Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę - Sumia Sukkar - ebook
Opis

Niewinność i naiwność dziecka o niezwykle wrażliwej duszy zostaje brutalnie zszargana przez okropieństwa wojny.

 

Do bólu szczera, poruszająca do głębi relacja 14-letniego Adama, który dzień po dniu opisuje pierwsze miesiące trwającej do dziś wojny w Syrii. Chłopiec postrzega i nazywa emocje kolorami i ma nieodpartą potrzebę natychmiastowego namalowania tragicznych zdarzeń, których jest świadkiem.

 

Opowieść jest tak sugestywna, że czytelnik w sposób wprost niewiarygodny czuje wraz narratorem strach, zdziwienie, dezorientację. Jego obrazy, na których rozpada się miasto, rodzina, wszystko co najważniejsze, długo pozostają w pamięci.

 

Są momenty, gdy wręcz burczy ci w brzuchu i z głodu jesteś gotowy grzebać razem z nim w śmietniku albo próbować jeść wszystko, co w normalnych warunkach uchodzi za niejadalne, marzysz o szklance wody do picia czy mycia, a widok i zapach krwi miesza się z niespodziewanymi chwilami radości, zabawy i śpiewu pośród nagłych wybuchów bomb.

 

Książka przypomina, czym jest i powinno być człowieczeństwo, jakie pokłady sił się w nas mieszczą i do jakich niezwykłych i pięknych rzeczy jesteśmy zdolni w najtrudniejszych chwilach życia.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Boy From Aleppo Who Painted the War

Redakcja: Ewa Holewińska

Korekta: Elżbieta Śmigielska, Danuta Szczepańska

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: Dzikie Ptaki Sp. z o.o.

Zdjęcia na okładce:

Copyright © Agsandrew

Copyright © obeyleesin

Copyright © fonta83

Copyright © 2013-2014 Sumia Sukkar

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-618-5

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar sp. z o.o., Warszawa 2017

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

konwersja.virtualo.pl

DLA MOJEJ WSPANIAŁEJ RODZINY

W MOJEJ KRWI PODRÓŻUJĄ: KSIĘŻYC NAD DAMASZKIEM, SŁOWIKI, KOPUŁY I ZIARNA. JAŚMINY W DAMASZKU NAPEŁNIAJĄ POWIETRZE BIELĄ, NASĄCZAJĄ JE ZAPACHEM.

NIZAR KABBANI KSIĘŻYC NAD DAMASZKIEM.

Rozdział pierwszyPOMARAŃCZ

– Nie mogę malować! Jest za głośno! – wołam do Yasmine.

– Adam, uspokój się i maluj dalej, habibi.

– Yasmine, powiedz dzieciom, żeby przestały hałasować! Ciebie posłuchają.

Yasmine opuszcza głowę. Robi tak, kiedy chodzi o sprawy, które trudno wytłumaczyć. Nie podoba mi się to.

– Adam, habibi, jesteś już duży, chyba potrafisz zrozumieć, że zaczęła się wojna.

Mama nigdy na mnie nie krzyczała. W takich chwilach brakuje mi jej najbardziej. Palce Yasmine targają jej włosy, palce wyglądają krucho, jak cyfra jeden. Szkoda mi jeden, wydaje się takie samotne. A więc Yasmine też pewnie mi szkoda. Teraz Yasmine unosi głowę. To znaczy, że się nie gniewa. Jej oczy wyglądają jak cyfra osiem, przyjaźnie i smutno.

– Tak, mam czternaście lat, jesteś zadowolona, Yasmine? Jaka wojna? Jak na obrazach Dightona? Ale za oknem nic nie widać. Popatrz, Yasmine, dzieci biegają jak zwykle. Nikt nie nosi munduru.

Yasmine zamyka oczy. Jest zielona. Zwykle jest rubinowa. To mój ulubiony kolor. Używam go w większości obrazów. Pamiętam, jak mama mówiła, że nigdy nie powinienem przestać malować. Obiecała, że zatrzyma wszystkie moje obrazy. Ale teraz muszą zostać ze mną.

– W porządku, Yasmine. Będę malował w hałasie.

Yasmine posyła mi całusa. Robimy tak, kiedy chcemy okazać sobie miłość. Przed śmiercią mama powiedziała Yasmine, żeby posyłała mi całusa za każdym razem, kiedy jest ze mnie dumna czy zadowolona. Mama zawsze tak robiła, bo rozumiała, że nie lubię, kiedy się mnie dotyka.

– Yasmine, podoba ci się mój obraz?

– Bardzo, Adamie, ale może spróbowałbyś namalować coś innego dla odmiany?

Yasmine zawsze tak mówi. Uważa, że ciągle maluję ten sam obraz. Nieprawda. Każdy obraz jest inny. Trudno to wytłumaczyć. Ale teraz odchodzi, więc nie muszę niczego tłumaczyć. Kolory za każdym razem są inne. Czasem używam pastelowych, a czasem intensywnych, jaskrawych. Za każdym obrazem kryją się inne uczucia. Chciałbym, żeby Yasmine to rozumiała, tak jak mama. Teraz czuję się zadowolony, więc używam dużo turkusowego. Maluję aż do godziny, o której Baba zwykle przychodzi z pracy.

Każdego dnia wraca o szesnastej czterdzieści osiem. Już nawet nie musi dzwonić do drzwi. Wie, że będę punktualnie czekał przy drzwiach, by mu otworzyć. Tak jest już od trzech lat, od śmierci mamy. Z każdym dniem Baba wygląda na coraz bardziej zmęczonego. Coraz wyraźniej widać worki pod jego oczami. Co wieczór posyłam im całusy w nadziei, że znikną. Nie podoba mi się, że jest taki zmęczony. Kiedy otwieram drzwi, Yasmine już czeka z podgrzaną wodą, żeby mógł wymoczyć stopy. Nigdy nie spóźnia się nawet o minutę i zawsze przynosi torbę pełną kartek do stawiania znaczków. Jeśli nie jest bardzo zmęczony, nawet przystawia na nich pieczątki z kolorowymi słowami jak „bardzo dobrze”, „celująco”. Lubię mu wtedy pomagać. Fajnie bawić się pieczątkami. Baba czasem narzeka, kiedy bawię się gumką na nadgarstku. Mówi, że ten dźwięk go irytuje, ale ja nie mogę zdjąć gumki. Musi tkwić na moim nadgarstku. Pomaga mi myśleć.

Yasmine przyrządziła faszerowane warzywa. Dzisiaj jest dwudziesty szósty stycznia, mama nie patrzy na nas z góry. Uwielbiam faszerowane warzywa: są jak miska pełna emocji, takie kolorowe. Czasem wyobrażam sobie, że papryki się kłócą, ponieważ każda czuje się inaczej. „Przepełnia mnie melancholia w tej misie z jedzeniem” – mówi czerwona papryka. „Ależ czerwona papryko, jak to możliwe? Powinnaś czuć wściekłość, że zaraz nas zjedzą” – protestuje bakłażan. Czasami moja wyobraźnia wymyka się spod kontroli, a wtedy robię się głośny.

Yasmine zawsze mnie strofuje i przypomina, że nie powinienem hałasować, bo Baba jest zmęczony. Kiedy Yasmine przyrządza sześć faszerowanych papryk, wiem, że mama na nas patrzy, bo ona zawsze robiła sześć faszerowanych papryk. Dzisiaj na półmisku leży tylko pięć. Ogarnia mnie smutek, ale nie szkodzi, mama pewnie odpoczywa. Jest chora, potrzebuje odpoczynku. Zastanawiam się czasem, czy w niebie jada faszerowane warzywa i baklawę. Wiem, że tam na górze mają mnóstwo pysznego jedzenia, ale to jest jej ulubione danie. Czasem, kiedy opowiadam, skąd wiem, że mama na nas patrzy, Yasmine wzdycha i uśmiecha się takim słabym żółtym uśmiechem. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego pewne rzeczy są prawdziwe. Ale jestem pewien, że to jest prawda. Ja nie kłamię. Definicja kłamstwa brzmi tak: twierdzenie niezgodne z rzeczywistością, mające wprowadzić kogoś w błąd. Dziwne. Dlaczego ludzie kłamią? Mówią coś, ale tak naprawdę ta rzecz wcale się nie wydarzyła i to znaczy, że wydarzyło się coś innego. A więc według nich wydarzyły się dwie różne rzeczy, ale to też nie ma sensu. Czemu nie mogą mówić tylko tego, co zdarzyło się naprawdę? Kiedy o tym myślę, boli mnie mózg. Nie rozumiem niektórych ludzi.

Mama zmarła, kiedy miałem jedenaście lat. Tęsknię za nią. Zawsze mi powtarzała, że powinienem pójść na uniwersytet i pokazać ludziom swoje obrazy. Nie mogę się doczekać. Dzieci w klasie mówią, że nadaję się do szkoły specjalnej, a nie na uniwersytet. Yasmine mówi, że są głupi i się mylą. Nie lubię poznawać nowych ludzi, więc na uniwersytecie nie będę z nikim rozmawiał. Wiele osób lubi pogawędki. Nie widzę w nich sensu. To głupota i strata czasu. Nie wiem, dlaczego ludzie tego nie widzą.

Przychodzą Khalid, Tariq i Isa, siadają z nami do stołu. Są w tym samym wieku i wszyscy chodzą na uniwersytet. To trojaczki. Wyglądają bardzo podobnie, ale mają różne kolory. Khalid jest pomarańczowy, Tariq morski, a Isa zielony. W ten sposób ich rozróżniam. Pomarańczowy brat zawsze jest wesoły i uśmiechnięty, jest źródłem żartów w naszym domu. Morski brat zawsze przynosi mi czekoladę i wraca do domu ostatni. Zielony Isa jest najcichszy. Nie studiuje architektury jak tamci dwaj, tylko literaturę arabską. Ludzie ledwo dostrzegają jego obecność, ale ja nie mógłbym zignorować jego aury.

– Yasmine, mogę odejść od stołu?

– Nie skończyłeś jeść, Adamie.

Wszyscy dzielą się jedzeniem na wspólnym talerzu stojącym pośrodku, ale ja muszę mieć własny talerz. Nie lubię, kiedy ktoś dotyka mojego jedzenia. Dlatego Yasmine widzi, że prawie nic nie zjadłem. Nie wstaję od stołu, ale zaczynam się wiercić i tupać stopami o podłogę. Yasmine nie zwraca na mnie uwagi. Nie lubię, kiedy tak robi, ale jeśli coś powiem, każe mi jeść, a tego nie chcę. Czekam, aż wszyscy pozostali wstaną od stołu. Yasmine chyba jest przygnębiona. Ma długą twarz. Kiedy ma twarz okrągłą, to znaczy, że jest szczęśliwa. Ja też mam długą twarz, gdy myślę o mamie. Moje serce robi się krwawe i czarne i nic nie może wywołać u mnie uśmiechu. Próbuję za często nie myśleć o mamie, bo nie lubię tego uczucia. Nie wiem, czemu czuję coś takiego, kiedy o niej myślę, ale boję się zadawać zbyt wiele pytań na ten temat. Próbuję zapomnieć. Ale kiedy próbuję o niej nie myśleć, to tym bardziej nie mogę przestać. Nie cierpię tego.

Fiołkowy kolor jej śmierci, który wyszedł z trumny, tkwi teraz w mojej głowie. Czasem przez wiele dni udaje mi się o tym nie myśleć, ale kiedy zacznę, to nie bardzo mogę przestać. Wyglądała jak śnieg. Nie jak zrobiona ze śniegu, tylko jak górka śniegu włożona do skrzyni, wrzucona niedbale, która roztapia się powoli i zaraz zmieni się w wodę. Chciałem jej dotknąć i sprawdzić, czy jest zimna, lecz Yasmine powiedziała, żebym lepiej tego nie robił. Włosy mamy wyglądały jak gołąb siedzący na śniegu. To wspomnienie jest przerażające. Niedobrze mi. Boję się.

Wychodzę z pokoju dziennego i biegnę do siebie, dzisiaj nie moja kolej pomagać w kuchni. Zawsze otwieram drzwi, liczę do trzech, robię krok w tył i wskakuję prosto na łóżko. Nigdy nie staję na dywanie między drzwiami i łóżkiem. To by znaczyło, że czeka mnie zły dzień. Nawet jeśli jestem bardzo zmęczony, muszę skoczyć. W swoim pokoju czuję się ciepło i brązowo. Uwielbiam to uczucie, oznacza dom. Moje okno pokrywa pył, bolą mnie od tego oczy. Muszę wyczyścić szybę, natychmiast. Podbiegam do okna i dmucham. Ale pył pochodzi z zewnątrz. Zwykle aż tak się nie pyli. Może nadchodzi burza piaskowa. Przez szybę wciąż coś widać, ale jeśli tak to zostawię, pył będzie narastał, aż w końcu wśliźnie się do mojego pokoju i zmieni w wielką dziwną istotę, która mnie zje, gdy nie będę patrzył. Tak zawsze dzieje się w horrorach. Yasmine nie lubi, kiedy je oglądam. Dzieci nie biegają na zewnątrz jak zwykle. Przed kawiarnią naprzeciwko krzesła stoją na stołach. Napis Al-Sham jest cały zakurzony, kawiarnia wygląda na pustą i porzuconą.

Rozdział drugiFIOŁKOWY

Czasem udaję, że jestem dinozaurem, który skarży się, że jest ostatnim przedstawicielem swojego gatunku, nie ma z kim się bawić i zjada ludzi, jeśli nie chcą tego robić. Czasem nawet udaję, że żyję w epoce kamienia i chodzę na polowania jak Flinstonowie. To niesamowita frajda udawać kogoś innego. Jestem dobry w tego rodzaju zabawach. Kiedy leżę w łóżku i światło już jest wyłączone, wyobrażam sobie, że jestem świetlikiem żarzącym się w ciemnościach, by znaleźć partnera, tak jak w Grobowcu świetlików, ale nigdy nie wyobrażam sobie siebie jako przerażającego owada, bo wtedy bym nie zasnął.

Słońce właśnie wstało. Zawsze budzę się o świcie. Nie mogę spać, kiedy na zewnątrz jest jasno, a nie lubię zaciągać zasłon, bo czuję się wtedy jak w pułapce. Raz bawiłem się z Khalidem w chowanego, ukryłem się pod łóżkiem, a on nie mógł mnie znaleźć. Potem mama go zawołała i o mnie zapomniał. Czekałem przez kilka godzin. Od tej pory nienawidzę małych ciemnych miejsc. Są przerażające.

Kiedy siedzę na łóżku, widzę, co dzieje się za oknem. Ulice nadal są puste i jeszcze bardziej pyliste. Kawiarnia wciąż jest zamknięta, na murach wisi mnóstwo plakatów. Chyba rzeczywiście przyszła burza piaskowa albo wojna, jak twierdziła Yasmine. Przyskakuję do okna, żeby zobaczyć, co jest napisane na plakatach, ale nie mogę ich odczytać z takiej odległości. Spoglądam na zegarek. Jest sobota. Dzisiaj nie mam szkoły, więc i tak nie wyjdę. Wychodzę tylko, kiedy jest szkoła. I tak nie mam innych powodów. Będę musiał zaczekać, żeby odczytać napisy na plakatach. Z kuchni dochodzi zapach kawy. Nie cierpię jej smaku, ale uwielbiam czuć ten zapach po przebudzeniu. W pokoju dziennym słychać telewizor. W soboty zwykle nikt tak wcześnie nie wstaje, za wyjątkiem Yasmine i mnie. Skaczę z powrotem na łóżko, a potem do drzwi, żeby zobaczyć, kto ogląda telewizję. Chciałbym obejrzeć mój poranny program o sztuce współczesnej, ale dzisiaj chyba nic z tego. Robię pięć kroków, a potem skręcam jedną stopę w prawo, drugą też stawiam na podłodze i odliczam trzy kroki do pokoju dziennego.

Wygląda jak chaotyczne malowidło w jaskrawych kolorach. Mrużę oczy. Rano jest dla mnie zbyt kolorowo. Cała rodzina siedzi przed telewizorem. Wszyscy są okryci kołdrami. Zastanawiam się, jak długo już tak siedzą. Na stole stoi śniadanie: czerwone i żółte papryki pokrojone na talerzu, pięć kaw i ser labneh w miseczce. Tęsknię za serem mamy, był najlepszy.

Nikt nie odwraca się w moją stronę. Ciekawe, o co chodzi. Może to z powodu burzy piaskowej. Niemożliwe, żeby naprawdę wybuchła wojna. Nikt nie chodzi w stroju wojskowym. Na ekranie widać ogromne rzesze ludzi na ulicach, protestujących z transparentami, ale ze swojego miejsca nie widzę, co jest na nich napisane.

– Rewolucja w świecie arabskim trwa od niemal dziewięciu miesięcy, teraz rozruchy wybuchły w Syrii – mówi głos z telewizora. Brzmi tak, jakby z ust lektorki wypadało całe mnóstwo metalowych szpilek. Nie mogę dłużej tego oglądać.

Yasmine wstaje i rusza do kuchni. Na mój widok mówi:

– Adam, umyj się, a ja przygotuję ci śniadanie.

– Yasmine, co się dzieje? Czy my też protestujemy? Myślałem, że jest burza piaskowa.

– Burza? Och, Adamie, idź do łazienki.

– Yasmine, czemu nie chcesz mi powiedzieć?

– Nie ma żadnej burzy. Zbliża się wojna. Prawdziwa wojna. Jutro idziemy protestować.

– Jutro mam szkołę, Yasmine, nie mogę protestować.

– Nie możesz iść do szkoły, habibi. Zostaniesz w domu z Isą.

– Ale ja muszę chodzić do szkoły, nie mogę opuszczać lekcji.

– Och, Adamie… Habibi, nie ma szkoły, wybuchła wojna. Wszyscy są na ulicach. Szkoła niedługo znów się zacznie, obiecuję.

– Dobrze, zostaniemy z Isą w domu, proszę pani – mówię, a potem biegnę do łazienki, przez kuchnię, omijam wszystkie czarne kafelki i wskakuję do łazienki z odległości trzech kroków. Myję zęby idealnie odmierzoną porcją pasty wielkości jednego groszku. Trzymam w szafce groszek dla porównania. Macham szczoteczką trzy raz w prawo, potem trzy razy w lewo, potem trzy razy w górę i w dół, spluwam na środek umywalki.

Pod prysznicem myślę o szkole. W klasie lubię tylko jednego chłopaka, Nabila. Tylko on jest miły i się ze mnie nie wyśmiewa. Czasem nawet kupuje mi drugie śniadanie, ale zwykle brakuje mu pieniędzy. Nie mam nic przeciwko, by dzielić się z nim jedzeniem, ale nie pozwalam mu dotykać części, którą zamierzam zjeść.

– Mam dla ciebie niespodziankę – powiedział raz, wchodząc do pokoju i siadając obok mnie.

Odsunąłem trochę krzesło, bo siedział za blisko i czułem jego oddech na twarzy. Pachniał kawą i gumą do żucia. Uwielbiam zapach kawy, ale nie w czyimś oddechu.

– Dzień dobry panu. Jak się pan dzisiaj miewa?

– Dobrze. Zgadnij, co mam. Guild Wars!

– Naprawdę? To wspaniale! Mogę z panem zagrać?

– Jasne, dlatego do ciebie przyszedłem. Chcesz pójść do mnie i pograć?

– Pójść? Dokąd?

– Do mojego domu.

– Nie wiem, gdzie pan mieszka.

Szampon zaraz dostanie mi się do oczu, ale moje superpalce powstrzymują go w ostatniej chwili. Gdyby im się nie udało, przez cały dzień do nikogo bym się nie odezwał. To przynosi pecha. Ponieważ szampon był tak blisko oczu, mam teraz tylko dziesięć minut, żeby się umyć i ubrać. Wyrabiam się idealnie.

– Yasmine, skończyłem.

– Tak, habibi, widzę. Ślicznie pachniesz. – Yasmine posyła mi całusa.

– Jestem głodny jak lew!

– Nauczyłeś się tego wyrażenia w szkole.

– Nie, widziałem program w telewizji. Pan powiedział, że lwy bywają bardzo głodne.

Yasmine się śmieje, więc ja też zaczynam się śmiać. Ma taki zabawny śmiech, jakby ktoś pocierał jabłkiem o lśniącą mokrą powierzchnię.

– Co chciałbyś na śniadanie, panie Pyskaty?

– Herbatę i ser labneh poproszę, panno Piękna.

– Jak się mówi „herbata” po japońsku?

– A po co chcesz wiedzieć? Nikt nigdy nie pyta mnie o japoński.

– Nikt w naszym domu nie mówi po japońsku. No powiedz.

– Ocha.

– Ota? – Śmieje się, kierując twarz do góry. Nie wiem, dlaczego ludzie przechylają głowę do tyłu, kiedy głośno się śmieją. Może gardło potrzebuje więcej miejsca na większą ilość śmiechu. – Ota? Jak „kot” po egipsku? Chciałbyś wypić kota? – Jej śmiech brzmi piskliwie.

– Nie, Yasmine! O-CH-A!

– Ocha? Nie, to nie jest śmieszne. Chcesz trochę OTY? – wypowiada to słowo powoli, próbuje się ze mną drażnić.

– Ocha o hitotsu kudasai!

Wybiegam z kuchni, śmiejąc się z Yasmine. Kocham Yasmine, potrafi sprawić, że jestem szczęśliwy. Kiedy tak się bawimy, Yasmine staje się moim ulubionym i najintensywniejszym ze wszystkich kolorem, moim rubinowym.

– Co? Wracaj tu! Co to znaczy? Wracaj, pyskaty chłopaku! Bo dostaniesz kapciem!

Biegnę dalej, omijając wszystkie żółte wzory na dywanie. Wpadam do pokoju dziennego i chowam się za plecami Baby.

– Szsz, Adam, oglądamy wiadomości!

Nie mówię ani słowa więcej i próbuję zatrzymać śmiech w środku. Wszyscy wyglądają na zmęczonych i przybitych. Może tęsknią za mamą. Na pewno nie z powodu wojny. Wojna to zorganizowany konflikt zbrojny między państwami, narodami lub grupami etnicznymi i społecznymi. W Syrii nie ma żadnych konfliktów, więc nie będzie wojny. Słownik nie kłamie, jeśli tak mówi, to ja wierzę.

Dzień mija powoli. Kończę śniadanie i wychodzę z pokoju dziennego. Siedzenie tam, oglądanie wiadomości i słuchanie rozmów o polityce jest strasznie nudne. Idę do swojego pokoju i zastanawiam się, jaką książkę dzisiaj przeczytać. Wypożyczyłem w bibliotece Śmierć w Wenecji Tomasza Manna. Chyba ją zacznę.

Nazwisko głównego bohatera jest szare, co znaczy, że go nie polubię. Gustaw Aschenbach brzmi bardzo mrocznie, to musi być zły człowiek. Nie chcę czytać do końca, boję się, że książka mnie przygnębi. Kiedy o niej myślę, w mojej głowie tworzą się sześciokąty, wokół nich tłoczą się pszczoły, które żądlą. A więc na pewno jest zły. Na samą myśl o czytaniu ogarnia mnie przerażenie.

Ciemny obraz obecny w mojej głowie od pierwszej strony książki budzi we mnie pragnienie malowania. Przechodzę w kąt, otwieram wszystkie pokrywki stojących na stole farb i siadam na krześle. Pędzel sam sięga po szarą. Ale ja mam lepszy pomysł. Biorę słoik do ręki i wychlapuję farbę na biały papier. Farba rozlewa się, a zanim zdąży zaschnąć, zanurzam pędzel w pomarańczowej. Maluję cienki zarys zmęczonych oczu, w których odbijają się płomienie. Maluję tak starannie, jak tylko potrafię, by wszystkie szczegóły były wyraźne i delikatne. Biorę cieńszy pędzel, zanurzam w ciemnogranatowej i maluję cienką linię wokół źrenic, tak że pomarańczowy i granatowy razem pokazują strach wyzierający z oczu. Szarość w tle zmieszała się z pomarańczowym i wyschła. Wszystko razem wygląda jak krajobraz po wojnie.

Odsuwam krzesło do tyłu, by spojrzeć na obraz z pewnej odległości. Czuję, że próbuje do mnie mówić, opowiada, że czegoś brakuje. Jeszcze raz przyglądam się trzem kolorom. Zaskakujący kontrast szarości i pomarańczu obrazuje mroczne skutki wojny, ale również słabe iskrzenie nadziei. Granat wokół źrenic mówi do mnie i opowiada o grozie, której był świadkiem. Brakuje czegoś jaśniejszego – bieli. Należałoby namalować białe niebo, by przedstawić spodziewany koniec wojny i ukazać niewinność, która mimo wszystko nadal istnieje.

Biorę słoik z białą farbą i starannie rozlewam ją w górnej części obrazu. Pod spodem kładę kawałek papieru, by stworzyć idealną linię i zapobiec mieszaniu się bieli z innymi kolorami. Odczekuję pięć minut i dopiero wtedy zabieram papier.

Nagle z zewnątrz dobiega chór dziwnych głosów. Brzmią jak wycie rozwścieczonych wilków. Nie wiedziałem, że w Aleppo są wilki. Ten dźwięk budzi we mnie ekscytację, ale również przerażenie. Czemu te wilki tak wyją? Wybiegam z pokoju, szukam Yasmine.

– Yasmine! Słyszę wilki! Yasmine!

– Co się stało, habibi?

– Yasmine, słyszysz wyjące wilki na zewnątrz? Chodź, pokażę ci!

Prowadzę ją do okien od frontu, nie odrywając spojrzenia od jej twarzy. Oczy Yasmine są bardzo wąskie. Wydaje mi się, że ona się boi. Nigdy nie widziałem, żeby miała takie małe oczy, nie licząc pogrzebu mamy. Na pewno jest przestraszona lub przygnębiona, tylko dlaczego miałaby smucić się z powodu wilków?

– Yasmine, o co chodzi?

– Zaczęły się demonstracje, kochanie, protestujący są już na naszej ulicy.

– To miałaś na myśli, mówiąc o wybuchu wojny?

– Tak, muszę dołączyć z chłopcami do tłumu, Adamie, a ty zostaniesz w domu z Isą.

– Myślałem, że jutro idziecie demonstrować? Nie możecie iść dzisiaj, jeszcze nie czas.

– Ja też tak myślałam, ale musimy iść dzisiaj.

Yasmine biegnie do pokoju dziennego, woła do Khalida i Tariqa, żeby się zbierali. Nie czuję się zbyt dobrze, może dlatego, że się boję. A jeśli coś im się stanie? W czasie wojny zawsze dzieją się złe rzeczy. Na obrazach o tematyce wojennej zawsze jest krew, na wszystkich bez wyjątku. A jeśli któreś z nich wróci we krwi?

Donośny dźwięk jest teraz bliżej i brzmi jak ogromny krzyczący rozwścieczony tłum. Nie potrafię rozróżnić słów. Podchodzę do drzwi frontowych i otwieram je, by się przyjrzeć. Tłum wciąż jest dość daleko, ale tak głośny, że słychać aż tutaj. Wygląda jak gigantyczna armia mrówek. Na jednym z obrazów Williama Hogartha też widać taki tłum demonstrantów, namalował go rozbryzgami czerwonej farby, jak zapowiedź krwawej wojny. Chciałbym namalować podobny obraz. Widzę zbliżającą się krew.

Yasmine, Tariq i Khalid wychodzą. Odprowadzam ich do drzwi. Mam nadzieję, że nie zobaczę dzisiaj nic żółtego, bo to by znaczyło, że nie wrócą cali i zdrowi.

– Chcesz pooglądać ze mną telewizję? – pyta Isa.

– Tak, obejrzyjmy program o sztuce.

Przeskakujemy przez kanały, w końcu zostajemy na MBC1, gdzie akurat nadają taki program. Jest pierwsza po południu. Straciłem rachubę czasu. No oczywiście, o pierwszej zawsze jest powtórka mojego programu.

Dzisiejszy odcinek opowiada o śmierci sztuki. Prezenter mówi, że prawdziwa sztuka, sztuka ekspresji i głębi umarła, a jej miejsce zajęła powierzchowność. To bardzo rozczarowujące. Prawdziwa sztuka nigdy nie powinna umierać, jeśli jest prawdziwa, po prostu schowała się za warstwami ignorancji. Ten program wysyła w świat nieprawidłowe przesłanie. Tyle osób go ogląda i wierzy w to, co tam mówią.

– Też tak uważasz? – pyta mnie Isa.

– Oczywiście, że nie, prawdziwa sztuka nadal istnieje, po prostu niektórzy ludzie chcą stworzyć nową sztukę, by zapomnieć o pochodzeniu i istocie tej prawdziwej.

– Bardzo mądrze powiedziane, sam nigdy bym tak nie pomyślał. Może pokażesz mi swoje obrazy?

– Pokazuję je tylko mamie i Yasmine.

– A czemu nie mnie? Będę szczery.

Nie wiem, czy powinienem spełnić jego prośbę czy nie. A jeśli zacznie się śmiać? Ufam tylko mamie i Yasmine. Ale powiedział, że wyrazi szczerą opinię, więc może jednak powinienem.

– Tylko nie mów nikomu, dobrze?

Prowadzę Isę do swojego pokoju. Nie przeskakuje przez próg, więc nie wiem, czy to dobrze, że go wpuściłem.

– Wow, Adamie, ile obrazów, to niesamowite.

– Podobają ci się?

– Wspaniałe, nie wiedziałem, że jesteś taki zdolny, zawsze widziałem tylko, jak znikasz w pokoju i wynurzasz się z niego kilka godzin później, ale nie miałem pojęcia, że tak dobrze malujesz.

– Dziękuję panu.

– Dlaczego zawsze malujesz wojnę?

– Ponieważ można ją malować na nieskończenie wiele możliwości i pozwala na użycie ogromnej palety kolorów.

– Czemu nie próbujesz rzeźbić?

– Lubię kolory.

– Ale dobrze wychodzą ci twarze.

– Dziękuję…

Przerywa mi głośny krzyk, strzały i syrena karetki. Truchleję. Mogę myśleć tylko o Yasmine.

– Yasmine… Yasmine… Yasmine!

– Spokojnie, Adamie, chodź, pójdziemy zobaczyć, co się dzieje. Nie martw się, to na pewno nie Yasmine.

– Nie mogę wyjść, nie mogę.

Biegnę do drzwi, szarpię się z nimi, ale nie chcą się otworzyć. Isa delikatnie odpycha mnie na bok i otwiera drzwi kluczem. Wysuwam głowę, by zobaczyć, co się wydarzyło. Ze swojego miejsca widzę tylko grupę maszerujących ludzi z transparentami i karetkę w oddali. Płonie we mnie strach o siostrę. Moje palce zaczynają trząść się i drgać. Cofam się i siadam w rogu korytarza twarzą do ściany. Zgrzytam zębami, próbuję nie zwracać uwagi na ciemne myśli kłębiące się w mojej głowie. Już nie widzę ściany przed swoimi oczami, szare trójkąty zakrywają moje pole widzenia. Całe ciało zaczyna bezwiednie się kołysać. Próbuję je powstrzymać, ale kołysze się jeszcze gwałtowniej, a ja liczę w myślach.

Rozdział trzeciGRANAT

Isa wyciąga kolejnego papierosa. W ciągu tych kilku godzin palił co dziesięć minut. Nie pachnie to zbyt pięknie. Przypuszczam, że w ten sposób martwi się o Yasmine, Khalida i Tariqa. Od tego zapachu boli mnie głowa. Przyciskam ją do kolan, żeby go zablokować. Mama zawsze powtarzała, że palenie papierosów to jak spalanie samego siebie, i że nigdy nie powinienem palić. Po co miałbym się palić? Mama zawsze miała rację. Isa powinien był częściej jej słuchać. Kiedy żyła, prawie z nią nie rozmawiał. Zawsze było jej smutno, że tak ją traktuje. Ja kocham mamę. Nie podobało mi się, że Isa ją zasmuca.

Moje serce przypomina gniazdo lęgnących się wron. Jest ciężkie i ciemne. Baba nadal śpi w pokoju mamy. Chciałbym go obudzić i powiedzieć, żeby poszedł szukać Yasmine, ale nie chcę, żeby mnie skrzyczał. Jest bardzo zmęczony. Nagle na zewnątrz zapada cisza. Nie słychać ani jednego człowieka. Isa podbiega do drzwi, otwiera je. Papieros leży na podłodze, wciąż się żarzy. Podbiegam i gaszę go. Nasza ulica wygląda na opuszczoną. Porwane transparenty leżą na ziemi, znacząc trasę demonstrantów, kamienie wypełniają ulicę pyłem. Nie mogę się doczekać, kiedy Yasmine wróci do domu. Isa zamyka drzwi. Wracam do swojego kąta.

– Chcesz, zrobię coś do jedzenia? – proponuje Isa. Jestem bardzo głodny, ale przypuszczam, że Isa nie wie, jak przygotować dla mnie talerz z jedzeniem.

– Nie trzeba, sam sobie wezmę, dziękuję.

Robię siedem kroków do kuchni i wyjmuję talerz z lodówki. Yasmine przed wyjściem nałożyła nań tłuczonych ziemniaków z sosem. Wkładam talerz do mikrofalówki i nalewam sobie coś do picia. Już tęsknię za Yasmine.

– Wróciliśmy! – słyszę nagle jej głos. Biegnę do niej, ale przewracam szklankę i wylewam wszystko na podłogę. Szklanka się tłucze, dźwięk przeszywa moje bębenki. Niebieski i fiolet piszczą w mojej głowie. Nie wiem, co robić. Klękam i kołyszę się tak długo, aż dźwięk znika. Nie wiem, czy powinienem pobiec do Yasmine.

– Wszystko w porządku, skarbie? – Yasmine wchodzi do kuchni. Podnoszę głowę, spoglądam na nią i się uśmiecham.

– Yasmine, nic ci nie jest? Co się stało?

– Nic, demonstrowaliśmy. Wstawaj, posprzątam szkła.

– Słyszałem strzały.

– Niektórzy są ranni, ale nam nic się nie stało, przysięgam.

– Bałem się.

– Przepraszam, że wybiegliśmy tak nagle, ale musisz się przyzwyczaić. To dopiero początek…

– Ale ja nie chcę, może stać ci się coś złego.

– Adam, habibi, nic mi nie będzie, obiecuję. Nalać ci trochę soku?

– Tak, proszę.

Yasmine sprząta szkło z podłogi, a ja pomagam jej wytrzeć rozlany sok. Yasmine wygląda inaczej. Coś się zmieniło. Jakby miała siniaki od środka, fioletowe. Nie podoba mi się to. Yasmine stawia mój talerz z jedzeniem i szklankę na stole. Górna część jej ciała przybiera niewygodną pozę, jakby coś jej przeszkadzało. Coś sterczy z jej brzucha.

– Yasmine, co to jest? – pytam wskazując na jej talię.

– Nic, jedz, a ja pójdę się przebrać.

Nic nie rozumiem. Widzę, że coś wystaje, że Yasmine się poprawia, więc jakie nic? Dlaczego powiedziała, że nic? Wie, że czuję dezorientację, kiedy ktoś kłamie, nic nie rozumiem. Mój mózg jest jak przewód z płonącym bezpiecznikiem. Nie widzę wyraźnie. Ludzie to zagadki. Teraz nawet Yasmine.

Odchodzi. Mam złe przeczucie. Przerywam i tylko przesuwam jedzenie po talerzu. Dzisiaj do mnie nie mówi. Tłuczone ziemniaki są szare. W dziwnym nastroju, tak jak ja. Chowają się w kącie, z dala od sosu. Yasmine wraca do kuchni w piżamie. Wiem, że ubiera się w zależności od nastroju, dzisiaj włożyła piżamę z granatowego jedwabiu. Zwykle wyciąga ją tylko na specjalne okazje, na przykład kiedy śpią u nas kuzyni. Czegoś brakuje, od myślenia o tym moje serce kurczy się i robi się ciężkie. Jakby ktoś wypompowywał z niego czarny gorący dym. Czuję się, jakbym siedział na spadającym krześle. Granatowy dym zabarwia moje widzenie. Zamykam oczy.

– Dlaczego nie jesz? – Otwieram oczy. Yasmine stoi tuż obok.

– Już nie jestem głodny.

Zabieram talerz, zakrywam go folią i wsadzam do lodówki. Kątem oka zerkam na Yasmine. Nie zwraca uwagi na to, co robię. Coś jest nie tak, zwykle zmusza mnie, żebym jadł. Nie potrafię odczytać wyrazu jej twarzy. Chciałbym wiedzieć, co się wydarzyło na zewnątrz. Chłopcy poszli spać, więc nie mogę ich spytać. Zresztą i tak nie wiem, jak z nimi rozmawiać. Potrafię rozmawiać tylko z Yasmine i z Babą, czasem z Isą.

– Adam, chodźmy spać, jestem zmęczona.

Yasmine wstaje i uśmiecha się do mnie. Potem rusza do swojego pokoju. Robię trzy kroki za progiem kuchni, a potem pięć do swojego pokoju, przeskakuję nad dywanem prosto do łóżka. Wchodzę pod kołdrę, ale nie mogę zasnąć. A jeśli jutro Yasmine znowu pójdzie? Zabieram kołdrę i robię osiem kroków do jej pokoju. Pukam, ale nie odpowiada. Kładę kołdrę pod drzwiami i zawijam się w nią jak gąsienica. Wyobrażam sobie, że po przebudzeniu wyfrunę na ulicę i sprawdzę, co tam się dzieje. Będę fioletowymi i żółtymi kręgami. To ulubione kolory mamy. Nie mogę się doczekać szkoły, chciałbym przejść się ulicami i sprawdzić, czy coś się zmieniło. Ostatnio ulice wyglądają upiornie, ale wciąż nie widzę wojny. Nikt nie nosi wojskowych ubrań, nie ma czołgów, ale słyszałem wystrzały.

*

Słońce zaczyna wschodzić, a ja od razu się budzę. Drzwi do pokoju Yasmine nadal są zamknięte. Zwykle o tej porze już nie śpi. Pewnie jest bardzo zmęczona. Wstaję i idę do swojego pokoju. Wyglądam przez okno. Nie widać nikogo. To dzień szkoły, normalnie na ulicach panuje ruch. Biorę książkę ze stolika przy łóżku i zaczynam czytać, czekam, aż wszyscy się obudzą. Dzisiaj czytam Folwark zwierzęcy George’a Orwella. Zostały mi tylko trzy rozdziały. Z początku nie rozumiałem, dlaczego zwierzęta mówią. Pierwszy rozdział czytałem siedemnaście razy. Ale w końcu zrozumiałem. George Orwell posiada specjalny dar rozmawiania ze zwierzętami, jak prorok Sulejman, który przemawiał do mrówek i ptaków. Teraz, kiedy już rozumiem cały zamysł, książka nadal wydaje się dziwna, mogę tylko zgadywać, co ten człowiek miał na myśli. Niektóre fragmenty muszę czytać po kilka razy, szczególnie żarty i sarkastyczne uwagi. Skąd mam wiedzieć, kiedy koś żartuje bądź jest sarkastyczny? Uważam, że autor powinien ostrzegać czytelników w przypisie. Wtedy wszystko stałoby się jaśniejsze.

Nie mogę uwierzyć, że Yasmine jeszcze śpi, zwykle budzi się pierwsza.

– Yasmine… Yasmine… Yasmine. – Pukam do jej drzwi trzy razy. Mama mówiła, że trzy to szczęśliwa cyfra. Yasmine nadal nie odpowiada. Lekko popycham drzwi. Zwykle zamyka je na noc na klucz, ale tym razem tego nie zrobiła. Wsadzam głowę w szparę. Yasmine leży na łóżku, na kołdrze. Jest szara, tak jak mama, kiedy chorowała. Bardzo ją przypomina. Moje serce opada ciężko jak głaz, coś je przeszywa, a ja wstrzymuję oddech. Czy tak wygląda porażenie prądem? Powoli ruszam w jej stronę, pukam w stolik nocny.

– Yasmine… Yasmine… Yasmine.

Nie odpowiada. Widzę na jej twarzy fioletowy siniec, który zauważyłem już wczoraj. Jest posiniaczona od środka, ale nie wiem jak. Delikatnie stukam w jej nogi, by ją obudzić. Otwiera oczy. Są czerwone. Prędko przechyla się na bok i gwałtownie wymiotuje na podłogę. Rozglądam się, dostrzegam na podłodze pudełka z tabletkami. Niedobrze. Mama miała w pokoju mnóstwo pudełek z tabletkami, kiedy chorowała. Nie, Yasmine nie może też zachorować. Nie wiem, co robić. Yasmine przestaje wymiotować, jej głowa zwisa za krawędź łóżka. Wybiegam z pokoju, pukam do drzwi Baby.

– Baba… Baba… Baba!

Staje w drzwiach, jeszcze w piżamie.

– Baba… emmmm… – Próbuję powiedzieć, żeby poszedł do Yasmine, ale nic nie chce wyjść z moich ust. Litery wypełniają mózg, ale nie umiem złożyć ich w słowa. Chwytam się za głowę. Słyszę stłumiony głos Baby.

– Co się stało, Adamie, wszystko w porządku?

Kręcę głową i wskazuję na drzwi do pokoju Yasmine.

– Yasmine? Czego jej potrzeba?

Ruszam z powrotem do jej pokoju, a on za mną. Zaczyna biec. Na widok Yasmine leżącej wciąż w tej samej pozycji jego głos zanika. Po chwili zjawiają się chłopcy. Nagle wszyscy robią się szarzy, nie tylko Yasmine. Bardzo się boję. Nie chcę, żeby Yasmine poszła do mamy. Potrzebuję jej. Nie chcę i jej stracić. Khalid wybiega, trzaska frontowymi drzwiami. Baba i Tariq wychodzą z pokoju, razem niosą Yasmine. Wygląda jak śnieg, zupełnie jak mama. Nie, nie, nie, nie. Słowa pływają w kółko w moim umyśle, kręci mi się w głowie, wszystko wiruje tak szybko, pokój biegnie, zabiera mnie za sobą na maraton. Ściany próbują do mnie mówić, słyszę ich cichą rytmiczną recytację, ale nie rozpoznaję sensu. Światło jest tęczową smugą przecinającą pokój dzienny. Widzę, jak Isa podbiega do mnie w zwolnionym tempie, ma głos jak robot. Chyba zwymiotuję. Ściany się walą, a ja padam na podłogę.

Rozdział czwartyBURGUND

Po przebudzeniu widzę wszędzie wokół białe ściany. Nie wiem, gdzie jestem i skąd się tu wziąłem. Zasłona oddziela mnie od hałasu. Nagle przypominam sobie o Yasmine, o tym, co jej się stało. Nie wiem, od jak dawna tu jestem i dlaczego ja, nie ona. Słyszę dobiegający z daleka głos Baby i znów czuję się bezpieczny.

– Baba… Baba… Baba…

Baba rozsuwa zasłonę i uśmiecha się do mnie. Jego twarz wygląda tak, jakby się topiła.

– Gdzie jest Yasmine? – pytam. Sceny z jej pokoju rozgrywają się w moim umyśle, w zwolnionym tempie. Nie potrafię poskładać ich w całość. To fragmenty Yasmine pogrążonej w bólu i nagłej ciszy.

– Jest w pokoju, odpoczywa, habibi, miała ciężką noc.

– Jak długo spałem?

– Cały dzień, jest dziewiąta wieczorem.

Moje oczy zaczynają drgać, a dłonie szarpią gumkę na nadgarstku. Ciągnę mocniej, nadgarstek robi się czerwony. Potrząsam głową i szeptem każę sobie przestać, ale moje ciało nie słucha mózgu.

– Adam, przestań! Zrobisz sobie krzywdę – mówi Baba.

Podchodzi bliżej i klepie mnie po ramieniu. Wie, że nie lubię, kiedy ktoś mnie dotyka, więc zaraz przestaje. Nie odsuwam się, ponieważ wiem, że w ten sposób próbuje poczuć się lepiej. Nie rozumiem kontaktów międzyludzkich.

– Możemy pójść do Yasmine? – pytam Babę. Pomaga mi wstać i prowadzi do jej pokoju. Robimy siedemnaście kroków w prostej linii, a potem skręcamy i robimy jeszcze pięć. Baba nie puka, tylko od razu otwiera drzwi. Czuję się nieswojo. Pukam trzy razy w ścianę. Nagle widzę na łóżku leżącą mamę, oczy ma zamknięte. Moje serce bije bardzo szybko, szepczę imię mamy trzy razy z rzędu. Baba podchodzi do mnie.

– Adam, Adam – podnosi głos, przytrzymuje moje ramię. Odpycham go i przechodzę do kąta. Po co przyprowadził mnie do mamy? Ona jest w niebie. Co się dzieje? Czy ja też jestem w niebie? Wiem, że nie oszalałem, bo bardzo dobrze znam kształt oczu mamy. Zawsze patrzyłem na nią, kiedy spała i zapamiętałem ten kształt. Wyglądają jak okrągłe oliwki otoczone czarnymi rzęsami wygiętymi na końcu. Pamiętam nawet, jakie to było uczucie ich dotykać. Nie słyszę, co mówi Baba, podchodzę do łóżka, by dotknąć rzęs mamy. Moje palce drgają jak owadzie nóżki. Boję się, że ją wystraszę. Nie mogę wyprostować palców. Paznokcie wbijają się w powierzchnię dłoni, a ja wiercę się coraz mocniej. Zamykam oczy i wyobrażam sobie kolor rubinowy, by się uspokoić. Wyrównuję oddech, myślę o Yasmine, w chwilach, kiedy jest rubinowa. Moje serce nagle się uspokaja, palce rozprostowują. Kiedy otwieram oczy i spoglądam do tyłu, Baba ciągle tam jest. Idzie w moją stronę, a ja zbieram się na odwagę, pochylam się i dotykam rzęs mamy.

– Baba! Baba! – krzyczę. – To nie jest mama.

Łzy płyną mi po twarzy, robi mi się gorąco i lepko. Czuję się dokładnie tak jak na pogrzebie mamy. Mój umysł wypełnia cyfra trzy, która skacze z jednego kąta w drugi jak wygaszasz ekranu Microsofta.

*

Przychodzą chłopcy i mówią do mnie, a wtedy się uspokajam. Yasmine wciąż leży nieruchomo na łóżku, Baba opowiada mi, co się stało. Mówi, że zrobili jej płukanie żołądka, bo wzięła za dużo tabletek. Zastanawiam się, dlaczego to zrobiła. Czy coś ją bolało? Nie chcę, by Yasmine cierpiała i nie chcę, żeby też mnie zostawiła.

*

Yasmine obudziła się parę godzin później, ale się nie odzywa. Zwykle dużo mówi i jest rubinowa, teraz jednak jest zielona. Tariq odwiózł nas do domu i zrobił jej coś do jedzenia. Bojler nie działa i jest bardzo zimno. Czuję, jak powietrze dotyka moich kości, wyobrażam sobie, jak ocierają się o siebie, by się rozgrzać. Im dłużej to sobie wyobrażam, tym cieplej mi się robi. Prąd i woda ciągle się wyłączają, a my nic nie możemy na to poradzić. Nie możemy brać prysznica tak często ani tak długo, jak byśmy chcieli. Nie wiem, kto odcina prąd i wodę. Czy oni nie marzną, nie czują się brudni?

Puszczam Yasmine jej ulubione filmy romantyczne i siedzę przy jej łóżku. Nie przepadam za tymi filmami, ale nie chcę zostawiać jej samej. Czasem prąd się włącza i można oglądać. We wszystkich filmach, które lubi Yasmine, na końcu dwoje ludzi całuje się i próbuje nawzajem swojej śliny. Dlaczego ludzie całują się i przytulają? To niewygodne i robi się strasznie gorąco. Co jest takiego wspaniałego w wymianie śliny, co sprawia, że ludzie się zakochują? To bardzo niepokojące. Ja nigdy się nie zakocham i nie będę robił takich rzeczy. Yasmine mówi, że kiedy się kogoś kocha, to chce się go całować i przytulać przez cały czas. Nie wierzę. Bardzo nie lubię, kiedy coś napiera na moją skórę.