSTAŃ

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Głośne trele ptaków zdają się mówić, że tylko do nich należy przebudzona ze snu przyroda. To tak, jakby ptaki, żyjąc wysoko wśród drzew, były jedynymi świadkami pierwszych słonecznych promieni. Wydaje się wówczas, że reszta leśnych mieszkańców układa się jeszcze leniwie w swoich kryjówkach, czekając, aż wiosenne ciepło rozgości się już na dobre. To jednak pozory. Uważny obserwator nie przeoczy małych dziczków czy cętkowanego koźlaka, które pod czujnym okiem mamy poznają las.

Cztery pory roku – Wiosna.

Tablica w lesie. Zachowano oryginalną pisownię.

czerwiec–lipiec 2010

Nie wiem, ile czasu archeologowie grzebali pod Placem Wolności. Ale przynajmniej siedzieli cicho, w przeciwieństwie do budowlańców, którzy się w ogóle nie certolili. Dla nas i dla tych z ceglarni, oznaczało to długą mordęgę. Fosa dzieląca plac od ulicy ani trochę nie chroniła przed hukiem tych wszystkich maszyn. Stawiali największą salę koncertową w kraju, a to musi potrwać. Nie chciało mi się dociekać, czy rzeczywiście taką wielką, czy tylko dostosowaną rozmiarami do wrocławskiego zadęcia, na które dawno machnęłam ręką. Największe to, najpiękniejsze śmo, najwspanialsze owo. Jeszcze trochę przechwałek, a coś przyjdzie i rozjebie „miasto spotkań”. Zresztą Odra próbowała już dwukrotnie. Niby w tym roku szkody wyrządziła mniejsze, ale co znak ostrzegawczy, to znak.

Pierwszy raz widziałam takie dziwne maszyny. Jak gigantyczne dziadki do orzechów. Nie musieli przecież przebijać się przez skały. Wszyscy wiedzieli, że po Festung Breslau na placu był cmentarz. Ale może trupy, które już dawno stamtąd ekshumowali, nie leżały tak głęboko, jak ci od forum potrzebowali się dokopać. Cokolwiek tam tkwiło, jazgot nie do zniesienia. Przez tę budowę na Podwalu i Sądowej zrobiło się jeszcze ciaśniej niż zwykle, dlatego odkąd zaczęli, do pracy jeździłam tramwajami. Od siebie z Lotniczej miałam kilka do wyboru, więc droga do centrum zajmowała mi góra dwadzieścia minut, odpadało stanie w korkach i polowanie na miejsce do parkowania.

Rozprawę wyznaczono na dziesiątą. Starałam się nie dopuszczać do siebie myśli, że ten kutas Rybicki ze szczerze oddanym mu chujem Kanarkiem znowu coś wymodzą i będzie kolejne odroczenie. Które już? Przestałam liczyć. Brakowało mi też pomysłów, czym się jeszcze mogą wyłgać. Jeden lepszy od drugiego. Wolałam przystopować z optymizmem. A i Stary się nie spieszył z ujawnianiem przeczuć, chociaż tyle mi okazał miłosierdzia.

– No i czego trąbisz, baranie jeden, jedź, nie? – oburzyłam się bez sensu.

Palant w renówce i tak nie omieszkał pokazać, co sądzi o stanie mojego IQ. Też mnie czasem piesi wnerwiali, więc tak z pełnym zrozumieniem skomentowałam, wycofując się w ostatniej chwili na chodnik. Zielone dla kierowców. Oj, bo jeszcze sobie krzywdę zrobię przez to zakręcenie. Czekałam grzecznie, aż przewali się fala samochodów i niemal w jednej chwili zobaczyłam ich obu. Prokurator Rumel, zwany przez nas Starym, nadchodził od placu Legionów, charakterystycznym, kołyszącym się krokiem, machając swoją aktówką, z tych w spadku po pradziadku. Prostopadłą drobił zaś Kanarek. Stary zobaczył swojego odwiecznego rywala i podniósł rękę w powitalnym geście. Adwokat albo nie zauważył, albo tylko udawał, że nie widzi, choć, doprawdy, Starego trudno przeoczyć. Chyba jednak się nie zgrywał, bo pochłonięty był rozmową przez telefon. Światło się zmieniło, odruchowo wyrwałam do przodu, by po raz kolejny przekonać się, że jakieś kompletne bezmóżdże zaplanowało sygnalizację na Podwalu. Prawie przebiegłam przez pasy, ale i tak nie zdążyłam przed czerwonym dla pieszych. Pięć sekund?! Babina z osteoporozą nie miała szans. A to przecież zaraz obok komendy, i co? – pasuje im?

Cokolwiek zdyszana przyhamowałam tuż przed nosem tego wypierdka. Staremu sięgał do pasa, a mnie do ramienia. Nie wypadało mu dalej rżnąć półślepego czy wmawiać potem, że pomylił mnie z drzewem. No, mógłby, poświęciłam się dziś i wdziałam platformy, dodające mi całe dwanaście centymetrów. Tyle mojej wyższości, jeśli znowu... Eee, nie, Zuzka, nie trać optymizmu. I nie przejmuj się tą zadowoloną z siebie mordą. Nie przerywając rozmowy przez komórkę, szarpnął mnie za rękę, by złożyć na niej zwyczajowy cmok. Bardzo wilgotny. Znowu się, kurwa, spóźniłam. Najchętniej poklepałabym karzełka po głowie, a przy okazji się wytarła, ale już dobił do nas Stary. Mocno ścisnął mi dłoń, międląc pod nosem „witaj”, pewno pomyślał, że ze stresu taka mokra. Mniejsza o jego odczucia.

– Spokojnie, spokojnie, złociutka, panujemy nad sytuacją. Czekam na panią jutro o dziesiątej, do widzenia. – Ryszard Kanarek zakończył wreszcie telefoniczną debatę. Niezły aparacik, musiał wyrzucić na niego równowartość raty mojego kredytu. Albo dwóch rat.

– Widzę, że pan mecenas prowadzi kancelarię na ulicy – powiedział mój szef.

– Aaa, Tadziu, spokoju nie dadzą człowiekowi. Od świtu do nocy głowę zawracają, że niby za mało robię. Najchętniej rzuciłbym wszystko w diabły i gdzieś pojechał. Ale cóż robić...

– Może jednak choć parę tygodni urlopu? – zaproponował Stary, nie wiedzieć czemu patrząc przy tym na mnie. To jakaś aluzja? Na wszelki wypadek wgapiłam się w swoje buty.

– Później, później. Syn akurat zmienił pracę, a przydałby mu się nowy dach... Wszystko na głowie starego ojca, ale co ja tu wam będę opowiadał... Sama pani zobaczy, pani Zuziu, jak już pani poczuje wolę bożą. Najwyższy czas chyba, ja przepraszam, że tak... Małe dzieci, mały kłopot, duże... i tak dalej.

Wola boża, najwyższy czas, pani Zuziu. Idź w cholerę, dziadu jeden.

– Spóźnimy się – stwierdziłam sucho.

– Mamy jeszcze kwadrans – uspokoił szef. Za jego zegarek na allegro daliby najwyżej dychę. Inna rzecz, że Stary nie jest typem gadżeciarza. Właściwie to pod togą ukrywa najuczciwszą bidę. Zwykle przebiera się w domu, ale dziś sobie odpuścił. Nie dziwię się. W sumie mi też niespieszno do wdziewania na siebie wełnianego wora, który swoje waży. Teraz to jeszcze pół biedy, nasze stare mury chłodzą jak klimatyzacja, ale kiedy dojdzie do trzydziestu stopni... Wypróbuję ten żel po opalaniu z efektem chłodzącym. Jeśli przez pół godziny da się normalnie myśleć, to super.

Zanim rozeszliśmy się do swoich komnat, sondująco zerknęłam na minę Kanarka. Nic, Sfinks. Szybko przeszła mu radocha z potraktowania mnie Zuzią. Zuzia, lalka nieduża, umysłowo nie podskoczy takiemu geniuszowi. Jeszcze zobaczymy. Bardziej zaniepokoiło mnie to, że na twarzy mojego szefa malował się ten sam brak wyrazu.

Z trudem wytrzymałam do końca, czyli do ogłoszenia przez sędziego Izbickiego terminu kolejnej rozprawy. Za miesiąc. Niby nie finał, ale już po zawodach. Nie wierzyłam, że Kanarek nie wynajdzie czegoś, co mu pozwoli przedryfować przez pozostałe dziesięć dni i wycyganić trzy latka w zawieszeniu. Już widzę Rybickiego, jak przez trzy lata pielęgnuje skalniakw swojej wypasionej rezydencji. Skurwysyny, no! Nie chcąc się rozsypać na ich oczach jak ostatnia debilka, zastanawiałam się, czy przy klimakterium fala gorąca wali przez sekundę, czy rozlewa się podstępnie jak powódź, a ty spływasz potem od czubka głowy po stopy. Zostało mi jeszcze kupę czasu, żeby się przekonać, ale i tak musiałam zdjąć z siebie to dziadostwo. Co za idiota wymyślił, że ma być z wełny? I jeszcze pozbieranej w kontrafałdy, całe trzynaście. Wyrwałam z sali rozpraw, jakbym nie była cała spocona, tylko się paliła.

Dwie możliwości do wyboru: albo pójdę na to jebane przejście, stanę na środku i poczekam, aż mnie ktoś rozjedzie, albo wyżyję się na Joli. Siebie było mi w tej chwili bardziej niż bardzo żal, więc ruszyłam do sekretarki Starego, która i dla mnie coś czasem łaskawie robiła. Kraina łagodności pierdolona. Fakt, bywała pożyteczna, ale miałam na nią alergię. Tak, tego mi było trzeba. Sobie na nią powrzeszczeć.

Nie przewidziałam jednak, że najpierw pocałuję klamkę.

Gdzie pinda polazła? I czemu znowu nie wzięłam kluczy? Bo ona zawsze jest, a klucze nie wiem, gdzie ciepnęłam. No nic, kiedyś skończy plotkować z Kasią stenotypistką. Przejechałam obcasem po wyfroterowanej posadzce. Niemiłosiernie długi ten korytarz, więc mają co szorować. Tak dzień w dzień. Było jeszcze wcześnie, więc setki przewijających się tu klientów nie zdążyły nanieść kurzu. I ogólnie, przygnębiająco jakoś. Aż dziw, że dla rozweselenia nie wrzepili nam jeszcze żadnego krasnala. Sprawiedliwka, Uczciwka albo coś tam. Że niby sąd gorszy od innych magicznych miejsc?

– Och, przepraszam najmocniej. – To ona. Ramię w ramię ze Starym. Teraz na pewno nici z awantury, chociaż prokurator Rumel też mi jest coś winien. Może mnie łaskawie oświeci?

– Przecież ma swoje klucze – mruknął cicho, ale tak, żebym usłyszała. Zorientował się chyba, że jednak nie powinien się teraz wyrwać z tego rodzaju uwagami. Ani grać przede mną zbitego psa, bo mogłabym się jeszcze bardziej wnerwić.

– No to czekam – ni to pogroziłam, ni zachęciłam.

Jola otworzyła drzwi i pierwsza wparowała do środka. Tyle razy ją przepuszczał, że sobie wreszcie wdrukowała właściwą kolejność do mózgu, czy tego, co tam ukrywa pod blond bobem. Jej wrodzona usłużność zapewne srodze cierpiała z tego powodu. Ale Jolanta Baziak-Ciachorowska była przede wszystkim kobietą i żadną tam, broń cię panie boże, feministką. Wsunęłam się z nią, choć wolałabym się znaleźć za plecami Starego.

– Pani Jolanto, zrobi nam pani kawy? – Rumel położył na stoliku stertę trzymanych pod pachą akt.

Jasne, zacznijmy dzień jak każdy szanujący się urzędnik państwowy: kawusia i pogadusia. Tamto potraktujmy jak falstart. Ale ja wciąż czekam, żachnęłam się. Żeby sobie jednak nie pomyślał, że odpuściłam, stałam twardo na środku królestwa sekretarki i nie zamierzałam się stamtąd ruszać, aż wreszcie się zdecyduje.

– Chodź, Zuzanna. – Szef otworzył swój gabinet, a kiedy wlazłam, wydał z siebie ciche westchnienie. Nie zamierzałam mu niczego ułatwiać. W dobiegający z ulicy jazgot wdarł się sygnał karetki, co dało mu jeszcze chwilę. Podszedł do okna i zatrzasnął je, po czym oparł się o parapet. Sprytne, nie musiał patrzeć mi w oczy.

– Posłuchaj... Wiem, ile pracy w to włożyłaś i naprawdę... ciężko mi powiedzieć, ale... No, krótko mówiąc, wraca Darek i...

– ...i przejmuje sprawę – dokończyłam, znów czując uderzenie gorąca.

– Tak, bo ty za bardzo się tym przejmujesz. Zbyt emocjonalnie podchodzisz.

– Rozumiem, że było za mało czasu na wymyślenie jakichś ciekawszych argumentów?

– Nie, to nie tak. Doceniam twoje zaangażowanie, tylko wolałem uprzedzić fakty.

Nie mogłam znieść tego, że Stary gapi się w tej chwili na moje plecy. Przekręciłam się na krześle i ściągnęłam jego wzrok.

– Chyba rzeczywiście nie powinienem w ogóle brać do pomocy kobiety. Ty właściwie nie miałaś cienia wątpliwości, a nie tędy droga. I jestem pewien, że tak samo byłoby z Elą czy Marysią. Żadna z was nie umiałaby spojrzeć na sprawę obiektywnie. Na chłodno.

– Wątpliwości to specjalność Kanarka, o ile się nie mylę, a nie prokuratora.

– Niezupełnie. To znaczy dajmy teraz spokój Kanarkowi.

Ile razy to już przerabialiśmy?

– Chodzi o coś innego. Idziesz jak czołg, i właśnie dlatego nie widzisz, co on wychwytuje, a potem wykorzystuje przeciwko nam.

– Jak czołg – powtórzyłam.

– Tak. – Bardzo się starał brzmieć przekonująco. – Myślę, że po prostu jesteś przemęczona.

– Yhm, po prostu. Tylko dlaczego jakoś panu nie wierzę?

Zdjął okulary i przez chwilę przecierał szkła rąbkiem togi. I znów odwrócił się do okna. Szlag.

– Rysiek miał zamiar złożyć wniosek o wyłączenie cię ze sprawy. Odwiodłem go od tego, cudem. Sama wiesz... To byłby twój drugi raz.

– Rozumiem. – Co miałam nie rozumieć.

– Jak ci już powiedziałem, wolałem uprzedzić fakty.

– Czyli dogadał się pan z nim, żeby chronić mój zagrożony tyłek.

Brzęcząc zastawą, do pokoju wparowała Jola. Nie omieszkała posłać mi zdegustowanego spojrzenia. W ogóle nie muszę się wysilać, żeby ją zgorszyć, wystarczy trzasnąć po uszach zwyczajnym tyłkiem. Nie ma to jak wyczucie chwili, maleńka.

– I najlepiej byłoby, żebym na jakiś czas wywiozła tę moją newralgiczną dupę daleko od Sądowej, dobrze kombinuję?

Stary już dawno się uodpornił:

– Właśnie. Nie pytam, ile masz zaległego urlopu, bo wiem. Mogę prosić, pani Jolu?

– Cukier? – zdziwiła się. – Przecież przyniosłam.

– Nie, podanie pani Bylińskiej.

– Szkoda że się nie domyśliłam – stwierdziłam. – Pospałabym dziś dłużej. Przecież powinnam odpocząć, obiektywizmu nabrać.

– Błagam cię, Zuza...

Baziakowa uwinęła się błyskawicznie. Na jej wąskich, pociągniętych różowym błyszczykiem ustach rozlał się współczujący uśmiech. Może była kiedyś fanką serialu Północ–Południe, w każdym razie odgrywała właśnie jebaną Konstancję, żonę tego tam, co walczył po stronie Północy, samą dobroć i miłosierdzie, którą szczęśliwie uśmiercono w 73. odcinku, zapewne na prośbę widzów, co na jej widok rzygali już jak korpus Jankesów po spożyciu nieświeżej makreli. O paradoksie, po fali obrzydzenia, jaka po mnie spłynęła, nagle wszystko zaczęło mi zwisać. Okej, chcą się pozbyć Zuzy, nie ma sprawy. Podpisałam wniosek o urlop. I żebym się przypadkiem nie rozmyśliła, Jola natychmiast zgarnęła papier ze stołu. A jednak wyłapałam w oczach suki błysk tryumfu. Podniosłam się z krzesła.

– Przydam się jeszcze do czegoś czy już mogę iść?

– Idź, dziecko. I ...odpocznij zdrowo.

– Postaram się. – Nie odwzajemniłam uśmiechu. – Wie pan, nawet się cieszę, że nie ja będę musiała przekazać smutną wiadomość rodzicom tej dziewczyny.

W pobliżu sądu mieściło się kilkanaście biur podróży. Mogłabym wpaść do pierwszego z brzegu i wytargować cenę pod pretekstem, że piętro wyżej biorą mniej. Ale dzisiaj pałowanie się z kolejną przesłodzoną panienką mnie przerastało. Jedyne, na co miałam ochotę, to sen. Walnę się na godzinkę czy dwie. A nuż obudzę się, myślałam, i w radiu powiedzą, że ptasia grypa wybiła wszystkie kanarki. W dupie mam kanarki i te dwie mendy, tylko tej biduli mi ciągle szkoda. I co to pomoże?

Wyszłam z sądu i ruszyłam na przystanek. Znaczy, przez pasy oczywiście przetruchtałam, ze świeżo nabytą chęcią do życia. Kiedy niebezpieczeństwo minęło, zwolniłam, oparłam się o barierkę i wpatrzyłam w kożuch z glonów i śmieci, pływający na powierzchni wody w starym kanale. Niby dużo tego nie było, ale mogliby sprzątnąć. Po drugiej stronie ulicy zasadzili w fosie nenufary. Zmrużyłam oczy, odczekałam, aż czerwone światło zatrzyma ruch, by zobaczyć, czy zakwitły. A raczej czy jeszcze w ogóle tu rosną. Tak, są liście i coś kolorowego na powierzchni, choć z odległości stu metrów trudno odróżnić, czy to płatki, czy tylko plastikowe syfy, które wplątały się w łodygi.

Trójka jechała prawie pusta, więc klapnęłam na miejsce dla niepełnosprawnych. Z mocnym postanowieniem, że jakby co będę ignorować, biorąc przykład z młodszej młodzieży. Ale raczej konkurencji nie miałam, to jeszcze nie godzina szczytu. Niedługo z miasta wymiecie studentów, staruszki ograniczą wyjścia do apteki, żeby nagle nie zejść, i wreszcie zapanuje luz. Szlag by, mnie niby też ma wymieść. Teoretycznie żaden przymus, mogłabym na ten miesiąc zalec w wyrze, zapuścić wentylator i oglądać powtórki Dr House’a, bo zwykle brakuje mi czasu. Nie, to zły pomysł, trzeba się ruszyć. Strasznie dawno nigdzie nie byłam... Pięć lat co najmniej i gdyby nie zapobiegliwość Starego, musiałabym doliczyć ten rok. Może i dobrze, może po coś, ale dlaczego czuję się, jakby ktoś mi wyciął jedno płuco?

Wysiadłam przy Astrze, bo uprzytomniłam sobie, że w lodówce ostało się z pół majonezu i otwarty przed tygodniem słoik oliwek. Bezwiednie wrzucałam prowiant do koszyka i nagle, jak jakaś durna, zaczęłam wszystko wykładać znowu na półki. Przecież wyjeżdżam, po diabła tyle żarcia? Tylko jak, kiedy? Nie wiadomo, czy od ręki załatwię nocleg. I muszę kupić klapki, czy coś tam.

Numer i adres powinnam gdzieś mieć. Najpierw się upewnię, że jest miejsce, a resztę załatwię potem. Wyszłam ze sklepu i sięgnęłam po telefon. Zero połączeń. Śmieszne. Dziwne. Nikt niczego ode mnie nie chce. Czy to tylko przymusowy urlop, czy może niechcący podpisałam wymówienie? Eh, bez jaj. Po prostu nie miałam żadnego porównania, bo do tej pory wszystko grało i buczało. No, w miarę. Nawet kiedy nie miałam dyżuru, spałam płytko i czujnie jak zwierzę, gotowa poświęcić każdą noc. Może jednak Stary nie miał do końca złych intencji?

– Dzień dobry. – Dziębowska tkwiła jak zwykle na okiennym posterunku. Nie czekała, aż omiotę jej strażnicę wzrokiem, jakby się już zorientowała, że z premedytacją tego nie robię, bo przecież wiem, że tam siedzi. Zdaje się, że do kościółka latała, ale jedzenie chyba musiała wciągać do domu koszem spuszczanym z okienka. Zresztą, co ja tam wiem, mam zero czasu na podglądanie sąsiadów.

– Coś pani wcześnie dzisiaj – zagaiła zachęcająco. Ani chybi gołębie poleciały srać na inne podwórko i musiała się kobiecina setnie nudzić.

Ograniczyłam się do burknięcia, że dobry, bo bym jeszcze coś palnęła i dała jej dodatkowy powód do wzmożenia czujności. Niby czuła pewien respekt, odkąd zobaczyła mnie kiedyś w wozie patrolowym, wracałam z jakichś oględzin, a samochód stał w warsztacie, ale nie miała żadnych danych, z których mogłaby ukręcić teorię na temat, jaką to ma się ważną sąsiadkę. Niech trwa w przekonaniu, że jestem zwyczajną chamką, kij z tym. W sumie większy byłby z niej pożytek, gdyby dorwała tego, kto ciągle, kurwa, pali w windzie. Osiem pięter w smrodzie i moja chęć ucieczki jeszcze się ugruntowała.

Nie, nic z tego. Nie da się hop-siup zmienić mieszkania, co rozważałam dzień w dzień, odkąd się tu wprowadziłam. To nie był dobry wybór, jasne, ale po rozwodzie nie miałam kasy na nic lepszego. Mogłam przycisnąć dupka, moi koledzy pukali się w czoło, kiedy poddałam się bez walki, ale ja tylko chciałam jak najszybciej mieć sprawę z głowy i więcej go nie oglądać. W zasadzie się przyzwyczaiłam do lokum, któremu daleko było do małego, białego domku. Jak do wszystkiego, co martwe i nie pyskuje, rzadko przychodziło mi na myśl, że to pielęgnowanie bylejakości jest ździebko chore.

Tylko z jednym nie mogłam się wciąż pogodzić. Że w tak chujowym momencie ona mi nie pomoże. Dlatego wciąż nie miałam siły wykasować jej numeru z komórki. Trzymałam go na takie właśnie sytuacje; na wszystkie „muszę pogadać z Baśką”. Choćby o świcie, gdy tradycyjnie przesadziłam z chlaniem na imprezie i mogłam na przemian dukać „Bacha, Bacha”, popłakiwać lub rzucać wymęczonymi kurwami. Nie można opuszczać kogoś, kto pozwala się katować o czwartej nad ranem pod koniec grudnia. I nigdy pierwszy się nie rozłącza. Się nie rozłączał.

Dopiero po śmierci Baśki odkryłam, że miała automatyczną sekretarkę. Przez dwa miesiące podtrzymywała wiarę, że nic się nie zmieniło. Tyle, ile moja przyjaciółka przeleżała w jeziorze, zanim jej ciało wypłynęło.

Tkwiłam przed monitorem komputera, przerzucając fotki, którymi chciała mnie zwabić, gdy już zabrakło lepszych argumentów. W ten o potrzebie towarzystwa nie wierzyłam, bo gdyby jej doskwierała samotność, nie jeździłaby tam tyle lat w pojedynkę. Kusiła jednak, żeby sprawić mi przyjemność, pokazać miejsce, w którym i ja mogłabym się poczuć szczęśliwa. Bez skutku. Dlaczego do cholery nigdy nie dojechałam? Czemu znowu zawiodłam, choć w ubiegłym roku się zarzekałam, że tym razem nie ma zmiłuj. Dałam ciała przez jakąś bzdurę i stać mnie było tylko na tchórzliwego esemesa: „Sorry B. nie mogę, pogadamy później”. A przecież wcale nie musiałam się obawiać, że usłyszę zawód w jej głosie. I nie czekałam na odpowiedź, ale ta nadeszła po minucie: „Ok, poradzę sobie”.

Tego też nie wywaliłam. Tyle mi zostało, odkąd jej matka usunęła nagranie, czy może zabrała je na pamiątkę. Gdzie to się stało? Na środku, gdzie ponoć głębokość jeziora dochodzi do pięćdziesięciu metrów, czy zaraz przy brzegu, bo zachłysnęła się wodą albo zabrakło jej sił. Czy to miejsce widać na którymś z jej zdjęć? Teraz już nieistotne. Z kilku fotografii wciąż się uśmiechała do mnie. Albo do tego, kto je zrobił. Tylko jedno na pewno machnęła sobie sama: to, na którym widać jej cień padający na chodnik.

Otworzyłam notes i w dziesięć minut dograłam sprawę. Musiałam jechać.

Do ojca zaglądam tak raz na dwa tygodnie. Powinnam częściej, bo się na maksa rozsypał, jak mama odeszła. Ale już tej żebraniny znieść nie mogę. Zwłaszcza od kiedy próbował coś wycisnąć od Małej. A teraz dziwi się, że mu wnusi nie przyprowadzam. Ze sobą jej zabierać nie chcę, bo on ciągle przy monopolowym wysiaduje. Trudno wyczaić, czy akurat na niego wpadniemy, czy nie. Ale Mała i tak już źle przez teściów nastawiona. Że drugiego dziadka trzeba skreślić. Sama bym czasem chciała... Nie tylko z powodu mamy.

Jej choroba, to przez niego. Chociaż ciotka jest przekonana, że to wszystko moja wina. Od pogrzebu mamy szerokim łukiem mnie omija. Dziwnie to wygląda. W Łagowie się wszyscy znają. Nie da rady się nie widywać. Ludzie wszystko o wszystkich wiedzą. A ja to już robię za największą atrakcję. Całoroczną. Tylko ojciec lubi głupiego rżnąć i ciągle mi wypomina, że w pałacu mieszkam, a on dziaduje. No przecież na własne życzenie. Kiedy jeszcze nie było z nim tak źle, próbowałam mu wytłumaczyć jak jest. Gadał bez sensu, że niby pomoże mi się wyrwać. Dawno sobie na wstrzymanie dałam.

Nieraz kiedy przychodzę, śpi w swoim barłogu. Nie ruszam, tylko jedzenie zostawiam. Te resztki, które mi pozwalają przynosić. I uciekam. Bo co ja mogę? Przy takich okazjach urwać godzinę dla siebie. Tylko tyle.

Po tym, co się stało, nie wierzę w Boga. Chodzę z nimi do kościoła, żeby ludzie nie gadali. Ale tak naprawdę się nie modlę. Po śmierci mamy już nie umiem szczerze. Jeśli bym poprosiła, żeby wreszcie umarł, to by nic nie dało. A tym bardziej, gdybym się pomodliła o coś dla siebie.

Reisefieber nie dało mi się wyspać, ale dopiero po jakichś dwustu kilometrach poczułam się trochę senna. Zjechałam na parking, żeby odetchnąć. Wyruszyłam o świcie, by uciec przed upałem. Licząc, że na drogach nie będzie wielkiego tłoku. Strefa przygraniczna, tego pod uwagę nie wzięłam, więc podróż się wydłużyła. Piłam kawę z termosu, zastanawiając się, czy czegoś nie zapomniałam i czy może nie wpaść jeszcze do supermarketu, pod którego reklamą właśnie stałam. W sumie Baśka twierdziła, że to nie pustynia, a poza tym na miejscu normalne potrzeby w magiczny sposób maleją. Tylko ona w ogóle nie była wymagająca. Wsiadłam, wystartowałam i pomyślałam, że chciałabym mieć ją obok siebie zamiast GPS-a.

Jakoś się przerzedziło na drodze. Zastanawiałam się, czy już to czuję. Wolność. Narzuconą przecież, a taka się nie liczy. Pieprzyć to. Ziewnęłam i wrzuciłam płytę do odtwarzacza. Płyta też od niej, prezent na moją trzydziechę. Piano Możdżera. Dawno nie słuchałam, ale fakt, kiedy stuka w klawisze, za każdym trafia centralnie w punkt G. Lepiej zmienić płytę, bo sobie jeszcze krzywdę zrobię. Albo komuś. Radia nie włączę, bo w serwisie znowu Smoleńsk i wybory, na zmianę. I nagle zorientowałam się, czego nie wzięłam: upoważnienia do głosowania. Cóż, jeden głos nikogo nie zbawi.

Uśmiechnęłam się szeroko, słysząc dźwięk komórki. A jednak świat mnie jeszcze nie skreślił. W każdym razie nie moja własna matka.

– Czekaj, mamo, bo jadę, przyparkuję i zaraz do ciebie oddzwonię. Na razie.

Zjechałam na pobocze.

– No, jestem.

– Jedziesz?

– W tej chwili nie.

– Dobrze. Wiesz, jakie to niebezpieczne.

– Wiem, mamuś. – Przypominanie jej, że osiemnaście lat skończyłam osiemnaście lat temu, mijało się z celem. – Stoję, mówiłam przecież.

– Wszystko zabrałaś?

– Myślę, że tak.

– A upoważnienie do głosowania?

Tu mnie ma. Ale przecież nie widzi.

– Oczywiście...

– Naprawdę? W piątek załatwiłaś?

– Jasne. Nawet jak mnie wywalają na zbity pysk, nie tracę patriotycznego ducha.

– No przecież nie wywalili, bój się Boga. Chyba że czegoś nie wiem...

– Spokojnie. Mówiłam ci, że to tylko żółta kartka.

– Żółta kartka?

– Oj, mamo, jak na meczu. Znasz przecież sprawę, nie przesadzaj.

– Odpoczniesz, dziecko, może się uspokoisz trochę. Musisz z czegoś żyć.

Nie było sensu się spierać.

– À propos żyć. Nie gniewaj się, ale... przelałam ci trochę na konto. W końcu dawno nie miałaś urlopu, no i nic nie odkładasz, kredyt spłacasz. Potraktuj to jak prezent urodzinowy.

– Odkładam i urodziny mam za trzy miesiące. – Westchnęłam zrezygnowana. – Naprawdę nie trzeba było, ale dziękuję, mamo.

Nie przypuszczałam, że rozwód oznacza powrót do dzieciństwa. Pewnie tak bywa, nawet jeśli nie jest się jedynym dzieckiem. To jednak nie mój starszy brat miał na drugie ofiara losu. Rodziny też jeszcze nie założył, więc swoje musiał odpokutować, ale facetom i tak mniej się dupę truje.

– Muszę jechać, bo dzień ucieka.

– Oczywiście, uważaj na siebie. I koniecznie idź na głosowanie.

– Tak, tak, skreślę tego na K.

– Właśnie, właśnie. Oj, przestań się ze mnie natrząsać!

– Przepraszam. Buziaczek. I tatę uściskaj. Pa.

Ojciec zapewne zechce dorzucić swoje trzy grosze, czyli porcję bezcennych rad, ale chyba nie od razu, więc wyłączyłam komórkę. Po co się łudzić, że Stary nagle zmieni zdanie albo za mną zatęskni. O dziwo, trochę mu współczułam, ta sprawa to rzeczywiście niezła kupa. Szkoda tylko... O dżizas, a co to? Zwolniłam, żeby się lepiej przyjrzeć. Statua Wolności? Nie może być! Z dołu podobne, ale jak znam życie, raczej jakiś święty. Nie wiadomo który, bo na dole z grubsza każdy wygląda tak samo: długa szata do ziemi. Papież, czy co? A po drugiej stronie kościół i zatrzęsienie figur. Będą mogły do siebie machać. Czyjkolwiek to pomnik, niezłe klimaty tu panują.

Chyba przesadziłam ze zwolnieniem tempa, bo kretyn za mną trąbił jak opętany. Rajdy chce urządzać, a tu przecież zabudowany i w dodatku przyszłe miejsce kultu. Więc kultury trochę, synu. Wysunęłam rękę i pokazałam mu faka, po czym lekko nacisnęłam na gaz. Odrobina szczęścia i za pół godzinki powinnam dotrzeć.

A po drodze rzeczywiście było co oglądać. Takie na przykład Las Vegas. Neon wsadzili przed sztuczną palmą, w głębi masę ciężarówek, knajpę i hotel. Zaraz w pobliżu przykucnęło kilka nocnych klubów i pewnie dlatego nie zarejestrowałam przy drodze tirówek, choć do granicy mogło być tylko parędziesiąt kilometrów. Omal nie przeoczyłam drogowskazu. Skręciłam i już za chwilę zrobiło się letniskowo. Ośrodek, ośrodek, potem kolejny, taki bardziej wypasiony, niekoniecznie jeden na drugim. Przejechałam pod wiaduktem i znalazłam się w starym, wysokim lesie. Odkręciłam szybę do końca, by się nawąchać. Coś niebywałego! Mur z drzew ciągnął się przez kilka kilometrów, zielona tablica z nazwą miejscowości prawie się w niego wtopiła, ale już za chwilę zza pasu zieleni wyskoczyło jezioro. Nie miałam jak się zatrzymać, wpakowałam się więc do centrum i zahamowałam dopiero przy przystanku autobusowym, obok którego zobaczyłam plan wioski. Tyle się wcześniej dowiedziałam: że Łagów Lubuski to jednak wieś, z tych większych, sporo uliczek, można się pogubić.

No i właśnie, zapuściłam się za daleko. Nie zawróciłam tą samą drogą, tylko skręciłam w prawo, by zerknąć na serce letniska: wąski kanał łączący dwa jeziora, a zaraz obok zamek. Po obu stronach jezdni, żadnego deptaka chyba nie było, snuli się wczasowicze.

Minęłam centrum i wjechałam w osiedle. Od Baśki wiedziałam, że miejscowi mówią na to Złodziejowo, i choć nie wnikałam dlaczego, teraz na własne oczy przekonałam się, że w te domki i pensjonaty władowali niemało kasy. Full wypas po prostu. Dziwne, bo ceny nie tak wysokie jak nad morzem, a na zewnątrz wyglądało naprawdę luksusowo. Zatrzymując się pod właściwym adresem, miałam nadzieję, że środek jest równie wypieszczony jak fasada. Niby widziałam zdjęcia w necie, ale wiadomo, jak bywa.

Przez niski płot zobaczyłam kobitkę pielącą w ogródku. Nie przerwała pracy, aż do momentu, gdy przytuliłam auto do płotu, weszłam do obejścia i stanęłam obok niej. Odłożyła haczkę, wytarła ręce o fartuch i uśmiechnęła się szeroko:

– Dzień dobry. A pani pewnie jest...?

– Zuzanna Bylińska, dzień dobry. Z Wrocławia.

– Regina Dąbrowska, miło mi. Mówiła pani, że będzie około dziesiątej. Przyjaciółka naszej pani Basieńki, no proszę. – Uśmiech jej mocno przygasł, oczywiście.

– Ja przecież... – Nie wspominałam przez telefon, że namiary mam od Baśki, może później się zorientowała.

– Dużo mi o pani opowiadała – wyjaśniła. – Ale może nie teraz... ledwie pani dotarła. Dobrze się jechało?

– Tak, przyzwoicie. Specjalnie chciałam tak rano. Trzy i pół godziny, bez pośpiechu.

– To rzeczywiście szybko. Lepiej wcześnie, bo jeszcze nie gorąco, no i ma pani prawie cały dzień na...

– Cały miesiąc – ucieszyłam się.

– Właśnie. Dobrze, to ja pokażę pokój.

Podeszła do kranu umocowanego w ścianie i opłukała dłonie. Wytarła je o niezbyt świeży ręcznik zawieszony na ławeczce. Nagle chwyciła się za plecy.

– Oj, jeszcze korzonki. Teraz już lepiej, tydzień temu nie mogłam się podnieść, mówię pani. To przez te deszcze. Jak na złość, tak na początku sezonu mnie wzięło.

– Jak się pani będzie schylać nad grządkami, to raczej nie pomoże – zauważyłam.

– Ktoś to musi zrobić. Mąż nie może, bo zmęczony po robocie, przy budowie autostrady pracuje, a dzieciaki nie chcą się grzebać w ziemi, zresztą syn już na swoim, pod Katowicami mieszka, a córka, szkoda gadać. Zresztą jeszcze ma sesję, anglistykę studiuje. I sama muszę... Lubię to, no ale czasem...

Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Weszłyśmy na piętro i Dąbrowska otworzyła drzwi.

– Proszę. Zaraz przyniosę pościel. A tutaj łazienka.

Czysto. Usiadłam na łóżku. W sam raz.

– To jej? – zapytałam. – Jej pokój?

– Nie. – Popatrzyła na mnie z zaciekawieniem. – Tamten jest wolny, ale... Myślałam... Zresztą, jak pani chce.

Nie wiem doprawdy, jakie złe mzimu we mnie wlazło i kazało to zrobić.

– Chcę. Jeśli można.

Bez słowa ruszyła na schody, a ja za nią. Pokój znajdował się na zaadaptowanym strychu. Miał okna w dachu, umieszczone centralnie nad łóżkiem. Umeblowanie podobne do tego, które widziałam wcześniej, tylko stara toaletka naprzeciw łóżka wyglądała bardziej oryginalnie. Przytulnie całkiem.

– Pani Basia za każdym razem go brała – stwierdziła Dąbrowska. W jej głosie nie wyczuwałam aprobaty, ale potępienia też raczej nie. Przecież nie stało się to tutaj. A moja przyjaciółka nie należała do tych, co lubią uprzykrzać innym życie. Choć po śmierci, kto ją tam wie? Rozważałam przez chwilę, czy nie zapytać gospodyni, ale dałam na wstrzymanie. Bo co, jeśli odpowie, że tak? Spylę na dół? Nie sądziłam w każdym razie, żeby śmierć Baśki działała jak turystyczna atrakcja.

– W porządku – powiedziałam. – Pójdę po swoje bagaże.

Dąbrowska zastygła na środku i przed dobre parę chwil wpatrywała się w lustro. O rzeczywistości przypomniał jej kolejny atak korzonków. Chwilkę dochodziła do pionu.

– Jakoś ciągle się nie mogę przyzwyczaić, że... Ale – tym razem się uśmiechnęła – może z panią będzie łatwiej. Powspominamy sobie...

– Tak – zgodziłam się. Szczerze. Naprawdę chciałam wiedzieć, jak wyglądał ten rozdział Baśkowego życia, który znałam tylko pobieżnie, ze zdawkowych streszczeń, kończonych sakramentalnym: „Przyjedziesz, to sama zobaczysz”. Tak czy owak, niezła scenografia.

– Nie jest pani czasem głodna? Ogórkową ugotowałam, to bym panią poczęstowała.

Na hasło ogórkowa mój żołądek zareagował entuzjastycznie, wieki nie jadałam domowej zupy, ale zdając sobie sprawę, że na wspominki jeszcze nie jestem gotowa, a pewnie są dodane do menu zamiast deseru, wykręciłam się grzecznie:

– Dziękuję na razie, zjadłam duże śniadanie i trochę dla mnie za wcześnie. Może potem...

– Już widzę to duże śniadanie, chudzieńka pani jak młody szczypiorek. Pani Basia była taka sama. Chociaż moje drożdżówki z cynamonem bardzo lubiła.

– Tak – roześmiałam się. – Tęskniła do nich przez cały rok.

– Oj, to zrobię, sama się pani przekona.

– Z rozkoszą. A teraz pójdę po walizki.

Pani Regina wróciła do ogródka, a ja mogłam wreszcie odetchnąć po tej wymianie uprzejmości. Kiedy już, obracając dwa razy, wniosłam wszystkie manele, gospodyni wskazała mi miejsce do parkowania w głębi podwórza. Potem wzięłam prysznic i ruszyłam przywitać się z jeziorami. Najpierw Łagowskim, czyli tym bliżej mojej kwatery.

Trochę wiało, więc woda falowała. Przezroczysta jak kranówka. I głęboka: ledwie kilka metrów od brzegu nie było widać dna. Przykucnęłam, by sprawdzić temperaturę i prawie natychmiast zachciało mi się kąpieli, ale nie włożyłam kostiumu. Mogłam tylko zamoczyć nogi. Usiadłam na podniszczonym pomoście. Teraz już woda nie wydawała mi się ciepła jak zupa, ale i tak było nieźle. Co pewien czas dolatywały do mnie piski chlapiących się dzieci, pokrzykiwania ludzi pływających na rowerach wodnych i odgłos grającego w oddali radia. Przymknęłam oczy, starałam się przestawić na wolną częstotliwość, wypełnioną tylko przez te mało dokuczliwe dźwięki. Majtając nogami w wodzie, zaczynałam rozumieć Orzeszkową, choć o jej pieniach na temat przyrody w Nad Niemnem, wiedziałam tylko tyle, że były. Co za powietrze! Zaśmiałam się do siebie. Te wszystkie cuda to za karę. Dzięki, Stary!

Usłyszałam że kogoś niesie, więc odwróciłam głowę. Trzyosobowa rodzinka: tata, mama oraz kilkuletnia dziewusia byliby w stanie sami wypełnić całą windę w moim bloku. Widać mieszkali bez windy, bo panie coś przeżuwały, a pan dzierżył w dłoni puszkę z żubrem.

– Dzień dobry – powiedział.

Odkłoniłam się, bo co mi wisiało, pewnie, że dobry.

– Tata, patrz, ryba!

– Uważaj, Amanda, bo spadniesz – bez wielkiego przekonania skarciła ją kobieta.

– Mama, ale tu druga, no zobacz. – Mała jeszcze bardziej pochyliła się nad wodą.

– Nie słyszysz, kurwa, co mama mówi? Odsuń się. – W głosie tatuśka nie było grama gniewu. Chwycił dziecko za rękę i zerknął. – Eee, małe jeszcze.

– Wczoraj żeście z Zenkiem samych takich nanieśli, nie wiem po co – zauważyła jego żona.

– No co zrobić, jak nie biorą.

Zebrałam rzeczy i wyniosłam się bez pożegnania. Mogłabym przejść dalej, ścieżką wzdłuż jeziora, ale zaczęło mi już burczeć w brzuchu, dlatego postanowiłam rozejrzeć się za stołówką, w której, według Baśki, karmili bardzo dobrze i niedrogo. Do centrum był rzut kamieniem. Najpierw minęłam miejscowy komisariat, na oko pogrążony w błogiej bezczynności, co mnie specjalnie nie zdziwiło. Jadłodajnię znalazłam dwieście metrów dalej. Dochodziła dopiero dwunasta, w środku siedziała tylko jedna parka emerytów, a znudzona kobieta za ladą wpatrywała się w podłogę, jakby oceniała stan swojego pedikiuru. Chwyciłam menu leżące na ladzie, ale nawet do niego nie spojrzałam, bo zauważyłam kilka kartek przypiętych do półek na napoje. Pierogi z jagodami, yes.

Zamówiłam, wzięłam sztućce i cukier ze stolika przy barze. Usiadłam przy pustym stole na sześć osób. Trochę to trwało, więc zabijałam czas, łowiąc rozmowy dochodzące z kuchni i kontemplując ściany upstrzone obrazkami, dyplomami dziękczynnymi oraz półeczki zastawione szczelnie figurkami, świecznikami, plastikowymi kwiatami i innym badziewiem zbierającym kurz. Przesłodzoną całość wieńczył sztuczny kominek. W międzyczasie do Jadki wpakowały się dwa ludzkie stadka, którym udało się przekrzyczeć radio, wentylator i niezmordowanie nadające kucharki.

– Pierogi z jagodami!

Co tu dużo gadać, były przepyszne. Nie miałabym nic przeciwko, żeby je wcinać codziennie przez cały miesiąc na wsi.

Najedzona jak bąk, postanowiłam przejść się jeszcze i obejrzeć resztę lokalnych atrakcji. Długo nie szukałam. – Wyszły mi naprzeciw, sprawiając, że złapałam się za uszy. Co jest do kurwy nędzy?! Autostrada? Tutaj? No to sobie nie mogli wybrać lepszej pory. Jaki pech, zwiać, niby nie do końca z własnej woli, ale zawsze, z placu budowy na jeszcze gorszy plac budowy. To, co zobaczyłam, sprawiło, że roześmiałam się wbrew sobie. Amfiteatr remontują. W środku sezonu. Żeby na przyszły był jak znalazł. Pewno właśnie kończy im się termin wykorzystania dotacji z Unii dlatego w nosie mają urlopowiczów. Przyspieszyłam kroku, bo właśnie w bramę, wzniecając chmurę pyłu, wjechała ciężarówka wypełniona deskami i natychmiast zaczął się wyładunek. Rzucali je o glebę całymi partiami, a echo niosło się przez dobre paręset metrów, dlatego nie zatrzymywałam się przy zamku i szybko minęłam widzianą już rano aleję spacerową, przy której rozłożyły się dwie wypożyczalnie sprzętu, kilka sklepików i kawiarnia. Odgłosy z budowy ścigały mnie aż do smażalni ryb, nawet specjalnie nieodstraszającej typowym dla takich przybytków smrodkiem. Póki co nie skusiłam się ani na rybkę, ani na gofra czy inne cudo z wypełnionej słodyczami witryny cukierenko-lodziarni. Czegoś takiego u nas nie widziałam. Na końcu części handlowej zobaczyłam jeszcze duży kiosk, z którego towar, buty konkretnie, aż wylewał się na ulicę. Weszłam i rzuciłam okiem, ale zaraz uciekłam przytłoczona nadmiarem mydła i powidła wypełniającego niemal każdy wolny centymetr kwadratowy. Brakowało tylko rowerów podwieszonych na suficie, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby porozkładali je na półkach, w częściach do samodzielnego montażu.

I tym sposobem zaliczyłam handlową część wioski. W sumie niezbyt przaśnie, ale pusto w porównaniu z innymi miejscami, w których Polacy lubią się latem kisić. Dlatego takie tu wspaniałe powietrze...

Doszłam do ścieżki prowadzącej w dół, do drugiego jeziora, prawdopodobnie biegnącej wokół niego, ale stwierdziłam, że wolę iść dalej wzdłuż jezdni, czyli w górę, żeby obejrzeć sobie drugie osiedle. Skoro na tym moim wybudował się szemrany element, kto zasiedlił stare domki po Niemcach? Dawni mieszkańcy pozostawili ślady, dzięki którym się domyśliłam: daty wyryte na fasadach. Prawdę mówiąc, część z tych domów wyglądała tak, jakby nowi lokatorzy zatroszczyli się tylko o wygospodarowanie kąta na telewizor. Na dobre i na złe, a chałupa sypie się. Trochę to tłumaczyło krzywe uwagi pod adresem wycacanego Złodziejowa. W sumie nie było tych ruder tak wiele, ale niewiele też zauważyłam pensjonatów. Lecz i one znów się pojawiły w najmłodszej części wioski, już prawie za Łagowem, bliżej Łagówka. Nie zapuszczałam się dalej, żeby sobie zostawić coś na potem. Na mniej upalny dzień. Zapytałam więc mijaną właśnie kobietę, jak najszybciej dostać się znowu do jeziora. Po kilkunastu metrach skręciłam w wybetonowaną drogę, zamieniającą się w wysypaną żwirem uliczkę, przecięłam niewielką łąkę i dotarłam do lasu. Choć zejście było naturalne, przez coś w rodzaju kotliny pomiędzy pagórkami, to i tak dość strome, musiałam uważać, żeby klapków nie pogubić. Ale nie uszłam daleko. Przystopowałam, słysząc krzyki dochodzące zza zakrętu.

– Puść! No puszczaj mnie! – Nie wiedziałam, czy kobieta histeryzuje, czy kokietuje.

– To ty puść, bo... – Facet brzmiał zdecydowanie nieromansowo.

Zatrzymałam się, próbując ogarnąć rozmiary jatki. Krzyk kobiety przeszedł teraz w wycie, ruszyłam więc, by jakoś babie pomóc. Wściekły koleś stał w rozkroku, dmuchanym materacem odganiał się od towarzyszki, ta zaś klęczała na drodze uchwycona jego nogi. Nie mogąc się wyszarpnąć, furiat ruszył pod górkę, ciągnąc balast za sobą.

– Puść, powiedziałem. No, odczep się, kretynko.

Nie byłam jedynym świadkiem uroczej scenki. Parę metrów niżej przyczaiły się dwie plażowiczki. Materac wylądował tymczasem na ziemi, a mężczyzna dla odmiany zamierzył się ręką, ale spasował, widząc babki i mnie. Za to wreszcie udało mu się uwolnić.

– Tym razem przegiąłeś – jęknęła kobieta, trąc sponiewierane kolana.

– To ty przegięłaś. Normalnie potrzebujesz psychiatry.

Czy może prawnika? Obrzuciłam faceta surowym wzrokiem. Matko, zupełny dzieciak, za wcześnie na takie historie. Albo w sam raz, żeby ci dwoje się zastanowili, czy na pewno chcą się zadręczać aż po grób. Chociaż... Różne są zboczenia.

Zachęcone moją powściągliwą reakcją kobieciny też się ożywiły. Szły, wbijając oczy w ziemię, jakby chciały pokazać, że ich tu nie ma. Minęłam utytłaną, ale całą kandydatkę do psychiatryka, nadal zajętą doprowadzaniem się do porządku i całkowicie obojętną na ciekawskie spojrzenia.

Słońce odbijało się w jeziorze, już widocznym zza krzaków i trzcin. Wiatr wymieszał ze sobą zapachy igliwia i wilgoci. Wdychałam je głęboko. A miał być, kurwa, relaks.

Skończyłam ostatnie okno na parterze. Przykładałam się bez sensu. Teściowa i tak coś wynajdzie, jak się z plotek przywlecze. Lupę weźmie i co do milimetra skontroluje. Specjalnie przejedzie palcem, żeby plamę zrobić. Tyle dobrego, że kiedy na pół godzinki wyskakuje do Tereski, to całe dwie godziny spokoju. Teść dopiero pojutrze wraca, Krzysiek w pracy, a dziecko ze sobą wzięła. Generalnie lubi się nią popisywać. Zwłaszcza paciorkiem na zawołanie. Nie powiem, bardzo jest za Małą. I przy niej wielu uwag mi nie robi. Poza tym teściowa nie z tych, co się dziko awanturują. Zawsze odczeka, aż Mała zaśnie, bierze mnie gdzieś na bok i warczy. Jak podpadnę w dzień, to nie warczy, tylko nadaje słodkim głosikiem. Sama obłuda. I jeszcze dziecko w to wciąga. „Popatrz, jaka z tej mamusi gapa, ciągle się nie nauczyła... No to pokażemy jej, co trzeba zrobić”. Mała to łyka, bo jest za mała właśnie, żeby takie zagrywki przejrzeć. Już się kablować na mnie nauczyła ile wlezie. Po prostu kiedy jej coś nie pasuje. Albo się razem z nimi nabija, chociaż nie rozumie z czego. Ich jest więcej, a większość zawsze ma rację.

Mała coraz lepiej liczy. Za niedługo nie będę mogła nic z kasy na słodycze podebrać. Z tego mnie teściowa ani mąż co do grosza nie wyliczają. Fajek też nie liczą. Paczki tak, ale nie po sztuce. I nie patrzą, jak się szybko kończą. Więc tylko to mi zostaje. Mniej palić. Ale nie mogę. To jedyna rzecz, żeby się uspokoić. W domu jeszcze pół biedy, generalnie cały czas coś do roboty mam. Albo się Małą zajmować muszę. Teściowa mi się nudzić nie pozwala. Ciągle za mną łazi i narzeka. Jak nie na bałagan, to na smród. Z ogrodu jej dolatuje, taka wrażliwa. Oczywiście i tego może mi zabronić. Zabrać kasę i tyle. Ale jej kochany synalek też rzucić nie może, a on jej jakoś nie śmierdzi. W dodatku najczęściej sam mi po prostu fajki kupuje. Ona woli odliczoną kasę dawać i od czasu do czasu paragony sprawdza. Za ciastka czy cukierki nie, bo dziecku żałowała nie będzie.

Jurka diabli wzięli. Właściwie powinnam się cieszyć, tylko że przez te wszystkie lata zrobiło mi się już chyba wszystko jedno. Jutro jego pogrzeb, ale Krzysiek mi zabronił iść. Ułom jeden, boi się, że mi to za dużą radość sprawi. Może i racja. Teraz, kiedy nikt mnie nie kontroluje, nacieszyć się mogę. Bo przynajmniej jemu nie będę już patrzeć w oczy musiała.

Na razie jest pięknie. Nie tak jak w poprzednim roku, kiedy prawie cały lipiec lało i lało. My turystów nie bierzemy. Raz, że z hurtowni wystarcza, a dwa, że teściowa by nie zniosła, jak ktoś obcy by po domu jej się kręcił. Ja w sumie też nie. Choć chyba czasem byłoby łatwiej. Trochę by się przy tych obcych hamowali.

Ale przynajmniej na zewnątrz więcej życia. I mogę częściej wychodzić z Małą.

To jednak nie był najlepszy wybór, z tym stryszkiem. Skwar jak diabli. Oczywiście wpadłam na pomysł, żeby otworzyć okna na całą szerokość, ale za chwilę coś mi zaczęło brzęczeć nad uchem. Zapaliłam lampkę przy łóżku. Nie dorwę gówna, bo pewno usiadło gdzieś pod sufitem. I nie wyskoczę do nocnego, bo tak się zabawnie składa, że tu żaden nie działa. Chyba. Nie pytałam. Muszę jutro kupić specjalne ustrojstwo na prąd, co się tak fajnie sprawdziło w czasie powodzi w dziewięćdziesiątym siódmym. Tyle było wtedy u nas komarów, że codziennie setkami zmiatałam je z parapetu. Potem zaczęli pryskać, więc przypominałam sobie o nich tylko wieczorem na Rynku, strasznie żarły po nogach, normalnie nie dało się wysiedzieć przy piwie w ogródku. O, znowu.

Życie mu niemiłe, bo usiadł tuż przy lampce. Łupnęłam skurwiela gazetą, zgasiłam światło i przewróciłam na lewy bok. Kołdra ważyła chyba z tonę, no to ją z siebie skopałam. Potem zdjęłam górę od piżamy. Trudno, najwyżej drugi ryzykant będzie miał więcej szczęścia. Ale te świerszcze dają. Tu się gdzieś schowały, czy jak? Zacisnęłam powieki i jak zwykle zaczęłam wyliczankę według alfabetu. Znane aktorki. Pierwsza rundka poszła dość szybko, przy drugiej zatrzymałam się na E. Okej, była jakaś Britt Ekland, a inna? Do dupy. Lepiej aktorzy. Affleck, Banderas, Carrey, D... Delon, E... E, e, e. Który jest na E... Eminem zagrał w jakimś filmie. Dobra, F – Harrison Ford, Gabin, H, Ha, He, Huston, nie, to reżyser przecież, Hi, Hitchcock. Jako pan z gazetą.

Usiadłam, znów zapaliłam lampkę i sięgnęłam po butelkę z wodą. Ja pierdzielę, nie wytrzymam tutaj. Dopiero na czwartek zapowiadali burze, a do tego czasu się ugotuję. Może gospodyni ma jakiś wiatraczek? Aniele boży stróżu mój, daj mi, kurwa, pospać trochę, bo naprawdę ledwie już zipię. Cała pływam, chociaż wzięłam prysznic, a tak w kółko się moczyć trochę wstyd. Jeszcze mnie za wodę dodatkowo skasuje. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. No ciekawe, co tam uradzili? Czy już ustalili termin? Cholera, ta mała wyglądała jakby... Jakby zapisał się w niej ten cały gnój, nic, tylko włączyć jak dyktafon i odtworzyć. Nie, żadnych obrażeń, jeden głupi złamany paznokieć. No i ślady po nakłuciach. Niby wiadomo, który najświeższy, ale kto jej to zrobił... Ja nie wierzę, że sama sobie przyrządziła ostatni strzał. Widziałam to w oczach tego ścierwa, nic w nich nie było, zero litości. Znudziła mu się laska, więc się jej Ryba pozbył. Sprytnie. Biedni jej rodzice. Jeszcze wcześniej biedni, przez ten horror. Taka dobra uczennica i pach. Na dno. Była wcześniej w pięciu ośrodkach. To niestety nie przemawiało na jej korzyść. Jednak przecież czułam, że jeszcze chciała pożyć, chociaż co to za życie... I co z tego, że miałam swoją teorię, gówno się da zrobić. Emocjonalne podejście, zbyt emocjonalne, kurwa, kurwa. Znów coś zaczyna brzęczeć. Dobra, jesteśmy na wczasach, w tych góralskich lasach, coś tam, coś tam, a komary żrąąąą. No weź, Zuza.

Podniosłam piżamę z podłogi, zapięłam się na jeden guzik i podeszłam do okna. Ktoś jeszcze grillował, kawałek stąd. Poczułam nikły swąd spalenizny i usłyszałam przytłumiony śmiech. Poza tym cisza. A potem odgłos na dole, wysunęłam się mocniej. Z mroku wyłuskałam ogon. Za duży jak na kota. Lis? Nie, za ciemny i cieńszy. Więc co to, o rany! Eee, no, nie podskoczy tu przecież i mnie nie zje.

Ziewnęłam i znów: lampa, łóżko, prześcieradło zamiast kołdry. Całe szczęście, że na Baśkę nie musiałam patrzeć po tym... W ogóle nie trafił mi się jakoś dotąd żaden topielec, chociaż sporo wody u nas... Coraz kogoś wyławiają, a to w Odrze, a to w fosie, jak nurt doniesie. Nie wiem nawet, czy teraz jestem w stanie. Jak ona wyglądała po tylu tygodniach... Dosyć. Spać, spać. Zawsze, kiedy mama mi czytała, padałam po pięciu minutach. Duża odporność na lekturę. Chociaż nie wrodzona. Trzeba będzie uważać, jeśli mnie znowu zapyta o wybory. Szlag, miałam przecież zadzwonić, że dojechałam. A co to znowu, w nocy sobie dyskotekę urządzają?! No nie! Tam się drą, we łbie się kotłuje jak w sklepie RTV, i jeszcze nieludzka duchota.

Wstałam i dla odmiany zatrzasnęłam okno.

Na szyi miałam imadło, a w środku tkwił gwint. Czułam, jak uciska mi grdykę, jak się wciska do środka, lecz o dziwo wciąż mogłam mówić. Sprawdzałam co chwilę, przełykałam, dotykałam metalowego ustrojstwa, ale nie próbowałam go z siebie zdjąć. Przecież powinno boleć. I dlaczego krew nie leci? Jeszcze trochę, jak tylko kogut zapieje. Co tak głośno? Pieje.

Obudziłam się i wymacałam zegarek na szafce. Wpół do piątej. No ładnie. Straszliwie chciało mi się pić, więc sięgnęłam po butelkę mineralnej. Zapomniałam, że całą wydudliłam w nocy. Gdzieś w torbie powinnam mieć jeszcze sok. Głupie ptaszysko wydzierało się w najlepsze, gdzieś blisko, bo mimo zamkniętego okna słyszałam je doskonale. Otworzyłam, by wpuścić do pokoju świeże powietrze. Już musiało być ze dwadzieścia stopni. Arktyka w porównaniu z nocą. Całkiem jasno, cholera. A teraz pies zaczyna wyć. Jeśli miałabym tak wstawać jak zwierzę, chyba lepiej od razu pakować walizy i wracać... Mowy nie ma. Walnęłam się na bujany fotel, rozhuśtałam mocno, żeby strząsnąć z siebie tę myśl. To wszystko ze zmęczenia, nie piekielną nocą i koszmarem ze śrubą, ale w ogóle. Ileś lat tak ciągnęłam, a teraz proszę, nagroda. Próbując mnie tutaj wyciągnąć tyle razy, Baśka wiedziała, co robi. Albo raczej, co chce zrobić. Przed karoshi uratować. Tylko jakoś, kurwa, o kogutach jej się zapomniało.

Podeszłam do toaletki. Nieźle, dwa leje po bombie. Chyba coś mi zakwitło na nosie. Przysunęłam twarz do lustra i pomacałam zaczerwienione paskudztwo. Może jak się trochę poopalam, to przyschnie. A na razie nie będę się tak wpatrywać, bo jeszcze Boba zobaczę. Mocny ten finał Twin Peaks, nawet jak dla mnie. Do koguta dołączyły koleżanki, z dołu doleciało donośne kichnięcie, zaraz po nim głos Dąbrowskiej, uspokajającej wygłodniały drób. Wychyliłam głowę przez okno. Nie zdziwiłabym się zbytnio, gdybym teraz zobaczyła panią z pieńkiem, ale po jakie licho Dąbrowska, bo to oczywiście ona zaczęła już dzień, miałaby dorzucać do pieca w taki upał? Nie miałam chęci wdawać się w żadne poranne świergoty, więc schowałam się przezornie. Czułam, jak mnie oczy pieką z niewyspania, a jednocześnie w brzuchu burczy.

Do południa zdążyłam się wykąpać dwa razy. Strasznie dawno nie pływałam, dlatego wolałam się nie wygłupiać. Ramiona zaprotestowały już po paru machnięciach. No i ta głębina nieco mnie przerażała. Po ledwie paru krokach traciło się grunt pod nogami, ale woda była tak ciepła, że nie mogłam się oprzeć. Jeszcze parę dni i na luzie powinnam dać radę dobić na drugi brzeg. Łagowskie było węższe niż tamto drugie, gdzieś z dwieście metrów na oko. Mój jednoczęściowy kostium wysychał po kwadransie, wokół prawie żywego ducha, jeśli nawet potem robi się nieciekawie, to rano rzeczywiście jak w bajce.

W międzyczasie mama zdążyła zadzwonić dwa razy, więc wykręciłam do niej szybko z zapewnieniem, że póki co jestem w jednym kawałku. Przełknięta rano kanapka nie wystarczyła na długo, a pływanie dodało swoje, więc już o dwunastej byłam gotowa do kolejnego posiłku. Pomyślałam od razu, żeby kupić coś na kolację – i sama się siebie przestraszyłam. Że tak niby miesiąc: jeść co chwilę, moczyć się i schnąć co chwilę, a potem ewentualnie spać?! Co Bacha w tym widziała?

Materiał do cykli fotograficznych. Ostatni, dobrze zapamiętałam – Klapki, taki reporterski bardziej. Poprzednio chyba Pomosty, i jeszcze Brzuchy polskie. Na zmianę to szło jakoś: ludzie, przyroda, śmieci. No właśnie, Śmieci, pływające w wodzie, też były. Drzewa, które spadły do jeziora. Utopione. Proroczo, już parę lat temu. Zostały ryby, chociaż w tym roku podobno brak, i co jeszcze? Tyłki, cycki, grzyby, domy. Czy ogródki – niektóre, że ja cię kręcę. To znaczy dużo ładnych, ale też takie z krasnalami. Trzeba sobie zrobić spacerek i pooglądać. Więc latała, pstrykała, miała stronę w internecie i jeszcze publikowała na jakimś forum. Dużo siedziała w sieci, bo pracowała przecież w domu. Szukała odskoczni od tych swoich tłumaczeń handlowych. Pewno, przecież ze pstrykania żyć się nie da, chyba że trupów dla policji. Albo jak się jest Helmutem Newtonem czy kimś takim.

U Dąbrowskiej, w jednym z pokojów na pięterku ryczał telewizor. Niektórzy mają ciekawe sposoby na korzystanie z pięknych okoliczności przyrody. A jęki jak z pornola. Zaraz, to chyba nie z telewizora... Jasne, wszystko tu słychać, chcieli zagłuszyć. Zbiegłam szybko na dół, po czym równie błyskawicznie wróciłam po portfel. Pewnie się zorientowali, że nie są sami, bo przez chwilę słychać było tylko wycie Steczkowskiej. Może poprzednio też ona...

Słońce już ostro szalało. Nad wodą oczywiście dawało się wytrzymać, ale na ulicy, uliczce właściwie, panował skwar jak na wrocławskim Rynku. Dzięki przedpołudniowej kąpieli nie było mi jednak aż tak gorąco, co nie oznaczało, że za chwilę nie będzie, chociaż miałam na sobie tylko top na cienkich ramiączkach i szorty. Ale też wiało od czasu do czasu, uderzając po nosie dziwnym smrodkiem. A tak, przed każdym domkiem wystawiony został śmietnik, widocznie dzisiaj zabierali odpadki. I chyba nawalali z wywózką, bo jechało już intensywnie. Ścianę ostatniego domu opinało rusztowanie, na którym stał półnagi, opalony jak skwarek facet. Widząc mnie, przerwał leniwe machanie szpachlą.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – odrzekłam trochę zdziwiona. No jak w Galerii Dominikańskiej, wszyscy mili z automatu.

– Gorąco dziś, nie?

– Podobnie jak wczoraj – rzuciłam za siebie.

– A pani na obiadek? – Nie dawał za wygraną.

– Tak. – Normalnie druga Dziębowska. Na robocie by się skupił, jeszcze zleci z tych desek. Nie czekałam na kolejne pytania w podobnym stylu i przyspieszyłam kroku, zostawiając go sam na sam z rozważaniami o tym, co będę jadła.

Szpaler pełnych kontenerów ciągnął się także wzdłuż następnej ulicy. Jak tubylcy to wytrzymują? Przecież musiały stać od kilku godzin, a śmieciarka zwykle przyjeżdża rano. Nikt nie zadzwonił, żeby coś z tym zrobić, albo chociaż do urzędu gminy. Ich cyrk. Chociaż jeśli to potrwa jeszcze trochę, zrobi się naprawdę koszmarnie. Jakiś kamyk wpadł mi do sandała, więc schyliłam się, żeby rozpiąć but i go wytrząsnąć. Podnosząc się, zobaczyłam nekrolog przypięty do drzewa. Jerzy Sarna (12.05.1985–26.06.2010), kurczę, młody koleś. Msza święta odbędzie się..., o czym zawiadamia pogrążona w smutku... Utopił się czy jak? Nie wiedziałam, bo to w sobotę, kiedy jeszcze mnie tu nie było. Później zapytam Dąbrowską.

Póki co skoncentrowałam się na wizji talerza pełnego pierogów. Wizji, która już za chwilę odpłynęła w siną na dal, bo drzwi Jadki zastałam zamknięte, a na kartce napisali, że nieczynne z powodu stypy. Cholera, nie popatrzyłam dokładnie, przecież tu rzeczywiście nie ma wielkiego wyboru. Westchnęłam srodze rozczarowana i ruszyłam dalej, może Pod kasztanami się uda.

W każdym razie tłoku tu nie było. Zajęte trzy stoły na dwadzieścia, w samym tylko ogródku. Sceneria jak z lat siedemdziesiątych, podtrzymywana przez muzykę z osiemdziesiątych, tylko terminal przy fartuszku kelnerki zdecydowanie z naszych czasów. Dziewczynina kręciła się przy drugim końcu dość rozległego lokalu i nie próbowała nawet sięgnąć wzrokiem poza swój rewir. Bliżej mnie pojawiła się druga z obsługujących, ale też nie było z niej pożytku, bo wyszła sobie tylko pogadać przez komórkę i w ogóle nie zareagowała na moje delikatne próby przywabienia jej głową i ręką. Odsiedziałam cierpliwie parę minut, a później weszłam do środka, żeby wziąć kartę. Przestudiowałam ją dwa razy, stwierdzając, że ceny nie ustępują tym we wrocławskich lokalach, ale znalazłam jakieś nieco tańsze makarony z wkładką. I dalej nie działo się nic. Kelnerka z drugiego rewiru zajęła się parą, która przysiadła we właściwym miejscu, moja natomiast tak znikła, jak się pojawiła. Po dziesięciu minutach wstałam i wyszłam. Niby mogłam upomnieć się w barze, jednak wkurwiła mnie cała sytuacja. Nie chcą, leniwe suki, zarobić, to nie. Pieprzyć je, idę do smażalni.

Wszystkie pięć stolików okupowały wielodzietne rodziny. Świat się dzisiaj na mnie uwziął. Może coś tu jeszcze dają do jedzenia, tylko gdzie? Trzydzieści metrów dalej, zapiekanki. Swąd smażonego sera był gorszy od smrodu bijącego od śmietników, ale zrobiłam się już naprawdę solidnie głodna, więc machnęłam ręką i postanowiłam zaryzykować. Pół jakoś przemogłam, resztę wywaliłam do kosza, ale w żołądku i tak natychmiast zaczęła się ostra jazda. Wstąpiłam jeszcze do sklepu, gdzie kupiłam trochę warzywek, i znów ruszyłam trasą, którą miałam pokonać jeszcze dziesiątki razy.

Nie wiedziałam, od jakiego czasu trwała stypa, chyba już trochę, bo przed jadłodajnią stała grupka odświętnie ubranych palaczy, równie młodych jak denat. To znaczy zmarły, przecież pojęcia zielonego nie mam, co mu się stało. Wyszli na fajkę chyba również dlatego, że dusili się w ciemnych marynarkach. Większość je ściągnęła i przewiesiła przez plecy. Nie wyglądali na szczególnie zasmuconych, więc może ten bidny Jerzy S. na coś długo chorował, z tym się łatwiej pogodzić niż z wypadkiem. Rozweseleni też zbytnio nie byli, właściwie stali cicho, skupieni wokół perorującego o czymś wysokiego blondyna. Niezgorsze ciacho, swoją drogą. Pomyślałam i skarciłam się w duchu – co też mi chodzi po głowie, pedofilce jednej. Ale chłopak naprawdę ładniutki, zdecydowanie fajniejszy od reszty. I wszystkich tłustawych tatuśków przypiętych do żubrów czy innych lechów. Taki trochę Jude Law.

Młodziaki zatarasowały cały wąski chodnik. By ich ominąć, chciałam zejść na jezdnię, nie musiałam jednak, bo się sami rozstąpili. Piękniś przerwał monolog i zawiesił na mnie wzrok. Spojrzał jak na... Na coś do zjedzenia. Nie było to do końca niemiłe ani lepkie. Wyluzuj synku, pomyślałam, odbiłoby ci się jak mi po zapiekance. Odchodząc, zdawałam sobie sprawę, że teraz cała grupa taksuje mój tyłek, co wydało mi się znacznie mniej przyjemne. Ale właśnie wolno minął nas radiowóz i na jego widok poczułam ulgę, nie wiadomo czemu, przecież nic się nie stało. Może po prostu tu, na wsi, później spadało się do drugiej ligi, a może tylko letniczki funkcjonowały na innych prawach?

Przemknęłam obok remontowanego domku. Nagle ogarnęła mnie senność i chciałam z tego skorzystać, bo zapowiadała się znowu parna noc. Nie bardzo więc ucieszyłam się na widok gospodyni, zajętej tym razem podlewaniem ogórków. Nad czymś się zamyśliła, nie zauważając, że więcej wody leci na ścieżkę niż na grządkę.

– A dzień dobry, pani Zuzanno. Tak pani cichutko wychodzi, jak duch jakiś. I co, pojadła pani?

No, powiedzmy. Z tym, że dobry dzień, też bym polemizowała.

– Niezupełnie. W Jadce była stypa, więc nie to, co bym chciała.

– A tak. Po Jurku Sarnów – podchwyciła natychmiast właściwy wątek. – Biedna ta Weronika. Najpierw mąż, a teraz...

– Mąż? Ale...niedawno?

– Dawno, dawno. Włodek ze dwadzieścia lat temu się utopił. Sama chłopaka wychowywała i patrz pani, też nie upilnowała.

– Też się utopił? – Faktycznie, masakra jakaś.

– Nie, ten się samochodem rozbił. Dwa kilometry stąd, w sobotę to było.

– Widziałam datę na nekrologu.

– Właśnie. Szkoda chłopaka. Niby się o zmarłych źle nie mówi, ale ten Jurek... Za kołnierz nie wylewał. Nie wiadomo, pijany czy nie, bo jedni gadają tak, drudzy siak. Teraz i tak już nic nie pomoże. Czasem myślę: jak dobrze, że mój Wojtek stąd uciekł, bo tak samo by skończył. Tu strasznie dużo młodych pije. Starych zresztą też. Cóż... A kąpała się już pani?

Oczy zaczęły mi się coraz bardziej kleić. Celowo nie powstrzymałam ziewnięcia.

– Widzę, że się pani za dobrze nie wyspała?

– No tak, trochę za duszno.

– Mam wentylator, jak by pani chciała. Teraz?

– O, dziękuję. Teraz to jestem tak zmęczona, że mi niewiele trzeba. Ale później chętnie skorzystam.

Tym razem zdołałam utrzymać się w stanie otępienia. Zasnęłam momentalnie.

Do przytomności wróciłam po dobrych czterech godzinach. Kolejną przeleżałam, a potem poszłam popływać, bo zorientowałam się już, że późnym popołudniem woda zupełnie się wygładza i jest ciepła jak z rana. Wyszłam z jeziora dopiero wtedy, gdy na palcach zmarszczyła mi się skóra. Owinięta w szlafrok przysiadłam na brzegu i gapiłam na dokazujące coraz bardziej ryby. Nie, żeby wyrażały szczęście, bo udało im się przeżyć kolejny dzień, tylko polowały na kłębiące się tuż nad taflą owady, a te z kolei usiłowały żreć pływający na powierzchni plankton. Prosty łańcuch pokarmowy. Poczułam swędzenie na stopie i przypomniałam sobie, że nie kupiłam raida. Nagle coś zabrzęczało w górze. To raczej nie mógł być komarzy zlot, chociaż różne anomalia się teraz zdarzają. Bardziej jak silnik, chociaż tu przecież zakaz obowiązywał. No i w powietrzu? Samolot? Nie. Zmrużyłam na oczy i wpatrzyłam się w niebo. Wow, motolotnia! Teraz już widziałam maleńką sylwetkę człowieka, który wolno leciał nad taflą jeziora. Przez moment nieruchomo zawisł w powietrzu, aż się przestraszyłam, że wyczerpało mu się paliwo i skończy jak ten Ikar. Jednak bez sensu krakałam, bo zaraz przyspieszył, wykonał dwa okrążenia, po czym majestatycznie przefrunął nad las. Ciekawe, czy to jakaś ogólnodostępna rozrywka? Też bym sobie polatała. A póki co muszę na nóżkach do sklepu.

Zanim dotarłam na kwaterę, doprowadziłam się do ładu i przebrałam, znów minęła godzina. Zaczynało się ściemniać. Żal mi trochę było, że w zasadzie przejebałam piękny dzień, ale jutrzejszy będzie przecież taki sam. Następny też. A wszystkie razem złożą się na piękny sen, w którym nic nie trzeba robić, tylko grzać na słońcu, taplać w wodzie i czekać aż ruch fal spowoduje cudowny przypływ kasy na konto. Fajnie jest tak czasem wypaść z obiegu.

– Ej, eeeej! – Do płotu przy jednej z bardziej zaniedbanych chałup zbliżył się jakiś dziadyga. Sądząc po chwiejnym kroku, zdecydowanie dzisiejszy. Pewnie chce się dobić i drobnych potrzebuje.

– Eee. Koniec lata lubuskiego – rozdarł się i machnął ręką. Jak nic, zaraz się wyrżnie. – Wypierdalać do domu!

Póki co mogłam jedynie spierdolić dalej, bo licho wie, za kogo by mnie uznał w swojej delirce. Minęłam cichy teraz amfiteatr, który w tym roku nie przysłużył się bywalcom lubuskiego lata, mur zamkowy i kolejną bramę. Tuż za nią rozgrywał się inny dramat z aktorami na bani – dwu młodych kolesi szarpało się ze sobą na ławce przy wypożyczalni sprzętu wodnego. Jeden, mniej napity, nagle oderwał się od kumpla, ruszył w stronę knajpy. Nie wiem, jak uskoczyłam przed butelką piwa, która poleciała jego śladem i z hukiem roztrzaskała się na jezdni. Czy on oszalał, kurwa?! Sądząc po przekleństwach, jakie rzucił w stronę parki emerytów idącej tuż za mną i łagodnie zwracającej uwagę, żeby uważał, wszystko mu wisiało. Nie zastanawiałam się nad tym, bo chłopak nie miał już żadnych butelek w zapasie, a poza tym się bałam, że sklep zamkną. W sumie zupełnie mnie już nie obeszło, kiedy po wyjściu śmierdzącego jak pegeerowska obora klienta, młodziutka ekspedientka wyciągnęła spod lady odświeżacz, przeprosiła stojących w kolejce niemieckich letników i spryskała strefę skażoną.

Dopiero po wyjściu ze sklepu spojrzałam w niebo, gdzie znalazłam wytłumaczenie. Pełnia. To dlatego wszystkim dziś odpieprza.

I wszystko jeszcze mogło się zdarzyć, ale chrzanić. Skręciłam do parku zamkowego, żeby popatrzeć sobie na usypiające jezioro. Wyglądało na to, że nikt tam nie rozrabia. Tylko przy wejściu do zamku, naprzeciwko małego kościółka przysiadła dziewoja ubrana w wieczorową kieckę ultra mini i buty na wysokich szpilach. Niezbyt obfity tyłek umościła na jednym z kilku słupków ustawionych wzdłuż muru, żeby nie dało się przy nim parkować. Nogę założyła na nogę, jeden z obcasów wbiła w glebę i chyba tylko dzięki temu była w stanie utrzymać równowagę. Esemesowała zawzięcie, uśmiechając się do tego, co otrzymywała w odpowiedzi, i ewidentnie wyglądała na panienkę, która dogrywa zlecenie z klientem. Owszem, zarejestrowałam tu już kilka wysztafirowanych laseczek, ale żadna nie była chyba aż tak zdeterminowana, żeby wdziewać na siebie szczudła i skakać po pagórkach.

Ciekawiło mnie, kto się dzisiaj trafi małej syrence, ale z drugiej strony – jej dupa, jej sprawa, a nie miałam ochoty wysiadywać tu po zmroku. Klapnęłam na ławce kilka metrów od brzegu. Słabiej teraz widziałam oznaki rybiej działalności, za to mogłam się nacieszyć widokiem dwóch nurków zmierzających do bazy, za którymi równym rządkiem, jakby chciały wpasować się w wytyczony przez ludzi tor, płynęły kaczki. Pewnie gdzieś za zakolem było drzewo, gdzie sobie spały, ale wcześniej chciały pożegnać tych, którzy przez cały dzień zakłócali im spokój. Niektórzy kończyli zajęcia, inni dopiero zaczynali, jak wędkarz nadchodzący właśnie od strony przystani dla nurków.

– Dobry wieczór – rzucił cicho.

– Dobry wieczór – powiedziałam wesoło. Na wspomnienie butelki z piwem.

Zatrzymał się. Chyba młody. I trzeźwy, co tego wieczoru zakrawało na prawdziwą ekstrawagancję.

– Nie boi się pani tak tu sama?

– Nie – ucięłam. Ale nie był z tych, co łapią aluzje albo łatwo się zrażają, bo zaraz zapytał „mogę?” i nie czekając na przyzwolenie, usiadł na ławce. Co on sobie, za przeproszeniem, wyobraża? Inna rzecz, że jednak zachował przyzwoity dystans.

– Myślałem, że dziś trochę złapię i nic. Marnie w tym roku, sama drobnica – zagaił. Jakże intrygująco. Tylko tego mi było trzeba, pitolenia o leszczykach.

– Słyszałam. Dlatego chce się pan pocieszyć dużą syrenką? – palnęłam, bo niby czemu miałabym się zmywać? To w tej chwili moje miejsce i ja go nie zapraszałam.

Popatrzył na mnie, ale w zapadającym mroku nie zdołałam nic odczytać z jego spojrzenia. I się nie odezwał. Skoro tak, brnęłam dalej:

– Albo małą. Tam siedzi. – Pokazałam ruchem głowy, choć stąd nie było widać wejścia do zamku. – W każdym razie siedziała kwadrans temu.

– Mariolka – stwierdził, bo chyba zdał sobie sprawę, że nie odróżniłabym Iwonki czy Izabelki. Tubylec, znaczy. Albo już się kiedyś pocieszał. – To nie to, co myślisz.

Co ja myślę? O Jezu, no, nie jestem w sądzie, więc mogę sobie oceniać po pozorach. Nawet jeśli nie profesjonalistka, to lachociąg, bez dwóch zdań. A on co sobie wyobraża, że mnie tak tyka bez żadnych ceregieli? Chyba to, że jestem młodsza... Okej, niech mu już będzie.

– Znasz ją?

– Znam, znam. – W jego głosie wyraźnie słychać było pobłażliwość. – Zakochuje się średnio trzy razy w tygodniu. W ogóle przepraszam, że ja tak... Przy pełni chyba. Bartek jestem.

– Ale o północy zamieniasz się w wilkołaka? To chyba miejscowy zwyczaj, tylko inni zaczynają zaraz po kolacji.

– Tak? A coś się stało?

– Na szczęście nie, jeden pan złapał alergię na turystów, drugi chciał kolegę uszkodzić butelką i o mało nie walnął mnie, takie tam drobne przygody.

– Widziałaś tego z butelką?

– Wolałam się nie przyglądać. Nie, spoko, uchlał się i tyle.

– Skąd jesteś? – Bartek uświadomił mi, że jestem przede wszystkim na wczasach, a na nich się nie filozofuje.

– Z Wrocławia. Oj, sorry. Zuza.

– Zuza... – powtórzył, jakby chciał zapamiętać.

– Taki skrót od Zuzanny. Byle nie Zuzia.

– No przecież wiem. Pierwszy raz tu przyjechałaś?

– A co to za przesłuchanie? – żachnęłam się. – Pierwszy, pierwszy, miałam już dawno się wybrać, ale jakoś się nie składało.

– Dlaczego?

– Wybacz, moja sprawa.

– Przepraszam, przepraszam. Gdzie mieszkasz?

– Mówiłam. – Zaczynał mnie już drażnić. – Aha, tutaj? U Dąbrowskich. Jak rozumiem, jesteś stąd, więc wiesz, gdzie mają pensjonat.

– Tak. Na Złodziejowie. Ja mieszkam pośrodku. Słuchaj, noc już, a oni raczej nie zrobią się bardziej trzeźwi. Nie chcę cię tu przetrzymywać.

– Poradzę sobie.

– Nie wątpię – zaśmiał się. – Wobec tego będę leciał. Sprawdzę, co u Mariolki. Miło cię było poznać i do zobaczenia.

– Może... – Ani myślałam go zachęcać. Najwyżej odpuszczę sobie wizyty w tym parku.

– Dobrej nocy, Zuza.

– Dobranoc, Bartek.

Posiedziałam jeszcze chwilkę. Dobranoc żabki, rybki i Mariolki. A wy, komarzyska, możecie już pisać testament.

Teściowa wróciła ze stypy po Sarnie wcześniej. Od razu mnie opieprzyła, że pranie nierówno rozwiesiłam. Zaczęła oczywiście po swojemu poprawiać. Słabo jej szło, bo się trochę chwiała. Za dużo wódki pożegnalnej. Poczekałam, aż się położyć pójdzie i po niej poprawiłam. Bo jutro znowu by rzeź była. Chociaż jak nie ten, to inny powód znajdzie. Że kołnierzyk źle wyprasowałam. Że bez sweterka Mała lata. A przecież nawet wieczorem jest dwadzieścia kilka stopni! Że starego chleba Teresce nie zaniosłam i jej kury z głodu prawie padły. Akurat. Generalnie by na mnie z byle powodu skakała. I byle kiedy, więc się już zlewać nauczyłam. Jednak uważać musiałam, żeby jej za bardzo nie rozłościć. Już mnie tak jak kiedyś nie lała, ale jeszcze potrafiła. Jak trafi w ucho czy ścierką trzepnie, to i tak mniej boli niż jak mi wypomina, że jestem nikim.

I zawsze jestem sama sobie winna. Po co wtedy z nimi siedziałam, jak niby idealna żonka i synowa? Z super rodzinką wgapioną w idealną rodzinkę z telewizora. I w reklamy. Jeszcze większy pic na wodę. Właśnie powtórkę castingu do „Mam talent” dawali. Moi się przy reklamach nudzili, przecież w zasadzie w kółko te same szły. A jak się bardzo nudzą, to zwykle robią sobie ze mnie polewkę. Moje dziecko zaczęło. Generalnie Mała nie chciała może źle, ale tak wyszło. „Mamusiu, ty byś mogła śpiewać. Umiesz lepiej niż ta pani”. Zapamiętała z czasów, jak ją do snu kładłam, czy mnie przyłapała gdzieś? Tak już mi odbija, że nie słyszę? Czasem głośno do siebie mówię, to prawda. Ale śpiewam tylko wtedy, jak jestem naprawdę sama. Bardzo rzadko. Mati kiedyś mówił, że naprawdę dla siebie mamy tylko sen. Zależy który. Prawie nic mi się nie śni. A jeśli już, to prawie w każdy oni mi się z buciorami ładują. Nawet wtedy dręczą.

No więc wtedy, jak leciał „Mam talent”, teściowa powiedziała, a raczej rozkazała, żebym coś zaśpiewała. A teściu już chwytał za pilota dla zachęty. Telewizor chciał ściszyć, a mnie podgłośnić. Udawałam głuchą. Na co ona, że na razie niech leci, poczekamy do przerwy na reklamy.

Chciałam uciec oczywiście, ale mąż chwycił mnie i siłą usadził sobie na kolanach. Śmiał się przy tym, żeby Małej nie przestraszyć. Że niby tak się bawimy. W telewizorze śpiewała fajna babeczka. Nawet nieźle. Potem wyskoczył jakiś kretyn i zaczął podrygiwać bez sensu. Pokazali jego występ, bo show nie może się obejść bez takich idiotów. Widownia oczywiście polewała. Aż mi się go żal zrobiło. Ale siebie bardziej. Ze mnie też by się tak śmiali. Teściowa cała czerwona z tego śmiechu. A potem złośliwie popatrzyła na mnie. Nie miałam zamiaru się błaźnić, dawać jej satysfakcji.

Nie