Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 630 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chmurdalia - Joanna Bator

Chmurdalia, nowa powieść Joanny Bator, to kontynuacja znakomitej Piaskowej Góry, jednej z najciekawszych książek polskich ostatnich lat. Po nieudanej ucieczce z Wałbrzycha, zakończonej wypadkiem samochodowym, dziewiętnastoletnia Dominika Chmura budzi się w monachijskim szpitalu. Miesiące rehabilitacji przywracają jej zdrowie, ale nie spokój ducha. Zamiast wrócić do bloku na Piaskowej Górze, rusza w podróż, co kilka miesięcy zmieniając pracę i miejsce zamieszkania - Niemcy, Francja, Stany Zjednoczone, Anglia. Coraz bardziej oddala się od domu i przybliża do Chmurdalii, krainy, w której spełnia się marzenie o idealnej wspólnocie. Losy Dominiki przeplatają się w powieści z losami całej galerii postaci, głównie kobiecych, jak choćby czarnoskóra Sara Jackson, potomkini tzw. Hotentockiej Wenus, pokazywanej w gabinetach osobliwości w XIX wieku w Londynie i Paryżu. Bogactwo wątków Chmurdalii jest imponujące, jednak historie bohaterów łączą się ze sobą za sprawą przedmiotu przechodzącego z rąk do rąk - autentycznego nocnika Napoleona. Bator łączy żywioł opowieści z wyrazistym poglądem na sprawy, wobec których nikt nie pozostaje obojętny. Relacje erotyczne, macierzyńskie i siostrzane przyjmują w Chmurdalii nową postać.

Opinie o ebooku Chmurdalia - Joanna Bator

Fragment ebooka Chmurdalia - Joanna Bator

Joanna Bator

CHMURDALIA

Copyright © by Joanna Bator, 2010

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I 

Warszawa 2010

w serii ukazały się

Wojciech Albiński Achtung! Banditen!

Lidia Amejko Żywoty świętych osiedlowych

Andrzej Bart Rewers

Joanna Bator Piaskowa Góra

Dawid Bieńkowski Nic

Dawid Bieńkowski Biało-czerwony

Szymon Bogacz Koło kwintowe

Jacek Dehnel Lala

Jacek Dehnel Rynek w Smyrnie

Jacek Dehnel Balzakiana

Jacek Dehnel Fotoplastikon

Agnieszka Drotkiewicz Teraz

Manuela Gretkowska My zdies’ emigranty

Manuela Gretkowska Kabaret metafizyczny

Manuela Gretkowska Tarot paryski

Manuela Gretkowska Podręcznik do ludzi

Manuela Gretkowska Namiętnik

Henryk Grynberg Drohobycz, Drohobycz

Marek Kochan Plac zabaw

Włodzimierz KowalewskiExcentrycy

Wojciech Kuczok Gnój

Wojciech Kuczok Widmokrąg

Wojciech Kuczok Opowieści przebrane

Wojciech Kuczok Senność

Jarosław Maślanek Haszyszopenki

Daniel Odija Kronika umarłych

Tomasz Piątek Pałac Ostrogskich

Janusz Rudnicki Chodźcie, idziemy

Janusz Rudnicki Śmierć czeskiego psa

Sławomir ShutyZwał

Sławomir ShutyCukier w normie z ekstrabonusem

Sławomir ShutyRuchy

Mariusz Sieniewicz Czwarte niebo

Mariusz Sieniewicz Żydówek nie obsługujemy

Mariusz Sieniewicz Rebelia

Marek Soból Mojry

Wojciech Stamm Czarna Matka

Magdalena Tulli W czerwieni

Magdalena Tulli Sny i kamienie

Magdalena Tulli Tryby

Magdalena Tulli Skaza

Coś srebrnego dzieje się w chmur dali.

Bolesław Leśmian, Szczęście

– Nie można, Joasiu, wszystkiemu wierzyć co ludzie gadają.

– Tak, mamo, wiem o tym, ale można to samo dalej opowiadać.

„Ilustrowany Kurier Polski”, Kraków, 20 grudnia 1942

Historia musi mieć początek…

Pod mym oknem Cyganka stojała cała zbroczona w krwi, śpiewa córce Jadzia Chmura. Matka wydobywa z siebie głos, kusi śpiewem syrenim i krąży jak nakręcona. Córka jest nieruchoma i cicha, jak zasnęła, tak śpi. Obudź się, śpiąca królewno! Dominika nie słyszy słów Jadzi, tylko puste dźwięki, opadają jak wirujące w wodzie strzępki materii. Najgorsze, że w jej śnie niczego nie można policzyć. Zaczyna od jeden, ale już dwa wymyka się i rozpływa, a na jego miejsce nadciągają białe ławice, chmary, roje, chmury. Czasem Dominika czuje zapach i chwyta się go jak nici Ariadny; korzenny zapach sklepów kolonialnych, egzotycznych bazarów, o których kiedyś czytała, i zapach spalonego mięsa, splecione.

Epicentrum białych wybuchów jest głowa Dominiki, a dokładnie jej prawa strona. Stąd rozchodzą się fale bólu i łagodnieją, gasnąc na opuszkach jej palców, które drżą leciutko w rytm wewnętrznych eksplozji. Odkąd ranną Dominikę znaleziono obok płonącego samochodu, nie otworzyła oczu ani nie powiedziała słowa. Spała w wałbrzyskim szpitalu i spała podczas podróży do niemieckiej kliniki, gdzie przywieziono ją dzięki Grażynce i jej niemieckiemu mężowi. Spała nawet podczas podróży helikopterem! Tu też śpi; śpiączka, mówią lekarze, i to słowo przeraża Jadzię, bo przyzwyczaiła się przez osiemnaście lat do dziecka fiksumdyrdum, niesfornego i ruchliwego jak bąk. Obudź się, prosi więc w rozpaczy, i obudź się, śpiewa. Od jakiegoś czasu, którego tu, gdzie jest Dominika, nie da się policzyć, z bieli wyłaniają się rzeczy nie rzeczy pozbawione koloru, niepoliczalne i rozedrgane. Być może dostają się do snu Dominiki za sprawą ruchliwej i pełnej słów matki, która czuwa nad jej łóżkiem. Te okruchy świata są białe jak stopy Matki Boskiej w niedzielę, jak mąka z młyna pradziadka Adama, jej drobiny tańczące w świetle wpadającym przez szpary; Dominika pragnie unieść ku nim rękę ciężką jak z kamienia. Są białe jak kwiaty pomarańczy z wałbrzyskiej palmiarni, jak bezy pieczone córce przez Jadzię w kuchni na Piaskowej Górze, na języku Dominika prawie czuje ich smak i przełyka ślinę. Białe bezy i cukier puder, w którym obtoczone są kostki rachatłukum, słodycz chleba ze śmietaną; Dominika pamięta rękę babci Kolomotywy, która ją tym chlebem karmiła przy białym stole. Białe zęby greckiego chłopca, który wgryza się w słodką galaretkę, uśmiecha i biegnie, biegnie z tornistrem podskakującym na plecach. Dominika próbuje odpowiedzieć mu uśmiechem, ale tuż obok są popioły, białe kości, i jej uśmiech ścina lód. Dominika widzi białe schody prowadzące ku morzu i zaczyna po nich zbiegać coraz szybciej i szybciej, byle dalej od śmierci i zniszczenia, jednak obraz pęka jak mydlana bańka, zanim uda jej się dotrzeć do wody. Zamiast niego pojawiają się białe warkoczyki zaginionej przed laty wujenki Basieńki, nucącej o dziewczynce malince słodkiej jak szynka i miód; zapach spalonego mięsa. Dominika widzi nagle popioły zaleskiego domu babci Zofii, pada na nie śnieg, na wietrze poruszają się prześcieradła sztywne od mrozu, stukają o siebie jak kości. Dominika czuje nowy piękny zapach i straszny zapach znajomy, ktoś śpiewa, pod mym oknem Cyganka stojała, ktoś woła jej imię tak, jakby z całej siły krzyczał w głąb studni: Dominika!

Prąd niesie ją ku górze, skąd płynie głos, Dominika czuje coś, co prawie jest ruchem i życiem; jeden, szepcze albo śni swój szept. Tuż nad nią jest teraz tylko cienka warstwa lodu albo lustra i wystarczy ją rozbić, by przekonać się, do kogo głos należy, a wtedy po jeden nastąpi dwa, trzy, świat. Dominika cały wysiłek wkłada w to jeden, które powinno być pierwszą kostką domina, dokładnie na początku, bo przecież nie ma nic piękniejszego niż porządek liczb. Głos ciągle ją kusi i przyzywa; teraz już wie, że jest piękny, i chce wyciągnąć w jego kierunku ramiona, ale słabnie i już czuje, że nie da rady, nie tym razem; opada w ciemność, bezruch i ciszę. Przez opuszki jej palców znów przebiega dreszcz, który widzi tylko matka, Jadzia, ale jej nikt nie uwierzy, tym bardziej że ruch zaraz mija, a palce, które już, już nabierały koloru, są znów białe.

Nie przewidziałam się, samą siebie umacnia w cudzie Jadzia i krzyczy po polsku do pielęgniarki. Każde jej słowo jest precyzyjnie oddzielone, wyraźne, jakby miało to pomóc, jakby dzięki temu słowa różnych języków upodabniały się do siebie. Ruszyła! Ręką! Co do tego Jadzia jest przekonana, więc tupie nogą i wrzeszczy. Ruszyła! Ręką! Jak można nie rozumieć po polsku?! Jak można nie rozumieć, gdy człowiek wyraźnie i powoli mówi, że ruszyła! Ręką! Moja córka! Trzęsie przed twarzą ciemnoskórej pielęgniarki dłonią, demonstrując w przesadny sposób ten drobniutki ruch, którego była świadkiem. O, tak ruszyła, jakby złapać coś chciała, mogę się na Matkę Boską przysiąc!

Co się Jadzia nadziwiła, gdy pierwszy raz zobaczyła Sarę w niemieckiej klinice pod Monachium. Matko Boska! Co za szok. Grażynka przekonywała ją, że Sara Jackson jest godną zaufania i doświadczoną pielęgniarką, której spokojnie może powierzyć śpiącą córkę. Ale, Matko Boska! Jadzia długo przekonana nie była. No bo jak to tak? Dlaczego akurat ona ma się opiekować Dominiką? Innych nie było? Może komuś trzeba tu w łapę dać? Od ust sobie odejmie, zaskórniaczki ukryte pod podszewką żakietu wygrzebie i da, byle tylko Dominika miała to, co najlepsze, a nie byle co. Sfiksować można z nerwów, wszystko się może normalnemu człowiekowi pokićkać w tym Enerefie. Jadzia bała się, że Dominika obudzi się podczas matczynej nieobecności i przestraszy czarnej Sary, ale jeszcze bardziej się bała, że jej córka się nie obudzi w ogóle. Grażynka od początku była pewna, że Dominika wyjdzie ze śpiączki; obudzi się, mówiła, spokojna głowa, i Jadzia bardzo chciała jej wierzyć, ale z drugiej strony irytowała ją ta spokojna pewność wobec jej niepokoju i niepewności. Jasnowidzka jedna! sarkała; ledwo igłę już może nawlec, ślepa jak kret, a przyszłość niby widzi! A gdy zobaczyła Sarę, mało się z Grażynką nie poprztykała; mało się z nią nie poprztykałam, będzie Jadzia opowiadać, gdy szpitalny koszmar stanie się historią. Czarna taka ma coś wiedzieć na temat tych wszystkich maszyn podłączonych do Dominiki, kiedy to dla niej, Jadzi, czarna magia? Ma wiedzieć i nie pokićkać tylu przycisków, przełączników, pokręteł i rurek? Czarna, a włosy na żółto ufarbowane, przy skórze obcięte, fiu-bździu jakieś. Widział kto czarnych Niemców? Sturczałych to jeszcze, to się zdarza w dzisiejszym świecie, ale całkowicie czarnych? Jak świnta zimia, z żółtymi włosami? Jadzi to się niezbyt podoba, bo od zawsze nie przepada za fiksumdyrdum i fiu-bździu. Gdy dowiaduje się, że Sara jest Amerykanką, humor wcale jej się nie poprawia, Eneref, Ameryka i śpiączka to naprawdę za wiele. Ruszyła! Ręką! Sara Jackson sprawdza dane na monitorze, na którym ruch widziany przez matkę jest nie do zauważenia albo znaczy coś mniej ważnego, pyknięcie zderzających się elektronów, łagodne spotkanie mózgowych fal, i uspokaja tę, która od dawna jest nie do uspokojenia, a poza tym nie rozumie ani po angielsku, ani po niemiecku.

Gdy pielęgniarka wychodzi, Jadzia Chmura wzdycha tak, jak tylko ona potrafi. Napełnia się powoli jak dmuchana piłka plażowa, powietrze wypełnia stopniowo jej łydki, uda, pośladki i okrągły brzuszek, rozpiera się w piersiach, toczonych ramionach, a potem jakby ktoś na niej usiadł, powietrze schodzi i schodzi; dziwne, że nie zostaje z Jadzi pomarszczony flaczek skóry na podłodze. Ona wie, że córka ruszyła ręką, i jeszcze to czarne fiksumdyrdum z żółtymi włosami przekona się, że miała rację. Po spuszczeniu powietrza Jadzia zaczyna chodzić i mówić, nic innego nie robi od paru tygodni. Kazali jej mówić do śpiącej córki, ale nie wiedziała, jak zacząć, bo jak to tak, mówić do kogoś, kto nie odpowie, nie uśmiechnie się, nie odpyskuje, wystają z niego rurki i ma całą głowę poowijaną bandażem? Zaczynała więc i urywała w pół zdania, prosiła, obudź się, córeczko, zaklinała, obudź się, a pójdę na kolanach na Jasną Górę Matce Boskiej podziękować, i przeklinała, wstawaj, kurtka na wacie mać, bo strzelę tu w kalendarz, czy ty zawsze musisz wydziwiać? Ile można spać? Na złość mi tak śpisz?! Matce na złość! Matko Boska! Jadzia nie mogła znaleźć słów na takie mówienie w śpiącą ciszę, na takie niesłuchanie. Aż jej Grażynka poradziła, mów tak, jakbyś pisała list. Wyobraź sobie, że Dominika jest daleko, może pojechała na kolonie albo na studia do Warszawy, za granicą jest, a ty do niej piszesz spokojnie przy stole. W swojej kuchni na Piaskowej Górze siedzisz i piszesz o tym, co robiłaś, i o niezrobionym, o tym, co chcesz pamiętać, i o zapomnianym, o dobrym i złym, które jeszcze na dobre nie wyszło. A jak już zabraknie ci słów, jak zostaną ci same okruchy – ulep z nich coś i jak się do mówienia nie będzie nadawało, śpiewaj, Jadzia, śpiewaj.

I nagle Jadzia zobaczyła początek tego, co chce powiedzieć, westchnęła i zaczęła: córeczko. Zaczyna, córeczko, i nie może usiedzieć w miejscu ani przestać mówić, jakby jej słowa i spacery wokół łóżka mogły zrównoważyć bezruch córki i ciszę. Mówi Jadzia o tym, co robiła, i o niezrobionym, o tym, co zapamiętała, i o przeznaczonym do zapomnienia, o dobrym i złym, które jeszcze na dobre nie wyszło. Mówi o rosnących cenach i ciśnieniu, o padającym deszczu i ciśnieniu, co spada, o żylakach i nadziejach na przyszłość, która byłaby cudowna, gdyby na ten przykład wygrała w totolotka. Ale by sobie pokupowały! Mogłyby wtedy w Szczawnie Zdroju się pobudować, gdzie wałbrzyskie burżuje sobie pałacyki postawiały, cztery pokoje i tylko dla nas, córcia, z ogrodem, z tarasem. A latem do Sopotu by na cały lipiec wyjeżdżały jodu się nawdychać. Mówi Jadzia o duchu swojego męża Stefana, który czasem przychodzi na Babel w odwiedziny i siada w swoim gnieździe przed telewizorem; przychodzi tylko wtedy, gdy jest sama, i oprócz Dominiki i księdza na spowiedzi nikomu o tym nie mówiła. Oglądają sobie razem losowanie totolotka i znów nie wygrywają, bo jak komuś wiatr za życia wiał w oczy, to wieje tak samo na tamtym świecie. Potem jest zwykle program przyrodniczy i Jadzia sama by nie mogła, ale ze Stefanem to owszem, popatrzeć może. Tak się kiedyś Jadzia zlękła, gdy razem o waranach z Komodo program oglądali, że spać nie mogła. Córcia, jak ja się zlękłam! Matko Boska, te warany! O waranach więc mówi śpiącej córce Jadzia Chmura, że wielkie jak smoki, pyski mają plugawe, na wyspach żyją egzotycznych i są zupełnie przedpotopowe. Przedpotopowe, wyobraź sobie. Smakuje Jadzia na języku słowa, które jej się podobają, a przedtem nie miała okazji ich używać, jakby tatara świeżutkiego popróbowała: warany z Komodo, córeczko, przedpotopowe. Mięso żrą tylko, jak twój świętej pamięci ojciec, chociaż on to z ziemniaczkami. Pamiętasz? Tylko ziemniaczków, Dziunia, i ziemniaczków prosił. A jakie mordy mają, Matko Boska, córeczko, te warany! Podobno z pysków im strasznie jedzie, tym przedpotopowym waranom z Komodo. A plują, charkają jak Józek Sztygar, gdy się brzozówką uchla pod Babelem. Córcia, taki waran tylko mordą kłap-kłap i cielę pożarte, świnia czy Murzyn z wioski na wyspie Komodo. Bo one tam czarne są jak ta pielęgniarka, gdybyś ty ją, córcia, zobaczyła! Matko Boska! Murzynek Bambo w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz koleżka. Córcia, jak ty ją zobaczysz! Już po to warto się obudzić. Tyle jest dziwnych rzeczy na świecie, warany, śpiące od tygodni córki, czarne pielęgniarki, Jadzi Chmurze kręci się w głowie. Czarne fiksumdyrdum ma dupę dwa razy taką jak Jadzia, i jeszcze córka, co matkę od grubasów wyzywała, na własne oczy zobaczy, jak grubas wygląda. Córcia, matka przybliża twarz do ucha śpiącej Dominiki i szeptem przenikliwym próbuje wkłuć się w jej sen, córcia, ona dupę ma jak szafa trzydrzwiowa, a oczyskami strzela, aż strach, choć wydaje się, że czysta z niej dziewczyna.

Gdy już naprawdę nie ma nic do powiedzenia, Jadzia zaczyna śpiewać o Cygance, co pod oknem stojała cała zbroczona w krwi, bo tak śpiewała jej matka Zofia w rzadkich chwilach, gdy miała nastrój do śpiewania. Jadzia widziała ostatnie cygańskie tabory w Zalesiu, zza krzaków dzikich malin patrzyła na lśniące końskie brzuchy i długie spódnice kobiet, które dzisiaj mogły być tu, a jutro zupełnie gdzie indziej, i do tej pory być może dają sobie radę bez własnej kuchni pełnej fajansowych ozdób z Włocławka, bez wyszorowanego na glanc pecefału. Ta możliwość niemożliwa napełnia Jadzię niezrozumiałym uczuciem tęsknoty. Śpiewa Jadzia, oczy mówiły mi, że nadejszła godzina rozstania, a wienc poszłam ja z niom w noc posempnom i złom. Nie płacz, mamo, ach nie, nie pomogom twe łzy, nie uleczysz głembokiej mej rany. On najdroższy mi był, który serce me skradł. Oszukanom żyć bym ja nie chciała.

Niektóre z tych słów przebijają się, Dominika widzi je od spodu jak podbrzusza liści, które opadły na lód. Są żyłkowane precyzyjnie jak witraże, mają kształt mówiący, że jest przedtem i potem, jest zapach; jeden, liczy. Coś zaczyna się dziać i Dominika czuje, jakby przedostawała się przez tunel tak ciasny, że brakuje jej tchu i zaraz się udusi, krzyczy więc z całej siły, ale z jej ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Wtedy miejsce, w którym zrasta się jej czaszka, boli tak, jakby głowa znów rozłupywała się, ukazując pokryte błoną wnętrze, białe kości. Dominika widzi wirujące kręgi bieli rozpalonej jak rozgrzane żelazo i wraca tam, gdzie nie ma liczb ani słów. Mózg jest bardzo delikatny, tłumaczą lekarze zrozpaczonej Jadzi, jak budyń w puszce; wystarczy lekko potrząsnąć i nieszczęście gotowe, a pani córka miała pękniętą czaszkę. To cud, że przeżyła. Musimy czekać, powtarzają. Lekarze widzą zakłócenie w aktywności mózgu Dominiki Chmury, lat osiemnaście, drobną usterkę, której znaczenie wyjaśni się, kiedy dziewczyna się obudzi. Jeden, myśli Dominika, ale jeden to ostry kawałek metalu, który wbija się w bolące mięso i nie może poruszyć świata zatrzymanego ponad dwa miesiące temu. Po każdej próbie przebicia się przez twardą lśniącą powierzchnię opada tam, gdzie docierają tylko wypłukane, półprzejrzyste cienie, białe.

Im bardziej milczy Dominika, tym więcej mówi Jadzia, i im bardziej nieruchoma jest córka, tym więcej ruchu w matce krążącej po szpitalnym pokoju jak liliowy bąk. Wpada tu co rano, przywożona przez Grażynkę, i trzeba siłą wyciągać ją wieczorem, gdy wyczerpana opowieściami, ale niezmordowana nuci, pod mym oknem Cyganka stojała cała zbroczona w krwi, oczy mówiły mi, że nadejszła godzina rozstania. Jadzia nie zauważa drogi do domu państwa Kalthofferów i nigdy nie uświadomi sobie, że spędziła prawie dwa miesiące w Enerefie, o którym kiedyś marzyła, oglądając katalogi mody „Otto”. Pobyt minął jej przy łóżku córki, pogrzebie go w pamięci i będzie się upierała, że co za życie, nigdy nie ruszyła się z Piaskowej dalej niż do Świnoujścia czy Karpacza. A jak raz się wyrwała do Warszawy Izaurę i Leoncia zobaczyć, to w drodze powrotnej w Warsie się zatruła, paprzą paparuchy, a coś ją podkusiło, by flaczków sobie zjeść.

Jadzia wciąż jest przy łóżku Dominiki, gdy zaczyna się jesień i zapach dymu znad pól dobiega do szpitala. Jadzia po raz nie wiadomo który śpiewa, nie płacz, mamo, ach nie, nie pomogom twe łzy, nie uleczysz głembokiej mej rany. Wiatr zamyka okno pokoju, a wtedy Dominika Chmura otwiera oczy.

I

Grażynka kilka razy w miesiącu chodzi do lasu, który zaczyna się za pasmem pól; widać go z okien jej domu, ciemnogranatowa poszarpana linia drzew na wzgórzu. W całej wiosce Mehrholtz nikt oprócz niej tego nie robi, bo nie wiadomo do końca, czyj ten las jest, i swego czasu toczył się o to nierozwiązany do tej pory spór. Z każdej strony otaczają las pola uprawne, porządne pola, które mają właścicieli, a on jest bezpański i prowadzi do niego tylko jedna ścieżka z domu Grażynki i Hansa Kalthofferów.

W Mehrholtz jeździ się samochodem do supermarketu, jak trzeba, a na piechotę to najwyżej do kościoła albo do piekarni. Jak już spacerować, to świątecznie po parku, czy po centrum handlowym się przejść, a nie tam do lasu. Takie rzeczy są niedopuszczalne, niedopuszczalna jest sama Grażynka Kalthoffer, z domu Rozpuch, pochodzenia polskiego i mocno podejrzanego; jest w Mehrholtz wielu takich, co by jej tu nie wpuścili, gdyby mieli coś do powiedzenia. Do powiedzenia właściwie mają dużo i mówią, licząc na to, że waga nagromadzonych słów zaważy na losie obcej. Patrzy Frau Korn zza firanki i powtarza potem innym zainteresowanym życiem żony ich Hansa, a takich jest wiele, że ta Polka jak głupia po dworze lata, do lasu się zapuszcza, jak ona bezczelnie do lasu zapuszcza się, ciekawe po co tak się zapuszczać w las? Frau Zorn, która ma stanowisko obserwacyjne w sąsiednim domu, zna odpowiedź, bo ma gotową odpowiedź na wszystko, pewnie się puszcza! Puszcza się, a jak, zgadza się Frau Korn. Gdy ten fakt podstawowy zostaje ustalony, wyobraźnia Frau Korn i Frau Zorn może puścić się w ślad za Grażynką, która w lesie puszcza się na stojąco, drzewa się trzymając, w trawie leśnej w poziomie, dziko, zwierzęco, i kto wie, na jakie inne cudzoziemskie sposoby, wywłoka, eine Schlampe, oto kim jest. Nie popuszczają sąsiadki polskiej żonie Hansa. Bo mało ma roboty w domu? W domu jest robota, kto wie, co w lesie być może bezpańskim. A co Grażynka wraca z lasu, to z jakimś przybłędą jak ona. Kot, pies, Murzynka. Murzynka, czarna jak diabeł, z lubością powtarza raz Frau Korn, raz Frau Zorn. Czarną kobietę z lasu przyprowadziła, z żółtymi włosami, to nie jest normalne, rzeczy normalne od nienormalnych tu, w Mehrholtz, potrafi się odróżnić na pierwszy rzut oka, i tak powinno być. Wzdycha Frau Zorn, wzdycha Frau Korn, ożeniłby się Hans z tutejszą kobietą, to posprzątane miałby dokładniej, ugotowane jak należy, po żywnie i oszczędnie, a tak, nie dość, że cudze bachory karmi i ubiera, to jeszcze ta latawica, zamiast usiąść na tyłku, po lesie lata. Cieka się jakby nie żona, tylko jakaś zwierzyna rodzaju żeńskiego, czy pani, droga Frau Korn, ostatnio widziała? Widziałam, droga Frau Zorn, potwierdza Frau Korn. Kto wie, kogo znowu do domu sprowadzi? Frau Korn i Frau Zorn mają nadzieję, że one wiedzieć będą jako pierwsze, jeśli tylko pozostaną wystarczająco czujne na posterunkach za firanką. Zgadzają się, że wszystkiego się można po Grażynce, żonie ich Hansa, spodziewać, oczy ma dzikie, nietutejsze, włos długi farbowany. Frau Korn i Frau Zorn uważają, że kobieta w pewnym wieku powinna strzyc się krótko, ubierać przyzwoicie, a w obejściu psa porządnego trzymać, co na obcego szczeka, zanim jeszcze go zobaczy. A u Grażynki? Wzdycha Frau Korn, wzdycha Frau Zorn. U żony ich Hansa znajdy się plączą, skundlone pokraki łaszą się do każdego. Psa trzeba wytresować! A kotów ile, nie policzysz. Frau Korn i Frau Zorn zgadzają się, że kota wytresować się nie da, ale jak nie da mu się jeść, polować będzie, by nie zdechnąć z głodu. Sąsiadki Grażynki liczyć lubią i liczyły na to, że związek ich Hansa z Polką nie przetrwa zimy, nie dociągnie do jesieni. Nie dogadają się, droga Frau Korn. Pogoni ją, droga Frau Zorn, na wschód razem z bachorami i kusymi kieckami. Kto to widział? One dotąd nie widziały, ani Frau Korn, ani Frau Zorn nie, i przed samymi sobą udają, że wcale przyjemności im nie sprawia oglądanie czegoś, do czego nie przywykły; przyklejają się do szyb jak glonojady, gdyby mogły, przykleiłyby się tak bezpośrednio do Grażynki. O proszę! Rano na przykład Grażynka do chlewni idzie ubrana jak na festyn, falbanki, groszki, pół tyłka na wierzchu.

Frau Korn na własne oczy widziała, przysiąc może, gdy pod fałszywym pretekstem pożyczenia kosiarki odwiedziła sąsiada krótko po tym, jak przywiózł sobie z Polski tę irytującą żonę, co na żonę nie wyglądała i nie wygląda, a więc przysiąc może, że widziała. Frau Korn ma duże doświadczenie w rzucaniu szybkich spojrzeń, które niczym piłeczki do golfa wpadają w odpowiednie miejsce, precyzyjne i prawie bezgłośne, pyk, pyk. Potem z Frau Zorn omawiają i porównują celne rzuty. Gdy nie mają nic nowego, przypominają sobie dawniejsze trafienia i dodają im nowych smaczków, obracają triumfy językiem i wysysają z nich słodycz. Cisnęła więc Frau Zorn okiem w kierunku chlewni Hansa Kalthoffera, a takiej nowoczesnej nikt w okolicy nie miał, i zobaczyła w prostokącie światła ruch jakby taneczny, którego nie powinno tam być, bo chlewnia to nie miejsce na tańce, zum Teufel! Rzadko się Frau Korn zdarzało, żeby pierwszy rzut wymagał poprawki, a jednak dopiero za drugim razem zobaczyła, że Grażynka naprawdę tańczy. Nie do wiary! Nie słyszała muzyki, tylko chrumkanie świń, które też wydało jej się jakieś wariackie, bo w rytmie ruchów tyłka tej Polki obciągniętego czerwonym materiałem w białe groszki chrumkały na melodię Makareny. Grażynka przeginała biodra i okręcała wokół siebie zielony szlauch, którym myła podłogę, a może to był wąż, bo tylko siły piekielne mogły wprawić w ruch taneczny Frau Korn, i omal na miejscu szlag jej nie trafił, gdy zdała sobie sprawę, że zamiast się ze zgrozy wzdrygać, podryguje.

Tłumaczyła Hansowi żona roztańczona, że od muzyki świnie lepiej rosną i są szczęśliwsze, niech no tylko spojrzy na ich ryje uśmiechnięte, uszy radośnie sterczące, a ważne, by być szczęśliwym, nawet jeśli wkrótce pójdzie się pod nóż. W końcu życie świńskie nie różni się tak bardzo od ludzkiego, a każdemu życiu potrzeba tańca i muzyki, nawet kwiatom, którym Grażynka zawsze nuci przy podlewaniu. Na początku dręczyło Hansa, że przez to tańczenie i rozgardiasz wie bei Hempels unterm Sofa, co miało być zrobione na czas, odwlecze się, zaplanowane przepadnie i przetańczą tak w diabły obowiązki i terminy. Jednak świnie, mimo braku porządku i nieregularnych pór karmienia, rosły lepiej niż u sąsiadów, a to znaczyło pieniądze, a pieniądze z kolei oznaczały rzeczy, które Hans pragnął wymieniać na szczęście Grażynki. Kupował więc jej na początku to, czego, jak sądził, potrzebują kobiety do szczęścia: apaszki, perfumy, wisiorki, kolczyki, moherowe sweterki, szkatułki, ozdobne ramki na zdjęcia, komplety jedwabnej bielizny zapakowane w pudełka z elegancką kokardą. Kupował sprzęty domowe i ciężkie meble dębowe, im więcej mebli, tym lepiej: stoliki kawowe i szafki nocne, półki na bibeloty, drapowane zasłony i elektryczne roboty wieloczynnościowe, gipsowe kolumny złocone, jak prawdziwe, pod kwiat, pod wieżę stereo, pod zgrabną replikę Wenus z Milo, która, zdaniem Hansa, urodą nie dorównywała Grażynce. I jeszcze piękne lampy migające trzema kolorami w rytm muzyki, na które Grażynka mówiła fonobłyski, bo tak się mówiło w Wałbrzychu i zazdrościło tym, którzy mieli fonobłyski z Enerefu, więc proszę bardzo, w każdym pokoju fonobłyski, bo dlaczegóż by nie, skoro w każdym był jakiś sprzęt grający. Grażynka tak lubiła muzykę, że nieraz nie mogła się zdecydować, od czego zacząć dzień, dlatego w każdym pokoju grało coś innego, a ona pląsała z kolorową miotełką do kurzu i w każdym pokoju tańczyła inaczej, wzbijając w powietrze drobinki pyłu. Grażynka nie wydawała się kochać Hansa ani bardziej, ani mniej po każdym z prezentów, i po jakimś czasie hojny mąż zaczął podejrzewać w zdumieniu, które nie opuści go aż do śmierci, że ta kobieta łakoma na jego ciało i muzykę nie potrzebowała do szczęścia rzeczy, bo jej szczęściu niczego nie brakowało.

Wypróbowywała miksery i szatkownice, by zrobić przyjemność mężowi, ale potem porzucała je w swojej wielkiej kuchni, gdzie porastały kurzem, podczas gdy ona rękoma miesiła ciasto i uplaskiwała krokiety, a gdy piekła ciasteczka ze swoimi bezojcowymi córkami i Hansowym synem, ściany, sufit i podłoga pokryte były warstwą cukru, cynamonu i kakao. Hans siedział w kącie kuchni z miską po słodkiej masie, którą pozwolono mu wylizać, patrzył na dziewczyny niepodobne ani do swojej matki, ani do siebie nawzajem, na syna, który mógłby być jego odmłodzonym lustrzanym odbiciem, i myślał, że tak wygląda szczęście: roztańczona żona, dobrze odkarmione dzieci i miska z esami-floresami słodkiej masy. Gdy kochał się potem z Grażynką i szeptał jej, Graschynka ich liebe dich, w małżeńskim łożu pod baldachimem, które sam wybrał, bo tylko tak królewskie posłanie wydawało mu się godne ukochanej, znajdował pod językiem słodycz ciasteczek, wiórki kokosowe, ocukrzoną skórkę pomarańczową i rodzynki sułtanki.

Grażynce ze wszystkich podarunków Hansa najbardziej spodobał się walkman, bo dzięki niemu mogła mieć muzykę cały czas przy sobie, gdy pracowała albo szła do piekarni. Potrafiła tańczyć do wszystkiego i gdy jechali z Hansem do marketu, kupowała kasety z piosenkami Abby i argentyńskimi tangami, niemieckimi szlagierami i amerykańskim popem, rockiem i przebojami operowymi, w których jej ciało odnajdywało rytm, jakiego nie dosłuchałby się żaden z trzech tenorów, a jednak jej ramiona ruszały, by jak huśtawka rozkołysać piersi, a potem biodra nawet przy kawałkach tak mało tanecznych, jak aria Penelopy z Powrotu Ulissesa do ojczyzny. Zatańcz dla mnie, prosił Hans, i Grażynka tańczyła, i choć tańczyła tak pięknie, z zamkniętymi oczami, z różowymi ustami, w legginsach w panterkę, w sukience w groszki, jej męża ogarniała melancholia, jakby już ją utracił, bo wiedział, że tańczyłaby tak samo, tak samo piękna i szczęśliwa, gdyby go tu nie było, gdyby nie było go wcale.

Gdy córki Grażynki były małe, chodziły za nią krok w krok, zapatrzone w ciało, które wydawało im się ogromne i piękne w swej żywotności, ciało jak karuzela, która wiruje coraz szybciej i szybciej, aż brakuje tchu, a jednak nie można przestać się kręcić, zachłystywać pędem powietrza pachnącego matczynym potem. Tańczymy! wołała do nich i niezależnie od tego, czy były w domu biednym, czy bogatym, zaczynały podskakiwać, wirować i wycinać hołubce aż do zatracenia, czkawki, konwulsyjnego śmiechu na łóżku albo rzuconym na podłogę materacu, który akurat był ich posłaniem. Grażynka przypuszczała, kto jest ojcem jej najstarszej córki, wysokiej, szczupłej Róży, której twarz zawsze jej coś przypominała, jakieś wydarzenia z miasteczka o nazwie Radomsko, a może to już był Piotrków Trybunalski, bo raczej nie Częstochowa. Nawet prosiła nieraz, stań profilem albo pochyl głowę, wpatrując się w miłą, lecz pozbawioną wyrazistości buzię, aż dziecko w wieku lat siedmiu zaczęło eksperymentować z makijażem, by domalowując niebieskość oka i czerwień ust, naprowadzić w końcu matkę na jakiś trop. Co do młodszej, Anieli, która była niska, pulchna i ciemna, Grażynka nie miała podejrzenia bardziej konkretnego, niż że to musiał być jeden z tych sześciu w Skierniewicach, o ile nie ten chudy z Warszawy, jak wzdychała w rzadkich chwilach, gdy sprawa ojcostwa w ogóle przychodziła jej do głowy. Najmłodsza, Hawa, miała w dokumentach wpisane imię Monika, Monika Rozpuch, ojciec nieznany, bo Hawy nie chcieli Grażynce zarejestrować w wałbrzyskim urzędzie, tłumacząc, że imię to niepolskie i w spisie imion nie figuruje, a może po prostu otyła urzędniczka znała złą sławę Grażynki Rozpuch i wkurzyła ją kolejna ekstrawagancja z jej strony. Jak niepolskie, skoro ona znała je z Polski? tłumaczyła Grażynka, gdzie, jak nie w Polsce, mieszkała Hawa, żona Ludka Borowica, fotografa z Kamieńska, która łatwo się wzruszała, mówiła po polsku dzień dobry i miała piękne oczy? Zgodziła się w końcu na Monikę, bo i tak mało obchodziły ją przepisy i prawne regulacje, co za głupoty, wzruszała ramionami, a Hawa i tak została Hawą. W tym przypadku Grażynka nie zastanawiała się nad kwestią ojcostwa bardziej niż przy starszych córkach, może Januszek z Wałbrzycha, bidota, co miał żonę w wariatkowie, może prawa ręka zastępcy ministra z Warszawy, może kulawy Mirek od pieczarek, co grał na akordeonie, i za każdym razem, gdy patrzyła na najmłodszą córkę, mówiła, hej, Hawa, Hawa, tu mama, by jakoś rozkojarzoną dziewczynkę zakotwiczyć w zmieniających się okolicznościach dzieciństwa. W domu Hansa Hawa zaczęła zyskiwać na obecności, i dopiero teraz było widać, jaka jest wysoka, potężnie zbudowana i silna; już w piątej klasie zaczęła trenować podnoszenie ciężarów i zapamiętale siłowała się z ojczymem na rękę. Grażynka dawała dzieciom z siebie tyle, by cieszyły się na jej widok, ale nie tyle, by każdy dar musiały odwijać z ozdobnej bibułki matczynego poświęcenia. Co to znaczy, że ty się poświęcasz, Jadzia? dziwiła się. Nie możesz po prostu Dominiki kochać? Nie tresowała psów przybłędów i nie karała półdzikich kotów, które łaziły jej po stołach i kanapach, zalegały w atłasach łóżka z baldachimem, a dzieci nie chciała urabiać na niczyj obraz i podobieństwo, bo od początku wydawały jej się osobnymi istotami, które zostały tylko na krótko oddane pod jej opiekę. Mijały lata i córki coraz częściej odrywały się od Grażynki, nie zostawiając ran, znosiło je w miejsca lepsze i gorsze, ale w żadnym z nich nie mogły powiedzieć, to twoja wina, mamo, ani, to wszystko dzięki tobie; i cudem, którego zazdrościła Grażynce niejedna matka, wyrosły na kobiety przekonane, że są tam, gdzie powinny, że ich ciała i myśli należą do nich. Ona sama chwilami zapominała, że przez tyle lat była matką trzech dziewczynek niepodobnych ani do niej, ani do siebie nawzajem, bo macierzyństwo zajmowało tylko jeden z zakamarków jej serca. Nie krytykowała ich wyborów, a to, co trafiło się jej dzieciom, przyjmowała bez zdumienia, jakby zawsze wiedziała, że będzie właśnie tak, a nie inaczej. Najstarsza, Róża, od dziecka zainteresowana cieniami do powiek i szminkami, którymi z upodobaniem podkreślała rysy swojej twarzy, została kosmetyczką w Monachium, Aniela, kolekcjonerka przepisów na słodycze, otworzyła cukiernię w Gelnhausen, starym miasteczku w Hesji, jej przyjęcia ogrodowe zasłynęły w całej okolicy z najlepszego Apfelkuchen i tłustej bitej śmietany, a Hawa poszła do liceum sportowego i odnosiła pierwsze sukcesy w podnoszeniu ciężarów na zawodach międzynarodowych. Raz nawet pokazano ją w telewizji i cała wioska Mehrholtz o tym mówiła, patrzcie, patrzcie, córka tej polskiej przybłędy karierę sportową robi, ciekawe, ile ma z tych występów na rękę. Najmłodsze dziecko Grażynki, Daniel, syn Hansa, co do czego wątpliwości nikt mieć nie mógł z powodu niezaprzeczalnego podobieństwa, był chłopcem spokojnym, poważnym i cichym; w wieku, gdy jego rówieśnicy chcieli zostać policjantami, bandytami, strażakami, on mówił, że zostanie hodowcą jak ojciec. Z powagą powtarzał, że będzie mieszkać w Mehrholtz i hodować zwierzęta, i co dziwniejsze, słowa dotrzymał.

Gdy córki wyprowadziły się, Grażynka nie zaniechała swoich wieczornych spacerów do lasu, a Hans dawno przestał już pytać, po co tam chodzi, bo najważniejsze, że Grażynka wraca taka sama, a może nawet jeszcze wspanialsza, z włosami lśniącymi od rosy i oczami tak czarnymi, jakby wsączyła się w nie ciemność. Czasem towarzyszy jej nowy kot lub pies przybłęda, czasem ma w ręce kiść jarzębiny albo bukiet ziół, w który raz po raz zanurza twarz. Każdy, kto ją wtedy widzi, nawet Frau Korn i Frau Zorn ukryte za firankami, nagle przypomina sobie nieużywane na co dzień słowa, takie jak morskie fale, przepaści, syreny, odmęty; albo obrazy z jakiejś książki, a może ze szkolnej wycieczki do muzeum, gdzie na ścianach wisiały wizerunki kobiet o perłowych ciałach, które, bezwstydnice jedne, kąpały się w leśnych jeziorkach albo jadły nago śniadanie na trawie. Gdy przychodzi czas spaceru Grażynki, Hansa ogarnia niepokój, bo choć jego żona zawsze wraca do domowych pieleszy, czuje on, że jej wyprawy są czymś zupełnie odrębnym od niego, ich domu pełnego rzeczy, ich wspólnego życia. W takie wieczory powietrze gęstnieje, jakby ich dom wypełniała mgła, która zaciera kontury sprzętów i gromadzi się w kątach; Hans Kalthoffer patrzy więc, jak Grażynka zakłada gumiaki, oplątuje szyję szalem, odwraca się do niego w drzwiach. Macha jej wtedy ręką i robi zabawną minę, że to nic takiego, przecież tylko spacer, a ona odpowiada uśmiechem, który ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza. Hans Kalthoffer, hodowca świń spod Monachium, czuje, że w tym momencie kobieta, w której zakochał się w sali dansingowej sanatorium w Szczawnie Zdroju, matka jego syna, należy do niego jeszcze mniej niż na co dzień. Co moje, to twoje, powtarzał Grażynce, od kiedy się poznali, choć na początku, zanim nauczyła się niemieckiego, po prostu przykładał jej dłoń do kolejnych rzeczy, domu, powietrza nad polem, linii horyzontu, swojej różowej klatki piersiowej porośniętej jasnymi włoskami. Ona nigdy nie powtórzyła gestu swojego niemieckiego męża, ale nigdy go też nie okłamała. Hans obserwuje Grażynkę przez okno do momentu, gdy wchłania ją ciemność lasu, a potem stoi i czeka; dopiero gdy zobaczy powracającą, odetchnie, usiądzie na kanapie i włączy telewizor, udając, że spokojnie oglądał mecz albo program rolniczy.

Grażynka idzie najpierw koło chlewni, które należą do niej, potem przez swoje pole wspina się na wzgórze, gdzie wchodzi w las, który nie należy do nikogo; niezależnie od pory dnia panuje tu mrok, ani światła, ani głosy wsi nie docierają między drzewa rosnące tak gęsto, jakby strzegły jakiejś tajemnicy. Grażynka posuwa się do przodu, dotykając pni, mimo doskonałego zdrowia, zawsze miała słaby wzrok, co zresztą jej specjalnie nie przeszkadza. Jej szal w groszki powiewa na wietrze i czasem Hans z okna dostrzega błysk czerwieni między drzewami, który znika zaraz jak zduszony płomień. Na szczycie wzgórza, pośrodku bezpańskiego lasu, Grażynka siada na kamieniu tak gładkim, jakby wyrzuciło go morze, i patrzy na dom, który z tej odległości przypomina domek dla lalek, kwadrat ciemności z wykrojonymi okienkami światła. Las wokół niej szumi jak fale, powietrze jest ożywcze i czyste; Grażynka widzi stąd swoje życie i jest to jedyne miejsce, gdzie przeszłość ma dla niej znaczenie, ale nawet teraz nie jest ona ciągiem wynikających z siebie wydarzeń, ale kalejdoskopem, w którym za każdym razem pojawia się inny wzór. Są tu rzeczy, które zdarzyły się, a których nie ma, oraz takie, które nie zdarzyły się, ale są, jest wiele rzeczy, które dopiero się przydarzą; są Róża i Aniela, jest Hawa, trzy kobiety, po których jej córki dostały imiona, są one same, raz małe, raz dorosłe, uśmiechnięte, z buziami umazanymi czekoladą. Grażynka na co dzień nie myśli o wcześniej i później, bo musiałaby przypomnieć sobie, ile ma lat, co uczyniłoby ją jedną z najstarszych matek odnotowanych przez światową medycynę. Jej życie to ciągłe teraz, którego centrum jest ten brzydki i bogaty dom na niemieckiej wsi, jej mąż, który zna się na hodowli świń i nieraz płacze nocami, oglądając rodzinne fotografie, jej syn Daniel, który wygląda jak ojciec, bo to on naprawdę go pragnął. Grażynka sama nie pragnęła żadnego ze swoich dzieci, bo niczego jej nie brakowało nawet wtedy, gdy nie miała nic własnego prócz odkopanego gramofonu, a Halina Chmura szyła jej spódnice z farbowanych na czerwono pieluszek w zapyziałej wałbrzyskiej kamienicy. Z tego miejsca w bezpańskim lesie Grażynka widzi przeszłość i przyszłość, które jak mgliste planety krążą wokół jej niemieckiego domu, ale to centrum wszechświata jest przypadkowe i nietrwałe.

Oprócz Wałbrzycha jest więc miasteczko Kamieńsk, między Kleszczową a Gorzkowicami, plamka na mapie centralnej Polski tak mała, że zwrócić na nią uwagę może tylko ktoś, komu naprawdę zależy i czyjej uwagi nie odciągną dwa pobliskie miasta, też zresztą niewielkie i niepiękne, Radomsko i Piotrków Trybunalski. Kamieńsk leży na glebie piaszczystej i lichej, a dzieci przychodzą tu na świat z umiejętnością zbierania kamieni z pól, które co roku rodzą ich więcej, jakby ziemia wiosną wypychała twarde płody ze swoich trzewi. Dobrze tu rosną sosny, brzozy i wrzosy, a ludzie są niewielcy, susi i ziemni, ich ciała mają kolor ziemniaczanej skórki. Gdy wojna czy inny kaprys losu rzuci ich gdzieś daleko, rozglądają się dookoła, ale tak, by ogarnąć wzrokiem tylko to, co w zasięgu rąk; zaczynają przykrawać, łatać, sklejać, mościć, wędzić i kisić, by po krótkim czasie czuć się u siebie na jakiejś Piaskowej Górze, Greenpoincie czy Hammersmisie. Przesadzeni w inne miejsce nie zmieniają się wiele, a gdy zmienić się muszą, wyrodnieją i wymierają; się porobiło, mówią, wyrolowali nas, narzekają, odkujemy się, grożą, gdy ich tak los przyciśnie, że ledwo mogą złapać oddech. Niepodobnych do siebie trą tak długo, aż się dotrą i upodobnią, a wtedy nazywają ich jakoś po swojemu, mówią na przykład, te dwie to Ciocie Herbatki, i zaraz czują się pewniej, bo najgorsze dla nich jest nienazwane. Gdy wojna zmiecie żydowskich krawców, cieśli, nosiwodów, sklepikarzy, handlarki i fotografów, kowali i piekarzy, bez sentymentu zajmą ich miejsce w domach wzdłuż brukowanych uliczek Kamieńska. Czasem tylko Marianna Gwóźdź westchnie, ach, jak te Żydówki umiały takie coś słodkie ugotować z rodzynkami, z marchewką, cymes czy jakoś, że jadłby człowiek i jadł, a jakoś samej mi zrobić nie wychodzi. Trzeba się zapytać było, zanim przepadło na amen. A gdyby pomęczyć trochę Mariannę Gwóźdź i dać jej następny kieliszeczek nalewki morelowej, wypiłaby go, wylizała resztę z odchyloną do tyłu głową i być może przypomniała sobie, że jeszcze takie coś na drzwiach Żydzi mieli, jakby drewniane pudełeczko, do modlitwy służące, przyglądała mu się, gdy w szabas żona aptekarza wołała ją, Marianka! Marianka! by zapaliła im ogień. Tylko jak to się nazywało? Marianna Gwóźdź, jedna z najstarszych mieszkanek Kamieńska, czasem śni, że wszystko jest tu znów tak, jak było przed wojną, ale ona jest teraz kimś innym, siedzi na werandzie dworu Fabrykanta, gdzie była służącą, i nikt jej nie goni do roboty. Pije sobie nalewkę morelową Cioć Herbatek i pogryza ciasteczka, zamiast czekać jak na zmiłowanie na panią z opieki społecznej.

Być może nie mają ludzie w Kamieńsku wielkich marzeń, ale często pamiętają wielką przeszłość, to jest marzenie mające tę przewagę nad skierowanym w przyszłość, że nieustannie się spełnia. Dla jednego to dziadek, który ziemi miał więcej niż inni, hen aż po las, a jak huknął, to zaraz słuchali, i bić nawet nie musiał. Mała Grażynka lubiła dróżnika Barnabę Midziaka z Kamieńska, który o dziadku opowiadał tak, jakby jego w ziemię zasobny przodek był jednocześnie blisko, na wyciągnięcie dłoni, i bardzo daleko, jakby za każdym razem odjeżdżał na zawsze jednym z pociągów przemykających koło dróżniczej budki, nie większej od kurnika. Zatrzymywała się tam, gdy wracała ze szkoły, a Barnaba Midziak machał do niej z ławeczki, na której w wolnej chwili palił skręcane własnoręcznie papierosy; siadali i patrzyli na tory. Mój dziadek, opowiadał Grażynie dróżnik, miał ziemi tyle, że jak ruszył z pługiem rano w jedną stronę, to dopiero koło południa wracał, a my z bratem patrzyli, patrzyli tylko w stronę Kleszczowej, czy już go widać, i bawili się, który pierwszy zobaczy. A jak huknął, gdy coś było nie po jego myśli! Jak huknął, to aż w uszach dzwoniło. Jak zegarek śmy wszyscy chodzili i nawet bić nie musiał. Dla tych, którym w przeciwieństwie do dróżnika Barnaby nie dane było umrzeć w Kamieńsku, nadal tu bije źródło opowieści. Dla Antoniego Mopsińskiego, przed wojną zwanego w Kamieńsku Fabrykantem, opowieść wypływa stąd, bąbelkując jak szampan w sylwestrową noc w klubie Biały Orzeł na Greenpoincie. Właśnie tak, z niesłabnącą siłą, mimo iż od czasu, gdy Fabrykant opuścił Kamieńsk, minęło tyle lat. Moja szanowna prababka, mówił Antoni Mopsiński, a mała Grażynka patrzyła z podziwem na lśniące guziki jego surduta; moja prababka z miasteczka Kamieńsk, mówi ciągle Antoni Mopsiński po wielu latach, a jego własne amerykańskie wnuczki, Lilia Rose i Violet Rose, szczypią się pod stołem porozumiewawczo. Co za pierdoła z tego polskiego dziadka, co je obchodzi prababka z Kamieńska, prapraprababka, a nawet jeszcze starsza, praprapraprababka z ery prapradinozaurów; dziewczynki nabierają powietrza i sprawdzają, ile razy uda im się powiedzieć pra na jednym wydechu. Taka prababka mogłaby zamieszkać co najwyżej w muzeum, a nie w ich three-bedroom semi. Poza tym one naprawdę nie mają chęci mówić po polsku, to im do niczego nie jest potrzebne, już wystarczy, że nazwisko mają nie do wymówienia, Mopsinsky, a do tego ich tata, Napoleon, ożenił się z pół-Hinduską i wnusie dziadka Mopsińskiego są w związku z tym trochę polskie, trochę amerykańskie, a trochę półhinduskie, nie licząc tego, co mogło wdać się po drodze. Moja szanowna prababka z Kamieńska zapisała mi w testamencie nocnik Napoleona, ciągnie niezrażony dziadek Mopsiński, a Lilia Rose i Violet Rose wbijają sobie paznokietki w skórę tak mocno, aż zostają ślady, jeszcze chwila i posikają się z tłumionego śmiechu, który dostał im się do młodziutkich pęcherzyków moczowych i rozsadza je od środka. Nocnik Napoleona! Co za pierdoła z tego dziadka. Nocnik i prapraprababka. Tata każe im z dziadkiem posiedzieć, bo niedługo dziadzia nie będzie, pójdzie do nieba, ale dziewczynkom trudno znieść zapach starego człowieka i potem opowiadają sobie, chichocząc, że cuchnie skarpetami wełnianymi suszonymi na kaloryferze, nieświeżą gąbką do mycia naczyń, skajową torbą na zakupy, w której rogach pełno okruszków, paprochów, materacami z sali gimnastycznej, fuj, fuj. Lilia Rose i Violet Rose mają brata, który odwiedza dziadka osobno, bo poważnego nad wiek chłopca irytują chichoty i piski dziewczynek. Ich zarozumiały brat otrzymał po ojcu imię Napoleon, a siostry mówią do niego Napi-okapi i złośliwie pytają o nocnik. Napi-okapi! wrzeszczą, gdy widzą brata wracającego z kolegami ze szkoły, dzwonił z Francji cesarz Napoleon, mówił, że świsnąłeś mu nocnik! Nocnik Napoleona, dziadek ciągle opowiada im o nocniku Napoleona i właściwie o niczym innym już nie mówi. Nocnik Napoleona, co za szkoda, że go tu nie ma, bo wnusiom by pokazał nocnik złoty, lśniący, w kwiaty malowany, w huzarów na koniach i co tam jeszcze. Byłby im po śmierci zostawił nocnik francuskiego cesarza w spadku. Żeby go pamiętały, żeby dla swoich dzieci nocnik w dobrej kondycji przechowały. Niestety, mówi dziadek, nocnik Napoleona przepadł, ale on go wciąż widzi przed oczami i przez całe życie na obczyźnie z oczu duszy go nie spuścił. W domu szanownej prababki w Kamieńsku, ciągnie opowieść dziadek Mopsiński, praprapraprababki, podpowiadają wnusie, tłumiąc chichot, a tak, praprapraprababki, Napoleon zatrzymał się, wracając z Rosji. Napoleon? dziwią się wnusie przesadnie i szczypią ukradkiem, bo słyszą tę samą opowieść podczas cotygodniowych odwiedzin w domu starców, tak samo jak kilkadziesiąt lat temu słyszała ją już Grażynka. Gdyby to chociaż był naszyjnik, kuferek, pierścionki, ale nocnik, co komu w Nowym Jorku po nocniku, i to starym, używanym przez jakiegoś Napoleona. Napoleon? pytają dziadka Mopsińskiego jak co tydzień; jak ciastko z polskiej cukierni na Greenpoincie? A tak, odpowiada dziadek, bo Napoleon lubił polskie ciastka, nic, tylko polskie napoleonki by jadł, bo, mówił, najlepsze, nawet od francuskich smaczniejsze. A najbardziej smakowały mu w Kamieńsku, w cukierni Mateusza Suligi, zajadał się nimi, aż mu miętę trzeba było potem parzyć, bo żołądek miał słaby. Lepsze były napoleonki od batoników Mars? pyta Lilia Rose. Lepsze, potakuje dziadek, pewnie, że lepsze. A od Snickersa? pyta Violet Rose, bo skoro siostra spytała, ona nie może pozostać w tyle. Lepsze! Wielki cesarz Francuzów, przyjaciel Polaków wielki, Napoleon Bonaparte mówił, że najlepsze polskie ciastka i żołnierze polscy. O, żołnierzy to on innych nie chciał, tylko naszych. Zamierzała go szanowna prababka we dworze ulokować, w pokoju gościnnym, a on że nie, że w chacie, którą z okien widać, przenocuje, by koło żołnierzy pozostać blisko. W trymiga mu wszystko tam przygotowali, bo babka służby miała, że ho ho, dywany mu tam zanieśli, łóżko wielkie, że czterech chłopa dźwigać musiało, kobierce, żeby na ścianach raz-dwa porozwieszać. I nocnik, nocnik babka sama zaniosła i jeszcze pod drodze brzegiem sukienki polerowała do połysku. A chatę, w której wódz nocował, od tej pory nazywano w Kamieńsku Napoleonówką. Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy, nuci senior rodu Mopsińskich, i to już jest dla wnuczek za wiele, parskają śmiechem, który rozsypuje się jak szklane koraliki, odbija od podłogi, kuleczki śmiechu wskakują na fotel, na którym owinięty pledem pradziadek zastyga z uśmiechem, zamyka oczy i pogrąża się w jednej z tych drzemek bliższych śmierci niż snu, gdzie Napoleon wracający z Rosji, Kamieńsk, nocnik, prababka, wnuczki Lilia Rose i Violet Rose dzieją się jednocześnie, wodospad obrazów układających się inaczej przy każdym oddechu, nie do zatrzymania.

Antoni Mopsiński jak relikwię przechowywał w Kamieńsku nocnik Napoleona, z którego wielki wódz skorzystał, gdy go przypiliło w czasie odwrotu z Rosji. Nocnik wodza za szybą gabloty we dworku kamieńskim stał zawsze świeżo wypolerowany, lśniący, a klucz od kłódki leżał na klucz zamknięty w szufladzie biurka, w szkatułce też zakluczonej. Własnoręcznie wyjmował go pan Mopsiński i dawał służącej, młodziutkiej Mariannie Gwóźdź, ale niechże ostrożna będzie i łapy naprzód umyje. Gdy miał ważniejszych gości, wyjmował nocnik zza szkła i pokazywał, dawał dotknąć, choć drżał przy tym, by kto nie upuścił, nie uszkodził tej cennej pamiątki rodzinnej. Dwór w Kamieńsku, ziemię, las i Napoleonówkę Antoni Mopsiński kupił kilkanaście lat przed wojną od dziedzica bankruta, ale to drobiazg, który nie był w stanie umniejszyć siły jego napoleońskich marzeń i piękna wspomnień. Gdy usłyszał, że dziedzic Eugeniusz Borowiecki z Kamieńska jest w posiadaniu nocnika, spać nie mógł, a od kiedy relikwię zobaczył, wiedział, że to zrządzenie losu, na niego nocnik czekał i wszystko, łącznie z dziedzica skłonnością do dalekich podróży, kart i wyścigów, złożyło się na ciąg wydarzeń prowadzących do spotkania Antoniego Mopsińskiego, fabrykanta z Łodzi, z nocnikiem Napoleona.

Antoni Mopsiński zawsze fascynował się Napoleonem i już jako chłopiec przeczytał na jego temat wszystko, co mógł znaleźć w łódzkich bibliotekach. Młody Napoleon z rozwianym włosem w epoce Dyrektoriatu, zwycięski wódz pod Austerlitz, władca świata przemawiający pod piramidami, dostojny cesarz z obrazów Davida. Młody Antoni Mopsiński przyjmował pozy napoleońskie przed lustrem, głowę zadzierał, bo podobnie jak cesarz Francuzów wzrostu był mizernego, ramię jedno za plecy zakładał, dłoń po napoleońsku lokował na brzuchu i mówił, żołnierze, pamiętajcie, że ze szczytów tych piramid czterdzieści wieków patrzy na was, albo, od wzniosłości do śmieszności jeden tylko krok. Stary Mopsiński, ukryty za winklem, na migi wołał wtedy małżonkę Mopsińską, by zobaczyła, co ich syn wyprawia i czy na to wariactwo nie trzeba by mu puścić krwi albo zwiększyć dawki tranu, bo on jako ojciec czuje się poważnie zaniepokojony. Mały Mopsiński marzył, by zostać historykiem, skoro nie było już szans na zostanie gwardzistą Napoleona, ale dla jedynego syna właściciela fabryki guzików z Łodzi inna przyszłość była zaplanowana i ojciec tłumaczył jedynakowi, że książki będzie sobie czytał wieczorami, jeśli już musi, czy na letnisku, jak do wód pojedzie, bo z książek to żyją ci, którzy do żadnej porządnej roboty się nie nadają albo z biednych żydowskich rodzin pochodzą. Okazało się, że otumaniony napoleońskimi fantazjami Antoni Mopsiński miał zadziwiający talent do interesów guzikowych, bo wszystkie podejmowane przez siebie decyzje analizował z punktu widzenia strategii bitewnej wielkiego wodza Francuzów; układał armie z guzików na perskim dywanie, dumał, palił i dochodził do wniosku, że najlepiej będzie nabyć kość na guziki kościane i masę perłową na perłowe od ormiańskiego kupca, którego w mieście jeszcze nikt nie znał, a który miał okazyjne ceny. Antoni Mopsiński szybko potroił majątek ojca, ożenił się z kobietą imieniem Józefina, bo jakże mógł wybrać Krystynę czy Genowefę w obliczu najprawdziwszej Józefiny, mimo iż tamte większy miały posag, żywszy temperament i urodę wyraźniejszą, kupił dwór w Kamieńsku, a synowi, co mu się rok po ślubie urodził, dał na imię Napoleon.

Dziedzic sprzedał Antoniemu Mopsińskiemu wszystko łącznie z portretami i meblami, rzeźbami afrykańskimi i dwiema suszonymi główkami od ludożerców z Nowej Gwinei, zastawami porcelanowymi i srebrami rodowymi, a tę piękną napoleońską historię i nocnik dorzucił na dokładkę. Dziedzic Borowiecki pozbawiony funduszy, bo wszystko poszło na spłatę długów, i zamiarujący popełnić honorowe samobójstwo, w zamian za zrzeczenie się praw do nocnika Napoleona wymusił na Antonim Mopsińskim umowę dżentelmeńską. A mianowicie przyjmie on do siebie w Kamieńsku, zapewni dach nad głową i wyposaży w wypadku zamążpójścia dwie siostry rodziny pozbawione, a właściwie kuzynki, sieroty, Różę i Anielę Rozpuchówny z Częstochowy, których dotąd on, Eugeniusz Borowiecki, był prawnym i nieudanym opiekunem. Wstydu nie przyniosą; ukończyły kurs gospodarstwa domowego, na suchoty nie chorują, pracowite są i silne. Nic nie wydawało się fabrykantowi z Łodzi ceną zbyt wysoką za nocnik Napoleona, panowie dobili targu.

Eugeniusz Borowiecki znikł z Kamieńska i nigdy już o nim nie słyszano, a we dworze pojawiły się wkrótce dwie dziewczyny o trudnym do określenia wyglądzie i wieku. Antoni Mopsiński przywitał je tak, jakby był odwiecznym panem tego miejsca, pokazał im nocnik Napoleona przez szybkę, bo nie uznał dwóch panien za osoby godne bezpośredniej prezentacji, po czym już nigdy nie poświęcił siostrom więcej uwagi i nigdy nie nauczył się, która z nich jest Anielą, a która Różą. Jego żona, Józefina, ucieszyła się z niespodziewanego towarzystwa, bo nie udało jej się w Kamieńsku z nikim zaprzyjaźnić. W przeciwieństwie do swej imienniczki, ukochanej francuskiego cesarza, była osobą spokojną i nieskłonną do flirtu, nieco niezdarną; cierpiała na niezidentyfikowaną przypadłość maciczną, wymagającą długich nasiadówek w misce z gorącym wywarem ziołowym, i często popadała w apatię. Ulubioną rozrywką pani Mopsińskiej było robienie na drutach, sztrykowanie, jak mówiła, sądząc, że jest to słowo francuskie, i jej małżonek oraz syn, Napoleon, zwany w domu Napciem, przy każdej okazji dostawali w prezencie swetry, skarpety i szale. Rzadko przy tym zdarzało się, by rozmiar był właściwy czy rękawy jednakowej długości, a bywało, że przez zbyt mały otwór obdarowany nie mógł przepchać głowy i stał jak głupia pałuba, bliski uduszenia. Pani Mopsińska patrzyła wtedy ze smutkiem na swoją kolejną klęskę i obiecywała, że zaraz to poprawi i będzie jak ulał, ale zapominała, co miała poprawić i jak, a kolejny nieudany efekt sztrykowania wkrótce dziurawiły mole. Roztargnienie Józefiny nieraz doprowadzało do większych domowych katastrof niż podduszenie pana domu lub jego potomka w swetrze o zbyt małym wycięciu na głowę. Raz na przykład zatrzasnęła w kufrze z wełną francuskiego pieska i dopiero gdy rozłożył się na dobre, służącą Mariannę Gwóźdź doprowadziła do zguby gruba jak powróz nić smrodu, innym razem Józefina tak się zagapiła przy kąpieli małego Napoleonka, że się mało dzieciak nie utopił i musiano głową w dół wodę z niego wytrząsnąć, a co przy tym wrzasku było, bo wisząc w tej nieprzyjemnej pozycji, ugryzł w łydkę biedną Mariannę. Jeszcze kiedy indziej zapomniała Józefina Mopsińska sztrykująca, że na bieliznę przymierzyła robiony dla małżonka pulower, i wyszła do ogrodu naciąć róż, a kamizelka pruła się stopniowo i pani zdziwiona, czemu tak się na nią gapią ludzie z drogi, zorientowała się w końcu, że stoi w pantalonach, haleczce i reszcie czegoś szarego wełnianego przy szyi. Józefina nie martwiła się koniecznością przyjęcia pod swój dach dwóch rezydentek, a nawet ucieszyła się, że może ich towarzystwo ją rozrusza. Rozruszałabyś się trochę, mawiał jej mąż z pretensją w głosie, gdy sam fakt, iż ma na imię Józefina, nie wystarczał mu do szczęścia; kupił jej pieska, jakiego miała cesarzowa, to zwierzaka udusiła, chciał potańczyć, skręciła kostkę, na polowanie ją zabrał, postrzeliła rejenta z Radomska. Siedzi tylko i sztrykuje; to ma być żona? Rozruszałabyś się trochę, Józefino! Antoni Mopsiński coraz częściej zamykał się w swoim gabinecie i w samotności podziwiał nocnik Napoleona.

Antoni Mopsiński nazywany był w Kamieńsku Fabrykantem i nikt nie mówił o nim inaczej jak Fabrykant. Wiedziano, że Żyd z Łodzi, przechrzta z żoną gojką, bo takie rzeczy ludzie tu umieli zwęszyć z wiatrem i pod wiatr co najmniej do trzech pokoleń. Zaraz na początku Fabrykant ufundował nawet nowe figury Drogi Krzyżowej do kościoła, ale poza tym żył na uboczu i wiele czasu spędzał w Łodzi, bo musiał doglądać interesów. Jeszcze jakiś czas po wojnie na zaśniedziałej tablicy w kamieńskim kościele można było przeczytać nazwisko hojnych darczyńców, Antoniego Mopsińskiego i Józefiny Mopsińskiej z domu Kloc, ale którejś nocy ktoś włamał się i odkręcił tablicę, kradnąc przy okazji dwa kielichy srebrne i dywanik spod ołtarza. Gdy więc po wielu latach prawnuk Antoniego Mopsińskiego, Andrew, student Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, przyjedzie do Kamieńska szukać śladów przodka, nikt już nie przypomni sobie Fabrykanta, choć po ukradzionej tablicy w kościele wciąż będzie jaśniejszy ślad. Ksiądz pomógłby, bo sam się trochę historią interesował, zwłaszcza średniowieczem, ale niestety archiwum kościelne z czasów mniej odległych poszło z dymem razem z połową plebanii, gdy w drugi dzień wojny Niemcy zrzucili na Kamieńsk bomby. Zaprosił jednak gościa z Ameryki na lampkę wina domowej roboty i tak im się dobrze rozmawiało, że opróżnili trzy butelki. Nazajutrz Andrew Mopsinsky, skacowany, z językiem jak piętka chleba pokryta pleśnią, miejsce po tablicy obfotografuje ku zdumieniu wikarego, który zachęcać go będzie, by zrobił też zdjęcie całemu kościołowi albo obrazom miejscowego artysty, który właśnie namalował piękny portret polskiego papieża ze zdjęcia, proszę, jaki podobny, jakie kolory, lepsze niż w naturze. Niechże zrobi papieżowi, bo potem za granicą pokaże komuś zdjęcie szarej plamy i co sobie ludzie o kamieńskim kościele pomyślą? Młody człowiek na koniec wizyty w Kamieńsku sfotografował jeszcze ruiny dworu oraz Napoleonówkę opuszczoną i do połowy ścian zarośniętą łopianami; przez płot przelazł i pewnie w gówno jakieś wdepnął, bo potem go Marianna Gwóźdź widziała, jak buty o trawę czyścił.

Napoleonówka, obszerna chata kryta strzechą, która opadała na niewielkie okna jak futrzana czapka, stała w wilgotnym ogrodzie, zbiegającym aż do rzeki Kamionki. Grażynka potrafi odtworzyć w pamięci każdy szczegół tego domu z czasów, gdy toczyło się w nim życie; okiennice malowane na zielono, fakturę szorstkich ścian, które nagrzane słońcem wydawały się żywe jak skóra bardzo starego zwierzęcia, zapach zsiadłego mleka, suszonych grzybów i lawendy, który był pierwszym, jaki czuli w sieni goście zaproszeni na herbatkę. Grażynka nie musi zamykać oczu jak dziadek Mopsiński, wystarczy, że wyjdzie z domu i zanurzy się w las, by znów widzieć, jak przy ciężkim drewnianym stole siedzą w Napoleonówce dwie kobiety i dziewczynka w blasku naftowej lampki; ta dziewczynka to ona, kobiety to Ciocie Herbatki.

Ostatnimi lokatorkami Napoleonówki były podopieczne dziedzica hazardzisty, które zgodnie z umową przygarnął Antoni Mopsiński, Róża i Aniela Rozpuchówny. Najpierw mieszkały razem z rodziną Antoniego Mopsińskiego, grzecznie witały się z Fabrykantem, który za każdym razem sprawiał wrażenie, jakby musiał sobie przypomnieć, kim one, do diabła, są; cieszyły się, wydając ciche okrzyki och i ach, ze swetrów, szali i lizesek, jakie wysztrykowała dla nich Józefina Mopsińska, zajmowały się małym Napciem. Były łagodne w obejściu, niewymagające i ciche, obie miały ciemnoblond warkocze, szare oczy i przerwę między górnymi jedynkami, ale podczas gdy Aniela, szybka i zamaszysta, trajkotała, łącząc ze sobą słowa, szafując przymiotnikami i łykając w pośpiechu samogłoski, Róża przed każdym słowem zastanawiała się i wzdychała, jakby użycie go wiązało się z wydatkiem. Owo niepodobieństwo w podobieństwie wydawało się wręcz niewłaściwe i niektórzy mieszkańcy Kamieńska podejrzewali, że wcale nie są siostrami, nawet nie kuzynkami. Mimo zwykłości wyglądu Róży i Anieli, który ani nie raził, ani nie zachwycał, jakiś drobny, trudny do zdefiniowania szczegół sprawiał, że nigdy do końca nie wydawały się swoje. W hierarchii domowej siostry lub nie siostry zajmowały pozycję niedookreśloną, trochę niżej niż znająca podstawy francuskiego guwernantka z Piotrkowa Trybunalskiego, zatrudniona dla Napcia, wyżej jednak bez wątpienia niż Marianna Gwóźdź i dwie służące z Kleszczowej, dlatego mniej uprzywilejowani konkurenci sądzili, że za wysokie progi, a wyżej postawieni uważali, że nie wypada. Miały niewiele ponad trzydzieści lat, gdy spisano je na straty, uznając za zbyt stare na zamążpójście, a nigdy właściwie nie stały się przedmiotem plotek i romansowych spekulacji. Róża i Aniela przedkładały własne towarzystwo nad spotkania z mężczyznami i nawet wówczas, gdy bracia Soplicowie z Gorzkowic zaprosili je do Radomska do kina, o czym niejedna panna na wydaniu marzyła, wydawały się zainteresowane przede wszystkim sobą nawzajem. W pełnym przeciągów i nieużywanych pokoi kamieńskim dworze siostry nie siostry zajmowały się malowaniem akwarelek, suszeniem ziół i kwiatów na potpourri, z talentem przyrządzały lecznicze nalewki i mikstury; wszędzie zostawał po nich ziołowo-apteczny zapach czegoś, co zbyt długo leżało w szafie i nie zepsuło się wprawdzie, ale straciło świeżość. Ich blade i niewyraźne obrazki nieodmienne przedstawiały zaaranżowane na stole martwe natury albo morze, obie marzyły, by pojechać kiedyś nad Bałtyk, jak wspominały przy lada okazji. Róża i Aniela Rozpuchówny herbatę nalewały z wdziękiem, ubierały się ponad wiek poważnie, na stole stawiały świeże ciasteczka i owoce ułożone na liściach winorośli w sposób, który wydawał się elegancki. Na koniec wizyty obdarowywały wszystkich gościńcami w postaci słoika kiszonej kapusty, ogórków w miodzie lub konfitury i namawiały, by ponownie, może w następny czwartek, przyszli na herbatkę. Potrafiły prowadzić lekkie, niezobowiązujące rozmowy, ograniczając się do zadawania dokładnie takich pytań, na jakie rozmówca pragnął odpowiedzieć, bo dotyczyły jego ogrodu, ołtarza, dziecka, sukni albo wrzodów na żołądku; stłumione okrzyki zachwytu lub zdziwienia, jakie wydawały z siebie Róża i Aniela, były pełne zrozumienia i doskonale wyważone. Podejmowały herbatą księdza, lekarza, właścicieli sklepu z towarami kolonialnymi, dyrektora poczty i aptekarzową, a robiły to z łagodną przyjemnością, odciążając roztargnioną i wiecznie sztrykującą panią domu. Gdy Antoni Mopsiński uznał wydanie Róży i Anieli za sprawę beznadziejną, bez szemrania przeniosły się do Napoleonówki i tam kontynuowały herbaciane ceremonie przy domowych konfiturach i ciasteczkach, jakby nie zauważyły, że standard ich życia obniżył się z dworu pod strzechę. Zaczęły robić przetwory i w ich spiżarni zawsze stały trzy beczki kiszonek, do kapusty dodawały z fantazją raz całe jabłka, raz paprykę i kminek, a ci, którzy spróbowali, mówili, że inne te ich kiszonki niż normalnie, ale, o dziwo, smaczne. Wierzono, że likiery, mikstury i nalewki ich produkcji pomagają na wiele schorzeń i często, zanim wybrano się do lekarza, radzono się mieszkanek Napoleonówki, co najlepsze na pieczenie w żołądku, uporczywe skrofuły czy dzwonienie w uchu.

Róża i Aniela Rozpuchówny miały zdolność niezwracania na siebie zbytniej uwagi; ich istnienie tak naprawdę dostrzeżono dopiero wówczas, gdy oddzieliły się od rodziny Fabrykanta Mopsińskiego i zamieszkały w Napoleonówce. Wystawione na zewnątrz rodzinnego układu wydały się jakoś drażniące i niedopasowane, no coś takiego, mówili mieszkańcy Kamieńska. Znano tu stare panny rezydentki, w każdym okolicznym dworze była taka ciotka-pociotka, kuzynka bez posagu, lekko uszkodzona stryjenka czy wujenka w drucianych okularach, ale dwie niezamężne kobiety zamieszkujące osobny dom? Może gdzieś w mieście, w Piotrkowie czy Radomsku, ale nie w Kamieńsku, chyba żeby współlokatorki były stare i wyraźniej spokrewnione. To wówczas nazwano je Ciociami Herbatkami i to wspólne imię wszystkim zainteresowanym odpowiadało, a niewypowiedziane podejrzenia pozostały nienazwane, tym bardziej że nazw brakowało na takie rzeczy w Kamieńsku. Ciocie Herbatki wydawały się zadowolone z nowego przydomku i zdecydowanie były zadowolone z własnego domu, powiesiły w oknach Napoleonówki świeże firanki i zasłony, pobieliły ściany i wyplewiły ogród, a wszystko to robiły na cztery ręce. W ciepłe dni siadały na ławeczce i łuskały groch albo obierały jabłka; niektórzy trochę się irytowali na ten widok, bo nie dość, że takie podwójne i niezamężne, to jeszcze nie wiadomo, pańskie czy chłopskie, bo jak popatrzysz, to na dwoje babka wróżyła, raz wystrojone jak ze dworu, a raz rozmamłane jak byle baba groch sobie łuskają w chustkach na głowie. Czasem Ciocie Herbatki po prostu siedziały bezczynnie, patrząc na drogę, jakby na coś czekały, jedna obok drugiej, takie do siebie podobne w gęstniejącym zmierzchu, nieruchome. I doczekały się.

W Napoleonówce przyszła na świat Grażynka, a właściwie została nań przyniesiona marcowym przedświtem, gdy pierwsza fala szarego światła dobiegała do rogatek Kamieńska od strony Kleszczowej. Co najmniej trzy osoby ją na świat przyniosły, nie licząc nieznanej matki, która ją nosiła, i trudno dociec, dlaczego światem w tym wypadku był akurat Kamieńsk, spośród sąsiednich wiosek wyróżniający się jedynie Górą Kamieńską, dziwnym wzniesieniem, które na płaskim krajobrazie centralnej Polski wygląda jak grudka pod wyprasowanym obrusem. To mikroskopijne miasteczko, łatwe do pomylenia z wsią, leżało jak kurza kupka na skrzyżowaniu dróg wiodących do miejsc o wiele ważniejszych; przez Kamieńsk prowadziła droga z Katowic do Gdańska i z Warszawy aż do Wiednia, który z perspektywy Kamieńska wydawał się tak daleki, że aż nieprawdziwy, choć tutejsza nauczycielka muzyki, Aurelia Borowiecka, katowała swoich uczniów wiedeńskimi walczykami, na raz, dwa, trzy. Twarzy pierwszej osoby, która przyniosła na świat Grażynkę, nikt nie widział; cierpiący na bezsenność fotograf Ludek Borowic i Marianna Gwóźdź, która ze służącej Fabrykanta awansowała wówczas na gospodynię proboszcza Wenancjusza Pielasy, dostrzegli co prawda obcą postać w Kamieńsku, ale mieli sprzeczne zdania na temat jej płci, wieku i ubioru. Ludek pewny był, że kobieta, wysoka, rudowłosa, biegła drogą w stronę rzeki, jakby ją gonili, a gospodyni zapierała się, że gówno tam widział, patrzcie go, fotograf, a ślepy jak kret, przecież to chłop był, mały, lecz w sobie, przy kości, w kapeluszu jak Cygan, i nie pędził, lecz jakby lisio się przemykał, a takie lisie przemykanie w kapeluszu cygańskim jest oczywistą oznaką nieczystego sumienia. Stan sumienia mężczyzny przy kości i w kapeluszu, o ile nie był wysoką rudowłosą kobietą, pozostał tajemnicą, bo Ludek Borowic, fotograf z Kamieńska, nie przyznał się, że tak naprawdę widział kobietę średniego wzrostu, i to całkiem z bliska, podeszła bowiem do jego drzwi, by na progu zostawić zapakowane w kokon szmat niemowlę. Gdyby to żona Ludka, piękna Hawa, otworzyła drzwi, dziewczynka prawdopodobnie zostałaby pod numerem siódmym na ulicy Prostej, między piątką, gdzie mieściła się cukiernia Mateusza Suligi, a dziewiątką, gdzie zakład fryzjerski prowadził Tadeusz Kruk. Jednak fotograf nie chciał mieć dzieci i z pewnością uznano by go w Kamieńsku za odmieńca, gdyby się do tego przyznał, dawał więc do zrozumienia, że w kwestii rozmnażania to z żoną coś jest nie tak. Użył tchórzliwego wybiegu, choć nie był tchórzem i gdy wzdychał, wymieniając imię żony, Hawa, w oczach zbierały mu się łzy. Mówiono w miasteczku, że bardzo ją musi kochać, skoro nie rozwiódł się, mimo iż bezpłodna. Ludek nie miał nic przeciw dzieciom jako takim i fascynowały go miniaturowe ludziki, którym robił zdjęcia z okazji chrztu, bar micwy czy komunii, a jego niechęć do posiadania dzieci związana była ze straszną tajemnicą, z którą musiał żyć i z którą umrze, nie pisnąwszy nikomu słowa.

Biedny Ludek Borowic, na którego próg przyniesiono Grażynkę, miał dar przepowiadania nagłej śmierci, widział ją nie na twarzach fotografowanych, ale na ich podobiznach. Wizerunek człowieka mającego umrzeć nagle i nie z choroby, na zdjęciu zrobionym przez Ludka był zamazany, jakby drżący, a twarz niewyraźna i zatarta. Krzyczał na niego ojciec, u którego w tym samym zakładzie uczył się fotografii, że rękę ma do łopaty, a nie sztuki tak wysublimowanej jak zdejmowanie wizerunków. Ja się pytam, grzmiał na syna, czy tak wygląda Marek Słowik? Ja się pytam, czy Marek Słowik ma gębę bladą i oczy trupie? To dybuk jakiś, nie Słowik! Stary Borowic umarł, zanim związek między prześwietlonym zdjęciem a nieszczęśliwym wypadkiem modela stał się oczywisty. Szedł właśnie ojciec Ludka na pocztę z listem do kuzyna z Grodna za pazuchą, gdy na ławce pod kamieńskim kościołem zobaczył śmierć; siedziała tam i skubała słonecznik wielki jak młyńskie koło. Nie miał wątpliwości, że to ona, więc pokazał tylko na list, że chciałby go jeszcze wysłać, jeśli można, a ona lekko wzruszyła ramionami: proszę bardzo, niech wysyła, ona może poczekać, aż tak jej się nie spieszy. Umarł ojciec Ludka, zanim zdążył spełnić swoje marzenie o podróży do Grodna, gdzie żyło wielu jego kuzynów i kuzynek, a jeden krewny do tego miał na imię Ludek, jak on i jego syn, i też był fotografem, co za zbieg okoliczności. A ciekaw jestem, wzdychał Ludek, ojciec Ludka, czy tamten Ludek z Grodna taki sam jak ja, czy inny? ale nie miał swej ciekawości zaspokoić, bo śmierć splunęła ostatnią łupiną słonecznika, pasiastą jak skrzydełka stonki, podeszła do niego i wzięła go pod ramię.

Pierwsza śmierć przepowiedziana przez Ludka Borowica, wówczas dwunastoletniego, dotknęła Marka Słowika, hodowcę z Kleszczowej, którego pod okiem ojca sfotografował z okazji sukcesu w dorocznej wystawie bydła. Krowa mleczna Marka Słowika zajęła pierwsze miejsce i na fotografii wyszła jak trzeba, wyraźna, połyskliwa, aż chciało się dotknąć, podczas gdy właściciel stojący przy niej w pozie dumnej i sztywnej wyglądał jak wymoczony w wybielaczu. Dostał Ludek przez łeb i aż się popłakał, a jego ojciec pomstował, retuszując fotografię, że tylko taka niezguła jak jego syn może spaprać pół zdjęcia, bo jeszcze jakby całe, toby jakoś człowiek zrozumiał, a tu pół jak się patrzy, a drugie pół spaprane. Po tygodniu Marek Słowik zginął pod kołami pociągu do Wiednia, gdy po pijanemu przechodził przez tory, podczas gdy krowa pozostała w dobrym zdrowiu i rok później znowu zdobyła medal na wystawie. Mógł Ludek wybrać inny zawód, tak czasem podpowiadał mu głos rozsądku, ale wewnętrzne przekonanie, silniejsze niż rozsądek, mówiło z kolei, że to los wybiera nas i nie ma co się silić, by zrozumieć, dlaczego jest tak, a nie siak, weźmy na przykład jego naród wybrany przez Boga, który niekiedy wyraźnie nie wie, po co to zrobił, ale jest już za późno, by wszystko odwołać. Boże, wzdychał więc Ludek, a każde wywoływane zdjęcie sprawiało, że jego serce waliło jak pociąg, który przejechał po Marku Słowiku, hodowcy krów mlecznych z Kleszczowej, bo jeśli śmierć pojawiła się na odbitce, nie było odwrotu. Śmierć na fotografiach Ludka Borowica mogła być młoda, ledwie opierzona, a wtedy potrzebowała trzech do czterech lat, by dojrzeć, albo już wyrośnięta, gotowa i lśniąca jak lukier na wielkanocnym mazurku z cukierni Mateusza Suligi, a wówczas zabierała się do roboty w ciągu miesiąca. Władysława Przetak, zdjęta z powodu ślubu z Wojciechem Przetakiem, spadła z drabiny tak nieszczęśliwie, że już nie wstała, Ludwika Poznańskiego, weterynarza, sfotografowanego z okazji narodzin syna, koń kopnął w czoło, a mała Ada Witz wpadła do starej studni, zwabiona swoim dalekim zielonkawym odbiciem, wyłowiono ją dopiero po dwóch tygodniach poszukiwań, i to tylko dlatego, że nocą cembrowina studni zaczęła świecić na seledynowo, bo obsiadały ja całe chmary robaczków świętojańskich. Ludek opanował do perfekcji sztukę retuszu i ci, których śmierć dopadła na jego fotografiach, niczego się nie domyślali, zabierając do domu zdjęcie przy greckiej kolumnie albo na tle morza, a Ludek powoli godził się z tym, że jego ostrzeżenia rzucane jakby nigdy nic – a na wodę uważajcie, Macieju – na nic też się nie zdają, bo śmierć znajduje tych, których naznaczyła. Najgorsze miało jednak dopiero przyjść i wtedy Ludek, tuż po ślubie z piękną Hawą, zdecydował, że nie będzie miał dzieci.