Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 497 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ciało - Audrey Carlan

Mężczyźni niszczą kobiety.

Zwłaszcza tacy mężczyźni jak Chase Davis. Przystojny, inteligentny, bogaty i wpływowy. Byłam bez szans.

Nie chciałam go pragnąć.

Nie chciałam go potrzebować.

Nie chciałam się w nim zakochać.

Nie przyjąłby odmowy, pozwoliłam więc, by mnie posiadł. Całkowicie i bez reszty. Arogancki, pewny siebie, władczy, wymagający… namiętny.

Kiedy wkroczył w moje życie, dopiero dochodziłam do siebie po tym, jak wyrwałam się z rąk swoich byłych mężczyzn. Przyjaciółki radziły mi, żebym zaryzykowała. Żebym pozwoliła komuś wejść w moje życie. Pozwoliłam właśnie jemu, a on otoczył mnie takim blaskiem, że poraziła mnie prawda…

Mężczyźni nie niszczą kobiet. Oni je pochłaniają pod każdym względem.

Opinie o ebooku Ciało - Audrey Carlan

Fragment ebooka Ciało - Audrey Carlan

Dla mojej matki, Reginy…

Bo nigdy nie było Ci dane Twoje „żyli długo i szczęśliwie”.

Tęsknię za Tobą codziennie.

SPECJALNE PODZIĘKOWANIA

Moim duchowym siostrom Dyani, Nikki i Carolyn

Bez Was nie jestem sobą.

Bez Waszej miłości i nieustannego wsparcia

ta książka by nie powstała.

Bez Ciebie, Dyani Gingerich, nie byłoby Marii De La Torre.

Bez Ciebie, Nikki Chiverrell, nie byłoby Bree Simmons.

Bez Ciebie, Carolyn Beasley, nie byłoby Kathleen Bennett.

Bez duchowych sióstr ta książka nie byłaby tak wyjątkowa.

Zawsze będę Was kochać.

BESOS

Duchowe siostry związane na zawsze[1]

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Chcę mieć po prostu normalne życie – bez bólu. Mając dwadzieścia cztery lata, doświadczyłam więcej fizycznego i emocjonalnego cierpienia niż większość kobiet przez całe życie. Ludzie nie doceniają tego, jak jest im łatwo, są zajęci swoimi sprawami, nie martwią się, że to wszystko może nagle runąć. Zazdroszczę im i jestem zdecydowana pewnego dnia stać się taka jak oni. Moje nowe motto brzmi: żyć dla jutra. Każda decyzja będzie krokiem ku jasnej przyszłości, której trudna rzeczywistość i nieprzewidziane problemy nie zasnują chmurami. Mam własne marzenia. Już nie jestem niepewną siebie osobą, która pozwala się krzywdzić.

Dziś jestem tutaj, siedzę w barze, bo jestem menedżerem do spraw pozyskiwania funduszy dla jednej z największych w Stanach Zjednoczonych organizacji charytatywnych działających na rzecz kobiet. Po całym dniu podróży z dwiema przerwami zagłębiam się w komfortowe wyściełane siedzisko, które dopasowuje się do moich krągłości. Rozglądam się i jestem zadowolona, że wybrałam marynarkę i ciemne dżinsowe spodnie. Wytworne niebotycznie wysokie szpilki z wyciętym noskiem i długi naszyjnik z koralików nadały mi szykowny wygląd. Trochę tu nie pasuję. Mężczyźni w nieskazitelnych garniturach i kobiety w koktajlowych sukniach zbierają się grupkami, korzystając z happy hour. To nie mój świat. Gdyby spotkanie rady dyrektorów fundacji Safe Haven nie odbywało się w tym hotelu, siedziałabym teraz w domu w wygodnej piżamie, sącząc wino i oglądając jakiś babski film ze swoją współlokatorką Marią.

Zaokrąglona krawędź baru jest ozdobiona głęboko żłobionymi zawijasami. Bar jest podświetlony i świat­ło przeświecające przez butelki rozsiewa wokół różnokolorowe promienie. Przypomina to bardziej dzieło sztuki niż szklane półki wypełnione rozmaitymi trunkami. Z obu stron baru stoją wysokie drabinki, aby barman mógł sięgnąć po butelki z najwyższej półki. Na tych honorowych miejscach stoją alkohole kosztujące kilkaset dolarów, a może i więcej, być może nawet za kieliszek.

Przeglądanie listy win przypomniało mi, w jakim punkcie życia teraz jestem. Jako mieszkanka regionu znanego z winnic wiem, czym jest dobry, szlachetny i prosty trunek. W karcie win są podane ceny za butelkę, najtańsza kosztuje prawie sto dolarów.

Za barem niewysoki mężczyzna o gęstej czuprynie uśmiecha się do mnie, wilgotną ścierką wyciera przede mną blat i kładzie podkładkę pod kieliszek.

– Co pani podać? – pyta z charakterystycznym dla Chicago akcentem z włoskimi naleciałościami.

– Hm, nie jestem pewna. Czy któreś z win jest na kieliszki?

– Nie jest pani stąd, prawda? – Pytanie brzmi naturalnie i przyjaźnie.

Szczerość wydaje mi się najlepszą polityką.

– Nie. Jestem tu służbowo.

– Doskonale. Załatwione – mówi, uderzając dłonią w blat. – Białe czy czerwone?

– Poproszę białe. Dziękuję.

Bar to jednak coś innego. Miałam wątpliwości, czy zejść na dół, ale cieszę się, że to zrobiłam. Zmęczenie po dzisiejszej podróży zaczęło mijać. Barman postawił przede mną szczodrze napełniony kieliszek. Nalał dobrze ponad tradycyjne sto dwadzieścia mililitrów. Uśmiecham się szeroko. Odpowiada uśmiechem i oddala się, by zająć się kolejnym gościem.

Z głośników płynie głos Amy Winehouse, która łagodnie nuci o tym, że nie jest dobra dla swojego mężczyzny. Ludzie rozmawiają. Biorę łyk wina i łagodne maślane nuty bukietu chardonnay atakują moje zmysły. Przypomina mi się niewielka winnica w dolinie Napa, którą razem z moimi duchowymi siostrami odwiedziłam w zeszłym roku. Mieli tam wino tak samo jedwabiście gładkie na podniebieniu. To smak pieniędzy. Miałam jedynie nadzieję, że mój rachunek nie przekroczy dwudziestu dolarów. Inaczej jeden toast na dzień będzie rozrzutnością.

Odwracam się i przyglądam eklektycznej mieszance współczesnych dzieł sztuki dyskretnie oświetlonych punktowymi reflektorami. W rogu stoi fortepian. Pada na niego miękkie światło jakby w oczekiwaniu na samotną duszę, która by musnęła kość słoniową klawiszy. Czyjaś dłoń położona na lśniącej powierzchni wytrąciła mnie z transu. Przesuwam wzrok na ramię, potem wyżej i znajduję najpiękniejszą męską twarz, jaką kiedykolwiek widziałam. Zdjęcie tego mężczyzny mogłoby zdobić okładkę każdego magazynu modowego. Gęste ciemne brwi rysują się nad oczami, które zapewne też są ciemne. Mocno zarysowane kości policzkowe unoszą się, gdy śmiejąc się, odchyla głowę w tył. Jest uosobieniem pięknego nieznajomego w czarnym garniturze, który okrywa ciało prawdopodobnie najdoskonalsze, jakie mogę sobie wyobrazić. Jest świetny.

Przebiegam wzrokiem po jego sylwetce – od skórzanych designerskich butów do nienagannie skrojonych spodni, które zwisają ze szczupłej talii w ten najbardziej seksowny sposób, jaki widuje się jedynie u mężczyzn na srebrnym ekranie. Szybko dopijam wino, pozwalając, by zbyt duży łyk pobudził moje zmysły, podczas gdy oczy wędrują w górę szerokiej klatki piersiowej przystojniaka. Pod jedwabną tkaniną wyobrażam sobie posągowe pierś i brzuch. Jego krawat jest luźno zawiązany. Prawdopodobnie właśnie zakończył dzień pracy i spieszy się na piwo z kolegami gdzieś w centrum Chicago.

Nie, nieprawda. Jest zbyt elegancki jak na faceta pijącego piwo, jednego z takich, z którymi zwykle się spotykam. Ten mężczyzna, Pan Superman, ma na to zbyt wiele klasy. W jego szklance znajduje się trunek o miodowej barwie, potwierdzający jego dobry gust. Szkocka albo whisky z lodem.

Jest ucieleśnieniem seksu, kiedy ją sączy. Wyobrażam sobie, jak mocny alkohol spływa mu do gardła. Jestem pewna, że rozgrzewa jego wnętrzności i łagodzi napięcia całego dnia. Prawnik z korporacji albo bankowiec. Być może miał spotkanie w tym właśnie hotelu i teraz gawędzi z mężczyznami, którzy go otaczają. Nawet więcej, próbują zrobić na nim wrażenie. To bardziej prawdopodobne.

Patrzę na niego i z zaskoczeniem odkrywam, że przewierca mnie wzrokiem. Chcę odwrócić głowę, ale nie mogę oderwać od niego oczu. Tak jakby to intensywne spojrzenie przykuło mnie do miejsca. Gdy nasze oczy się spotykają, czuję ciepło rozlewające się w żołądku i tańczymy wokół siebie spojrzeniami, oceniając się, przypatrując się sobie nawzajem. Chcę oderwać od niego wzrok, ale mi się nie udaje. Mam wrażenie, że minęła wieczność, aż nagle jedna z ciemnych brwi unosi się i szelmowski uśmiech przemyka po twarzy mężczyzny. Świetny to nie jest odpowiednie określenie. Jest doskonały.

Długimi palcami muska ciemne włosy opadające mu seksownie na kark. Sama chciałabym je przeczesać. Dreszcz przechodzi mi po plecach, kiedy mierzymy się wzrokiem. Gdy niemal mdleję, wstrzymując oddech, on odwraca spojrzenie w inną stronę. To jakby rzucić piasek w płomienie. Ogień gaśnie. Znika. Jest chłód. Pozostaje tylko popiół.

Co to, do cholery, było?

Ten dzień chyba dał mi w kość. Jeszcze nigdy tak długo i uważnie nie przyglądałam się żadnemu mężczyźnie i żaden nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Założę się, że jest dobry w łóżku, przemyka mi przez głowę i natychmiast się powstrzymuję. Takie myśli są niebezpieczne jak smoki. To dobrze, że odwrócił wzrok. A jeszcze lepiej, że nie słyszał cichej syreny, która wzywała go, by zaspokoił pożądanie, które emanuje ze mnie wszystkimi porami. Wystarczyłaby mu zapałka, a zapłonęłabym jak stos suchych liści.

Z całych sił zmuszam się, by usiąść przodem do baru, i robię wszystko, by skoncentrować się na czymkolwiek, byle nie na mężczyźnie stojącym w rogu. Delikatnie pocieram dookoła brzeg kieliszka, sprawdzając, czy potrafię wydobyć z niego dźwięk współbrzmiący z muzyką, która rozlega się w sali. Cieszę się, gdy ciche buczenie dostraja się do tekstu piosenki.

– Świetna sztuczka. – Słyszę za sobą głęboki głos. To jeden z tych, które trafiają do brzucha i łaskoczą od środka.

Odwracam się tak nagle, że mój kieliszek ślizga się po barze. Czyjeś ramię szybko sięga przeze mnie i chwyta go, zanim wino się rozleje. Jestem uwięziona pomiędzy szeroką klatką piersiową a barem, który mam za sobą. Instynktownie opieram się dłońmi o twardą powierzchnię, która na mnie napiera. Nos mam wciśnięty w gładką tkaninę koszuli. Ogarnia mnie podniecająca ciężka woń drzewa sandałowego i cytrusów. Biorę głęboki wdech, wchłaniając zapach natury i mężczyzny. Przypomina mi, że zdecydowanie zbyt długo nie byłam tak blisko z przedstawicielem odmiennej płci.

Jakiś dźwięk wyrywa mnie z rozmarzenia. Z piersi, o którą się opieram, wydobywa się śmiech. Odpycham ją lekko i nagle patrzę na oszałamiająco piękne błękitne oczy. Światło wcześniej mnie zwiodło. W ogóle nie są ciemne. Przyglądam się powoli rysom mężczyzny. Od błękitnych oczu przez wyraziste kości policzkowe do wykrojonych w kształt serca pełnych ust. Seksowny Superman stoi właśnie tutaj, przede mną, i spogląda na mnie. Otaczająca go aureola światła podkreśla każdy rozkoszny fragment jego twarzy. A on… się śmieje.

Marszczę nos i odpycham go mocno, by zapewnić sobie trochę niezbędnej przestrzeni. W ciągu zaledwie sekundy nieznajomy kompletnie zburzył mój spokój i uwięził mnie jak zwierzę w klatce, uratował mojego drinka i odebrał mi zdolność powiedzenia choćby słowa.

– Mowę ci odjęło?

– Nie! – Wznoszę oczy do góry, tak absurdalnie to brzmi, nawet dla mnie.

Śmieje się i gestem wskazuje wolne krzesło obok.

– Czy mogę? – Siada, nie czekając na odpowiedź.

– Nie, nie może pan. Czekam na kogoś. – Niezwyk­le rozsądna odpowiedź. To grube kłamstwo, ale zawsze działa, kiedy niechciany zalotnik próbuje się do mnie dosiąść.

– Mogę usiąść obok pani z drugiej strony. – Uśmiecha się szeroko.

Niech diabli wezmą jego seksowną twarz. Mogłabym patrzeć na nią całymi dniami i nadal nie rozumieć, jak Bóg mógł stworzyć coś tak idealnego. Uroda to prawdopodobnie największy atut tego przystojniaka.

Mężczyzna pstryka palcami na barmana, który natychmiast podbiega.

– Jakie to niegrzeczne! Czy każdego traktuje pan jak psa? – Sama nie wiem, po co się odezwałam. Powinnam go zignorować, dokończyć drinka i wyjść. Ale nie, musiałam zaczepić seksownego Supermana.

Spogląda na mnie, a barman cierpliwie czeka, co wydaje mi się dziwne. Dlaczego po prostu się nie wtrąci i nie zapyta, na co Superman ma ochotę? A ten przygląda się mojej twarzy błękitnymi jak ocean oczami i mówi do barmana, nie patrząc na niego. Znów niegrzecznie!

– Sam, dla mnie jeszcze raz to samo. I dla niej też. – Wskazuje mój prawie pusty kieliszek.

– Tak jest, panie Davis. Natychmiast. – Barman niemal się kłania, po czym znika, by przygotować drinki.

– Panie Davis? Rozumiem, że często pan tu przychodzi?

– Chase Davis, tak, jestem właścicielem tego hotelu. To dla mnie ważne, by kontrolować swoje inwestycje.

Policzki mi zapłonęły. Nie jestem pewna, czy z zakłopotania, czy z irytacji. Może po trosze z obu powodów. Jest tak piękny, że trudno się przy nim skupić, ale jest też napuszony. Nie lubię tego.

– Przepraszam, że wydałem się niegrzeczny, ale pstryk­nięcie palcami przyciągnęło uwagę Sama. Chciałem zamówić kolejnego drinka, zanim pani ucieknie.

Brzmi rozsądnie.

– A dlaczego jest pan zainteresowany postawieniem mi drinka, panie Davis?

– Chase. Może pani mówić mi Chase.

– Mam wrażenie, że przywykł pan do formy „pan Davis” – mówię swoim najbardziej uwodzicielskim tonem. – Lubi pan tę oznakę szacunku?

Cholera, nie rozumiem, co mi strzeliło do głowy. Czuję się, jakbym podjęła grę, której wcześniej nie znałam, i nie mam pojęcia, czy wygrywam, czy przegrywam. Coś w tym mężczyźnie sprawia, że mój mechanizm obronny każe mi dogryzać mu i go atakować, ale nie w niemiły sposób. Raczej tak, jakbym chciała go sprowokować.

– Tak, w życiu zawodowym „pan Davis” to odpowiednia forma. Prywatnie, tak jak teraz, jestem Chase. – Jego oczy błyszczą, a kiedy się uśmiecha, widzę równy rząd białych zębów. Zapiera mi dech.

Kiwam głową niepewna, jak kontynuować tę słowną potyczkę. Sylwetka Chase’a emanuje pewnością siebie i władzą. Słabnę w jego obecności. Jest seksownym Supermanem, ale wygląda na to, że staje się moim kryptonitem.

– Zamówiłem ci drinka, żeby cię lepiej poznać.

Cała drżę z podniecenia, gdy jego wzrok prześlizguje się po mojej twarzy, a potem podąża niżej, na piersi. Cieszę się, że pod marynarką mam dopasowany top. Podkreś­la biust, ale wystarczająco dużo pozostawia wyobraźni. Dziękuję Trinny i Suzannah za rady, jak nosić dopasowane żakiety i seksowne topy.

Oblizuję wargi i przygryzam dolną niezdecydowana, co powinnam teraz powiedzieć albo zrobić. Widzę, jak jego pierś wznosi się i opada, gdy bierze głęboki oddech. Jego oczy wibrują błękitem i rozszerzają się.

– Jak masz na imię? – pyta.

– Gillian Callahan, ale przyjaciele nazywają mnie Gigi.

– Będę do ciebie mówił Gillian albo panno Callahan. – Bierze moją dłoń, unosząc ją do ust. – Pieszczotliwe imię trzeba wypracować. Wolę sam je wybrać.

Jego głos brzmi chrapliwie i nagle czuję, że ogarnia mnie czysta żądza.

Jezu, ten facet to ucieleśnienie seksu. Ociekają nim jego słowa, błysk w oczach, szelmowski uśmiech na rozkosznych wargach. Chciałabym je całować, gryźć i delektować się nimi. W tej kolejności. Chase pociąga za krawat i całkowicie rozwiązuje węzeł. Szybkim ruchem palców rozpina dwa górne guziki koszuli, odsłaniając opalone ciało. Przysuwam się do niego przyciągana tym widokiem. Z całych sił pragnę sięgnąć po to ciało, polizać je. Szybko posmakować. To wszystko, czego potrzebuję.

– Podoba ci się ten widok, Gillian?

Zanim udaje mi się pozbierać myśli i przygotować odpowiedź, oniemiała kiwam głową. A potem, niczym zadurzonej nastolatce, wymyka mi się przeciągłe głupawe:

– Boże, tak.

– Mmm, bardzo się cieszę. Czy możemy kontynuować w innym miejscu? – Błękitne oczy w sekundę ciemnieją tak, że stają się niemal czarne.

Duża dłoń sięga do mojego kolana, a kciuk rysuje na nim symbol nieskończoności. Czuję, jakby każdym delikatnym dotknięciem wypalał swój znak na mojej skórze. Fale radosnego podniecenia przepływają mi przez całe ciało i nagle z całą mocą dociera do mnie to, co powiedział.

– Słucham? Co proszę? – Zeskakuję z krzesła z wysiłkiem, bo nogi trzęsą mi się jak galareta. Przenieść się w jakieś wygodniejsze miejsce? Jakbym była dziwką gotową wskoczyć do łóżka z facetem, co prawda seksownym jak cholera, ale poznanym dziesięć minut wcześniej. Nie jestem taką dziewczyną. No dobra, mogłabym być, ale nie chcę sprawiać takiego wrażenia.

Na jego twarzy widzę grymas zaskoczenia. Wyciąga rękę, ale robię krok w tył, uciekając przed dotykiem. Kiedy sięgają po mnie wysocy silni mężczyźni, zwykle wpadam w panikę.

Chase patrzy na mnie spod zmrużonych powiek.

– Pragniesz mnie. Widzę to bardzo wyraźnie. Masz to wypisane na swojej prześlicznej twarzy, a twoje uczucia są czytelne jak na dłoni.

Strach przebiega mi dreszczem po plecach i narastając, jeży włoski na szyi. Kręcę głową.

– Chyba źle mnie pan zrozumiał. Muszę już iść. Miło mi było pana poznać. – Odwracam się i odzyskując trzeźwość umysłu, kieruję się w stronę wyjścia z baru.

– Gillian, zaczekaj! – woła za mną.

Myślę, czy nie puścić się biegiem, ale wiem, że jestem tu bezpieczna. To pięciogwiazdkowy hotel w samym centrum Chicago. Wszędzie kręcą się ludzie. Biorę głęboki wdech, odwracam się i staję twarzą w twarz z najpiękniejszym na świecie mężczyzną. Superman to za mało powiedziane. Jest po prostu… idealny.

Dogania mnie i podaje mi białą wizytówkę.

– Moja karta wizytowa. Na odwrocie jest numer komórki. Nie jestem pewien, co tu się wydarzyło, ale chciałbym znów się z tobą zobaczyć.

Akurat!

– Zastanowię się.

Sposób, w jaki przechyla głowę, wywołuje we mnie myśl, że przedtem żadna kobieta nie sprawiła mu zawodu. Prawdopodobnie nigdy. Trzeba być wariatką, żeby zrezygnować z zabawy z seksownym nieznajomym, ale ja żyję przyszłością, a nie teraźniejszością. Na jego twarzy powoli pojawia się uśmiech. Podchodzi bliżej i ostrożnie kładzie mi ręce na ramionach. Próbuję nie wpaść w panikę. Prowokuję dotyk. To część mojego mechanizmu obronnego. Przymykam oczy, kiedy Chase pochyla się i całuje mnie w policzek.

Powietrze wokół niego wypełnia zapach drzewa sandałowego i cytrusów. Boże, jak on cudownie pachnie!

– Do kolejnego spotkania – szepcze mi do ucha. Potem pociera wargami bok mojego podbródka i się odsuwa.

Zaraz rozpłynę się na miejscu. Chase puszcza do mnie oko, odwraca się i odchodzi z powrotem do baru.

* * *

Głupia. Głupia. Głupia.

Wewnętrzny głos powtarza mi to w kółko, kiedy zdejmuję szpilki i rzucam je przez pokój. Biedne piękne buty. Nie zasługują na takie traktowanie, ale muszę jakoś rozładować agresję. W tym momencie najlepiej byłoby walnąć głową w coś twardego. Mam do wyboru wstrząśnienie mózgu albo znęcanie się nad butami.

Ech, dlaczego nie mogę być po prostu normalna? Wejść do baru. Usiąść. Zamówić drinka. Spotkać pięknego mężczyzny. Poflirtować. On proponuje, żeby z nim wyjść. Właśnie tak powinno przebiegać spotkanie z Chase’em. Ale nie. Nie dla Gigi Callahan, pokiereszowanej dziewczyny z San Francisco. Facet robi jedną otwarcie erotyczną sugestię, a ja rozpadam się i zmieniam w wierzbę płaczącą. Gorzej, zwiewam jak mały wystraszony szczeniak. Powinnam tam zostać i znaleźć stosowną ripostę.

Nie chodzi o to, że jestem pruderyjna czy świętoszkowata. Wiele razy proponowano mi seks. Raz czy dwa nawet to rozważałam. Ale przy nim było tak, jakbym nie potrafiła zebrać myśli na tyle, by sklecić choćby dwa zdania. Moja niezdolność do maskowania uczuć zachęciła go, dała mu zielone światło. Prawdopodobnie co noc sypia z inną kobietą. Która by nie chciała pójść do łóżka z kimś o twarzy i ciele Adonisa? Cholera, gdybym nie była takim cykorem, ocierałabym się teraz o jego nogi jak kotka, błagając o pieszczoty.

Chase. Na samą myśl o nim żołądek mi się ściska, a majtki wilgotnieją. No nie!

Opadam na łóżko i pokonana gapię się w sufit. Kiedy wreszcie nauczę się panować nad swoimi lękami? Nieważne. Jestem tu po to, by w skupieniu zająć się pracą dla Safe Haven, to wszystko. Może jeśli zrobię coś dla innych, w końcu jakiś dobry mężczyzna pojawi się w moim życiu. Taki jak ktoś wysoki, o ciemnych włosach, błękitnych oczach i ciepłych dłoniach.

Głupia. Głupia. Głupia.

Na niskim stoliku brzęczy komórka, wytrącając mnie z zamyślenia. To moja współlokatorka. Dzięki Bogu!

– Ria! Tak się cieszę, że dzwonisz – krzyczę do telefonu.

– Mi amiga! Co się stało? Mówisz tak, jakbyś nie była sobą.

Maria De La Torre jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek, mieszkamy razem. Obie przeszłyśmy przez piekło i nosimy personalizowane T-shirty. Przez te lata zbliżyłyśmy się do siebie i otaczamy się wzajemnie opieką. Jej miłość i wsparcie pomogły mi przetrwać wiele nocy pełnych łez i nienawiści do siebie samej. Równie często ja byłam oparciem dla Marii. Będąc razem, a także dzięki terapii, nauczyłyśmy się dawać sobie radę i bardziej otwarcie wyrażać uczucia. Nadal jestem zamknięta w sobie, ale jest w moim życiu parę osób, którym ufam. Maria należy do nich.

– Dziewczyno, spotkałam faceta. – Wzdycham, zniesmaczona sobą.

– To dlaczego twój głos brzmi, jakby właśnie umarł ci pies? – Śmieje się.

– Nie wiem. Ten facet jest inny. Robi ogromne wrażenie.

Ogromne wrażenie to mało powiedziane.

Słyszę, jak Maria wzdycha.

– Gigi, nie powiesz chyba, że spotkałaś kolejnego skurwysyna, który chce jedynie dobrać ci się do majtek. Jesteś wystrzałowa, ale powinnaś przestać przyciągać tych pedazos de mierda!

Śmieję się. Maria uważa, że mężczyźni to nic niewarte gówno. Są beznadziejni. Hiszpańskie zwroty wtrącane do angielskiego niesłychanie dodają jej uroku. To charakterystyczna cecha Marii, dzięki której nieźle poznałam ten język.

– Nie jest taki. Tak naprawdę nie wiem o nim wiele poza tym, że jest bardzo atrakcyjny. Kiedy mówię atrakcyjny, mam na myśli kogoś takiego jak gwiazda filmowa, najseksowniejszy na świecie mężczyzna z plebiscytu magazynu „People”. To ten rodzaj atrakcyjności. Prawdopodobnie kobiety bez pytania zdejmują dla niego majtki. – I prawdopodobnie to wie. Zadowolony z siebie drań.

– Fajnie. – Maria chichocze. – Więc masz zamiar to zrobić?

– Co mam zamiar zrobić?

– Zdjąć dla niego majtki, głuptasie. – Jej śmiech staje się coraz głośniejszy i brzmi tak, jakby to było oczywiste.

– Nie! Spotkałam go, chwilę porozmawialiśmy, a potem uciekłam. Nie wiem, czemu poczułam się zażenowana. Wątpię, czy on chciałby znów się ze mną zobaczyć. – To była prawda. Poza tym gdyby znał moją przeszłość, gdzie indziej skierowałby swoje seksowne ciało Supermana w garniturze.

– Cara bonita, nie. Jestem pewna, że tak nie było.

Zawstydziłam się. Zawsze nazywała mnie „śliczną buzią”. Właśnie tym pieszczotliwym określeniem zwraca się do mnie czule, kiedy widzi, że jestem nieszczęśliwa albo potrzebuję zachęty.

– Zaprosił cię gdzieś albo poprosił o numer telefonu?

Nagle dostrzegam iskrę nadziei.

– No tak, coś w tym rodzaju. Dał mi wizytówkę z numerem komórkowym na odwrocie. Poprosił, żebym do niego zadzwoniła. – Właściwie dał mi ją już po tym, jak się idiotycznie zachowałam, więc może jednak jest zainteresowany. Ale co to o nim mówi? Sprawiałam wrażenie kompletnie stukniętej, a on zachował się tak, jakby o mnie zabiegał. To również było niezrozumiałe.

– Widzisz? Najwyraźniej coś w tym jest. A więc masz zamiar? – W jej głosie słychać optymizm. – Zasłużyłaś na trochę rozrywki w Chicago. A tak swoją drogą, kiedy ostatni raz kogoś zaliczyłaś?

To pytanie retoryczne. Wie, że od tego czasu minęło już wiele miesięcy.

– Ria! Dopiero go poznałam. Radzisz mi iść z nim do łóżka? – Ta dziewczyna nie zna granic. Chociaż nie mogę zaprzeczyć, że taka myśl zaświtała mi w głowie, zwłaszcza kiedy poluzował srebrzysty krawat, ukazując podniecający fragment ciała.

– Tak, radzę ci to. Ktoś przecież musi cię wyruchać!

Aż mnie zatyka, kiedy słyszę jej wulgarne słowa.

– Ostatnio byłaś bardzo spięta. Mówisz, że to taki facet, jakiego kobiety pragną w łóżku. Po prostu o tym pomyśl. Jesteś młoda, mi amiga! Zacznij żyć, mając dwadzieścia cztery, a nie czterdzieści cztery lata.

Głęboko nabieram powietrza i powoli je wydycham.

– Masz rację. Pomyślę o tym. Co powiesz na to, żebym zadzwoniła do ciebie jutro po pierwszym spotkaniu zarządu? Muszę się położyć, żebym z samego rana zdążyła do siłowni. – Ziewam głośno i uświadamiam sobie, że jestem wykończona.

Maria naprawdę ma rację. Jestem zdecydowanie zbyt spięta. W ostatnim związku, jeśli mogę go tak nazwać, byłam z mięczakiem Danielem.

To niesprawiedliwe. Tak naprawdę to nie był mięczakiem. Był dla mnie zbyt delikatny. Traktował mnie jak księżniczkę i płakał przy babskich filmach. Ja sama rzadko płaczę. Był też naprawdę nudny w łóżku. Interesowała go tylko pozycja misjonarska, nigdy nic, co odbiega od normy. Wyszedł z siebie, kiedy zaproponowałam, żeby wziął mnie od tyłu. Wciąż słyszę szok w jego głosie: „Gigi, chcesz być pieprzona jak kurwa? Jezu, co jest z tobą nie tak?”. Na samą myśl o tym palancie robi mi się niedobrze. Potrzebuję mężczyzny, który zna się na rzeczy. Takiego, który mnie podnieci, sprawi, że będę miała częste orgazmy, ale nie będę musiała się obawiać, że mnie skrzywdzi. Daniel nigdy nie dał mi dużo przyjemności, ale ani razu nie tknął mnie w gniewie.

Gderliwy głos Rii wyrywa mnie z zadumy.

– Ech! Ciągle chodzisz do siłowni. Bree byłaby z ciebie dumna. A ja mam zamiar zjeść z Tommym tuczącą kolację. Sprawy nabierają rumieńców i myślę, że w końcu pójdzie ze mną do łóżka!

Obserwowanie, jak Maria nadskakuje facetowi, to całkiem nowa rzecz. Mężczyźni zwykle przechodzą samych siebie, żeby być przy niej, a nie na odwrót.

– Oczekiwanie sprawia, że doznania są jeszcze lepsze – przypominam jej. – Ciesz się uwagą, którą ci poświęca. Przynajmniej naprawdę chce z tobą być, a nie tylko cię przelecieć. – Śmieję się i słyszę jej pełen frustracji pomruk.

– Chcę, żeby to zrobił!

– Powodzenia. Miłej kolacji. Jestem wyczerpana po podróży, a tu jest dwie godziny później – przypominam Marii, kolejny raz głośno ziewając.

– Dobranoc, cara bonita. Te quiero. Besos.

– Ja też cię kocham. Besos.

Podłączam komórkę do ładowarki i wkładam nocną koszulkę. Przeglądam esemesy i postanawiam wysłać wspólny do dziewczyn i do Phillipa. Moje duchowe siostry będą chciały wiedzieć, czy jestem cała i zdrowa w Wietrznym Mieście. Phillip się denerwuje, jeśli nie ma ode mnie wiadomości. Jeden krótki esemes do całej grupy, że odezwę się jutro po spotkaniu zarządu, i jestem gotowa uderzyć w kimono.

Mam tremę przed jutrzejszym dniem, ponieważ nigdy nie uczestniczyłam w zebraniu rady dyrektorów fundacji Safe Haven. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić na nich wrażenie danymi na temat mojej kampanii i osiągnięciami w zbieraniu funduszy przez ostatni rok. Zamykam oczy i oddycham wolniej, pozwalając, by moje napięcie się rozładowało. Zasypiam, marząc o błękitnych oczach i silnych dłoniach, które pieszczą mnie, aż zapadam w niebyt.

ROZDZIAŁ DRUGI

Serce mi wali, mięśnie mam mocno napięte, a cienka warstwa potu wolno spływa mi rowkiem między piersiami. Oddycham głęboko, chrapliwie, z trudem chwytając powietrze. Jestem blisko, tak blisko, jeszcze chwila, a będę na miejscu. Czuję przypływ euforii i jeszcze trochę przyspieszam, do granic możliwości. Euforia biegacza. Słodki Jezu, jak mi dobrze.

Uderzam stopami w pas bieżni i uśmiecham się zwycięsko. Z piersi wyrywa mi się świszczący oddech, niemal jęk. Zamykam oczy z czystej rozkoszy, w radosnym poczuciu, że naprawdę żyję.

– Niesamowite – słyszę za sobą czyjś głos.

Nagle zostaję wyrwana ze swojej nirwany. Nierówno stawiam stopę na gumowej taśmie i upadam. Daremnie próbuję chwycić się metalowych słupków bieżni, moje śliskie od potu palce zsuwają się z nich i przewracam się na plecy, machając nogami. Silne ramiona chwytają mnie w pasie i ściągają z maszyny. Jestem przyciśnięta do muru twardych mięśni.

– Jezu, Gillian! Mogłaś się poważnie zranić!

Oczy Chase’a Davisa wpatrują się we mnie z niepokojem.

W oszołomieniu nie mogę wydusić słowa. Czuję się ogłupiała i speszona. Serce mi bije jak oszalałe, słabe nogi się chwieją i gwałtownie dyszę. Mocno ściskam plecy Chase’a, próbując odzyskać równowagę. On prawą dłonią głaszcze mnie po twarzy, a lewą mocno trzyma w pasie. Nie wiem, czy byłabym w stanie ustać bez jego pomocy.

– Nic ci się nie stało?

– Hm, chyba nie. – Potrząsam głową i przesuwam ręce na jego ramiona, by się na nich oprzeć. Moje dłonie dotykają nagiego wilgotnego ciała i całą sobą czuję, że Chase znajduje się naprawdę blisko mnie. Jesteśmy do siebie przylepieni. Jego brzuch dotyka mojego, skóra przy skórze. Zaczynam głęboko oddychać. Bije z niego ciepło, od twardych mięśni brzucha do silnych ramion. Pot ścieka mu spod włosów, kapie na szyję. Chcę zlizać tę kroplę potu, by się przekonać, jak smakuje.

Otoczona ramionami Chase’a czuję się bezpieczna, jakby nic nie mogło mnie skrzywdzić, nawet on. To poczucie, do którego nie przywykłam, ale którego pragnę z całej duszy. Dotąd wierzyłam, że nie zaznam go nigdy, że nie będę mogła zaznać po tym wszystkim, co przeżyłam.

– Wszystko w porządku? Przestraszyłaś mnie na śmierć.

Trzyma mnie nadal, a ja powoli znów zaczynam dostrzegać otoczenie. Chase głaszcze kciukiem moją twarz, a ja spoglądam mu w oczy. Nie byłam przygotowana, że zobaczę w nich aż taki niepokój i brwi ściągnięte w zatroskaniu. Może jest nie tylko zbyt pewnym siebie facetem z ładną twarzą i prawiącym gładkie słówka. Uświadamiam sobie, że być może nie wszyscy silni dominujący mężczyźni używają swojej siły, by sprawić innym ból.

Opuszką palca przesuwa po mojej dolnej wardze. Gwałtownie nabieram powietrza i oczy Chase’a ciemnieją. Oblizuje usta. Mocniej ściska mnie w talii i czuję na plecach jego dłoń. Ma zamiar mnie pocałować. O mój Boże…

Odpycham go gwałtownie, cofam się i pochylam, by głęboko zaczerpnąć powietrze w płuca. Spoglądam w górę i się prostuję.

Chase patrzy na mnie pytająco i na jego pięknej twarzy pojawia się szelmowski uśmiech.

Facet chciał mnie pocałować. Wiem to. A czy ja chciałam, żeby mnie pocałował? Cholera, no jasne! – krzyczy mój mózg. To dlaczego, do diabła, się od niego odsu­nęłam?

Kiedy mija mi wywołana paniką histeria, dostrzegam w końcu Chase’a w całej jego chwale. Och, co za widok! Chwała, chwała, alleluja! Ktoś powinien dodać: amen. Wow. Po prostu wow.

Ma na sobie szare spodnie od dresu opadające nisko na biodrach i nic poza tym. Pochyla się i podnosi koszulkę, którą musiał upuścić, kiedy mnie złapał. Wpatruję się w jego nagą pierś. Chase jest w fantastycznej formie. Ramiona i pierś ma szerokie, silne, same ścięgna i mięśnie. Do tego szczupła talia i doskonale umięśniony brzuch. Ten facet trenuje… i to bardzo dużo.

Odrobina ciemnych włosów poniżej pępka ciągnie się w dół i znika w spodniach. O rany, ile bym dała, żeby przeciągnąć paznokciami po tej kępce ukrytej jeszcze głębiej…

Zdaję sobie sprawę, że Chase ciągle czeka na odpowiedź, i wypowiadam pierwszą myśl, która przychodzi mi do głowy:

– Jesteś w porządku.

Głębokie zaskoczenie na jego twarzy dociera do mojego otumanionego mózgu.

– To znaczy… o cholera. Chciałam powiedzieć, że ze mną wszystko w porządku.

Jego śmiech odbija się echem w pustej sali i przypominam sobie, gdzie się znajduję. Rozglądam się po hotelowej siłowni. Czułabym się upokorzona, gdyby ktokolwiek jeszcze był świadkiem mojego niezbyt zgrabnego upadku. Wydaje się, że jesteśmy tu sami. Jęknąwszy, podchodzę do przyczyny mojego zażenowania i mocniej niż trzeba wciskam guzik „stop”. Maszyna zatrzymuje się ze zgrzytem. Wyładowywanie frustracji na sprzęcie do ćwiczeń nie uleczy mojej zranionej dumy. Odwracam się i kładę ręce na biodra w obronnej pozie. Chase z rękami skrzyżowanymi na piersi opiera się o pobliski filar. Czuje się w pełni swobodnie z obnażoną złocistą skórą.

Twarz ma zadowoloną, a seksownemu uśmiechowi towarzyszy rozbawiony wzrok. To oczywiste, że uważa tę sytuację za zabawną, co cholernie mnie irytuje. I dlaczego, do diabła, nie pofatygował się włożyć koszulki? To mnie rozprasza. Potrafię myśleć jedynie o tym, że go pożeram, zaczynając od tego rozkosznego fragmentu śliskiej od potu skóry tuż pod kością biodrową. Kiedy tam skończę, przeciągnę językiem przez szeroką powierzchnię klatki piersiowej, od obojczyka po pępek i niżej.

Boże, jestem sfrustrowana, seksualnie i mentalnie. Maria miała rację. Ktoś musi mnie przelecieć. Propozycja, którą Chase złożył wczoraj wieczorem, wydaje się jeszcze bardziej atrakcyjna.

Wzdycham i ściągam gumkę z końskiego ogona. Kasztanowe włosy opadają mi na ramiona. Chase wpatruje się we mnie jak jastrząb, śledząc moje niezdarne ruchy. Zgarniam włosy do tyłu i układam je w luźny kok na czubku głowy. Chase błądzi spojrzeniem po moim ciele, ale nie odzywa się ani słowem. W jego stalowych oczach widzę gwałtowny żar, kiedy przygląda mi się centymetr po centymetrze, od butów Nike po nagie łydki i dopasowane szorty, przez odsłonięty brzuch po sportowy biustonosz, a potem znów wraca do twarzy. Drżę pod tym badawczym spojrzeniem. Zastanawiam się, czy Chase uważa, że czegoś mi brakuje.

– Jesteś piękną kobietą, Gillian.

Wypuszczam powietrze. Nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.

– To bardzo miłe z twojej strony, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że przed chwilą się przewróciłam. – Zażenowana opuszczam wzrok na swoje stopy. Logo Nike jest nagle najbardziej interesującą rzeczą na świecie.

Dwa kroki i Chase jest przy mnie. Ujmując pod­bródek, unosi moją twarz ku swojej. Jego błękitne oczy są jak stal.

– Musisz się nauczyć przyjmować komplementy.

Kiwam głową, instynkt samozachowawczy wchodzi w stan pełnego pogotowia. Kiedy mężczyzna chwyta kobietę, nie żartuje. Chase jeszcze raz patrzy mi w oczy i puszcza mój podbródek. Zaciskam dłonie w pięści i żołądek mi się przewraca. Już zamierzam stamtąd prys­nąć, kiedy wyciąga dłoń i lekko pociera kciukiem moją kość policzkową. Ostatnio mężczyzna robił mi to po to, by przyjrzeć się dziełu swoich rąk.

Oddychaj, Gigi. Obiecałam sobie, że znów zacznę ufać mężczyznom. Zacznę pozwalać im się dotykać. Chase wydaje się dominujący, ale nie sądzę, aby zamierzał dodawać do tego element strachu. Moje lęki wypływają nagle w takich pięknych chwilach jak ta, zmieniając je w coś, czym nie są. Zmuszam się, by się odprężyć, i biorę uspokajający oddech.

– Dobrze. No więc chciałbym się z tobą spotkać dziś wieczorem.

Przechylam głowę, próbując znaleźć sens w tym, co mówi.

– Masz na myśli coś w rodzaju randki? – Patrzę, jak kącik jego ust lekko się unosi. Ten uśmieszek jest zabójczy. Bardzo chciałabym nieustannie widzieć go na twarzy Chase’a, najlepiej, gdyby był wtedy nago.

Chase otrzepuje koszulkę, prostuje i unosi nad głowę długie ramiona, aby ją włożyć. Mam wrażenie, że to się dzieje w zwolnionym tempie. Gapię się na mięśnie, które napinają się i rozciągają, kiedy naciąga koszulkę na szeroką pierś. Moje ciało pulsuje, brodawki twardnieją i mocno napierają na elastyczną tkaninę sportowego biustonosza.

– Można tak powiedzieć. Niestety, jestem umówiony na kolację, ale potem chciałbym wypić z tobą drinka. O dziewiątej przyślę po ciebie samochód.

Wciąż jestem pod wrażeniem jego ciała.

– Dużo ćwiczysz – mówię z podziwem.

Przewierca mnie wzrokiem.

– Kiedy nie jestem z nikim w związku, muszę na przykład ćwiczyć. – Uśmiecha się szeroko.

Mam wilgotne majtki. Powoli biorę wdech i oblizuję usta.

– A kiedy jesteś z kimś w związku? – Och, Gigi, sama się o to prosisz.

Dużą dłonią pieszczotliwie obejmuje mi szyję. Wciągam powietrze i odchylam głowę, poddając się jego dotykowi. Robię to instynktownie. Zwykle uciekam, kiedy mężczyzna kładzie na mnie ręce, zanim jestem na to gotowa. Dłoń Chase’a sunie w dół mojej szyi, ponad barkiem, a koniuszki palców leciutkimi muśnięciami podążają wzdłuż ramienia. Skórę mam mokrą od potu, ale jemu to najwyraźniej nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Oczy Chase’a są ciemne, kiedy spod wpół przymkniętych powiek wpatruje się w moje usta. Koniuszek różowego języka wysuwa się, by zwilżyć doskonale pełne wargi. Ramię pokrywa mi się gęsią skórką. Dłoń Chase’a zatrzymuje się na moim nadgarstku i powoli, pieszczotliwym ruchem w punkcie, w którym pulsuje tętno, rysuje ósemkę. Raz po raz. Nieskończoność.

Sprawia, że jestem niespokojna, podminowana, prag­nę go. Chase lubi dotykać, i to często. Nie jestem do tego przyzwyczajona. To właściwie nieznajomy, ale moje ciało, ten zdrajca, pochyla się i wygina ku niemu, jakby od zawsze znało jego dotyk.

– Kiedy jestem z kimś w związku, jestem zbyt zajęty pieprzeniem tego, co moje, aby potrzebować ćwiczeń.

Te słowa rozlewają mi się w brzuchu niczym gorąca zupa w mroźny dzień. Czuję, jak nowa warstwa potu spływa mi po skórze, a głęboko w środku narasta żar.

Czy on chce mnie pieprzyć?

Nie. Coś w podświadomości budzi się, by mi przypomnieć o moich zamiarach. Przyrzekłam sobie, że już więcej nie stracę głowy dla mężczyzny. I oto wsłuchuję się w każde słowo, obserwuję każde drgnienie mięśni jego idealnej twarzy, zatracając się w jego oczach. Jezu. To nie jestem ja. Dostałam już nauczkę. Przekonałam się, że nie wolno ufać mężczyznom. Zależy im na jednym i tylko na tym. Na kontroli. Ale co właściwie mam przeciwko seksowi? Nie, pieprzeniu. Bo właśnie o to mu chodzi.

Nigdy nie byłam w związku, który po prostu zaspokajał fizyczne potrzeby. Szczerze mówiąc, to mnie przeraża. A co, jeśli Chase nagle zechce pchnąć mnie na ścianę i wziąć wbrew mojej woli? Mowy nie ma. Od chwili, kiedy spotkałam tego mężczyznę, moje libido jest pobudzone do najwyższych granic. Myślę jedynie o tym, jak by to było, gdyby ten doskonały okaz mężczyzny zagarnął mnie całą w objęcia. I pochłonął.

Wiem, że to niebezpieczne i łatwo może mnie zniszczyć, a jednak pragnę go, choć to wbrew rozsądkowi. Nielogiczne. Wyraźnie tracę rozum. Jestem kompletnie szurnięta.

– Tylko drink – mówię w końcu, odpowiadając na jego prośbę.

Uśmiech Chase’a w reakcji na moją zgodę mógłby rozjaśnić całą siłownię. Idealnie równe zęby lśnią w ostrym świetle jarzeniówek.

– Przyślę kierowcę dokładnie o dziewiątej wieczorem. Będzie czekał przed hotelowym lobby. Nie spóźnij się. Nie znoszę niepunktualności – mówi. – Muszę wyznać, że chociaż bardzo chciałbym tu zostać i porozmawiać – unosi brwi, ponownie lustruje mnie wzrokiem i przygryza wargę – i patrzeć na twoje półnagie ciało, muszę już iść.

Zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, odwraca się i wychodzi, pozostawiając siłownię i osłupiałą rudą dziewczynę. Po jego odejściu jeszcze długo spoglądam na drzwi. Czy to się rzeczywiście stało? Co jest takiego w Chasie Davisie, że nie przestaje mnie oszałamiać? Czy chodzi o to, że po prostu niesamowicie mnie pociąga? Niemożliwe. A może to jakiś szczególny rodzaj więzi? Moja przyjaciółka Bree powiedziałaby mi, że to wszechświat pcha nas ku sobie.

Przez następne dwie minuty ponownie analizuję oba nasze spotkania. Moje myśli błądzą, kiedy podziwiam z okien panoramę Chicago. Widok zapiera dech. Ten hotel zapewnia najwyższe luksusy. Spalając kalorie na bieżni lub orbitreku, goście mogą oglądać całe miasto.

„Zbyt zajęty pieprzeniem tego, co moje”. Te słowa mocno utkwiły w mojej podświadomości. A gdybym należała do niego? Na tę prostą myśl czuję ciepło w brzuchu. Ściskam uda, by rozładować napięcie, które narasta między nimi.

Najwyraźniej Chase jest człowiekiem sukcesu, jeśli wziąć pod uwagę doskonale skrojony garnitur, który miał wczoraj na sobie, otaczającą go atmosferę autorytetu i fakt, że dziś wieczorem zamierza wysłać po mnie kierowcę – plus smakowity kąsek w postaci posiadania tego luksusowego hotelu. Zdecydowanie jest to typ mężczyzny, który potrafi zadbać o siebie. I o mnie.

Tylko że nie potrzebuję, by o mnie zadbano. Dawno temu matka nauczyła mnie, by nigdy nie liczyć na mężczyznę.

„Spójrz w lustro, Gigi. Widzisz tę osobę? To jedyna osoba, na którą możesz liczyć na tym świecie. Nigdy nie licz na to, że mężczyzna będzie dla ciebie wszystkim. Sromotnie się na nim zawiedziesz. Jeśli chcesz coś zdobyć w życiu, musisz sama po to sięgnąć”.

Miała rację. Mężczyźni sprawiali mi jedynie ból i uniemożliwiali osiąganie celów i spełnianie marzeń. Nigdy więcej. Włączył się alarm w komórce, którą położyłam na poręczy bieżni. Muszę się przygotować do spotkania zarządu. Jest wpół do siódmej, a za godzinę mam się zobaczyć z szefem. Wybiegając z siłowni, porzucam niepoważne myśli na temat Chase’a.

Po szybkim prysznicu osuszam się i wyciągam ubranie przygotowane na spotkanie. Przeglądam się w sięgającym do podłogi lustrze. Mam na sobie dopasowaną ołówkową spódnicę tuż nad kolano. Leży na mnie jak rękawiczka. Odwracam się, by sprawdzić, jak wygląda z tyłu. Rozcięcie sięga do połowy uda. Jest przyzwoicie, ale kobieco. Do tej spódnicy dobrałam jedwabną szmaragdowozieloną bluzkę. Jest bez rękawów i marszczona z przodu w zakładki, dzięki czemu nie ściąga niepożądanej uwagi na mój biust. Włosy upinam wysoko z tyłu w gładki kok, pozostawiając na czole luźne pasmo, jak ognistoczerwony pasek na białym płótnie. Stopy w pończochach wsuwam w dziesięciocentymetrowej wysokości czarne zamszowe szpilki Guess. Mają to powabne wycięcie tuż przy podbiciu, które sprawia, że czuję się seksowna, mimo że cały strój ma elegancki charakter. Wkładam żakiet i już jestem za drzwiami.

* * *

Mój szef, Taye Jefferson, czeka w Starbucksie w hotelowym lobby. Siedzi z boku w jednym z niedużych foteli, trzymając biały styropianowy kubek, który ledwie można dostrzec w jego ogromnej dłoni. Taye jest Afroamerykaninem o gabarytach SUV-a. Zbliża się do pięćdziesiątki i jest dyrektorem do spraw wpływów w fundacji Safe Haven.

Lubię pracować z Taye’em. Traktuje mnie jak równą sobie i nienawidzi potakiwaczy. Chce wiedzieć, co myślę, i autentycznie docenia moje opinie. Tworzymy świetny team i mamy bardzo duże osiągnięcia. Pracuję w tej firmie od paru lat, z asystentki awansowałam do stanowiska menedżera. W tym czasie szybko staliśmy się partnerami w naszej charytatywnej pracy.

Taye patrzy na zegarek i podnosi głowę z szerokim uśmiechem.

– Jak zwykle punktualna, Gigi. Moja bratnia dusza.

– Aha, mówisz to samo wszystkim paniom, zwłaszcza pani Jefferson – droczę się z nim.

Taye uśmiecha się szeroko, jak zwykle, kiedy pada imię jego żony. Szczerze ją kocha. Co ja bym dała, żeby mieć mężczyznę, który tak by mnie cenił, ale to się prawdopodobnie nigdy nie zdarzy. Dobry mężczyzna nie zechciałby kobiety z moją przeszłością – uszkodzonego towaru, jak powiedziałby Justin.

Naprzeciw Taye’a stoi kubek ze Starbucksa i chrupiąca muffinka, która wygląda pysznie.

– Dla mnie?

Taye kiwa głową.

– Na małe powitanie w świecie zarządu i żebyś dowiodła ważniakom, że jesteś odpowiedzialna.

Upijam łyk kawy i czuję, jak gorący kremowy płyn rozlewa się na kubkach smakowych. Mam ochotę skłonić się i wielbić bogów Starbucksa za stworzenie tak idealnej kombinacji espresso, śmietanki i wanilii.

– Mmm, Taye, wiesz, co lubię. Dziękuję. – Odłamuję kawałek kruchej muffinki i odgryzam kęs. Jest tak samo dobra jak latte. No, prawie tak samo. – Więc co mamy w planie na dzisiejszy ranek? – pytam z ustami pełnymi ciastka. Może to nie najlepsze maniery, ale Taye jest do tego przyzwyczajony. Jesteśmy raczej jak rodzina, a nie szef i podwładna. Przy nim można czuć się swobodnie. Większość dużych mężczyzn wywołuje u mnie dyskomfort. Taye zawsze sprawia, że jest odwrotnie. Zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. Podobnie poczułam się rano, kiedy otoczyły mnie ramiona Chase’a. Taye przegląda zawartość swojej teczki i podaje mi coś.

– Wieczorem sekretarka prezesa przysłała mi program. Nasze wystąpienie jest zaplanowane bezpośrednio po lunchu. Najpierw będzie przemawiał prezes, potem dział rozwoju biznesu przedstawi swoje plany dotyczące nowych kontaktów. Następnie lunch, sprawozdanie na temat darowizn i dział wolontariuszy opowie o ostatnich sprawach. Jutro w planach są marketing, finanse i ogólne sprawy zarządu.

– Masz dla mnie jakieś wskazówki? Obawiam się, że zrobię z siebie kompletnego głupka. Dziś rano potknęłam się i o mało się nie zabiłam, ćwicząc na bieżni. – Chichoczę i biorę do ust kolejny kęs muffinki.

Taye rzuca mi pełne niepokoju spojrzenie.

– Dobrze się czujesz, Gigi? Zraniłaś się?

– Tylko swoją dumę. Pewien mężczyzna mnie złapał. – Chase. Nie przestaje pojawiać się w moich myślach. To pewne. Jestem wariatką.

Taye nadal mi się przygląda. Przechyla głowę w bok, jakby zachęcał: „Opowiedz mi o tym, dziecko”. Zwykle się przed nim wygaduję. Nie tym razem.

– To mnie zbiło z tropu, a i tak byłam już zdenerwowana przed dzisiejszym dniem. – Z czułością klepię jego dłoń.

– Po prostu rób to, co zwykle. – Taye uśmiecha się i pociąga łyk kawy. – Olśnij ich statystyką i swoimi wynikami kampanii. Jak Midas zamieniasz wszystko w złoto, jeśli idzie o bezpośrednią mailową i telefoniczną zbiórkę funduszy.

Kiwam głową.

– Po prostu bądź sobą.

– Och, daj spokój, Taye. – Przewracam oczami. – To zwykły frazes. Naprawdę? Po prostu bądź sobą? Chyba nie jadłeś dziś swojej owsianki, chłopie.

Taye śmieje się i opiera w fotelu.

– Muszę popracować nad zdaniami dodającymi otuchy. Gotowa? Jest za dziesięć ósma. O ile pamiętam, prezes pogardza niepunktualnymi ludźmi.

Ostatnio ktoś inny wspomniał, żebym się nie spóźniła. Zastanawiam się, co zrobiłby Chase, gdybym nie przyszła albo zjawiła się później, niż mi polecił. Zbieramy nasze rzeczy i powoli ruszamy w stronę wind. Sala konferencyjna znajduje się na drugim piętrze, tak jak pozostałe sale zebrań.

– Podczas spotkania zarządu, na którym ostatnio byłem – mówi Taye – prezes kazał jednemu z członków czekać za drzwiami aż do pierwszej przerwy. Potem ten człowiek musiał przeprosić całą salę za to, że się spóźnił. – W windzie Taye naciska guzik z numerem piętra na jasno oświetlonym panelu i ruszamy w górę.

– Żartujesz? Prezes potraktował kolegę jak niegrzeczne dziecko?

– No cóż, jest założycielem i prezesem. Jest obłędnie bogaty. Co roku przekazuje fundacji darowiznę stanowiącą ponad połowę jej budżetu. Czterdzieści milionów.

Gwiżdżę. Rozbrzmiewa dzwonek w windzie. Wychodzimy na korytarz, gdzie tablica na postumencie informuje: „Spotkanie zarządu fundacji Safe Haven”. Strzałka kieruje nas w głąb korytarza.

– Czterdzieści milionów dolarów? Do licha! – To obrzydliwie dużo pieniędzy. Ktoś, kto potrafi przekazać taką darowiznę jednej fundacji, nie może być całkiem zły. Ludzie nie wpłacają milionów na cele charytatywne tak po prostu, jeśli nie mają wielkiego serca, zwłaszcza że praca, jaką wykonujemy, ma tak osobisty charakter. Chronimy maltretowane kobiety i pomagamy im. Kręcę głową, a potem znów się oburzam. – Ale to mu nie daje prawa, by kogoś publicznie poniżać.

– Zgadza się. To z pewnością sukinsyn, ohydnie bogaty. I wiesz co? Płaci za wszystkich członków zarządu, by mogli tu przebywać w luksusie.

Zastanawiałam się, jak organizacja charytatywna mog­ła załatwić takie szpanerskie miejsce.

– Mówi się, że nie chce być widziany w tanim hotelu. To by zniszczyło jego wizerunek.

Nie potrafię powstrzymać grymasu, który pojawia mi się na twarzy.

– O kurczę, ten facet wygląda na dupka.

Taye się śmieje. Denerwuję się jeszcze bardziej. Po tych informacjach zaczynam myśleć, że prezes to brutal. Docieramy do otwartych drzwi na końcu korytarza. Kilkoro ciemno ubranych mężczyzn i kobiet w garniturach i kostiumach o różnych odcieniach czerni i szarości krąży przy wejściu. Szmaragdowozielona bluzka, którą wybrałam, rzuca się w oczy na tle ich żałobnych strojów.

W piętnaście sekund Taye przedstawia mnie czterem mężczyznom i dwóm kobietom. Ściskam im ręce i uprzejmie się uśmiecham. Taye prowadzi mnie do dużej sali, w której więcej osób, również w surowych strojach, już zajęło miejsca, przygotowując się do spotkania. Odnajdujemy wyznaczone dla nas krzesła i siadamy.

– Gigi, jeśli przyniesiesz nam po kawie, przygotuję tymczasem laptopy. – Taye wskazuje stojący z boku stół z dzbankami z kawą. – Dla mnie bezkofeinową.

Kiwnąwszy głową, ruszam w stronę stołu. Uważam, by iść powoli, z głową wysoko podniesioną, dzielnie próbując ukryć zdenerwowanie. To pierwsze spotkanie, na które zostałam zaproszona, odkąd awansowałam na stanowisko menedżera do spraw pozyskiwania funduszy. Chcę zrobić dobre wrażenie. Od tego zależy moja przyszłość w fundacji Safe Haven.

Napełniam dwie małe filiżanki kawą bezkofeinową. Każda z nich ma na brzegu cieniutką złotą obwódkę. Jestem pewna, że to prawdziwa chińska porcelana. Wszystko w tym hotelu wydaje się najwyższej próby. Nawet jeśli prezes płaci rachunek, wydaje mi się to bezsensowne. Odwracając się, z kawą w rękach, wpadam na twardą jak skała pierś. Na szczęście obie filiżanki trzymam z boku i nie rozlewam napoju.

Powoli podnoszę wzrok, gotowa przeprosić, kiedy nagle uderza mnie wyrazisty, mocny zapach drzewa sandałowego i cytrusów. O nie! Niebieskie oczy, ładniejsze od błękitnego nieba, wpatrują się we mnie. Ich piękno zapiera mi dech. Czuję w żyłach podniecenie i strach. Jego ręce sztywno trzymają mnie w talii. Ogarnia mnie swoją obecnością i sala wokół znika. Zostaje tylko on.

– Panna Callahan. Znów się spotykamy. – Uśmiech zadowolenia zdobi jego rzeźbione rysy.

Jestem rozczarowana, że nie użył mojego imienia.

Przypisy

[1] Jeśli przeliterować słowo B-E-S-O-S, w skrócie będzie znaczyć Bound Eternally Sisters of Souls - duchowe siostry związane na zawsze.

Tytuł oryginału: Body

Copyright © 2015 Waterhouse Press, LLC

Published in agreement with Waterhouse Press, LLC, USA

and Book/lab Literary Agency, Poland.

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for the Polish translation © 2018 Edipresse Polska SA

All rights reserved.

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00–480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Zdjęcie na okładce: AlexAnnaButs/Shutterstock.com

Redakcja: Katarzyna Szajowska

Korekta: Bożena Hulewicz

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Skład i łamanie: Graph-Sign

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8117-281-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.