Christine. Powieść o Krystynie Skarbek - Vincent V. Severski - ebook + audiobook
Opis

Krystyna Skarbek, agentka brytyjskiego wywiadu, przybywa do Belgradu. Jest 1941 rok i to właśnie tu ważą się losy wojny. Piękna Polka za wszelką cenę chce zapobiec przystąpieniu Jugosławii do walki po stronie Niemiec.

Krystyna Skarbek vel Christine Granville to jedna z najbardziej znanych agentek drugiej wojny światowej. Pracowała dla brytyjskiej służby specjalnej, gdy w 1941 roku trafiła do  Jugosławii. W Belgradzie trwała wówczas zacięta walka wywiadów, ważyły się losy wojny w Grecji i najazdu Niemiec na ZSRR. To właśnie tam Vincent V. Severski umieścił akcję swojej najnowszej powieści. Jaką rolę w tych wydarzeniach odegrała piękna i ambitna Polka? Jakie cechy jej charakteru sprawiły, że na zawsze już zapisała się na kartach światowej historii?

Wokół postaci Skarbek narosło mnóstwo mitów, a po śmierci powstało o niej kilkanaście książek. Nazywano ją polską Mata Hari, ulubioną agentką Winstona Churchilla czy jedyną dziewczyną, którą pokochał James Bond. Vincent V. Severski, pisząc o niej, stara się rozprawić z legendami dotyczącymi jej życia. Na jej biografię patrzy nie tylko oczami pisarza, ale także byłego oficera wywiadu.

Vincent V. Severski to pseudonim literacki pułkownika polskiego wywiadu, byłego oficera i autora bestsellerowych powieści szpiegowskich. Latami pozostawał poza granicami Polski, zajmował jedno z najwyższych stanowisk kierowniczych w Agencji Wywiadu. Odszedł ze służby w 2007 roku. Wielokrotnie odznaczany i wyróżniany przez władze RP, uhonorowany Legią Zasługi przez prezydenta Baraka Obamę.

"Napisałem tę powieść, opierając się na faktach z życia Krystyny Skarbek, ale jest to tylko mój subiektywny obraz. Nikt nie spojrzał dotąd na życie tej odważnej kobiety, polskiej patriotki i brytyjskiej agentki wywiadu, z perspektywy prawdziwego świata szpiegów. Zbyt dużo jest sprzeczności w jej biografii, bym mógł pokusić się o obiektywizm, ale też za dużo krzywdzących ocen, bymzostawił je bez komentarza. Christine Granville była bohaterką swoich czasów, które dzisiaj trudno zrozumieć. Na potrzeby fabuły zmieniłem nazwiska niektórych postaci oraz wykorzystałem fakty historyczne. Przedstawiłem je tak, jak mogły wyglądać. Biografowie Christine Granville mówią, że „w 1941 roku odegrała ważną rolę w zamachu stanu w Jugosławii”. Ale prawda o tamtych wydarzeniach ukryta jest w archiwach wywiadów. Ja opowiadam, jak mogło być".

Vincent V. Severski.

Szpiegowska intryga i pełna charyzmy polska agentka. Takiej książki jeszcze nie było!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 402

Popularność


Copyright © Vincent V. Severski Copyright © Piotr Niemczyk Copyright © OsnoVa, 2019
DokumentacjaPiotr Niemczyk
Konsultacja merytoryczna i artystycznaKrystyna Pieńkos
Redaktor merytorycznyMirosław Grabowski
Redaktor prowadzącaIza Bartosz
Projekt okładkiŁukasz Aksamit
ŁamanieRafał GruntMarek Demko
FotoedytorBartłomiej Molga
DTPJakub Budek
KorektaBeata Saracyn
Zdjęcie okładkowe Alamy/BE&W
OsnoVa sp. z o.o. ul. Mokotowska 49 00-542 Warszawa
ISBN 978-83-66275-05-8
Konwersja:eLitera s.c.

Napisałem tę powieść, opierając się na faktach z życia Krystyny Skarbek, ale jest to tylko mój subiektywny obraz. Nikt nie spojrzał dotąd na życie tej odważnej kobiety, polskiej patriotki i brytyjskiej agentki wywiadu, z perspektywy prawdziwego świata szpiegów. Zbyt dużo jest sprzeczności w jej biografii, bym mógł pokusić się o obiektywizm, ale też za dużo krzywdzących ocen, bym zostawił je bez komentarza. Christine Granville była bohaterką swoich czasów, które dzisiaj trudno zrozumieć. Na potrzeby fabuły zmieniłem nazwiska niektórych postaci oraz wykorzystałem fakty historyczne. Przedstawiłem je tak, jak mogły wyglądać. Biografowie Christine Granville mówią, że „w 1941 roku odegrała ważną rolę w zamachu stanu w Jugosławii”. Ale prawda o tamtych wydarzeniach ukryta jest w archiwach wywiadów. Ja opowiadam, jak mogło być.

Vincent V. Severski

Rozdział 1

PIĘKNIEJSZA NIŻ NA ZDJĘCIACH

„Odkąd Fahrenheit wynalazł termometr, jeszcze nie mieliśmy w południowej Anglii tak ciepłego października” – napisał na portalu internetowym Herald osiemdziesięciopięcioletni George Palm, stolarz i kronikarz hrabstwa. Rzeczywiście tego roku okoliczne wrzosowiska, trawy, dęby, a szczególnie klony, zapłonęły w jesiennym słońcu jak na pejzażach Samuela Henry’ego Bakera czy Sidneya Richarda Percy’ego. Smartfony turystów zapełniały się zdjęciami, których nawet nie trzeba było upiększać.

Tego samego dnia w zakładce Wydarzenia pojawiły się dwie informacje. Pierwsza zawiadamiała o ślubie pary nauczycieli z Adams’ School, pani Jennifer Cole i pana George’a O’Malleya. Druga donosiła o pogrzebie, który odbył się dzień wcześniej na cmentarzu przy kościele Świętego Olafa.

Ciało komandora Royal Navy, sir Jonathana Garden-Croftona, spoczęło w grobie rodzinnym obok ciała jego ojca Olivera, dziadka Thimothy’ego i pradziadka Josepha oraz pozostałych przodków, których imiona wykute w miękkim piaskowcu zatarł morski wiatr. Zostały jedynie ledwo czytelne fragmenty epitafiów z powtarzającymi się słowami: Wind, Sea, Ship i Lord.

Komandor miał siedemdziesiąt sześć lat. Odznaczony przez królową Elżbietę II Orderem Imperium Brytyjskiego klasy drugiej, mógł używać tytułu „sir” i tak jak jego ojciec i dziadek był członkiem Travellers Club przy Pall Mall 106, gdzie po zakończeniu pracy w służbie Jej Królewskiej Wysokości spędzał czas, delektując się cygarami, prasą i rozmowami.

Ceremonia pogrzebowa była skromna, dokładnie taka, jakiej zażyczył sobie komandor w swojej ostatniej woli, którą spisał pięć lat wcześniej, czyli na chwilę przedtem, zanim dostał wylewu. Jego syn Mark Garden-Crofton postanowił wypełnić ją literalnie. Nie wyłączając listy zaproszonych osób, która składała się z dwudziestu jeden nazwisk, angielskich, szkockich i irlandzkich oraz czterech serbskich i jednego polskiego.

Mark rozesłał zaproszenia na ceremonię, ale swój przyjazd potwierdziło tylko dziesięć osób, w tym dwóch Serbów. Reszta odmówiła udziału ze względu na stan zdrowia, a niektórzy nie odezwali się nawet grzecznościowo.

Rodzinę reprezentował tylko Mark, właściciel dobrze prosperującej firmy projektowania wnętrz. Na nim kończyła się kilkusetletnia historia rodu Garden-Crofton. Mark jako pierwszy od czterech pokoleń nie był oficerem brytyjskiego wywiadu. Nie był też członkiem Travellers Club. Historia jego ojca i przodków w wywiadzie niewiele go interesowała, tym bardziej że był zdecydowanym przeciwnikiem imperialnej polityki Wielkiej Brytanii i organizatorem marszów równości. Dlatego z dystansem zabarwionym odrobiną niechęci przyglądał się ubranym na czarno ponurym starcom stojącym nad otwartą mogiłą jego ojca. Nie zaplanował dla nich żadnego poczęstunku, bo komandor w ostatniej woli nic o tym nie wspomniał.

Stojąc u boku swojego partnera Philipa, cierpliwie przyjmował kondolencje, w tym od nerwowego mężczyzny, który rzuciwszy nazwisko, przedstawił się jako wysłannik szefa MI6.

Ostatni podszedł do Marka niski starszy mężczyzna w czarnym meloniku i surducie z aksamitnymi wyłogami. Powiedział, że nazywa się Sydney Alond i jest pracownikiem Travellers Club.

– Szanowny panie – kontynuował ściszonym głosem, patrząc na swoje buty – proszę przyjąć najgłębsze wyrazy współczucia od członków naszego klubu i ode mnie osobiście. Znałem pańskiego ojca od wielu lat i zawsze niezmiernie ceniłem jego pogodę ducha i skromność. Będzie nam bardzo brakować sir Jonathana, jego opowieści i wspaniałego poczucia humoru. Chciałbym też zaprosić pana do nas...

– Nie zamierzam wstępować... – delikatnie się obruszył Mark i spojrzał na Philipa, który wydął usta na znak dezaprobaty.

– Nie, nie o to chodzi. – Pan Alond podniósł wzrok. – Sir Jonathan miał w naszym klubie swoją szafkę. Po jego śmierci znaleźliśmy w niej kuferek. W związku z tym, że jest pan jedynym spadkobiercą, chcielibyśmy, by był pan uprzejmy go odebrać. Jest zamknięty i brak do niego klucza. Zapewne wewnątrz są jakieś osobiste rzeczy komandora, które dla pana mają duże znaczenie. Będzie dla nas zaszczytem gościć...

– Dobrze. Przyjdę w przyszłym tygodniu – odparł Mark obojętnie.

– Dziękuję bardzo i jeszcze raz proszę przyjąć moje... – Pan Alond, zamiast dokończyć, znowu spuścił wzrok i zgrabnie usunął się na bok.

Mieszczące się przy Pall Mall kluby Mark uważał za zahibernowane siedlisko brytyjskiego konserwatyzmu, imperializmu, rasizmu i nietolerancji, więc ociągał się z odbiorem znaleziska, które nie budziło w nim prawie żadnego zainteresowania. Dopiero po dwóch tygodniach zadzwonił do pana Sydneya Alonda i umówił się na spotkanie.

Przekazano mu drewniany kuferek z zaokrągloną pokrywą, jak na licyjskich grobowcach w Kaş. Trochę rozeschnięty, bogato zdobiony i z mosiężnymi okuciami, ważył około pięciu kilogramów. Na wierzchu pokrywy namalowany był odwrócony czarno-żółty krzyż z koroną i napis ozdobną rosyjską cyrylicą, a pod nim data 1854.

Mark podpisał oświadczenie i zabrał pamiątkę do swojego mieszkania na pierwszym piętrze różowego domu w Notting Hill. Philip, który przez lata prowadził antykwariat i ukończył historię sztuki, niemal natychmiast rozszyfrował pochodzenie kuferka. Wodząc palcem po pokrywie, stwierdził, że należał do 10 Ingermanlandzkiego Pułku Huzarów z czasów wojny krymskiej, więc Mark szybko się zorientował, że musiał go przywieźć prapradziadek Joseph Garden-Crofton, który walczył w bitwie pod Bałakławą. Z dzieciństwa pamiętał stojące na kominku zdjęcie opartego o szablę, dumnie prężącego pierś wąsatego huzara z warkoczykami.

Philip kategorycznie się nie zgodził na otworzenie kuferka dłutem i wezwał znajomego ślusarza, który solidnie się spocił, majstrując przy starym rosyjskim zamku. W końcu wieko drgnęło i odsłoniło wnętrze.

Niemiecka fajka z porcelanową główką w kształcie psiego pyska, mały mosiężny sekstant, zdjęcie nagiej kobiety upozowanej na sofie, które Philip uznał za unikatowe dzieło z początków XX wieku, album z fotografiami z pierwszej wojny światowej, składany nóż do szczepienia drzewek. Na końcu Mark wyjął gruby notatnik oprawiony w zielony aksamit z wytłoczoną złotymi cyframi datą 1952. Przekartkował go i stwierdził, że zapisane są tylko pierwsze strony i że z pewnością nie jest to charakter pisma jego ojca. Pradziadek Timothy zmarł w 1947 roku, musiał to być zatem notatnik dziadka Olivera, uznał Mark.

W dniu śmierci dziadka miał piętnaście lat i nadal doskonale pamiętał jego pogrzeb przy kościele Świętego Olafa na klifie. Tłum dostojnych żałobników wypełniał prawie cały cmentarz, a później zgromadził się na przyjęciu w posiadłości Garden-Croftonów. Dziadek Oliver zostawił w pamięci Marka same dobre wspomnienia. Jedyny w rodzinie akceptował jego odmienność, która ujawniała się w tym czasie coraz silniej, i udzielał mu schronienia. Zupełnie odwrotnie niż ojciec, co spowodowało, że Mark szybko opuścił dom i stracił kontakt z historią rodziny. O dziadku Oliverze wiedział tylko, że – podobnie jak ojciec – był oficerem MI6 i w czasie wojny służył w Jugosławii oraz na Bliskim Wschodzie.

Marka zaciekawiło, co kryją jego notatki. Dlatego zaparzył sobie czarną herbatę, wziął zielony notatnik i poszedł na górę do swojego gabinetu. Oliver miał ładny, kaligraficzny charakter pisma, ale stawiał bardzo drobne literki, więc Mark musiał założyć okulary. Zapalił lampkę i zapadł się w skrzypiącym fotelu.

15 czerwca 1972 roku

Dzisiaj minęła dwudziesta rocznica śmierci Christine Granville.

Czy to możliwe, że zamordował ją zawiedziony psychopatyczny kochanek, steward ze statku i kucharz z naszego klubu? Możliwe, poznałem go przecież. Wielu uległo jej urokowi, ale jeszcze więcej dało się jej omotać. W czasie wojny wszystko było bronią. Walczyła z Niemcami, by pomścić cierpienia swoich dwóch narodów i śmierć matki.

Nasz wywiad nauczył ją posługiwać się manipulacją jak sztyletem, a po wojnie porzucił w najważniejszym dla niej momencie życia. To musiało skończyć się załamaniem. Była zdekonspirowanym, wykorzystanym przez obce państwo szpiegiem bez ojczyzny. Kobiety w tym zawodzie dają z siebie wszystko, więcej niż mężczyźni, i płacą wyższą cenę. A Christie była prawdziwą kobietą. W każdym wymiarze.

Jeszcze chwilę wcześniej ratowała świat przed zagładą, a teraz ścieliła łóżka na statkach i w hotelach. Spotkał ją los jej ofiar, a ktoś taki jak ona nie mógł się z tym pogodzić. Nie była Brytyjką, nie była Polką, nie była Żydówką. Była ofiarą bezdusznej wojny, porzuconym szpiegiem z przeszłością i kobietą bez przyszłości. Nie potrafiła już kochać, ale nie potrafiła też żyć sama. Więc ten nieszczęsny Dennis Muldowney był jej mimowolną ofiarą, a ona jego. Jak w klasycznym szekspirowskim dramacie o antycznych bohaterach. To musiało się tak skończyć i ona o tym wiedziała. Tylko samobójstwo jest śmiercią świadomą.

Zabił ją sztyletem na schodach, jakby to sama wyreżyserowała. Przygotowywała Muldowneya do tej roli. Narzędzia swojego samobójstwa. Była zbyt dumna i zbyt mocno kochała życie, by umrzeć w kuluarach. Chciała odejść na scenie, w światłach rampy, tak jak żyła. Oprowadzała go po londyńskich lokalach, klubach i przyjęciach, jakby chciała zaprezentować wszystkim człowieka, którego rękami odbierze sobie życie. Drażniła go jak lwa w klatce, ostrzyła sztylet, by był przygotowany na odpowiednią chwilę. I kiedy zdała sobie sprawę, że Andrew już nigdy do niej nie wróci, uwolniła swojego anioła śmierci.

Ostatni raz spotkaliśmy się 13 kwietnia 1952 roku w restauracji Ludlum. To było nasze tajne miejsce, które znaliśmy tylko my dwoje. Tak jak wtedy, kiedy pracowaliśmy razem. Ale to nie była już ta sama Christie, jaką znałem wcześniej, chociaż bardzo się starała, bym tak nie myślał, a i ja starałem się tak nie myśleć. Christie nie była agentką SIS jak wielu innych, była wyjątkowa i wbrew temu, co piszą i mówią dzisiaj ludzie, którzy uważają, że ją znali, nikt z nich nie ma pojęcia, kim naprawdę była. Ja wiem i wie o tym już tylko strażnik tajnej historii Zjednoczonego Królestwa.

Wyznaczony zostałem do roli cienia Christie przez szefa MI6, generała sir Stewarta Grahama Menziesa, w lutym 1941 roku i po zapoznaniu się z jej aktami udałem się do Belgradu, gdzie na nią czekałem. Po aresztowaniu przez gestapo w Budapeszcie Chrisstie i jej partnera Andrew Kennedy’ego, czyli Andrzeja Kowerskiego, ich eksfiltrację miał zorganizować nasz ambasador na Węgrzech, O’Malley. Nazywałem się wówczas Louis Langdon i pracowałem w sekcji bałkańskiej SIS. Christie miała przydział do SOE, ale to była jej legenda, z której skądinąd wywiązywała się bardzo dobrze. W ten sposób ukryliśmy jej działalność dla MI6. Christie pracowała dla brytyjskiego wywiadu od 1938 roku, ale formalnie zwerbował ją pod koniec 1939 roku George Fredman i została przerzucona do Budapesztu pod legendą dziennikarki.

Znałem Christie ze zdjęć, ale po raz pierwszy zobaczyłem ją w słoneczne i chłodne marcowe popołudnie nad brzegiem Sawy. Drobna, w szarych spodniach zaprasowanych w ostry kant, krótkim kożuszku i naciągniętym na bok zielonym berecie, spod którego wystawały spięte za uszami ciemne włosy. Szła pewnie, sprężystym krokiem, stawiając prosto stopy w płaskich trzewikach. Wydawało mi się wtedy, że równie dobrze mogłaby maszerować na defiladzie jak na pokazie mody.

Była piękniejsza niż na zdjęciach. Patrzyły na mnie z zainteresowaniem ciemne oczy bez makijażu, jakby chciała sprawdzić, kim jestem. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że mam jej pokazać znak rozpoznawczy, który ściskałem w dłoni, i powiedzieć hasło, ale Christie tylko się uśmiechnęła i wzięła mnie pod ramię. Ruszyliśmy wzdłuż pustego bulwaru, choć wiało nam w twarz.

– Ile masz lat? – zapytała.

– Dwadzieścia dziewięć – odparłem zgodnie z prawdą.

– To jesteś starszy ode mnie. – Uśmiechnęła się.

– Pierwszy raz masz kontakt z agentką za granicą?

– Tak.

– Nie denerwuj się. Będzie dobrze. Chodźmy gdzieś usiąść.

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, jakby to było wczoraj. Chyba nikt, kto kiedykolwiek spotkał Christie, nie zapomniał tej chwili, bo było to jak olśnienie. Zapadało w pamięć na zawsze. Była piękna, ale nie to okazywało się jej siłą. Miała hipnotyczną moc, która powodowała, że nikt nie mógł być wobec niej obojętny. Można było tylko albo ją kochać, albo jej nienawidzić. Kiedy jeszcze w Londynie czytałem akta Christie, trudno było mi uwierzyć, że ktoś taki może z nami pracować. Była zaprzeczeniem szpiega.

Wtedy w Belgradzie w ciągu kilku marcowych dni odegrała decydującą rolę w działaniach, które doprowadziły do udanego zamachu stanu. Jugosławia przeciwstawiła się Hitlerowi, za co miasto zapłaciło straszną cenę. Być może Christie uratowała wtedy świat przed zagładą. Chociaż nikt tego jeszcze nie wiedział. Są tacy szpiedzy.

Przez następne dwa lata pracowaliśmy razem w Kairze, byłem jej cieniem, obserwowałem ją z ukrycia, chroniłem, przekazywałem zadania i dopiero wtedy zrozumiałem, że jej uroda to alibi, urok to tarcza, a inteligencja to oręż.

Uwielbiałem ją, ale jej nie kochałem.

Czy Dennis Muldowney zabił Christie na jej życzenie? Menzies zaprzeczył, jakoby za tą śmiercią stał ktoś inny niż sam sprawca, który przecież został ujęty na miejscu i przyznał się do winy. Ale sir Stewart nie miał racji. Było tak, jak twierdzili wszyscy ci, którzy za jej śmierć obwiniali MI6, i tak jak twierdził Ian Fleming, bo wyrok na Dennisie wykonano w dzień po ogłoszeniu. Winny był sowiecki wywiad, bo dla nich pracowała, pogrobowcy Abwehry pragnący zemsty, francuscy kolaboranci, o których za dużo wiedziała, i jak zwykle polscy komuniści i polscy antykomuniści. Powód mógł mieć każdy zawiedziony mężczyzna. Albo zazdrosna kobieta.

A jak było naprawdę? Opiszę w tej książce.

Na tym urywała się historia agentki Christie, o której Mark nigdy nie słyszał. Sprawdził jeszcze raz datę: 15 czerwca 1982 roku. To chyba wtedy Oliver dostał wylewu, pomyślał i zrozumiał, dlaczego zapis kończy się tak nagle. Szkoda czasu, dziadek nie miał talentu. Zamknął zielony notatnik i wsunął go do szuflady biurka.

Rozdział 2

TO MY DECYDUJEMY

Skonstruowany specjalnie dla Stalina przez niemiecką firmę Junghans zegar podłogowy zagrał melodię kremlowskiego kuranta. Dwudziesta pierwsza.

Przy stole konferencyjnym w rozpiętym mundurze siedział marszałek Klimient Woroszyłow, obok niego spocony Ławrientij Beria bawił się ołówkiem, naprzeciwko w samej koszuli, z rękami na piersi, rozparł się Wsiewołod Mierkułow. Stalin, zamyślony, przechadzał się od drzwi wejściowych do portretu Lenina, rozcinając gęstą chmurę dymu, i przy każdym obrocie zerkał w stronę zebranych. Było duszno i gorąco, ale nikt nie poprosił o otworzenie okna.

Czekali, aż do Kuncewa przyjadą nowy szef Pierwszego Zarządu NKGB Paweł Fitin i szef Czwartego Zarządu Paweł Sudopłatow.

W końcu Stalin przerwał długą ciszę.

– Zima w tym roku nie jest bardziej mroźna niż zwykle, prawda? – rzucił i zaciągnął się głęboko, a potem wypuścił dym nosem.

– Niestety, nie jesteśmy jeszcze w stanie przewidzieć pogody na rok do przodu, jeśli to masz na myśli, Koba – odparł Beria. – Musimy chyba zdecydowanie zdyscyplinować naszą Akademię Nauk, by przykładała więcej uwagi do meteorologii. Nieprawdaż, towarzyszu Stalin? – dodał żartem, poprawiając swoje pince-nez. Dobrze wiedział, że w akademii nie zostało już wielu meteorologów.

– Głównodowodzący Armii Czerwonej generał Moroz i towarzyszka Rasputica też muszą mieć swój sztab, czyli meteorologów – odezwał się całkiem poważnie Woroszyłow, a Mierkułow uśmiechnął się ironicznie do Berii.

– Towarzysz Klimient jak zawsze ma rację – włączył się Stalin, wskazując na Berię ręką uzbrojoną w papierosa Kazbek. – Nie ma się z czego śmiać, towarzyszu Mierkułow. Bierzcie przykład z Ławrientija Pawłowicza... Myśli perspektywicznie, naukowo... a co najważniejsze... myśli pozytywnie. Tylko tak może zwyciężyć nasza proletariacka rewolucja...

Nie dokończył, bo właśnie otworzyły się ciężkie dębowe drzwi. Wisząca dotąd spokojnie chmura dymu jakby drgnęła zaniepokojona i jak marionetka z Dziadka do orzechów wkroczył do gabinetu młodziutki enkawudzista w oliwkowym mundurze dopasowanym do jego chłopięcej sylwetki. Zatrzymał się, strzelił obcasami błyszczących wysokich butów i już miał coś zameldować, kiedy Stalin delikatnie uniósł dłoń. Enkawudzista zrozumiał. Obrócił się w tył, podszedł do drzwi i stanął bokiem, dając znak, że goście mogą wejść.

Pierwszy w wojskowym stylu wkroczył Sudopłatow, a za nim nieco nieśmiało wsunął się Fitin. Trzydziestoczteroletni szefowie dwóch najważniejszych zarządów NKGB. Sudopłatow starszy o pół roku. Energiczny, zdecydowany i doświadczony czekista, zaprawiony w boju bohater wojny domowej w Hiszpanii i egzekutor Konowalca. Krępy, o silnym karku i nieco niższy od Fitina, który ledwie kilka tygodni wcześniej został szefem wywiadu. Wypełnił miejsce zwolnione po porządkach z trzydziestego siódmego. „Młody, bystry, inteligentny, lojalny i całkowicie oddany partii” – napisał Beria w notatce rekomendującej.

– Siadajcie, towarzysze – odezwał się Stalin.

Nowo przybyli zajęli krzesła naprzeciwko Berii i Mierkułowa, bo Stalin wciąż stał.

– Zanim przejdziemy do głównego tematu, chcę was zapytać, jak posuwają się działania w sprawach polskich. Obaj dobrze zasłużyliście się w pracy z polskimi jeńcami w ubiegłym roku. Towarzysz Ławrientij Pawłowicz bardzo was chwali. Dziękuję w imieniu partii. Ale to był tylko pierwszy etap na drodze do rozwiązania problemu, przed którym możemy wkrótce stanąć. Więc Polacy są dla nas bardzo ważni, szczególnie ci żyjący. Premier Sikorski niedawno publicznie stwierdził, że Polska jest w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim i Niemcami. Nie zaskoczył nas, ale dobrze wiemy, że prawdziwa wojna dopiero nas czeka. – Ciągnął swój wywód, chociaż wszyscy doskonale znali temat, a on sam dobrze wiedział od Berii, jak postępują prace werbunkowe wśród polskich oficerów i polityków. Nigdy jednak nie rezygnował z okazji, by sprawdzić informację u źródła. – No więc... jak jest, towarzyszu Sudopłatow?

– Archiwa wywiadu polskiego, które przejęliśmy w trzydziestym dziewiątym, wciąż dostarczają nam nowych informacji – zaczął Paweł Anatoljewicz. – Pozwalają typować wrogów władzy radzieckiej, których trzeba wyeliminować, żeby nie stanowili zagrożenia w przyszłości, a także wskazują osoby podatne na współpracę. W tej chwili mamy ukończone procesy werbunkowe ponad dwustu polskich oficerów i to z pewnością nie koniec.

– Musimy przyspieszyć pracę, Ławrientij – wtrącił Stalin, zwracając się do Berii. – Sytuacja szybko się zmienia.

– Zmienia, zmienia... – Beria z zadumą pokiwał głową, bo dobrze wiedział, że to nie jest prośba. – Jasne, Koba. Z Polakami damy sobie radę. Tym bardziej że w Londynie wszystko mamy pod kontrolą.

– Kontrolę raz się ma, raz nie – odparł Stalin. – Teraz nie stać nas na jej utratę.

– Oczywiście – potwierdził z przekonaniem Beria.

– Czasami trzeba robić też coś, co wykracza poza nasze obowiązki. – Stalin usiadł za stołem na swoim miejscu. – I to nazywa się poświęcenie... poświęcenie dla dobra partii i narodu. – Przerwał na chwilę, wyciągnął następnego papierosa i zaczął nim stukać o blat stołu, jakby chciał ubić tytoń. – Dobrze... – powiedział ściszonym głosem. – Zajmijmy się teraz Jugosławią. To bardzo pilne. Bratni naród serbski chce zawrzeć z nami pakt przeciw Niemcom, więc trzeba odpowiedzieć na wołanie towarzyszy z Belgradu, prawda?

– Tylko co z Hitlerem? – odezwał się Mierkułow. – Nie możemy mieszać się oficjalnie, mamy pakt z Berlinem...

– No właśnie! No właśnie! – odparł z zadumą Stalin. – Nie możemy prowokować Hitlera, ale jest szansa zyskać na czasie, prawda, Klimient? – zwrócił się do Woroszyłowa.

– Jeśli Niemcy zaatakują w końcu kwietnia, w maju ich szanse wzrosną. Jeśli w lipcu lub później, wzrosną nasze, a w końcu roku zadecydują generał Moroz i towarzyszka Rasputica – odpowiedział marszałek. – Mówiliśmy już o tym...

– Nigdy dość powtarzania – wtrącił się Beria. – Niemcy zbierają siły w Polsce.

– No właśnie – powtórzył Stalin tym samym tonem. – Nie możemy dopuścić do ataku na nas w tym roku, nie jesteśmy gotowi. Jeśli nie zdążą do lata, zyskamy rok. Mam też głęboką nadzieję, że Hitler tylko z nami gra. Trzeba to koniecznie sprawdzić i możemy zrobić to w Jugosławii. Towarzysze Fitin i Sudopłatow znają doskonale sytuację w tym kraju. Co zatem proponujecie, towarzysze?

W gabinecie zaległa cisza. Wyglądało na to, że Stalin rzucił pytanie do wszystkich. Dopiero po chwili Fitin zdał sobie sprawę, że przywódca przechylił lekko głowę w prawo i przygląda mu się uważnie.

– Rzeczywiście sytuacja w Jugosławii jest dosyć dziwna, trudna do jednoznacznego zdefiniowania z punktu widzenia naszych interesów – zaczął spokojnie Fitin. – Silne nastroje antyniemieckie w sytuacji zagrożenia powodują wzrost sympatii do ZSRR i Wielkiej Brytanii. Inaczej to wygląda w Chorwacji. Według naszych danych regent Paweł i premier Dragiša Cvetković wciąż lawirują, szukają porozumienia z Hitlerem i wkrótce mają przystąpić do paktu trzech, więc właściwie koalicji antyradzieckiej. Chcieliby jednak zachować neutralność. Podobno Hitler w zamian obiecał Jugosłowianom Saloniki. Rząd Cvetkovicia jest słaby, nie ma poparcia politycznego, społecznego ani, co najważniejsze, w armii. Według naszych informacji oficerowie są przeciwni przystąpieniu Jugosławii do paktu trzech. Pojawia się też delikatna więź... – zawahał się, jakby szukał właściwego słowa – raczej wspólna przestrzeń z Anglikami.

– Grecja? – bardziej stwierdził, niż zapytał, Woroszyłow.

Nikt się nie odezwał, bo wszyscy wiedzieli, o co chodzi.

– Tak. Dopiero po laniu, jakie dostał od Hitlera we Francji, Churchill zaczął myśleć. Wygląda na to, że bez pomocy Niemiec Mussolini nie da sobie rady w Grecji, którą coraz mocniej wspierają Anglicy, a bez Krety Włosi nie zabezpieczą się dobrze na Bliskim Wschodzie, w Palestynie ani w Egipcie – ocenił Stalin. – Zbliża się czas, kiedy Biuro Polityczne będzie musiało się zastanowić nad ewentualną współpracą z Londynem. – Spojrzał na Mierkułowa. – Ale teraz chcielibyśmy usłyszeć, co w sprawie Jugosławii może nam zaproponować nasz wywiad. Co możemy zrobić, żeby nie przegrać? Stawka jest bardzo wysoka, towarzysze, bardzo!

– Towarzyszu Fitin? – dorzucił Beria.

– Według naszych ocen byłoby najkorzystniej, gdyby rząd Cvetkovicia podpisał przystąpienie do paktu trzech. To jeszcze bardziej podgrzałoby nastroje antyniemieckie w społeczeństwie i w armii, a od środka pomogliby też towarzysze jugosłowiańscy...

– Tito uważa, że rząd Cvetkovicia trzeba obalić, zanim zdąży podpisać pakt, a nowy rząd powinien zawrzeć pakt o przyjaźni z ZSRR – włączył się Mierkułow.

– To my decydujemy – skomentował cicho Stalin. – Na szali jest bezpieczeństwo Kraju Rad. Proszę dalej, towarzyszu Fitin.

– Wbrew temu, co mówią towarzysze jugosłowiańscy, podpisanie paktu przez Cvetkovicia tylko podgrzeje nastroje antyniemieckie w społeczeństwie i może doprowadzić do wybuchu. Powstanie dogodna sytuacja do zorganizowania zamachu stanu, czyli odsunięcia regenta i rządu Cvetkovicia. Mamy kontakty w armii jugosłowiańskiej i wiemy, że są tam oficerowie gotowi przeprowadzić taki zamach...

– To bardzo korzystne, bardzo! – włączył się Woroszyłow.

– Rzeczywiście – potwierdził Stalin, zgiął ustnik i zapalił kazbeka. – Zamach wojskowy z pewnością jeszcze bardziej rozwścieczy Hitlera. I doskonale! Proszę kontynuować, towarzyszu Fitin.

– Bułgaria wkrótce przystąpi do paktu, ale tam nic już nie możemy zrobić, tym bardziej że decydujące znaczenie ma Jugosławia. Antyniemiecki wojskowy zamach stanu powinien sprowokować Hitlera do uderzenia...

– Według naszych ocen armia jugosłowiańska utrzyma się dwa, trzy tygodnie, ale atak Włochów i Niemców na Grecję opóźni co najmniej o miesiąc. Tyle pewnie potrwa opór – odezwał się Woroszyłow.

– Możemy przesunąć zamach stanu w Belgradzie na kwiecień? – zapytał Stalin.

– To zależy od tego, kiedy regent podpisze pakt trzech – zdecydowanym tonem odparł Fitin. – Ale pewnie zrobi to szybko, bo Niemcy nie mogą już czekać z pomocą dla Włochów w Grecji, a Anglicy umacniają się na Krecie.

– Dla armii niemieckiej na Bałkanach nie ma różnicy między kwietniem i czerwcem, ale w Rosji różnica między październikiem i grudniem jest decydująca – dodał Woroszyłow.

– No właśnie! – potwierdził Stalin. – Przejdźmy do konkretów. Co proponujecie, towarzyszu Fitin?

– Jak tylko regent Paweł podpisze pakt, doprowadzimy do zamachu stanu w Belgradzie i odsunięcia rządu Cvetkovicia od władzy. Najpóźniej, jak to możliwe, ale ważne, żeby nie przeoczyć punktu krytycznego. To sprowokuje Hitlera do uderzenia na Jugosławię i opóźni marsz na Grecję.

– Zrobimy prezent Churchillowi – zażartował Beria.

– Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Brytyjczycy planowali dokładnie to samo. Wiemy od naszych agentów w Londynie, że w ramach organizacji SOE powstała sekcja bałkańska. Chociaż to zadanie bardziej dla wywiadu niż dywersji – powiedział Fitin.

– To bardzo możliwe i trzeba to koniecznie uwzględnić w naszych działaniach. Poza tym Churchill wie, jak postępować ze zdegenerowanymi arystokratami. – Stalin po raz pierwszy szczerze się uśmiechnął. – W końcu sam nim jest.

– Proponuję wysłać do Belgradu naszych ludzi, którzy zajmą się wszystkim na miejscu. Raczej przy ograniczonej pomocy towarzyszy jugosłowiańskich... Ze względów bezpieczeństwa oczywiście – ciągnął Fitin. – Proponujemy razem z towarzyszem Sudopłatowem powierzyć to zadanie towarzyszom Tigranowi Sarkisjanowi i Wasilijowi Zarubinowi...

– Czy wobec Zarubina nie było podejrzeń o współpracę z gestapo? – zapytał niespodziewanie Mierkułow.

– Były, ale wszystko już zostało szczegółowo wyjaśnione – stanowczo zareagował Beria. – Gwarantuję.

– W ubiegłym roku towarzysz Zarubin pracował z nami przy sprawie polskich jeńców i...

Sudopłatow nie dokończył, bo odezwał się Stalin.

– Znam Zarubina. Obaj to dobrzy oficerowie wywiadu i dopilnują sprawy. – Z akceptacją pokiwał głową. – Towarzyszu Fitin i towarzyszu Sudopłatow, proszę przygotować na jutro szczegółowy plan operacji jugosłowiańskiej.

Zegar Junghans wybił dwudziestą trzecią.

Rozdział 3

MOJA MIŁOŚĆ TO WOJNA

– Jak masz na imię? – zapytała Christie po francusku.

– Louis – odparł.

– To nie jest twoje prawdziwe imię?

– Nie.

– Więc jak naprawdę się nazywasz?

– Oliver.

– Też ładnie. – Uśmiechnęła się delikatnie, trzymając go pod ramię. – Ale nie powinieneś był mi tego mówić. – Przyciągnęła go mocniej, jakby chciała się ogrzać.

Ona w krótkim, obcisłym węgierskim kożuszku i zielonym berecie, on szczupły, niewiele od niej wyższy, w skórzanej czarnej kurtce z białym barankiem na kołnierzu i mankietach. Gdyby włożyła buty na obcasie, byliby równi. Szli powoli brzegiem Sawy, mijając zaparkowane barki i portowe magazyny.

Wyczuła twardy przedmiot pod jego kurtką.

– Po co ci broń? – zapytała.

– Na wszelki wypadek.

– Taki miałeś rozkaz?

– Nie. Sam zdecydowałem – odparł niepewnie i Christie poczuła, że zadrżał, ale nie wiedziała, czy jest tak zdenerwowany, czy po prostu zmarznięty. Jego jasne, typowo angielskie policzki przypominały w tej chwili dwa czerwone jabłuszka.

– Zimno ci? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, pociągnęła go w lewo. – Widziałam tam knajpę... U Ku...

– U Kučana – przerwał jej Louis. – Właśnie tam chciałem iść.

Uśmiechnęli się do siebie.

– Nic specjalnego – dorzucił – ale jest tam cicho i spokojnie, czyli w sam raz dla nas, na pierwszą randkę.

– Na następne randki ze mną nie bierz broni, jeżeli to nie jest konieczne. Nie pomoże ci. Ja nie noszę.

Dochodziła dwunasta. Dzwonek nad drzwiami oznajmił, że do lokalu weszli nowi goście. W ponurym, ciemnym pomieszczeniu zajęty był tylko jeden stolik. Czuć było wilgocią, gulaszem rybnym i tureckim tytoniem. W rogu, przy stoliku, nad szklaneczkami z rakiją, kawą i butelką wody siedzieli zajęci sobą trzej mężczyźni w brudnych kombinezonach. Gruby stary barman w skórzanym fartuchu, z potężną siwą brodą rozłożoną na piersi i w czarnym berecie, jakby od niechcenia rzucił okiem w stronę dwojga młodych ludzi i wrócił do wycierania talerza.

Usiedli przy stoliku pod oknem obok dużego portretu króla Piotra I Karadziordziewicia.

Louis ściągnął obcisłe rękawiczki. Nie bez trudu wyłuskał z kieszeni mały notatnik z przypiętym ołówkiem. Położył go na blacie i przykrył rękawiczkami.

Christie obserwowała z lekkim rozbawieniem, jak niezdarnie przygotowuje się do rozmowy. Polubiła tego chłopca, który przyszedł z bronią na swoje pierwsze spotkanie z agentką. Jeszcze przed chwilą drżał, ale teraz już nie sprawiał wrażenia wystraszonego nowicjusza. Nie unikał jej wzroku, jak wielu mężczyzn udających twardzieli. Patrzył jej prosto w oczy i nie próbował uśmiechać się na siłę. Czuła, że gdyby zaszła potrzeba, wiedziałby, jak użyć broni, którą skrywał pod kurtką.

– Będziesz robił notatki? – zapytała, spoglądając filuternie spod lekko uniesionych brwi.

– Tylko kiedy będę musiał. Mam dobrą pamięć, ale nigdy nie zawadzi – tłumaczył się nieco zażenowany, wodząc wzrokiem po sali. Szybko jednak zmienił temat. – Zjesz coś, napijesz się? Trochę nam tutaj zejdzie.

– Wezmę kawę i wodę – zdecydowała po chwili zastanowienia. – Zjemy gdzie indziej, jak już skończysz przesłuchanie. Nie mam zaufania do tego kucharza. – Spojrzała na brodatego barmana.

– Przesłuchanie... – obruszył się Louis. – Nie mów tak! Walczymy po jednej stronie... Jesteśmy przyjaciółmi, a może nawet łączy nas coś więcej.

– Coś więcej? – zapytała i z kieszeni wciąż zapiętego pod szyję kożuszka wyciągnęła paczkę papierosów. – Co masz na myśli? – Uśmiechnęła się ponownie.

Louis wcale nie wyglądał na zakłopotanego.

– Braterstwo broni – odparł pewnym siebie tonem. – To przyjaźń sprawdzona w walce. Nie mówię o miłości, bo to uczucie łączące dwoje ludzi.

– Ładnie powiedziane. – Pokiwała głową i palec po palcu zaczęła ściągać swoje beżowe zamszowe rękawiczki. – Moja miłość to wojna... teraz – dodała.

Spojrzał na nią z lekka zaskoczony.

– Też ładnie powiedziane.

Uśmiechnęli się do siebie.

– Jaką uczelnię ukończyłeś?

– Cambridge. – Louis machnął ręką na barmana.

– Gratuluję. Dobra uczelnia. A co?

– Filologię słowiańską. Możemy zacząć? – zapytał.

– Przesłuchanie? – rzuciła Christie, puszczając oko. – Żartowałam, żartowałam. Oczywiście, zaczynajmy. Od czego?

– Najlepiej od przekroczenia granicy węgiersko-jugosłowiańskiej. Znam relację ambasadora O’Malleya, ale chcę dokonać porównania. Rozumiesz... on też ma informacje z drugiej ręki, od swojego sekretarza. – Dał do zrozumienia, że zamierza sprawdzić wersję ambasadora, który domyślał się, że Christie pracuje dla wywiadu, ale nie wiedział tego na pewno.

Tymczasem, dostojnie przepłynąwszy przez salę, zbliżył się do nich brodaty barman i Louis zamówił po serbsku kawę i wodę.

– Wszystko odbyło się bez przeszkód – zaczęła spokojnie Christie, gdy zostali sami. – Do granicy dojechaliśmy dwoma samochodami. Tuż przed jej przekroczeniem przesiadłam się, jeśli można to tak określić, do bagażnika humbera ambasadora, a Andrzej pojechał sam swoim oplem. Po drugiej stronie wróciłam na wcześniejsze miejsce i tak dojechaliśmy do Belgradu. Andrzej i sekretarz twierdzą, że Węgrzy chcieli otworzyć bagażnik, ale jakoś udało ich się odwieść od tego zamiaru. Ja nic nie słyszałam, bo starałam się zdusić kaszel, który męczył mnie prawie całą drogę. Na nic się zdały miętowe pastylki od ambasadora O’Malleya.

– Okej. – Louis z zadowoleniem pokiwał głową. – Teraz najważniejsza sprawa. Londyn bardzo się niecierpliwi.

– Wiem, wiem... To dlaczego nikt nie podjął ze mną kontaktu w Budapeszcie? – Christie nie kryła oburzenia. – Mieliście czas, byłam przecież w ambasadzie...

– Byłaś pod obserwacją – odparł zdecydowanie. – Nie wiedzieliśmy, Węgrów, gestapo czy Abwehry. Nie chcieliśmy sprowadzać na ciebie dodatkowego ryzyka ani palić naszych ludzi, a sytuacja stała się bardzo niebezpieczna. Twoje aresztowanie wyraźnie to potwierdza. Niemcy czują się w Budapeszcie jak w domu, a Węgrzy im sprzyjają i nie wszyscy darzą sympatią Polaków. Zasugerowaliśmy O’Malleyowi, by namówił was do wyjazdu i wydał nowe paszporty.

– Czyli to wy? – Nie wydawała się zaskoczona.

– Oczywiście – potwierdził. – Nie mogliśmy wykluczyć, że wasze aresztowanie było sprowokowane przez Abwehrę. Baliśmy się, że ktoś zacznie się głębiej zastanawiać nad twoim aresztowaniem i niespodziewanym uwolnieniem. Ktoś mógł cię zdekonspirować przez zupełny przypadek. A jak sama rozumiesz, twoja historia jest mało wiarygodna...

– Wiem, wiem przecież, ale musiałam szybko coś wymyślić. – Christie była nieco zakłopotana. – Także dla Andrzeja. Ludzie są w stanie uwierzyć w największe głupoty, ważne, jak są sprzedane i przez kogo. Nie wiem, jakoś ludzie... mężczyźni ufają mi bardziej niż kobiety. – Uśmiechnęła się ironicznie.

– Tak... to prawda. – Louis delikatnie parsknął śmiechem. – Masz ten czar i talent, nie da się ukryć.

– A skąd ty, drogi Louisie, możesz to wiedzieć? Przecież dopiero się poznaliśmy – zapytała, wyraźnie grając zaskoczoną. – Tak o mnie mówią w Londynie?

– Tak mówią, owszem. Co w tym złego?

– Właściwie nic – odparła. – W końcu powiedziałam już, że wojna to moja miłość. Nie mogę jej zdradzić, bo jest śmiertelnie zazdrosna. Ale nie zapisuj tego, Louisie. – Uśmiechnęła się samymi oczami. – To będzie nasza tajemnica, okej?

– Dobrze – potwierdził z lekkim rozbawieniem. – Więc... jak to wyglądało?

– Nie było żadnych Węgrów, żadnych węgierskich policjantów. Przewieźli nas do tajnej siedziby gestapo przy Horthy Miklós utca. Najpierw przesłuchiwał mnie gestapowiec, który oczywiście się nie przedstawił. Niski, koło pięćdziesiątki, lekka nadwaga, zaczesane do tyłu rzadkie blond włosy, druciane okulary. Duży guz nad prawym łukiem... – Christie dotknęła brwi – o tu! Na początku wypytywał, co robię na Węgrzech, takie zwyczajne przygotowanie do tematu. W końcu przeszedł do sprawy. Wiedział, że byłam trzy razy w Warszawie. Oczywiście zaprzeczyłam. Wtedy wyjął moją fałszywą kenkartę na nazwisko Andrzejewska, którą zgubiłam na słowackiej granicy, gdy uciekaliśmy policji z Jankiem Marusarzem. Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że wiedzieli o moich trzech przejściach. Nie pytał, ile razy byłam, tylko wyraźnie powiedział „trzy”. To wskazuje, że gestapo ma kogoś blisko mnie, tu, w Budapeszcie, albo w Warszawie. Wyraźnie byli zainteresowani tylko mną i w ogóle nie pytali o Andrzeja, jakby wcale ich nie obchodził. Zamilkłam i w końcu gestapowiec polecił mi zastanowić się dobrze przez noc. Dał mi do zrozumienia, że następnego dnia nie będzie już taki miły. Wychodząc, stwierdził, że skończyło się tolerowanie polskich renegatów na Węgrzech. – Rozpięła kożuszek i zdjęła beret, chociaż w knajpie było zimno. Dopiero teraz wyjęła papierosa z paczki, która leżała na stoliku, i przypaliła metalową zapalniczką. – Przyprowadzili mnie następnego dnia rano. Gestapowiec siedział za biurkiem, a drugi, którego wcześniej nie widziałam, stał przy oknie. Wielki zwalisty Szwab w szarej koszuli z podwiniętymi rękawami. Miał mnie przestraszyć i rzeczywiście... udało mu się. Zaczął od tych samych pytań co wcześniej. Czyli kto, gdzie, kiedy w Polsce i na Węgrzech... Zrozumiałam, że wiedzą, czym się zajmuję, ale nie znali szczegółów, jakby sklejali informacje albo chcieli mnie zmylić. Znów padło pytanie o trzy podróże do Polski, ale wiedzieli, że szłam z Jankiem Marusarzem i Włodkiem Ledóchowskim. Zaprzeczyłam, udawałam, że nic nie wiem, ale nie było to przekonujące, wcale nie było, więc... – Urwała.

Wyglądała na przejętą tym wspomnieniem. Louis zauważył, że z jej twarzy zniknęły pewność siebie i uśmiech. Piękne i pogodne dotąd oczy wypełniły się smutkiem. Paliła nerwowo papierosa, co chwila spoglądając w okno, jakby na kogoś czekała.

– Wielki Szwab stanął za mną i wiedziałam, co za chwilę może się stać, więc zaczęłam przygotowywać się psychicznie, ale to uderzenie i tak mnie zaskoczyło. Zabolało... bardzo. – Zamilkła na chwilę, po czym dodała ściszonym głosem: – Poczułam się, jakby mnie poniżyli, obnażyli, byłam taka bezbronna i zarazem wściekła. Czekałam na drugi cios. – Spuściła wzrok i zaczęła oglądać swoje szczupłe dłonie, jakby widziała je po raz pierwszy. – To było takie niezwykłe doznanie, które przychodzi nie wiadomo skąd i nagle nie wiesz, co z nim zrobić... Nikt mnie dotąd nie uderzył. – W jej oczach zabłysły łzy, ale nie wypłynęły, jakby jakąś cudowną siłą potrafiła nad nimi zapanować. – Przy uderzeniu rozcięłam sobie język... Zabolało... Poczułam w ustach krew. Po chwili zadał mi następny cios, otwartą dłonią. – Podniosła wzrok i spojrzała Louisowi prosto w oczy. – Kiedyś go dopadnę. Na pewno! – powiedziała bez emocji, pokiwała głową i przez jej twarz przemknął smutny, wymuszony uśmiech.

Louis poczuł dreszcz.

Było coś jednocześnie smutnego i pięknego w tej dzikiej Polce. Jakby miała w sobie dwie osobowości, dwie dusze. Po raz pierwszy ujrzał prawdziwą nienawiść w tak pięknej i delikatnej istocie. Jej oczy wyschły, a miły, niewinny uśmiech tylko potęgował tę moc. Louis zrozumiał, czemu powiedziała, że wojna jest jej miłością.

To było niezwykłe wrażenie i dopiero teraz do niego dotarło, dlaczego Christie uchodzi za tak cennego agenta.

– Powiedziałam wtedy temu małemu, żeby skontaktowali się z kapitanem Ottonem Krugerem z Abwehry, i podałam numer jego telefonu w Berlinie. Szwab nie uderzył mnie trzeci raz. Wyplułam mu krew pod nogi i popatrzyłam na tego kurdupla w okularach. Wydawało mi się, że czekał na ten cios i teraz jest rozczarowany. W każdym razie obdarzyłam go najbardziej uroczym uśmiechem, na jaki było mnie stać. Wyszedł z pokoju i po dwóch godzinach oboje z Andrzejem byliśmy wolni.

– Dobrze zrobiłaś...

– Tak było uzgodnione w razie wpadki – wtrąciła. – Chociaż to nie było dobre, bo mogło mnie zdekonspirować. Zobaczymy... Kruger przyjeżdża wkrótce do Belgradu, dowiemy się więcej. Rozmawiałam z nim przez telefon po wyjściu z gestapo i dzisiaj przed południem. – Spojrzała na notatnik Louisa. – Nic nie zanotowałeś? – Na jej twarz powrócił pogodny uśmiech.

– Wszystko pamiętam – odparł. – Dzisiaj wyślę raport do Londynu. Dobrze, że Kruger szybko się tu pojawi. Zajmiemy się nim. – Z aprobatą pokiwał głową. – A swoją drogą rozcięty język dobrze uwiarygodnia tę nie najmocniejszą historię. Wystraszyli się twojej gruźlicy i pokrewieństwa z admirałem Horthym? To nie jest mocna legenda, wiesz o tym? – Zmrużył powieki, a Christie pokręciła głową. – I Andrzej potwierdza twoją wersję? Widział twój język?

– Oczywiście! – zapewniła zadowolona. – Ambasador O’Malley i kilka innych osób też. Wiem, co robię.

– Dobrze, że jesteś już tutaj... bezpieczna... – Louis wyciągnął do niej rękę, a ona chwyciła go za palce. – Nie wrócisz już do Budapesztu. Mamy tu, w Belgradzie, nowe zadanie, ogromnie ważne zadanie, od samego premiera. Czeka nas dużo pracy. Robi się tu gorąco i mamy bardzo mało czasu.

Rozdział 4

STRZAŁA ZWYCIĘSTWA

Porucznik Otto Kruger miał trzydzieści dwa lata, blond czuprynę, sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i sylwetkę rycerza. Był ulubieńcem admirała Wilhelma Canarisa, ale nigdy nie traktował tego jako przywileju. Starał się być skromnym, pracowitym i kulturalnym oficerem niemieckiego wywiadu. Nigdy nie przeklinał, unikał konfliktów z kolegami i dumnie nosił dobrze skrojony i zawsze wyprasowany mundur Wehrmachtu.

Za radą ojca, nauczyciela germanisty i inwalidy wojennego, wstąpił na wydział filozoficzny Uniwersytetu w Heidelbergu. Uzyskał dyplom z wynikiem celującym. Już niemal na początku studiów tak bardzo dał się zauroczyć filozofii Hegla i Nietzschego, że gdy skończył naukę, poczuł głęboką wolę, by służyć niemieckiej myśli i sile. O jego determinacji w dążeniu do celu świadczyła cienka blizna na policzku z czasów studenckiego burszenszaftu.

Kiedy więc wstąpił do armii, niemal natychmiast dostał propozycję służby w Abwehrze. Na studiach bardziej ufał argumentom siły niż myśli, dlatego planował złożenie podania do gestapo, ale Abwehra też dawała szanse rozwoju fizycznego i intelektualnego. Ofertę admirała Canarisa przyjął z lekko udawanym entuzjazmem, ale po pewnym czasie mógł uczciwie przyznać, że dokonał właściwego wyboru.

Nie miał za sobą pruskiej przeszłości, mimo to był lubiany przez kolegów z Wydziału II. Znacznie większą jednak satysfakcję sprawiała mu adoracja ze strony żeńskiego personelu, z której szczodrze korzystał. Z tego powodu miał nielicznych, ale zdeklarowanych wrogów, na szczęście ograniczających się do pokątnych spisków słownych. Zbyt odważnych paraliżował cień Canarisa.

Marcowy poranek w Berlinie był bardzo zimny, ale słoneczny i bezwietrzny. Śnieg nie padał od wielu dni, więc ulice były suche. W nocy trochę zmarzli, bo zapomniał zamknąć lufcik, więc nad ranem mocno dorzucił węgla do pieca i w pokoju zrobiło się gorąco.

Heidi spała na brzuchu, nakryta narzutą zasłaniającą jeden pośladek i lewą rękę. Otto stał przy oknie i pijąc kawę z porcelanowego kubka ozdobionego niemieckim orłem, przerzucał wzrok z jej nagich pleców na ulicę i zastanawiał się, czy może jechać do pracy motocyklem. Po chwili medytacji doszedł do wniosku, że bardziej autentyczne i szczere uczucie niż do rudej Heidi żywi do swojego osiemnastokonnego motocykla BMW R 61, który kilka dni wcześniej odkupił za tysiąc marek od kolegi, i postanowił udać się wierzchem na Tirpitzufer 76. Nie chciał się przeziębić, więc musiał tylko odnaleźć zielony sweter w jelonki, który dostał od mamy na ostatnie Boże Narodzenie.

Podpułkownik Erwin Lahousen, szef Wydziału I, wezwał porucznika Ottona Krugera, gdy ten tylko przyszedł do pracy.

Rozkazy Führera, które przekazał mu Canaris, były wyjątkowo jasne. Antyniemieckie nastroje w Belgradzie niosły ryzyko przewrotu wojskowego. Odsunięcie regenta Pawła zagrażało strategicznym interesom Niemiec na Bałkanach, a Hitler nie mógł sobie pozwolić nawet na krótką wojnę w Jugosławii.

Plan „Barbarossa” był już gotowy od grudnia, ale starcie z Jugosławią i Grecją mogło nawet o miesiąc opóźnić uderzenie na ZSRR. „To może być miesiąc decydujący o losach III Rzeszy!” – wykrzyczał Hitler, kiedy się dowiedział, że do Belgradu ze wszystkich stron ściągają szpiedzy, i zaczął się wyścig z czasem. Canaris jako szef wywiadu nigdy nie przynosił dobrych wiadomości i dlatego Hitler go nie lubił. Wolał Müllera.

– Zatem rozumie pan, poruczniku, że Jugosławia jest dzisiaj oczkiem w głowie naszego Führera – zaczął podpułkownik Lahousen. – Stalin i Churchill wiedzą o tym wszystkim doskonale, a nasze aktywa w Belgradzie są niezbyt imponujące. Zaniedbaliśmy trochę ten kierunek, więc teraz trzeba to naprawić, i to jak najszybciej. Musimy ustalić, co tam naprawdę się dzieje. Chorwaci obiecywali złote góry, ale już teraz widać, że niewiele mogą. Nie wolno nam zawieść Führera... Rozumie pan?

– Oczywiście, panie pułkowniku. Karin jest już w Belgradzie, więc najprawdopodobniej będziemy mieć nowe dotarcie do brytyjskiej ambasady, a to się liczy. Czekam na jej telefon.

– Nie zorientowała się, że to była mistyfikacja? – zapytał Lahousen.

– Trudno teraz powiedzieć. Rozmawiałem z nią tylko przez telefon. Ale na pewno powinna docenić naszą życzliwość. Wikłanie w kłopoty i pomoc w ich rozwiązywaniu zawsze daje dobre efekty. Od czasu do czasu dociskamy jej matkę w Warszawie, a Karin wie, że jeśli okaże nam wdzięczność, zyska dla siebie wymierną korzyść. Goldfeder mieszka poza gettem i to jest dla niej problem, poważny problem.

Kruger uśmiechnął się szeroko, ale Lahousen ani drgnął i wciąż siedział poważny. Wiedział, że oczekiwania Hitlera przekraczają możliwości Abwehry w Belgradzie, więc liczył się teraz każdy agent i każdy dobry pomysł.

Karin nie była jeszcze sprawdzonym współpracownikiem, ale miała potencjał nieporównywalny z żadnym innym agentem, którym Abwehra dysponowała teraz w Belgradzie. Prowadził ją Kruger, zdolny, odważny oficer mający dobrą rękę do kobiet.

– Niech pan natychmiast jedzie do Belgradu...

– Tak planowałem, panie pułkowniku – wciął się Kruger delikatnie.

– Mamy tam grupę operacyjną Mark, której działalność koncentruje się wokół ambasady naszego rezydenta Martina Landaua. Zna go pan?

– Nie, nie miałem okazji.

– Będzie panu pomagał, ale proszę zachować dystans... – Lahousen urwał, dając Krugerowi znak, żeby był bardzo ostrożny – bo nie możemy spalić Karin.

– Rozumiem, panie pułkowniku – odparł zdecydowanym tonem Kruger.

– Landau jest w kontakcie z naszymi agentami, którzy działają w pobliżu premiera Cvetkovicia, ale wyniki ich pracy są bardzo słabe. Zamierzamy, nie bacząc na koszty, bronić regenta Pawła i odsunąć groźbę zamachu stanu. Belgrad musi podpisać z nami pakt. Rosjanie i Anglicy mają teraz w Jugosławii wspólny interes i za wszelką cenę będą chcieli nas wciągnąć w konflikt zbrojny, więc Karin może być bardzo przydatna. Jak będzie trzeba, przyciśniemy jej matkę, ale wolałbym się nie uciekać do takich metod. Wystarczy, że będzie tego świadoma.

– Oczywiście, panie pułkowniku – odparł posłusznie porucznik Otto Kruger. – Byłoby jednak najlepiej, gdyby sama zrozumiała, że pojawiła się dla niej nowa szansa. Nie trzeba jej straszyć ani grozić, skoro można dać jej nową nadzieję. To sprawdzona metoda i o wiele skuteczniejsza. Zresztą Karin nie należy do słabych kobiet, jest wysportowana, chociaż wygląda na delikatną, a już na pewno nie można jej uznać za naiwną. Sześć razy przeszła Tatry, w tym dwa razy zimą, a to o czymś świadczy – wyjaśnił porucznik, bo chciał stonować Lahousena, który był zwolennikiem twardej współpracy z agentami, a Karin znał tylko z raportów Krugera.

– Dobrze, panie poruczniku. Niech pan zbiera się do Belgradu. Instrukcje dostanie pan jeszcze dzisiaj. Proszę czekać u siebie, wezwę pana... Porozmawiamy trochę dokładniej o naszym rezydencie w Belgradzie – zakończył nieco tajemniczo podpułkownik i podniósł się z fotela.

Kruger wrócił do swojego pokoju. Rozpiął mundur i usiadł za biurkiem, z rękami założonymi za głowę. Po chwili z kieszeni na piersi wyjął srebrną papierośnicę. Lahousen nie pozwalał palić w swoim gabinecie, bo był gorącym orędownikiem antynikotynowych poglądów Führera, które ten utożsamiał ze zdrowym antysemityzmem i czystością rasową. Kruger nie wiedział, że za tą manifestacją podpułkownik skrywa głęboko kpinę z obsesji Hitlera, więc uważał to za ideowe przegięcie. Sam, podobnie jak admirał Canaris, wypalał paczkę papierosów dziennie.

Przez chwilę Kruger zastanawiał się, czy fikcyjne aresztowanie Karin w Budapeszcie było rozsądne. Zdawał sobie sprawę, że jeśli się zorientowała, nie będzie lojalna i może nawet spróbuje przejść na drugą stronę, a wtedy żadna instrukcja Lahousena nie ma szans powodzenia. Musiał jednak zaufać intuicji, która nigdy dotąd go nie zawiodła. Ale też nie miał innego wyjścia, bo dalszy pobyt Karin w Budapeszcie mógł doprowadzić do dekonspiracji agentki przed Anglikami, tym bardziej że jej zadania już się wyczerpały. Po prostu trwało to za długo. Operacja uwiarygodniania tajnej polskiej organizacji w Warszawie i kanału dezinformacji angielskich służb, prowadzona z Budapesztu przez Abwehrę za pośrednictwem Karin, nie miała już sensu.

Porucznik Kruger doskonale wiedział, że nadszedł czas, by przerzucić Karin na Bliski Wschód. Po drodze jednak pojawił się niespodziewanie Belgrad. Podpułkownik Lahousen uważał, że bez względu na informacje z Londynu, jakoby polski wywiad zorientował się w grze Berlina, Karin trzeba wykorzystać. Nawet gdyby miała zostać spalona. Kruger snuł jednak inne plany i próbował wpływać na przełożonego. Zmieniał sytuację powoli za sprawą kreatywnego dokumentowania współpracy, jak nazywał pisanie raportów pod kątem realizacji własnych pomysłów. Robił to drobnymi krokami, z których zawsze umiał się wytłumaczyć.

Karin mogła stać się najlepszą agentką Abwehry w MI6, zwłaszcza że nad Europę dopiero nadciągała wielka burza. Trzeba było tylko działać umiejętnie, by niczego nie zepsuć.

Zbyt wiele pracy kosztowało Abwehrę uwiarygodnienie jej w polskim podziemiu. Porucznik Otto Kruger wiązał z nią osobiste nadzieje na awans i na zwycięstwo Trzeciej Rzeszy. Czuł, że jest zauroczony kobiecością i inteligencją Karin. Nie dopuszczał jednak do siebie myśli, że mógłby obdarzyć uczuciem polską Żydówkę. Przekonany był, że jeżeli zrealizuje swój plan, nawet wbrew woli podpułkownika, będzie na dobrej drodze, by wykorzystać jej ciało i umysł dla dobra Niemiec. Chciał stać się jej jedynym panem, właścicielem, uczynić z niej strzałę, którą będzie bezbłędnie trafiać w cel.

W Berlinie dochodziła dziesiąta, kiedy na biurku odezwał się czarny telefon. Kruger zgasił papierosa w ebonitowej popielniczce z hitlerowskim orłem i sięgnął po słuchawkę. W pierwszej chwili pomyślał, że to podpułkownik Lahousen, który miał zwyczaj wzywania podwładnego kilka razy w tej samej sprawie.

Odezwał się jednak operator tajnej centrali telefonicznej.

– Porucznik Otto Kruger? – zapytał.

– Tak jest!

– Numer?

– Trzydzieści jeden pięćdziesiąt dwa.

– Dzwoni Karin. Łączyć?

– Łączyć!

Kruger wyprostował się w fotelu i lewą ręką zaczął zapinać mundur.

– Jestem w Belgradzie – odezwała się Karin po francusku.

– Jak podróż? Wszystko w porządku?

– Tak, przejechałam w bagażniku limuzyny ambasadora O’Malleya.

– Gdzie się zatrzymałaś?

– W poselstwie.

– Świetnie! – rzucił zadowolony Kruger. – Musimy się jak najszybciej zobaczyć. Mam ważną i pilną sprawę. Będę czekał...

– W piątek... o dwudziestej przed hotelem Majestic – odparła zdecydowanie.

– Dobrze – potwierdził. – Gdyby coś się zmieniło, to... zadzwoń do naszego poselstwa i poproś Ottona.

– Nie będę niepotrzebnie się narażać. Widzimy się w piątek.

– Niech tak będzie.

Karin rozłączyła się bez pożegnania.

Nigdy nie mówiła dzień dobry ani do widzenia i Kruger wiedział dlaczego. Czekał jednak na dzień, w którym powie to po raz pierwszy. Wtedy przejdzie na jego stronę i stanie się jego strzałą.

Rozdział 5

SAMI MOŻEMY WYBIERAĆ

Tylko pierwszą noc przespali w pokojach gościnnych ambasady na Resavskiej. Opla zaparkowali kilka przecznic dalej, bo był na polskich numerach rejestracyjnych. Nie chcieli ściągać na siebie uwagi miejscowych służb. Według attaché wojskowego w jugosłowiańskich służbach nie brakowało sympatyków Hitlera i można było założyć, że ambasada jest inwigilowana. Dlatego za zgodą Louisa woleli znaleźć jakiś bezpieczny lokal w mieście.

Andrzej znał trochę rosyjski, więc całkiem sprawnie poradził sobie z serbską gazetą i następnego dnia rano wyszukał ofertę wynajmu mieszkania na Svetogorskiej 5. Było niemal idealne, położone w centrum, na pierwszym piętrze. Dom nieciekawy, eklektyczny, ale modernistyczna garsoniera urządzona była ze smakiem. Właścicielka, w zielonym kostiumie opinającym potężne piersi i bordowym toczku ze zwiniętą woalką, twierdziła, że meble zaprojektował sam Marcel Breuer, jednak Krystyna od razu zauważyła, że są to słabe kopie. Tak czy inaczej mieszkanie było o wiele ładniejsze niż to, które zajmowali w Budapeszcie, mieście o wiele ładniejszym niż Belgrad. Podobały jej się upięte w draperię bordowe story, które przypominały dwór w Trzepnicy, jednak przesądził gniady ogier w galopie wiszący nad łóżkiem.

Cena nie była wygórowana. Zdecydowali się bez negocjacji, płacąc za miesiąc z góry, chociaż wizy mieli na dwa tygodnie.

Z klatki schodowej prowadziły dwa wyjścia, główne wprost na ruchliwą ulicę, a drugie, tylne – na podwórko, skąd można było przejść na sąsiedni zaułek, gdzie Andrzej ukrył ich opla.

Kiedy zostali sami, Krystyna rzuciła się na łóżko przykryte bordową kapą, a Andrzej usiadł w fotelu. Po chwili uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła rękę.

– Chodź – wyszeptała i zmrużyła oczy, ale Andrzej pokręcił głową. – Boli? – zapytała. – Boli – stwierdziła, nie zaczekawszy na odpowiedź. – Więc odepnij ją i połóż się trochę. Mamy godzinę – dodała, patrząc na zegarek.

Z Budapesztu do Belgradu jest niecałe czterysta kilometrów, ale jechali prawie siedem godzin. Andrzej wytrwale prowadził ich małego opla. Nie narzekał, nie dawał po sobie poznać, jak bardzo cierpi, jednak Krystyna wiedziała, co to dla niego znaczy. Nieraz widziała jego obtarty kikut, gdy wieczorem zdejmował protezę nogi. Była na siebie zła, że w natłoku wydarzeń nie pomyślała o tym poprzedniego wieczoru, kiedy przyjechali do Belgradu.

Wtarła mu maść kojącą ból, ale wiedziała, że to niewiele daje. Andrzej musiał zdjąć protezę i trochę odpocząć.