Wydawca: Wydawnictwo Czytelnik Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 128 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chrząszcze na wyginięciu - Diego Vargas Gaete

Powieść o skomplikowanych losach chilijskich rodzin i doświadczeniu krzywdy. Jest jak wielka matrioszka: jeśli ją otworzyć, wyłaniają się z niej różne historie, odrębne, a jednak tworzące jeden wszechświat. To również obraz miasta zbudowanego na gruzach i przemocy, miasta dwóch kultur. Krzyżują się tu przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, jak w kalejdoskopie przeplatają losy młodej lekkoatletki o niemieckim pochodzeniu i historia Julio Mellado o indiańskich korzeniach. Łączy ich potworna tajemnica ukryta w murach pewnej niemieckiej szkoły na południu Chile.

Książka ukazuje ponurą rzeczywistość historyczną i społeczną Chile, w której Europejczycy mają swój udział. Wspomniana niemiecka szkoła została bowiem założona przez potomków niemieckich imigrantów, których dzieło kontynuowali zbiegli z Europy po II wojnie światowej naziści.

To jednocześnie głos w dyskusji o możliwości odkupienia i ucieczki przed na pozór nieuniknionym wyrokiem.

Książka została uznana przez chilijskie Stowarzyszenie Krytyków Sztuki za najlepszą powieść 2016 roku.

 

Opinie o ebooku Chrząszcze na wyginięciu - Diego Vargas Gaete

Fragment ebooka Chrząszcze na wyginięciu - Diego Vargas Gaete

Diego Vargas Gaete

Chrząszcze na wyginięciu

Przekład Magdalena Antosz

Czytelnik

Księżniczka

W uszach Silvany wciąż rozbrzmiewa ochrypły głos dozorcy: „Panienko, nie wolno przeciążać pralki”. Choć powiedziawszy to, skierował się do swojej kanciapy przy wejściu do budynku, Silvana nie ma wątpliwości, że teraz ją obserwuje przez małą, wścibską kamerkę – perfekcyjne przedłużenie duszy tego wąsatego tyrana w roboczym kombinezonie. Może więc wcisnąć do pralki tylko cztery kilogramy ubrań, czyli kilka par dżinsów, dwa swetry, pościel, bieliznę, którą wybiera za każdym razem, gdy zapowiada się jakaś romantyczna noc, i przy odrobinie szczęścia swoją ulubioną czarną spódnicę. Silvana Kunz przegląda się w drzwiczkach jednej z suszarek. Odbicie ukazuje zniekształcony obraz: krzywe nogi, szeroką talię, spłaszczony nos. Zastanawia się, co by pomyślał Camilo, gdyby ją taką zobaczył, i zaczyna się śmiać. Jej śmiech jest żywiołowy niczym wicher wstrząsający wiotkim drzewem, bezmierny jak przesycające przestrzeń promienie słońca. To znów wyobraża sobie siebie u boku instruktora tańca, który mówi: „Piersi do przodu, głowa do góry, raz, dwa, trzy, panna młoda pozwala się uwieść…. Nie, nie i jeszcze raz nie, to mężczyzna prowadzi”, i próbuje wykonać kilka kroków walca na wyłożonej płytkami powierzchni. Nagle spogląda na zegarek i przypomina sobie, że ma się jeszcze zająć tortem. Krem mokka, kasztany, czereśnie, orzechy lub migdały. Wciąż nie wybrała ostatniego składnika. Zostały zaledwie dwa tygodnie, a przed nią masa spraw do załatwienia. Kręci głową i otwiera drzwiczki pralki. Najpierw wrzuca bieliznę, następnie koszule. Życie jest jak pralka, myśli Silvana: człowiek kręci się i kręci, i pozostaje w tym samym miejscu. Ona wie jednak, że to niezupełnie prawda. Jeszcze do niedawna, mimo że ma doktorat z biochemii, mieszkała u swoich rodziców i dwie gosposie nieustannie dbały o to, by na jej łóżku nie było ani jednej fałdki. Teraz wykonuje wszelkie prace domowe na zmianę ze swoim narzeczonym. Silvana jest pewna, że przy odrobinie wysiłku dałaby radę wcisnąć do pralki wszystko na raz. I mogłaby pójść z Camilem do ciastkarni. O ile udałoby się odciągnąć go od papierów i komputera. Kilka dni temu wyznał, że pracuje nad dziennikiem ze swojej ostatniej podróży. Silvana zna go zaledwie od pół roku i chętnie by się dowiedziała, co robił jej narzeczony podczas podróży po Ameryce Południowej. Należy on jednak do gatunku mężczyzn, dla których milczenie jest najlepszą odpowiedzią. Silvana Kunz po raz kolejny spogląda na zegarek i z całych sił wciska pościel do stalowego bębna. Zamyka drzwiczki, po czym wypchana po brzegi pralka zaczyna pracować mozolnie, z trudem usiłując przetrawić wszystkie ubrania. Nim maszyna całkowicie padnie, w pralni rozbrzmiewa metalowy jęk. Silvana kopie z całej siły w dolną część grata. Woda wprawdzie się leje, ale pralka nieubłaganie traci moc i zamiera. Silvana traktuje to jako wyzwanie i zaczyna potrząsać maszyną z całych sił. Do diabła z cholernym instruktorem tańca, który zmusza ją, by się poruszała niczym księżniczka, do diabła z weselnym tortem, do diabła z dozorcą pozbawionym prywatnego życia – myśli, szarpiąc pralką. Wówczas zaczynają migotać wszystkie światła, wyładowanie elektryczne pnie się po kablu podłączonym do gniazdka i w metalowej części pralki dochodzi do zwarcia. Ręce, piegowata twarz, silne ramiona i długie nogi Silvany, całe ciało trzęsie się, nieoczekiwanie porażone prądem. Ostatnie, co Silvana dostrzega, to jakiś blask i fosforyzujący basen, w którym się zanurza.

– Powinnaś być najlepszą uczennicą.

– Dlaczego?

– Jeszcze pytasz?

– Dlaczego?

– Silvano, nosisz nazwisko Kunz. Już o tym rozmawialiśmy, nie udawaj Greka.

– Dobrze, tato.

– Nie przytakuj, tylko udowodnij mi to w czynach.

– Ale ja się nudzę, nie chcę chodzić do szkoły.

– Nudzisz się, bo nie masz nic do roboty. Twój dziadek w grobie się przewraca, gdy to słyszy.

– Nawet nie pamiętam jego twarzy.

– Silvano, byłaś malutka, mniejsza niż teraz.

– Tato, nie jestem malutka, mam siedem lat.

– Dobrze. Możesz nie chodzić do szkoły, zaczniesz pracować w polu. Przekonasz się, jak to jest harować na mrozie, który szczypie w uszy, wstawać o piątej rano i biegać za krowami w ulewie.

– Wszystko mi jedno. Nie wrócę do szkoły.

– Nie zapędzaj się, bo twoje pogróżki mogą się spełnić.

– Niech się spełnią.

– Umowa stoi.

Pod wodą kilka fosforyzujących ryb przygląda się Silvanie, podczas gdy ona z wątpliwą gracją wywija rękoma i nogami. Po upływie zaledwie pół minuty dotyka dna. Wzrok zachodzi mgłą, ramiona przestają stawiać opór wodzie. Słyszy, lub tylko wydaje jej się, że słyszy, swoje imię i ostatkiem sił odbija się od dna. Na powierzchni wody otula ją powietrze. Oddycha. Ukazują jej się resztki wraku: kawałki tkanin i drewna, kanistry, bluzki i dżinsy. Dwadzieścia metrów dalej dostrzega ogromną araukarię, większą niż budynki. Silvana podpływa kraulem. Pień ma długość stu dinozaurowych szyj. Nagle zdaje sobie sprawę, że to nie jest właściwie araukaria lub przynajmniej niezupełnie przypomina te zapamiętane z dzieciństwa, z czasów, gdy ojciec zabierał ją na spacery do Parku Narodowego Conquillío. To drzewo ma gałęzi bez liku, a kora jego pnia pokryta jest niebywałą ilością bruzd, które stanowią swoiste, niekończące się schody. Silvana zaczyna się wspinać po gąbczastej szyi drzewa i dociera do czegoś w rodzaju punktu widokowego. Z góry odkrywa, że znajdowała się w basenie przypominającym akwedukt rzymski otoczony pszenicznymi polami. Silvana obejmuje wzrokiem całą przestrzeń. Nieoczekiwanie dostrzega książkę zawieszoną na gałęzi niby ozdoba choinkowa. Na okładce widnieje napis: Dziennik z podróży. Nagle przypomina sobie Camila. Jest przekonana, że to tytuł książki, nad którą pracował jej narzeczony. Z niedowierzaniem szczypie się do bólu, by się przekonać, że nie śni. Otwiera książkę i czyta:

Nazywam się Silvana Kunz Kienzler. Urodziłam się w Temuco. Mam trzydzieści sześć lat. Chodziłam do Niemieckiej Szkoły w moim rodzinnym mieście. Zostałam mistrzynią Araukanii w pchnięciu kulą. Skończyłam biologię na uniwersytecie w Halle. Moi dziadkowie ze strony ojca przypłynęli do Chile z Europy po drugiej wojnie światowej, używając fałszywych paszportów. Uciekali przed zapachem prochu i Ruskimi, którzy wtargnęli do Berlina. Rodzina Kienzlerów przybyła do Temuco na początku XX wieku. Thomas, mój dziadek ze strony matki, w 1939 roku objął stanowisko dyrektora Niemieckiej Szkoły w Temuco. Za jego urzędowania oddano do użytku nową placówkę szkoły z bieżnią lekkoatletyczną, kinem i pomieszczeniem piwnicznym, do którego mieli dostęp tylko wybrani – członkowie zarządu. W zaciszu tego klimatyzowanego więzienia mój dziadek zgwałcił siedem kobiet i jednego psa rasy sznaucer. Dziś audytorium nosi jego imię.

Silvana wymiotuje na swoje buty, po czym z całej siły ciska książką, która utrzymuje się na powierzchni wody niczym niewielkie koło ratunkowe. Odległość pomiędzy jej siedziskiem a basenem to jakieś czterdzieści metrów. Silvana przeciera oczy, posuwa się o krok do przodu i skacze w otchłań.

Silvana Kunz, dziewięćdziesiąt dwa lata, łagodna matka i żona, kochająca babcia, na zawsze w naszych sercach. Byłaś blaskiem, który oświetlał nam drogę. Z twoich ust pochodziły najmądrzejsze rady. Spoczywaj w pokoju. Na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci.

Stara jędzo, nie wiem, za jakie grzechy musiałam poznać wszystkie twoje kłamstwa. Nikczemna babo, wywłoko! Smaż się w piekle. Silvano, Silvano, wstydzę się nosić twoje imię. Wstydzę się tego, że jestem twoją córką, gardzę tobą, spluwam na twój grób.

Zanim się wybrał na tamten świat, Harald Kunz zlecił wybudowanie drewnianej chałupy w cieniu sosnowego lasu. Gdy tylko stanęła, nikt nie miał prawa się do niej zbliżyć. Zagubiona gdzieś na odludziu chata bez prądu i wychodka pokryta była cynkowym dachem, miała drewnianą podłogę i samotne okno wyglądające na posesję sąsiadów: pagórek, którego nigdy nie udało mu się kupić, własność rodziny Melillanców. Wczesnym rankiem widywano go wbijającego pale w grunt, coś tam wymierzającego i zapisującego cyfry w zeszycie oprawionym w skórę. Ani jego syn Ferdinand, ani jego żona nie byli w stanie przekonać go, by wrócił do wygód swojej posiadłości na przeciwległym krańcu działki. Po pewnym czasie kilku robotników rozpuściło plotkę, że stary jest szalony, bo przejawia szereg dziwactw, jak choćby to, że potrafi godzinami osłuchiwać ziemię za pomocą stetoskopu czy bredzić przed całym światem, jakoby prawda zamieszkiwała w głębi ziemi, z której kiełkuje wycie i płonące kule przybierające postać drzew i innych roślin. Po śmierci dziadka Silvana nigdy nie dowiedziała się prawdy. Znała tylko jej rodzinną wersję ograniczoną do absolutnego zakazu zbliżania się do chałupy ze starych, zgniłych desek, otoczonej chwastami i wysuszoną trawą.

Dlatego teraz Silvana zatrzymuje się na widok ogrodzenia z drutu kolczastego i zardzewiałego dachu, który dawał schronienie jej dziadkowi w ostatnich dniach życia. Niedawno rzuciła szkołę. Nad naukę matematyki i zapamiętywanie form czasowników przedkłada inne zajęcia: do jej obecnych obowiązków należy wstawanie przed świtem, karmienie psów i dbanie o grządki. Nim się odważy podejść bliżej, wspomina słowa, które słyszała niezliczoną ilość razy podczas kolacji i obiadów: „W żadnym wypadku nie zbliżać się do drewnianej chałupy”; myśli też o wróblu przelatującym nad bukiem, o obdrapanych kolanach swojej siostry Elke i o tym, czy gdyby była masą piór i kości rzuconych na wiatr, szydziłaby z murów, granic i płotów. Postąpiwszy zaledwie trzy kroki w kierunku starej chałupy, nagle słyszy:

– Czy ty nie powinnaś być w szkole?

Głos należy do staruszki o cynamonowej skórze. Silvana wzrusza ramionami. Hortensia Melillanca chwyta ją za dłoń i prowadzi w przeciwnym kierunku. Przechodzą przez dziurę w kolczastym ogrodzeniu. Wspinając się na pagórek, muszą kilkakrotnie przystanąć dla złapania tchu. Gdy po piętnastu minutach wchodzą do domku pokrytego strzechą, uderza je w twarz chmura dymu i kurzu. Siadają na krowiej skórze.

– Gdy dorośniesz, zostaniesz księżniczką – kobieta zwraca się do Silvany, a jej chce się śmiać, bo wie, że jest krzepka, i zanim zdecydowała się porzucić pierwszą klasę, koleżanki i koledzy nazywali ją nawet grubą świnią. Obok niej kura dziobie ziemię.

– Jestem głodna – mówi Silvana, a staruszka podaje jej kawałek chleba pieczonego w żarze ogniska. Dziewczynka grzecznie przeżuwa chleb i postanawia, że następnym razem przyniesie Hortensii w prezencie miód. Jednocześnie śledzi oczyma jaszczurki biegające po ścianach. Nagle słyszy pisk opon. Ferdinand Kunz musi się schylić, by wejść przez drzwi. Natychmiast dokonuje przeglądu dłoni i szyi swojej córki.

– Niech się pan nie martwi, nie jestem wampirem – mówi staruszka, a na jej twarzy maluje się uśmiech.

Silvana wciąż siedzi na podłodze.

– Idziemy – zarządza ojciec i bierze córkę na ręce.

Hortensia Melillanca wstaje i wzrokiem odprowadza Silvanę na tylne siedzenie samochodu, który pędem znika z jej posesji.

Wbrew przypuszczeniom większości Silvana zmierza ku śmierci, nie zastanawiając się nad niczym. Tymczasem woda zmieniła konsystencję. Stała się galaretowata, dzięki czemu Silvana zyskuje miękkie lądowanie. Leżąc na plecach, zanurza rękę w lepkiej masie koloru maliny i nabiera jej w garść. W ustach ma jeszcze posmak wymiotów. Przeżuwa galaretowatą maź, która smakuje jak świeża trawa. Wciąż leżąc na plecach, obserwuje chmarę motyli o brązowo-żółtych skrzydłach (Hylephila venusta). Daremnie próbuje usnąć, bo niepokojąco lekki wiatr delikatnie bawi się jej włosami. Postanawia wstać. Czuje się, jakby znalazła się na trampolinie. Piersi do przodu, głowa do góry, raz i dwa, i trzy, pozwól się prowadzić. Zaczyna podskakiwać.

Dwieście sześćdziesiąt lat przed Silvaną na uniwersytecie w Halle studiował Jacob Christian Schäffer. Skończył teologię i zrobił doktorat z filozofii. Jacob, obdarzony niezwykłą pamięcią mężczyzna o niespokojnym intelekcie, swobodnie przeskakiwał z botaniki na eksperymenty z elektrycznością i odwrotnie, zgłębiając tajniki niezliczonej liczby dziedzin nauki. Napisał podręcznik o wpływie leczniczych roślin na organizm ludzki, dokonał klasyfikacji mnóstwa gatunków ptaków pod kątem budowy i wielkości ich kończyn, opisał setki owadów, założył akademię nauk ścisłych i humanistycznych, cieszył się ogromnym szacunkiem i spłodził liczne potomstwo. Jedna z jego praprawnuczek wyszła za pewnego Jürgena. Na początku XX wieku urodził im się syn, Thomas Kienzler, dziadek Silvany, który w latach 1939–1945 był dyrektorem Niemieckiej Szkoły w Temuco. Jak już wiemy, podczas obfitującego w morze piwa jednego ze spotkań w piwnicy szkoły Thomas wprowadził penisa w tyłek sznaucera. Oprócz wspomnianych zasług Jacob Christian Schäffer miał jeszcze jedno osiągnięcie: w odległym roku 1767 opatentował pewien model pralki. Podobno wspomniany wynalazek zrodził się z ciągłych utyskiwań jego żony, która wychowując sześciu synów w podobnym wieku, nieustannie prała koszule, pieluchy, spodnie i kalesony. Zaczynając mierzyć się z pralką, Silvana nie miała o tym wszystkim bladego pojęcia.

Camilo się odwraca. To ojciec Silvany dotknął jego ramienia, odbijając mu partnerkę. Pan młody ustępuje i Ferdinand Kunz chwyta swoją córkę za rękę. Mimo stu dziesięciu kilogramów wagi porusza się z niesamowitą lekkością. Silvana wykonuje obroty, obserwując przy tym kryształowe żyrandole, biszkoptowy tort i głupkowate uśmiechy na twarzach większości biesiadników.

– Jesteś moją małą księżniczką – szepcze do niej ojciec do głębi poruszony.

Walc dobiega końca, sala rozbrzmiewa oklaskami. Schodzą z parkietu i kierują się w stronę tarasu, na marynarce mężczyzny lądują dziesiątki kropli czerwonego wina, a chłodny wiatr muska piegowate policzki obojga.

– To dla ciebie, w dowód miłości – szepcze Ferdinand, wręczając córce prezent. Silvana rozdziera papier i widzi książkę w twardej oprawie. Ma wrażenie, że zna ten tytuł, ale nie pamięta, gdzie się na niego natknęła: Dziennik z podróży. Otwiera na przypadkowej stronie:

Ferdinand Kunz był członkiem zarządu w Niemieckiej Szkole w Temuco w latach 1979–1990. Piastował stanowisko sekretarza. Mówiono wprawdzie, że w owym czasie szkolna piwnica pełniła funkcję sali tortur, jednak oskarżenia te nigdy nie zostały potwierdzone, gdyż z początkiem roku 1990 zbudowano w niej basen. Pełniąc funkcję sekretarza, Ferdinand Kunz był odpowiedzialny za zarządzanie pieniędzmi pochodzącymi z RFN-u. Gotówka wpływała na konto dwa razy do roku. Według zachowanych raportów w owym czasie przez mury Niemieckiej Szkoły przewinęły się niemieckie marki o równowartości ponad dwóch milionów dolarów. Ferdinand Kunz przeznaczył co najmniej sześćdziesiąt procent tej kwoty na badania nad genetyczną modyfikacją nasion. W ten sposób w 1988 roku opatentował pszenicę, którą nazwał Księżniczka, gatunek bardzo odporny na pasożytniczą błonkówkę (Aphidius ervi) i na pewną odmianę chrząszcza (Medonia deromecoides). Nasiona te zawdzięczają swą nazwę starszej córce Ferdinanda, Silvanie Kunz. Zachowały się dokumenty, z których wynika, że 20 grudnia 1986 roku na konto Ferdinanda Kunza w Banku O´Higgins przelano z RFN-u równowartość 977 tysięcy dolarów. Tydzień wcześniej Olaf Krause, obywatel RFN-u pełniący funkcję dyrektora naukowego w Niemieckiej Szkole w Temuco, zginął w nieszczęśliwym wypadku podczas polowania na terenie stanowiącym własność rodziny Kunzów.

Gdy Silvana Kunz po raz drugi w życiu zobaczyła nieboszczyka, miała osiem lat. Wraz z siostrą Elke pracowały przy żniwach. Pole było tak wielkie, że jej wzrok gubił się w złocistym oceanie zboża. Naraz jej pies Grzmot ruszył w pościg za królikiem i skończył swój żywot pod kombajnem. Biegnąc wśród przesuszonych kłosów zbóż, Silvana dotarła do marnych resztek owczarka niemieckiego. Nieszczęśliwa płakała, wspominając w czasie nie dłuższym niż siedem sekund całe swoje życie ze zwierzakiem u boku.

Silvana podskakuje coraz wyżej w galaretowym basenie. Czuje się lekka, płuca wypełniają się powietrzem. Nagle unosi ręce i udaje się jej uwiesić na jednej z gałęzi wielkiego drzewa. Wprawdzie Silvanie wydaje się, że to przesada, ale zaczyna podciągać się niczym na drążku w siłowni. Do jej osiągnięć należy mistrzostwo Araukanii młodziczek w pchnięciu kulą.

Pewnego dnia, gdy od zaledwie miesiąca żyli razem w małym mieszkaniu, Camilo zaczął ją całować i mocno objął w pasie. Po minucie toczyli się po dywanie, rywalizując, kto pierwszy zdejmie ubrania drugiemu. Camilo, mimo osiemdziesięciu dwóch kilogramów wagi i znajomości sztuk walki, został unieruchomiony przez swoją dziewczynę. Teraz Silvana zaczyna ćwiczyć bicepsy i łopatki, z pasją podciągając się na drążku aż do chwili, gdy gałąź ugina się pod jej ciężarem i Silvana jak z procy wylatuje w niebo.

Jest rok 2032. Zadają jej pytanie, które, mimo że powinno być oczywiste, okazuje się kłopotliwe:

– Co pani czuła, widząc Ziemię z daleka?

Silvana, przygotowana na odpieranie padających zwykle zarzutów, że jest ekscentryczką lub że roztrwania spadek po ojcu, zaniemówiła. Otwarte usta, błędne spojrzenie. Taki obraz Silvany obiega całe Chile. Widząc ją przepasaną białymi oponami niczym ludzik Michelin, wiele gospodyń domowych odkrywa, że ta milionerka to zwyczajna babka. Na piegowatej twarzy kobiety, zbliżającej się nieubłaganie do sześćdziesiątki, pojawia się nawet grymas. W tle widać statek, którym podróżowała wyłącznie ona: pierwsza, wyjątkowa turystka z Ameryki Południowej. Wielkie monstrum, którego turbiny produkują parę jak imbryk. Silvana wciąż milczy, dziesiątki lamp błyskowych wprawiają ją w stan otępienia. Chce powiedzieć coś ważnego, myśli o Księżycu, o kraterach, o gwiazdach, o szafirowym błękicie otaczającym Ziemię. Nie jest jednak w stanie wydusić z siebie ani słowa. Na ekranach milionów telewizorów można dostrzec jedynie jej szkliste oczy.

– Miałam mdłości, helikopter w głowie – udaje jej się wyszeptać, po czym mdleje.

Jest Etiopczykiem i nazywa się Oliver Eyenga. Za dwa lata na uniwersytecie w Halle skończy biologię jako najlepszy student, rocznik 1998. Oliver ma dwadzieścia lat. Silvana niedawno skończyła dziewiętnaście. Jest szczupły i niewysoki. Silvana siedzi z nim przy stole pełnym butelek. Prosi go o kostki lodu, ale nie ma pojęcia, czy dobrze ją zrozumiał. Zaczynają rozmawiać o muzyce, o klimacie w Chile czy też o chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył słonia – w klatce w zoo. Piją piwo, wódkę, zapijają whisky. Silvana raz po raz śmieje się z jego gestów i zabawnej mimiki. Na koniec lądują w jej pokoju. Zanim zgaszą światło, Oliver Eyenga zwraca się do niej:

– Wiesz, co jest największym nieszczęściem, jakie może się przytrafić Murzynowi?

Ona nie ma pojęcia, co odpowiedzieć.

– Być niskim i mieć jedenastocentymetrowego penisa.

Silvana przez chwilę mu się przygląda, po czym stwierdza:

– Rzeczy są małe lub duże w porównaniu z innymi. Mnie jest wszystko jedno, nigdy nie widziałam penisa.

Zaproszono ją do pewnego programu telewizyjnego, gdzie zmuszona była wystąpić obok tresera kotów i modelki, która właśnie wszczepiła sobie w przedramię naczynia włosowate wydry. Zapytano ją, dlaczego w środku roku 2032 wydała tak kolosalne sumy na podróż w przestrzeń kosmiczną. A ona zaczęła mówić o przysiędze, którą złożyła swemu ojcu przy jego łożu śmierci, i o szacunku, który winniśmy naszym przodkom. Te słowa sprawiły, że publiczność zaniemówiła. W rzeczy samej, od ponad dwóch dekad nikt nie podejmował takich tematów w telewizji. Prezenter udał, że słucha, po czym zapytał modelkę, czy gdy jest bardzo ciepło, swędzą ją ramiona. Przy wyjściu grupa kobiet czekała na Silvanę. Prosiły ją o zdjęcia, autografy, chciały jej dotknąć. Ktoś podsunął pomysł, by się zaangażowała w życie publiczne. Polem mogłaby się zająć jej córka. Silvana kupiła więc dom na kołach i w ciągu roku objechała Chile wzdłuż i wszerz, wygłaszając referaty. W Cholchol, wiosce położonej niedaleko jej rodzinnego Temuco, pewna kobieta zasugerowała założenie partii politycznej, która zrzeszałaby odważne kobiety i rozwódki. Zaoferowała jej nawet pomoc w zebraniu podpisów. Silvanie przypadł ten pomysł do gustu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: La extinción de los coleópteros

© Copyright by Diego Vargas Gaete, 2016

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Marta Krzywicka

REDAKCJA: Anna Kubalska

Dotacja na przekład została uzyskana w ramach chilijskiego Narodowego Funduszu Wspierającego Książkę i Czytelnictwo w 2016 roku.

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Magdalena Antosz, Warszawa 2017

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2017

ISBN 978-83-07-03421-8