Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 437 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chwila zapomnienia lady Eve - Grace Burrowes

Piękna Eve Windham nie bez przyczyny sprzeciwia się zamążpójściu, do którego nakłaniają ją jej książęcy rodzice. Odrzuciła już wielu kandydatów, lecz teraz powoli kończą jej się wymówki.
Lucas Denning, który niedawno odziedziczył tytuł markiza Deene, również ma swoje powody, by się nie żenić.
Oboje zawierają więc układ i postanawiają udawać narzeczonych. Mają nadzieję, że dzięki temu na dobre wykpią się od ślubu.
I byłby to plan niezawodny, gdyby nie jeden ukradkowy, płomienny pocałunek...

Opinie o ebooku Chwila zapomnienia lady Eve - Grace Burrowes

Fragment ebooka Chwila zapomnienia lady Eve - Grace Burrowes

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Lady Eve’s Indiscretion

Copyright © 2013 by Grace Burrowes.

First published in the United States in 2013 by Sourcebooks Casablanca.

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4827-1

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Mojej ukochanej córce, od której dowiedziałam się więcej o miłości niż od kogokolwiek innego w moim życiu i dzięki której znów jeżdżę konno. Heather, to, że jestem twoją mamą, jest dla mnie największym przywilejem i największą radością.

1

Milordzie, to, czego chcesz dokonać, jest niemożliwe.

Earnest Hooker wygłosił tę ocenę zamiarów markiza Deene’a, nerwowo przerzucając na biurku teczki z aktami. Gdy cisza, jaka zapadła po tych słowach, przeciągała się za długo, prawnik poprawił fular na szyi, odchrząknął i przesunął kałamarz o kilka cali w stronę suszki umieszczonej na środku olbrzymiego blatu.

Dwaj jego pomocnicy obserwowali klienta z bezpiecznej odległości. Bez wątpienia spodziewali się, że hołdując rodzinnej tradycji, wybuchnie gniewem i zacznie rzucać w nich wszystkim, co mu wpadnie w rękę.

Lucas Denning, od niedawna markiz Deene, wyciągnął złoty zegarek, który dostał od Marie po ukończeniu uniwersytetu. Mechanizm nie działał, bo sprężyn nie nakręcono w odpowiednim czasie, ale ­Deene mimo to popatrzył na cyferblat, zanim się odezwał.

– Niemożliwe, Hooker? Niezmiernie mnie ciekawi, z jakiegoż to powodu prawnik ucieka się do takiej przesady.

Dwaj kanceliści nerwowo popatrzyli na siebie, gdy Hooker podniósł wzrok znad akt.

– Milordzie, nie możesz przecież tak po prostu zabrać komuś jego dziecka z prawego łoża. – Tłuste, białe jak lilie dłonie Hookera w dalszym ciągu bawiły się urzędniczymi rekwizytami na biurku. – Chodzi wprawdzie tylko o dziewczynkę, ale nie zmienia to faktu, że dziecko należy do ojca, mówiąc najprościej. Sądy nie są po to, by zaspokajać ludzkie kaprysy, więc proszę nie liczyć, że wyrwą dziecko spod opieki ojca i przekażą je… Waszej Lordowskiej Mośći. Nie masz własnych dzieci, milordzie. Nie masz żony ani żadnego doświadczenia w wychowywaniu dzieci i musisz dopiero postarać się o dziedzica rodu. Nawet gdyby ten człowiek był słaby na umyśle, sąd prawdopodobnie rozważyłby wszystkie inne możliwości, zanim powierzyłby ci dziecko, panie.

Deene zatrzasnął wieczko zegarka.

– Jej matka wyraziła taką wolę na łożu śmierci. Byłem przy tym i to powinno się liczyć. Wellington często wspominał o mnie w swoich raportach.

Jeden z kancelistów postąpił krok do przodu. Wyglądał jak zasuszona, wymizerowana kopia Hookera, tyle że miał mniej podbródków i większą łysinę.

– Milordzie, jeśli będziesz powoływał się na ostatnią wolę zmarłej, twoja sprawa wyląduje w Sądzie Lorda Kanclerza. Jeśli szczęście ci dopisze, rozpatrzą ją, zanim dziewczynka osiągnie pełnoletniość. Zapewnienia księcia Wellingtona o twoim męstwie i waleczności na polu bitwy są chwalebne, tylko że wychowywanie dzieci, a w szczególności młodych dziewcząt, ma niestety niewiele wspólnego z wojną z Korsykaninem.

Stonowane słowa skrywały zniewagę, ale też i prawdę. Każdy londyński zamiatacz ulic wiedział, że odwoływanie się do Sądu Lorda Kanclerza jest bezcelowe. Kancelista wcale nie przesadzał, wspominając o długości procesów i o nieprzewidywalnych wyrokach tej instytucji.

– Przykro mi, milordzie. – Hooker wstał. Deene pozostał w fotelu. – Jesteśmy gotowi służyć markizowi we wszystkich sprawach prawnych, ale w tym przypadku muszę niestety doradzić rezygnację. Uczciwość mi to nakazuje.

Teraz i Deene wstał, czerpiąc odrobinę satysfakcji z tego, że może spojrzeć z góry na bezużytecznych gryzipiórków, których rodziny miały dach nad głową i wikt z jego łaski.

– Mimo wszystko napiszcie petycję.

Wyszedł z kancelarii, walcząc z przemożnym pragnieniem, by cis­nąć czymś o ziemię, wrzucić idiotyczne akta Hookera do ognia, złapać pogrzebacz i roztrzaskać nim kilka sprzętów. Z trudem się opanował.

– Milordzie?

Trzeci z urzędasów odważył się wyjść za nim, co dawało markizowi cudowną okazję, by wyładować długo hamowaną frustrację – bo markizowie nie miewają ataków furii – ale Deene w porę spostrzegł, że podaje mu doskonale skrojone, skórkowe rękawiczki.

– Dzięki. – Chciał mu je wyrwać z ręki, ale ku jego konsternacji ów człowiek trzymał je mocno, jakby chciał się siłować.

– Czy Jego Lordowska Mość zechce poświęcić mi jeszcze chwilę?

Urzędnik puścił rękawiczki. Zdarzenie było na tyle zaskakujące, że Deene, mimo gniewu, uświadomił to sobie. Potyczki między prawnikami z firmy Hooker & Sons a kolejnymi markizami Deene były tradycją, ciągnącą się od pokoleń.

– Mów. – Deene naciągnął pierwszą rękawiczkę. – Widzę, że aż piszczysz, żeby podzielić się ze mną jakimś okruchem wiedzy prawniczej, który twoi komilitoni postanowili przede mną ukryć.

– Nie tyle wiedzą prawniczą, ile podszeptem zdrowego rozsądku, milordzie. – Mężczyzna spojrzał przez ramię na zamknięte drzwi biura. – Nie odbierzesz dziewczynki ojcu prawnymi środkami, ale są przecież inne sposoby.

Miał rację. Większość z nich była sprzeczna z prawem, niebezpieczna, niemoralna – i kusząca.

Deene szarpnięciem włożył drugą rękawiczkę.

– Jeśli go sprowokuję do wyzwania mnie na pojedynek, Dolan zyska szansę położenia kresu mojemu życiu, miły panie, a wykorzystanie mojej kuzynki jako wyłącznego spadkobiercy i wysuwanie w jej imieniu roszczeń byłoby fatalnym rozwiązaniem. Wcale mi to nie odpowiada.

Mężczyzna, sporo młodszy od pozostałych dwóch, był w typie naukowca – chudy mól książkowy z okularami w drucianych oprawkach na nosie. Wyprostował się, szykując do przemowy.

– Nie mam na myśli zabójstwa, milordzie, ale każdy człowiek ma motywacje. Powszechnie wiadomo, że jej ojciec nade wszystko ceni sobie status społeczny i bogactwo.

Jak każdy parweniusz.

– Do czego zmierzasz?

– Jeśli zaproponujesz mu, panie, coś, co będzie dla niego ważniejsze niż dręczenie cię sprawą tej dziewczynki, może zechce się z nią rozstać. Twój problem nie jest natury prawnej, więc może rozwiązania też nie trzeba dochodzić prawem.

Nawet jeśli słowa młodego człowieka miały sens, Deene był zbyt rozgniewany, by go uchwycić.

– Dzięki. Rozważę inne możliwości, poza drogą prawną. Do widzenia.

– Milordzie, nie o to mi chodzi…

Deene zbiegł po schodach i zniknął za drzwiami, zanim ten półgłówek zdążył dokończyć zdanie.

Na szczęście dla wszystkich, którzy stanęliby mu na drodze, stangret właśnie wyprowadzał powóz zza rogu. Deene wskoczył do środka, zanim idące spokojnym stępem konie zdążyły się zatrzymać.

Anthony Denning z nieprzeniknioną miną złożył „Timesa”.

– Jak tam twoje biurowe szczurki? Coś ci doradziły?

Deene usiadł obok niego, twarzą do kierunku jazdy.

– Od pierwszej chwili, gdy się tam znalazłem, robili wszystko, żebym rozniósł całe biuro w perzynę.

– Wuj powiedział kiedyś, że to najlepszy sposób zwrócenia na siebie ich uwagi. – Deene gapił się w okno, wiedząc, że Anthony po prostu stara się podtrzymać rozmowę. – Jego ataki furii dawały mu poczucie siły, ale kosztowały ogromne pieniądze i przyniosły mu reputację niebezpiecznego wariata.

Anthony odłożył gazetę, gdy Deene wymierzył laską dwa solidne szturchnięcia w dach powozu. Konie ruszyły kłusem, ale dwie ulice dalej znowu przeszły w stępa.

– Powinienem pojechać wierzchem.

– Powinieneś wziąć mnie z sobą – odpowiedział Anthony. Potrafił umiejętnie ukryć pretensję i w jego głosie zamiast wyrzutów zabrzmiał smutek, że znów odmówiono mu okazji, by służyć pomocą.

– Będzie z ciebie kiepski markiz, kiedy Dolan wyśle mnie na tamten świat, Anthony. Dzięki za pomoc, ale to osobista sprawa.

Anthony nie różnił się wyglądem od reszty Denningów, tak jak jego kuzyn: błękitne oczy, falujące blond włosy, szczupła sylwetka i regularne rysy. Wyglądałby jak markiz Deene, ale nigdy by nie był zdolny do wybuchów furii, nałogowego pijaństwa i rozwiązłości, których socjeta oczekiwała od arystokratów.

Za to był doskonałym nadzorcą, kierującym mnóstwem zarządców w majątkach Deene’a, za co kuzyn żywił dla niego bezgraniczną wdzięczność.

– Po południu wezmę Bestię na przejażdżkę, zanim całe towarzystwo zjawi się w parku. A wieczorem trochę zaszaleję, żeby sobie poprawić humor.

Anthony z uśmieszkiem podniósł gazetę.

– Po zakończeniu żałoby trzeba się wyszaleć. Kiedy zacznie się sezon, będziesz tańczył walca całymi nocami. Potem zaczną się niezliczone kolacje i polowania, bo każda ambitna mamusia będzie cię chciała złapać na smycz dla swojej córeczki.

– Jeśli chcesz mnie pocieszyć, kuzynku, to ci się zupełnie nie udało.

Chociaż prawnicy wspominali, że żonaty mężczyzna miałby w sądzie większe szanse niż kawaler.

Co za ponura, nieprzyjemna myśl.

Upadek lady Eve Windham wydarzył się w jej szesnaste urodziny. W oczach socjety był to tylko groźny upadek z konia.

Rodzina Eve wiedziała, że był to też upadek w sensie towarzyskim, zaś sama Eve nie wątpiła, że stało się coś jeszcze bardziej katastrofalnego. Pęknięte lewe biodro i lewy nadgarstek były niczym wobec złamanego serca, ale tak jak ono wymagały długich lat rekonwalescencji. Minęło siedem lat – ponura, biblijna miara czasu – a ona wciąż nie odważyła się dosiąść konia.

Serca także nie uleczyła.

Ani jedno, ani drugie nie miało jednak większego znaczenia, bo Eve była najmłodszą córką księcia Moreland. Windhamowie mieli tak wysoką pozycję społeczną, że szczegóły dziewczęcej eskapady nigdy nie dosięgły uszu plotkarzy, oszczędzając jej wielkiego skandalu, który, choć kłopotliwy i nieprzyjemny, w tej rodzinie należał do tradycji. Wielkie skandale zdarzały się u nich równie często jak wizyty krewnych, i tak też je traktowano. Jego Wysokość dorobił się dwojga nieślubnych dzieci, poczętych na szczęście przed odziedziczeniem książęcego tytułu, a także – dzięki Bogu – przed poślubieniem księżnej.

Prawie żadne z pierworodnych dzieci w tej rodzinie nie przyszło na świat w przepisowym terminie dziewięciu miesięcy. Szczerze mówiąc, jak sięgnąć pamięcią, Windhamom zawsze rodziły się same wcześniaki, nawet dziadkowi obecnego księcia. Pomimo tego wszystkie były silne i zdrowe od pierwszych chwil życia.

Siostry Eve cudem wywinęły się od rodzinnej klątwy. Maggie i Sophie po ślubie urodziły dzieci w takim terminie, jakby obie poczęły w noc poślubną. Trzecią z sióstr, Louisę, która została hrabiną Kes­more, socjeta obserwowała z wielkim napięciem, bacząc, czy urodzi swojemu hrabiemu spadkobiercę w równie przepisowym czasie jak siostry.

Eve Windham, dla odmiany, nie zamierzała znaleźć się w sytuacji, która mogłaby w konsekwencji zaowocować pojawieniem się niemowlęcia.

Ani teraz, ani nigdy.

Stanowiło to poważny, wręcz skandaliczny problem, bo Esther, księżna Moreland, postanowiła w końcu zobaczyć swoje dwie jeszcze niezamężne córki na ślubnym kobiercu.

W małżeńskim jarzmie, jak to niegdyś powiadali ich bracia.

Wszyscy trzej byli już żonaci i mówili teraz zupełnie co innego.

– Uśmiechnij się, Evie. Trottenham tu idzie.

Eve przykleiła do twarzy stosowny uśmiech i rozejrzała się po sali balowej.

– Och, serce mi tak zabiło. – Ton głosu Eve tak wyraźnie kontrastował z wypowiedzianymi słowami, że Genevieve, jej siostra, zwana Jenny, też się uśmiechnęła.

– Nie jest taki całkiem zły, bo w przeciwnym razie nie obiecałabyś mu menueta.

Eve bez słowa patrzyła, jak jej najnowszy adorator przeciska się przez tłum. Jenny miała rację. Nie był ani zły, ani dobry. Może się przydać w razie potrzeby, żeby zniechęcić innych w tym sezonie.

Uśmiechała się w dalszym ciągu, choć na myśl o całym długim sezonie – kilku miesiącach towarzyskich spotkań! – ogarnęło ją znużenie.

– Milady. – Trottenham pochylił się nad jej dłonią i strzelił obcasami jak służbisty pruski oficer.

– Panie Trottenham, jakże mi miło.

Wcale tak nie myślała.

– Zdaje mi się, że pary już się ustawiają do mojego tańca. – Uniósł jasne brwi, co w jego pojęciu miało pewnie oznaczać flirt. Jenny opuściła głowę, by powąchać bransoletę z żywych kwiatów na przegubie dłoni, choć w rzeczywistości chciała ukryć uśmiech.

Eve położyła dłoń w rękawiczce na jego ręce i po raz tysięczny rozpoczęła finezyjną grę, starając się nie zachęcić tego mężczyzny i zarazem nie odrzucić go całkowicie. Przez cały taniec zalotnie spoglądała spod rzęs, choć dwa razy zapomniała nazwy jego posiadłości. Pozwoliła mu przysunąć się nieco za blisko i zachichotała. Taki zalotny chichot był wyrafinowaną formą sztuki.

– Lady Eve, czy rozmowa cię zmęczyła? – Trottenham obrócił ją w tańcu. Na moment zakręciło jej się w głowie, co zapowiadało nadejście kłopotów.

– Ależ skądże, panie Trottenham. Po prostu skupiam się na krokach tańca.

Potraktowała go najbardziej uroczym uśmiechem, czując, że dźwięki zaczynają dochodzić do niej jakby z wielkiej odległości, łącznie z tonem jej własnego głosu. Każdy dźwięk stawał się coraz bardziej wyraźny – oddzielony od innych – a zarazem mniej rzeczywisty.

– To prawda, taka śliczna dama nie może naraz tańczyć i rozmawiać. – Trottenham posłał jej uśmiech pełen wyższości. – Choć siostry powiadają mi, że…

Gadał i gadał, a Eve próbowała zaradzić osobliwemu poczuciu, że jej głowa ma szerokość wiadra, a włosy odbierają wrażenia. Ledwie taniec się skończył, zaczęły się zaburzenia widzenia.

– Jenny, muszę stąd wyjść – powiedziała cicho. Za chwilę zaczną się nudności i o wiele od nich gorsze zawroty głowy, a za żadne skarby świata nie mogła dopuścić do tego, by zauważono, że na balu źle się poczuła albo że nie zachowuje się jak dobrze wychowana panna.

Wieczny uśmiech zniknął z twarzy Jenny.

– Migrena, kochanie?

– I to okropna. – Choć zawsze bywały okropne. – Pewnie w ponczu było czerwone wino.

– Mama gra w karty z ciocią Gladys. Pójdę po nią i zawołam powóz.

– Za późno. – Eve zaczęła widzieć dziwne, pulsujące światła wokół głowy Jenny.

– Deene tu jest. Zawiezie cię do domu.

Eve nie zaprotestowała ani słowem, co oznaczało, że naprawdę źle się czuje.

– Przyprowadź go.

Jenny odeszła, a ona przysunęła się do tarasowych drzwi, przez które napływało świeże powietrze. Do rozpoczęcia letniego sezonu towarzyskiego pozostawało jeszcze kilka tygodni, więc nocne powietrze było chłodne i rześkie. Ciemność nęciła ją, podobnie jak cisza.

Cisza i ciemność były jedynymi przyjaciółkami, gdy zaczynał się ból głowy. Laudanum stanowiło ostatnią deskę ratunku, bo obawiała się uzależnienia.

– Lady Eve – stanął przed nią Deene, wysoki i uderzająco przystojny w eleganckim wieczorowym stroju. Pochylił się nad jej dłonią, niczym perfekcyjne wcielenie prawdziwego dżentelmena. – Nie wyglądasz najlepiej.

Bardzo odkrywcze. Na szczęście mówił cicho.

Udało jej się spojrzeć mu w oczy.

– Zabierz mnie stąd tak, żeby nie spowodować plotek. Proszę.

Otaksował ją szybkim spojrzeniem. Rozgniewałoby ją to, gdyby nie jego obojętna mina.

– Świeże powietrze dobrze ci zrobi.

– Deene, nikt przecież nie uwierzy…

Wziął ją pod rękę, obdarzył promiennym uśmiechem i wyprowadził na taras. Gdy tylko znaleźli się poza kręgiem światła, zdjął surdut.

– Jeśli nie zaczniesz teraz mleć językiem, nikt nie zauważy, że wyszliśmy.

Okrył ją surdutem i pociągnął za klapy, żeby otulić ją mocniej. Poczuła błogosławione ciepło.

– Dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie. – Oszczędził jej ironicznego tonu, ale w jego słowach nie było też szczerości. Nieważne. Jeśli zabierze ją do domu, nie powodując zamieszania, Eve postanowiła, że z wdzięczności zaprzestanie zaczepek na resztę wieczoru.

Znowu podał jej ramię.

– Chodźmy, tu jest furtka.

Nie chciała sprawiać wrażenia, że się waha, ale kiedy zaczynał się ten okropny ból u podstawy czaszki, plątały jej się myśli.

– Na litość boską, Eve Windham, to był tylko pocałunek pod jemiołą, głównie z powodu grzanego wina, jakim poczęstował mnie twój tatko.

Musiała oprzeć się na jego ramieniu, bo zaczęło jej się wydawać, że ziemia ucieka jej spod nóg.

– Bracia mówią, że to był biały rum.

– Łyczek czegoś mocniejszego pozwala łatwiej przetrwać świąteczne spotkania. Naprawdę źle wyglądasz.

Tę ostatnią uwagę wygłosił z urazą, prawie z niepokojem.

– Wcale nie chciałam podpijać go z twojego kieliszka, Deene. Powinieneś mnie powstrzymać.

Musieli dojść do powozu. Eve miała wrażenie, że noc zamyka się wokół niej, a głos Deene’a z jego perfekcyjnym, arystokratycznym akcentem na zmianę wzdyma się i kurczy w przedziwny sposób.

– Może i mógłbym cię powstrzymać, ale wychyliłaś wszystko do dna, zanim się zorientowałem, a potem napastowałaś mnie tak namiętnie…

Eve kurczowo zacisnęła palce na jego ramieniu i oparła się o niego, oddychając płytko przez usta.

– Jeśli będziesz się ze mną dalej kłócić, milordzie, zwymiotuję w te krzaki.

– Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz? – Objął ją ramieniem i sprowadził po schodach. Gdy doszli do furtki, nudności nieco ustąpiły, choć Eve w dalszym ciągu musiała się mocno wspierać na swoim towarzyszu. Miała wrażenie, że zapach cedru i lawendy, którym pachniał surdut Deene’a, działa kojąco na jej żołądek.

Deene przepuścił ją przez furtkę, wychodzącą na spokojną tylną uliczkę, która na szczęście tonęła w ciemności.

– Jak często zdarzają ci się takie bóle głowy?

– Za często. Czasem mija kilka miesięcy bez ataku, czasem tylko kilka dni. Najgorzej jest, kiedy ogarnia jedną stronę głowy, przycicha na jeden dzień, a potem atakuje drugą.

Deene ściągnął rękawiczkę zębami, a potem przenikliwie trzy razy gwizdnął na palcach.

– Przepraszam.

Nadal otaczał ją ramieniem w talii, stanowiąc solidny, ciepły – i niespodziewany – szaniec, który bronił ją przed obezwładniającym bólem.

– Powóz zjawi się za moment. Czy coś ci na to pomaga?

– Całkowita cisza, całkowita ciemność i czas.

Chociaż matka nieraz masowała jej szyję i to było najlepsze remedium.

Nie odezwał się ani słowem. Nie był głupi. Eve czekała, wspierając się na nim. Jej babka cierpiała na podobne bóle głowy, ale ani rodzice, ani rodzeństwo nie miewali migren.

Stukot końskich kopyt rozbrzmiewał w jej głowie głośno jak armatnie strzały, ale oznaczał zaciszne schronienie, więc powinna być zadowolona. Deene polecił stangretowi ruszać do pałacu Windhamów i wsiadł do powozu.

– Mam usiąść obok ciebie, milady?

Co za nieoczekiwana uprzejmość, że o to zapytał.

– Proszę. Im mniej się ruszam, tym mniej mnie boli.

Usadowił się i objął ją ramieniem. Zapomniawszy o własnej godności, potyczkach słownych i poczuciu przyzwoitości, Eve oparła głowę na jego ramieniu, zamknęła oczy i podziękowała mu w duchu.

Widok Eve Windham w tak żałosnym stanie powinien sprawić mu cichą, niegodną dżentelmena satysfakcję. Zamiast tego Deene poczuł w sobie, ku własnemu zdziwieniu, skłonność do wykazania się opiekuńczością. A także, do czego z trudem przyznał się sam przed sobą, bezradność. Jeśli istniało uczucie, którego szczerze nienawidził, była nim właśnie bezradność, gdy sprawa dotyczyła kobiety.

Drobna, milcząca i nieszczęśliwa lady Eve, siedząca tuż przy nim, wyraźnie cierpiała za każdym szarpnięciem powozu na wybojach i każdym zakręcie.

– Evie, czy mogę coś dla ciebie zrobić? – Zdrobnienie jej imienia wymknęło się samo, przenosząc ich w czasy, kiedy był kimś w rodzaju starszego brata dla siostry swojego towarzysza broni. – Evie?

Przytuliła się mocniej, jak cierpiące zwierzątko, które szuka u człowieka ulgi.

– Mama zawsze rozciera mi szyję. Nienawidzę tego bólu.

Uświadomił sobie, że jest równie bezradna jak on i równie nieszczęśliwa z tego powodu. Jakie to dziwne. Od dłuższego czasu coraz częściej się ze sobą kłócili, a teraz okazało się, że jednak mają ze sobą coś wspólnego. Dumę.

Tymczasowe zawieszenie broni przypomniało mu czasy, gdy walczące armie – brytyjska i francuska – zawarły niepisane porozumienie, pozwalając sobie nawzajem korzystać w spokoju z rzek i strumieni, które rozdzielały ich wojska na Półwyspie Iberyjskim.

– Spróbujmy. – Wyciągnął pled spod siedzenia i rozłożył go sobie na kolanach. – Kładź się.

Usiadł w rogu i pomógł Evie ułożyć się twarzą w dół na wyścielonych miękkim pledem kolanach. Nie protestowała, więc zaczął powoli masować podstawę jej szyi.

– Lepiej?

– Bosko.

Poczuł, jak się odpręża. Konie szły stępa, żeby nie pogarszać jej stanu.

– Wyjąć szpilki?

– Tak, proszę. Boże, czuję każdą z nich. Włosy mnie bolą.

Uśmiechnąłby się, gdyby nie cierpienie brzmiące w jej głosie. Bardzo delikatnie powysuwał szpilki z jej fryzury, uwalniając długi, złocisty warkocz. Leżała nieruchomo, a on na zmianę uciskał boki szyi i łagodnie rozcierał jej podstawę.

Nie komentowali tej dziwnej sytuacji. Wygłupił się, poruszając temat tego niemądrego pocałunku w święta Bożego Narodzenia. Eve była wtedy uroczo podchmielona po wypiciu całego kieliszka zaprawianego ponczu, a jemu podobała się swoboda jej zachowania. Spodobał mu się ten namiętny, naiwny pocałunek. Podobał mu się wiele bardziej i o wiele dłużej niż powinien.

Kiedyś była radosną, a nawet psotną panienką, słodką i kochaną. Uwielbiał się z nią drażnić. Po śmierci jej brata Barta coś się w niej zmieniło. Gdy Deene odwiedził ich rodzinę jako cywil, po sprzedaży patentu oficerskiego, przekonał się, że Eve Windham nabrała nieskazitelnych manier i traktowała go chłodno. Bart wcześniej niedwuznacznie dał mu do zrozumienia, że są po temu ważne powody.

Teraz chłód zniknął. Poddała się kompletnie, ale wcale mu się to nie podobało.

Za to bardzo podobało mu się to świąteczne powitanie go w szatni wiejskiej siedziby księstwa w Morelands. W tamtym pocałunku odnalazł dawną Eve – psotną, słodką, przekorną… tylko że była już dorosłą kobietą, czego nie dało się nie zauważyć.

– Eve, jesteśmy na miejscu. Zanieść cię na górę?

Usiadła powoli, dotykając dłonią czoła.

– Pójdę sama.

Albo się poczołga, albo padnie na zabłoconej tylnej ulicy, zbyt dumna, by skorzystać z jego pomocy na oczach innych osób. Pomógł jej wysiąść z powozu. Nawet głupek zauważyłby, że ledwie trzyma się na nogach.

– Później dasz mi za to w ucho, milady.

– Deene, nie.

Wątłe protesty nie powstrzymały go przed wzięciem jej na ręce. Ruszył w stronę domu.

– Cicho bądź choć raz, uparciucho. Twoi bracia nie wybaczyliby mi, gdybym się tobą nie zajął.

Wzmianka o braciach miała stanowić ostrzeżenie i trochę utemperować jej dumę, a poza tym była prawdą. Deene służył w pułku nie tylko ze zmarłym lordem Bartem, ale i z Devlinem St. Justem, obecnym hrabią Rosecroft. Gdyby Rosecroft dowiedział się, że Deene nie potraktował jego cierpiącej siostry z należytą troską, łącząca ich od lat przyjaźń, którą markiz wielce sobie cenił, na pewno by uległa zachwianiu. Nie mówiąc o tym, co zrobiłby książę Moreland na wieść, że Deene pozwolił, by jego córka niepotrzebnie cierpiała.

– Dokąd mnie niesiesz?

– Do środka.

Znał ten dom od lat, więc dodał jeszcze:

– Do twojego pokoju.

Dostał się do kuchni przez drzwi dla służby, wiedząc, że nigdy ich się nie zamyka, dopóki wszyscy nie wrócą na noc do domu. Pokonał dwie kondygnacje schodów i znalazł się w zamieszkanym przez rodzinę skrzydle pałacu, gdzie nieraz przebywał jako gość.

– Które drzwi, Evie?

– Nie nazywaj mnie tak. Następne po prawej.

Napomniała go z taką apatią, że aż się przestraszył. Gdy z ubieralni wybiegła pokojówka, z niechęcią pomyślał, że będzie musiał oddać Evie pod jej opiekę.

– Lady Eve ma migrenę. Przynieś lawendową wodę i odrobinę odwaru makowego. Nie szczotkuj jej włosów i rób tylko to, co ci sama każe.

Wyraz twarzy pokojówki świadczył, że nigdy nie widziała swej pani w ramionach obcego dżentelmena, a już na pewno nie w jej prywatnych pokojach.

– Zajmę się nią troskliwie, milordzie.

– Spodziewam się.

Chciał położyć Evie na łóżku, ale wiedział, że uraziłby tym jej godność. Delikatnie postawił ją na nogach, obejmując ramieniem.

– Pościel łóżko, Hammet – poleciła znużonym, cichym głosem. – Proszę.

Pokojówka napełniła rozżarzonymi węglami szkandelę. Deene przez chwilę przyglądał się wspartej na nim Eve.

– Czy mam obudzić kogoś jeszcze?

– Hammet wie, co ma robić. Dobranoc, Deene, i dzięki.

Uniosła się na palcach, zmrużyła swe śliczne zielone oczy, pocałowała go w policzek i z lekkim westchnieniem się cofnęła.

Nie pozostało mu nic innego, jak ucałować jej dłoń i odejść.

– Tato?

– Oui, mon coeur?

Psotne błękitne oczy wpatrywały się w Jonathana Patricka Francisa Dolana.

– Dlaczego przestałeś do mnie mówić po irlandzku? Czasem tylko śpiewasz w tym języku.

Dolan uśmiechnął się do najpiękniejszej kobietki, jaką widział w życiu.

– Bo prawdziwa dama mówi po francusku.

Przewrócił kartkę zaczytanego na śmierć Robinsona Crusoe.

– Poczytać ci po francusku o przygodach tego nieszczęśnika?

Tłumaczenie z angielskiego na francuski byłoby dużym poświęceniem dla człowieka, który uczył się francuszczyzny w dokach Calais, ale dla niej zdobyłby się i na to.

– Proszę, tylko nie to. – Georgina poprawiła się na kanapie. – Panna Ingraham co rano każe mi recytować po francusku. Zaśpiewasz mi coś dzisiaj?

Ma zaledwie osiem lat, a już umie się przypochlebiać. Nie wiedział, czy ma być z tego dumny, czy niezadowolony.

– Weźmiesz się w końcu do tego francuskiego, acushla mo chroí*?

Wydęła usteczka, kiedy pogładził ją po starannie zaplecionym blond warkoczu. Dzięki Bogu odziedziczyła po matce typowo angielskie blond loki, a nie rudobrązowe, rozwichrzone włosy Dolana.

Zasiedział się w dziecinnym pokoju, choć powinien tkwić w biurze, sprawdzając rachunki od leniwych podwykonawców, złodziejskich faktorów i bezużytecznych dostawców. Mało brakowało, a namówiłaby go do przeczytania paru stron z ich ulubionej książki i zleciałaby im na tym godzina.

Nie byłaby to godzina stracona, ale musiał ją poświęcić na pracę. Przez te wszystkie interesy miał za mało czasu dla swego jedynego dziecka.

– Wiesz co? – powiedział, odkładając książkę. – Jeśli panna Ingraham pochwali cię za francuski, jutro wieczorem dla ciebie zaśpiewam.

– Dlaczego nie dzisiaj?

– Bo dzisiaj wychodzę, kochanie. A ty popracujesz z guwernantką, odmówisz paciorek i zaśniesz jak aniołek.

Sięgnęła po książkę i położyła ją sobie na kolanach.

– Przyśni mi się kucyk.

– Ucz się francuskiego, a ja postaram się dla ciebie o kucyka. Będziemy go trzymać w Whitley.

Posłała mu dziwnie dorosłe spojrzenie.

– Pojedziemy tam dopiero latem, a przecież jeszcze nawet nie zaczęła się wiosna.

Zanim zaczęła mu wiercić dziurę w brzuchu, Dolan ucałował ją w czubek głowy i wstał.

– Ucz się francuskiego, moja miła Georgino, bo wtedy będziesz miała lepszą pozycję wyjściową. Twoja wartość wzrośnie.

– Zaraz zaczniesz mi mówić o haftowaniu. Nigdy nie dostanę tego kucyka.

Na szczęście się uśmiechała.

– Po co komu kucyki, kiedy można mieć czarodziejskie jednorożce? – Dotknął jej noska pokrytym odciskami palcem i wyszedł, zanim zdążyła mu powiedzieć, że nie istnieją żadne jednorożce. Kiedy pierwszy raz przekazała mu tę smutną prawdę, Dolan pozwolił sobie na kropelkę whisky w celach czysto leczniczych, choć jeszcze był jasny dzień.

Wiedział, że oznacza to początek końca ery słodkiej niewinności i że niedługo zamiast uległej, grzecznej dziewczynki będzie miał do czynienia z bogatą angielską panienką, którą trzeba będzie poprowadzić ku szczęśliwej, dostatniej dorosłości.

– Ma pan gościa, sir.

Za każdym razem, gdy słyszał akcent Bramptoma, ogarniało go zadowolenie. Udało się podkupić tego lokaja z książęcego domostwa i rzeczywiście był on uosobieniem angielskiej godności i taktu.

Brampton podsunął mu niewielką srebrną tackę – złota tacka, jak Dolan dowiedział się, byłaby zbyt ostentacyjna – na której leżał bilet wizytowy.

– Powiedz markizowi, że ani mnie, ani panny Georginy nie ma w domu i że nie będzie nas przez… – nie, niech ten żałosny żebrak przychodzi tu co dnia i odchodzi z niczym. – Powiedz mu tylko, że nie będzie nas przez resztę dnia.

– Tak jest, sir.

Brampton wyszedł, cichym i zdecydowanym krokiem, który oznaczał, że sprawa jest ważna, ale na tyle wolnym, by zaznaczyć, że nie jest pilna. Dolan obserwował go przez chwilę.

Pewnego dnia Jonathan Dolan odwiedzi dom swojej córki i zobaczy podobnego lokaja, który będzie się zwracał do swojej pani „milady”.

Zszedł do biura i zajął się sprawami złodziei, bandziorów i szarlatanów, z którymi na co dzień prowadził interesy.

– Wyglądasz, jakbyś miał gwoździe w gębie. Niezbyt zachęcający widok dla tych wszystkich słodkich, młodych istotek, które ćwierkają po kątach sali balowej.

Deene znał ten ironiczny bas baryton. Odwrócił się do Josepha Carringtona, lorda Kesmore, który stał tuż za nim i sączył szampana.

– Dobry wieczór, Kesmore. Co cię wykurzyło z ostępów hrabstwa Kent o tak wczesnej porze roku?

Ciemne brwi Kesmore’a opadły w dół.

– Hodowla świń jest obrzydliwie zyskowna. Mówię ci to w najgłębszym zaufaniu jako twój sąsiad i przyjaciel, a także jako człowiek, który widział cię pijanego jak bela, do tego stopnia, że wyśpiewywałeś ody do kobiecych atrybutów pewnej barmanki. Jednakże taki hodowca, zwłaszcza jeśli jest niedawno po ślubie, napotyka pewne trudności, gdy robi się coraz cieplej i trzeba oczyścić chlewy ze świńskiego łajna, które gromadziło się w nich przez całą zimę.

Mimo nieznośnego gorąca, jakie panowało w sali, oraz wyzwania, jakim była dla niego orkiestra, strojąca swe instrumenty, kąciki ust markiza uniosły się w uśmiechu.

– Przyjechałeś do Londynu, żeby uciec przed smrodem świńskiego łajna?

– Aromat świńskiego łajna przesącza się w nocy przez okno sypialni, moja pościel cuchnie świńskim łajnem… zresztą nie mam na co narzekać, bo dzięki Bogu to nie na mnie będą w tym roku polować ambitne mamuśki.

Deene wziął kieliszek szampana z tacy przechodzącego obok nich lokaja, żeby nie widzieć litości w oczach Kesmore’a, w których zazwyczaj lśniła tylko obojętność.

– Mój kuzyn Anthony, który jest o wiele bardziej towarzyski ode mnie, powiada, że teraz, gdy skończyła się żałoba, powinienem przyjmować wszystkie zaproszenia, zostawiając mu nudne gospodarzenie moimi posiadłościami. Podejrzewam, że jest w tym coś więcej niż altruistyczne poświęcenie.

– W takim razie chodźmy pograć w karty. Jeśli będziesz ze mną, mało która z tych słodkich panienek odważy się do ciebie podejść.

Wspaniała propozycja, tylko że w pokoju do gry w karty wszyscy uprawiali hazard. A żeby grać, trzeba mieć sporo pieniędzy na zbyciu.

– Ukryję się między palmami. – Deene przerwał, by napić się wina dla kurażu. – Mamuśki patrolują salę balową, ale w karcianym pokoju czają się ciotki i babki. Jestem jeszcze za mało pijany, by potykać się z takimi smokami.

Kesmore spojrzał na niego z politowaniem, a może tylko ze współczuciem, bo sam przecież był dopiero od niedawna żonaty.

– W takim razie zostawiam cię twemu losowi. Zawsze możesz powiedzieć, że odezwała się twoja stara rana i nie możesz tańczyć.

Deene zasalutował kieliszkiem w podzięce za tę radę i dalej podpierał kolumnę, starając się wtopić w tło. Jednak zważywszy na wysoki wzrost, złociste włosy o odcieniu, który lśnił w blasku świecy, oraz na fakt, że od trzech lat na salonach nie pojawił się równie utytułowany kawaler, nie miał złudzeń. Czekał go przegrany wieczór, a może i życiowa porażka.

W dwie godziny później przekonał się, jak bardzo miał rację.

– Milordzie, koniecznie powinieneś zatańczyć z moją najdroższą Mildred. – Chichot lady Staines zabrzmiał prawie jak charkot. – Jest bardzo nieśmiała, a przecież to najbardziej urocza tancerka, jaka kiedykolwiek pojawiła się w sali balowej.

Niepomiernie nieśmiała panna Mildred Staines była tą samą młodą damą, która dopadła go piętnaście minut temu po drodze do pokoju wypoczynkowego dla dżentelmenów. Miała pazury zamiast paznokci i gdyby nie Kesmore, który nadszedł w ostatniej chwili…

– Och, Deene! Tutaj jesteś! – Nagle znikąd wyłoniła się Eve Wind­ham, złocistowłosa i zielonooka, w jasnobłękitnej sukni, która odsłaniała jedynie odrobinę dekoltu. Ale co go obchodzi jej dekolt, kiedy właśnie lady Staines ze swoim monstrum wciągają go za włosy w otchłań świętego związku małżeńskiego?

– Lady Eve. – Pochylił się nad jej dłonią, słodko pachnącą jaśminem.

Eve serdecznie powitała damy, po czym obdarzyła go promiennym uśmiechem.

– Przygotuj się, milordzie. Tancerze już się ustawiają.

Przez chwilę tak krótką jak mrugnięcie patrzyła mu prosto w oczy. Chciała mu powiedzieć, że…

Niech jej Bóg wynagrodzi. Walc. Ostatni taniec przed kolacją.

– Wybacz, lady Eve. Moje urocze towarzyszki zawróciły mi w głowie. Lady Staines, panno Staines, proszę o wybaczenie.

Poprowadził Eve na taneczny parkiet i skłonił się, jak nakazywała etykieta.

– Dzięki ci za to.

Dygnęła z wdziękiem.

– Przysługa za przysługę. – Posłała mu uśmiech, inny od tego uroczego, radosnego – i pewnie fałszywego – którym obdarzyła go w towarzystwie pań Staines.

Zabrzmiały wstępne tony walca, więc wziął ją w ramiona, zgodnie z wymogami tańca.

– Czy my kiedykolwiek tańczyliśmy ze sobą walca, milady?

– Nie miałeś tej przyjemności, odkąd zaczęłam upinać włosy po dorosłemu. Ostatni raz tańczyliśmy w święta Bożego Narodzenia, w Morelands. Byłeś na urlopie, razem z Bartem i Devlinem.

Zabrzmiała muzyka. Gdy ruszyli do tańca, Deene sięgnął pamięcią do dawnych czasów. Tańczył ze wszystkimi Windhamównami, nawet z Maggie, która do czasu ślubu z Hazeltonem była kimś w rodzaju rodzinnej pustelniczki.

Tańczył z Eve podczas ostatniego urlopu lorda Barta przed jego śmiercią. Gdy musnął spojrzeniem twarz swej partnerki, zobaczył w jej oczach cień tego samego smutnego wspomnienia i nie mógł tego znieść. Przy następnym obrocie przycisnął ją mocniej.

– Deene. – Wymówiła ten tytuł, tych pięć literek, tonem, który wystarczyłby za całe kazanie na temat nieprzyzwoitego zachowania.

– Jeśli rzeczywiście chcesz mnie uratować, musisz to zrobić, jak się należy – powiedział z uśmiechem, zadowolony, że spod jej oczu zniknęły cienie – Jeśli nie zobaczą, jak ze sobą flirtujemy, wszystkie lady Staines tego świata uznają, że jestem do wzięcia, w sensie mariażu.

– Bo rzeczywiście jesteś do wzięcia, w sensie mariażu. To, że zagarnęłam cię na jeden taniec, nie znaczy, że będę cię kryła do końca świata.

– Że będziesz mnie kryła… – Spodobało mu się to. – Bardzo sensowny pomysł. Przy kolacji będziesz musiała ze mną usiąść, wiesz?

Lekki grymas zdradził, że nie zamierzała tego uczynić. To znaczy, że jej życzliwość była spontaniczna i że Eve nie obserwowała, jak te babska ścigają go, tropią i osaczają przez cały długi wieczór.

– Walc i kolacja. – Zamilkła, bo znowu zawirowali w tańcu. Tym razem Deene przyciągnął ją do siebie nieco mocniej, a potem puścił. – Lucasie Denning, zachowuj się przyzwoicie albo rozpowiem o twoich niecnych upodobaniach.

Poprowadził ją przez całą salę – tańczyła bardzo lekko – uświadamiając sobie, że jego zaczepka obróciła się przeciwko niemu. Ten krótki moment, gdy ich ciała się zetknęły, przyprawił go o dreszcz erotycznego podniecenia.

– To tylko na pokaz, moja droga. Powiedz mi, jak ci się udało uniknąć małżeństwa przez tyle lat. Szczodrze ci zapłacę za zdradzenie tego sekretu.

Na moment podniosła wzrok, który do tej pory uparcie wbijała w jego ramię.

– Deene, ty naprawdę potrzebujesz żony. Nie masz żadnych spadkobierców poza kuzynem, który zresztą też jest nieżonaty. Poza tym niczego nie unikam. Po prostu się nie spodobałam.

– Nie spodobałaś się? – Słyszał, jak jej bracia z ponurymi minami grożą, że niebawem będą musieli odganiać kijem tych wszystkich ado­ratorów małej Eve.

– Jestem za niska. Prawdziwa angielska piękność powinna być wiotka i wysoka tak jak Jenny. – Posłała mu znów ten swój fałszywy uśmieszek.

– Do mnie pasujesz. – Te słowa wymknęły mu się bezwiednie, choć szczerze. Eve z powrotem wbiła wzrok w jego ramię.

A czekała ich jeszcze kolacja.

– Co słychać u St. Justa? – Nie najgorszy temat do rozmowy i całkiem wiarygodny. Najstarszy brat Eve służył razem z nim w wojsku, a potem, dwa lata po Waterloo, dostał tytuł hrabiego i majątek w Yorkshire.

– Świetnie sobie radzi w West Riding. Widzieliśmy go w święta i wygląda na to, że tamtejsze góry dobrze mu robią. Chyba że to wpływ małżeństwa i ojcostwa.

Czy mu zazdrościła, czy po prostu za nim tęskniła?

– Może powinienem go odwiedzić.

Choć w górach pewnie nadal panuje zima.

Eve zamilkła, a potem rzuciła mu kobiece, badawcze spojrzenie.

– Lucas, to tylko dziewczęta. Wychowano je tak, że nie marzą o niczym więcej niż o mężczyźnie, który je utrzyma i da im dzieci. Twój tytuł, fantastyczny wygląd i liczne posiadłości to tylko wisienka na torcie. Wybierz taką kobietę, z którą będziesz mógł się serdecznie zaprzyjaźnić, i oświadcz się jej.

Serdeczna przyjaźń. Eve opisała mu praktyczną, choć wyrafinowaną formę małżeńskiego związku, której spodziewała się po nim cała socjeta. Sama Eve chyba też na takie liczyła. Jednak Deene postrzegał je jako wyjątkowo ponury, mroźny krąg piekła przeznaczony specjalnie dla utytułowanych angielskich lordów.

Chociaż po kilku takich wieczorach jak ten nie będzie miał pewnie żadnego wyboru.

Gdy muzyka umilkła i partner odprowadził ją na miejsce, Eve pożałowała impulsu, który kazał jej wyrwać Deene’a z paszczy ambitnej lady Staines. Markiz służył swego czasu w kawalerii, miał tytuł i był niesamowicie przystojny. To chyba niemożliwe, żeby myśl o flirtowaniu z kilkoma słodkimi idiotkami zasnuła jego błękitne oczy aż takim smutkiem.

– Zjadłabyś coś, milady?

Uśmiechał się do niej pogodnie.

Zapomniała, że przecież był dżentelmenem. Poważny problem związany z przeszłością Maggie został rozwiązany tuż przed jej ślubem, dzięki życzliwości, determinacji i bardzo dyskretnej pomocy markiza. Dama w opałach lub dama pragnąca posilenia się – takie sytuacje budziły w nim poczucie wypełnienia obowiązku.

– Bardzo chętnie, ale nie nakładaj na mój talerz dojrzałych serów i wszystkiego, co mogłoby zawierać czerwone wino.

Podeszła wraz z nim do bufetu i patrzyła, jak wypełnia smakołykami talerz.

– Znajdźmy sobie jakiś cichy zakątek, dobrze? – Pochylił się i szepnął jej do ucha: – Im mniej będę się im rzucał w oczy, tym mniejsza szansa, że mnie ożenią.

Mało brakowało, a parsknęłaby śmiechem. Ktoś taki jak on zawsze przyciąga uwagę. Gdyby nie była córką księcia, w dodatku – teoretycznie – panną na wydaniu, pewnie zostałby stratowany przez damy, które tłoczyłyby się wokół niego przy bufecie.

– Może na galerii? – zaproponowała. Poprowadziła go korytarzem ku długiej, wysokiej sali, z widokiem na taras. Przez kilka par otwartych balkonowych drzwi napływały chłód i cisza.

– Tutaj. – Wskazał dłonią, w której trzymał talerz. Drugie ramę podał Eve, jakby jej obecność mogła odegnać natrętne mamuśki. Szczerze mówiąc, tak właśnie było.

Pod łukowatym sklepieniem stał stolik – prawdziwa oaza intymności na hałaśliwym, wypełnionym tłumem gości przyjęciu.

– Chyba powinnam cię przeprosić – powiedziała, gdy usiedli.

Rozsiadł się wygodnie na filigranowym krześle z kutego żelaza, wyglądającym tak, jakby z trudem mogło utrzymać jego ciężar.

– Za co?

– Właściwie to nie przeprosiny. – Eve podniosła z talerza szklarniową truskawkę i przyjrzała się jej krytycznie. – Uwielbiam truskawki, ale zdaje mi się, że lepiej smakują, gdy pozwala im się rosnąć zgodnie z ich naturą.

Włożyła ją sobie do ust i patrzyła, jak Deene robi to samo z drugim, nieco mniejszym owocem.

Miał piękne usta. Nie potrafiła o tym zapomnieć ani na chwilę. Niech go licho porwie.

– Za co miałabyś mnie przepraszać? – Wziął kolejną truskawkę. Tym razem wzrok Eve skupił się na jego dłoniach. Zdjął rękawiczki, więc widać było, jakie są silne. Dotykał nimi jej ciała. Przyniosły jej ulgę w bólu, a w Boże Narodzenie…

Spojrzała pochmurnie na cząstkę pomarańczy.

– Nie rozgadałeś niczego. Jestem ci za to wdzięczna.

– Nie rozgadałem? – Wyprostował się czujnie jak drapieżnik, który wyczuł zwierzynę. Truskawka zniknęła, nie wiadomo gdzie. – Nie rozgadałem o twoim bólu głowy? Co ze mnie byłby za dżentelmen, gdybym plotkował w klubie o kłopotach damy? Jak to by…

Eve pokręciła głową. Mężczyźni byli tacy niedomyślni. Jej bracia twierdzili, że kobiety są zbyt subtelne i nigdy niczego nie mówią wprost, ale to mężczyźni nie potrafią zrozumieć pewnych ważnych rzeczy.

– O tym, co zdarzyło się w Boże Narodzenie – powiedziała bardzo cicho. W końcu ściany też mają uszy. Wpatrzyła się w kolejną cząstkę pomarańczy. – O pocałunku. Nie przechwalałeś się. Doceniam to.

Koniecznie chciała podziękować mu za dyskrecję. Miała wrażenie, że w ten sposób prostuje sprawy między nimi, którym pozwoliła dryfować w niewłaściwym kierunku. Docinki i słowne potyczki ją bawiły, ale podziękowanie też mu się należało.

– To bardzo ciekawe. – Deene zwrócił się do dorodnej truskawki, czerwonej, idealnie kształtnej i wyrośniętej. Tylko kiedy on ­zdążył przysunąć się tak blisko? – Ja tylko próbuję jakoś sobie radzić bez wpadania w małżeńską pułapkę, zapominam się odrobinę w towarzystwie pewnej młodej, ogólnie szanowanej damy, a ty uważasz, że dbam o twoje dobre imię?

Wrzucił sobie truskawkę do ust i mówił dalej, leniwym, zmysłowym tonem, od którego Eve ogarniała dziwna, wewnętrzna słabość.

– Dlaczego tak się jeżysz, Deene? Chciałam ci tylko podziękować.

Skończył gryźć truskawkę. Jedząc, cały czas wpatrywał się w Eve swoimi błękitnymi oczyma.

– Czy nasz pocałunek sprawił ci przyjemność, Evie?

Evie. Tylko rodzina zwracała się do niej zdrobniałym imieniem. On wypowiedział je szczególnym, intymnym tonem, jakiego rodzina nigdy nie używała.

Wyprostowała się.

– Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Jeśli powiem, że nie, to skłamię. W końcu to ja się na ciebie rzuciłam i musiałeś mnie od siebie odsunąć. A jeśli powiem tak, to będzie znaczyło, że jestem zepsuta.

– Bo jeśli sprawił ci przyjemność – mówił Deene, jakby nie słyszał jej słów – a mnie sprawił i to wielką, to może dziękowałaś mi za pocałunek, a nie za utrzymanie tajemnicy, którą zachowałby każdy mężczyzna obdarzony rozsądkiem i mający dobre maniery.

Kiedy tak na nią patrzył, miała trudności ze zrozumieniem sensu jego słów, ale w końcu zdobyła się na ten wysiłek.

Czuł się urażony jej podziękowaniami.

Każdy mężczyzna goszczący u jej rodziców byłby tak samo dyskretny w podobnej sytuacji.

Pocałunek sprawił mu przyjemność.

Pochylił się ku niej tak blisko, że poczuła zapach lawendowo-cedrowego mydła. Tak blisko, że mogła…

Poczuć jego usta, miękkie i doświadczone, na swoim policzku. Mog­ła też się odsunąć. Tym razem nie miała wygodnej wymówki w postaci kieliszka zaprawionego ponczu, nie było radosnych świąt ani tęsknoty za kolejną siostrą, która wychodzi za mąż.

Ujął w dłoń jej podbródek a potem przekręcił lekko jej głowę, żeby spojrzała mu w oczy.

Miękkie, doświadczone usta przesunęły się ku jej wargom, czule i nieustępliwie. Nie używał siły, nawet nie próbował. Delikatnie nakłonił ją do tego pocałunku.

Wtedy było inaczej. Zaczęło się od buziaka w imię głupiej, świątecznej tradycji, a skończyło na pocałunku bez tchu, który, miała nadzieję, zaskoczył ich oboje.

Tym razem – dobry Boże – tym razem pocałunek był czuły, zdecydowany i rozkoszny jak truskawki, których smak czuła, gdy język Deene’a muskał jej wargi. Ona również położyła dłoń na jego policzku, nie po to, by go przysunąć bliżej, ale by lepiej poczuć na ustach zmysłowy dotyk jego języka.

– Deene, ja nie wiem, jak to się robi.

Nie odezwał się ani słowem, tylko znowu nakrył jej wargi swoimi, otwierając usta. Jego język wybiegł jej na spotkanie, zapraszał, by teraz ona spróbowała jego smaku. Kiedy to zrobiła, poczuła, jak ciało Dee­ne’a przeszył dreszcz. Poczuła, jak ją mocniej przytula. Zakręciło jej się w głowie. Dotykała go, by nie stracić orientacji, by wiedzieć, gdzie jest góra, dół, północ i południe, gdzie jest on, a gdzie ona, bo działy się z nią niepojęte rzeczy. Deene chyba niedawno się ogolił, bo…

Chwycił jej dolną wargę zębami. Nie ugryzł jej, tylko trzymał. Nie miała wrażenia, że jest w pułapce, tylko że jest z nim. Poczuła jego drugą dłoń, dużą i ciepłą, na swojej szyi. Dotyk był miły, serdeczny, swojski i spokojny, w odróżnieniu od pocałunku.

Chyba wyczuł, że posuwają się za daleko, bo oderwał się od niej wargami, a za to oparł się czołem o jej czoło.

– Powiedz mi, że ci się podobało, Evie. Jeden pocałunek nic nie znaczy, to żaden skandal. Drobna przyjemność, jaką mogą sobie dać ludzie, którzy, jak mi się zdaje, niewiele mają jej w życiu.

Przesunął dłoń ku podstawie jej czaszki, jakby chciał, by ten dziwny pocałunek czół trwał w nieskończoność, a już na pewno do chwili, gdy usłyszy jej odpowiedź. Ona chciała tylko ukryć twarz na jego ramieniu.

– Podobało mi się, choć pewnie nie powinno. Wtedy też mi się podobało. W Boże Narodzenie.

Głupie wyznanie. Ale ten dziwny, intymny uścisk – drugą dłoń położyła na klapie jego surduta – sprawił, że szczerość wydała jej się bezpieczna. Szczerość wobec tego mężczyzny. Odsunął się nieco, ale wciąż pieścił dłonią jej podbródek. To niewielkie oddalenie sprawiło, że ochłonęła i zaczęła się sobie dziwić. Jak mogła mu na to pozwolić? Do czego się właśnie przyznała?

– Ostatnia truskawka dla ciebie. – Podsunął jej talerzyk z nieprzeniknioną miną.

Smakował truskawkami.

– Może jeszcze plasterek szynki i melona – powiedziała, wkładając je sobie do ust. Czy doświadczeni ludzie całują się w taki sposób? Między jednym kęsem owocu a drugim, kiedy połowa socjety plotkuje do utraty tchu dwie sale dalej?

Nie musiała się wysilać, by znaleźć jakiś sensowny temat do rozmowy, bo właśnie zjawiły się Jenny z Louisą. Powinna z ulgą powitać ich nadejście, a przynajmniej się ucieszyć.

Ale w wirze emocji, które w niej szalały, nie było ani radości, ani ulgi.

Deene doskonale wiedział, że Eve Windham bywa na balach od co najmniej pięciu lat. Miała adoratorów i zalotników, kilku z nich nawet poprosiło o jej rękę, ale całowała się jak… niewinna dziewczynka. W Boże Narodzenie pocałowała go z takim zapamiętaniem, że zastanawiał się, kto kogo trzyma pod tą jemiołą. Już chciał się odsunąć po zdawkowym, świątecznym buziaku, kiedy objęła go za szyję i wydała gardłowy pomruk pełen tęsknoty i zadowolenia. Ten dźwięk – bardziej niż świąteczna atmosfera i kilkumiesięczny celibat – sprawił, że Deene odpowiedział jej namiętnym pocałunkiem.

Dopiero przypływ pożądania kazał mu się odsunąć.

Teraz było nie lepiej. Siedziała naprzeciw niego i posilała się wytwornie, jakby żar i oszołomienie, które ogarnęło ich kilka chwil temu, w ogóle nie zaistniały.

– Ukrywacie się tu we dwójkę. – Lady Genevieve Windham podeszła do nich z uśmiechem mówiącym, że to docinek, a nie oskarżenie. Mina lady Louisy – lady Kesmore – była znacznie mniej przyjazna.

Szczerze mówiąc, typowa dla uroczej Louisy.

Deene wstał.

– Miłe panie, zapraszamy. Przynieść więcej krzeseł?

– Nie ma potrzeby – odpowiedziała Louisa, w dalszym ciągu bez uśmiechu. – Przyszłyśmy po Evie. Mama jutro wybiera się na proszone śniadanie, więc musimy już wracać do domu.

Eve wstała. Nie widać było po niej ani ulgi, ani irytacji. Kiedy ta mała psotnica zdążyła zmienić się w dorosłą, opanowaną kobietę?

– Dobranoc, Deene. – Przechyliła głowę, by spojrzeć mu w oczy. – Dzięki za cudownego walca… i za wszystko. – Posłała mu uśmieszek, zupełnie inny od wszystkich, które widywał u niej wcześniej. Słodki i odrobinę tajemniczy. – Mam nadzieję, że przez resztę wieczoru będziesz się bawił równie dobrze, jak ja przed chwilą.

Wzięła siostry pod rękę i odeszła – drobna blondynka między wyższymi od niej kobietami. Mimo to miał wrażenie, że to ona je prowadzi.

Nie odważył się siedzieć w mroku samotnie, będąc w pobliżu lady Staines i jej podobnych, które czekały tylko na chwilę nieuwagi, by poszczuć go swoimi córkami. Zabrał talerz i ruszył prosto do pokoju, gdzie grano w karty.

– Obawiam się, że teraz moja kolej.

Eve poczekała z tą uwagą, aż lokaje odejdą, zostawiwszy tace z herbatą na niskim stoliku przy sofie.

Louisa podniosła wzrok znad książki – zawsze jakąś czytała – i zmarszczyła brwi.

– Jaka kolej? O co ci chodzi? Czy to jakaś nowa zgadywanka, Evie? – Odłożyła książkę i pochyliła się w jej stronę. – Jak dla mnie, teraz jest kolej na jedzenie. I dobrze, bo to już najwyższy czas.

– Co chcesz przez to powiedzieć, kochanie? – Jenny siedziała na drugim końcu sofy. Zdjęła pantofelki, oparła się plecami o podłokietnik i podciągnęła kolana pod brodę.

– Na małżeństwo.

Zanim zapadła chwila milczenia, siostry Eve wymieniły najbardziej irytujące z siostrzanych spojrzeń. Ciszę przerwała Jenny:

– Czy to znaczy, że wybrałaś Trottenhama? Muszę przyznać, że jest bardzo sympatyczny.

– Tylko nie Trit-Trot – powiedziała Louisa, sięgając po czekoladowe ciasteczko. – Jest głupkowaty.

– Racja. – Jej zalotnicy zawsze byli głupkowaci. – Nie mam na myśli nikogo konkretnego. Po prostu czuję, że powinnam sama kogoś wybrać, bo w przeciwnym razie Ich Wysokości sami się tym zajmą i wszystko przepadnie.

– Jak to przepadnie? – Louisa dołożyła sobie trzy następne ciasteczka. – Jeśli małżeństwo oznacza, że wszystko przepadło, to muszę przyznać, że taki koniec całkiem mi odpowiada.

– Louiso, powinnaś zacząć od kanapek – napomniała ją Eve.

– W nadziei że zostanie dla mnie choć parę ciastek, kiedy wy dwie się na nie rzucicie? Nie ma mowy, do kanapki wezmę się później. Co to ma znaczyć, że wszystko przepadnie?

Jenny zsunęła nogi z sofy i odłożyła francuski magazyn mód.

– Ich Wysokości chcą tylko, żebyśmy były szczęśliwe. Maggie miała mnóstwo kandydatów, a papa odrzucał ich wszystkich.

– Maggie była w innej sytuacji – odpowiedziała Eve. – Wytrzymała do trzydziestki i, uznana za starą pannę, była bezpieczna. Sophie wyszła za swojego barona, a Louisa zaprowadziła Josepha przed ołtarz. Teraz rodzice mają tylko nas dwie.

– Nie tylko. – Louisa chmurnie spojrzała na ostatnie ciasteczko. – Papa musi rządzić Izbą Lordów. Mama ma swoje Stowarzyszenie Dystyngowanych Dam. Do tego dochodzą wnuki.

– Tak, ale nas też mają. – Eve zaczęła nalewać herbatę: czarną dla Jenny, z cukrem dla siebie i z mnóstwem śmietanki oraz cukru dla Louisy, co było jawną niesprawiedliwością. Louisa nigdy nie tyła, chociaż jadła bez przerwy.

Eve sączyła herbatę, a perspektywa małżeństwa dławiła ją jak ciężar leżący na piersi.

Poprzedniego wieczoru, kiedy wracała z balu z matką i z siostrami, wpadła jednak na pewien pomysł.

Białe małżeństwo.

Nie były aż tak popularne jak niegdyś, w czasach króla Jerzego, ale Eve podejrzewała, że trafiają się całkiem często. Lord i lady Esteridge zawarli właśnie taki związek. Sukcesją pracowicie zajmował się brat Jego Lordowskiej Mości.

– Mamy ci poszukać kandydatów? – spytała Jenny. – Kesmore był z pozoru do niczego, a Louisa zakochała się w nim po uszy.

Louisa