Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 297 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chyba za nami nie traficie - Jacek Milewski

 

 

Procho pod wpływem opowieści wujka Tośka postanawia odnowić stary zwyczaj i uprowadzić dziewczynę, w której się zakochał; pojawia się jednak nieprzewidziana okoliczność. Kało, Nyny i Masingro jadą srebrnym hummerem do Warszawy, by wykupić niepoprawnego hazardzistę Grastusia, który zadłużył się w kasynie; przy okazji chcą uczcić na Dworcu Centralnym rocznicę śmierci swego kompana Fredka. Siedemnastoletnia Malwina dowiaduję, że jest wychowywana przez macochę; ojciec wyznaje córce, że jej matka była Cyganką.

Chyba za nami nie traficie to czternaście opowieści ze świata, który na co dzień jest przed nami zamknięty. Milewski jest wiarygodnym przewodnikiem po tym świecie, pracował i żył z Romami, zna ich język, słuchał ich historii, które przy braku romskiego piśmiennictwa są jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy na temat przeszłości i teraźniejszości tej wspólnoty. Nie idealizuje swoich bohaterów, stara się ich zrozumieć, a co najważniejsze – oddaje im głos.

 

Jak pisać o ludziach, którzy wydają za mąż trzynastoletnie dziewczynki? O ludziach, którzy nie wywołali nigdy żadnej wojny, a cierpią w każdej z nich? Tak, by z jednej strony, chcąc chronić ich przed agresją, nie wpaść w hipokryzję i zakłamanie politycznej poprawności, z drugiej, by nie ulec pokusie grubych uogólnień i wytartych frazesów.

Jacek Milewski

 

Z recenzji „Dym się rozwiewa”:

W polskiej literaturze Romowie byli dotąd albo brudnymi żebrakami albo uwodzili śpiewem i tańcem przy ognisku. Książka Jacka Milewskiego jest bez wątpienia przełomowa, gdyż pokazuje Romów zupełnie inaczej: jako uczestników tej samej, „naszej” codzienności – przed telewizorem, ekranem komputera, w szkole i szpitalu.

prof. Waldemar Kuligowski

Opinie o ebooku Chyba za nami nie traficie - Jacek Milewski

Fragment ebooka Chyba za nami nie traficie - Jacek Milewski

Ja­cek Mi­lew­ski

CHY­BA ZA NAMI NIE TRA­FI­CIE

Co­py­ri­ght © by Ja­cek Mi­lew­ski, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Moim cór­kom, Agat­ce i Ka­ro­lin­ce

Konopnicki i inni

– …i od­rą­ba­li jej gło­wę. Gdy ze zgrzy­tem spa­da­ła na tra­wę, trza­snę­ło coś w pniach ro­sną­cych obok to­po­li, a ulicz­ne lam­py przy­ga­sły na mo­ment… O! – Zoga zer­k­nął na ży­ran­dol. – Tak jak te­raz tu­taj. – Zna­czą­co chrząk­nął, po­ki­wał gło­wą i ro­zej­rzał się po twa­rzach słu­cha­czy. Za­wie­si­stą ci­szę prze­rwa­ła drżą­cym gło­sem Lu­nia:

– Ale jak to, wuj­ku?

– Co?

– Jak trza­snę­ło w pniach?

– Skąd mi wie­dzieć? – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Nie by­łem przy tym prze­cież. Ale tak mó­wią.

– Kto?

– Lu­dzie.

– Jacy lu­dzie? Ci, co wi­dzie­li? – do­py­ty­wa­ła Lu­nia

Zoga łyp­nął na nią złym okiem.

– Aj ci­cho! – ode­zwa­ła się Śu­tra. – Dy­na­li ćhaj! De ka­ke­ske ra­ki­reł!1 I co da­lej było, wuj­ku? – zwró­ci­ła się do Zogi. – Opo­wia­daj­cie.

– Taa… Hm, hm. – Zoga zer­k­nął gdzieś w su­fit i po­tarł pod­bró­dek. – Rano zna­leź­li tę gło­wę. I do­pie­ro się za­czę­ło: po­li­cja, ra­dio, te­le­wi­zja…

– Dew­ła!2 – jęk­nę­ła Śu­tra. – Te­le­wi­zja!

– A co my­śli­cie? Oni jak te sępy…

– Sępy?

– Ta­kie pta­szy­ska, co ścier­wo na ki­lo­metr wy­czu­ją. Albo i na dwa – wy­ja­śnił Zoga. – Bo oni tru­pa­mi się ży­wią.

– Tru­pa­mi? Tfu! Żeby ich po­ła­ma­ło!

– Ci­cho, ci­cho! I co da­lej?

– No, za­czę­li spra­wę wy­ja­śniać. Jak mó­wi­łem: po­li­cja, ra­dio, te­le­wi­zja…

– A po­go­to­wie? – za­cie­ka­wił się Glo­no, drze­mią­cy do tej pory z gło­wą opar­tą o piec.

– Po­go­to­wie? – Zoga roz­ło­żył ręce. – A po co?

– Do tej gło­wy. Prze­cież le­kaz po­wi­nien zo­ba­czyć.

– Le­karz? – Zoga puk­nął się w czo­ło. – Po­mnik miał oglą­dać?

– Jaki po­mnik?

– Oj, Glo­no! Ma­rii Ko­nop­nic­kiej. – Zoga po­ki­wał gło­wą z po­li­to­wa­niem. – To prze­cież po­mni­ko­wi w par­ku od­rą­ba­li gło­wę!

– He – rzekł Glo­no zmie­sza­ny i wzru­szył ra­mio­na­mi w od­po­wie­dzi na kłu­ją­ce kpi­ną uśmie­chy. Spoj­rzał na Zogę prze­pra­sza­ją­co i za­py­tał: – A kim ona była, kako3? Że jej po­mnik po­sta­wi­li?

– Wier­sze pi­sa­ła.

– Wier­sze… O Cy­ga­nach też?

– Na dźi­naw.4 – Zoga wzru­szył ra­mio­na­mi. – O kra­sno­lud­kach prze­waż­nie. I o sie­rot­ce Ma­ry­si.

– A, to o so­bie, zna­czy? Bo Ma­ry­sia to od Ma­rii prze­cież.

– Może i tak – za­sta­no­wił się Zoga. – Cięż­kie ży­cie mia­ła po­dob­no. Jak ta sie­ro­ta.

– I chło­pa za­zdro­śli­we­go stra­śnie – wtrą­ci­ła Śu­tra i za­strze­gła: – Po­dob­no.

– Wła­śnie… – Zoga zmarsz­czył brwi. – Słu­chaj­cie, co było. Ci, co ten po­mnik znisz­czy­li, gów­nia­rze ja­cyś, dla za­ba­wy to zro­bi­li.

– Jak moż­na ta­kie rze­czy?

– Ano wi­dzi­cie. Pi­ja­ni może byli, a może po pro­stu głu­po­ta ich na­szła…

– A może zły duch opę­tał?

– Może… A dwa dni póź­niej po­li­cja ich na­mie­rzy­ła.

– Na­sza po­li­cja? – zdzi­wił się Ka­pra­lo.

– Tak jest – po­twier­dził Zoga. – Cho­ciaż wie­cie, jacy są nasi po­li­cjan­ci. Cy­gan­kę bied­ną ła­pać, co kur­kę za­wi­nie, o, to jest ro­bo­ta dla nich!

– Albo sło­nin­ki ka­wa­łek! – wy­rwa­ła się Fe­lu­sia. – Czy zbo­ża wo­re­czek…

– Aha. A jak spra­wa po­waż­niej­sza, a jesz­cze ga­dźow­ska5, to ech… – Zoga ze znie­chę­ce­niem mach­nął ręką.

– Uwa, uwa! Miś­to phen­den!6 – roz­le­gło się w po­ko­ju.

– No, ale trze­ba jed­nak przy­znać – Zoga ge­stem dło­ni uci­szył słu­cha­czy – na­mie­rzy­li ich, ale te smar­ki coś wy­czu­li, że psy za­sadz­kę szy­ku­ją, wsie­dli na mo­tor i w dłu­gą. Po-oszli!

– O masz!

– Ale, ale! – Zoga za­śmiał się po­nu­ro. – Da­le­ko nie uje­cha­li. Wy­rwa­li na tyl­nym kole, ale śli­sko było po desz­czu, majt­nę­ło ich za­raz na za­krę­cie i cen­tral­nie wy­rżnę­li w drze­wo. W to­po­lę! I co po­wie­cie? – Ro­zej­rzał się, ki­wa­jąc cięż­ko gło­wą. – Dwa tru­py na miej­scu!

Ktoś jęk­nął, ktoś prze­że­gnał się gło­śno. Zoga łyk­nął her­ba­ty i zaj­rzał w oczy słu­cha­czom, któ­rzy w na­pię­ciu pa­trzy­li na jego usta.

– Jak li­ście z drze­wa opa­dły – szep­nął – psy usły­sze­li… – za­wie­sił głos – coś dziw­ne­go oni usły­sze­li.

– Mów­cie, wuj­ku, mów­cie!

– Usły­sze­li śmiech, Ro­ma­łe. Strasz­ny, dzi­ki, chra­pli­wy śmiech.

– Dew­ła, śmiech! – Fe­lu­sia pod­nio­sła dłoń do ust. – A kto mógł się śmiać z cze­goś ta­kie­go?

– Na wzgó­rzu, nie­da­le­ko, a wie­czór już był póź­ny, noc pra­wie… – wy­chry­piał Zoga. – Na tym wzgó­rzu otóż sta­ła ja­kaś po­stać. W pe­le­ry­nę czar­ną, w płaszcz dłu­gi, zna­czy, owi­nię­ta. W wy­so­kim ka­pe­lu­szu. I stam­tąd ten śmiech do­bie­gał. Trzech po­li­cjan­tów na­tych­miast tam po­bie­gło. Wy­cią­gnę­li pi­sto­le­ty i jak nie za­czną krzy­czeć: „Stój, skur­wy­sy­nu, stój!”.

– Stój, bo będę strze­lał! Tak oni krzy­czą – wtrą­cił fa­cho­wo Glo­no.

– Tak wła­śnie krzy­cze­li – zgo­dził się Zoga. – A on śmiał się jesz­cze gło­śniej i strasz­niej, a gdy do­bie­gli, to się roz­pły­nął! Jak­by był chmu­rą, ka­wał­kiem dymu, co…

– Co się roz­wie­wa! – do­po­wie­dzia­ła prze­ję­ta Fe­lu­sia.

– Aha… – Zoga przy­mknął oczy. – Jak­by ktoś dmuch­nął i on się, ten dym, roz­wiał. Bez śla­du.

– Może uciekł?

Zoga po­krę­cił gło­wą:

– Nie. Bło­to tam było i – słu­chaj­cie! – żad­nych, ale to żad­nych śla­dów w nim nie zna­leź­li, cho­ciaż w bło­cie mo­krym – uniósł brwi – po­win­no coś zo­stać, nie?

– To kto to był? Duch?

– Tak mó­wią.

– Ale czyj?

– Ko­nop­nic­kie­go.

– Ko­nop­nic­kiej, wuj­ku – po­pra­wił go Glo­no.

– Wiem, co mó­wię, głup­ta­ku. – Zoga skar­cił go wzro­kiem. – Ona nie mści­wa była. Ko­bie­ta, że do rany przy­łóż.

– I wier­sze pi­sa­ła! – wtrą­ci­ła Śu­tra.

– Tak jest – po­twier­dził Zoga. – To był duch, ćha­wa­łe7, jej męża. Za ży­cia był nie tyl­ko za­zdro­śli­wy, ale i wred­ny. I tak po śmier­ci mu zo­sta­ło. Ale to nie ko­niec, dzie­ci moje, oj nie ko­niec…

– A co?

– A te­raz w par­ku, w nocy, on łazi koło tego oka­le­czo­ne­go po­mni­ka i lu­dzi stra­szy. Z ża­ło­ści, że żon­ka spo­nie­wie­ra­na, stoi tak bez gło­wy.

– Dew­łe­skry Da­jo­ry!8 – Zła­pa­ła się za gło­wę Lu­nia. – A ja wczo­raj szłam tam­tę­dy wie­czo­rem do domu i coś się w krza­czo­rach prze­wa­la­ło. My­śla­łam, że ja­kieś me­ne­le, a to rze­czy­wi­ście…

– Co? – za­py­ta­ła Fe­lu­sia.

– No taki po­blask, te­raz mi się przy­po­mi­na, szedł od tych krza­ków.

– Zie­lo­ny? – za­in­te­re­so­wał się Zoga.

– Chy­ba tak.

– Fos­fór.

– Rety, fos­fór! – prze­ra­zi­ła się Lu­nia i zmarsz­czyw­szy czo­ło, za­py­ta­ła: – A co to ta­kie­go?

– Gaz – wy­ja­śnił Zoga. – Co z tru­pów wy­cho­dzi.

– Mam­ma… Z tru­pów? I z du­chów też?

– Też. Tyl­ko nie taki moc­ny.

Wszy­scy za­mil­kli, da­jąc czas gro­zie, by owia­ła cały po­kój swo­im zim­nym tchnie­niem.

– Taa… – szep­nął po chwi­li Zoga. – Kie­dyś zna­łem jed­ne­go ta­kie­go. Sie­dział w są­sied­niej celi. Cme­na hien­tar­na.

– Kto?

– No taki, co w tru­pach się grze­bie. I je okra­da.

– Tfu! Tfu! – za­brzmia­ło chó­ral­nie.

– Hie­na – po­wie­dział Glo­no.

– Co – hie­na?

– Mówi się o kimś ta­kim. Hie­na cmen­tar­na.

– Prze­cież mó­wię, mą­dra­lo. – Zoga wzru­szył ra­mio­na­mi. – I on opo­wia­dał, ten hien, że naj­go­rzej jest ru­szać świe­żych nie­bo­skich, bo gdy się trum­nę otwo­rzy, to bu­cha fos­fór i jak tra­fi w czło­wie­ka, to za­bi­je. Albo jesz­cze co gor­sze­go zro­bi.

– Zie­lo­ny ten fos­fór? – za­py­tał Ka­pra­lo.

– Tak.

– Je­ste­ście pew­ni?

– Ba!

– I w nocy świe­ci?

– Jak to­bie oczy, gdy dwa euro zo­ba­czysz.

Ka­pra­lo pod­wi­nął rę­kaw, w ner­wo­wym po­śpie­chu zdjął ze­ga­rek i z obrzy­dze­niem na twa­rzy rzu­cił go na stół.

– A to­bie co? – zdzi­wił się Zoga.

– W nocy na zie­lo­no świe­ci – wy­sa­pał Ka­pra­lo. – Nie chcę ze­gar­ka, co ma w so­bie tru­pi gaz!

Zoga ostroż­nie pod­niósł ze­ga­rek, uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem i wy­cią­gnął rękę do Ka­pra­la:

– Nie bój się. W ze­gar­kach jest inny fos­fór. Czy­sty.

– Na pew­no?

– Tak, trzy­maj. Albo cze­kaj… ład­ny jest, może się za­mie­nisz? – Od­wi­nął rę­kaw ko­szu­li. – Hę? Patrz, mój jest bez fos­fo­ru.

Ka­pra­lo za­sta­na­wiał się, ale wi­dząc chy­try uśmiech Zogi, prze­czą­co po­krę­cił gło­wą i za­wsty­dzo­ny tro­chę, scho­wał swój zło­ty cza­so­mierz do kie­sze­ni.

– Kako, mogę? – ode­zwa­ła się La­wi­nia.

– Mów.

– Opo­wia­da­ła mi Tuga, że jak nam Ba­kre­go za­bi­li, to cho­dził za nią.

– Za wła­sną cór­ką? – zdzi­wi­ła się Śu­tra. – Prze­cież on wa­riat był za nią.

– Ależ nie chciał jej nic złe­go zro­bić! Masz ra­cję, on by gar­dło prze­gryzł każ­de­mu, co skrzyw­dzić by Tugę spró­bo­wał. Cho­dził za nią po śmier­ci, bo chro­nił ją. Mi­łość do niej, wła­śnie przy­wiąź­li­wa taka, trzy­ma­ła go bli­sko. Pa­mię­ta­cie, że Tuga po śmier­ci Ba­kre­go dziw­nie się za­cho­wy­wa­ła?

– Oj – jęk­nę­ła Niu­nia. – Bied­ny dzie­ciak, taka mała była…

– No, nie taka mała. Z dzie­sięć lat już mia­ła chy­ba – wtrą­ci­ła Lu­nia.

– Ale jak pła­ka­ła! – Bisa zła­pa­ła się za gło­wę. – Po­licz­ki so­bie roz­dra­py­wa­ła do krwi, wło­sy gar­ścia­mi wy­ry­wa­ła!

– Taaa… – Zoga po­ki­wał gło­wą. – A w noc przed po­grze­bem do trum­ny wla­zła, żeby się do ojca przy­tu­lić.

– Och! – La­wi­nia za­ci­snę­ła po­wie­ki. – Pa­mię­ta­cie… I wszyst­ko zmie­ni­ło się parę dni po po­grze­bie. We­so­ła się zro­bi­ła, że aż zgor­sze­nie bra­ło. Na smę­tarz ją za­bra­łam, sto­imy nad gro­bem, i jak ze mnie łzy nie try­sną! Nie mo­głam wy­trzy­mać, pa­dłam na ko­la­na: „Dew­ła, Dew­ła, so­ske miro Rom, so­ske? Kana ko­ko­ry som ćha­wo­ren­ca! A jow adaj, dre phuw…”9. I na­gle Tuga do mnie mówi: „Na row, da­jo­ry, na row!” – śu­nen? Tyk­ni ćha­jo­ry!10 „Nie ma tu­taj taty. Tu tyl­ko jego sko­rup­ka, mamo, za­ko­pa­na”. „Jaka sko­rup­ka, dzie­cia­ku?” – aż się prze­stra­szy­łam, że zgłu­pia­ła. A ona: „Taka no… jak mo­tyl z gą­sie­ni­cy wy­cho­dzi, to sko­rup­kę zo­sta­wia. Ona ko­kon, mamo, się na­zy­wa, pan mi w szko­le po­wie­dział. Pła­ka­łam po po­grze­bie i pła­ka­łam, i prze­stać wca­le nie mo­głam. Wziął mnie do swo­je­go po­ko­ju i opo­wie­dzia­łam mu, jak mi źle. A on o mo­ty­lu mi wte­dy po­wie­dział i na ob­raz­ku po­ka­zał. Tata jest te­raz jak mo­tyl, co wy­le­ciał ze sko­rup­ki. Pięk­ny i wol­ny, in­a­czej niż mo­tyl, ale jesz­cze pięk­niej­szy. I le­piej ma niż mo­tyl, bo one krót­ko bar­dzo żyją”. I pa­trzy na mnie dziew­czyn­ka, wy­obraź­cie so­bie, i się uśmie­cha. „Skąd wiesz, jak wy­glą­da? – za­py­ta­łam. – Co ty, dziec­ko, wy­ga­du­jesz?”

– Mo­tyl ze sko­rup­ki… – wes­tchnął Zoga i opu­ścił gło­wę

– Tak wła­śnie. – La­wi­nia otar­ła oczy. – I słu­chaj­cie, co wte­dy opo­wie­dzia­ła, słu­chaj­cie. Szła do ciot­ki Ziny pod wie­czór, a w bra­mie dwóch smar­ków, szczy­li jesz­cze, ale wy­ro­śnię­tych, ją na­pa­dło: „Ścią­gaj, sik­so, kol­czy­ki, bo ci tę czar­ną buź­kę wy­bie­li­my!”. I z kosą do niej, żeby im, skur­wy­sy­nom, oczy się roz­pę­kli! Tak się prze­stra­szy­ła, że na­wet krzyk­nąć nie mo­gła, jęk­nąć na­wet. Opar­ła się tyl­ko o ścia­nę i za­sło­ni­ła twarz dłoń­mi, bo my­śla­ła, że już po niej. I na­gle oni za­czę­li wrzesz­czeć. Tuga otwo­rzy­ła oczy i wi­dzi, że je­den ucie­ka, a dru­gi trzy­ma się za gar­dło, jak­by ktoś go du­sił. I wy­rzu­ci­ło go z tej bra­my na uli­cę, parę me­trów po­le­ciał…

– No i co, no i co?

– No i wte­dy Tuga zo­ba­czy­ła Ba­kre­go. Jak­by z po­wie­trza wy­cho­dził. Uśmiech­nął się do niej, po­gła­skał po gło­wie i znik­nął.

– Dy­khen?11 – mruk­nął Ka­pra­lo.

La­wi­nia wes­tchnę­ła i zer­k­nę­ła na Zogę, któ­ry zmru­żył do­myśl­nie oczy:

– To nie wszyst­ko?

– Nie. Po­tem, parę dni póź­niej, gdy Tuga wra­ca­ła ze szko­ły, na­szą uli­cą ja­kiś wa­riat pod prąd je­chał sa­mo­cho­dem. A ona wła­śnie przez uli­cę prze­cho­dzi­ła i na­wet nie obej­rza­ła się w tam­tą stro­nę. Bo po co?

– Pew­nie. – Zoga wzru­szył ra­mio­na­mi. – Jed­no­kie­run­ko­wa prze­cież.

– A wi­dzi­cie, jak trze­ba uwa­żać? I pew­nie by było po dzie­cia­ku, ale coś ją prze­nio­sło na chod­nik. Ze środ­ka uli­cy!

– Nie­moż­li­we – cmok­nął scep­tycz­nie Glo­no.

– Ja tyl­ko opo­wia­dam, co mi dziec­ko mó­wi­ło! – La­wi­nia pod­nio­sła głos obu­rzo­na. – I nie wie­rzę, że mnie Tuga okła­ma­ła, nie mnie!

– Moż­li­we – ode­zwał się Ter­no. – Nie wiem jak, ale moż­li­we. Ja to wi­dzia­łem. Na wła­sne oczy. Że­bym tu padł na za­wał, że wi­dzia­łem.

– I co? – za­cie­ka­wił się Glo­no. – Ba­kre­go też wi­dzia­łeś?

Ter­no za­prze­czył ru­chem gło­wy.

– Tyl­ko jak dziew­czyn­kę coś prze­rzu­ci­ło na chod­nik. Aż oczy prze­cie­ra­łem, a trzeź­wy by­łem. I w bia­ły dzień to było. Ten z sa­mo­cho­du za­ha­mo­wał z pi­skiem opon i wy­glą­dał przez okno, taki bla­dy i roz­dzia­wio­ny. Chciał chy­ba wy­siąść, ale Tuga stuk­nę­ła się w czo­ło, wzię­ła ręce do tyłu, krzyk­nę­ła: „Uwa­żaj, świ­rze, jak jeź­dzisz!”. I po­szła, jak­by nig­dy nic. A on za­raz od­je­chał.

– Coś ta­kie­go… – za­du­mał się Glo­no.

– Cza­sa­mi wy­da­wa­ło mi się – po­wie­dzia­ła La­wi­nia – że on po domu cho­dzi. Do cza­su, aż Tuga za mąż po­szła, tak było. Do garn­ków za­glą­dał, do sza­fy. Szu­fla­dę otwo­rzył, jak­by szu­kał w niej cze­goś. A raz na­wet te­le­wi­zor sam się włą­czył. Aku­rat, gdy gra­li ulu­bio­ny film Ba­kre­go.

– Ten o dwóch ko­man­do­sach, co roz­wa­li­li całe mia­sto wam­pi­rów? – za­py­tał Ter­no.

– Nie, nie. Ten in­diań­ski. Cza­sem słoń­ce, cza­sem deszcz.

– A tak. – Zoga kiw­nął gło­wą. – To pięk­ny film. Prze­ży­cio­wy taki.

– Mhm. – La­wi­nia za­my­śli­ła się i przy­mknę­ła oczy.

Za­pa­dła ci­sza.

– Jak by­li­śmy w An­glii pierw­szy raz – za­ga­ił Ka­pra­lo – to dali nam miesz­ka­nia obok cmen­ta­rza.

– Par­szy­we An­giel­czy­ki! Jak tak moż­na?

– No – wtrą­cił Zoga. – Nie cze­piaj­cie się! Da­ro­wa­ne­mu ko­nio­wi, wia­do­mo, nie za­glą­da się nig­dzie. – Ro­zej­rzał się do­oko­ła kar­cą­co. – Na­wet w zęby! I co? – zwró­cił się do Ka­pra­la. – Ba­li­ście się tam miesz­kać? Stra­szy­ło?

– Nie stra­szy­ło wca­le, ani razu. Ale nie­mi­ło w ta­kim miej­scu sie­dzieć cały czas i pa­trzeć przez okna na gro­by. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się po czte­rech mie­sią­cach. Ja­koś uda­ło się tych z miesz­ka­niów­ki prze­ko­nać, że nasz za­kon, na­sza kur­tu­la…

– Kul­tu­ra – po­pra­wił Glo­no.

– …tak wła­śnie, że ona nie po­zwa­la miesz­kać w miej­scu ta­kim. I nas prze­nie­śli.

– Cwa­niacz­ki – cmok­nął z po­dzi­wem Zoga.

– Kon, kako? Jone?12

– A tam! – Zoga mach­nął ręką. – Tume!13 Że im ten kit wci­snę­li­ście.

– Hm… – Ka­pra­lo po­dra­pał się po po­licz­ku. – Ale nie bar­dzo się opła­ci­ło. Niby miesz­ka­nia ład­ne nam dali, w miej­scu spo­koj­nym do­syć, są­sie­dzi przy­jem­ni, tro­chę na­szych też już było w oko­li­cy…

– To co nie tak?

– No… w tym domu je­den po­kój był za­mknię­ty. I nikt w nim miesz­kać nie chciał. Wcho­dzi­li­śmy oglą­dać, ale ja­koś dziw­nie w nim było. Za­wsze zim­no i wil­got­no, choć ogrze­wa­nie dzia­ła­ło nor­mal­nie. Pleśń na ścia­nach, ta­kie li­sza­je, nie wiem, ile razy mo­głeś ma­lo­wać, czło­wie­ku, i tak wy­ła­zi­ły. A po­kój prze­cież sło­necz­ny, od po­łu­dnia, aha. Bez me­bli pra­wie, tyl­ko gołe łóż­ko w nim sta­ło. We­nan­cjo ma­lo­wał go trzy razy, bo mu tro­chę cia­sno było i chciał mieć je­den po­kój wię­cej. Nasi go­spo­da­rze, An­gli­cy, mó­wi­li, żeby dał so­bie spo­kój, bo żad­ne skro­ba­nia, ma­lo­wa­nia i tak nic nie po­mo­gą. „Dla­cze­go?” – py­ta­li­śmy, aż wresz­cie przy­zna­li się, że stoi pu­sty, bo kie­dyś zda­rzy­ło się tam coś strasz­ne­go.

– A co?

– Nie chcie­li po­wie­dzieć. A wie­cie, jaki We­nan­cjo jest za­dzior­ny.

– I nie­do­wia­rek! – rzu­ci­ła z kwa­śną miną Bisa.

– Taki jest wła­śnie. Za­śmiał się, że on tyl­ko ży­wych się boi i to nie­któ­rych tyl­ko, wziął koc i po­szedł tam spać wie­czo­rem. Bez sło­wa.

– Wy­trzy­mał?

– Go­dzi­nę nie­ca­łą.

– Po­ka­za­ło mu się co?

– Gdy wró­cił, też go py­ta­li­śmy. Po­krę­cił gło­wą, usiadł przy sto­le i w te­le­wi­zor się za­pa­trzył. I za­raz, jak zo­ba­czył, że wszy­scy na nie­go się ga­pi­my, to po­wie­dział tyl­ko: „Pani ka­maw.”14.

– I nic wię­cej nie po­wie­dział? To dla­cze­go wró­cił? – za­py­tał Zoga. – Hm… Może po pro­stu nie­mi­ło mu się zro­bi­ło, bo zim­no, wil­goć, li­sza­je na ścia­nach…

– Może. Twarz miał spo­koj­ną, ale jak mu żon­ka po­sta­wi­ła szklan­kę z wodą na sto­le, to dwie­ma rę­ka­mi ją do ust pod­no­sił. Tak mu la­ta­li. Ale nie po­wie­dział, co tam wi­dział. Tyl­ko swo­im dzie­ciom za­bro­nił na­wet pod­cho­dzić do drzwi tego po­ko­ju.

– Brr! – otrzą­snął się Zoga. – I nie wiesz, co tam było?

Ka­pra­lo po­pa­trzył na Zogę po­nu­ro i wes­tchnął:

– Wiem. Za mie­siąc przy­je­chał z Pol­ski Kre­cho.

– Ooo! – roz­le­gło się w ca­łym po­ko­ju.

– Tak, tak, sam Kre­cho przy­je­chał. Stół zro­bi­li­śmy na po­wi­ta­nie, no i ja­koś się zga­da­ło o tym po­ko­ju. Gdy Kre­cho usły­szał, że We­nan­cjo go­dzi­nę nie­ca­łą w nim wy­trzy­mał, to zer­k­nął na nie­go z uśmie­chem tym swo­im krzy­wym i po­wie­dział: „Jaw man­ca15”, ale We­nan­cjo od razu po­krę­cił gło­wą, że mowy nie ma. No to Kre­cho prych­nął: „Da­res pe!”16. We­nan­cjo ze­rwał się z krze­sła, po­czer­wie­niał, ale za­raz usiadł i wes­tchnął tyl­ko: „Dźi­nes man. Me som tra­dy­cjo­nal­no, ale i ra­cjo­nal­no Rom. Ale na dźa­wa odoj. Uwa, da­raw pes. A tu ker, so ka­mes, ale ko­ko­ro.”17. Kre­cho pa­trzył na nie­go, jak­by nie chciał uwie­rzyć w to, co sły­szy. Że We­nan­cjo do stra­chu się przy­zna­je. Po­tem się za­my­ślił, na­marsz­czył, a po chwi­li wstał i ka­zał po­ka­zać, gdzie jest ten po­kój wy­chod­ko­wy. Oparł się rę­ka­mi o drzwi i stał tam, i stał, i mru­czał coś pod no­sem, aż wró­cił i ka­zał przy­nieść klucz. Ja­kiś dzie­ciak po­biegł do go­spo­da­rzy. Hm, nie pa­mię­tam, któ­ry… Może Ma­ćho?

– Mniej­sza! – znie­cier­pli­wił się Zoga. – No?

– Klucz za­raz przy­nie­śli, a Kre­cho stał już tam zno­wu. W jed­ną rękę wziął sie­kie­rę, a w dru­gą nóż.

– Taki, co miał Ram­bo na fil­mie? – za­cie­ka­wił się Ter­no.

– Ten wła­śnie – po­twier­dził Ka­pra­lo. – Zdjął ko­szu­lę, a wie­cie, jaki byk z nie­go, i stał przed tym po­ko­jem z sie­kie­rą i ram­bow­skim no­żem. Stał, sa­pał i prę­żył te swo­je strasz­ne ta­tu­aże. Jak przy­nie­śli klucz (kto to był? nie mogę so­bie przy­po­mnieć wca­le…), to ka­zał, że gdy już wej­dzie, za­mknąć drzwi i cze­kać. Sie­kie­ra, Ro­ma­łe, kosa, ta­tu­aże, Jezz­zuu! I wszedł. Wbiegł ra­czej i krzyk­nął: „Jaw, kurr­r­wa, muło bu­je­dy­no! Jaw, scha mire hor­mo­ny!”18. Za­mknę­li­śmy drzwi, a zza nich sły­chać jesz­cze: „Sooo? Da­res pe Ro­me­styr?!”19. I, słu­chaj­cie, ci­sza się zro­bi­ła, a tu klucz w drzwiach sam się prze­krę­cił. Dwa razy!

– Deww­w­ła… – ktoś jęk­nął.

– No i się za­czę­ło! Ru­mor się zro­bił dzi­ki za drzwia­mi, a za­raz po­tem Kre­cho wrza­snął tak strasz­nie…

– Jak? – wy­rwa­ło się prze­ję­te­mu Zo­dze.

– O tak. – Ka­pra­lo roz­ca­pie­rzył ręce i ryk­nął przez stół: – Uuuaaaa!!!

Ko­bie­ty za­czę­ły krzy­czeć, a Zoga ze­rwał się z krze­sła:

– Po­gię­ło?! – Zła­pał się za ser­ce. – Chcesz, że­bym za­wa­łu do­stał?! Lu­dzie, wa­riat! Nor­mal­ny wa­riat, wo­łaj­cie dok­to­ra!

– Sami chcie­li­ście, wuj­ku… sami, hi, hi, hi! – Glo­no skrę­cał się ze śmie­chu na fo­te­lu pod pie­cem. – Żeby wam po­ka­zał… Och, Dew­ła, na mo­gi­naw!20 – Otarł za­łza­wio­ne oczy.

– Pśe­man­gaw, kako, na kam­dźom21 – rzekł skru­szo­ny Ka­pra­lo do Zogi, a pa­trząc na Glo­na, z wy­rzu­tem po­ki­wał pal­cem: – Śmiej się, aha, śmiej się, głup­ku! Nie wiesz, co da­lej było.

– Mów, mów! – Zoga ge­stem na­ka­zał mil­cze­nie otwie­ra­ją­ce­mu usta Glo­no­wi. – Co da­lej było?

Znów ci­sza za­le­gła, a wszy­scy wle­pi­li oczy w Ka­pra­la, któ­ry z po­nu­rą miną wpa­try­wał się w swo­je sple­cio­ne na sto­le ręce.

– A więc… – Pod­niósł je do góry.

– A więc? – po­wtó­rzył Zoga.

– A więc on wrza­snął tak strasz­nie i za chwi­lę zła­pał od środ­ka za klam­kę. A tu drzwi za­mknię­te. Szar­pać za­czął, a klucz prze­krę­co­ny. Krzy­czał: „Ro­ma­łe, pśa­ła­łe! Za­ma­re­ła man, za­ma­re­ła!”22. We­nan­cjo rzu­cił się do klu­cza: „Źa­kir, źa­kir, już od­phen­daw!”23. I… słu­chaj­cie lu­dzie, klucz pękł! „Pha­gir­dźom kli­dyn!”24 – krzyk­nął We­nan­cjo, a Kre­cho wte­dy tak za­wył roz­pacz­li­wie, jak zwie­rzę, i za chwi­lę usły­sze­li­śmy brzęk tłu­czo­ne­go szkła.

– Szkła? – jęk­nął Zoga.

– Kre­cho przez okno się rzu­cił. Z pierw­sze­go pię­tra!

Ka­pra­lo ro­zej­rzał się po bla­dych twa­rzach słu­cha­czy, otarł pot z czo­ła i łyk­nął piwa ze szklan­ki.

– Po­bie­gli­śmy na dół. Kre­cha ani śla­du… To zna­czy, śla­dy były. Krew roz­ma­za­na na chod­ni­ku. Do­go­ni­li­śmy go z We­nan­cjem za­raz na uli­cy, ale już z pół ki­lo­me­tra od domu. Biegł, kuś­ty­ka­jąc, pół­na­gi, spo­co­ny i umo­ru­sa­ny cały. Jak go zła­pa­li­śmy, to usiadł na chod­ni­ku, za­dy­sza­ny strasz­nie. Oczy roz­bie­ga­ne, bro­da się trzę­sie…

– Krew?! – krzyk­nął Zoga, wle­pia­jąc sze­ro­ko otwar­te oczy w Ka­pra­la.

– Jezu, jaka krew?! – Ka­pra­lo się­gnął do swo­jej twa­rzy, ale za­raz ode­tchnął z ulgą: – A tak, że Kre­cho, wuj­ku, za­krwa­wio­ny?

– Prze­cież nie ty – skrzy­wił się Zoga.

– No tak. Krwa­wił cały od szkła roz­bi­te­go, a ple­cy miał tak strasz­nie roz­ora­ne, jak­by mu niedź­wiedź prze­je­chał po nich pa­zu­ra­mi. Za­wieź­li­śmy go na po­go­to­wie, ale le­ka­rze nie chcie­li wie­rzyć, że tak to wła­śnie było, jak im opo­wia­da­li­śmy. Bo Kre­cho jesz­cze wte­dy po an­giel­sku ani w ząb. Opa­trzy­li go, a jak­że, ale po­wie­dzie­li, żeby na­stęp­nym ra­zem nie czo­chrał się po pi­ja­ku o gwoź­dzie w ścia­nie. I że przez za­mknię­te okno nie wy­cho­dzi się na dwór. Tym bar­dziej z pierw­sze­go pię­tra. A on prze­cież – Ka­pra­lo roz­ło­żył ręce – zna­cie go wszy­scy, nie pije pra­wie wca­le. No je­den, dwa kie­lisz­ki, i to jak jest oka­zja spe­cjal­na. Wte­dy też wię­cej nie wy­pił. I ja­kie gwoź­dzie? Tam, w tym po­ko­ju, gołe ścia­ny prze­cież.

– No tak – zgo­dził się Zoga. – Naj­wy­żej dwa kie­lisz­ki. On jest wła­ści­wie ab­sol­wen­tem.

– Kim? – zdzi­wił się Ka­pra­lo.

– Ab­sol­wen­tem, zna­czy, że nie pije – wy­ja­śnił Zoga. – A co mu tak ple­cy po­szar­pa­ło w tym po­ko­ju prze­klę­tym?

– Do­brze mó­wi­cie, wuj­ku, że w prze­klę­tym. Gdy Kre­cho za­czął wy­zy­wać du­cha, to nic się nie dzia­ło, tak nam po­tem opo­wia­dał. Ale jak wrza­snął, że pew­nie muło da­reł pe łe­styr25, nooo… to jed­nak prze­sa­dził! Zo­ba­czył wte­dy, że z łóż­ka pod­no­si się po­stać ja­kaś, z twa­rzą po­cię­tą, zgni­łą, wstręt­ną. W zie­lo­nej po­świa­cie ta­kiej…

– Fos­fór, mó­wi­łem – wtrą­cił Zoga od nie­chce­nia.

– …i uno­si ręce, roz­ca­pie­rza pal­ce, a na ich koń­cach dłu­gie pa­znok­cie, jak szpo­ny. I do Kre­cha z tymi pa­zu­ra­mi! Bro­nił się sie­kie­rą, no­żem, ale zo­ba­czył, że nic nie wskó­ra, i do drzwi, a one za­mknię­te, klucz się sam prze­krę­cił (mat­ko, to strasz­ne było!), aż wresz­cie, jak zo­ba­czył, że za­raz bę­dzie po nim, to w okno się rzu­cił. Gdy wy­ska­ki­wał, po­czuł te pa­zu­ry na ple­cach, jak mu się wpi­ja­ją w bark i w dół zjeż­dża­ją. W ostat­niej chwi­li uciekł, Ro­ma­łe. Tak było, że­bym tu sko­nał, je­śli kła­mię!

Ka­pra­lo wzro­kiem szu­kał na twa­rzach słu­cha­czy zwąt­pie­nia w praw­dzi­wość swo­ich słów. Nie zna­lazł. Na­wet Glo­no sie­dział za­my­ślo­ny ze zmarsz­czo­nym czo­łem. Tyl­ko Zo­bar, opie­ra­jąc gło­wę o ścia­nę, pa­trzył gdzieś w dal nie­obec­nym wzro­kiem. Jak zwy­kle. Przy­najm­niej od dwóch lat.

– Do­wie­dzie­li­śmy się od są­sia­dów – Ka­pra­lo pod­jął opo­wieść – że w tym po­ko­ju kie­dyś, na tym łóż­ku wła­śnie, za­bi­li czło­wie­ka. Star­sze­go już czło­wie­ka. Nikt go do­brze nie znał, bo od­lu­dek był po­dob­no, nikt nie wie­dział, czym się zaj­mo­wał. No­ża­mi po­cię­li go na pla­ster­ki. Z ze­msty – po­wia­da­ją – go za­bi­li, bo nie był bo­ga­ty wca­le, nic pra­wie nie miał. Tyl­ko sza­fę sta­rą, parę pół­ek, stół, krze­sło i to wła­śnie łóż­ko. Żad­nej ro­dzi­ny nie zna­leź­li, więc wszyst­kie jego rze­czy po śmier­ci spa­ko­wa­li i od­da­li do ja­kie­goś ko­ścio­ła, żeby bied­nym roz­dać. W dwa kar­to­ny wszyst­ko zmie­ści­li. Me­ble też od­da­li, tyl­ko łóż­ka nikt nie chciał.

– Hm… – chrząk­nął Zoga – za­sko­czył mnie Kre­cho. Nie, że od­waż­ny, to wszy­scy wie­dzą, ale że bar­dzo, bar­dzo nie­roz­sąd­nie się za­cho­wał. Mó­wię wam – pod­niósł uro­czy­ście pa­lec do góry – z du­cha­mi nie wol­no się draż­nić! Oj nie. A szcze­gól­nie z du­cha­mi lu­dzi, któ­rzy na­gle umar­li. Oni – te du­chy – są bar­dzo nie­szczę­śli­wi. I na­wet je­śli ze­msty nie szu­ka­ją, to gdy ktoś ob­ra­zi albo się na­śmie­wa, mogą nie­źle za­szko­dzić. Tak samo du­chy sa­mo­bój­ców. Nie, nie tak samo, go­rzej jesz­cze, bo oni to w ogó­le, bie­da­ki, nie mają po­ję­cia, co ze sobą zro­bić.

– So­ske, kako?26 – za­py­ta­ła Fe­lu­sia.

– Bo wie­dzą już, że tak nie wol­no. Za­bi­jać się sa­me­mu. Że to grzech strasz­ny, tak strasz­ny, że Pan Bóg ob­ra­zić się może i nig­dy do sie­bie nie wpu­ścić.

– A dia­beł?

– Tfu! Nie wy­ma­wiaj tego imie­nia, żeby zdechł! On też nie chce ta­kie­go du­cha, bo wie, że tyl­ko bie­dy może mu na­ro­bić. Nie wia­do­mo prze­cież, co ta­kie­mu strze­li do gło­wy, na­wet jak nie­ży­wy. Nie­obli­czal­ny prze­cież, sko­ro so­bie ży­cie ode­brał. Więc woli go nie ru­szać. Duch, bie­da­czy­na, ża­łu­je tego, co zro­bił, a bywa, że na­wet nie wie, co się sta­ło, i tłu­cze się mię­dzy świa­ta­mi, a cza­sa­mi z nerw wy­cho­dzi w tej ża­ło­ści i szko­dzi. Le­piej nie ru­szać. Zda­rza się jed­nak, że tra­fi na ko­goś do­bre­go, co mu po­mo­że. I mą­dre­go, co wie, jak to zro­bić.

– A jak moż­na mu po­móc?

– Mo­dlić się za nie­go. Do­brze mó­wić. A jak nie po­ma­ga, księ­dza we­zwać. Pa­mię­ta­cie, jak w domu Par­ne­go i Sary pan Wie­siek miesz­kał? Ten ga­dźo, ale do­bry czło­wiek, co pra­co­wał u nich w obej­ściu. Jak trze­ba było – drew na­rą­bał, wę­giel wrzu­cił do ko­mór­ki, traw­nik przy­strzygł. I o drzew­ka tak dbał bar­dzo, bo za­wo­ła­ny był ogrod­nik.

– Taki słu­żą­cy, pa­ro­bek? – za­py­tał Ka­pra­lo.

– Oj tam, pa­ro­bek za­raz. Baba go z domu wy­gna­ła (o, ga­dźow­ska kul­tu­ra – baba chło­pa z domu wy­rzu­ca!), bo ro­bo­tę stra­cił i pił niby za dużo. Pięć lat przed eme­ry­tu­rą wy­pie­przy­li go z ro­bo­ty jak psa, bez po­wo­du, bez da­nia ra­cji, to i pił z ża­ło­ści. Kto by nie pił? – po­wiedz­cie sami. I jesz­cze precz z cha­łu­py. Błą­kał się po uli­cach, ob­dar­ty i brud­ny, bo ro­dzi­ny żad­nej i nie miał do­kąd pójść, a kraść i że­brać nie chciał. Pew­nie by umarł gdzieś pod pło­tem, ale Par­no go przy­gar­nął, bo wró­cił jak raz z Ka­na­dy i spo­tkał na mie­ście. Zna­li się jesz­cze, ho, ho!, z daw­nych cza­sów. Par­no bie­lił kie­dyś ko­tły u nie­go w pie­kar­ni.

– Miał swo­ją pie­kar­nię ten Wie­siek? – za­cie­ka­wił się Ter­no.

– Dla cie­bie: pan Wie­siek – skar­cił go Zoga – bo ła­ćho sys ma­nuś27. I star­szy już. Nie miał swo­jej pie­kar­ni, był tyl­ko kie­row­ni­kiem. I za­wsze do bie­le­nia Par­ne­go wo­łał, a to bar­dzo do­bry był za­ro­bek. To i Par­no zli­to­wał się, gdy zo­ba­czył, co się z nim sta­ło. Przy­go­to­wał mu po­kój w piw­ni­cy, ale duży, wid­ny, bo piw­ni­ca wy­so­ka, z nor­mal­nym pra­wie oknem. Z osob­nym wej­ściem, z ła­zie­necz­ką. Kar­mił i pie­nią­dze chciał da­wać, ale pan Wie­siek ho­nor­ny był, nie chciał żyć na ła­sce. Wiem, wiem – Zoga ro­zej­rzał się z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem – nie­jed­ne­mu pa­so­wa­ło­by ta­kie ży­cie. Ale nie jemu. Par­no dał mu więc ro­bo­tę koło domu i wszy­scy byli za­do­wo­le­ni. Był jak swój, choć osob­ny tro­chę taki, ale to już na wła­sne ży­cze­nie. Całe lato tak było i je­sień. Aż przy­szła zima… I zi­mo­we świę­ta. Pan Wie­siek snuł się cały dzień i miej­sca so­bie nie mógł nig­dzie zna­leźć. W wie­cze­rzę nie wy­trzy­mał i spła­kał się strasz­nie przy sto­le, a po­tem wziął opła­tek i po­szedł z nim do tej swo­jej – tfu! – baby. Dłu­go nie był, a gdy wró­cił, to już cał­kiem pi­ja­ny. I pił przez całe świę­ta, bie­dak, ale przed syl­we­strem prze­stał. Wszy­scy my­śle­li, że już mu prze­szło: kran na­pra­wił, śnieg od­gar­niał sprzed domu i od uli­cy, z dzieć­mi na­wet się ba­wił i śnież­ka­mi rzu­cał. I chleb sam upiekł, pysz­ny, dużo pysz­ne­go chle­ba, w skle­pie ta­kie­go się nie do­sta­nie. Tyl­ko ci­chy ja­kiś się zro­bił jesz­cze bar­dziej, a gdy Par­no pró­bo­wał go po­cie­szać, żeby za­po­mniał o tej suce, bo żyć prze­cież da­lej trze­ba, to uśmiech­nął się smut­no: „Daj spo­kój, przy­ja­cie­lu, daj spo­kój. Wiem”. Któ­re­goś ran­ka, za­raz po No­wym Roku, Ja­ski­nia szła do skle­pu i za­pu­ka­ła do nie­go, czy cze­go nie po­trze­bu­je. Po­pa­trzył na dziew­czyn­kę, po­gła­dził po gło­wie i po­wie­dział: „Kup mi buł­ki dwie. I śmie­ta­nę. Jak dziec­kiem by­łem, lu­bi­łem jeść buł­ki i śmie­ta­ną po­pi­jać. Tyl­ko żeby świe­że były!”. Przy­nio­sła mu te buł­ki i śmie­ta­nę i po­szła na górę. A pół go­dzi­ny póź­niej wró­ci­ła, bo Sara za­nieść kawę mu ka­za­ła. Puka, otwie­ra drzwi, a tam pan Wie­siek dyn­da pod su­fi­tem! Z ję­zy­kiem na bro­dzie i z buł­ką w ręce za­ci­śnię­tą! Od­cię­li go za­raz, ale za póź­no było…

Zoga za­milkł i zmarsz­czył czo­ło. Wszy­scy sie­dzie­li ci­cho, tyl­ko ktoś no­sem gło­śniej po­cią­gnął, ktoś wes­tchnął cięż­ko.

– To tak było… nie wie­dzia­łam… bied­ny – chlip­nę­ła Fe­lu­sia. – Zna­łam go prze­cież, jesz­cze z daw­nych cza­sów, taki do­bry czło­wiek. Nie wie­dzia­łam, że skoń­czył tak strasz­nie, w Niem­czech wte­dy by­li­śmy…

– Wła­śnie, bied­ny do­bry czło­wiek – zgo­dził się Zoga. – Nie dał so­bie rady ze zgry­zo­tą. Zro­bi­li mu po­grzeb, god­ny bar­dzo, bo­ga­ty. Par­no za wszyst­ko za­pła­cił i po­mnik po­tem po­sta­wił. A Śan­dor za­grał nad gro­bem ulu­bio­ną pio­sen­kę pana Wieś­ka.

– Jaką?

– Ka­wia­ren­ki… aaa… – za­nu­cił nie­zdar­nie Zoga.

– O ka­wiar­niach lu­bił słu­chać? – zdzi­wił się Ka­pra­lo.

– No nie wiem, o czym ta pio­sen­ka. Nie­waż­ne. Już on tam wie­dział, o czym i dla­cze­go ją lu­bił. W noc po po­grze­bie się za­czę­ło: chro­bo­ty po ką­tach, zgrzy­ta­nie o szy­by, na­czy­nia w kuch­ni spa­da­ły, sły­chać było, jak drze­wo w ko­mór­ce ktoś rą­bie, jęki w piw­ni­cy, no nie do znie­sie­nia! I w snach przy­cho­dził, taki strasz­ny wi­sie­lec, ale i smut­ny okrop­nie… Par­no, Sara i cała resz­ta nie mo­gli w domu wy­trzy­mać, więc ucie­kli do Hun­ca i Baś­ki, a do sie­bie tyl­ko raz dzien­nie za­glą­da­li, w samo po­łu­dnie, żeby w pie­cu na­pa­lić i psy na­kar­mić. Dwa ty­go­dnie tam sie­dzie­li i już my­śle­li, że dom będą sprze­da­wać, aż któ­rejś nocy nie­bo­ski pan Wie­siek po­ka­zał się we śnie Par­ne­mu. Nie jako wi­sie­lec, ale nor­mal­nie, jak za ży­cia. Ele­ganc­ki, w gar­ni­tu­rze, smut­ny stał i pa­trzył. „Jak ci po­móc, przy­ja­cie­lu?” – Par­no w tym śnie za­py­tał. A pan Wie­siek ręce zło­żył i o księ­dza po­pro­sił, tyl­ko żeby praw­dzi­wy był ksiądz, taki, co w Boga wie­rzy i wy­mo­dlić go bę­dzie umiał. Po­szedł więc Par­no z Sarą do pro­bosz­cza, te deł De­weł łe­ske sa­sty­pen28, i po­wie­dzie­li, o co cho­dzi. Po­słu­chał ich uważ­nie, gło­wą po­ki­wał, wziął te swo­je rze­czy do kro­pie­nia i mo­dle­nia i po­je­chał z nimi. Go­dzi­nę klę­cze­li z nim całą ro­dzi­ną w po­ko­ju pana Wieś­ka, a po­tem cho­dzi­li po ca­łym domu, a on mo­dlił się i kro­pił wszyst­ko wodą świę­tą, co miał ją ze sobą. I wie­cie co? Prze­szło, jak ręką od­jął.

– Ale do na­sze­go księ­dza po­szli? – za­py­ta­ła Lu­nia.

– A do któ­re­go iść mie­li? – Zoga wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Bo jak nasz wy­je­chał kie­dyś na mie­siąc, to taki przy­jezd­ny, siwy, był za nie­go. Ooo! – nie­do­bry był. I nie­sa­mo­wi­ty ja­kiś. Cza­row­nik chy­ba.

– Ksiądz – cza­row­nik? Co ga­dasz, ko­bie­to?

– Och, kako, dźi­naw, so ra­ki­raw29. Po­słu­chaj­cie. Sie­dzia­ły­śmy kie­dyś z Mać­ką w pa­ra­fii, we wto­rek, jak je­dze­nie roz­da­ją. A ta ścier­ka, co wy­da­je te cu­kry, mąki, ka­sze, dała nam mniej niż ga­dźi­com. Mniej, wi­dzia­łam, li­czyć prze­cież umiem. No to nas z Mać­ką ner­wy szarp­nę­li i do niej: „Ty suko, jak Cy­gan­kom, to mniej, tak?!”.

Lu­nia wsta­ła z krze­sła, oczy za­ci­snę­ła w szpar­ki i pa­trząc gdzieś w dal, wzię­ła się pod boki. Głę­bo­ko za­czerp­nę­ła po­wie­trza:

– A żeby cię tu prze­krę­ci­ło na dru­gą stro­nę, cho­le­ro śmiet­ni­ko­wa, ty­fu­sie ty! Żeby ci mor­dę po­cęt­ko­wa­ło, a zęby zgni­li, ty cór­ko gra­ba­rza! Że­byś się roz­pu­kła od tej ka­szy, co jej ża­łu­jesz Cy­gan­kom bied­nym! Żeby ci cyc­ki spar­szy­wie­li, ty szma­to do ki­bla śmier­dzą­ca…!

– Oj star­czy! – Zoga mach­nął ręką znie­cier­pli­wio­ny. – Wszy­scy wie­dzą, jak wy­zy­wać umiesz. Sia­daj!

– A co?! – Lu­nia, sia­da­jąc, ro­zej­rza­ła się dum­nie. – Zo­sta­wić to tak mia­ły­śmy? Nic nie mó­wić? Mać­ka też jej nie­źle da­wa­ła, a tu na­gle drzwi od kan­ce­la­rii się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich ten ksiądz, co na­sze­go pro­bosz­cza za­stę­po­wał. Chu­dy, aż ko­ści­sty, wy­so­ki pod su­fit, te wło­sy siwe, roz­czo­chra­ne. I mówi, ale tak dziw­nie, ani nie krzy­czy, ani nor­mal­nie, tyl­ko za­wo­dzi trzę­są­cym gło­sem: „Pro­oszę się uspo­ko­oić! Co to za aawan­tu­ury?!”. Mać­ka, już cała czer­wo­na, jak nie wrza­śnie: „A cooo?! Cy­gan­kom to mniej? Ra­si­ści!!!”. A on ręce pod­niósł wy­so­ko, gło­wę do góry pod­rzu­cił, oczy za­mknął i woła: „Du­uchuu Świę­ę­ty! Zejdź na tee nie­esz­czę­ę­sne isto­oty, boo chy­ba dia­aabeł je oopę­ę­tał!”. Ci­cho się zro­bi­ło, a on mam­ro­lił coś pod no­sem jesz­cze. Na­gle oczy otwo­rzył, wy­trzesz­czył strasz­nie i do nas! Mać­ka wrza­snę­ła i w nogi, a ja za nią, co, sama mia­łam zo­stać? A on aż na uli­cę za nami, jak­by pły­nął z rę­ca­mi w gó­rze, i zno­wu coś woła, aż się lu­dzie ob­glą­dy­wa­ją. Aha, dy­khen, kako?30 A niby ksiądz! Kto sły­szał, żeby tak lu­dzi du­chem stra­szyć, i to w bia­ły dzień! Gdy nasz pro­boszcz wró­cił, a tam­ten siwy, wy­łu­pia­sty cza­row­nik wy­je­chał w cho­le­rę, to Mać­ka po­szła się po­skar­żyć i wszyst­ko mu opo­wie­dzia­ła.

– I co on na to?

– Śmiał się. Aż mu łzy po­cie­kli i mało z krze­sła nie spadł. „A to frant, ale was za­ła­twił!” – phen­dźa31. Mać­ce przy­kro się zro­bi­ło, ale wziął ją pod rękę, taki ro­ze­śmia­ny, i za­pro­wa­dził do po­ko­iku, gdzie wszyst­kie pacz­ki trzy­ma­ją. Ka­zał brać, ile chce. Mać­ka nic nie wzię­ła, bo ja­koś głu­pio jej się zro­bi­ło.

– Taa… – Zoga po­ki­wał gło­wą. – Mhm…

– Her­bat­ki może ko­muś? Albo coś? – Niu­nia wy­rwa­ła się z za­my­śle­nia. – Ka­men, kako?32

Zoga zer­k­nął do swo­jej szklan­ki i po­krę­cił gło­wą:

– Pa­ry­ki­raw, na. Isy man jesz­cze.33 A co ty taka bla­da?

– Bo… – wes­tchnę­ła cięż­ko. – Jak słu­cha­łam o tym bied­nym panu Wieś­ku, to też mi się coś przy­po­mnia­ło. Ech, opo­wiem może? Żeby z ser­ca zrzu­cić?

Zoga ski­nął przy­zwa­la­ją­co gło­wą.

– W Niem­czech by­li­śmy wte­dy pierw­szy raz. Za­raz, dwa­dzie­ścia już lat temu? W haj­mie pod Es­sen sie­dzie­li­śmy, pie­nią­dze były nie­złe, a ży­cie nie za dro­gie. I han­del szedł jak na­le­ży…

– Ha, do­bre cza­sy były! – wtrą­cił Ka­pra­lo z roz­ma­rzo­nym uśmie­chem na py­za­tej twa­rzy.

– Aha – po­twier­dzi­ła Niu­nia. – Ale nie o tym chcia­łam. Kie­dyś wie­czo­rem, je­sień była, paź­dzier­nik, po­ło­wa, za­dzwo­nił do nas Guća. Wie­czo­rem, jak mó­wi­łam. Guća miał syna, Ca­kie­go. Jak Caki miał sie­dem­na­ście lat, coś mu się w gło­wie po­psu­ło.

– Po­psu­ło! – żach­nął się Ter­no. – Zbzi­ko­wał po pro­stu.

– Och, nie mów tak! – obu­rzy­ła się Niu­nia. – Za­cho­ro­wał dzie­ciak strasz­nie. I nic nie mo­gli po­ra­dzić, nic. Do le­ka­rzy naj­lep­szych w Szwe­cji wo­zi­li i nic nie po­ma­ga­ło, co­raz go­rzej było. Mu­sie­li do szpi­ta­la Ca­kie­go od­da­wać, bo on le­ków nie chciał w domu brać, uda­wał tyl­ko, a wte­dy wcho­dził w nie­go ten dru­gi. A to był po­twór! Dłu­go by opo­wia­dać, co wte­dy ro­bił. Dew­ła, prze­cież tyle razy mało bra­ko­wa­ło, żeby ojca i mat­kę, ko­bie­tę i dziec­ko swo­je za­bił! Boże, Boże! Mu­sie­li go wresz­cie od­dać do szpi­ta­la, na sta­łe, bo nie dało się już wy­trzy­mać. Ale je­cha­li tam od razu, gdy le­karz dzwo­nił, że Caki świat po­zna­je. Trzy­ma­li go w po­ko­ju od­dziel­nym, pa­sa­mi mu­sie­li cza­sa­mi przy­pi­nać, a za­wsze ka­me­rą na nie­go pa­trzy­li, pil­no­wa­li. I nie upil­no­wa­li. Po­wie­sił się na prze­ście­ra­dle. Bied­ny dzie­ciak, nie­szczę­śli­wy! Co on komu za­wi­nił, że ta­kie rze­czy? A oj­ciec jego i mat­ka?

Niu­nia roz­ło­ży­ła ręce i omio­tła wszyst­kich za­łza­wio­ny­mi ocza­mi. Wzrok za­trzy­ma­ła na Zo­dze.

– Jak zro­zu­miesz, to nie poj­miesz – mruk­nął. – A jak poj­miesz, nie zro­zu­miesz.

– Wła­śnie… Więc Guća za­dzwo­nił, że Caki się po­wie­sił. Po­je­cha­li­śmy na po­grzeb. Strasz­nie, strasz­nie… Jak on okrop­nie w trum­nie wy­glą­dał! Trud­no po­znać było, tak bu­zia zmie­nio­na. – Niu­nia przy­sło­ni­ła oczy dło­nią.

– Hm? – Zoga przy­na­glił de­li­kat­nie opo­wieść.

Niu­nia wsta­ła od sto­łu.

– Po­źa­ki­ren kuty34 – po­pro­si­ła i wy­szła do sy­pial­ni. Po chwi­li wró­ci­ła, trzy­ma­jąc w ręce dużą ko­per­tę. Od­su­nę­ła szklan­ki i ta­le­rze ze środ­ka sto­łu i wy­sy­pa­ła z ko­per­ty zdję­cia. Spod sto­su fo­to­gra­fii wy­cią­gnę­ła naj­więk­szą i po­ło­ży­ła na niej dłoń.

– To jest zdję­cie zro­bio­ne w wie­czór przed po­grze­bem Ca­kie­go. Sie­dzi­my przy sto­łach, wszy­scy. – Za­bra­ła dłoń z fo­to­gra­fii: – Dy­khen35.

Nad sto­łem po­chy­li­ły się gło­wy słu­cha­czy.

– Dy­khen? Sare dy­khen?36 – za­py­ta­ła Niu­nia.

Za­pa­dła gro­bo­wa ci­sza, prze­ry­wa­na tyl­ko wes­tchnie­nia­mi. W mil­cze­niu krzy­żo­wa­ły się prze­ra­żo­ne, nie­do­wie­rza­ją­ce spoj­rze­nia.

– Ale jak…? – Zoga ostroż­nie pod­niósł zdję­cie i zbli­żył je do lam­py. Na fo­to­gra­fii, nad sie­dzą­cy­mi za sto­ła­mi ża­łob­ni­ka­mi, wy­raź­nie wi­dać było ludz­ką po­stać wi­szą­cą na gru­bym sznu­rze pod su­fi­tem. Z cha­rak­te­ry­stycz­nie prze­krzy­wio­ną gło­wą wi­siel­ca.

– Jak to moż­li­we? – za­py­tał zdu­szo­nym gło­sem Zoga. – Może coś nie tak fo­to­graf zro­bił?

– Nie – po­wie­dzia­ła Niu­nia zde­cy­do­wa­nym gło­sem. – Da­wa­li do spraw­dze­nia kil­ku fo­to­gra­fom, bo nikt nie chciał wie­rzyć. Fa­chow­com. To na fil­mie się zro­bi­ło, a nie na pa­pie­rze. I ża­den nie umiał po­wie­dzieć, dla­cze­go.

– Strasz­ne – szep­nął Ka­pra­lo.

– To nie wszyst­ko. – Niu­nia przy­gry­zła usta. – Wró­ci­li­śmy do Nie­miec z po­grze­bu. Sie­dzi­my wie­czo­rem, ze­szli się Cy­ga­ny i opo­wia­da­my, jak było. Dzwo­ni te­le­fon.

– Czyj? – za­py­tał Glo­no.

– Co? No zwy­kły, po pro­stu te­le­fon. Kto o ko­mór­kach wte­dy sły­szał?

– Ano tak.

– Więc dzwo­ni te­le­fon. Pod­cho­dzę, od­bie­ram, a tam coś ta­kie­go sły­szę: „Lo­ulo­ula­aa…!”. Beł­kot ja­kiś. Odło­ży­łam słu­chaw­kę, któ­ryś gów­niarz żar­ty pew­nie so­bie robi. Za chwi­lę zno­wu to samo, ale gło­śniej i dłu­żej. I tak płacz­li­wie ja­koś. Coś mi bły­snę­ło: „Dew­ła! Prze­cież to jak­by nie­mo­wa beł­ko­tał! Albo ktoś, kto chce, ale mó­wić nie może. Może to on?”.

– Kto? – Zoga uniósł brwi.

– On! – Niu­nia za­ła­ma­ła ręce. – Bo jak się Caki wie­szał, to od­gryzł so­bie ję­zyk! Nic nie mogę mó­wić, trzę­sę się cała i daję słu­chaw­kę Gień­ko­wi. Pa­trzy na mnie zdzi­wio­ny. „Śun!” – phe­naw.37 On pod­no­si ją do ucha: „Halo? Kon dowa?38” – pyta, a tam szloch strasz­ny i ten beł­kot nie­sa­mo­wi­ty. Gie­niek stoi sztyw­ny, bla­dy jak kart­ka pa­pie­ru, usta otwo­rzył i słu­cha. Wresz­cie pyta: „Caki? Dawa tu? Ćha­wa miro… So ka­mes…?39”. A ze słu­chaw­ki, aż w ca­łym po­ko­ju sły­chać: „Aaaaa! Oooo!”. Nie wy­trzy­mał Gie­niek i słu­chaw­kę rzu­cił. Ręce mu la­ta­ją i nie wie, co ro­bić. Pa­trzy na nas, na te­le­fon. Znów dzwo­nek! Gie­niek wy­rwał prze­wo­dy z gniazd­ka. Ci­sza strasz­na i – że­bym tru­pem tu pa­dła, je­śli kła­mię – zno­wu dzwo­nić te­le­fon za­czął!

– Jak to?! – krzyk­nął Ka­pra­lo.

– Skąd wie­dzieć? – Niu­nia wstrzą­snę­ła ra­mio­na­mi. – Wy­ję­ty ze ścia­ny, a dzwo­nił, dzie­sięć osób przy tym było, je­śli ktoś nie wie­rzy. Tłu­ma­czy­li­śmy so­bie po­tem, że po­że­gnać się dzie­ciak chciał może z wuj­kiem, bo Gie­niek nie mógł na po­grzeb je­chać. Pasz­port miał nie­waż­ny.

– Hm – mruk­nął Zoga. – Wi­dzi­cie, tak to wła­śnie jest. Tak jak mó­wi­łem, że naj­go­rzej, gdy ktoś gwał­tow­nie umrze i zo­sta­wi nie­za­ła­twio­ne spra­wy albo sam się za­bi­je. A tu jesz­cze – cho­ro­ba taka strasz­na. I ten ję­zyk od­gry­zio­ny… Brr!

– Kako… – ode­zwał się Glo­no. – A miro dad phe­ne­nys man­ge jekh hi­sto­ria ta­bo­ren­dyr jesz­cze.40 O ta­kiej nie­za­ła­twio­nej spra­wie niby…

– Ra­kir41.

– Kie­dyś sta­li ta­bo­rem koło wio­ski jed­nej…

– Któ­rej?

– Nie pa­mię­tam. Sta­li już przez ty­dzień. Ta­bor był duży, na dzie­sięć wo­zów. W dzień ko­bie­ty na wróż­bę, męż­czyź­ni – a to han­de­lek, a to ko­cioł­ki po­bie­lić i pa­tel­nie, gar­nek za­dru­to­wać, jak kto umiał, a to te ćo­reł kuty42 nie­któ­rzy. Paru mu­zy­kan­tów też było – w karcz­mie gry­wa­li chło­pom za pie­nią­dze. Wie­czo­rem, zmę­cze­ni, spać szli do na­mio­tów. I śpią so­bie, szczę­śli­wi, w noc ciem­ną, a tu krzyk strasz­ny! Głos ko­bie­ty sły­chać. Po­bu­dzi­li się, słu­cha­ją… Zno­wu! Zry­wa­ją się z po­słań, a tu jesz­cze gło­śniej: „Na, naaa!43. Kije, noże po­bra­li, co kto miał pod ręką, wy­bie­ga­ją, a przed jed­nym na­mio­tem taka phu­ry Rom­ni44 stoi, osiem­dzie­siąt pra­wie lat, w sa­mej noc­nej ko­szu­li, we wło­sach roz­wia­nych. Krę­ci gło­wą, ma­cha rę­ka­mi, nie­przy­tom­na cał­kiem, i wrzesz­czy wnie­bo­gło­sy: „Na, na, naaa! Na dawa tuke min­dźo­ry!”45.

Wszy­scy słu­cha­cze ryk­nę­li śmie­chem. Ko­bie­ty chi­cho­ta­ły, skrom­nie spusz­cza­jąc oczy, a męż­czyź­ni śmia­li się w głos, ma­cha­jąc rę­ka­mi i ła­piąc się za gło­wy. Zoga re­cho­tał ba­sem, pod­trzy­mu­jąc rę­ka­mi trzę­są­cy się brzuch. Dum­ny z sie­bie Glo­no pa­trzył na nich z ra­do­snym uśmie­chem.

– He, ale jak to? – za­py­tał Zoga, gdy opadł już tro­chę ten nie­ocze­ki­wa­ny wy­buch we­so­ło­ści. – Do sta­rej bab­ci ktoś się do­bie­rał?

– Nie, wuj­ku. – Uśmiech­nię­ty Glo­no po­krę­cił gło­wą. – A wła­ści­wie tak, hi, hi! Jak już oprzy­tom­nia­ła, to przy­zna­ła się, że przy­szedł do niej jej nie­bo­ski mąż we śnie. Taka go ocho­ta na­bra­ła, du­cha bied­ne­go, z tej mi­ło­ści. A ona już nie chcia­ła…

– Ech, Glo­no. – Zoga zno­wu par­sk­nął śmie­chem i po­pa­trzył na nie­go. – Ty za­wsze wszyst­ko w żart ob­ró­cisz.

– Bo ile moż­na tak stra­szyć się na­wza­jem, co? A ty do­kąd? – Glo­no pa­trzył zdzi­wio­nym wzro­kiem na Zo­ba­ra, któ­ry wstał na­gle i pod­szedł do drzwi wyj­ścio­wych.

– Pa­ry­ki­raw pał sare hi­sto­rie – mruk­nął Zo­bar, wkła­da­jąc kurt­kę. – Rat kali, khe­re dźaw.46

Pod­szedł do Zogi i po­ca­ło­wał go w rękę.

– Ćhen Dew­łe­sa47– po­wie­dział.

– Dźa Dew­łe­sa!48 – od­po­wie­dzie­li wszy­scy nie­skład­nym chó­rem. Zo­bar ski­nął gło­wą i wy­szedł.

– Taa… – wes­tchnął Zoga, pa­trząc w za­mknię­te przed chwi­lą za Zo­ba­rem drzwi.

– Rze­czy­wi­ście, póź­no się zro­bi­ło – po­wie­dział Ter­no, wsta­jąc. – Czas do domu.

Go­ście za­czę­li się zbie­rać, a każ­dy przed wyj­ściem ca­ło­wał z sza­cun­kiem rękę po­smut­nia­łe­go na­gle Zogę. Po kil­ku mi­nu­tach w po­ko­ju zo­sta­ły, oprócz Zogi, tyl­ko Niu­nia i Bisa.

– A jemu – mruk­nął Zoga – jak po­móc? Cho­dzą­cy szkie­let się zro­bił, tyl­ko oczy mu świe­cą. I nie słu­cha, gdy tłu­ma­czę, że tak żyć nie moż­na.

Spoj­rzał na Bisę, sio­strę Zo­ba­ra. Po­krę­ci­ła gło­wą bez sło­wa.

– Ile moż­na w ta­kiej roz­pa­czy? – Zoga przy­mknął oczy. – Może czas wresz­cie ule­czy? A może… – wziął głę­bo­ki od­dech – …wca­le nie jest mi ła­two to po­wie­dzieć, ale może inna ko­bie­ta…

– Inna? – Bisa uśmiech­nę­ła się smut­no. – Nie. Mo­dlę się tyl­ko, żeby co złe­go mu się nie sta­ło.

– Że? – Zoga prze­cią­gnął pal­cem po gar­dle.

– Nie, nie. On sam się nie za­bi­je. Ale boję się, że ona go wy­koń­czy! – Bisa za­sło­ni­ła usta i zer­k­nę­ła z prze­stra­chem na Zogę.

– Kto?

– Ona. Aj­sza.

– Jak mo­żesz?!

– Prze­pra­szam, wuj­ku – Bisa scho­wa­ła twarz w dło­niach. – Ale… – pod­nio­sła gło­wę – mu­szę wam po­wie­dzieć. Ona przy­cho­dzi do nie­go, co noc!

– Bzdu­ry! – Zoga par­sk­nął gniew­nie.

– Daj­cie mi po­wie­dzieć, pro­szę. Jak już za­czę­łam, to niech skoń­czę.

Zoga pa­trzył na nią bez sło­wa.

– Prze­cież my śpi­my przez ścia­nę. I wszyst­ko sły­chać.

– Co niby?

– Jak oni… – Bisa opu­ści­ła za­czer­wie­nio­ną twarz. – No jak oni, prze­pra­szam was, jak oni w łóż­ku ze sobą…

– Co ple­ciesz, ko­bie­to? Może on gada do sie­bie? Może żonę przez sen woła? Wszy­scy wie­dzą, że świa­ta za nią nie wi­dział, a ona za nim. Nie trze­ba mi tłu­ma­czyć, o nie! Kto to wie le­piej ode mnie?

– Prze­pra­szam. – Bisa po­pa­trzy­ła na nie­go ze współ­czu­ciem. – Ale nic nie wy­my­śli­łam. Ja swo­je lata, wuj­ku, mam. To nie jest tak, że on sam do sie­bie. Ona na­praw­dę przy­cho­dzi w nocy. Pśe­man­gaw pał so phe­na­wa49, ale oni w łóż­ku ra­zem… to wy­raź­nie sły­chać! Bar­dzo wy­raź­nie. Prze­cież wiem, jak ko­bie­ta… gdy męż­czy­zna z nią….

Zoga za­ci­snął usta i wpa­try­wał się w nią su­ro­wym wzro­kiem. Opu­ści­ła gło­wę:

– Wy­bacz­cie…

Dźwi­gnął się z krze­sła. Po­wo­li pod­szedł do okna i od­gar­nął za­sło­nę. Mo­kry­mi ocza­mi za­pa­trzył się w noc.

– Miry ćha­jo­ry50 – szep­nął bez­gło­śnie.

Zo­bar za­cią­gnął za­sło­nę i od­szedł od okna. Za­nim zga­sił świa­tło, upew­nił się, że drzwi są za­mknię­te na klucz. Nie szedł do łóż­ka po omac­ku, świa­tło peł­ni księ­ży­ca, prze­ci­ska­ją­ce się szcze­li­na­mi mię­dzy za­sło­ną a oknem, oświe­tla­ło mu dro­gę. Wsu­nął się pod koł­drę i za­mknął oczy. Po­czuł, jak usta same krzy­wią się w gry­ma­sie bólu. Le­żał nie­ru­cho­mo, wsłu­chu­jąc się w ci­szę pod­kre­śla­ną ty­ka­niem ze­ga­ra. Na­gle twarz mu się roz­ja­śni­ła w peł­nym ulgi uśmie­chu. Od­su­nął na bok koł­drę.

– San51 – szep­nął i otwo­rzył oczy. Pa­trzył, jak pod­cho­dzi i lu­bież­nym ru­chem sia­da mu na bio­drach. Prze­krzy­wi­ła za­lot­nie gło­wę i, po­chy­lo­na lek­ko, za­czę­ła roz­plą­ty­wać po­wo­li war­kocz. Błą­dził za­chwy­co­ny­mi ocza­mi po jej na­gim cie­le. Za­drżał, gdy czar­ne loki, uwol­nio­ne z uści­sku war­ko­cza, roz­sy­pa­ły się i do­tknę­ły jego pier­si. Wcią­gnął głę­bo­ko za­pach wło­sów i za­czął za­pa­dać się wzro­kiem w pa­trzą­ce czu­le i py­ta­ją­co wiel­kie, błysz­czą­ce oczy. Głę­biej i głę­biej, za­nu­rzał się w nich cały.

– Och… – Wy­cią­gnął ręce. – Piaw tyre ja­kha…52

Po­chy­li­ła się jesz­cze bar­dziej, zbli­ża­jąc twarz na od­le­głość od­de­chu. Za­nim wpi­ła się war­ga­mi w jego usta, szep­nę­ła: