Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Chwile których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie ebook

Marta Sztokfisz

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 246 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chwile których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie - Marta Sztokfisz

 

 

Samouk z muzyką i poezją we krwi, nadwrażliwy dwudziestolatek ze statecznej, mieszczańskiej rodziny, którego piosenki miały uwodzicielski czar… Kim był ów elegancki, dobrze wychowany mieszczanin sprawiający wśród kolorowej PRL-owskiej bohemy wrażenie kogoś z innego świata? Jaką drogę przeszedł nieśmiały nastolatek z Zamościa, któremu muzyka nie dawała spokoju i któremu w drodze na szczyty popularności towarzyszyła druzgocąca zdrowie choroba psychiczna?

Biografia Marka Grechuty autorstwa Marty Sztokfisz to książka zrodzona z międzypokoleniowej fascynacji, poświęcona nie tylko samemu artyście, ale też jego ponadczasowej twórczości, która do dziś łączy odbiorców w każdym wieku. Drobiazgowo i skrupulatnie badane są tu nawet najdrobniejsze i pozornie nieistotne fakty z każdego etapu życia Grechuty oraz często oszczędne i ostrożne relacje jego rodziny, przyjaciół, znajomych. Grechuta malował szarobure, socjalistyczne życie kolorami liryzmu i łagodności. Żartował, wzruszał, dawał nadzieję – pisze o autorka. Dzięki jej tytanicznej pracy powstał nie tylko portret wyjątkowego artysty, ale także doskonale zarysowane zostało tło historii jego życia, przenikliwy obraz epoki, która go ukształtowała, zapis miejsc i ludzi, którzy zdecydowali o jego losie.

Opinie o ebooku Chwile których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie - Marta Sztokfisz

Fragment ebooka Chwile których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie - Marta Sztokfisz

Mar­ta Sztok­fisz

Chwi­le, któ­rych nie zna­my

Opo­wieść o Mar­ku Gre­chu­cie

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Mi­cha­ło­wi Sztok­fi­szo­wi i Jan­ko­wi Moż­dżyń­skie­mu, z mi­ło­ścią

I tak to się zaczęło

Każ­de­go dnia zry­wam się z łóż­ka bla­dym świ­tem przy dźwię­kach tej sa­mej pio­sen­ki. Z ła­zien­ki, gdzie goli się mój dwu­dzie­sto­let­ni syn Ja­siek, sły­chać: „Nie do­ka­zuj, miła, nie do­ka­zuj…”. Chwy­tam się wszel­kich spo­so­bów, żeby to zmie­nić, ale nic z tego. Ma­rek Gre­chu­ta i Ana­wa są za­wsze na po­ste­run­ku. Ta fa­scy­na­cja syna mia­ła taki po­czą­tek.

Ja­dąc pew­ne­go razu sa­mo­cho­dem, na­sta­wi­łam CD z prze­bo­ja­mi Gre­chu­ty. Ja­siek się za­słu­chał.

– Ład­ne, li­rycz­ne – po­wie­dział. – Pusz­czę dziew­czy­nie.

– Spodo­ba się jej. Gre­chu­ta wzbo­ga­cał sza­ro­bu­re so­cja­li­stycz­ne ży­cie nutą li­ry­zmu i ła­god­no­ści. Żar­to­wał, wzru­szał, da­wał na­dzie­ję. Swo­imi pio­sen­ka­mi po­tra­fił wy­cią­gnąć czło­wie­ka z psy­chicz­ne­go doł­ka, cho­ciaż sam by­wał w głęb­szym. Kie­dy się po­ja­wiał, zni­ka­ła po­wsze­dniość i try­wial­ność. Śpie­wał o uczu­ciach, któ­re bolą, cie­szą, prze­mi­ja­ją i ro­dzą się na nowo. O od­wiecz­nej po­trze­bie mi­ło­ści.

Pio­sen­ka le­cia­ła za pio­sen­ką i Ja­siek wtó­ro­wał Gre­chu­cie śpie­wa­ją­ce­mu: „…w two­ich oczach dwa ogni­ki już zwia­stu­ją, zna­czą cel”.

– Su­per – za­śmiał się, sły­sząc stro­fy Tu­wi­mow­skie­go wier­sza:

Pani pach­nie jak tu­be­ro­zy.

To na­stra­ja i to pod­nie­ca.

A ja lu­bię za­pach nar­ko­zy,

A naj­bar­dziej – gdy jest ko­bie­ca.

– Tu­be­ro­zy?! A ty zna­łaś Gre­chu­tę? Skąd się taki wziął i jak to zro­bił, że nadal chce się go słu­chać?

– Od­na­lazł w so­bie wy­jąt­ko­wość, któ­ra po­zwa­la­ła mu two­rzyć. I żyć. Wie­le osób o róż­nych gu­stach i po­glą­dach od­kry­ło w jego pio­sen­kach świat swo­ich war­to­ści. A ja, cie­ka­wa, jak to jest, kie­dy czło­wiek się za­ko­cha, po­lu­bi­łam go, bo jak nikt inny po­tra­fił sza­re dni zmie­nić w ko­lo­ro­wy fresk. I jak nikt inny śpie­wał o spra­wach waż­nych i pięk­nych rów­nie pięk­nym ję­zy­kiem. Tak mu to wy­cho­dzi­ło, jak­by był ser­cem nie­czu­łe­go świa­ta. W pierw­szych la­tach ka­rie­ry prze­ma­wiał li­rycz­ny­mi ob­ra­za­mi. Kie­dy go słu­cha­łam, czu­łam się szczę­śliw­sza. Miał nie­zwy­kły dar wy­wo­ły­wa­nia wzru­szeń. Po­słu­chaj:

Bę­dziesz mia­ła imię

jak wio­sen­na róża,

bę­dziesz mia­ła mi­łość

jak je­sien­na bu­rza…

Kie­dy i na mnie spa­dło uczu­cie z siłą je­sien­nej bu­rzy, wie­dzia­łam, że od­tąd tyl­ko ten je­den – gó­ral spod Tatr – bę­dzie „słoń­ce z po­ma­rań­czy w moje dło­nie skła­dać”. Po­tem zo­sta­łam żoną gó­ra­la i dzien­ni­kar­ką i po­zna­łam oso­bi­ście Mar­ka Gre­chu­tę, ar­ty­stę, któ­ry ubar­wiał mi ży­cie.

Opo­wieść o po­cząt­kach jego ka­rie­ry przy­po­mi­na, Jaś­ku, baj­kę.

Daw­no, daw­no temu w kró­lew­skim mie­ście Kra­ko­wie spo­tka­ło się w klu­bie aka­de­mi­ka Po­li­tech­ni­ki dwóch uta­len­to­wa­nych stu­den­tów ar­chi­tek­tu­ry. Wie­le ich róż­ni­ło. Je­den, smu­kły blon­dyn o nie­bie­skich oczach, po­cho­dził z Za­mo­ścia i miał na imię Ma­rek. Był sub­tel­ny, bar­dzo nie­śmia­ły, czer­wie­nił się, nie pił i nie pa­lił. Dru­gi, Jan Kan­ty, star­szy o dwa lata, ro­dem z No­we­go Tar­gu, pe­łen ener­gii roz­sa­dza­ją­cej mury i z ape­ty­tem na buj­ne ży­cie, szli­fo­wał na pia­ni­nie jaz­zo­we ka­wał­ki oraz kom­po­no­wał. Na świat pa­trzył od­waż­nie i za­wa­diac­ko, a jego am­bi­cje się­ga­ły Gie­won­tu. Obaj ar­ty­stycz­nie uta­len­to­wa­ni, ob­da­rze­ni wy­obraź­nią, mie­li za­pał do dzia­ła­nia. Ol­brzy­mie am­bi­cje prze­ku­wa­li w czyn.

Pew­ne­go razu ten pierw­szy, czy­li Gre­chu­ta, grał coś na pia­ni­nie, a tego dru­gie­go, czy­li Paw­luś­kie­wi­cza, to za­cie­ka­wi­ło. Za­aran­żo­wał utwór Po­ma­rań­cze i man­da­ryn­ki, a jego wy­ko­naw­cę włą­czył do skła­du po­wsta­ją­ce­go wła­śnie Ka­ba­re­tu Ar­chi­tek­tów Ana­wa, któ­ry szyb­ko zdo­był po­pu­lar­ność. Ma­gne­sem przy­cią­ga­ją­cym pu­blicz­ność oka­za­ły się za­rów­no ła­twe do za­nu­ce­nia i pięk­nie skom­po­no­wa­ne przez Jana Kan­te­go pio­sen­ki: Tan­go Ana­wa, Ser­ce, Nie do­ka­zuj, jak też nie­zwy­kłość i ory­gi­nal­ność Mar­ka jako wy­ko­naw­cy. On sto­pił się z tą mu­zy­ką, inną niż mod­ny wów­czas big­bit o bun­tow­ni­czej wy­mo­wie i ha­ła­śli­wym brzmie­niu. I z po­ezją. Czuł ją, ro­zu­miał. Z ze­spo­łem Ana­wa, któ­ry po­wstał w miej­sce ka­ba­re­tu, stwo­rzył kli­mat nie­spo­ty­ka­nej w so­cja­li­zmie wy­kwint­no­ści. Ze­spół w zmie­nia­ją­cym się skła­dzie to­wa­rzy­szył Mar­ko­wi przez wie­le lat – do koń­ca jego ka­rie­ry.

Czar i ta­lent Gre­chu­ty naj­sil­niej dzia­ła­ły na ko­bie­ty. Te, któ­re ce­ni­ły u męż­czyzn sub­tel­ność, wdzięk i ro­man­tycz­ne kli­ma­ty, wprost sza­la­ły na jego punk­cie. Nie wrzesz­cza­ły, nie hi­ste­ry­zo­wa­ły, tyl­ko sia­da­ły w pierw­szych rzę­dach, wpa­trzo­ne z uwiel­bie­niem w nie­win­nie wy­glą­da­ją­ce­go chłop­ca, żar­li­wie śpie­wa­ją­ce­go o uczu­ciach. Nie­któ­re sła­ły do nie­go mi­ło­sne li­sty, były i ta­kie, któ­re chcia­ły go uwieść.

Po­wo­dze­nie Jana Kan­te­go mniej rzu­ca­ło się w oczy, ale to on, kie­row­nik mu­zycz­ny ze­spo­łu, aran­żo­wał i kom­po­no­wał więk­szość pio­se­nek. Ta­len­ty obu twór­ców się uzu­peł­nia­ły. Je­den in­spi­ro­wał dru­gie­go tak spon­ta­nicz­nie, że po la­tach trud­no wprost do­ciec, co było czy­je­go au­tor­stwa i w ja­kim za­kre­sie. Wte­dy nie mia­ło to dla żad­ne­go z nich zna­cze­nia. Ad­re­na­li­nę wzma­ga­ły kon­cer­ty, szum okla­sków dzia­łał jak nar­ko­tyk, a ma­gii pie­nią­dza jesz­cze nie czu­li.

To Ewa De­mar­czyk do­strze­gła, że w Kra­ko­wie po­ja­wił się ktoś inny. Na­tchnio­ny. Wła­śnie ona, gwiaz­da naj­ja­śniej wte­dy świe­cą­ca, któ­rej pio­se­nek, ta­kich jak Czar­ne anio­ły (mu­zy­ka: Zyg­munt Ko­niecz­ny, sło­wa: Wie­sław Dym­ny) czyKa­ru­ze­la z Ma­don­na­mi (mu­zy­ka: Zyg­munt Ko­niecz­ny, sło­wa: Mi­ron Bia­ło­szew­ski), słu­cha­no z za­chwy­tem, nie­raz z na­boż­ną ad­o­ra­cją.

Gre­chu­ta zdo­był uwiel­bie­nie se­tek ty­się­cy ró­wie­śni­ków. Były kon­cer­ty trans­mi­to­wa­ne w te­le­wi­zji, fil­my, te­le­dy­ski, dłu­gie tra­sy, na­gro­dy na fe­sti­wa­lach, na­gra­nia. I hop! – nim się zo­rien­to­wał, zna­lazł się na szczy­cie sła­wy. Szczyt oka­zał się wy­so­ki. Za wy­so­ki. Dla skrom­ne­go, nie­śmia­łe­go chłop­ca z pro­win­cji to były Hi­ma­la­je. I on nie wy­trzy­mał ta­kie­go ci­śnie­nia.

Sa­mo­uk, z mu­zy­ką i po­ezją we krwi, nad­wraż­li­wy dwu­dzie­sto­la­tek ze sta­tecz­nej miesz­czań­skiej ro­dzi­ny, któ­re­go pio­sen­ki mia­ły uwo­dzi­ciel­ski czar, psy­chicz­nie się roz­sy­pał. Zda­rza­ło się, że nie wie­dział, co mówi, gdzie jest i kim jest, albo za­pa­dał w lęk, bez­ruch, doj­mu­ją­cy smu­tek. Nie wy­szedł zwy­cię­sko z tej cho­ro­by, któ­ra z roku na rok się na­si­la­ła, de­wa­stu­jąc mu ży­cie. Miał gi­gan­tycz­ny ta­lent. Śpie­wał, kom­po­no­wał, pi­sał wier­sze, ma­lo­wał. Nie­któ­rzy mó­wią, że ludz­ki mózg bywa plan­szą do gry dla ja­kichś wyż­szych sił. Me­ta­fi­zy­ka. I nie­od­gad­nio­na ta­jem­ni­ca cho­rej psy­chi­ki. Obec­na już w Mo­tor­ku, utwo­rze do słów wier­sza Jó­ze­fa Cze­cho­wi­cza:

Ży­jesz i je­steś me­te­orem lata całe

tęt­ni cie­pła krew

rytm wy­stu­ku­je ma­leń­ki w pier­siach mo­to­rek

od mó­zgu do ręki bie­gnie dru­cik nie nerw

jak na me­cha­nizm przy­sta­ło

my­śli masz ryte w me­ta­lu

krą­żą po dziw­nych kół­kach

nig­dy nie wyj­dą z tych kó­łek

je­steś sys­tem me­cha­nicz­nie do­sko­na­ły

je­steś sys­tem me­cha­nicz­nie do­sko­na­ły

i na­gle coś się ze­psu­ło

oto pła­czesz…

I ten dar cza­ro­wa­nia od­cza­ro­wa­ne­go świa­ta. Zna­jo­my stu­dent po­wie­dział mi: – Pie­przę ko­mu­nizm, pie­przę so­cja­lizm, pie­przę de­mo­kra­cję. Uwiel­biam Gre­chu­tę! Te sło­wa do­da­ły­by Mar­ko­wi otu­chy – bar­dzo mu za­le­ża­ło na mło­dej pu­blicz­no­ści.

Wpraw­dzie ar­ty­stycz­ne apo­geum prze­żył w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku, lecz jego na­gra­nia nadal ucho­dzą za nie­do­ści­gły wzór dla pol­skich wy­ko­naw­ców. Ja­no­wi Kan­te­mu uda­ło się stwo­rzyć ze­spół mu­zy­ków, któ­ry mógł grać wszę­dzie – tak­że w fil­har­mo­nii brzmiał pro­fe­sjo­nal­nie. A Ma­rek, w li­ceum świet­ny re­cy­ta­tor, od­krył przed nami po­ezję, któ­ra dzię­ki jego wy­ko­na­niom tra­fi­ła do na­szych serc i do­mów. Śpie­wa­nych przez nie­go wier­szy Mic­kie­wi­cza, Wy­spiań­skie­go, Gał­czyń­skie­go, No­wa­ka, Mo­czul­skie­go, Zy­cha czy utwo­rów Wit­ka­ce­go słu­cha­ło się w sa­lach kon­cer­to­wych, klu­bach, do­mach kul­tu­ry i re­mi­zach stra­żac­kich. Pusz­cza­no je na pry­wat­kach, dan­sin­gach i po­lach na­mio­to­wych. Były z nami wszę­dzie.

Ma­rek w 1962 roku, pod ko­niec li­ceum.

I po­my­śleć, że na po­cząt­ku chciał tyl­ko za­śpie­wać kil­ka do­brych pio­se­nek. I żeby one po­ży­ły dłu­żej niż on. Tyle by mu wy­star­czy­ło. Jego ma­rze­nia da­lej nie się­ga­ły. Tym­cza­sem rze­czy­wi­stość je prze­ro­sła. „Wcze­sny Gre­chu­ta”, śpie­wa­ją­cy z ze­spo­łem Ana­wa, jest lek­ki, ra­do­sny i re­flek­syj­ny – mi­strzow­ski i nie­po­wta­rzal­ny. „Póź­ny Gre­chu­ta” śpie­wa przej­mu­ją­ce dra­ma­tycz­ne trak­ta­ty, wier­sze dla dzie­ci i ro­dzi­ców, wspo­mi­na bli­skie mu miej­sca, mówi o war­to­ściach fun­da­men­tal­nych. Spo­ra część z tego, co na­grał, a w do­rob­ku ma trzy­na­ście al­bu­mów, nie­ustan­nie cie­szy słu­cha­czy. Mi­ja­ją lata, sta­ry wiek prze­mi­nął, zmie­nia­ją się mody i sty­le, a wie­lu z nas nadal do­brze się czu­je w jego ar­ty­stycz­nym to­wa­rzy­stwie.

***

Ma­rek Gre­chu­ta na świat przy­szedł do­stoj­nie i sta­ro­świec­ko – w asy­ście le­ka­rza gi­ne­ko­lo­ga, po­łoż­nej Ja­necz­ko­wej i bab­ci. Po­ród od­był się w domu dziad­ków: Mi­cha­ła i Sa­lo­mei Stryj­ków – wła­ści­cie­li ka­mie­ni­cy przy uli­cy Grodz­kiej 7 na za­moj­skiej Sta­rów­ce. Zaj­mo­wa­li na pię­trze czte­ry po­ko­je z kuch­nią. Okna trzech wy­cho­dzi­ły na uli­cę, a jed­ne­go – wraz z ku­chen­nym – na po­dwó­rze. Na dole mie­ści­ła się re­stau­ra­cja Ad­ria, kró­le­stwo dziad­ka, któ­ry nią za­rzą­dzał. Na ogół tyl­ko for­mal­nie, bo cho­ciaż przy­wykł rzą­dzić, nad obo­wiąz­ki re­stau­ra­to­ra przed­kła­dał prze­chadz­ki po mie­ście z la­secz­ką w ręku oraz spo­tka­nia to­wa­rzy­skie, pod­czas któ­rych roz­mo­wy to­czy­ły się wo­kół spraw Za­mo­ścia, po­li­ty­ki, sy­tu­acji w kra­ju, po­dat­ków oraz za­opa­trze­nia.

Przed woj­ną Mi­chał Stry­jek miał w ofi­cy­nie ka­mie­ni­cy Pta­szyń­skich przy uli­cy Że­rom­skie­go za­kład kra­wiec­ki. Za­wo­du uczył się w Pe­ters­bur­gu i Dreź­nie, ale swe­go fa­chu nie lu­bił i dla­te­go nie­wie­le dni spę­dził przy ma­szy­nie do szy­cia. Kie­dy po­ja­wiał się waż­ny klient, młod­sza cór­ka Wan­da – przy­szła mat­ka Mar­ka – szu­ka­ła ojca u oko­licz­nych rze­mieśl­ni­ków i skle­pi­ka­rzy. Zwy­czaj­nych klien­tów ob­słu­gi­wa­li cze­lad­ni­cy.

In­te­res do­brze pro­spe­ro­wał, sko­ro po paru la­tach kra­wiec ku­pił wspo­mnia­ną ka­mie­ni­cę przy Grodz­kiej 7 i zo­stał re­stau­ra­to­rem. Ro­dzi­na nie wie, czy w tym celu za­cią­gnął kre­dyt hi­po­tecz­ny, pa­mię­ta na­to­miast, że Mi­chał Stry­jek na­le­żał do lu­dzi am­bit­nych – chciał żyć na po­zio­mie i od­po­wied­nio wy­po­sa­żyć swo­je do­ra­sta­ją­ce cór­ki. Nig­dy na­to­miast nie przy­pusz­czał, że kie­dyś nie bę­dzie miał za co ku­pić lo­dów uko­cha­ne­mu wnu­ko­wi, któ­ry po la­tach zo­stał zna­nym pio­sen­ka­rzem.

Krzyk Marka był silny i donośny

Zimą staw w Za­mo­ściu sku­wa gru­ba war­stwa lodu. W tam­tych la­tach wo­za­cy pi­ło­wa­li ta­flę na ka­wał­ki, przy­wo­zi­li je do re­stau­ra­cji Mi­cha­ła Stryj­ka i po de­skach spusz­cza­li do piw­ni­cy, gdzie prze­cho­wy­wa­ne w od­po­wied­nich szaf­kach, utrzy­my­wa­ły ni­ską tem­pe­ra­tu­rę w chłod­ni aż do ko­lej­nej zimy. Do cza­su upań­stwo­wie­nia Ad­rii ro­dzi­na Stryj­ków żyła do­stat­nio, o czym świad­czą nie tyl­ko opo­wie­ści bli­skich, ale tak­że zdję­cia ne­sto­ra rodu przy wła­snym sa­mo­cho­dzie. I cho­ciaż do­mow­ni­cy ja­da­li obia­dy prze­waż­nie w re­stau­ra­cji, ku­zyn Mar­ka pa­mię­ta, że w sto­ło­wym stał duży, owal­ny dę­bo­wy stół, wo­kół osiem krze­seł ze skó­rza­ny­mi sie­dze­nia­mi, a w kre­den­sie cze­ka­ła na świą­tecz­ne oka­zje por­ce­la­no­wa za­sta­wa.

Cór­ki Sa­lo­mei i Mi­cha­ła Stryj­ków – Zo­sia i Wan­da – miesz­ka­ły u ro­dzi­ców tak­że po za­mąż­pój­ściu i uro­dze­niu dzie­ci. Star­sza w po­sa­gu prze­ję­ła Ad­rię, młod­sza do­sta­ła nie­ba­wem wia­no w go­tów­ce. Ro­dzi­ny zaj­mo­wa­ły od­dziel­ne po­ko­je – kuch­nię mia­ły wspól­ną. Wszy­scy żyli zgod­nie, uni­ka­jąc kon­flik­tów i za­draż­nień. W po­wo­jen­nej, nie­pew­nej rze­czy­wi­sto­ści mło­dym ko­bie­tom to­wa­rzy­szy­ło ko­ją­ce po­czu­cie, że co­kol­wiek się zda­rzy, z po­mo­cą ro­dzi­ców da­dzą so­bie radę.

Za­nim Wan­da zo­sta­ła mat­ką, wy­bra­ła imię dla dziec­ka. Je­śli uro­dzi się syn, na­zwie go Mar­kiem – imie­niem brzmią­cym na­praw­dę pięk­nie i szla­chet­nie.

10 grud­nia 1945 roku o go­dzi­nie osiem­na­stej uro­dzi­ła wy­ma­rzo­ne­go chłop­ca – szyb­ko i bez­pro­ble­mo­wo, ma­jąc za­pew­nio­ną fa­cho­wą po­moc i życz­li­wych lu­dzi koło sie­bie. Za­miast ci­che­go pła­czu nie­mow­lę­cia, usły­sza­ła krzyk syn­ka – sil­ny i do­no­śny. Ucie­szy­ła ją też uro­da chłop­ca: ja­sne wło­sy, nie­bie­skie oczy i cała resz­ta kształt­na nad wy­raz. Od­czu­ła wresz­cie ulgę i taką bło­gość, któ­rą na­zwa­ła­by chy­ba szczę­ściem, gdy­by nie żal do męża, że w ta­kiej chwi­li za­bra­kło go przy niej, że nie on pierw­szy wziął na ręce owi­nię­te­go w pie­lusz­ki syn­ka.

Wan­da Gre­chu­ta z mę­żem tuż po ce­re­mo­nii ślub­nej.

Zyg­munt Gre­chu­ta nie cze­kał na na­ro­dzi­ny dziec­ka ani w są­sied­nim po­ko­ju, gdzie ze­bra­ła się ro­dzi­na i przy­ja­cie­le, ani na­wet w kuch­ni. Już by mu wy­ba­czy­ła, gdy­by sie­dział pię­tro ni­żej, w Ad­rii, i ocze­ki­wał na­ro­dzin po­tom­ka przy kie­li­chu. Ale on po­ja­wił się w domu do­pie­ro na­za­jutrz. Nie wia­do­mo, co go za­trzy­ma­ło w tym waż­nym dla żony dniu. Mia­ła mu to za złe do koń­ca ich trzy­na­ście lat trwa­ją­ce­go mał­żeń­stwa.

Zyg­munt Gre­chu­ta i Wan­da Stryj­ków­na po­bra­li się rok wcze­śniej.

Gru­dzień 1944 roku był mroź­ny i śnież­ny. Pan­na mło­da mia­ła na so­bie ja­sny płasz­czyk, skrom­ną su­kien­kę i krót­ki we­lon, pan mło­dy wy­stą­pił w zwy­czaj­nym dwu­rzę­do­wym gar­ni­tu­rze. Po ce­re­mo­nii za­ślu­bin w za­moj­skiej ko­le­gia­cie, od­da­lo­nej od domu we­sel­ne­go bli­sko sześć­set me­trów, mąż niósł żonę do Ad­rii na rę­kach przez spo­rą część dro­gi. Z od­da­li sły­chać było mu­zy­kę: or­kie­stra cy­gań­ska gra­ła mar­sza we­sel­ne­go. We­se­le było hucz­ne, at­mos­fe­ra wy­jąt­ko­wa, bo to dru­gi dzień świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia, i na­wet nie czu­ło się, że trwa­ła jesz­cze woj­na.

Pan­na mło­da po­cho­dzi­ła ze śro­do­wi­ska miesz­czań­skie­go, pan mło­dy – z chłop­skie­go, ze wsi Kry­ni­ce po­ło­żo­nej dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów od Za­mo­ścia. Ro­dzi­na była wie­lo­dziet­na: Zyg­munt miał trzech bra­ci i trzy sio­stry. Po la­tach Ma­rek w ta­jem­ni­cy przed mat­ką ro­bił do Kry­nic ro­we­ro­we wy­ciecz­ki, bo od­kąd za­bra­kło ojca w ro­dzi­nie, chciał być bli­sko miej­sca jego uro­dze­nia. Zyg­munt wy­glą­dał i no­sił się zde­cy­do­wa­nie po mę­sku: ofi­cer­ki, sza­ry płaszcz albo kurt­ka. W ro­dzi­nie mó­wio­no, że wal­czył w Ba­ta­lio­nach Chłop­skich, po­tem w Ar­mii Kra­jo­wej. Mó­wio­no też, że mógł ła­mać ko­bie­tom ser­ca. To był twar­dy gość, o do­mi­nu­ją­cym ty­pie oso­bo­wo­ści. Jego urok oso­bi­sty ro­bił wra­że­nie. Dzi­siaj nikt nie wie, czym się do­kład­nie zaj­mo­wał, kie­dy Ma­rek przy­szedł na świat.

Zde­cy­do­wa­no, że chrzci­ny syna od­bę­dą się na wio­snę – w kwiet­niu 1946 roku w ko­le­gia­cie za­moj­skiej. Ro­dzi­ca­mi chrzest­ny­mi zo­sta­li: Elż­bie­ta, naj­star­sza sio­stra Zyg­mun­ta, i Wi­told Wisz­niow­ski, szwa­gier Wan­dy.

Kil­ka osób pa­mię­ta, że oj­ciec Mar­ka lu­bił we­so­łe ży­cie. Miał sze­ro­ki gest i do­brze brzmią­cy, do­no­śny głos, uzdol­nie­nia tech­nicz­ne oraz smy­kał­kę do sa­mo­cho­dów. Sie­dem lat póź­niej roz­pie­ra­ła go duma, kie­dy za­siadł za kół­kiem wła­sne­go sa­mo­cho­du. Był zna­ko­mi­tym kie­row­cą i świet­nym tan­ce­rzem. Jesz­cze nie­daw­no Anna K., ro­dem z Za­mo­ścia, opo­wia­da­ła swo­jej cór­ce, jak tań­czy­ła z Zyg­mun­tem na dan­sin­gu w za­moj­skiej re­stau­ra­cji.

Kil­ka­na­ście lat póź­niej dzie­ci jego ro­dzeń­stwa z ra­do­ścią ocze­ki­wa­ły świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Wie­dzia­ły, że wu­jek Zyg­munt za­in­to­nu­je przed wie­cze­rzą ko­lę­dy, do nie­go do­łą­czy resz­ta fa­mi­lii, a ich moc­ne, czy­ste gło­sy będą się nio­sły z dzie­wią­te­go pię­tra aż na par­ter zwy­kłe­go war­szaw­skie­go blo­ku na Mo­ko­to­wie, do­kąd w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych ich krew­ny spro­wa­dził się z nową żoną, Ma­rią. W in­nych do­mach i w in­nych mia­stach – ro­dzi­na roz­pro­szy­ła się po Pol­sce – Zyg­munt śpie­wał z brać­mi (trzy basy, je­den te­nor) pio­sen­ki bie­siad­ne i pie­śni le­gio­no­we. Miał sen­ty­ment do Pił­sud­skie­go i tro­chę jak mar­sza­łek za­cią­gał z li­tew­ska.

Dzie­ciń­stwo Mar­ka upły­wa­ło w wie­lo­po­ko­le­nio­wej, tra­dy­cyj­nej za­moj­skiej ro­dzi­nie. Wspar­cie i mi­łość dziad­ków Stryj­ków była dla nie­go czymś tak na­tu­ral­nym i oczy­wi­stym jak re­ne­san­so­we bu­dow­le, któ­re mi­jał, idąc do szko­ły. To jego du­cho­wy i es­te­tycz­ny pej­zaż. Ra­tusz, ko­le­gia­ta, li­czą­ce pra­wie czte­ry­sta lat ar­ka­do­we ka­mie­ni­ce wo­kół Ryn­ku, bra­ma wjaz­do­wa i mur obron­ny. Or­dy­nat Jan Za­moy­ski za­dbał, by to przy­ja­zne, bez­piecz­ne mia­sto mia­ło pięk­ną re­ne­san­so­wą ar­chi­tek­tu­rę, im­por­to­wa­ną pro­sto z Włoch za spra­wą słyn­ne­go bu­dow­ni­cze­go Ber­nar­da Mo­ran­do. Ta­kie oto­cze­nie bu­dzi­ło w na­sto­let­nim chłop­cu po­czu­cie har­mo­nii, kształ­to­wa­ło jego smak i gust. Two­rzy­ło po­trze­bę ob­co­wa­nia z kla­sycz­nym pięk­nem.

Wpływ wy­wie­ra­ło na nie­go tak­że to, co wi­dział i sły­szał w domu. Kształ­to­wa­ły go ma­rze­nia o ży­ciu cie­ka­wym, zwią­za­nym ze sztu­ką, i pod­sy­ca­na przez mat­kę am­bi­cja. Trud­no te­raz po­wie­dzieć, co bar­dziej. Po­ezji uczył się na pa­mięć w li­ceum (cho­dził do kla­sy z ła­ci­ną). Jego przy­ja­ciel ze szkol­nych lat, Ju­rek Słu­pec­ki, za­moj­ski le­karz, przy­po­mi­na so­bie, że Ma­rek nie trak­to­wał tych za­jęć jak nud­ne­go obo­wiąz­ku. Dzię­ki li­te­ra­tu­rze od­krył ide­ał czło­wie­ka re­ne­san­su i sam sta­rał się do nie­go upodob­nić. Dla­te­go ma­lo­wał, grał, śpie­wał, a wkrót­ce też kom­po­no­wał, pi­sał i wy­stę­po­wał. Z tego żył.

Ktoś za­uwa­żył, że jako dro­go­wskaz przy­jął za­sły­sza­ną gdzieś myśl: „Nig­dy nie bądź tym, kim po­gar­dzasz”. W domu jego dzie­ciń­stwa czę­sto roz­le­wa­ły się żale i pre­ten­sje mat­ki i ojca, dla­te­go w do­ro­słym ży­ciu Ma­rek uni­kał sy­tu­acji, któ­re nie bu­do­wa­ły w nim har­mo­nii i spo­ko­ju, at­mos­fe­ry, któ­rej brak tak bar­dzo od­czu­wał, gdy żył z ro­dzi­ca­mi.

W nie­opu­bli­ko­wa­nych za­pi­skach jego mat­ka od­no­to­wa­ła:

Tyle zmar­twień mie­li­śmy z Mar­kiem, bar­dzo nam cho­ro­wał. Zyg­munt czę­sto prze­by­wał na wy­jaz­dach służ­bo­wych. Kie­dy nie wy­jeż­dżał, to wra­cał bar­dzo póź­ną nocą do domu, bę­dąc już po paru wód­kach… Był bar­dzo to­wa­rzy­ski. Nie mo­głam gnie­wać się, de­ner­wo­wać, opo­no­wać, nie go­dzić się na taki styl ży­cia […]. Ma­te­rial­nie było nam cięż­ko, ro­dzi­ce bar­dzo mi po­ma­ga­li, sta­le przy­cho­dzi­ły pacz­ki, ile ja tym cu­dow­nym ro­dzi­com za­wdzię­czam. Pi­sząc to po la­tach, mam oczy peł­ne łez.

U dziad­ków w Za­mo­ściu, gdzie miał i spo­kój, i do­brą at­mos­fe­rę, i sma­ko­wi­te po­tra­wy pod­su­wa­ne z mi­ło­ścią, Ma­rek od­zy­ski­wał wia­rę, że ro­dzi­na to po­tę­ga, war­tość naj­cen­niej­sza. Po la­tach, kie­dy za­ło­żył wła­sną, dbał o nią i pie­lę­gno­wał, nie re­agu­jąc na na­tręt­ne za­lo­ty ko­biet.

Wpis z ry­sun­kiem do pa­mięt­ni­ka Wojt­ka Wisz­niow­skie­go.

Ju­rek Słu­pec­ki za­pa­mię­tał, że jako chłop­cy sia­dy­wa­li w du­żym po­ko­ju u Mar­ka, gdzie na ścia­nie wi­sia­ły jego ry­sun­ki, mię­dzy in­ny­mi por­tre­ty dziad­ka. Star­szy czło­wiek z twa­rzą po­ora­ną bruz­da­mi był jego ulu­bio­nym mo­de­lem.

Gry­wał z ko­le­ga­mi w pił­kę na za­moj­skich Plan­tach i cał­kiem do­brze so­bie ra­dził jako re­pre­zen­tant dru­ży­ny z Grodz­kiej. Roz­mo­wy w par­ku Za­moy­skie­go to­czy­ły się o chło­pię­cych spra­wach, no i o ko­bie­tach.

Nie w ta­kim du­chu prze­bie­ga­ły jak te­raz, w 2013 roku – za­strze­ga Ju­rek Słu­pec­ki. – Ko­le­dzy spie­ra­li się, któ­ra ak­tor­ka jest ide­ałem uro­dy: Zoś­ka Lo­ren czy Bar­dot­ka? Mar­ka nig­dy nie uda­ło się wy­cią­gnąć na wa­ga­ry. Za­wsze przy­go­to­wa­ny, świet­ny z ła­ci­ny, uwiel­bia­ny przez na­uczy­cie­li, zwłasz­cza przez pro­fe­sor Fra­nię Gór­ską od ma­te­ma­ty­ki. Ale nie po­wiem – jak trze­ba było, da­wał ścią­gnąć.

Klucz do biedy

Wan­da, jak mó­wią w ro­dzi­nie: in­te­li­gent­na, ze spo­rą wie­dzą, ab­sol­went­ka szko­ły śred­niej, któ­rą ukoń­czy­ła na taj­nych kom­ple­tach, no­tu­jąc po la­tach zda­rze­nia z mło­do­ści, na­pi­sa­ła:

Dzi­siaj Zo­sia wró­ci­ła z przy­ję­cia u Do­bro­wol­skich. Przy­szła do po­ko­ju, wla­zła mi do łóż­ka i taka roz­ognio­na opo­wie­dzia­ła, że po­zna­ła hra­bie­go Wisz­niow­skie­go ze Lwo­wa. Co za oby­cie, za­chwy­tom nie było koń­ca, a jaka apa­ry­cja… Oj, coś mi wy­glą­da na to, że sio­stra się za­du­rzy­ła.

Tym­cza­sem ona sama też się za­ko­cha­ła na za­bój. Mia­ła wte­dy osiem­na­ście lat.

I to był klucz do jej bie­dy – uwa­ża Woj­ciech Wisz­niow­ski, sio­strze­niec Wan­dy. – Zyg­munt, star­szy od niej chy­ba o pięć lat, był peł­nym uro­ku ko­bie­cia­rzem. Po­tra­fił roz­ta­czać nimb żoł­nie­rza Ar­mii Kra­jo­wej, mi­strza strzel­ców, uczest­ni­ka wie­lu bo­jo­wych ak­cji. We wspo­mnie­niach Wan­dy czy­ta­my, że wszy­scy byli nim za­chwy­ce­ni, je­dy­nie Zo­sia, moja mama, prze­strze­ga­ła: – Wan­dziu, to nie jest męż­czy­zna dla cie­bie. Jego ob­ce­so­wość nie wyj­dzie ci na do­bre.

Po­zna­li się naj­praw­do­po­dob­niej w Za­mo­ściu, w każ­dym ra­zie Zyg­mun­ta wi­dy­wa­no w Ad­rii, re­stau­ra­cji Stryj­ków, gdzie Wan­da kel­ne­ro­wa­ła. Za­ko­cha­na nie za­uwa­ża­ła, że on zbyt wie­le jak na jej stan­dar­dy lu­bił wy­pić, miał za sze­ro­ki gest, prze­pa­dał za to­wa­rzy­stwem, chęt­nie by wszyst­kich go­ścił i ba­wił się do rana.

Ich zwią­zek – miesz­czan­ki i am­bit­ne­go, wy­edu­ko­wa­ne­go przez ży­cie chło­pa – nie był aż ta­kim me­za­lian­sem, jak twier­dzą nie­któ­rzy. Zyg­munt Gre­chu­ta ob­ra­cał się w bran­ży trans­por­to­wej. Miał smy­kał­kę do sa­mo­cho­dów. Pod­czas oku­pa­cji, jak opo­wia­dał, a wszy­scy słu­cha­li z po­dzi­wem, bo to były gad­ki przy kie­li­chu i nikt nie kwe­stio­no­wał ich praw­do­po­do­bień­stwa, wo­ził na­wet ja­kie­goś Niem­ca – waż­ną szy­chę. Któ­rejś nocy je­cha­li dro­gą w kie­run­ku Lu­bli­na wzdłuż ma­sze­ru­ją­cej ko­lum­ny nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Je­den z nich wpadł pod koła ich sa­mo­cho­du i zgi­nął na miej­scu. Prze­ra­żo­ny Zyg­munt chciał czmych­nąć do lasu, ale ów waż­ny Nie­miec, jego szef, ka­zał mu mil­czeć i sam za­ła­twił spra­wę, ra­tu­jąc mu ży­cie.

Po woj­nie w ta­kim mie­ście jak Za­mość bar­dzo trud­no było utrzy­mać ro­dzi­nę, dla­te­go Gre­chu­tom po­ma­ga­li krew­ni. Dzia­ła­ła re­stau­ra­cja, były do­cho­dy.

Aż do lat sie­dem­dzie­sią­tych XX wie­ku w re­ne­san­so­wym mie­ście, na­zy­wa­nym daw­niej Pa­dwą Pół­no­cy, żyło się dość spar­tań­sko. Do wy­jaz­du Mar­ka nie było ka­na­li­za­cji. Wodę czer­pa­no ze stud­ni. Bo­ga­tym za­mo­ścia­nom do­star­czał ją w wia­drach wo­zi­wo­da. Do ubi­ka­cji, na­zy­wa­nej wy­chod­kiem, cho­dzi­ło się na po­dwór­ko – nie­gdyś oka­za­łe, po woj­nie za­śmie­co­ne przy­bu­dów­ka­mi wy­ko­rzy­sty­wa­ny­mi na warsz­ta­ty, a te­raz od­re­stau­ro­wa­ne i ukwie­co­ne.

Bę­dąc dziec­kiem, Ma­rek po­tra­fił cie­szyć się byle czym. I lu­bił ob­ser­wo­wać. Na przy­kład pracz­kę To­ma­szo­wą o roz­ło­ży­stych bio­drach i peł­nych pier­siach, jak za­wią­zu­je to­bo­łek z brud­ną bie­li­zną, za­rzu­ca go na ple­cy i idzie prać w Ła­buń­ce, tuż przy ślu­zie. Ma­rek cho­dził z nią nad rze­kę, zdej­mo­wał z nóg te­ni­sów­ki i sto­jąc boso, czuł pod sto­pa­mi przy­jem­ny chłód ubi­tej zie­mi. Wszyst­kie za­pa­chy i sma­ki na­tu­ry były mu póź­niej po­trzeb­ne jak po­wie­trze i spo­kój. Rza­dziej jed­nak to­wa­rzy­szył we­so­łej, tę­giej pracz­ce, niż­by chciał. Mat­ka wo­la­ła mieć syna na oku. Ko­cha­ła go sza­le­nie.

Pod ko­niec 1947 roku Gre­chu­to­wie opu­ści­li Za­mość. Pół roku wcze­śniej „za pra­cą” wy­je­chał do War­sza­wy oj­ciec Mar­ka i upo­waż­nio­ny przez żonę roz­glą­dał się za od­po­wied­nim miej­scem do wspól­ne­go ży­cia. W tro­sce o zdro­wie syna i jak naj­lep­sze dla nie­go wa­run­ki eg­zy­sten­cji Wan­da li­stow­nie ra­dzi­ła mę­żo­wi, by szu­kał miesz­ka­nia pod War­sza­wą, po­nie­waż „w sto­li­cy nie ma ogro­dów, są za to gru­zy, kurz i ha­łas”. Atrak­cyj­ne i trud­no do­stęp­ne miej­sce w Chy­li­cach pod War­sza­wą po­mógł zdo­być Gre­chu­tom mąż Elż­bie­ty, naj­star­szej sio­stry Zyg­mun­ta, krew­ny ja­kie­goś mi­ni­stra. Ta­kie ko­nek­sje były w so­cja­li­zmie na wagę zło­ta. Chy­li­ce, po­ło­żo­ne tuż za Kon­stan­ci­nem, łą­czy­ła wte­dy ze sto­li­cą ko­lej­ka wą­sko­to­ro­wa. Ro­dzi­na za­miesz­ka­ła na par­te­rze wil­li w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu. Pie­nią­dze na nie­ru­cho­mość po­cho­dzi­ły – jak twier­dzi ku­zyn Woj­tek – z po­sa­gu Wan­dy. Moż­na było mieć na­dzie­ję, że ży­cie na swo­im, w znacz­nie lep­szych wa­run­kach niż w jed­nym po­ko­ju bez wy­gód, w któ­rym gnieź­dzi­li się w trój­kę w Za­mo­ściu, po­mo­że pań­stwu Gre­chu­tom uło­żyć mał­żeń­skie re­la­cje.

Chy­li­ce, 1951 rok, wil­la przy uli­cy Śnia­dec­kich 8. Na scho­dach we­ran­dy sie­dzą: Zo­fia Wisz­niow­ska z sio­strze­ni­cą Anią Gre­chu­tą na ko­la­nach, opar­ty o mamę Woj­ciech Wisz­niow­ski, po le­wej Ma­rek Gre­chu­ta. W głę­bi pies my­śliw­ski Zyg­mun­ta Gre­chu­ty.

W grud­niu 1948 roku przy­szła na świat sio­stra Mar­ka, Ania. Trzy lata póź­niej oj­ciec ku­pił cze­ski sa­mo­chód Aero. Zda­rze­nie to oka­za­ło się bar­dzo waż­ne dla jego syna. Któ­rejś so­bo­ty, w to­wa­rzy­stwie cio­tecz­ne­go bra­ta Wojt­ka, od­by­li nim po­dróż z Chy­lic do Za­mo­ścia. Zryw­ne auto, świet­ny kie­row­ca… – Tato, gazu! – wo­łał sied­mio­let­ni wów­czas Ma­rek i grał wy­prze­dza­nym kie­row­com na no­sie. Po la­tach jego ku­zyn z Za­mo­ścia po­wie­dział, że Ma­rek chciał być pierw­szy, za­wsze wy­gry­wać w swo­jej dys­cy­pli­nie. Prze­gra­na go iry­to­wa­ła, ale nie krzy­czał ani nie pła­kał. Od­wra­cał się na pię­cie i od­cho­dził. Am­bit­ny był nie­sa­mo­wi­cie. A ojcu w to graj, że może syn go prze­sko­czy i zaj­dzie wy­so­ko. Cie­ka­we, na jaki szczyt? Pod­czas tej jaz­dy do te­ściów w Za­mo­ściu Zyg­munt, spo­glą­da­jąc we wstecz­ne lu­ster­ko, wi­dział, jak chło­piec śmie­je się i pod­ska­ku­je z ucie­chy za każ­dym ra­zem, gdy sa­mo­chód wjeż­dża z im­pe­tem w ka­łu­że.

Gre­chu­to­wie nie na­le­że­li do lu­dzi oszczęd­nych. Pod tym wzglę­dem do­brze się do­bra­li. Kie­dy mie­li pie­nią­dze, nie od­kła­da­li na czar­ną go­dzi­nę. Zyg­munt naj­pierw za­ra­biał jako kie­row­ca w jed­nym z mi­ni­sterstw, a po kil­ku la­tach do­stał pra­cę w sto­łecz­nych za­kła­dach PKS. Wła­śnie wte­dy wy­słał je­de­na­sto­let­nie­go Mar­ka na ko­lo­nie. Chło­piec po­znał tam prze­kleń­stwa, któ­rych nig­dy nie sły­szał w domu dziad­ków. W do­ro­słym ży­ciu uni­kał wul­ga­ry­zmów jak ognia.

Czy dla­te­go był sub­tel­ny, de­li­kat­ny, że oj­ciec nie miał oka­zji na­uczyć syna bó­jek i in­nych tak zwa­nych mę­skich za­cho­wań, a mat­ka chcia­ła od­gro­dzić go od ta­kie­go świa­ta, bo wie­dzia­ła, że się do nie­go nie na­da­je? Moż­na tak przy­pusz­czać.

W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych Zyg­munt Gre­chu­ta zo­stał sze­fem bazy trans­por­to­wej pol­skiej bu­do­wy w Tur­cji. Za­pro­sił syna wów­czas do sie­bie, lecz ten go nie od­wie­dził. Jeź­dził już z ze­spo­łem Ana­wa po kra­ju, Eu­ro­pie i azja­tyc­kich re­jo­nach ZSRR. Cał­ko­wi­cie po­chło­nę­ła go es­tra­do­wa ka­rie­ra.

Zyg­munt Gre­chu­ta w cza­sie po­by­tu służ­bo­we­go na Bli­skim Wscho­dzie.

Wiosna, ach to ty

Na ra­zie jed­nak Ma­rek prze­by­wał w pod­war­szaw­skich Chy­li­cach, gdzie miał kry­sta­licz­ne po­wie­trze, ci­szę i spo­kój oraz nie­ska­la­ną przy­ro­dę, do któ­rej uro­ków za­wsze rów­nie tę­sk­nił jak do cu­dów ar­chi­tek­tu­ry po­dzi­wia­nych na ca­łym świe­cie. Rano wy­cho­dził ze swo­je­go po­ko­ju pro­sto do ogro­du peł­ne­go kwia­tów i drzew ja­bło­ni albo sia­dał na schod­kach i przy­glą­dał się roz­kwi­ta­ją­cej wio­śnie. Wszyst­ki­mi zmy­sła­mi chło­nął wra­że­nia. Prze­ży­wał je i za­pa­mię­ty­wał. Po la­tach na­pi­sał dow­cip­ny, zmy­sło­wy, lek­ki jak piór­ko wiersz Wio­sna, ach to ty i za­śpie­wał:

Dzi­siaj rano nie­spo­dzia­nie za­pu­ka­ła do mych drzwi,

Wcze­śniej, niż ocze­ki­wa­łem, przy­szły te cie­plej­sze dni.

Zdją­łem z niej zmok­nię­te pal­to, po­sa­dzi­łem vis-à-vis.

Za­pach­nia­ło, za­ja­śnia­ło – wio­sna, ach to ty!

Wio­sna, wio­sna, wio­sna, ach to ty!

Dni mi­ja­ły co­raz dłuż­sze, co­raz cie­plej było u mnie,

Co­raz lżej­sze mia­ła suk­nie, lek­ko pły­nął wio­sny stru­mień.

Wresz­cie nocy raz czerw­co­wej zo­ba­czy­łem ją, jak śpi

Bez ni­cze­go, zro­zu­mia­łem – lato, ech­że ty!

Lato, lato, lato, ech­że ty…

Kie­dy przy­jeż­dżał do Za­mo­ścia, cho­dził z przy­szy­wa­ną bab­cią Ho­no­ra­tą, gor­li­wą ka­to­licz­ką, i z ku­zy­nem Wojt­kiem na ma­jo­we na­bo­żeń­stwa do ko­le­gia­ty. Sia­dy­wa­li w pra­wej na­wie przy głów­nym oł­ta­rzu, na bi­sku­pich fo­te­lach z wy­rzeź­bio­ny­mi u wez­gło­wia lwa­mi. Żeby się nie nu­dzić, chłop­cy na zmia­nę wy­cho­dzi­li do ubi­ka­cji miesz­czą­cej się na ze­wnątrz. Star­sza pani ich nie stro­fo­wa­ła. Da­wa­ła dzie­cia­kom żyć.

Woj­tek czuł w dzie­ciń­stwie żal do ich wspól­nej bab­ci, Sa­lo­mei, że wy­róż­nia­ła Mar­ka – na­wet pre­zen­ty da­wa­ła mu lep­sze. Żeby nie znie­na­wi­dzić cio­tecz­ne­go bra­ta, tłu­ma­czył so­bie, że tak wy­pa­da, bo ro­dzi­na Mar­ka kiep­sko sta­ła fi­nan­so­wo. Oj­ciec, jak utrzy­my­wa­ła mat­ka, nie­re­gu­lar­nie pła­cił ali­men­ty. – To grzą­ska spra­wa – sły­szę, mimo to wcho­dzę na ten nie­pew­ny grunt. Ro­dzi­na Zyg­mun­ta utrzy­mu­je, cho­ciaż nie wi­dzia­ła prze­ka­zów, że oj­ciec z pew­no­ścią wspo­ma­gał syna i cór­kę jesz­cze w cza­sie stu­diów. Bar­dzo ich ko­chał, a skne­rą nie był.

Szczę­śli­wie dla przy­szłej gwiaz­dy pol­skiej pio­sen­ki mat­ka szyb­ko do­strze­gła mu­zy­kal­ność syna i w po­ko­ju sto­ło­wym sta­nę­ło pia­ni­no. Lek­cji mu­zy­ki udzie­lał Mar­ko­wi pan Szo­łaj­ski – or­ga­ni­sta z po­bli­skie­go ko­ścio­ła. Prze­kro­czyw­szy pięć­dzie­siąt­kę, py­ta­ny czę­sto o dzie­ciń­stwo i swo­ją wraż­li­wość, ar­ty­sta mó­wił:

Je­stem ty­pem li­ry­ka zwró­co­ne­go bar­dziej ku temu, co emo­cjo­nal­ne i ludz­kie, niż ku temu, co prag­ma­tycz­ne. Wy­cho­wa­łem się w ro­dzi­nie wie­lo­po­ko­le­nio­wej, bar­dzo ze sobą zży­tej. Pa­mię­tam sta­re ro­dzin­ne pia­ni­no, na któ­rym gra­li­śmy z sio­strą od dzie­ciń­stwa, pięk­nie śpie­wa­ją­ce sio­stry mo­je­go ojca. I bab­cię, nie­zwy­kłej mą­dro­ści oso­bę, któ­ra w dzień Wi­gi­lii nie po­zwa­la­ła mó­wić o głup­stwach. Wciąż jesz­cze robi na mnie wra­że­nie sta­ra, ro­dzin­na ka­mie­ni­ca w Za­mo­ściu, kie­dy od­wie­dzam mamę. Sen­na zja­wa.

Po ukoń­cze­niu trzy­dzie­stu lat do Za­mo­ścia wpa­dał spo­ra­dycz­nie, mat­ce uda­wa­ło się jed­nak przez pe­wien czas stwa­rzać ko­ją­cą fik­cję i dbać o po­zo­ry, któ­re umac­nia­ły ją w prze­ko­na­niu, że to uko­cha­ne dziec­ko, te­raz po­pu­lar­ny pio­sen­karz, jest ko­twi­cą trzy­ma­ją­cą ją przy ży­ciu. Gdy do ro­dzi­ców przy­jeż­dżał ku­zyn Woj­tek, mó­wi­ła: – A wiesz, Ma­rek z Da­nu­sią przed chwi­lą wy­je­cha­li. Szko­da, że­ście się nie spo­tka­li. Albo: – Ma­re­czek ju­tro przy­je­dzie… – I snu­ła opo­wieść o jego suk­ce­sach, któ­re tak ją cie­szy­ły, jak­by sama je osią­ga­ła, a na­wet znacz­nie bar­dziej. Sły­sza­łam, że to ona roz­bu­dzi­ła am­bi­cje syna. Przed­sta­wia­ła mu wi­zje przy­szłych suk­ce­sów tak wiel­kich, jak­by rze­czy­wi­ście pcha­ła go na szczyt Hi­ma­la­jów. A może uwa­ża­ła, że trze­ba syna sty­mu­lo­wać? Do­strze­gła jego wy­jąt­ko­wość, któ­rą po­wi­nien się za­chwy­cić sze­ro­ki świat, a nie tyl­ko Za­mość.

Zgod­nie z mat­czy­nym pla­nem Ma­rek miał zo­stać za­wo­do­wym pia­ni­stą. Wir­tu­ozem, Ru­bin­ste­inem z Za­mo­ścia. Wan­da w swo­ich za­pi­skach wspo­mi­na­ła, że ład­nie śpie­wał, ale nie wie­my, ja­kie lu­bił wte­dy pio­sen­ki ani kto ich go uczył. Za to o na­uczy­cie­lu, któ­re­go zdo­by­ła dla syna, na­pi­sa­ła z en­tu­zja­zmem:

Pan Szo­łaj­ski ze Sko­li­mo­wa, z wyż­szym wy­kształ­ce­niem mu­zycz­nym w kla­sie for­te­pia­nu, przy­jeż­dżał trzy razy w ty­go­dniu na ro­we­rze. Mło­dy, przy­stoj­ny, o mi­łym uspo­so­bie­niu, nig­dy nie za­wiódł – w deszcz, sło­tę, śnie­ży­cę, za­wsze przy­jeż­dżał. Cie­ka­wa je­stem, co czuł, jak wi­dział Mar­ka w te­le­wi­zji śpie­wa­ją­ce­go i gra­ją­ce­go na pia­ni­nie.

Muzyka nie dawała mu spokoju

Za­le­d­wie sied­mio­let­ni Ma­rek ćwi­czył su­mien­nie i bez przy­mu­su. Po wie­lu la­tach, kie­dy jego sła­wa przy­ga­sła, a mimo to za Dni, któ­rych nie zna­my otrzy­mał w se­rii „Zło­ta Ko­lek­cja” swo­ją pierw­szą Zło­tą Pły­tę (za­dzi­wia­ją­ce, że do­pie­ro wów­czas sprze­da­ną w na­kła­dzie pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy eg­zem­pla­rzy), po­wie­dział, że wcze­śnie za­czął „stu­kać w kla­wi­sze”. Sam wi­dać tego po­trze­bo­wał, mu­zy­ka już wte­dy nie da­wa­ła mu spo­ko­ju. Od dziec­ka po­zo­sta­wał pod uro­kiem Cho­pi­na, po­dzi­wiał go i wiel­bił. Trans­mi­sji z kon­kur­sów cho­pi­now­skich słu­chał z ro­dzi­ca­mi. Lu­bił ten ry­tu­ał i tę ro­dzin­ną wspól­no­tę.

– Po tylu la­tach otrzy­ma­nie Zło­tej Pły­ty to dla mnie rzecz nie­zwy­kła. Bar­dzo mnie cie­szy, tym bar­dziej że jest pierw­sza – prze­mó­wił 5 paź­dzier­ni­ka 2001 roku do tłu­mu fa­nów zgro­ma­dzo­nych na uro­czy­sto­ści w kra­kow­skim Klu­bie MPiK.

Pół wie­ku wcze­śniej w Chy­li­cach, któ­rych nie chciał opu­ścić, nie ku­si­ły go chło­pię­ce har­ce, nikt go z domu nie wy­cią­gał, z ni­kim się nie za­przy­jaź­nił, ale do­brze się tam czuł i bez­piecz­nie, ma­jąc przy so­bie obo­je ro­dzi­ców. I ogród pe­łen drzew. Pod­no­sił z tra­wy opa­dłe pach­ną­ce słoń­cem jabł­ka. Lu­bił je naj­bar­dziej ze wszyst­kich owo­ców.

Wa­ka­cje spę­dzał tro­chę tam, tro­chę u dziad­ków. Na je­den mie­siąc przy­jeż­dżał do Chy­lic Woj­tek Wisz­niow­ski – to­wa­rzysz wcze­śniej­szych i póź­niej­szych za­baw, po­wier­nik i prze­wod­nik po har­cer­skich spraw­no­ściach, któ­re Ma­rek z za­pa­łem zdo­by­wał. Tam­te cza­sy tak wspo­mi­na:

By­li­śmy zży­ci. Świę­ta, wa­ka­cje za­wsze ra­zem – u nas my­śla­ło się w ka­te­go­riach tego, co jest do­bre dla ro­dzi­ny. Wszy­scy się wspie­ra­li, nikt nie zo­stał sam w po­trze­bie czy smut­ku. Star­szy o rok, w dzie­ciń­stwie Mar­ko­wi im­po­no­wa­łem. W tych Chy­li­cach czu­li­śmy praw­dzi­wą wol­ność, nie­krę­po­wa­ną swo­bo­dę. Były pod­cho­dy, gra w ciu­py, ro­wer po­ży­czo­ny od są­sia­dów, ką­pie­le w rze­ce… Na od­głos nad­jeż­dża­ją­cej wie­czo­rem ko­lej­ki Ma­rek prze­ry­wał każ­dą za­ba­wę, sta­wał w oknie i wy­pa­try­wał ojca. Był z nim bar­dzo zwią­za­ny.

Za­mość, 1952 rok. Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia u Wi­tol­da Stryj­ka. Z ko­kar­dą Ania Gre­chu­ta, w swe­ter­ku Ba­sia Stry­jek, z przo­du Woj­ciech Wisz­niow­ski, z tyłu Ma­rek Gre­chu­ta.

Wan­da Gre­chu­ta nig­dy o tym nie wspo­mi­na­ła, a w tam­tym cza­sie czu­ła do męża żal. Tak pod­su­mo­wa­ła szó­stą rocz­ni­cę prze­pro­wadz­ki do Chy­lic:

Prze­waż­nie by­łam sama z dzieć­mi. Przy­zwy­cza­iłam się do tego. Zyg­munt, je­że­li już był, to tak nie­sym­pa­tycz­ny, wręcz awan­tur­ni­czy. Nie trze­ba było ja­kie­goś po­waż­ne­go po­wo­du ku temu, drob­na spra­wa, bła­ha rzecz, a już wy­bu­chał jak wul­kan. Kie­dy wra­cał, draż­nił go naj­mniej­szy ba­ła­gan w za­baw­kach Mar­ka i Ani. Wszyst­ko mu­sia­ło być ide­al­nie na swo­im miej­scu. Je­śli za­stał ba­ła­gan, to mnie się ob­ry­wa­ło i im. Aby unik­nąć ta­kiej sy­tu­acji, przed go­dzi­ną jego po­wro­tu wszyst­ko ukła­da­li­śmy na miej­sce. Dzie­ci przy sto­le uczy­ły się. Ja mu­sia­łam być za­ję­ta w kuch­ni. Swo­je­go ro­dza­ju to był te­atr bez pu­blicz­no­ści.

W tam­tych la­tach ko­bie­ty nie­ma­ją­ce za­wo­du nie od­cho­dzi­ły od mę­żów. Roz­cza­ro­wa­nie związ­kiem mu­sia­ło więc być dla Wan­dy dra­ma­tycz­ne i nie­od­wra­cal­ne, sko­ro za­mie­rza­ła roz­stać się już wcze­śniej. Ze swo­ich pla­nów zwie­rzy­ła się na­wet ro­dzi­com:

Zyg­munt jak zwy­kle uwa­ża, że po­win­nam za jed­ne po­bo­ry żyć cały mie­siąc, świę­ta zro­bić, może mu jesz­cze gar­ni­tur uszyć… Czy ma­mu­sia wie, że za­czę­łam roz­my­ślać nad po­wro­tem do Za­mo­ścia z dzieć­mi? Prze­ko­na­łam się, że sta­le cze­goś chce ode mnie. Nie mam przy­ja­cie­la ani do­bre­go to­wa­rzy­sza ży­cia.

Z ich stro­ny nie spo­tka­ła się jed­nak z za­chę­tą.

W 1954 roku, jak mó­wią jed­ni, albo dwa lata póź­niej, jak twier­dzą dru­dzy, Wan­da Gre­chu­ta prze­ży­ła za­ła­ma­nie ner­wo­we i zna­la­zła się w szpi­ta­lu. Nie ra­dzi­ła so­bie z mał­żeń­ski­mi kło­po­ta­mi, z męż­czy­zną, któ­ry stał się ra­czej źró­dłem udrę­ki niż sta­bil­nym opar­ciem, a na pew­no spra­wił jej za­wód.

Zde­spe­ro­wa­na, ubła­ga­ła sio­strę, by pod jej nie­obec­ność w domu wy­wio­zła dzie­ci do Za­mo­ścia. Zo­fia Wisz­niow­ska prze­ko­ny­wa­ła szwa­gra, że to tyl­ko na ja­kiś czas, że dziad­ko­wie bar­dzo za wnu­ka­mi tę­sk­nią. Zyg­munt siłą dzie­ci nie za­trzy­my­wał. Za­mie­rzał jed­nak sam je wy­cho­wy­wać, za­pew­nić im po­czu­cie sta­bi­li­za­cji i emo­cjo­nal­nej rów­no­wa­gi, któ­re­go przy mat­ce, jak są­dził, nie za­zna­ją.

Dzie­ci słu­cha­ją ko­lęd, od le­wej: Woj­ciech Wisz­niow­ski, Ba­sia Stry­jek, Ma­rek Gre­chu­ta i Ania Gre­chu­ta.

Świad­ko­wie po­ty­czek ro­dzin­nych w domu Gre­chu­tów mó­wią, że Zyg­munt nie po­tra­fił do­sto­so­wać się do ocze­ki­wań żony. Jej świat był dla nie­go obcy i eg­zal­to­wa­ny. Źle zno­sił zmien­ność jej na­stro­jów i cią­głe żale. Mimo wszyst­ko uwa­żał, że ro­dzi­na po­win­na trzy­mać się ra­zem. Przy­się­ga zo­bo­wią­zu­je, nie wol­no ule­gać złym emo­cjom – tak­że dla do­bra dzie­ci, któ­re mu­szą mieć przy so­bie ojca i mat­kę.

Tym­cza­sem po wyj­ściu ze szpi­ta­la Wan­da wró­ci­ła nie do męża, lecz do Za­mo­ścia.