Wydawca: Burda Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 279 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chór Sierot - Sophie Hannah

Louise jest nawiedzana przez muzykę, którą tylko ona słyszy. Pieśni śpiewają dzieci, które tylko ona widzi…

Tak trudno rozstawać się z dzieckiem, które idzie do szkoły. Tak jakby cząstka rodziców odchodziła wraz z nim. Kiedy siedmioletni synek Beestonów dostał prestiżowe stypendium jako chórzysta college’u w Cambridge i zamieszkał w internacie, nic nie stało na przeszkodzie, by częściowo wynieść się z miasta do pięknego domu w wiejskiej głuszy.

Zwłaszcza że w mieście Louise dawał się we znaki hałaśliwy sąsiad. Co weekend doprowadzał ją do szału głośnymi imprezami. Następnie upodobał sobie muzykę chóralną, co zakrawało na szyderstwo z matki stęsknionej za swoim małym chórzystą.

Jednak przeprowadzka na wieś nie zapewnia Louise oczekiwanego pocieszenia. Tu także prześladuje ją dziwna muzyka wykonywana przez chór dziecięcy. Wreszcie spotyka tajemniczych śpiewaków. Ale to nie jest zwykły chór...

Opinie o ebooku Chór Sierot - Sophie Hannah

Fragment ebooka Chór Sierot - Sophie Hannah

Tytuł oryginału: The Orphan Choir

Copyright © 2013 by Sophie Hannah All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska Korekta: Roma Sachnowska, Bronisława Dziedzic-Wesołowska Projekt okładki: Wioletta Wiśniewska Zdjęcie na okładce: Shutterstock Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-585-0

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Responsoria umieszczone w tej książce pochodzą z prawdziwych nabożeństw z udziałem chóru, w których uczestniczyłam w St Catherine College w Cambridge – cudownej i wcale nie strasznej instytucji, której chór dziewczęcy bezwiednie zasiał ziarno straszliwej opowieści w moim umyśle.

Zaszczyć nas, Panie,Zachowaj nas tej nocy od grzechu.

O Boże, zmiłuj się nad nami,Zmiłuj się nad nami.

Niech nas ogarnie łaska Twoja, Panie,Według ufności pokładanej w Tobie![1].

Boże Zastępów, odnów nasI okaż Twe pogodne oblicze, abyśmy doznali zbawienia[2].

Usłysz, o Panie, moją modlitwę,Przyjm moje błaganie[3].

Niech Bóg będzie z Tobą;I z duchem Twoim.

Módlmy się.

Daj nam światło w mrocznej porze, błagamy cię, Panie, I spraw, byśmy potrafili uwierzyć w swych sercach w to, co śpiewamy i mówimy ustami, A to, w co wierzymy w swych sercach, niechaj znajdzie odbicie w naszym codziennym życiu, Przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.Amen.

1 Psalm 33,22 wg Biblii Tysiąclecia – wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

2 Psalm 80,8

3 Psalm 143,1

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Kwadrans przed północą. Stoję w deszczu, przed domem swojego najbliższego sąsiada, zaciskając zziębnięte, mokre dłonie na zardzewiałych drążkach ogrodzenia. Spoglądam pomiędzy nimi w dół, na nadgryzione zębem czasu, niebezpiecznie wąskie schody prowadzące do sutereny, z której dobiega ryk muzyki. To najbardziej nielubiana przeze mnie piosenka: Don’t Stop Me Now Queenów.

W ciemność panującą na zewnątrz wsącza się czerwonopomarańczowe światło z wykuszowego okna, które wygląda równie nieprzyjemnie, jak okropnie brzmi ta zbyt głośna muzyka. Jedno i drugie przywodzą mi na myśl piekło: moje wyobrażenie o nim. W pozostałych oknach czterokondygnacyjnego domu sąsiada nie pali się światło.

Suterena mojego domu jest ciemna i cicha. Używamy jej głównie jako lokum dla gości, a ponieważ miewamy ich rzadko, zwykle stoi pusta. Znajdują się tam dwie sypialnie, pokój do zabawy z konsolą do gier wideo dla Josepha oraz duża łazienka. Wszystkie wewnętrzne ściany sutereny domu pod numerem dziewiętnastym zostały wyburzone w celu stworzenia jednej, rozległej przestrzeni: „pokoju do relaksu” albo „sali gościnnej”, zależnie od tego, czy określenie pomieszczenia pada z ust mojego sąsiada czy jego dziewczyny.

Sądzę, że etykietka „sala gościnna” martwi go z powodu szlachetnych skojarzeń. Słowo „gościnna” sugeruje, że ktoś może przejmować się kimkolwiek poza sobą. A mój sąsiad ma wszystkich w nosie.

Słuchając refleksji Freddiego Mercury’ego na temat naddźwiękowej kobiety, cieszę się, że żadnej nie spotkałam: wygląda na to, że są dość narowiste – niezbyt łatwe w obejściu. Nigdy też nie aspirowałam do naddźwiękowości, cokolwiek to może oznaczać. To, czego pragnę, jest, mam nadzieję, o wiele łatwiejsze do osiągnięcia: spanie w ciepłym, suchym łóżku. W chwili obecnej to jedyne rzeczy, których chcę, jedyne, których pragnienie wydaje mi się możliwe.

Schody prowadzące z chodnika do sutereny domu pod dziewiętnastką są śliskie od mchu, deszczu i ulicznego błota. Wszystkie stopnie miały kiedyś krawędź pod idealnie prostym kątem, ale po przeszło stu latach wystawienia na działanie stóp i pogody powierzchnia i krawędzie się starły, przez co schody stały się zbyt nierówne, by z nich bezpiecznie korzystać, zwłaszcza podczas takiej ulewy, jaka nadeszła tej nocy. Zazwyczaj, gdy na nie patrzę, czuję przypływ satysfakcji. Kobieta, która sprzedała nam dom pod siedemnastką, ostatnio wymieniła całą zniszczoną kamieniarkę. Schody prowadzące z naszej sutereny na ulicę mają piękne, równe krawędzie i nowiutką, pomalowaną na czarno, żelazną poręcz przymocowaną dla dodatkowego zabezpieczenia, ale właściwie jakie to ma znaczenie? Skoro nie mogę spać w swoim domu, kiedy tego chcę, wszystkie jego zalety przestają się liczyć.

Pod dziewiętnastką nie uświadczysz poręczy przy schodkach. Nie palę się, by po nich schodzić, kiedy woda przelewa się ze stopnia na stopień jak płynna spirala, ale jaki mam wybór? Jeśli chcę przyciągnąć uwagę sąsiada, muszę stanąć w miejscu, w którym mnie zauważy, albo zaczekać na przerwę między piosenkami i załomotać w okno pomieszczenia, w którym przebywa ze swoim towarzystwem. Siedem razy naciskałam dzwonek przy furtce, lecz mnie nie słyszał. Oczywiście, że nie; Freddie Mercury zagłusza wszelkie dźwięki.

Mam na sobie piżamę w biało-różową kratkę, przemoczoną od kolan do kostek, czarny płaszcz przeciwdeszczowy i buty sportowe, które przemokły w pięć sekund po moim wyjściu z domu. Czuję się teraz, jakbym miała stopy w dwóch komorach balastowych, które ciągną mnie w dół. To zupełna odwrotność sytuacji, kiedy ludzie pakują sobie do kieszeni kawałki betonu, by pomogły im się utopić po wejściu do wody. Ja jestem wtłaczana przez wodę w betonowy chodnik. Potoki deszczu nieprzerwanie leją się z nieba. Aż trudno uwierzyć, że składają się z pojedynczych kropli.

Absurdalność propozycji Freddiego Merkury’ego, który zachęca mnie, bym do niego zadzwoniła, jak będę chciała miło spędzić czas, sprawia, że nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Problem w tym, że moja definicja miłego spędzania czasu bardzo się różni od tej, którą lansuje piosenka i pan Fahrenheit. Tak Stuart i ja nazywamy między sobą swojego sąsiada, chociaż naprawdę zwie się Justin Clay, a słyszałam, jak jego dziewczyna Angie i kumple nazywają go Jub. Dla mnie miłe spędzanie czasu oznacza, że mogę położyć się do łóżka, kiedy mi się żywnie podoba – owszem, nawet bardzo wcześnie w sobotni wieczór – i kiedy nie muszę wysłuchiwać dudniących za ścianą rockowych hymnów, które nie dają mi zasnąć.

Tak dzieje się w co drugą czy trzecią sobotę. Na szczęście pan Fahrenheit spędza pozostałe weekendy w domu Angie, ale kiedy jej dzieci są ze swoim ojcem, Angie instaluje się pod dziewiętnastką i zaczyna się balanga – a przynajmniej tak się wydaje, sądząc po odgłosach. Czasami postanawiają zaszaleć na całego w wolny od dzieci weekend i puszczają głośno muzykę przez dwa kolejne wieczory, piątkowy i sobotni. Pan Fahrenheit zapewnia mnie, że to nigdy nie jest balanga, jedynie „spotkanko towarzyskie”. Próbowałam przy czterech różnych okazjach wyjaśnić mu, że nieważne, jak to nazwiemy, byle tylko zechciał łaskawie ściszyć muzykę do dającego się zaakceptować poziomu.

Na „spotkankach towarzyskich” są zawsze ci sami goście – facet w butach turystycznych z rozwiązanymi sznurowadłami i dżinsami wetkniętymi w mięsiste skarpety, przygarbiony, zbyt wysoki mężczyzna z oklapłymi włosami i plecakiem, kędzierzawa nauczycielka tańca, która odpala jednego papierosa od drugiego, pracująca w szkole sztuk widowiskowych na Woolnough Road; grubaska w czerwonych okularach, z dziwacznie ufryzowanymi włosami w kolorze sierści niebieskiego persa. Pan Fahrenheit zawsze puszcza im te same utwory, które goście podśpiewują i wykrzykują do wtóru z wykonawcami, choć muszę uczciwie przyznać, że odtwarza je w różnej kolejności. Są to: 9 to 5 Dolly Parton, Livin’on a Prayer Bon Jovi, Heart of Glass Blondie, Take on Me zespołu A-ha, Love Shack B-52 oraz Video Killed the Radio Star, nie pamiętam czyje to.

Gwoździem programu jest zaś zawsze utwór Don’t Stop Me Now Queenów, który wyraża podejście do życia mojego hałaśliwego sąsiada o wiele lepiej niż on sam. Zapewne nie analizował słów piosenki, w przeciwieństwie do mnie, ale to chyba nie przypadek, że jest bezwzględnym, samolubnym hedonistą, a piosenka, którą puszcza na cały regulator częściej od innych – zwykle dwa, trzy razy w trakcie balangi – jest hymnem jego ideologii. Narrator z piosenki to nie tylko ktoś, kto pragnie dobrze się bawić (co byłoby całkiem uzasadnione), lecz osoba, która doskonale zdaje sobie sprawę, że zabawa, którą zamierza sobie zafundować (niekontrolowana, jak bomba atomowa), wpłynie na innych tak negatywnie, że stanie się dla nich nie do zniesienia i będą próbowali ją przerwać. Przewiduje to i jasno daje do zrozumienia, że życzy sobie kontaktu wyłącznie z osobami, które podzielają jego wyobrażenia na temat miłego spędzania czasu.

Stuart powiedziałby – mówił, często – że to tylko piosenka, a ja zbyt wiele z niej wyczytuję. Drażni mnie nieścisłość tej krytyki. Przecież każdy może usłyszeć te groźne słowa, w tekście nie ma żadnych dwuznaczności. Stuart byłby bliższy prawdy, gdyby oskarżył mnie nie o doszukiwanie się w słowach piosenki znaczeń, których tam nie ma, lecz o wyobrażanie sobie, że Don’t Stop Me Now to coś więcej niż piosenka, co jest oczywiście niemożliwe z naukowego punktu widzenia.

Patrząc na to nienaukowo, jest ona wstrętną esencją Justina Claya, zawartą w muzyce. Jego duszą przerobioną na pop.

Wreszcie jazgotliwa tyrada Queenów dobiega końca. To moja szansa. Wiem z doświadczenia, że w trakcie tych wieczorków jedna piosenka nie następuje natychmiast po drugiej. Pan Fahrenheit nie jest zbyt sprawnym didżejem. Kiedyś myślałam, że długie przerwy pomiędzy kolejnymi muzycznymi atakami to sadystyczne próby ukołysania mnie złudnym poczuciem bezpieczeństwa w celu ponownego powalenia, gdy zaczynam przysypiać, ale to było niesprawiedliwe z mojej strony. Nie wzięłam pod uwagę, jak wiele czasu zajmuje przełożenie różnych części składowych nieskręconego blanta z kolan na stolik do kawy, bez rozsypania ich, zwłaszcza gdy się jest ujaranym, a następnie doczłapanie do odtwarzacza i podjęcie decyzji, co puścić w następnej kolejności.

Teraz, kiedy przestała grać muzyka, słyszę stłumione głosy, choć przez bębnienie deszczu nie mogę rozróżnić słów. Schodzę ostrożnie tyłem po kamiennych schodach, tak by móc przytrzymywać się wyższych stopni. Gdy jestem na samym dole, odwracam się i widzę, że Angie, dziewczyna sąsiada, patrzy na mnie przez okno, po którym ściekają strugi wody.

– Jub, znów przyszła ta pani, co mieszka obok – mówi po paru sekundach wpatrywania się we mnie bez słowa, jakby szok opóźnił jej reakcję.

Ma na sobie krótką biało-zieloną sukienkę – wygląda na to, że wzór na materiale jest zainspirowany lampami lava – a na nią narzucony robiony na drutach, dłuższy beżowy kardigan. Bose stopy.

– Och, chyba jaja sobie robisz! – wykrzykuje pan Fahrenheit.

Kusi mnie, by go spytać, czy to wyrażenie jest obecnie popularne na placu zabaw, ale się powstrzymuję. Fahrenheit pochyla się nad sprzętem muzycznym, odwrócony plecami do okna. Stoję na tyle blisko, że przez pojedynczą szybę w oknie świetnie go słyszę. Nie spieszno mu, by się odwrócić i nawiązać ze mną rozmowę.

Wygląda na to, że ani on, ani Angie nie pojmują podstawowego związku przyczynowo-skutkowego. Wiedzą, że nie zgadzam się, by puszczali głośno muzykę w nocy, bo wyraźnie im to powiedziałam, jednak wydają się zaskoczeni, kiedy tak robią, a ja zjawiam się u nich z pretensjami. Za każdym razem widać jasno, że nie spodziewali się mojego najścia. Później nie mogę się powstrzymać, i nie wiadomo po co recytuję Stuartowi rozmowę, której zapewne regularnie nie udaje im się przeprowadzić:

Wiesz, jeśli ona nie zdoła zasnąć z powodu naszej muzyki, będzie musiała znaleźć sobie na noc coś innego do roboty. A co jeśli tym zajęciem będzie przyłażenie tutaj i dowalanie się do nas?

No tak. Racja. Muszę przyznać, że to dość prawdopodobne, bo tak zawsze się dzieje. Jeśli nie chcemy, by przychodziła nam tu jęczeć, może nie powinniśmy zakłócać jej snu.

Pan Fahrenheit podchodzi, otwiera okno, trzyma się z dala od deszczu.

– Cześć, Louise – mówi głosem równie ponurym i znużonym jak jego twarz. – Przyszłaś mnie opierdolić?

Próbuję nie poczuć się urażona, ale mi się to nie udaje. Czyżbym skrycie miała nadzieję, że powie: „Dołącz do nas, nalej sobie drinka”? Sądzę, że to możliwe, choć niewątpliwie również głupie i naiwne. Nieraz przychodziło mi do głowy, że skoro nie mogę spać, a u sąsiada jest akurat przyjęcie, równie dobrze mogłabym się przyłączyć i spróbować trochę zabawić. Oczywiście musiałabym odmówić, nawet gdyby pan Fahrenheit mnie zaprosił.

Zastanawiam się, czy on wie, że chętnie przestałabym go nienawidzić i byłabym gotowa nawet trochę polubić, gdyby tylko choć odrobinę się ze mną liczył.

– Te wizyty o północy są dla mnie tak samo kłopotliwe jak dla ciebie, Justin – odpowiadam. – Szczególnie gdy jest tak zimno i leje jak z cebra. Czy przestałeś już puszczać muzykę? Dochodzi północ.

– Nie, nie przestałem puszczać muzyki. – Zatacza się lekko w tył.

– Powiedz jej, żeby się odpierdoliła – woła jego kumpel w butach turystycznych, machając na mnie.

Siedzi po turecku na podłodze obok wysokiej stojącej lampy, która jest udrapowana czymś, co przypomina czerwony obrus. On i ta lampa są dwiema wyspami w morzu pustych butelek po winie walających się wokół. Pokój wygląda, jakby pospiesznie opuścili go uczestnicy gry w butelkę, która toczyła się w kilkunastu kręgach.

– W takim razie czy mógłbyś od tej chwili przyciszyć dźwięk tak, by nie niósł się przez ścianę do mojego domu? – pytam Justina.

Grubaska w czerwonych okularach zjawia się u jego boku.

– Bądź rozsądna, kochaniutka – mówi. – Nie ma nawet dwunastej. Dwunasta to taka pora graniczna, prawda? Przynajmniej tam, gdzie ja mieszkam. Musisz przyznać, że czasem próbujesz nas uciszyć już za piętnaście jedenasta.

– A Justin często puszcza muzykę co najmniej do pierwszej trzydzieści – odpalam. – Może to raczej jego namówisz, by zachowywał się rozsądnie? Skoro zjawiłam się przed jedenastą, to dlatego, że właśnie wtedy chciałam iść spać.

– Kurwa, Louise, przecież jest sobota – protestuje pan Fahrenheit.

– Czasami kładę się wcześnie w soboty, a siedzę do późna we wtorki – mówię. – A gdybym tak była pilotem samolotu i musiałabym wstawać o czwartej rano… – przerywam natychmiast, by nie dać panu Fahrenheitowi szansy powiedzenia mi, że nie jestem pilotem samolotu, i wykazania, że nie mam racji. – Słuchaj, chcę tylko chodzić spać wtedy, kiedy mam na to ochotę, i nie życzę sobie, by mnie wyrywał ze snu hałas dobiegający od ciebie. Proszę, Justin. – Przywołuję na twarz swój najprzyjaźniejszy, pełen nadziei uśmiech.

Unosi ręce i cofa się, jakbym trzymała wycelowany w niego pistolet, a on wiedziałby, że jest nienaładowany.

– Louise… wypierdalaj z powrotem do siebie, z łaski swojej. Znów zepsułaś mi wieczór, tak jak sam już nie wiem ile razy wcześniej, dobra robota. Brawo. Nie mam zamiaru tracić więcej czasu na kłótnie z tobą, więc… idź do domu albo kłóć się sama ze sobą, jak tam sobie chcesz.

– Wyluzuj, sąsiadeczko! – wrzeszczy z odległego krańca pokoju facet z oklapniętą grzywką.

Siedzi przy dużym stole jadalnym upstrzonym rozdartymi bibułkami do papierosów i plamami z wina. Stół mieści się pod wymyślnym szklanym żyrandolem, jest dosunięty do jedynej w pomieszczeniu ściany pokrytej bladoniebieską tapetą w złote zawijasy w kształcie skrzypiec. Właściwie jest piękna i pewnie słono kosztowała, ale aż oczy bolą, jak się w nią długo wpatrywać. Pan Fahrenheit przywiązuje wielką wagę do wystroju wnętrza. Przykłada się też pilnie do chlania i ćpania, za to do sprzątania wcale. Jego dom jest dziwną mieszanką dwóch różnych stylów: aspiracyjnego, w pełnej gotowości do sesji fotograficznej, oraz dokumentacyjno-wspominkowego gniazda rozpusty – popielniczki przewrócone kopniakiem na drogą wykładzinę z sizalu, pudełka po jedzeniu na wynos stojące naprzeciw designerskich krzeseł, jakby stanowiły podnóżki do kompletu.

Pan Oklapnięta Grzywka ma stylówkę podobną do pana Fahrenheita: koszula w kratę nałożona na biały T-shirt, spłowiałe dżinsy. Jedyna różnica wynika z wyboru obuwia: pan Fahrenheit lubi sportowe klapki, a Oklapnięta Grzywka nosi przeróżne kowbojki. Zauważam jego plecaczek oparty o te, które ma na sobie tego wieczoru. Wolę nazwę „trawiaczek”.

– Świetny płaszczyk przeciwdeszczowy – drwi głośno kudłata nauczycielka tańca, nie patrząc na mnie. – Ciasno zasznurowany kapturek – to się nazywa styl.

Reszta się śmieje. To pierwszy raz, kiedy pan Fahrenheit mnie zbluzgał, pierwszy raz, gdy jego przyjaciele wzięli jego stronę. Czekam, aż osłabnie uczucie upokorzenia, i mówię sobie, że to nieważne, co jacyś tam nieuprzejmi obcy ludzie myślą o moim płaszczu przeciwdeszczowym. Mam nadzieję, że nie płaczę. Gdy uspokajam się na tyle, by móc się odezwać, mówię:

– Możesz mnie dziś zignorować, Justinie, ale problem związany z twoim zachowaniem nie zniknie. Jeśli mnie nie posłuchasz, będę musiała rozejrzeć się za kimś innym, kogo posłuchasz. Może na przykład zwrócę się do policji.

– Powodzenia, koleżanko – rzuca Angie, podkreślając sarkastycznie drugie słowo. – Możesz sobie pomarzyć. Nikt nie zabroni nam słuchania piosenek w naszym własnym domu w sobotni wieczór.

– W czyim domu? – drażni się z nią Justin.

Ona udaje, że wtóruje mu śmiechem, ale nie sądzę, by ten dowcip podobał jej się tak samo jak jemu.

– Louise! – Justin wskazuje mnie uniesioną ręką. Bardziej przypomina to salutowanie. – Obiecuję ci, że pewnego dnia znajdziesz się po drugiej stronie i ktoś w taki sam gówniany sposób popsuje ci zabawę. Tak! Gdziekolwiek zamieszkasz, kiedy twój syn będzie nastolatkiem, o ile nie wybierzesz zabitego dechami odludzia, jakaś cipa zacznie bębnić ci w okna, jak tylko twój chłopak zechce się trochę wyluzować ze swoimi kumplami. I wtedy pomyślisz: Co za pieprzona cipa, przecież oni tylko się bawią. Wiesz co, Louise? W tej chwili to ty jesteś tą cipą. – Kiwa głową, jakby wygłosił jakąś głęboką mądrość. – Ach, czekaj, przepraszam, zapomniałem, że twój syn już opuścił dom, prawda? Pozbyłaś się go, tak? Ileż on ma lat? Siedem? Założę się, że w twoim domku jest bez niego miło i cicho. Właśnie dlatego to zrobiłaś? Cała ta brednia z chórem to tylko wymówka, co? Czyżby pewnego dnia zbyt głośno podkręcił sobie muzyczkę z pieprzonego serialu Balamory?

Dosłownie mnie zamurowało. Nie mogę uwierzyć, że sąsiad coś takiego powiedział. Że tak pomyślał, nawet będąc wściekły. Nie mógłby tego powiedzieć, gdyby wcześniej tak nie pomyślał.

A jednak. Powiedział i pomyślał.

Nie potrafię znaleźć żadnych słów w odpowiedzi. Justin dostałby niezłą nauczkę, gdybym jutro o tej porze stała w tym samym miejscu, wbita w ziemię jego okrutnymi słowami.

– Daj spokój, Jub – rzuca ostrzegawczo Angie.

Wydaje się zaniepokojona. Ciekawe, czy wyglądam groźnie: jakbym zamierzała wdrapać się przez okno do środka – ociekająca wodą zakapturzona czarna postać – i wydusić z niego życie. Jakże kusząca myśl.

– Spławiła siedmioletniego syna? – upewnia się nauczycielka tańca. – O kurwa, serio?

– A może wolałabyś, żebym puszczał muzykę klasyczną? – pyta szyderczo pan Fahrenheit. – Czy nadal psułabyś mi każdą cholerną zabawę, gdybym puszczał… dajmy na to Mozarta?

Zastanawiam się, dlaczego naśladuje Hitlera, przykładając palec pionowo nad górną wargą. Potem dociera do mnie, że nie chodzi o wąsy. Ten gest – uniesienie koniuszka nosa – ma oznaczać snobizm.

– Mozart? – śmieje się Pan Turystyczne Buty. – Akurat coś masz!

– Tak się składa, że owszem – odpala pan Fahrenheit. – Trzeba mieć muzykę klasyczną. Prawda, Louise? – Do przyjaciół rzuca: – Chcecie posłuchać, prostaki?

Nikt nie chce. Jęczą, klną, śmieją się.

– Wygląda na to, że tylko ty i ja, Louise, jesteśmy ci kulturalni. Snoby. – Pochyla się ku dzielącej nas barierze z deszczu i puszcza do mnie oko.

Nie mogę tu dłużej tkwić. Tak szybko, jak tylko mogę, uważając, by się nie poślizgnąć, wspinam się po schodach na ulicę i pędzę do domu, żegnana hucznymi brawami pana Fahrenheita i jego przyjaciół.

– Stuart! Stuart!

Same słowa nie wystarczą. Dźgam go w ramię koniuszkami palców. Otwiera oczy i gapi się na mnie, leżąc na plecach.

– Co?

– Słyszysz? Posłuchaj.

– Louise. Lepiej, żeby to był już ranek.

Jestem innego zdania. Lepiej, żeby ranek nie nastał, dopóki nie złapię przynajmniej sześciu godzin snu. Teraz, kiedy nie muszę szykować Josepha do szkoły, mogę pospać dłużej, ale właśnie z tego powodu tak się nie dzieje. Każdego ranka uruchamiam się o wpół do siódmej, dokładnie o tej porze, kiedy musiałam wtedy wstawać. To codzienny protest mojego ciała przeciwko nieobecności syna.

– Przykro mi. Jest środek nocy – mówię.

Nie mogę pozwolić sobie na to, by zdefiniować obecną chwilę jako ranek, chociaż technicznie rzecz biorąc, tak jest. Jeszcze nie zaznałam nocy. To paradoks Głośnego Sąsiada. Czy mówi się: „Przecież jest trzecia nad ranem!”, by dać do zrozumienia samolubnemu prostakowi zza ściany, że jest bardzo, ale to bardzo późno? „Czwarta rano”, „piąta nad ranem”? W którym momencie to zaczyna brzmieć tak, że niby czynni ludzie już podśpiewują sobie pod prysznicem, wciskają włączniki ekspresów do kawy, szykują się, by pobiec do biura?

Stuart chwyta obiema rękami brzegi poduszki, po lewej i prawej stronie głowy, i próbuje naciągnąć je sobie na twarz, jakby starannie pakował samego siebie przed wysyłką.

– Środek nocy – powtarza. – W takim razie powinienem jeszcze spać.

– Słyszysz muzykę?

– Tak, ale ona nie wytrąca mnie ze snu. Od tego mam żonę.

– To Verdi. Przedtem leciał Bizet i kawałek Pucciniego.

Na ścianie akademika St John’s College znajdującego się na tyłach naszego domu włącza się lampa monitoringu, świeci mi prosto w twarz. Widocznie jakiś samochód za blisko podjechał do budynku. Pochylam się i przesuwam zasłonkę w prawo. Jest zbyt wąska: musimy wybierać, którą część okna chcemy zasłonić: po stronie lampy czy okien sypialni studentów.

– Pan F. dostał pewnie CD z hitami klasyki jako darmowy dodatek do niedzielnej gazety – mówi Stuart, znów zamykając oczy.

– To jest wymierzone przeciwko mnie – wyjaśniam. – Melodyjne „pieprz się”. Znudził się atakowaniem mnie swoją muzyką, więc teraz używa takiej, którą uważa za moją.

– Czy ty nie masz przypadkiem paranoi?

Mogłabym się przyznać do tego, że poszłam do sąsiada, odbyłam kolejną kłótnię z panem Fahrenheitem, w trakcie której wypłynął temat muzyki klasycznej. Stuart nie zna tego kontekstu. Gdybym mu powiedziała, co zaszło, przyznałby, że mam rację co do złośliwości tego ostatniego hałaśliwego ataku, ale również by mnie skrytykował; „skrysztorcował”, jak powiedziałby Joseph (wymyślił słowo, z którego jest bardzo dumny, skontaminował słowa: skrytykować i obsztorcować), za to, że poszłam sama: bezbronna kobieta bez męża, który mógłby mnie obronić. A wtedy ja też mogłabym go „skrysztorcować”, bo jestem wykończona i sfrustrowana i trudno by mi było zachować umiar. Mogłabym podniesionym głosem przypomnieć, że ilekroć proponuję, żebyśmy odwiedzili pana Fahrenheita razem, by złożyć skargę, albo żeby Stuart poszedł dla odmiany zamiast mnie, zawsze odpowiada tak samo:

– Daj spokój, Lou, nie nakręcaj się tak. Słuchaj, przecież lepiej unikać scen. Niedługo może uznać, że jednak jest już noc.

Może noc, a może ranek. Może balanga, a może spotkanko towarzyskie.

Dlatego właśnie chodzę na skargę sama. Ponieważ mój mąż zawsze woli się wstrzymać, usatysfakcjonować się poczuciem, że nie jesteśmy parą postrzelonych zadymiarzy.

– Zamierzam zadzwonić na policję – oświadczam.

– Co? – Stuart dźwiga się do pozycji siedzącej i pociera wewnętrzne kąciki oczu kciukami, dłonie sterczą mu przy twarzy jak poroże. – Lou, przyhamuj na chwilę, proszę cię. Policję?

Tak, tak, policję. Policję z Cambridge. Nie SS, tylko miłego, uczynnego posterunkowego w mundurze, który powie coś uspokajającego w rodzaju: „Czy mógłbym uprzejmie prosić, żeby pan nieco ściszył muzykę?”. Raczej nie zrobią nalotu na narkotykową melinę pana Fahrenheita, przyozdobioną tapetą Farrow&Ball, i nie podziurawią go kulami. A szkoda.

– Nie mogę zasnąć przy tym hałasie dudniącym za ścianą, Stuarcie. Co jeszcze mam zrobić? Próbowałam z nim rozmawiać, kilkanaście razy, i nic się nie zmienia. Nawet nie udaje, że tak się stanie! Jest dumnie, bezczelnie głośny, tylko że nazywa to „niegłośny”.

Stuart sięga do łańcuszka swojej lampki nocnej i ciągnie. Potem, jakby światło stanowiło afront dla pokoju pełnego nocy, podczas której powinien spać, znów je wyłącza.

– Być może telefon na policję jest rozsądnym kolejnym krokiem, ale nie dziś w nocy, Lou.

– A niby kiedy?

– Z samego rana? – rzuca z nadzieją w głosie.

– Czyli kiedy pan Fahrenheit będzie spał i nie będzie słychać żadnej muzyki? – pytam, sądząc, że to wystarczy, by wytrącić męża z chwilowego otępienia umysłowego, ale najwyraźniej tak nie jest.

– Tak. Nie potrzebujesz dudnienia utworu Video Killed the Radio Star, by udowodnić swoją rację. Możesz wyjaśnić sytuację, opowiedzieć, jak było. Przecież policjanci nie będą wątpić w twoje słowa.

– Doprawdy? A nie sądzisz, że pomyślą od razu: Hm… ciekawe, czy ten sąsiad rzeczywiście zbyt głośno puszcza muzykę, czy ta kobieta jest neurotyczną ględą, która stara się każdemu popsuć zabawę. Gdybyśmy tylko mogli usłyszeć tę muzykę i osądzić sami – ułatwiłoby to nam sprawę…

– No dobrze, posłuchaj, po prostu… muszę zasnąć, Lou. Imran przychodzi z samego rana. Jak nie możesz spać tutaj, idź na strych i śpij na sofie w moim gabinecie.

Nie, nie. Chcę spać we własnym łóżku. Jeśli się wyniosę gdzieś indziej, to znaczy, że pan Fahrenheit wygrał. Zresztą i tak bym nie mogła zasnąć. Leżałabym płasko na plecach, sztywna jak deska, z bijącym sercem, a myśl, że pozwoliłam się wypłoszyć z własnej sypialni, tłukłaby mi się w mózgu jak uprzykrzona mucha.

– Jeśli wezwiesz teraz policję, a oni powiedzą, że przyjadą, to znaczy, że nie będę mógł się położyć nie wiem jak długo…

– Nie – odpowiadam tonem, który, mam nadzieję, jest spokojny i życzliwy.

Stosuję wobec męża tę samą zasadę co wobec mojego nieliczącego się z innymi, cholernego sąsiada: lepiej nie pozwolić im dostrzec, jaka jestem wściekła, bo mogą wykorzystać to przeciwko mnie.

– Możesz spać. Ja i tak nie dam rady. Sama porozmawiam z policjantami, zakładając, że zdołają szybko przyjechać.

Stuart podskakuje w łóżku, jakbym mu rzuciła na kolana granat ręczny.

– Nie chcę, byś robiła to sama – sprzeciwia się. – Proszę, czy możemy dziś w nocy dać sobie z tym spokój? Jestem wykończony, Lou. Ty pewnie też.

On pierwszy, ja na drugim miejscu. To nie znaczy, że jest samolubny, mówię sobie. Rzecz naturalna, że myśli się najpierw o sobie. Wszyscy tak robimy. Ja też jestem samolubna. Całe szczęście, że nikt nie może czytać w moich myślach i zobaczyć listy rzeczy, które za moim przyzwoleniem mogłyby się przydarzyć panu Fahrenheitowi, byleby już więcej nie zakłócał mi spokoju w nocy.

Stuart nie zauważył, że spodnie od piżamy mam przemoczone aż do kolan. Przypuszczam, że trudno dostrzec taki szczegół po ciemku. Gdyby to zobaczył, zarzuciłby mi, że popadam w przesadę: on za nic nie przemoczyłby sobie ubrania, chyba że chodziłoby o czyjeś życie, a nawet wtedy musiałby to chyba być jego krewny.

– Masz rację – przyznaję neutralnym tonem. – Pójdę na stryszek. Śpij sobie. Przepraszam, że cię zbudziłam.

– Dobrze – odpowiada Stuart z ulgą.

Jest taki łatwowierny. Kocham swojego męża, ale bez wątpienia moje życie toczy się łatwiej, kiedy mówię mu możliwie mało. To żadna nowość: po raz pierwszy zauważyłam, że tak jest, wkrótce po narodzinach Josepha, choć trudno byłoby mi wymienić sprawy, które zataiłam – zawsze chodzi o drobiazgi, o których następnego dnia zapominam. Staję się kłamczuchą, która nic nie ukrywa.

Stuart wydaje z siebie odgłos typu: „Jestem zbyt zmęczony, by powiedzieć dobranoc”. Wiem, że za kilka sekund znów pogrąży się we śnie, pomimo głośnego Verdiego. Jego talent do spania w niemal każdych warunkach jest przyczyną tego, że potrafi z takim optymizmem odnosić się do weekendowych wybryków pana Fahrenheita: jego sen nie jest zagrożony, jedynie mój.

– A ten… Imran, jutro… – mruczę. – Czy… możesz to przełożyć?

– Nie bardzo. Przychodzi o ósmej trzydzieści. Trzeba liczyć się z tym, że zabawi przynajmniej z godzinę, a w Saviour musimy być na dziesiątą…

– Nie… chodzi mi o to, czy mógłbyś go w ogóle odwołać? Po prostu… no wiesz, nie musimy się z tym spieszyć, prawda?

– Ma zacząć w poniedziałek. Co jest? – Stuart włącza swoją lampkę nocną. – Co znaczy ta mina? Louise, przecież już wszystko omówiliśmy.

– Trzydzieści tysięcy funtów to dużo pieniędzy, a nie ma co ich wydawać na dom, w którym być może nie zostaniemy, zwłaszcza że ten wydatek i tak nie jest niezbędny.

– Być może nie zostaniemy? Odkąd to? Czy chodzi o pana Fahrenheita?

– Nie chcę żyć w jego sąsiedztwie.

Stuart wyraża niezadowolenie poprzez wychylenie się do przodu i pad na swoją stronę łóżka. Podnosi moją poduszkę i przykrywa sobie nią twarz.

– To zupełne przeciwieństwo tego, co mówiłaś wczoraj. Powiedziałaś: „nie dam się wykurzyć…”.

– Zmieniłam zdanie.

– Słuchaj, jeśli na serio mówisz o przeprowadzce, to na pewno nie dzwoń na policję. Jak sprzedajesz dom, musisz zgłosić wszystkie oficjalne skargi dotyczące hałasu u sąsiadów, bo w przeciwnym razie kupujący może cię pozwać do sądu.

Zastanawiam się, czy to oznacza, że możemy pozwać tę kobietę, która nam sprzedała dom. Powiedziała, że chce się przeprowadzić, bo dom jest zbyt duży dla samotnej kobiety. Ciekawe, czy to był tylko częściowy powód.

– Nie mogę mieszkać obok Justina Claya – oznajmiam Stuartowi. – Nawet jeśli już nigdy nie puści ani jednej piosenki, nie zniosę jego bliskości, zwłaszcza teraz, kiedy wiem, jaki jest. To jak… życie na terytorium wroga. Poważnie, Stuarcie, czy możesz wysłać teraz esemesa do Imrana i go odwołać?

Czy gdybym wyjawiła, co Justin powiedział o odesłaniu Josepha w celu zapewnienia ciszy w domu, coś by to zmieniło? Przez chwilę nie mogę się z tym zmierzyć. Chcę jedynie odepchnąć jak najdalej od siebie świadomość, że to się stało, wspomnienie o tym.

– Nie będę podejmował teraz żadnych decyzji, Lou, a ty też nie. Obojgu nam potrzeba trochę odpoczynku. Proszę.

Co oznacza, że nie zamierza wysłać do Imrana esemesa z prośbą, by jutro nie przychodził. A kiedy się zbudzi, zrobi się na to za późno: Imran będzie już w drodze.

Ostry strumień rozczarowania zanika i krzepnie, jak to bywa ostatnimi czasy. Zmienia się w szary kamyczek, który toczy się wolno po spiralnej zjeżdżalni, zwężającej się na samym końcu, a wreszcie wpada wprost w jamę mojego brzucha. Kiedy słaby dyskomfort z powodu spadania i lądowania przemija, nie czuję już nic więcej.

Oczywiście wiem, że tak naprawdę nie ma żadnej spiralnej zjeżdżalni w moim ciele, a zgłuszona nadzieja nie może przemienić się w szary kamyk. To zabawne, że czasem daje się opisać coś z doskonałą dokładnością tylko wtedy, gdy jest się szokująco niedokładnym.

– Jutro po południu, jak tylko wrócimy, pójdę do Fahrenheita i rozmówię się z tym gamoniem – obiecuje Stuart. – Powiem mu, że to ostatnie ostrzeżenie i następnym razem złożymy oficjalną skargę.

– Po co czekać aż do popołudnia? – pytam. – Może zrobisz to o ósmej rano, przed przyjściem Imrana?

Stuart chichocze.

– Czy widziałaś kiedykolwiek, by pan F. wyłaniał się przed południem?

– Czyli… nie chcesz go budzić, tak?

Widać, że czuje się przyłapany. Potem mówi:

– Możemy jednak postarać się załatwić to polubownie, Lou. Jeśli zbudzimy go o ósmej, nie będzie otwarty na żadne nasze argumenty.

Tchórzostwo pod płaszczykiem strategii. Kolejny szary kamyczek sunie w dół po kręgach zjeżdżalni, zwalniając po drodze, co stoi w sprzeczności z – jak go tam zwał – naukowym prawem dotyczącym staczania się małych przedmiotów.

Klepię Stuarta po ramieniu.

– Idź spać – mówię. – Jutro czeka nas mnóstwo zajęć.

Telefon dzwoni raz, a ja rzucam się, by go odebrać.

– Halo?

– Pani Beeston?

– Tak, to ja.

– Tu Trevor Chibnall, samorządowy inspektor sanitarny Cambridge. Oddzwaniam do pani.

– Tak. – Któż inny mógłby to być o drugiej nad ranem? I wcale nie oddzwania: mówi, jakbym wcześniej zostawiła dla niego wiadomość.

– Jak mniemam, skontaktowała się pani z policją w związku z zakłócaniem ciszy nocnej i tam polecono pani porozumieć się w tej sprawie z samorządem?

On mniema? Przecież właśnie to mu oznajmiłam, gdy rozmawialiśmy przed zaledwie kilkoma minutami. Kusi mnie, by odrzec: „Ależ skąd, myli się pan”, żeby zobaczyć, czy powie: „Ale… przecież sama mi tak pani wcześniej oświadczyła”.

– Dziękuję, że pan oddzwania – mówię, chociaż nie rozumiem, dlaczego stworzył taką potrzebę, przerywając naszą pierwszą rozmowę telefoniczną. Nie wyjaśnił mi tego, jedynie poprosił o nazwisko i numer oraz powiedział, że wkrótce się skontaktuje. Zakładałam najgorsze – że miał na myśli dni, a może nawet tygodnie – spytałam więc, co oznacza „wkrótce”, po to tylko, by się dowiedzieć, że moja wściekłość nie znajdzie ujścia, gdyż poinformował mnie, że za dziesięć do piętnastu minut.

Dotrzymał słowa, więc teraz nie wiem, co począć ze swoim bezpodstawnym poczuciem opuszczenia. Kłapie przy moim sercu jak pusty wór skóry po liposukcji.

– Numer, który podano pani na policji, to numer alarmowy. Czy chodzi o przypadek hałasu, który zaklasyfikowałaby pani jako nagły?

Staram się skupić na pytaniu Chibnalla, a nie jego tonie, który sam w sobie wystarczy, by nabrać przekonania, że nic, z czym on będzie miał do czynienia, nie nastąpi szybko. Jego głos jest głęboki, poważny i wyprany z emocji. Świetnie się nadaje do mówienia osobie pogrążonej w śpiączce, by się nie opierała i podążała w stronę światła.

– To nagły przypadek w tym sensie, że chcę, by natychmiast coś z nim zrobiono – mówię. – Nadal mam nadzieję, że jeszcze trochę pośpię tej nocy. W swoim własnym łóżku. – Czy słyszy pan muzykę?

– Tak.

– Głośna, prawda? Nie puszczam jej w swoim domu. Dobiega od sąsiada. – Nie znając upodobań muzycznych Chibnalla, nie dodaję: „Możliwe, że to Rachmaninow, ale dziesięć minut wcześniej leciał Wagner”.

– Poproszę o adres.

– Weldon Road numer siedemnaście.

– Cambridge?

Nie, Southampton. Dlatego właśnie zadzwoniłam do inspektoratu sanitarnego Cambridge.

– Tak.

– Poproszę o pełne personalia.

Nie podoba mi się kierunek, w jakim to wszystko zmierza. Jego reakcje wydają się chybione. Raczej wcale nie reaguje, chociaż powinien. Miałam nadzieję, że nasza rozmowa potoczy się następująco:

„Głośna, prawda? Nie puszczam jej w swoim domu. Dobiega od sąsiada”.

„Chyba pani żartuje! Poważnie? No nie, to przechodzi wszelkie pojęcie! Nie może pani być zmuszana, by znosić coś takiego o tej porze! Proszę czekać na miejscu, a ja zaraz tam przyjadę i rozprawię się z tym draniem”.

Jaki jest sens istnienia inspektora sanitarnego od hałasu, skoro wieści o niestosownym hałasie nie doprowadzają go do mściwej histerii?

– Louise Caroline Beeston – mówię więc.

– Kod pocztowy?

– CBI 2YL.

– Pełny adres sąsiada?

– Weldon Road numer dziewiętnaście. Ten sam kod pocztowy, jak przypuszczam.

– Owszem.

Skąd on to wie? Czyżby siedział obok tablicy pokrytej zdjęciami najbardziej hałaśliwych zakał Cambridge, z ich personaliami wypisanymi niebieskim ścieralnym długopisem pod zdjęciami policyjnymi: wrogowie publiczni, na których Chibnall i jego zespół polują od lat, ale nigdy nie byli w stanie ich przyszpilić.

Albo to, albo oglądam za dużo telewizji.

– Od jak dawna mieszka pani pod siedemnastką? – pyta. Intonacja zupełnie nijaka.

– Od pięciu miesięcy. – A jakież to ma znaczenie?

– A pani sąsiad od jak dawna przebywa pod numerem dziewiętnastym?

Biorę głęboki oddech. Potem następny. Jak długo inspektor Chibnall zamierza zatrzymywać się na nudnych, nieistotnych szczegółach?

– Odkąd się wprowadziliśmy. Tyle tylko wiem.

– Jak się nazywa pani sąsiad?

– Justin Clay. Nie wiem, czy ma jakieś drugie imię.

Aby przypomnieć Chibnallowi, że jestem osobą, a nie tylko źródłem danych, mówię:

– Mój mąż i ja nazywamy go panem Fahrenheitem. No wie pan, tym z piosenki Queenów, Don’t Stop Me Now. Bez przerwy ją puszcza. Tak więc… proszę, by pan go teraz powstrzymał. – Udaję, że się śmieję, a potem czuję się jak idiotka.

– A więc pan Clay mieszkał już pod numerem dziewiętnastym, kiedy pani przeniosła się pod siedemnastkę? – pyta Chibnall i widać, że moja próba ożywienia rozmowy spełzła na niczym.

– Tak.

– Ile osób łącznie mieszka pod numerem dziewiętnastym?

O Boże, to jest nie do zniesienia. Może jeszcze spyta mnie, czy pan Fahrenheit ma jakieś zwierzęta domowe? Czy zamierza rozwiązać mój problem, zadając nieistotne pytania tak długo, aż wreszcie umrę ze starości?

– Tylko on. Chociaż jego dziewczyna spędza tam dużo czasu.

– Ale nie jest stałą mieszkanką domu?

– Nie.

– Czy może pani mi opisać, na czym polega natura problemu? – pyta Chibnall.

– Co drugi lub trzeci sobotni wieczór sąsiad puszcza głośno muzykę, co nie pozwala mi zasnąć. Czuję, jak basy dudnią w moim domu.

– A tak mniej więcej w jakim przedziale czasowym się to odbywa? Czy może w różnych?

– Niezupełnie. Zawsze najpierw idą do pubu na kilka drinków, więc zaczyna się około dziesiątej. A kończy pomiędzy pierwszą a pierwszą trzydzieści. Halo? – mówię, gdy Chibnall nie odpowiada.

– Teraz jest już później – zauważa.

– Owszem. Nigdy jeszcze tak daleko się nie posunął i to jego sposób na powiedzenie: „pieprz się”. Zaszłam do niego mniej więcej przed dwiema godzinami i poprosiłam o wyłączenie muzyki. To ma być kara. Jednak nawet jeśli nie wymierza mi kary, muzyka zawsze gra tak głośno, a nawet głośniej, i zwykle są to utwory z tekstami, a pan… Clay i jego przyjaciele wyją je przeraźliwie głośno.

Po pijaku. Nie mówię tego, bo nie chcę wyjść na świętoszkę. A wcale nią nie jestem. Mam przyjaciół, którzy piją o wiele za dużo, ale do głowy by im nie przyszło, żeby pozbawiać sąsiadów snu albo spokoju ducha. Można być alkoholikiem, który liczy się z innymi.

– Przecież to, co on mi robi, jest nie w porządku, prawda? Czy może pan… to znaczy, czy jest coś, co może pan zrobić, by go powstrzymać? Zapewne łamie prawo – zakłócanie spokoju, aspołeczne zachowania.

– Przed wydaniem opinii ktoś musiałby przyjść do pani i ocenić sytuację.

– Słusznie. – Wściekłość kuli się ciasno w moim wnętrzu. – Więc… czy tą osobą mógłby być pan dziś wieczorem?

Próbuję pokryć sarkazm niewinnym żartem i wychodzi mi z tego groteskowa parodia hollywoodzkiej komedii romantycznej. Krzywię się do siebie w lustrze umieszczonym nad kominkiem. Moja skóra wydaje się wyblakła. Jest w niej o wiele za mało koloru, podczas gdy wszystko inne w moim salonie ma go zbyt wiele: fioletowe kwiaty na zasłonach zdają się pulsować na zieleni w odcieniu mięty; biała ściana za mną zdaje się niemal żółta. To przez światło: o wiele za jasne, parodiujące dzienne. Powinno zostać wyłączone wiele godzin temu. Przyciemniłabym je nieco, ale stoję zbyt daleko od regulatora, a poza tym jest coś posępnie satysfakcjonującego w tej okropnej wizji mojej wynędzniałej osoby: oto co mi uczynił pan Fahrenheit.

– Jeśli zdołam wepchnąć panią w grafik przed przekazaniem dyżuru, zajmę się tym osobiście – mówi Trevor Chibnall. – Jeśli nie, zrobi to mój kolega. Sądzę, że takie rozwiązanie jest bardziej prawdopodobne. W każdym razie ktoś powinien zjawić się u pani w ciągu godziny.

– Och.

Tego nie oczekiwałam. Przez chwilę ważę jego słowa w myślach, by sprawdzić, czy właściwie je zrozumiałam. Wygląda na to, że tak. Najwyraźniej coś się wydarzy. Zwiodła mnie bierność w jego głosie. Trevor Chibnall zamierza przystąpić żwawo do działania. Mam nadzieję, że będzie ono polegało raczej na przysłaniu kolegi, a nie samego siebie. Chętnie poczekam nieco dłużej, jeśli przybędzie ktoś, kto umie nadać swemu głosowi pewną ekspresję.

– Świetnie – mówię.

– Dziękuję za telefon.

– Chwileczkę… jak pan kogoś do mnie przysyła… czy to się robi oficjalne? – pytam. – To znaczy… czy zostaje gdzieś formalnie zarejestrowane? Mój mąż uważa, że możemy mieć problem ze sprzedażą domu, jeśli zgłosimy problem z hałasem, więc…

– Nie, sprawa nie nabierze charakteru oficjalnego tylko dlatego, że do pani przyjedziemy.

– Nie żebyśmy się chcieli wyprowadzać i miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli, ale…

– Rozsiewanie strasznych historii o tym, że nie można sprzedać domu z powodu scysji sąsiedzkich na tle hałasu, nie sprzyja naszym działaniom – mówi. – Kiedy dowiadujemy się, że ktoś zakłóca ciszę, przedsiębierzemy odpowiednie kroki, by uzdrowić sytuację.

Dla kogoś z większą wyobraźnią to mógłby być eufemizm oznaczający odcięcie głowy panu Fahrenheitowi. Jednak nie dla Chibnalla, jak sądzę. Wyobrażam sobie, jak apatycznie duma o wypełnianiu formularzy. Pewnie w jaskrawym świetle jarzeniówek w swoim biurze wygląda równie wymoczkowato jak ja w swoim lustrze w salonie. Nie potrafię dobrać dla niego w wyobraźni żadnej twarzy: bezkształtna bura plama to wszystko, na co mogę się zdobyć.

– Gdy konflikt zostaje zażegnany, nie ma powodu, by ktoś nie kupował domu, w którym wcześniej zakłócano ciszę – ględzi dalej. – Jednak nie możemy znaleźć dowodów na zakłócanie ciszy i wszcząć odpowiedniego postępowania zapobiegawczego, jeśli ludzie nie zgłaszają takiego problemu, bo słyszeli od przyjaciela czy kolegi, że musiał takie zgłoszenie zadeklarować, a potem nie mógł przez to sprzedać domu.

– Zgadzam się z panem – mówię.

Chociaż teoretycznie z zadowoleniem zmawiam się z miejskim inspektorem sanitarnym przeciw swemu mężowi, trochę się martwię, że Chibnall wydaje się bardziej zorientowany w kwestii siania paniki związanej ze sprzedażą domów niż zachowania pana Fahrenheita.

– Dlatego właśnie zgłaszam ten problem i bardzo liczę na jego rozwiązanie.

– Oficer sanitarny wkrótce do pani przybędzie, pani Beeston – mówi Chibnall.

– Dziękuję.

Na drugim końcu linii zapada cisza. Odkładam słuchawkę, idę do kuchni, gdzie muzyka pana Fahrenheita jest nieco mniej słyszalna, napełniam czajnik wodą i włączam go. Potrzebuję mocnej herbaty. Minęła druga w nocy, jestem wykończona i wiem tylko, że zapowiada bardzo ważne, w moim przekonaniu, spotkanie.

Zastanawiam się, czy powinnam się do niego jakoś przygotować. W domu nie trzeba nic uprzątnąć: wszystko jest w porządku i robi dobre wrażenie. Nie walają się tu puste butelki po winie, nie ma przewróconych popielniczek.

Nie ma żadnych dowodów na to, że mieszka tu jakieś dziecko. Wszystkie zabawki Josepha leżą skrzętnie spakowane w jego pokoju, co zostało zrobione na początku semestru.

Bębnię dłońmi po blacie w kuchni, czekając, aż woda się zagotuje. Czy Chibnall albo jego kolega będzie musiał przeprowadzić inspekcję w całym domu, na każdym piętrze? A jeśli spyta, dlaczego jest tu pokój, który wyraźnie należy do dziecka, lecz stoi pusty? Będzie musiał sprawdzić dokładnie, jak daleko dobiega dźwięk, ale może, jeśli zamknę drzwi do pokoju Josepha, to wtedy tam nie wejdzie.

Mam lepszy pomysł: jeśli zamknę drzwi pokoju Josepha, będę mogła powiedzieć Chibnallowi, że Joseph tam jest, śpi. Tak, to kłamstwo, ale nieszkodliwe. Może nawet nie będę musiała mówić mu tego wprost. Na drzwiach jest przyklejona kartka z napisem „Pokój Josepha”, na którym każda wypisana chwiejnymi kapitalikami litera ma inny kolor. Jeśli Chibnall zobaczy ten napis na zamkniętych drzwiach, dojdzie do wniosku, że w pokoju za nimi śpi dziecko, i nie poprosi, by go wpuścić do środka. Każdy na jego miejscu przyjąłby takie założenie. Gdzie mógłby być siedmioletni chłopiec przed świtem w niedzielny ranek, jak nie w domu, bezpiecznie utulony w łóżeczku?

Przestań. Nie myśl o tym.

Bezpieczny w swoim łóżeczku, z mamą i tatą po drugiej stronie korytarza, w razie gdyby potrzebował czegoś w nocy, gdyby miał zły sen i chciał, by go przytulić…

Schylam się, z trudem łapię oddech. Dlaczego sobie to robię? Może wszystko nie byłoby takie złe, gdybym nie zapełniała swojego umysłu właśnie takimi słowami, które najbardziej mnie ranią. Jest inny sposób na zdefiniowanie nieobecności Josepha, taki, który nie jest wcale bolesny. Są inne słowa na opis sytuacji, która jest, pod tak wieloma względami, dobrą i szczęśliwą sytuacją – dlaczego więc nigdy ich nie używam?

Pstryknięcie czajnika przywołuje mnie znów do rozsądku. Przysuwam się, nadstawiam twarz na smugę pary: na tyle blisko, by poczuć wilgotne ciepło bez ryzyka oparzenia.

Czy rzeczywiście kilka sekund temu zamierzałam oszukać osobę zajmującą się problemem hałasu z ramienia samorządu w kwestii miejsca pobytu mojego syna? Szaleństwo. Nie wolno mi tego robić. To by implikowało poczucie winy, którego, według Stuarta, nie powinnam odczuwać. Nie zrobiliśmy nic złego: wręcz przeciwnie. Wyrządzilibyśmy Josephowi krzywdę, zatrzymując go w domu, narażając na szwank jego przyszłość. Powiem Chibnallowi prawdę, a jeśli będzie wyglądał na rozczarowanego, zabawię się w Stuarta i powiem te wszystkie rzeczy, które on codziennie wielokrotnie mi powtarza.

Ostrzegając siebie, że nie powinnam – milcząco i usilnie obiecując sobie, że tego nie zrobię – otwieram szufladę, w której trzymam ściereczki. Podnoszę je i wyjmuję plastikową torebeczkę z marihuaną, którą ukradłam kilka tygodni temu z domu pana Fahrenheita, kiedy poszłam do niego na skargę. Staliśmy w jego kuchni, gdzie pośrodku znajduje się wielka wyspa z granitowym blatem – dodatkowa przestrzeń do obróbki narkotyków – a lśniące srebrne rondle zwisały z sufitu niby nowoczesny artystyczny żyrandol. Pan Fahrenheit się na mnie rozzłościł i wyszedł, a ja chwyciłam jedną z trzech torebek trawki z wyspy i wsunęłam do kieszeni dżinsów.

Ciekawa jestem, jak by to na mnie podziałało. Czy odprężyłabym się tak bardzo, że już bym się niczym nie przejmowała? Nie mam żadnych papierosów ani bibułek w domu, więc nie mogę przygotować sobie blanta, ale widziałam, jak pan Fahrenheit robił to inaczej: z plastikową butelką i dziurą wypaloną w jej dnie. Sądzę, że butelka w pewnym momencie wypełnia się dymem, ale nie wiem jak ani czy potrzebny jest jeszcze jakiś dodatkowy wihajster – tylko raz widziałam, jak pan Fahrenheit to robił, kiedy przechodziłam koło jego domu, a on zapomniał zaciągnąć zasłony. Był wtedy sam w salonie. Jak zdążyliśmy się zorientować ze Stuartem, Fahrenheit przyjmuje narkotyki we wszystkich pomieszczeniach domu, codziennie, ale muzyki słucha tylko w suterenie.

Wzdycham, bo chętnie bym spróbowała, gdyby to było prostsze, ale nie jest, odkładam więc plastikową torebkę z powrotem do szuflady i zakrywam ściereczkami. Pewnie powinnam ją wyrzucić, na wypadek gdyby Trevor Chibnall miał się na nią natknąć, ale nie chcę. Zresztą mało prawdopodobne, by grzebał mi po szufladach w kuchni. To śmieszne, że martwię się, iż może odkryć nieobecność mojego syna, a nie zapasik nielegalnych narkotyków.

Wrzucam dwie kostki cukru do herbaty z mlekiem, chociaż zazwyczaj nie słodzę. To da mi trochę energii.

Rachmaninow cichnie. Ciekawe, co pan Fahrenheit zagra teraz. Pewnie już rzyga muzyką klasyczną.

No, dalej, panie F. Włącz coś, cokolwiek. Coś naprawdę prostackiego i nachalnego, co potwierdzi moją opinię i nie będę musiała już nic mówić, kiedy zjawi się pan Chibnall.

Odzywa się dzwonek u drzwi.

– Muzyka ucichła dosłownie kilka sekund przed tym, jak nacisnęła pani dzwonek – mówię Patricii Jervis, zastępczyni Trevora Chibnalla, która siedzi na mojej sofie.

Trzyma w jednej ręce kubek z herbatą Earl Grey, którą jej przygotowałam, a długopis w drugiej. Jest niska i przysadzista – dobrze po pięćdziesiątce, jak sądzę, ma kręcone siwe włosy zgarnięte z pozbawionej makijażu twarzy zieloną przepaską, przystającą do całego wyglądu nauczycielki wf-u: granatowy dres, prążkowane białe skarpetki, niebieskoszare trampki. Powiedziała, bym mówiła do niej Pat, bo wszyscy się tak właśnie do niej zwracają, chociaż z jej tonu wynikało, że tak w ogóle to nie jest tym zachwycona. Pisze w notesie, którym balansuje na kolanie.

– Czy zaparkowałaś przed domem? – pytam.

– Hmm? – mruczy, nie podnosząc wzroku. – A… tak, tak.

Pięć sekund na zamknięcie samochodu i sprawdzenie, czy jest zamknięty, kolejnych siedem na podejście do moich drzwi frontowych… Wiem z doświadczenia, że kiedy muzyka dobiegająca od pana Fahrenheita jest słyszalna w moim domu, słychać ją również na ulicy.

– Czy nic nie słyszałaś, wysiadając z samochodu? – pytam. – Muzyka klasyczna. Była głośna. Musiałaś ją słyszeć.

Pat Jervis uśmiecha się do swego notesu spoczywającego na kolanach.

– Z moim słuchem wszystko w porządku – mówi, uchylając się od odpowiedzi. – Wszyscy musimy przechodzić regularne testy. Nie musisz się obawiać, że ci nie wierzę. Nasz wydział rozstrzyga rocznie ponad dwieście sporów dotyczących hałasu. Spróbujesz zgadnąć, w jak wielu wypadkach zarzuty okazują się bezpodstawne?

Kręcę głową.

– W tym roku, jak dotąd, nie było żadnego. W zeszłym roku jeden. Ludzie nie siedzą po nocach, gadając z inspektorami sanitarnymi po to, by zwrócić na siebie uwagę. Robią to zwykle w rozpaczliwym odruchu szukania ostatniej deski ratunku.

– Tak.

Chybaby jej się nie spodobało, gdybym rzuciła jej się do stóp i powiedziała: „Dziękuję za okazanie mi zrozumienia”. A może wszyscy tak robią, oprócz tego, że zwracają się do niej per Pat? Czy ktoś kiedykolwiek tak się zachował?

– To wielka szkoda, ale zwykle bywa tak, że osoby poszkodowane z powodu nadmiernego hałasu wątpią, czy ktoś im uwierzy, i nie chcą nikomu sprawiać kłopotu, więc nieraz całymi latami cierpią po cichu.

– Albo cierpią w hałasie – rzucam dowcipnie.

– Tak, przez lata cierpią w hałasie – powtarza mój głupi żarcik z beznamiętnym wyrazem twarzy, a potem znów uśmiecha się do swojego notesu. – Tymczasem aspołeczni sąsiedzi odpowiedzialni za te katusze i zamęt zwykle nie mają takich problemów z pewnością siebie – mówi. – A w każdym razie nie dręczą ich wątpliwości co do własnych praw i słuszności zachowania. Są przekonani, że oficjalne dochodzenie wypadnie na ich korzyść, i są niezwykle zdziwieni, kiedy im mówimy, że jeśli nie zmienią swego zachowania, wystąpimy przeciw nim na drogę sądową.

Katusze. Droga sądowa. To dobre słowa. Wolę Pat Jervis od Trevora Chibnalla. Podoba mi się jej słownictwo. Pochyla się, by potrzeć kostkę lewą ręką. Zauważyłam, gdy przechadzała się po kuchni, oglądając nadmorskie widoczki wiszące na ścianach, że kiwa się lekko na boki.

– Widzę, że lubi pani obrazy przedstawiające nadmorski krajobraz – powiedziała, dotykając szkła czubkiem palca wskazującego.

Powiedziałam jej, że morze jest tylko w kuchni, w innych pomieszczeniach nie ma tematycznie określonych dzieł sztuki. Tak w ogóle to nie lubię niczego porządkować pod względem tematycznym i nie mam pojęcia, dlaczego postanowiłam zapełnić ściany jednego konkretnego pomieszczenia w domu obrazami przedstawiającymi łodzie, piaszczyste plaże, fale rozbijające się o odległy horyzont. Powiedziałam o tym Pat Jervis.

– Bardzo interesujące – odrzekła tonem wskazującym na to, że istotnie tak sądzi, choć zarazem pragnie zamknąć temat.

Pracuję nad teorią, że ludzie zatrudniani przez samorząd nie są tacy sami jak reszta z nas. Na razie ta teoria jest we wstępnej fazie rozwoju.

Pat zadaje mi te same pytania co Trevor Chibnall oraz inne. Spisuje moje odpowiedzi. Widzę, że jej dłonie wyglądają starzej niż cała reszta – skóra na nich jest papierowa, sucha i pomarszczona – i dochodzę do wniosku, że byłaby z tego niezła opowieść grozy: o kobiecie, której praca polega na zapisywaniu – dzień po dniu, noc po nocy – szczegółów dotyczących cierpienia innych ludzi, w wyniku czego jej ręce przedwcześnie się starzeją.

Mówi dość przyjaznym tonem, ale wygląda na to, że nawiązywanie kontaktu wzrokowego stanowi dla niej pewien problem. Czy każdy pracownik środowiskowego wydziału zdrowia ma jakąś mocną stronę, która uzupełnia braki innych członków zespołu? Może Chibnall, gdyby tu teraz był, rzucałby mi zadziwiająco współczujące, budujące więź spojrzenia, by zrekompensować monotonię swego tonu, w wyniku czego bardziej bym go polubiła.

– Czy w domu mieszkają jakieś dzieci? – pyta Pat.

Prostuję się na siedzeniu.

– Tak, ale… nie w tej chwili.

– W porządku – zapisuje coś w notesie. – Wspólne sprawowanie opieki nad dzieckiem? Dziecko z poprzedniego małżeństwa?

– Nie, ja… – Nie jest w porządku. Wcale nie jest. – Mój syn mieszka tu w trakcie wakacji szkolnych. Ma siedem lat.

– Ale mieszka tu przynajmniej przez jakiś czas? – pyta Pat.

Czy zauważyła, jak okropnie to zabrzmiało? Czy wychodzę przez to na złą matkę? Gdyby jej sposób bycia był mniej bezpośredni, podejrzewałabym ją o złośliwość, o naumyślne sformułowanie dwuznacznego komentarza, którego nie mogę jej wytknąć pod zarzutem złych intencji.

– To po prostu dość użyteczne w wypadku hałasu, gdy można powiedzieć, że w dotkniętym tym problemem domu mieszka dziecko. Praca domowa, dobry nocny sen, i tak dalej. W kółko to powtarzamy. – Pat chichocze nad swoją herbatą. – Chociaż na ironię zakrawa fakt, że dzieciom z zasady o wiele mniej niż dorosłym przeszkadza hałas, tak to już jest.

Czy powiedziała „wytkniętym domu”? Nie. „Dotkniętym”, na pewno.

Stuart i ja nie musimy się martwić o pracę domową Josepha, Pat Jarvis również nie. Odrabianie lekcji nigdy nie odbywa się w domu. Przedstawiono mi to jako jedną z wielu zalet status quo. Gdy nasza rodzina ponownie zbiera się razem, podczas wakacji szkolnych, możemy się odprężyć i przyjemnie spędzać razem czas, a Stuart i ja nigdy nie będziemy musieli prawić Josephowi kazań, że ma nauczyć się swojego planu lekcji, jak robią rodzice dzieci w szkołach bez internatów.

– No dobrze – mówi Pat, spoglądając na swoje notatki. – Tak więc przy wielu okazjach próbowała pani omawiać sytuację z panem Clayem, a on stale wykazywał brak zrozumienia dla pani kłopotliwego położenia. Czy to pani zdaniem dokładny opis tego, co się działo?

– Tak.

– Tak – powtarza Pat.

– Aż do tej nocy zawsze było tak, że kłócił się ze mną, potem niechętnie godził się trochę ściszyć muzykę, ale zawsze znów ją pogłaśniał, ledwie zdążyłam wrócić do domu i zdjąć płaszcz.

– Wcale mnie to nie dziwi – mówi Pat. – To klasyczna taktyka. Zakłada, że będzie pani zbyt zażenowana albo zmęczona, by wrócić po raz drugi tej samej nocy. Czy kiedykolwiek pani tak zrobiła?

– Nie.

– Nie – powtarza znów za mną jak echo. – Gdyby pani to zrobiła, to wie pani, co by powiedział? „Ściszyłem. Prosiłaś, żebym ściszył, więc ściszyłem”. I uważałby, że to bardzo sprytny wykręt. No dobrze, czy jest jeszcze coś, o co pani nie zapytałam albo czego mi pani nie powiedziała, a co pani zdaniem powinnam wiedzieć?

– To nie ma związku konkretnie z problemem hałasu – odpowiadam.

– Proszę to z siebie wyrzucić, śmiało – zachęca dziarsko Pat.

– Chodzi o to… że mojego syna tu nie ma. Justin Clay prawdopodobnie powie pani, że odesłałam go, bo zbyt hałasował, ale to kompletna bzdura. Kłamstwo.

Pat podnosi na mnie wzrok. Wreszcie.

– Najlepiej będzie, jak wyjaśni mi pani, o co właściwie chodzi z pani synem – mówi.

– Uczy się w Saviour College, mieszka tam w internacie. Musi, ponieważ nie pozwalają chórzystom mieszkać w domu. Tak. – Kiwam głową, widząc, że Pat unosi brwi. – To wielki Saviour College i oni wszystko wiedzą najlepiej. Mój syn jest nowicjuszem w chórze chłopięcym, który stanowi absolutną elitę szkoły – och, to takie śmieszne i absurdalne dla wszystkich poza głupią, zamkniętą, mającą obsesję na punkcie muzyki bańką Saviour! No bo czy to ma dla ciebie jakiś sens? W szkole jest czterystu uczniów, a trzystu osiemdziesięciu czterech może wybrać, czy chce mieszkać w internacie, również z możliwością jeżdżenia do domu na weekend, a szesnastu chórzystów jest na siłę oderwanych od rodziny na cały semestr, bez względu na to, co te rodziny o tym myślą. To jest jak jakieś… okropne, prymitywne składanie ofiar!

– Pani Beeston… – Pat Jervis pochyla się do przodu.

– Możesz zwracać się do mnie Louise.

– Louise. Nie chciałabym sprawiać wrażenia osoby nieczułej, ale… jak to się ma do nieporozumienia pomiędzy tobą a panem Clayem? Tu chodzi o jego antyspołeczne zachowanie, a nie wybory edukacyjne twojej rodziny.

– Tak.

Tylko że ja nie mam wyboru. Doktor Ivan Freeman, dyrektor muzyczny z Saviour, uważa, że Joseph, jako jeden z jego bezcennych nowicjuszy, należy do niego co najmniej w takim samym stopniu jak do mnie i Stuarta. Zdaniem doktora Freemana mamy tak małe prawo do wygłaszania komentarzy, jak według mnie ma pan Fahrenheit.

– Wiem co nieco o Saviour College – mówi Pat. – Moja koleżanka jest tam pokojówką, zabrała mnie raz na występ chóru do kaplicy. Ci chłopcy byli niesamowici. Sądzę, że warto w to wejść, chociaż rozumiem, że wolałabyś mieć syna przy sobie. Jednak to dla niego niezwykła szansa. Moja przyjaciółka twierdzi, że chórzyści z Saviour robią oszałamiającą muzyczną karierę, przynajmniej niektórzy – są słynnymi śpiewakami operowymi, kompozytorami muzyki klasycznej, którzy zgarniają różne nagrody i tak dalej. Mówi, że zostają prawdziwymi gwiazdami. Jeśli twój synek dobrze poradzi sobie w tym chórze, będzie ustawiony na całe życie. Poza tym zdaje się, że chórzyści nie muszą płacić czesnego? Nie można zrezygnować z takiego układu, prawda?

– Jeśli chodzi o sprawę zakłócania ciszy, jaki jest kolejny krok? – pytam szorstko.

Przemowa Pat na temat korzyści edukacyjnych chórzysty Saviour jest zadziwiająco podobna do tych, które wygłasza regularnie doktor Freeman. Słyszałam również różne wersje tej gadki od wielu rodziców pozostałych chórzystów. Przypuszczam, że muszą próbować wierzyć, że warto.

– Kolejny krok. – Pat zamyka notes z takim trzaskiem, że aż podskakuję. – Jeśli chcesz oficjalnie zgłosić sprawę, mogę zorganizować wysyłkę zawiadomienia do pana Claya w poniedziałek rano, priorytetem, więc otrzyma je we wtorek. Na początku jedynie zawiadomimy go, że została złożona skarga oraz co może nastąpić później…

– Mianowicie?

– No cóż, poinformujemy go, że będziemy monitorować sytuację – odpowiada Pat.

Monitorować. Brzmi to koszmarnie zniechęcająco.

– W razie niepożądanego hałasu w przyszłości od razu do nas zadzwonisz, a my ocenimy stopień zakłócenia spokoju. Jeśli uznamy, że problem istnieje, porozmawiamy z panem Clayem osobiście, damy mu ostatnią szansę, by zachowywał się rozsądnie. Jeśli nadal będzie uciążliwy, złożymy zakaz naruszania ciszy.

Staram się słuchać tego, co mówi, ale paranoiczny bełkot w mojej głowie zagłusza jej głos. A co jeśli za każdym razem będzie robił to, co tej nocy? Będzie wyłączał muzykę na widok jej samochodu podjeżdżającego pod dom, w związku z czym ona nigdy go nie przyłapie, nigdy nie będzie mogła ocenić hałasu i uznać go za problematyczny?

Jestem taka zmęczona. Mój mózg jest niczym napuchnięty balon, który ma zaraz wybuchnąć.

– Później, po stwierdzeniu, że narusza zakaz, poczynimy poważne kroki – ciągnie Pat. – W grę wchodzi konfiskata sprzętu muzycznego – głośników, całej aparatury nagłaśniającej. Czasami kierujemy nawet sprawę do sądu. Ludzie dostają grzywny, niektórzy trafiają za kratki.

Kara pozbawienia wolności za zbyt głośne puszczanie Queenów?

– Naprawdę? – dziwię się.

– Znałam utrapieńców, którzy dorobili się tego uporczywym zakłócaniem ciszy, owszem – przyznaje.

Wyobrażam sobie pana Fahrenheita na ławie oskarżonych, gdy grozi mu kara odosobnienia. W pewnym sensie mam nadzieję, że dojdzie przynajmniej do rozprawy, chociaż uczciwie mówiąc, nie chciałabym, żeby go przymknięto. To byłaby przesada. Teraz, kiedy Pat przekonała mnie, że może rozwiązać mój problem, jestem bardziej wyrozumiała.

Jednak dociera do mnie, że dopóki tego nie zrobi, nie mogę wystawić domu na sprzedaż. Choć nie obowiązują w tej kwestii żadne przepisy prawne, nie mogłabym żyć z przeświadczeniem, że sprzedałam dom z nieujarzmionym panem Fahrenheitem w sąsiedztwie. Nie, jest lepszy sposób: Pat wszystko załatwi, a wtedy będę mogła opowiedzieć naszemu nabywcy całą historię, wraz ze szczęśliwym zakończeniem. Oraz wręczyć mu numer Pat, na wypadek gdyby pan Fahrenheit jeszcze raz spróbował szczęścia po mojej wyprowadzce.

– W dziewięciu wypadkach na dziesięć pierwszy wysłany przez nas list działa cuda – zapewnia Pat. – Bardzo przydatny byłby zapis wszelkich incydentów, czyli prowadzenie dziennika hałasów. Warto byłoby notować wszelkie interakcje pomiędzy tobą a sąsiadem, sąsiadem a twoim mężem, a nawet synem, choć oczywiście w tej chwili go tu nie ma. No ale wtedy, kiedy jest. Liczy się wszystko. W obecnej chwili nie wiadomo, czego będziemy potrzebować, więc nawet gdy masz wątpliwości, czy coś jest istotne, zapisuj. W zależności od tego, jak uparty jest sąsiad i jak bardzo chce walczyć, notatki mogą okazać się użyteczne.

– Dobrze – odpowiadam. – Czy powinnam zapisać to, co zdarzyło się dzisiaj?

– Tak, jasne. – Pat wstaje. – I pamiętaj, następnym razem, jak coś takiego się zdarzy, natychmiast do mnie dzwoń. Do mnie, Trevora albo Douga. Masz wszystkie numery, prawda? Znasz godziny pracy w biurze, telefon alarmowy?

– Tak, dziękuję.

Pat podchodzi do lustra i dotyka jego powierzchni palcem wskazującym prawej dłoni, dokładnie tak samo, jak zrobiła z szybą oprawionego obrazu w kuchni. Cóż to za dziwna kobieta. Jednak jest również Terminatorem hałasujących utrapieńców, więc nie może robić nic złego, gdy to mnie się tyczy.

Kiedy ma już dość naciskania lustra palcem, odwraca się, by stanąć ze mną twarzą w twarz, i wbija wzrok w jakiś punkt nad moim prawym ramieniem, tak jakbym tam właśnie stała.

– Ludzie utyskują, że nie ma sensu dzwonić do samorządu, bo ten nic nie robi – mówi. – Nic bardziej mylnego. Obserwuj, a zobaczysz. Rozprawimy się z twoim panem Clayem. Nie sądzę, by zabrało to nam wiele czasu.

Czuję się mniej pokrzepiona niż przed kilkoma sekundami. Czy wolno jej odstawiać taką chojraczkę? Czy regulamin samorządowy, zabraniający funkcjonariuszom kontaktu wzrokowego z obywatelami, którzy mogliby, mylnie interpretując spojrzenia, się w nich zakochiwać, nie przestrzega również przed obiecywaniem ludziom korzystnych rozwiązań, chociaż wcale nie można ich zagwarantować?

– Nie wolno mi mówić ci tego oficjalnie… – Pat bawi się suwakiem bluzy od dresu, pociągając go to w górę, to w dół. – Trevor by tego nie zrobił. Ani Doug. Nigdy nie wzbudzajcie w nich nadziei, powtarzają nam. Ale ja uważam, że jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, nie ma nic złego w tym, że cieszymy się na zapas, a jeśli coś pójdzie nie tak, no cóż… – Rozkłada ramiona, jakby to było oczywiste. – Nie poczujesz się gorzej, bo przez kilka miesięcy miałaś nadzieję na coś bardzo dobrego, prawda? Nie spotkałam jeszcze człowieka, który żałowałby, że nie rozpaczał nad jakimś niepowodzeniem na długo przed tym, zanim nastąpiło. A ty?

– Nie. Ale…

– Dobranoc, pani Beeston. To znaczy Louise, przepraszam. – Pat potrząsa moją dłonią, nie patrząc na mnie. – Prześpij się trochę. Ale najpierw może zrób zapiski z dzisiejszej nocy. Zdziwiłabyś się, ile szczegółów wymazuje sen.

Otwieram drzwi wejściowe, a ona pospiesznie wychodzi, kiwając się na boki.

Siadam, oczy kleją mi się z niewyspania. Umysł kiwa się sennie wewnątrz ciała: bezkostna szara papka, którą skłaniam usilnie do przyjęcia pozycji pionowej, bo coś się dzieje i jest przerażające, a ja muszę zastanowić się, co to znaczy.

Muzyka. Inna. Zbyt blisko.

Otwieram oczy i czuję, jakbym je rozłupywała. Coś jest nie tak. Przesuwam czubkami palców po wgłębieniach pod nimi. Wcale nie wydają się wklęsłe. Wystają tam jakieś purchle. Jest tak, jakby były wypełnione jakąś gęstą mazią, która pęcznieje i zaczyna gnić. Może to tylko ze zmęczenia albo nagromadziły się tam łzy złości, które powstrzymywałam. Poruszanie powiekami daje takie odczucie jak wbijanie dwóch ostrych szpilek w tył czaszki.

Która to godzina? Mogłabym sprawdzić, sięgając po telefon leżący na szafce nocnej.

Tym razem śpiew nie dochodzi z sutereny sąsiedniego domu. Nie może. To dźwięk, który nie przenosi się na odległość. Dziecięce głosy. Chłopięce.

Stuart chrapie obok mnie: inny rytm niż w muzyce dochodzącej zza ściany. Ona musi przenikać stamtąd: z sypialni pana Fahrenheita.

To Joseph śpiewa.

Nie.

Tej melodii nie słyszałam, ale słowa znam bardzo dobrze. To psalmy responsoryjne. Kapelan Saviour College i chór chłopięcy śpiewają je na początku każdego wieczornego nabożeństwa.

Otwórz moje wargi, Panie,A usta moje będą głosić Twoją chwałę[4].

Racz mnie wybawić, o Boże;Panie, pospiesz mi na pomoc![5].

Chwała Bogu Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu,Jak było na początku, jest teraz i trwać będzie Po wieków wiek! Amen, Amen.

Chwalcie Pana.Niech imię Pańskie będzie błogosławione.

Jest wiele muzycznych podkładów pod te słowa, tak samo jak do tych, które Joseph nazywa Mag oraz Nunc: Magnificat i Nunc Dimittis. Zanim Saviour College porwał mi syna, nie znał on żadnych roboczych nazw utworów liturgicznych.

To Joseph śpiewa.

Nie. Niemożliwe.

Słyszę, jak mój syn śpiewa do mnie zza ściany sypialni.

Trzęsę się. Bardzo się staram nie krzyczeć. Robi mi się słabo.

Dziennik hałasów – niedziela, 30 września, 5.25

Właśnie odłożyłam słuchawkę po następującej rozmowie z Dougiem Minnsem ze środowiskowego wydziału zdrowia samorządu Cambridge. Poniżej spisałam ją mniej więcej słowo w słowo.

Ja: Hallo, czy mogłabym rozmawiać z Pat Jervis?

On: Czy mogę spytać, o co chodzi?

Ja: Problem z hałasem. Nazywam się Louise Beeston. Mieszkam przy Weldon Road siedemnaście…

On: Mam przed sobą pani dane. Pani Louise Beeston. Zakłócanie ciszy ze strony sąsiada spod dziewiętnastki. Głośna muzyka.

Ja: Tak, właśnie. Jeśli Pat nadal jest na służbie, chciałabym bardzo, by znów do mnie przyjechała i …

On: Po raz pierwszy zadzwoniła pani pod ten numer, by zgłosić uciążliwe hałasy o pierwszej czterdzieści pięć. Zgadza się?

Ja: Nie wiem. Tak, chyba tak. To było mniej więcej wtedy. Ale od tamtej pory…

On: Czy hałas nadal występuje na nieakceptowalnym poziomie?

Ja: Gdyby słuchał pan tego, co próbuję powiedzieć, może znałby pan już odpowiedź na to pytanie. Czy może pan pozwolić mi mówić?

On: Staram się ustalić obecną sytuację, pani Beeston. Czy zakłócanie ciszy nadal trwa?

Ja: W tej chwili sąsiad nie hałasuje, ale właśnie mnie obudził, ledwie pół godziny po tym, jak zdołałam zasnąć. Naumyślnie. Chciałabym, żeby Pat przyjechała i…

On: To niemożliwe, by ktoś do pani przyjechał, jeżeli hałas nie jest wywoływany w obecnej chwili. W poniedziałek z samego rana mogę wysłać do pani sąsiada powiadomienie, że złożono na niego zażalenie w związku z zakłócaniem ciszy. Poza tym gdyby mogła pani zapisać…

Ja: Pan mnie nie rozumie. Tak, wszystko zapiszę, i tak, proszę wysłać do niego list z powiadomieniem, ale potrzebuję kogoś, kto napędzi mu stracha dzisiaj w nocy. W przeciwnym razie co powstrzyma go przed obudzeniem mnie za kolejną godzinę, zakładając, że w ogóle zasnę? To jest coś więcej niż uciążliwy hałas – naumyślne tortury.

On: To nasz jedyny telefon alarmowy, pani Beeston. Jestem na dyżurze w pogotowiu. Obecnie oprócz mnie nie ma nikogo w biurze. Nie mogę pozostać na linii i kontynuować rozmowy z panią, ponieważ ustaliłem, że nie cierpi pani z powodu aktualnego hałasu, który wymaga natychmiastowej interwencji.

Ja: Cholera jasna, gdyby pan mnie słuchał, wiedziałby pan, że ten hałas trwa. Puszczał muzykę już wcześniej, głośno – proszę spytać Trevora Chibnalla. Słyszał ją, gdy dzwoniłam do niego o pierwszej czterdzieści pięć. Potem przerwał, kiedy…

On: „Aktualny” znaczy, że muzyka rozlega się w obecnej chwili. Czy tak jest?

Ja: Nie. Już to powiedziałam. Ale…

On: W takim razie będę musiał poprosić, żeby zadzwoniła pani ponownie w poniedziałek rano. Przykro mi, pani Beeston, ale takie u nas obowiązują zasady.

Ja: Jest pan najmniej pomocnym człowiekiem, z jakim kiedykolwiek miałam pecha rozmawiać. Do widzenia.

Mam nadzieję, że powyższy zapis pokazuje, że nie pozwolono mi wytłumaczyć sytuacji. Spróbuję zrobić to tutaj, gdzie nie istnieje niebezpieczeństwo, że zablokuję ważną linię telefoniczną.

O drugiej nad ranem, kiedy po raz pierwszy zatelefonowałam pod numer alarmowy samorządu, gdzie zgłasza się przypadki naruszania ciszy, mój sąsiad mieszkający na Weldon Road 19, Justin Clay, puszczał głośno muzykę, którą słyszał Trevor Chibnall. Pan Clay włączył głośną muzykę wkrótce po 22.00 i puszczał ją nieprzerwanie. Nie powiedziałam panu Chibnallowi, że na początku była to jak zawsze muzyka w stylach pop i rock, jednak po tym, jak poszłam, by się poskarżyć i poprosić, by ściszył dźwięk (a on podczas tej rozmowy zarzucił mi, że jestem muzyczną snobką, lubiącą jedynie klasykę), wyłączył pop i puścił głośno muzykę klasyczną. Trudno mi postrzegać to inaczej niż umyślne szyderstwo.

Następnie przybyła do mojego domu Pat Jervis, by dokonać oceny sytuacji, jednak zanim weszła do mnie, muzyka ucichła. Wyliczyłam, że musiała zaparkować przed moim domem dokładnie w chwili, kiedy pan Clay wyłączył muzykę, i w moim przekonaniu zrobił to umyślnie, by sprawić wrażenie, że przesadziłam, wyobraziłam sobie albo złośliwie wymyśliłam problem.

Kiedy Pat Jervis wyszła, położyłam się do łóżka i przez jakiś czas nie mogłam zasnąć, bo byłam zbyt rozstrojona i rozdrażniona. Wreszcie zapadłam w sen i wtedy znów zostałam z niego wyrwana o 4.20 przez muzykę dobiegającą z domu pana Claya, tylko że tym razem nie dobiegała ona z jego sutereny, lecz z sypialni. Poprzednio ograniczał swoją aktywność w tej dziedzinie do sutereny. Jego sypialnia sąsiaduje z moją (nasze domy to lustrzane odbicie bliźniaka), pokoje oddziela jedynie niewystarczająco wytłumiona wiktoriańska ściana, a on to wie. Kiedy się poznaliśmy, wkrótce po tym, jak wprowadziłam się wraz z rodziną, a zanim jeszcze zrodził się między nami konflikt, za jego namową obejrzeliśmy swoje domy. Uznałam, że to dziwna propozycja, bo przecież się nie znaliśmy, ale wkrótce stało się oczywiste, że chciał się po prostu popisać swoim szpanerskim, „wypasionym” wnętrzem. Mam więc nadzieję, że udowodniłam, iż wie doskonale, jak rozmieszczona jest jego sypialnia w stosunku do mojej.

Muzyka, którą puszczał w sypialni, była chóralna. A konkretnie był to chór chłopięcy, wykonujący dokładnie takie liturgiczne responsoria, jakie mój syn śpiewa w każdy wtorek i czwartek na nabożeństwach wieczornych w kaplicy Saviour College: kolejne umyślne szyderstwo. Pan Clay puszczał śpiewy responsorialne w kółko – nie wiem dokładnie ile razy, bo byłam zbyt rozstrojona, by liczyć. Jak głośne to było? Przypuszczam, że te sprawy są względne. Mój mąż, przebudzony raczej z powodu mojego niepokoju niż muzyki, powiedział, że muzyka była ledwie słyszalna. Jednak wystarczająco głośna, by mnie wyrwać ze snu.