Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 364 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ciało - Iga Horn

Co łączy potworne znalezisko z wiedeńskiej plaży i ludzką skórę wyłowioną przed laty w Krakowie?

Koniec lata. Na Gänsehäufel, plaży nad Dunajem, odpoczywają całe rodziny. Kąpiący się młodzi ludzie zauważają w wodzie dziwny przedmiot. Po bliższych oględzinach okazuje się, że jest to ludzka skóra.

Paulina Weber, historyczka sztuki na uniwersytecie w Wiedniu, interesuje się tematyką okrucieństwa w sztuce. Jej były mąż, policjant Max Haas, łączy sprawę z plaży i przypadek sprzed 15 lat, kiedy to w Polsce wyłowiono z Wisły skórę zdjętą z ciała młodej dziewczyny. Wiedeńska komenda prosi o konsultacje analityka z Krakowa, Henryka Macha, okrzykniętego specjalistą od psychopatów. Paulina jest zafascynowana Machem, człowiekiem o niezwykłej inteligencji i wrażliwości na granicy neurozy.

Weber niespodziewanie otrzymuje e-mail z cytatem z Baudelaire’a i zdjęciem wyłowionej przez policję ludzkiej nogi.

A to dopiero początek makabrycznego ciągu wydarzeń.

Opinie o ebooku Ciało - Iga Horn

Fragment ebooka Ciało - Iga Horn

Pejzaż wewnętrzny ciała związany jest ze śmiercią i miłością: kochanek i morderca są jego uprzywilejowanymi eksploratorami[1].

Hans Bellmer

Prolog

Ciało kobiety, a była to blondynka o starannie pomalowanych karminowych wargach, było rozcięte od mostka aż do spojenia łonowego, porośniętego delikatnym jasnym włosem, co sprawiało nieco wyzywające wrażenie. Jej głowa, lekko odchylona do tyłu, spoczywała na jedwabnej purpurowej poduszce z frędzlami, a brązowe oczy utkwione w suficie kryły wyłącznie bezmyślną pustkę. Miała długie bladozłote włosy, ufryzowane z dużą wprawą i lekko przerzucone przez lewe ramię. Dłonie spoczywały swobodnie po obu stronach ciała, ale ułożone w taki sposób, że miało się wrażenie, iż kobieta ukazuje widzom swoje odsłonięte wnętrze. Jak prestidigitator wyciągający królika z kapelusza za pomocą jednego zręcznego „hokus-pokus”, tak ona – owa niewiarygodna piękność w podwójnym sznurze pereł na szyi – zapoznawała nas z tajemnicą swego ciała. Oto płuca, powłoki brzucha, układ dużych naczyń krwionośnych, a nawet macica – o idealnym kształcie.

W pomieszczeniu było duszno. Przez okno wsączało się blade światło grudniowego poranka. Mdłe oświetlenie podsufitowych lamp odbijało się obojętnie w obramowanej różanym drewnem kryształowej trumnie, w której spoczywała kobieta w naszyjniku z pereł.

Doktor Paulina Weber westchnęła, poprawiła pasmo włosów, które opadło jej na twarz, gdy nachylała się nad gablotą, a potem cofnęła się o dwa kroki.

W wiedeńskim muzeum anatomicznych modeli woskowych panowała przygnębiająca cisza, oblepiająca wszystko jak nieprzyjemna maź. Przed chwilą do pomieszczenia zajrzała dosłownie na minutę jakaś rodzina, złożona z grubej matki i dwojga dzieci. Chłopiec ukradkiem jadł czipsy i nie wydawał się zainteresowany makabryczną wystawą, a dziewczynka tylko zakryła usta w niemym geście przerażenia, więc matka natychmiast skierowała ich do wyjścia. W innych salach można było zobaczyć mikroskopy i szkła laboratoryjne. Coś dalece bardziej stosownego dla młodych widzów niż rozkrojone modele w pozycjach naśladujących klasyczne rzeźby.

Paulina wyciągnęła z przepastnej torby duży aparat fotograficzny z okazałym obiektywem: musiała sfotografować Wenus Medycejską, jak nazywano rozciętą kobietę w perłach. Ostatecznie tylko po to tutaj przyszła. Przymierzyła dosłownie raz, po czym zrobiła serię zdjęć.

– Niech pani rzuci na to okiem – niespodziewanie usłyszała głos tuż za sobą, więc odwróciła się spłoszona i przyłapana na gorącym uczynku, choć fotografowanie nie było tu przecież zabronione. Zbliżała się do niej kasjerka, która przed niespełna kwadransem sprzedała jej bilet. Najwyraźniej pełniła tu również funkcję kustosza, co zresztą nie dziwiło – Josephinum było maleńkim muzeum na peryferiach głównych szlaków turystycznych.

Spojrzała na podsunięty jej katalog. Jak wyjaśniała zaaferowanym głosem kasjerka-kustosz, był to spis wszystkich eksponatów, właściwie czyjaś praca doktorska. Weber przerzuciła opasły tom. Każdy model był starannie obfotografowany i opisany na maszynie obok wklejonego zdjęcia o spłowiałym uroku polaroidu. Praca musiała być strasznie stara.

Dotarła do opisu rozkrojonej kobiety. Był lakoniczny: model wykonano pomiędzy 1784 a 1788 rokiem w słynnym, założonym przez Leopolda II warsztacie La Specola we Florencji, gdzie powstały dziesiątki takich figur. Były to informacje powszechnie znane i niewyjaśniające tego, co interesowało ją najbardziej – dlaczego ktoś wpadł na taki pomysł, by w równie makabryczny sposób demonstrować ludzką anatomię. Woskowa Wenus była bowiem przedstawieniem z pogranicza sztuki i medycyny. Można było ją demonstrować na uniwersytecie w celu podniesienia wiedzy studentów, ale też w jarmarcznej budzie jako swoiste kuriozum. Paulina uważała te modele za coś w rodzaju fetyszu sztuki – były tak niewiarygodnie dziwne, niosły tyle różnych symboli, że prawie same stawały się mitem.

Kustoszka przyglądała się w milczeniu, jak Paulina przegląda cenny katalog.

– Interesujące, prawda? – powiedziała. I nie czekając, aż Weber udzieli jakiejkolwiek odpowiedzi, dodała: – Ma pani podobny do niej kolor włosów, od razu to zauważyłam. Czytałam, że Lukrecja Borgia uzyskiwała taki odcień blondu dzięki ekspozycji na słońce i odpowiednim ziołowym płukankom.

Weber popatrzyła na kustoszkę z pewnym zaciekawieniem, ale dalej milczała. Próba znalezienia podobieństwa pomiędzy nią a rozpłataną kobietą w perłach wydała się jej nie na miejscu. Oddała więc katalog, podziękowała i wyszła z sali ekspozycyjnej. Z wieszaka przy kasach wzięła swój czerwony płaszcz i po chwili wahania przewiesiła go przez rękę. Chciała jeszcze skorzystać z łazienki.

Toalety w Josephinum były równie dziwne, jak zgromadzone tu eksponaty. Niby usytuowano je na parterze, ale miało się wrażenie schodzenia do piwnicy lub kotłowni. Pomieszczenie było ciasne, z niskim sufitem i niemiłosiernie przegrzane. W niewielkich kabinach, na ścianach zapętlały się odsłonięte rury.

Można dostać klaustrofobii – pomyślała Paulina, której ta piwniczna atmosfera kojarzyła się z jakimś seryjnym mordercą lub gwałcicielem kobiet. Trudno się dziwić, że mam takie odczucia po obejrzeniu tej wystawy – doszła do wniosku, myjąc ręce i spoglądając na swoje odbicie w lustrze: kobietę o pociągłej bladej twarzy okolonej włosami w tym nietypowym kolorze, który kustoszce przywodził na myśl Lukrecję Borgię, a tak naprawdę był bardzo słowiański.

Z tyłu przemknął jakiś cień, rysując się niewyraźnym odbiciem na lustrze. Paulina odwróciła się gwałtownie. Bardzo nie lubiła, gdy ktoś czaił się za jej plecami.

W pomieszczeniu z umywalkami nikogo jednak nie było.

Weber zrobiła krok i sprawdziła kolejno wszystkie kabiny. Każda miała otwarte drzwi i była zupełnie pusta. Małe okienka, umieszczone tuż pod sufitem, prawie nie wpuszczały światła i jedynie potęgowały niesamowitą aurę tego miejsca.

Otrząsnęła się z dziwnego wrażenia. Jeszcze raz spojrzała w lustro, ponownie przygładzając niesforny kosmyk włosów, a potem starannie zamknęła za sobą drzwi.

1

Plaża nad Dunajem, Gänsehäufel, była pod koniec lata miejscem, które wiedeńczycy odwiedzali najchętniej. Upał wciąż był niemiłosierny, ulice rozprażyły się słońcem i nawet noc nie przynosiła wytchnienia od gorąca. Od rana na skrawek trawiastej łąki wśród drzew ciągnęły tłumy. Na piasku pojawiały się krzesełka i rozkładane leżaki, wszędzie roiło się od dzieci, a różnej urody ciała odpoczywały na rozpostartych na trawie kocach i ręcznikach. Sprzedawcy lodów i słodyczy nawoływali monotonnie, a przerywały im tylko krzyki matek dyscyplinujących brodzące w wodzie pociechy oraz wesołe chichoty nastolatek bawiących się w najlepsze z kolegami. Cały ten obrazek przypominał slapstickowy film sprzed pierwszej wojny Wujek Cocl na Gänsehäufel, z parą komików w stylu Flipa i Flapa – tylko stroje były nieco odmienne.

Jedynie wczesnym rankiem panował tu spokój. Mgła znad rzeki kładła się miękko na wilgotnej od rosy trawie, zwiastując nieuchronne nadejście jesieni i oczekiwanego przez wszystkich ochłodzenia, a jedynymi osobami zakłócającymi ciszę tego miejsca byli właściciele psów i poranni kochankowie.

Do tej drugiej grupy zaliczała się para nastolatków, która spędziła upalną noc nad wodą, a teraz przyszła nad brzeg, żeby się wykąpać. Dziewczyna miała długie proste włosy w kolorze koniaku, z grzywką skośnie przyciętą nad czołem, zaś chłopak był bardzo szczupły i wysoki, o nogach jak szczudła. Rozejrzeli się po plaży, a ponieważ nikogo nie było –najbliższy spacerowicz z psem znajdował się na ścieżce prawie dwieście metrów przed nimi – szybko zrzucili ubrania i wbiegli nadzy do rzeki. Ich ciała rysowały się matowo w bladym świetle poranka. Dziewczyna zaczęła piszczeć, gdy chłopak ochlapał ją zimną wodą, a potem odwzajemniła mu się, bijąc rękoma w taflę i puszczając w jego kierunku fontannę rześkich kropel. Chłopak udał, że krzyczy ze strachu, po czym zanurkował i nagle znalazł się przeszło dziesięć metrów od niej.

– Wracaj tutaj. Jeszcze coś ci się stanie – zawołała zaniepokojona dziewczyna, która nie umiała zbyt dobrze pływać i przestraszyła się, że została sama, choć akurat nic jej nie groziło, bo była na płyciźnie.

– Chodź do mnie, tu nie jest głęboko. Wspaniała woda, bajeczna. – Chłopak okręcił się wokół własnej osi, robiąc śrubę i burząc wodę.

Rzeka zafalowała i na jej powierzchni pojawiło się coś dziwnego. Podłużny kształt, nieokreślonego koloru, z pozoru wyglądający jak dosyć gruba i namoknięta dykta. Chłopak zdziwił się, że coś takiego wypłynęło na wierzch, ale zobaczył, że nieznany przedmiot po prostu zaczepił się o słupek służący do przywiązywania łodzi.

– Co się dzieje? – zdenerwowała się dziewczyna, nie rozumiejąc, w co tak intensywnie wpatruje się jej partner.

Chłopak dotarł do słupka i wyciągnął już rękę, by dotknąć dziwacznej rzeczy. Cofnął ją jednak, gdy uświadomił sobie, co to jest. A potem wrzasnął tak straszliwie, że ptaki poderwały się z drzew, a zaniepokojeni spacerowicze rzucili się w kierunku rzeki, sądząc, że ktoś wzywa pomocy. Dziewczyna także zaczęła krzyczeć, choć zupełnie nie wiedziała dlaczego. Wyskoczyła z wody i kompletnie naga kręciła się bezradnie po trawie, podskakując w rytm swoich wrzasków.

W wodzie, zaczepiony o słupek, do którego zazwyczaj cumowano łodzie, unosił się spory fragment ludzkiej skóry.

2

Paulina Weber od kilku lat prowadziła wykłady z historii sztuki na wiedeńskiej akademii, ale zawsze odczuwała dziwny dreszcz zaciekawienia, gdy zabierała swoich studentów do prosektorium wydziału medycznego. Interesowało ją zwłaszcza, jak zareagują, wchodząc do budynku pokrytego obłażącym tynkiem w kolorze pomarańczowym, który od dawna domagał się odmalowania, ale jakoś nie mógł się go doczekać. Prosektorium ulokowano na piętrze, a jego okna wychodziły na wewnętrzne podwórze. Mieścił się tam plac zabaw należący do akademickiego przedszkola. Latem przez otwarte okna dobiegały wesołe śmiechy i śpiewy dzieci, szokująco kontrastując z panującą w sali ćwiczeń powagą towarzyszącą śmierci. Było coś nierzeczywistego w przenikaniu się tych dwóch światów.

Weber lubiła przebywać na terenie kampusu uniwersytetu medycznego. Nowoczesna architektura łączyła się tutaj z zabytkową, a w samym sercu kompleksu, niedaleko od budynku, w którym znajdowało się prosektorium, stało Narrenturm, słynna Wieża Szaleńców, gdzie w XVIII wieku przetrzymywano chorych umysłowo, a teraz zdeponowano kolekcję anatomiczno-patologiczną. Paulina, która jeszcze w Polsce studiowała trzy semestry w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, uważała, że praktyczna nauka anatomii może przydać się każdemu artyście. W końcu nie bez przyczynyRembrandt namalował Lekcję anatomii doktora Tulpa – choć oczywiście nawet w jego czasach sekcji zwłok nie zaczynano tak jak na tym obrazie od ręki, ale zwyczajowo od brzucha. Dziekan, człowiek starej daty, nie był entuzjastą tak turpistycznego – jak to ujął – podejścia do sztuki, lecz w końcu zgodził się na ćwiczenia w prosektorium. Paulina Weber była ekscentryczna, to fakt, ale jej wykłady gromadziły tłumy. Prowadziła przy tym bardzo poczytnego bloga zatytułowanego Cruelty of Art, gdzie analizowała swe ulubione dzieła malarskie poświęcone tej tematyce.

– Skórowanie, okaleczanie, rozczłonkowywanie. Naprawdę można się tej kobiety przestraszyć – powiedział kiedyś dziekan, gdy po wyjątkowo długiej radzie wydziału poszedł z kolegami na sznycla i domowe piwo do niewielkiej i słabo znanej turystom knajpki niedaleko uniwersytetu.

Paulinę fascynowała sztuka baroku z jej obsesyjnym dążeniem do anatomicznej prawdy oraz wszelkie współczesne przedstawienia manipulacji ciałem. Swoje konwersatorium zaczynała zwykle slajdem, który przedstawiał obraz Rembrandta. Nie kadrowała jednak rozprutej skalpelem anonimowego preparatora ręki, ale ułożoną u stóp postaci księgę. Było to De humani corporis fabrica („O budowie ciała ludzkiego”) Vesaliusa, którego piękny reprint w dwóch tomach można było nabyć za dwa tysiące dolarów.

Studenci przychodzili na jej zajęcia z ciekawości, którą w wielu przypadkach szybko zastępowała obawa. Nadrabiali więc miną lub ciężkim żartem. Były jednak osoby autentycznie zainteresowane problemem, które nie mdlały na sali i nie wybiegały do toalety, by zwymiotować ostatni posiłek. Paulina bacznie obserwowała swoich podopiecznych, zwłaszcza tych, którzy wydawali się poszukiwać czegoś więcej niż tylko prostych rozwiązań i taniej sensacji.

W tym roku jej bystre oko wyłowiło Astrid Koch, dziewczynę w gotyckim stylu wampa. Astrid miała bladą, podkreśloną makijażem twarz i długie ufarbowane na czarno włosy. Była przy tym drobna, gibka i wydawała się bardzo silna. Zajmowała się korespondencją sztuk, uczyła się na międzywydziałowych studiach humanistycznych i pisała pracę o surrealistach. Pauliny nie interesowały wiersze ani opisy snów. Nie bardzo ceniła też Salvadora Dali, ale lubiła Astrid – zwinną i drapieżną jak małe zwierzątko, które musi przetrwać.

Jej absolutnym przeciwieństwem był Jacob Keller – ciężki i zwalisty, mający w sobie coś z niedźwiedzia. Jacob miał flegmatyczny i pełen zadumy charakter, lubił analizować każde zagadnienie. Co ciekawe, gdy już nasycił się swymi poszukiwaniami, czasami nie docierając wcale do ostatecznego celu, nudził się i je porzucał. Mógłby być gwiazdą wydziału historii sztuki, gdyby tylko mu się chciało.

To prawda, że mimo wielu słuchaczy Paulina miała tego roku dosyć słabą grupę. Byli raczej bierni, nie lubili dyskutować, czy w ogóle odzywać się podczas zajęć. Dominowały dziewczęta, studentki sztuki, które przyszły zaliczyć konwersatorium, a powiedziano im, że tutaj na pewno nie będą się nudzić. Chłopcy pojawiali się z ciekawości, a może i z przekory, by rzucić jej wyzwanie.

Tak było z Peterem Scholle, którego Paulina zupełnie nie mogła rozgryźć. Wydawało się, że mieszkają w nim dwie osoby,istny doktor Jekyll i pan Hyde. Na niektórych zajęciach był pełen zaangażowania, wręcz nadreaktywny: zadawał pytania, przerywał, dyskutował sam ze sobą, potem popadał w apatię i wodził znudzonym wzrokiem po ścianach. Studiował konserwację dzieł sztuki i jej wykład wybrał jako dodatkowy. Uważał, że anatomia, o której tak dużo mówiła, może przydać mu się w pracy. Był z jednej strony pragmatyczny, a z drugiej denerwująco marzycielski. Kompleks Piotrusia Pana – podsumowała pewnego dnia Paulina, przyglądając się Peterowi. Koleżanki za nim szalały: był ładniutki, miał urok małego krnąbrnego chłopca, mógł zatem budzić instynkty opiekuńcze.

Pokazami w sali sekcyjnej Wiedeńskiej Akademii Medycznej zarządzał ponury technik, Günter Tratt. Był wysoki i nienaturalnie szczupły, a w jego pociągłej twarzy narzucało się podobieństwo do konia. Tratt miał w sobie coś z melancholika, gdy pozbawionym emocji głosem, pokazując jednocześnie spreparowany mózg, mówił o ewolucji techniki sekcyjnej i omawiał metody pozyskiwania materiału do badań w dawnych wiekach. Były to zazwyczaj „podłe ciała”, jak określał je Grégoire Chamayou, należące do skazanych na śmierć zbrodniarzy i przez sam ten fakt potępione i zohydzone. Anatom i kat wchodzili tu w przymierze, działając ręka w rękę. Eksperymentowano na ciałach bez głów i na głowach oddzielonych od ciał, znęcano się nad zwłokami za pomocą prądu galwanicznego i rozmaitych narzędzi, preparowano i rozczłonkowywano, a wszystko po to, by zgłębić problemy medyczne, ale i filozoficzne.

– Najczęściej konserwowano kości, narządy, fragmenty ciał – tłumaczył Tratt milczącym studentom, którzy z niepokojem popatrywali na salę sekcyjną, niepewni, czy wykładowca zaraz nie wyciągnie gdzieś z zaplecza jakiegoś nietypowego eksponatu.

– Widziałem coś takiego – powiedział Scholle, zwracając się do Pauliny. – W muzeum Uniwersytetu Lizbońskiego jest doskonale zakonserwowana głowa przestępcy nazwiskiem Diogo Alves, którego powieszono w połowie XIX wieku. Wygląda jak żywa, facet nawet się uśmiecha, a oczy wydają się obserwować coś znajdującego się poza szklanym słojem, w którym umieszczono tę głowę. Trudno uwierzyć, że był martwy, gdy go dekapitowano.

– Brednie – odezwał się pogardliwie Keller i wzruszył swymi niedźwiedziowatymi ramionami. – Takich preparatów są tysiące w całej Europie i nie ma w nich absolutnie nic ekscytującego. Sam widziałem w jednym z muzeów samą skórę zdjętą z twarzy, pływającą w formalinie.

– Skórę? – pisnęła jedna ze studentek wydziału sztuki i Paulina rozpoznała w niej Karen Bar, wyjątkowo irytującą dziewuchę o inteligencji muszki owocowej. Karen zajmowała się formami użytkowymi i trudno powiedzieć, co ją tu właściwie przywiodło. Nie było żadnego sensu w tym, że ta głupia i w dodatku przewrażliwiona na swoim punkcie dziewczyna uczestniczyła w konwersatorium na temat okrucieństwa w sztuce. Paulina zagadnęła ją o to, gdy Bar przyszła konsultować temat swej pracy.

– Słyszałam, że to są interesujące zajęcia – wyznała Karen po prostu. – Ale teraz niezbyt jestem do nich przekonana. Te wszystkie sceny patroszenia i przemocy… Nie lubię tego, wolę piękne przedmioty… Niech się pani nie obrazi, doktor Weber, ale moim zdaniem jest coś chorego w fascynacji tymi okropieństwami.

– Obrazić się? Nie. Zastanawia mnie raczej, co pani tu jeszcze robi.

Karen skrzywiła się lekko.

– Ja zawsze kończę to, co zaczęłam, doktor Weber. Nie lubię spraw zostawionych własnemu losowi. Zawsze tak było i będzie.

Paulina powstrzymała się od złośliwego komentarza, nie chciało się jej wchodzić w dyskusję z tępą studentką.

Karen zapewne będzie projektowała ładne i funkcjonalne lampy, które każda matka chętnie powiesi nad łóżeczkiem

swejpociechy, a także atrakcyjne trzonki do widelców, ale trudno liczyć, by zrozumiała prawdziwe przesłanie sztuki. Bo sztuka lubi być okrutna. Zresztą jak samo życie.

Pauliny Weber nie zdziwiło więc, że to właśnie Karen kwiknęła najgłośniej, gdy Keller wspomniał makabryczny eksponat ze zdjętą z twarzy skórą.

– O, to coś takiego jak niedawne znalezisko z Dunaju – wtrąciła Astrid ku rosnącemu przerażeniu Karen Bar.

– Nie bądź śmieszna. Tamta skóra nie została zdjęta z twarzy, tylko z pleców – rzekł Peter, patrząc z wyższością na koleżankę. – Zupełnie jak w filmie Milczenie owiec, ktoś sobie szyje ubranko z ludzkiej skóry.

– Przypominam wszystkim, że nie jesteście już w przedszkolu – powiedziała Paulina, bo nie podobał się jej kpiący ton Schollego. Natychmiast umilkli.

Policja próbowała trzymać sprawę w tajemnicy, ale jednak wieść o makabrycznym znalezisku trafiła w niedługim czasie do mediów. Jeden z brukowców zdobył nawet autentyczne zdjęcie wyłowionej skóry, pochodzące najprawdopodobniej z policyjnego archiwum. Choć ciało od pewnego czasu przebywało w wodzie, fotografię podrasowano w ten sposób, że odbiorca nie miał najmniejszej wątpliwości, iż widzi strzęp ludzkiej skóry.

Chyba właśnie dlatego komendant policji szalał. Może nie w dosłownym znaczeniu, ale był mocno zdenerwowany faktem, że ktoś przehandlował tę fotografię. Paulina wiedziała o tym od Maksa, swego byłego męża, który pracował w policji. Zadzwoniła do niego zelektryzowana prasową notatką. Tak, fragment skóry przyczepionej do słupka cumowniczego to było coś dla niej – badaczki okropieństw i tropicielki dziwności.

– Daj spokój – rzucił przez zęby Max. – Nie będę o tym gadać, zwłaszcza z tobą. Jakiś gnojek wypuścił zdjęcie do prasy i rozpętało się piekło.

– Powiedz od razu, że się boisz – roześmiała się Paulina, która wiedziała, że jej były miał chorobliwą skłonność do ryzyka. Przez to zresztą się rozstali, bo Weber nie cierpiała takiego życia na krawędzi. Zwłaszcza że dzieliła je ze zbyt dużą liczbą intymnych sympatii męża.

– Oczywiście, że się nie boję. Nie chcę, żeby ten miękki chujek Hopfer dobrał mi się do dupy. On tylko czeka na jakąś niesubordynację, by mnie zawiesić.

Niechęć – a było to bardzo delikatne określenie tego, w jaki sposób Max i jego przełożony odnosili się do siebie – pomiędzy nimi była od dawna znana. Max uważał Hopfera za karierowicza, który do policji kryminalnej przyszedł z wydziału międzynarodowej współpracy policyjnej.

– Gada po francusku i angielsku, i tyle z tego mamy. Przyda nam się, jak seryjny zabójca z Ameryki zacznie grasować na naszym terenie – mawiał zawsze Max, dystansując się od umiejętności Hopfera. Uznawał go za pozbawionego polotu wykonawcę wszelkich idiotycznych zarządzeń i producenta nowych, równie debilnych. Brak talentu do śledztwa Hopfer miał rekompensować wyjątkową pracowitością i pedantyzmem. Paulina odnosiła wrażenie, że główny problem polegał na tym, iż Hopfer był systematyczny, a Max wysoce sobie cenił swoje bałaganiarstwo. Jak mawiał, w bałaganie nie można nicznaleźć, ale nie można też niczego zgubić. Już od przeszło dwóch lat toczyła się ta wojna samców alfa i nie było widać jej końca.

Paulina, która mimo wszystko zachowała z małżeństwa pozytywne wspomnienia i żyła z Maksem w przyjaźni, obserwowała tę rozgrywkę z rozbawieniem. Nie miała wątpliwości, że musi się to skończyć jakimś otwartym konfliktem i eskalacją. Historia ze skórą – prestiżowa dla wydziału kryminalnego – mogła więc być takim właśnie zarzewiem. Po raz pierwszy zatem pochwaliła byłego męża za ostrożność i zdolność przewidywania, a on wyraźnie nie był zadowolony z tych komplementów.

– Pani doktor? – przywołał ją do rzeczywistości Peter. Zamyśliła się, a studenci na nowo zaczęli się kłócić o skórę wyłowioną z Dunaju. Tratt czekał spokojnie, nie uczestnicząc w tym sporze, wciąż trzymając w dłoni zakonserwowany mózg, niczym Hamlet czaszkę Yoricka.

– O co chodzi, panie Scholle? – powiedziała.

– Kiedy wreszcie obejrzymy prawdziwą sekcję zwłok? Wciąż tylko oglądamy jakieś anatomiczne preparaty, czaszki, mózgi, rozkrojone nogi. Ale to są nudy! Chciałbym zobaczyć prawdziwe ciało. Podobno jest niesamowicie blade, jakby posypane popiołem. A wargi są zupełnie fioletowe…

– Kretyn – rzucił ze zniecierpliwieniem Jacob Keller, a Paulina posłała zwalistemu studentowi pełne wdzięczności spojrzenie. W Peterze było coś takiego, co budziło odrazę. Nie był głupi jak Karen, ale miał w sobie dużą dozę umysłowego prostactwa.

– Masz jakiś problem? – zaczepnie odparł Scholle, patrząc wyzywająco na Jacoba. Ten poruszył wielkimi barkami i powoli podszedł do Petera.

– Mam problem z tobą. Ściślej mówiąc, nie trawię cię, więc jeśli nie chcesz oberwać, hamuj się trochę.

– Jacob, przestań – ostrzegawczo rzuciła Astrid, chwytając kolegę za ramię. Peter najwyraźniej chciał się odszczeknąć, ale do starcia włączyła się Paulina.

– Keller, uspokajam pana po raz ostatni. A co do pańskiego pytania, panie Scholle, chętnie odpowiem. Organizujemy takie zajęcia dla zainteresowanych, ale to ja decyduję, kto może wziąć w nich udział. A kto nie.

Peter mruknął coś pod nosem, a na twarz Jacoba wypłynął triumfalny uśmiech. Paulinie się to nie podobało, ale nie chciała brnąć w ten konflikt. Dziewczęta z zainteresowaniem śledziły starcie, wodząc oczyma od Jacoba do Petera. Na twarzy Karen widać było przykrość – nie akceptowała, że Paulina załatwiła sprawę w ten sposób.

Tylko Astrid wydawała się obojętna. Patrzyła na metalowy stół sekcyjny, przy którym wciąż tkwił Tratt z mózgiem w ręku, i kręciła palcami bransoletkę z runicznymi motywami noszoną na nadgarstku.

Paulina postanowiła zakończyć zajęcia.

3

W siedzibie policji przy Carl-Szokoll-Platz, w dziewiątej dzielnicy Wiednia, dzień zaczynał się wcześnie. A właściwie, żeby powiedzieć ściślej – nigdy się nie kończył. Rossauer Kaserne były dokładnie tym, co głosiła nazwa, czyli wielkimi czerwonymi koszarami. Zabytkiem z najkoszmarniejszego snu. Gdy się spojrzało na mapę Wiednia w tym miejscu, ponury obiekt od razu zwracał uwagę – mógł być wyłącznie więzieniem lub zakładem dla obłąkanych.

Max Haas paradoksalnie lubił swoje miejsce pracy dużo bardziej niż nową siedzibę policji przy placu Josefa Holaubka. Tamten budynek, nowoczesny, ponoć inspirowany Hundertwasserem, a Maksowi kojarzący się wyłącznie z konstrukcją z białych klocków Lego wzniesioną ręką średnio uzdolnionego pięciolatka, był dla niego pozbawiony charakteru.

Od czasu rozwodu z Pauliną Weber, czyli od trzech lat, zdecydowanie za dużo czasu spędzał w pracy. Wciąż lubił Paulinę, piękną w charakterystyczny dla Słowianek sposób, ale zbyt trudną jak dla niego. To nie tak, że lubił proste kobiety, po prostu nie lubił tych skomplikowanych. Paulina była nerwowa i zbyt szybko myślała. Obcując z nią, miało się wrażenie, że połączenia neuronowe w jej mózgu działają z jakąś zawrotną prędkością, nieustannie wywołując sprzężenia zwrotne. Jednocześnie tkwiła w niej jakaś tajemnica, której nigdy nie udało mu się zgłębić, dystans niemożliwy do zniwelowania.

Przyjechała do Wiednia, by zrobić doktorat. W rodzinnym Krakowie było dla niej za ciasno, więc wybrała Wiedeń –Kraków w makroskali. Maksa zawsze to śmieszyło. Raz pojechał z nią do Polski. Stare Miasto w Krakowie przygnębiłogo – trąciło zastarzałym kurzem i naftaliną. Mgła nadciągająca od rzeki przenikała wszystko, sprawiając, że budynki wyglądały jak widmowe upiory, a smog wisiał nad miastem niczym pomarańczowy złowróżbny osad.

Poranna odprawa Hopfera wyglądała jak niezliczone spotkania, które już odbyły się wcześniej. Przed każdym stała szklanka na wodę i butelka, a na stole leżała podkładka do notowania z obiecującym plikiem białych kartek. Max szczerze wątpił, czy przy największej dozie dobrej woli dałoby się cokolwiek zanotować z bełkotu przełożonego. Procedura, regulamin, punkty, podpunkty, paragrafy. Gdyby ustawa o policji była bogiem, to Albert Hopfer sam mógłby utworzyć kongregację wiernych. Nie miał pojęcia o specyfice pracy w wydziale kryminalnym, bo chyba nigdy w życiu nie brał udziału w żadnej akcji. Był zajęty karierą i współpracą międzynarodową. Rzeczywiście ładnie wyglądał na zdjęciach w policyjnym biuletynie informacyjnym, powinni go zrobić rzecznikiem albo konsultantem w jakimś telewizyjnym reality show, na przykład pod tytułem Komenda.

Max uśmiechnął się pod nosem na tę myśl, co oczywiście nie uszło uwagi przełożonego.

– Co pana tak śmieszy, Haas? Może jakieś pomysły w sprawie skóry z Dunaju? Mija już kolejny tydzień, a my nie mamy nic poza zeznaniami pary rozhisteryzowanych nastolatków i dwóch spacerowiczów, którzy wyszli odsikać swoje pieski. I w dodatku to zdjęcie w gazetach! Minister naciska na wyniki, prasa nas szarpie! Może da mi pan coś nowego?

Max milczał, ale za to odezwał się Nolde z jego zespołu. Był dobrym analitykiem i umiał szukać. Zdążył prześledzić archiwa policyjne na przestrzeni kilku lat i nie było w nich wzmianki o podobnym przypadku. Także archiwa głównych gazet milczały na ten temat.

– Postanowiliśmy zwrócić też baczniejszą uwagę na to, co dzieje się w Internecie – powiedział Nolde, kończąc swój wywód.

Na twarzy Hopfera odmalowało się zdziwienie.

– W jakim celu?

– Doszliśmy do wniosku, że warto tam poszperać. Poszukać kontaktów i punktów zaczepienia – enigmatycznie rzekł Nolde, co nie wzbudziło entuzjazmu zwierzchnika.

– Nie widzę związku. – Hopfer zmarszczył brwi. – Nie podoba mi się marnowanie czasu całego zespołu, Nolde. Chcę wyników, a nie szukania na oślep w bardzo wątpliwym kierunku. Dysponujecie jakimś konkretnym śladem, czy to tylko takie wróżenie z fusów?

Nolde pokręcił przecząco głową, ale minę miał zaciętą.

– Powinien pan sięgnąć do własnych doświadczeń – rzucił Haas, któremu nie podobało się przeczołgiwanie kolegi przez szefa-kretyna.

– Nie rozumiem, co pan ma na myśli. – Przełożony kręcił się na krześle, jakby bał się, że za chwilę usłyszy coś nieprzyjemnego. Powszechnie znana była pogarda, jaką wydział kryminalny żywił do innych jednostek niezwiązanych z pracą dochodzeniową.

– Współpraca międzynarodowa – potwierdził jego obawy Haas i zawiesił głos, rozkoszując się wyrazem oburzenia malującym się na twarzy szefa. – Warto skonsultować się z kolegami z innych krajów, którzy mieli już do czynienia z podobnymi przypadkami – dodał po chwili, aby nie przeciągać struny.

– Podobnymi przypadkami? – powtórzył jak echo Hopfer, a Nolde wlepił w Maksa pełne wyczekiwania spojrzenie. Jego kumple komputerowcy nie bardzo się postarali, skoro jeszcze nie podrzucili mu tego powiązania.

– Tak. Była taka sprawa w Polsce, piętnaście lat temu. W Krakowie. Skóra młodej dziewczyny wkręcona w śrubę barki, która pływała po rzece. Sprawcy nigdy nie odnaleziono, ale na ciele ofiary odkryto ślady tortur. O ile wiem, Polacy konsultowali się w tej kwestii z Amerykanami, wciąż na nowo robione są badania mikrośladów.

– Ciekawe. Czy przez te piętnaście lat powtórzył się taki incydent, w Polsce albo w którymś z sąsiednich krajów? – zapytał Hopfer, a Haas zaprzeczył ruchem głowy. – Zatem może to być ślepa uliczka, ale sprawdzimy to. Miller, skontaktuje się pan z policją w Krakowie i ściągnie od nich jak najwięcej danych. Może ktoś od nich mógłby tutaj przyjechać i omówić rzecz na miejscu.

– Tak jest – powiedział Miller, młody policjant, świeżo po studiach, który chyba widział w Hopferze wzór do naśladowania. Zapewne także liczył na karierę w międzynarodowej współpracy policyjnej.

– Czy mamy już wyniki szczegółowych badań DNA? Możemy ustalić coś na temat tożsamości ofiary? – zapytał tymczasem Hopfer, a zajmująca się analizą kryminalistyczną Elza Panhurst przesunęła wyniki w jego stronę po stole.

Oględziny i analiza tkanek wykazały, że była to skóra zdjęta z ciała starszego mężczyzny, która przebywała w wodzie już od pewnego czasu. Niekoniecznie wrzucono ją do Dunaju w okolicach Gänsehäufel, mogła przebyć z prądem rzeki ładny kawałek drogi. Na skórze nie znaleziono żadnych śladów organicznych ani pyłków roślin, wydawała się dokładnie wyczyszczona.

– Ktoś ją zdjął z dużą wprawą – referowała Elza. – Nie ma żadnych poszarpań, jakby zrobił to jednym pewnym ruchem, nie kalecząc – jeśli tak się mogę wyrazić – delikatnej materii.

– Fachowiec – rzucił Nolde. – Może rzeźnik?

– Raczej kuśnierz lub po prostu chirurg. – Max nalał sobie wody mineralnej do szklanki i wypił ją, przełykając bardzo głośno. Na twarzy Hopfera ponownie odmalowało się rozdrażnienie.

– Myślę, że to należy sprawdzić w pierwszej kolejności. Wziąć pod lupę i zbadać kartoteki. Znakomicie sobie pan z tym poradzi, Haas.

Teraz w oczach Maksa rozgorzała wściekłość. Miał grzebać po kartotekach i przeglądać komputerowe rejestry? Niedoczekanie tego bęcwała w brytyjskim garniturku.

– Badania skóry przyniosły jeszcze jedną ciekawą informację. – Głos Elzy zabrzmiał spokojnie, rozładowując napięcie panujące w sali odpraw. – Ofiara miała tatuaż. To zresztą było jednym z kryteriów określenia wieku. Był to amatorsko sporządzony rysunek, jaki w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych często robili sobie przestępcy w więzieniach.

– Co to był za symbol? – spytał Hopfer, a wszyscy zawiesili wzrok na Elzie.

– Kobieta, jak zwykle w takich przypadkach, ale ta jest trochę inna. To dosyć nieudolne, niezbyt dokładne odwzorowanie klasycznej rzeźby, czyli Wenus z Milo.

– Co zostało źle wydziarane? Odrosły jej ręce? – kpiąco zapytał Max. Elza zgromiła go wzrokiem.

– Nie. Kobieta na obrazku nie ma rąk. Nie ma też nóg, czyli przedstawienie urywa się w okolicy pępka. Dalej zaznaczono postrzępioną linię, jakby ktoś oderwał cały dół posągu…

– Bardzo ciekawe. To także trzeba sprawdzić. Może taki nietypowy tatuaż naprowadzi nas na ślad tożsamości ofiary. Zajmie się pan tym, Haas, jak już pan skończy z chirurgami i garbarzami.

– Wprost nie mogę się doczekać. Będę miał pełne ręce roboty, a na miejscu zdarzeń zastąpi mnie zapewne ktoś inny, bardziej kompetentny – powiedział ze złością Max, a Hopfer skinął głową.

– Zgadł pan, Miller świetnie się tym zajmie. Trzeba rozszerzyć obszar poszukiwań. Przede wszystkim wytypować miejsca, skąd mogła przypłynąć ta skóra. Plaża to oczywisty trop, ale należy skonsultować ze specjalistami, jak długo mogła się przemieszczać, biorąc pod uwagę stan, w jakim ją znaleziono.

– Tak jest. Wszystko będzie zrobione.

– Żebyś tylko się nie poślizgnął na tej wazelinie. – Haas pochylił się przez stół w stronę Millera.

– Haas, przywołuję pana do porządku.

– Komisarzu Haas – wycedził przez zęby Max. Hopfer całkowicie to zignorował i skinął głową swej sekretarce, co oznaczało, że zamyka zebranie.

Haas chciał mieć jednak ostatnie słowo.

– Wystarczy, jeśli wyrzucił ją z plaży na Donauinsel, albo nawet ze szczytu Donaustadtbrücke, gdzie mógł przyjechać po prostu metrem.

– Oczywiście sprawdzimy to – rzucił obojętnie Hopfer.

Gdy Max wszedł do swego pokoju, niezwłocznie zapalił papierosa. Było to niedozwolone, ale z pełną świadomością zignorował ten zakaz. Miał go gdzieś, tak jak i inne punkty niedorzecznego regulaminu.

Do gabinetu wsunął się Nolde z tą swoją zaaferowaną miną.

– Nie ma sensu, żebyś grzebał w tych kartotekach, ja to zrobię – powiedział. – Cały czas myślę o tym tropie dotyczącym tatuażu. To może być coś ważnego. Wziąłem od Elzy powiększoną fotografię, spróbuję pogrzebać w rejestrze. Ty rób swoje…

Nolde zawiesił głos, a Haas skinął głową. Chciał przede wszystkim sam prześledzić sprawę krakowską sprzed piętnastu lat. To Paulina zwróciła mu uwagę na ten zbieg okoliczności. Zadzwoniła praktycznie natychmiast, gdy gazety opublikowały zdjęcie tego feralnego strzępu z rzeki. Sądził, że kieruje nią ciekawość i był dosyć obcesowy. Weber interesowała się takimi rzeczami zawodowo. Nigdy nie rozumiał jej fascynacji okrucieństwem i zadawaniem bólu, ale znaleziony w rzece fragment skóry to było coś w jej stylu. Napisała w końcu pracę o przedstawieniach męczeństwa Świętego Bartłomieja w malarstwie, a żeby zobaczyć słynny obraz Tiepolo, wybrała się do Wenecji. Kiedy ją zapytał, skąd to zainteresowanie świętym obdzieranym żywcem ze skóry, opowiedziała mu pewną historyjkę.

Zanim rodzice przenieśli się do mieszkania w zabytkowej kamienicy w śródmieściu, zajmowali klitkę w okropnym wieżowcu na blokowisku z wielkiej płyty. Osiedle było usytuowane tuż pod Wawelem i każdy turysta spoglądający z zamkowych murów na Wisłę widział las jednakowych brzydkich budynków. Na obrzeżach osiedla, nieopodal rzeki, wznosił się zabytkowy kościółek pod wezwaniem Świętego Bartłomieja, a w nim trochę zapomniany na bocznej ścianie tuż za konfesjonałem stary obraz przedstawiający patrona.

– Pamiętam, jak wpatrywałam się w to malowidło, niezbyt udane, ale przemawiające do wyobraźni. Bartłomiej był na nim wyobrażony ze skórą w ręce i przez pewien czas śniło mi się to po nocach. Potem, podczas jakiegoś remontu, wizerunek zniknął i zastąpiło go coś o wiele mniej makabrycznego –opowiadała Paulina, a Max tylko kręcił w zdumieniu głową. Nie była przecież religijna, zdziwieniem napełniał go fakt, że chodziła kiedyś do kościoła.

– Ta skóra, którą wyłowiliście z Dunaju... – powiedziała przez telefon i zawiesiła głos, a Max wtrącił się ze swoją tyradą na temat zdjęcia nielegalnie opublikowanego przez prasę. – Nie o to chodzi – przerwała mu Paulina. – Pamiętasz, w Krakowie przed laty też była taka sprawa…

Przypomniał sobie. Gdy przyjechali w odwiedziny do teścia, miasto nadal żyło tą historią, choć minęło już przeszło dziesięć lat. Nie odłożono śledztwa ad acta, wciąż ktoś przy tym dłubał, sprawdzając nowe tropy. Analiza kryminalistyczna w końcu się rozwinęła, teraz wiele można było wywnioskować choćby z badań genetycznych. Paulina przetłumaczyła mu nawet jakiś artykuł z lokalnej gazety.

Tak, musiał zdobyć więcej danych. Także materiały po polsku. Nie miał wątpliwości, że była żona pomoże mu w przekładzie artykułów i wyników śledztwa. Wyprzedzi o krok tego idiotę Millera z jego mentorem Hopferem. Ciekawe, kto się będzie śmiał ostatni?

Zgasił papierosa w puszce po coca-coli stojącej na biurku i zabrał się do pracy.

4

Patrząc na swoich studentów, Paulina zacytowała z pamięci myśl Hansa Bellmera: „Ciało (…) można porównać do zdania, które prosi się o rozłożenie, by za pomocą nieskończonej serii anagramów odkryły się jego prawdziwe znaczenia”[2].

Na sali panowała cisza, tematem wykładu było postrzeganie ciała u surrealistów. Astrid Koch odrzuciła włosy do tyłu i obgryzała w zapamiętaniu obsadkę ołówka. Przed chwilą włączyła się do dyskusji, mówiąc o wierszach Roberta Desnosa, w których autor chętnie malował pełne okrucieństwa obrazy, maskując je fantastyczną konwencją lub poetyką snu.

Paulina przełączyła slajd i pokazała studentom obraz Dalego Antropomorficzna szafka. Tors siedzącej postaci, wyciągającej w zaprzeczającym geście rękę, stanowiły uchylone szuflady.

– Tradycyjna interpretacja tego motywu, obecnego również w postaci Wenus z Płonącej żyrafy, jest taka, że w szufladach mieszczą się ludzkie sekrety lub lęki. Takie przedstawienie ciała ma wyobrażać niemoc i poddanie się – mówiła Paulina, przesuwając slajd, by wydobyć szczegóły. – Moja interpretacja jest inna. Postać broni się przed cierpieniem, jakie zadano jej, wyciągając na światło dzienne organy wewnętrzne. W szufladach kryją się serce, płuca, żołądek, wreszcie macica portretowanej kobiety. Ten obraz to wiwisekcja i ona stara się uciec przed bólem. Ktoś ją wypatroszył i możemy to rozumieć przenośnie, że odkrył jej słabości i zranił, lub dosłownie, że zamordowano ją w okrutny sposób.

– Mnie się ten obraz kojarzy jeszcze z czymś innym – odezwał się niespodziewanie Jacob Keller, który zawsze uważnie słuchał, ale rzadko zabierał głos. – Widziałem w muzeum kolekcję siedemnastowiecznych laleczek z kości słoniowej przedstawiających kobiety w ciąży. Były to modele do rozbierania, jeżeli mogę tak to ująć. Powłoki brzuszne można było zdjąć i zajrzeć do wnętrza, gdzie znajdował się płód połączony z ciałem jedwabną czerwoną wstążką. Laleczki były niewielkie i bardzo drogie. Czytałem, że służyły do nauki anatomii, ale ja mam wrażenie, że były czymś w rodzaju seksualnego fetyszu, ponieważ trafiały do kolekcji bogatych mieszczan i arystokratów. Najdziwniejsze było to, że przechowywano je w inkrustowanych skrzynkach, do złudzenia przypominających małe trumienki.

Przez salę przeszedł szmer zaciekawienia, Paulina uciszyła go ruchem dłoni.

– Słuszna uwaga. Sama widziałam kolekcję takich modeliz XIX wieku, tylko że zrobionych z wosku; oglądałam je w berlińskim Castans Panoptikum. Takie fantomy były bardzo popularne w Europie przez prawie trzysta lat. Niektóre służyły do nauki ówczesnym lekarzom, a inne – tak jak te figurki z kości słoniowej będące dziełem Stefana Zicka z Norymbergi, o których pan mówi – prawdopodobnie do edukacji seksualnej bogatych młodzieńców.

– Nie rozumiem, po co mamy szukać tak daleko i tak dawno – rzucił Peter znad tabletu, w który wpatrywał się od paru chwil. – Właśnie wyczytałem, że z Kanału Dunajskiego wyłowiono kolejny eksponat, nogę pozbawioną skóry! Widać, że ktoś się bawi w najlepsze!

Wszystkie głowy zwróciły się w jego kierunku, a kilka osób nawet podeszło do ławki, przy której siedział Scholle. Paulina także zerknęła na swój notebook. Istotnie, na wszystkich portalach pojawiła się elektryzująca wieść o najnowszym znalezisku. Ciekawe, co na to Hopfer? – pomyślała, oglądając dosyć pobieżnie zdjęcie. Było niewyraźne i rozmazane, a z notatki prasowej wynikało, że nogę znaleźli pracownicy municypalni robiący rutynowy przegląd wylotów, którymi deszczówka wpadała do rzeki.

– Proszę o spokój – Weber przywołała swoich studentów do porządku, ale widać było, że trudno się im skupić. Obejrzeli jeszcze kilka slajdów związanych z twórczością surrealistów i Paulina zakończyła wykład.

Rozpadał się deszcz, gdy wracała do domu. Szybkim krokiem przemierzyła ulicę, by zniknąć w bramie swej kamienicy. Mieszkała w budynku z lat siedemdziesiątych w Hietzing, trzynastej dzielnicy, sąsiadującej z Laskiem Wiedeńskim. Jedyny problem tkwił w tym, że zamieszkiwała przy ulicy czerwonych latarni. Nocami jaskrawe neony oświetlały wszystko wokół tak rzęsiście, że właściwie miasto mogło śmiało oszczędzić na żarówkach.