Opis

Wstrząsająca historia pięknej przyjaźni na przekór złu szalejącej wojny.

Dwóch chłopców i dwa światy... Obaj urodzili się w tym samym dniu, miesiącu i roku, ale los traktował ich do pewnego czasu zupełnie inaczej.

Bruno, syn niemieckiego oficera, żyje podczas wojny, prawie w ogóle jej nie doświadczając, nie mając świadomości, że ona trwa tuż obok, pochłania ofiary.

Szmul, syn żydowskiego zegarmistrza, zna wojnę od tej najgorszej, najbardziej nieludzkiej strony. To ona odebrała mu spokojne dzieciństwo, bezpieczeństwo, przyszłość oraz członków rodziny.

Spotkanie chłopców ma wymiar symboliczny. Odbywa się na granicy dwóch światów. Okazuje się, że przekroczenie jednego z nich powoduje, że stają się równi, ale na pewno nie szczęśliwsi. A może jednak...?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 189

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

The Boy in the Striped Pyjamas

Copyright © John Boyne, 2006

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2018

Copyright © for the Polish translation by Paweł Łopatka, 2007

Wydanie pierwsze: Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Wydanie elektroniczne 2018

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-782-8

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Dla Jamiego Lyncha

Bruno dokonuje odkrycia

Pewnego popołudnia, wróciwszy ze szkoły, Bruno ze zdumieniem stwierdził, że pokojówka Maria, która wiecznie chodziła ze spuszczoną głową, zapatrzona w dywan, wyciąga mu z szafy wszystkie ubrania i pakuje do czterech drewnianych skrzyń. Wyjęła nawet pochowane skarby, których nie miał prawa ruszać nikt oprócz niego.

— Co robisz? — zapytał najgrzeczniej, jak się tylko dało, bo choć był niezadowolony, że ktoś mu grzebie w rzeczach, matka zawsze go upominała, aby do Marii odnosił się z szacunkiem, a nie naśladował ton ojca. — Tak nie wolno!

Maria pokręciła głową, wskazując schody za nim, gdzie przed sekundą pojawiła się matka Brunona. Była wysoka i miała długie rude włosy, spięte wysoko siatką. Teraz nerwowo splotła dłonie, jak gdyby zmuszona oznajmić coś nieprzyjemnego lub coś, w co sama nie bardzo wierzy.

— Mamo — zwrócił się do niej Bruno — co się dzieje? Czemu Maria grzebie w moich rzeczach?

— Musi je spakować — odparła matka.

— Spakować? — powtórzył, przebiegając w myśli zdarzenia minionych kilku dni, żeby sobie przypomnieć, czy przypadkiem czegoś nie przeskrobał albo też głośno nie wypowiedział jakiegoś zakazanego słowa, i teraz go spotyka zasłużona kara. Niczego jednak nie pamiętał. Bo tak naprawdę przez ostatnie dni zachowywał się wyjątkowo przyzwoicie i nikogo, ale to nikogo nie wyprowadził z równowagi.

— Ale czemu? — spytał po namyśle. — Co ja takiego zrobiłem?

Matka zdążyła już przejść do swojego pokoju, gdzie z kolei jej rzeczy pakował kamerdyner Lars. Z westchnieniem gniewu, wzniósłszy ręce, wróciła na schody, a za nią Bruno, który się uparł, aby wyjaśnić tę tajemniczą sprawę.

— O co tu chodzi, mamo? Czy my się wyprowadzamy?

— Proszę ze mną na dół — odrzekła matka, kierując się w stronę wielkiej jadalni, gdzie tydzień temu siedział Furia, gdy przyszedł na kolację. — Tam sobie pomówimy.

Bruno zbiegł po schodach, wyprzedzając matkę, tak że w jadalni znalazł się pierwszy.

Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, rozmyślając, jak to pewnie rano brakowało jej czasu, aby się starannie umalować, bo oczy miała bardziej czerwone niż normalnie i podobne do jego oczu, kiedy coś przeskrobał, a później płakał.

— Nie martw się, Bruno — powiedziała matka, siadając na tym samym krześle, co prześliczna blondynka, która ich odwiedziła z Furią i nawet mu pomachała, gdy ojciec zamykał drzwi jadalni. — Bo to się zapowiada jako wspaniała przygoda.

— Ale co? — zapytał chłopiec. — Gdzieś mnie wysyłacie?

— Nie, nie wyjeżdżasz tylko ty — odpowiedziała z taką miną, jakby się miała uśmiechnąć, lecz po zastanowieniu tego nie zrobiła. — Jedziemy wszyscy. Ojciec, ja, ty i Gretel. W czwórkę.

Słysząc to, Bruno się nachmurzył. Guzik by go obchodziło, że Gretel gdzieś wyjeżdża, bo ona to przecież Beznadziejny Przypadek, który mu tylko przysparza kłopotów. Ale nie podobało mu się, że Gretel też musi z nimi jechać.

— A dokąd? — spytał Bruno. — Dokąd się wybieramy? Czemu nie możemy zostać tutaj?

— Przez wzgląd na pracę ojca — wyjaśniła matka. — Wiesz chyba, jakie to ważne, prawda?

— Tak, jasne — odparł Bruno, kiwając głową, bo w domu bez przerwy pełno było różnych gości i panów w niesamowitych mundurach, i pań z maszynami do pisania, których nie wolno tykać brudną ręką, gości nadzwyczaj uprzejmych wobec ojca, którego zawsze stawiali sobie za wzór, a z którym, jak to się mówiło, Furia wiąże ogromne nadzieje.

— Więc czasem — ciągnęła matka — gdy ktoś jest bardzo ważny, to ten, co go zatrudnia, wysyła go gdzie indziej, bo tam mu się szykuje wyjątkowe zajęcie.

— To znaczy: jakie zajęcie? — spytał Bruno, bo mimo że zawsze chciał być w zgodzie z własnym sumieniem, to, prawdę powiedziawszy, nie miał pojęcia, na czym też polega praca jego ojca.

Gdy w szkole rozmawiali na ten temat, Karl powiedział, że jego ojciec jest kupcem warzywnym i Bruno stwierdził, że to prawda, bo prowadzi w mieście taki sklep z warzywami.

Daniel powiedział, że jego ojciec jest nauczycielem, i Bruno stwierdził, że to prawda, bo uczy takich dużych chłopaków, od których lepiej trzymać się z daleka.

A Martin powiedział, że jego ojciec pracuje jako szef kuchni, i Bruno też stwierdził, że to prawda, bo czasem zabiera Martina spod szkoły i zawsze ma na sobie biały kitel i fartuch w kratkę, tak jakby dopiero co skończył gotowanie.

Lecz zapytany, czym się zajmuje jego ojciec, Bruno otwarł usta, żeby im powiedzieć, po czym sobie uzmysłowił, że właściwie nie wie, odpowiedział tylko, że jest on wzorem doskonałości oraz że Furia wiąże z nim wielkie nadzieje. Aha, i jeszcze że nosi kapitalny mundur.

— Zajęcie niesłychanie ważne — po chwili wahania rzekła matka. — Przeznaczone tylko dla osób wyjątkowych. Rozumiesz, prawda, Bruno?

— I dlatego wszyscy mamy jechać? — zdziwił się Bruno.

— Naturalnie — odparła matka. — Chyba nie chciałbyś, żeby ojciec wybrał się tam w pojedynkę i potem czuł się samotnie, prawda?

— No, raczej nie — odpowiedział chłopiec.

— Okropnie by za nami wtedy tęsknił — dodała.

— A za kim tęskniłby bardziej? — spytał Bruno. — Za mną czy za Gretel?

— Za każdym po równo — odrzekła matka, święcie przekonana, iż nigdy nie powinno się nikogo faworyzować, a Bruno szanował ten pogląd, zwłaszcza że sam był właśnie ulubieńcem matki.

— A co będzie z domem? — zapytał. — Kto się nim zajmie, kiedy nas nie będzie?

Westchnąwszy, matka rozejrzała się po pokoju, tak jakby miała go już nigdy więcej nie oglądać. Ich dom był wprost prześliczny, trzypiętrowy. W suterenie kucharka codziennie przygotowywała posiłki dla rodziny, a Maria z Larsem przy stole kłócili się i obrzucali wyzwiskami, których używać nie wolno. Dom miał jeszcze pokoik na poddaszu, ze spadzistymi oknami, przez które Bruno mógł podziwiać Berlin, stając na palcach i z całej siły przytrzymując się framugi.

— Na razie trzeba go będzie zamknąć — odpowiedziała matka. — Ale kiedyś na pewno tu wrócimy.

— No, a co z kucharką? — spytał chłopiec. — Z Larsem? Z Marią? To oni nie zostaną?

— Jadą z nami — wyjaśniła matka. — Ale dość już pytań. Może byś tak poszedł pomóc Marii w pakowaniu?

Bruno wstał, nigdzie jednak nie poszedł. Miał ochotę zadać jeszcze kilka pytań; dopiero wtedy byłby gotów uznać rzecz za załatwioną.

— A jak to daleko? — spytał. — Ta nowa praca. Ponad kilometr od nas?

— Ależ — odrzekła matka z uśmiechem, ale takim dziwnym; w ogóle nie sprawiała wrażenia radosnej i odwróciła się od Brunona, jakby chcąc uniknąć jego wzroku. — Tak, Bruno — dokończyła. — Ponad kilometr. Prawdę powiedziawszy, znacznie ponad.

Bruno szeroko otworzył oczy, a usta rozwarły mu się w kształt literki „O”. I rozłożył ręce, jak zwykle, gdy coś go wprawiało w zdumienie.

— Ale nie wyjedziemy z Berlina? — zapytał, z trudem łapiąc oddech.

— Oj, niestety, tak. Zajęcie ojca, widzisz.

— A szkoła? — przerwał Bruno, choć wiedział, że tak nie wolno, ale wiedział również, że teraz ujdzie mu to na sucho. — A Karl, Daniel i Martin? Jak mnie znajdą, kiedy zachce im się razem pobawić?

— Na razie będziesz się musiał pożegnać z przyjaciółmi — odrzekła matka. — Choć z pewnością za jakiś czas znowu się zobaczycie. I proszę, byś nie przerywał matce, gdy do ciebie mówi — dodała, bo chociaż były to wieści dziwne i niemiłe, to Bruno mimo wszystko nie powinien był łamać wpojonych mu zasad dobrego wychowania.

— Jak to: pożegnać? — spytał, wytrzeszczając oczy ze zdziwienia. — Z nimi pożegnać? — parsknął w taki sposób, jakby te słowa były nieprzeżutymi herbatnikami, które wypełniają usta i nie da się ich przełknąć. — Pożegnać się z Karlem, Danielem i Martinem? — ciągnął, niemal już krzycząc, co w domu było zabronione. — Ale to moi trzej najwierniejsi przyjaciele!

— Oooch, znajdziesz sobie nowych — stwierdziła matka, lekceważąco kiwając ręką, tak jakby trzech najlepszych przyjaciół można było znaleźć ot, tak sobie.

— Ale myśmy mieli różne plany — zaprotestował chłopiec.

— Plany? — spytała, unosząc brwi. — A to niby jakie?

— Nie zdradza się takich rzeczy — odpowiedział Bruno, nie mogąc jej wyjawić, na czym też dokładnie polegają plany, w których mieściło się wyprawianie brewerii, zwłaszcza za kilka tygodni, bo właśnie nadchodziły letnie wakacje. A wtedy nikt już nie robi żadnych planów, tylko najzwyczajniej w świecie zajmuje się ich spełnianiem.

— Przykro mi, Bruno — powiedziała matka — ale będziecie musieli z tego zrezygnować. — Nic na to nie poradzimy.

— Ale mamo!

— Dość tego, Bruno — ucięła, prostując się, by nie miał wątpliwości, że nie ma sensu brnąć w to dalej. — Czyżbyś już zapomniał, jak bodaj tydzień temu skarżyłeś się na różne zmiany, które tu ostatnio zachodzą?

— Mhm, bo mi się wcale nie podoba, że pod wieczór trzeba w całym domu gasić światło — przytaknął Bruno.

— Wszyscy tak muszą robić — pouczyła matka. — Wtedy jest bezpieczniej. A może ta przeprowadzka zapewni nam większe bezpieczeństwo. Nie marudź już, tylko idź na górę i pomóż Marii w pakowaniu. Ze względu na pewne osoby nie mamy na to tyle czasu, ile bym sobie życzyła.

Bruno skinął głową i oddalił się zasmucony. Wiedział doskonale, że „pewne osoby” w świecie dorosłych znaczą „ojciec” i że jemu nie wolno się tym określeniem posługiwać.

Powlókł się schodami, chwytając poręcz jedną ręką i rozmyślając, czy ten nowy dom w nowym miejscu, gdzie czeka ta nowa praca, też będzie miał taką świetną poręcz do zjeżdżania. Bo poręcz w tym domu biegła od najwyższego piętra zaraz od pokoiku — gdzie stojąc na palcach i przywierając do framugi, mógł podziwiać Berlin — aż do samego parteru i kończyła się tuż przed podwójnymi dębowymi drzwiami. A Bruno najbardziej ze wszystkiego lubił siadać na poręczy pod tym pokoikiem i przez calutki dom zjeżdżać na dół ze świstem.

Z najwyższego piętra na niższe, gdzie mieścił się pokój rodziców oraz duża łazienka i gdzie pod żadnym pozorem nie wolno mu było wchodzić.

Potem na następne, gdzie mieścił się jego pokój i pokój Gretel, i mniejsza łazienka, z której powinien korzystać o wiele częściej, niż korzystał.

A później na parter, gdzie zlatując z poręczy, należało lądować na dwóch nogach, bo inaczej traciło się pięć punktów, tak że trzeba było zaczynać od samego początku.

W tym domu najfajniejsza była właśnie poręcz, no i to, że dziadek z babcią mieszkali tak bliziutko. Bruno się zastanawiał, czy oni też jadą. Pomyślał, że pewnie tak, bo raczej nie można było ich zostawić.

Na brak Gretel nikt by chyba za bardzo nie narzekał, bo przecież ona to Beznadziejny Przypadek, więc byłoby dużo prościej, gdyby się zajęła domem pod ich nieobecność, ale dziadek z babcią to zupełnie co innego.

Bruno wolno skierował się do swego pokoju, ale zerknąwszy przedtem na dół, na parter, zobaczył, jak matka wchodzi do gabinetu ojca mieszczącego się naprzeciw jadalni i Niedostępnego Zawsze Bez Wyjątku. Zaraz usłyszał też, że głośno mówi coś ojcu, a on jej po chwili odpowiada jeszcze głośniej, no i tak się kończy rozmowa między nimi.

Potem drzwi do gabinetu się zamknęły i Bruno, już więcej nie mogąc dosłyszeć, uznał, iż najlepiej będzie wrócić do pokoju i samemu wziąć się do pakowania, bo Maria powyciąga mu z szafy wszystko bez ładu i składu, nawet te pochowane skarby, których nie ma prawa ruszać nikt oprócz niego.

Nowy dom

Na widok nowego domu Bruno wytrzeszczył oczy, rozwarł usta w kształt literki „O” i rozłożył ręce. Wszystko wyglądało tak inaczej niż w tym dawnym, że chłopiec nie chciał wierzyć, aby naprawdę mieli tutaj się wprowadzić.

Berliński dom stał sobie przy spokojnej ulicy, w otoczeniu jeszcze kilku podobnych i równie dużych domów, więc zawsze miło się na nie spoglądało, bo były prawie takie same jak dom Brunona, chociaż nie do końca, i mieszkali w nich chłopcy, z którymi się bawił (jeśli byli przyjaźni) albo którym schodził z drogi (jeśli się chcieli czepiać). Tymczasem nowy dom stał całkiem samotnie na jakimś pustkowiu i w zasięgu wzroku nie było żadnych innych, co oznaczało, że wokół nikt nie mieszkał, a wobec tego nie było w ogóle żadnych chłopców — ani przyjaciół, ani wrogów.

Dom w Berlinie był ogromny i mimo że Bruno spędził w nim dziewięć lat, to i tak co rusz znajdował różne zakamarki i kąty, których nie zdążył gruntownie przebadać. Mieściły się tam nawet i takie pokoje jak choćby Niedostępny Zawsze Bez Wyjątku gabinet ojca, gdzie nie wchodził prawie nigdy. Nowy dom tymczasem miał tylko jedno piętro, gdzie znajdowały się wszystkie trzy pokoje i tylko jedna łazienka, parter z kuchnią, jadalnią oraz nowym gabinetem ojca (w którym, jak stwierdził, obowiązywały identyczne zasady jak w dawnym) i suterenę, gdzie sypiała służba.

Wokół domu berlińskiego pełno było ulic z dużymi domami, a po drodze do śródmieścia wszędzie spotykało się przechodniów, którzy albo się zatrzymywali, żeby sobie pogawędzić, albo pędzili dalej, mówiąc, że na pogawędkę nie mają czasu; nie dziś, nie teraz, gdy na głowie sto tysięcy pilnych spraw. Były tam też sklepy z kolorowymi wystawami i owocowo-warzywne stragany z piętrzącą się na wielkich tacach kapustą, marchewką, kalafiorami i kukurydzą. Gdzie indziej znów całe stosy grzybów i porów, rzepy i brukselki, sałaty i fasoli szparagowej albo cukinii i pasternaku. Bruno nieraz tam przystawał i z zamkniętymi oczami wdychał upajająco słodką i świeżą mieszaninę woni, od której kręciło mu się w głowie. A wokół nowego domu ulic nie było wcale, nikt tu się nie przechadzał ani nie gnał w pośpiechu i nie było choćby jednego sklepu czy straganu owocowo-warzywnego. Gdy chłopiec zamknął oczy, dokoła zrobiło się tak pusto i zimno, jakby się nagle znalazł w najsamotniejszym zakątku świata. W szczerym polu.

W Berlinie wystawiano stoły na ulicę, więc nieraz, po drodze ze szkoły wraz z Karlem, Danielem i Martinem, Bruno widywał siedzących tam panów z paniami, którzy pili pieniste napoje i głośno się śmiali; na pewno są bardzo zabawni, myślał sobie wtedy, bo o czymkolwiek by się mówiło, ktoś zawsze wybuchał śmiechem. A ten nowy dom miał w sobie coś takiego, iż Bruno zaraz stwierdził, że tu się nikt nie śmieje; że tutaj nie ma powodu do śmiechu ani w ogóle do radości.

— Ja myślę, że to bez sensu — oznajmił Bruno kilka godzin po przyjeździe, gdy Maria rozpakowywała na piętrze jego bagaże. (I Maria też nie była tu jedyną pokojówką; były jeszcze trzy, dosyć chude i porozumiewające się między sobą tylko szeptem. Poza tym był też staruszek, który, jak powiedziano chłopcu, miał co dzień przygotowywać jarzyny oraz usługiwać im przy stole i który sprawiał wrażenie bardzo nieszczęśliwego, ale i troszeczkę rozgniewanego).

— Myślenie, nas nie stać na taki luksus — stwierdziła matka, otwierając pudło z kompletem sześćdziesięciu czterech kieliszków, które jej podarowali dziadek z babcią w prezencie ślubnym. — Wszelkie decyzje podejmują za nas pewne osoby.

Nie wiedząc, o co jej chodzi, Bruno w ogóle nie zareagował.

— Myślę, że to bez sensu — powtórzył. — Według mnie, najlepiej dać sobie z tym spokój i zaraz wracać do domu. Możemy to zapisać na konto doświadczeń — dodał niedawno poznane wyrażenie, którym starał się posługiwać przy każdej sposobności.

Matka uśmiechnęła się i ostrożnie odstawiła kieliszki na stół.

— Nauczę cię nowego zwrotu — rzekła. — To znaczy: fatalną sytuację musimy spożytkować jak najlepiej.

— Oj, chyba nie pożytkujemy — odparł chłopiec. — Moim zdaniem powinnaś zwyczajnie powiedzieć ojcu, że ci się odmieniło i że możemy zostać tu do wieczora, zjeść kolację i się przespać, bo jesteśmy wszyscy zmęczeni, ale że warto by wstać wcześnie rano, o ile się chce dotrzeć do Berlina w porze podwieczorku.

— A może byś poszedł na górę i pomógł Marii w rozpakowywaniu, co, Bruno? — z westchnieniem spytała matka.

— Przecież nie ma sensu się rozpakowywać, skoro zaraz…

— Proszę już bez dyskusji — ucięła, bo najwidoczniej jej wolno było mu przerywać, ale na odwrót zasada ta już nie działała. — Przyjechaliśmy tu i w najbliższej przyszłości będziemy tutaj mieszkać, tak więc powinniśmy to wykorzystać jak najlepiej. Rozumiesz?

Nie rozumiał, co znaczy ta „najbliższa przyszłość” i tak też jej powiedział.

— To znaczy, Bruno, że teraz tu mieszkamy — wyjaśniła. — Koniec, kropka.

Bruno poczuł ból żołądka i coś w nim zaczęło puchnąć, coś, co po wydostaniu się z najskrytszych jego głębin na światło dzienne może doprowadzić albo do dzikich wrzasków, że cała ta przeprowadzka jest potężnym nieporozumieniem, pomyłką, za którą ktoś zapłaci, albo też po prostu do wybuchu płaczu. Nie umiał się z tym wszystkim pogodzić. Żadną miarą. Dopiero co bawił się wesoło w domu, miał trzech najwierniejszych przyjaciół, zjeżdżał po poręczy i stawał na palcach, żeby oglądać Berlin, a teraz nagle ten dom, zimny i paskudny, z trzema szepczącymi pokojówkami i smutnym oraz zagniewanym służącym, gdzie nic nie wskazuje, by kiedyś jeszcze mogli zaznać szczęścia.

— W tej chwili marsz na górę, Bruno, i bierz się do roboty — powiedziała matka tak nieprzyjemnym tonem, że już bez namysłu odwrócił się i oddalił bez jednego słowa. Łzy napłynęły mu do oczu, ale postanowił, że nikt, absolutnie nikt ich nie zauważy.

Wyszedł na górę i wolno rozejrzał się dokoła w nadziei, że znajdzie jakieś drzwiczki albo skrytkę, które by się dało zbadać, lecz niestety, nic z tego. Na piętrze było tylko czworo drzwi, dwoje po obu stronach, naprzeciwko siebie. Drzwi do jego pokoju, drzwi do pokoju Gretel, drzwi do pokoju rodziców i drzwi do łazienki.

— Przecież to w ogóle nie jest żaden dom — mruknął pod nosem, przekraczając próg swego pokoju, gdzie na łóżku walały się ubrania, a na podłodze stały nierozpakowane jeszcze pudła z zabawkami i książkami. Najwyraźniej Maria nie wzięła się do roboty jak należy.

— Mama przysyła mnie, żebym pomógł — powiedział cicho, a Maria, skinąwszy głową, wskazała wielką torbę ze wszystkimi jego skarpetkami i bielizną.

— Jak już to posortujesz, powkładaj, proszę, do komody, o, tam — pouczyła Maria, wskazując paskudny mebel z drugiej strony pokoju, obok zakurzonego lustra.

Bruno z westchnieniem otwarł wypełnioną gałkami torbę, nie pragnąc niczego więcej, jak tylko wśliznąć się do jej wnętrza, z nadzieją, że kiedy wyjdzie, przeprowadzka okaże się snem, i znowu będzie w domu.

— Co myślisz o tym wszystkim, Mario? — spytał po długim milczeniu, bo bardzo lubił Marię i uważał ją za członka rodziny, choć według ojca była tylko pokojówką i do tego jeszcze płacili jej stanowczo za dużo.

— O czym? — zapytała Maria.

— No, o tym — odparł, jak gdyby rzecz była jasna jak słońce. — O przyjeździe do czegoś takiego. Nie sądzisz, że to jedna wielka pomyłka?

— Nie mnie to rozsądzać — odpowiedziała Maria. — Mama już ci wyjaśniła kwestię pracy ojca, tak że…

— Już mi się nie chce o tym słuchać w kółko — przerwał jej Bruno. — Wiecznie praca ojca, stale, w nieskończoność. — Wiesz, skoro przez tę całą pracę trzeba się wynieść z domu, gdzie jest poręcz do zjeżdżania i trzech najlepszych przyjaciół na świecie, to według mnie ojciec powinien się raz a dobrze nad tą swoją pracą zastanowić, prawda?

W tej samej chwili z korytarza dobiegło skrzypnięcie i uniósłszy głowę, Bruno stwierdził, że uchyliły się drzwi do pokoju rodziców. Na moment zamarł w bezruchu. Matka wciąż krzątała się na dole, tak więc z całą pewnością tu, za drzwiami, był ojciec i słyszał pewnie wszystko, co przed sekundą powiedział Bruno. Wpatrzony w drzwi chłopiec wstrzymał oddech, rozmyślając, czy ojciec zaraz nie wyjdzie, żeby go wziąć na dół i tam porządnie skarcić.

Gdy drzwi otwarły się szerzej, Bruno cofnął się na widok jakiejś postaci, lecz wcale nie ojca. Był to człowiek znacznie młodszy i nie aż tak wysoki jak on, ale za to ubrany w identyczny mundur, tylko że z mniejszą liczbą odznaczeń. Wyglądał bardzo poważnie, a do tego jeszcze miał ciasno nasuniętą czapkę. Spojrzawszy na jego skronie, Bruno stwierdził, że ma bardzo jasne, aż nienaturalnie żółte włosy. Zmierzał w stronę schodów z jakimś pudłem w rękach, ale na widok Brunona zatrzymał się na moment. Przyglądnął mu się z taką uwagą, jakby nigdy w życiu nie widział dziecka i wobec tego nie do końca wiedział, co powinien z nim zrobić: zjeść, zignorować czy zrzucić ze schodów. Skinął więc tylko głową i ruszył w swoją stronę.

— Kto to? — zapytał Bruno.

Młodzieniec sprawiał wrażenie tak surowego i zajętego, że z pewnością musiał być kimś niesłychanie ważnym.

— Pewnie któryś z żołnierzy twego ojca — odparła Maria, która na widok mężczyzny wyprostowała się jak świeca, składając ręce niby w modlitwie. I wcale nie patrzyła mu w twarz, tylko wbiła wzrok w ziemię, jak gdyby w strachu, że jeśli na niego spojrzy, to zaraz skamienieje. Rozluźniła się, dopiero kiedy odszedł. — Wkrótce poznamy wszystkich — dodała.

— Niezbyt mi się on podoba — rzekł Bruno. — Jakiś za poważny.

— Ojciec też jest poważny — powiedziała Maria.

— No tak, ale to mój ojciec — wytłumaczył Bruno. — A ojciec przecież ma być poważny. Bez względu na to, czy jest kupcem warzywnym, nauczycielem, szefem kuchni czy dowódcą — ciągnął, wymieniając wszystkie zajęcia, którymi jego zdaniem trudnili się porządni, godni szacunku ojcowie i które przepowiadał sobie w myśli chyba z tysiąc razy. — Poza tym, on mi na ojca nie wygląda. Choć, ma się rozumieć, jest tak bardzo poważny.

— To jednak ważny zawód — rzekła z westchnieniem Maria. — A przynajmniej im tak się wydaje. Ja jednak na twoim miejscu trzymałabym się z dala od żołnierzy.

— Jasne, że mam właśnie taki zamiar — odrzekł smutno chłopiec. — I pewno do zabawy nie będzie tu nikogo poza Gretel, a co z niej w ogóle za pożytek? Jest Beznadziejnym Przypadkiem.

Po raz kolejny zebrało mu się na płacz, ale się powstrzymał, żeby nie wyjść przed Marią na małe dziecko. Wciąż niby wpatrzony w podłogę, rozglądał się dokoła, w nadziei, że wreszcie znajdzie coś ciekawego. Ale nic nie znalazł. W pierwszej chwili. Bo potem coś jednak zwróciło jego uwagę. Otóż w rogu pokoju, naprzeciwko drzwi, zobaczył skośne okno, troszkę podobne do okna na poddaszu domu w Berlinie, tyle że nie tak wysokie. Wydawało mu się, że mógłby przez nie wyglądać, wcale przy tym nie stając na palcach.

Wolno podszedł do okna, licząc, że sięgnie wzrokiem aż po sam Berlin, że zobaczy swój dom i ulice wokół, i stoły, przy których siedzą ludzie i racząc się pienistym napojem, opowiadają sobie rozmaite śmieszne historyjki. Zbliżał się tam powoli, w lęku, by się nie rozczarować. Ale że był to przecież niewielki pokój przeznaczony dla chłopca, wędrówka do okna nie zajęła mu zbyt wiele czasu. Przywarłszy buzią do szyby, zaraz się zorientował, co jest za oknem, tylko że teraz z szeroko otwartymi oczami i ustami w kształcie literki „O” wcale nie rozłożył ramion, bo mu się objawiło coś wyjątkowo zimnego i groźnego.

Ciąg dalszy w wersji pełnej