Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Chłopiec, który zaginął ebook

Dror Mishani

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chłopiec, który zaginął - Dror Mishani

Znakomity debiut historyka powieści kryminalnej, porównywanego do Henninga Mankella i Stiega Larssona.

Nadzwyczajna książka! Niesłychanie interesujący kryminał! Dror Mishani pisze niekonwencjonalnie i oryginalnie.

Henning Mankell

 

Przed nami Awi Awraham, izraelski detektyw XXI wieku!

Pewnego dnia szesnastoletni Ofer wychodzi z domu do szkoły i znika bez śladu. Inspektor policji Abraham Abraham ma poczucie winy, bo zgłoszenie zaginięcia początkowo zignorował. Ale zdeterminowany, by odnaleźć chłopca, powoli zatraca się we frustrującym dochodzeniu…. Dror A. Mishani sugestywnie opisuje życie w Izraelu i tworzy niezapomnianą postać niezwykłego, a zarazem zupełnie zwyczajnego detektywa, prowadzącego dochodzenie, które zupełnie wymknęło się spod kontroli.

Opinie o ebooku Chłopiec, który zaginął - Dror Mishani

Fragment ebooka Chłopiec, który zaginął - Dror Mishani

DROR A.

MI­SHA­NI

CHŁO­PIEC, KTÓ­RY ZA­GI­NĄŁ

Śledz­two Awie­go Aw­ra­ha­ma

prze­ło­ży­li Anna Hal­bersz­tat i Bar­tosz Ko­cej­ko

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Tik ne’edar

Co­py­ri­ght © by Dror A. Mi­sha­ni, 2011

Ori­gi­nal­ly pu­bli­shed un­der the ti­tle Tik ne’edar by Ke­ter Bo­oks, Je­ru­sa­lem, 2011

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Mar­ty

Jak się spo­tka­li? Przy­pad­kiem, jak wszy­scy.

De­nis Di­de­rot, Ku­buś Fa­ta­li­sta i jego Pan

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

Na­prze­ciw­ko sie­dzia­ła mat­ka. Jesz­cze jed­na mat­ka.

W trak­cie dy­żu­ru roz­ma­wiał już z dwie­ma. Pierw­sza była wy­jąt­ko­wo mło­da i pięk­na. Mia­ła na so­bie bia­ły, ob­ci­sły try­kot, pod któ­rym pięk­nie ry­so­wa­ły się jej oboj­czy­ki. Skar­ży­ła się, że jej syna po­bi­to na szkol­nym dzie­dziń­cu. Wy­słu­chał jej cier­pli­wie i obie­cał, że zaj­mie się spra­wą.

Dru­ga mat­ka do­ma­ga­ła się przy­sła­nia po­li­cyj­nych de­tek­ty­wów, żeby śle­dzi­li jej cór­kę i do­wie­dzie­li się, dla­cze­go ta roz­ma­wia szep­tem przez te­le­fon, a w nocy za­my­ka się w po­ko­ju na klucz.

Ostat­nio we wszyst­kich no­tat­kach z dy­żu­rów po­ja­wia­ły się po­dob­ne skar­gi. Ty­dzień wcze­śniej ja­kaś ko­bie­ta skar­ży­ła się na te­ściów, któ­rzy rze­ko­mo rzu­ci­li na nią urok. Awi Aw­ra­ham był pe­wien, że po­li­cjan­ci z ko­mi­sa­ria­tu za­trzy­mu­ją lu­dzi na uli­cy i zmu­sza­ją do skła­da­nia fał­szy­wych ta­kich ze­znań tyl­ko po to, żeby mu do­ku­czyć. Na dy­żu­rach in­nych śled­czych nie po­ja­wia­ły się ta­kie zgło­sze­nia.

Dzie­sięć po szó­stej Aw­ra­ham Aw­ra­ham nadal sie­dział w biu­rze. Spoj­rzał przez okno i za­uwa­żył, że na ze­wnątrz robi się ciem­no. Wie­dział już, co so­bie kupi na obiad, kie­dy bę­dzie wra­cał do domu, i co obej­rzy w te­le­wi­zji pod­czas je­dze­nia. Ale naj­pierw musi uspo­ko­ić trze­cią mat­kę. Pa­trzył na ekran mo­ni­to­ra i cze­kał na wła­ści­wy mo­ment. Za­py­tał:

– Wie pani, cze­mu nie ma kry­mi­na­łów po he­braj­sku?

– Co ta­kie­go?

– Cze­mu nie ma kry­mi­na­łów. Dla­cze­go w Izra­elu nikt nie pi­sze ksią­żek w sty­lu Aga­thy Chri­stie czy ta­kich jak Męż­czyź­ni, któ­rzy nie­na­wi­dzą ko­biet?

– Nie znam się za do­brze na książ­kach.

– No to pani po­wiem. Bo u nas nie ma ta­kich prze­stępstw. Nie mamy se­ryj­nych mor­der­ców, po­rwań, pra­wie nie ma gwał­ci­cie­li ata­ku­ją­cych ko­bie­ty na uli­cy. Tu­taj je­śli ktoś po­peł­ni prze­stęp­stwo, to jest to na ogół są­siad, wu­jek albo dzia­dek i nie po­trze­bu­je­my skom­pli­ko­wa­ne­go śledz­twa, żeby usta­lić, kto je po­peł­nił, i za­mknąć spra­wę. U nas po pro­stu nie ma wiel­kich ta­jem­nic. Naj­lep­sze roz­wią­za­nie jest za­wsze naj­prost­sze. Pró­bu­ję pani po­wie­dzieć, że praw­do­po­do­bień­stwo, że pani sy­no­wi coś się sta­ło, jest nie­wiel­kie, i nie mó­wię tego, by pa­nią uspo­ko­ić. Tak wy­ni­ka ze sta­ty­styk i nie ma żad­nych oznak wska­zu­ją­cych na to, że w tym wy­pad­ku jest in­a­czej. Bę­dzie w domu za go­dzi­nę albo trzy, naj­póź­niej ju­tro rano, za­pew­niam pa­nią. Pro­blem po­le­ga na tym, że je­śli przyj­mę te­raz zgło­sze­nie, że pani syn po­zo­sta­je bez opie­ki, będę mu­siał wy­słać po­li­cjan­tów, żeby za­czę­li go szu­kać. A z do­świad­cze­nia wiem, że praw­do­po­dob­nie znaj­dzie­my go w miej­scu, w któ­rym nie chcia­ła­by go pani wi­dzieć. Co mam zro­bić, je­śli znaj­dę przy nim jo­in­ta? Nie będę miał wy­bo­ru, mu­szę za­ło­żyć mu spra­wę kar­ną. Dla­te­go uwa­żam, że nie ma sen­su za­czy­nać po­szu­ki­wań te­raz, chy­ba że ma pani prze­czu­cie, że coś mu się sta­ło, i może mi pani dać ja­kąś wska­zów­kę, wy­ja­śnić, cze­mu tak pani uwa­ża. Je­śli tak, zgła­sza­my za­gi­nię­cie i roz­po­czy­na­my po­szu­ki­wa­nia. Je­śli nie, pro­po­nu­ję za­cze­kać do ju­trzej­sze­go ran­ka.

Przy­glą­dał się jej uważ­nie, spraw­dza­jąc, ja­kie wra­że­nie zro­bi­ła na niej jego prze­mo­wa. Wy­glą­da­ła na za­gu­bio­ną. Nie była przy­zwy­cza­jo­na do szyb­kie­go po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji ani do upie­ra­nia się przy swo­im. Po­wie­dzia­ła:

– Nie wiem, czy coś mu się sta­ło. Ale to nie­po­dob­ne do nie­go tak zni­kać. Nig­dy do­tąd coś ta­kie­go się nie zda­rzy­ło.

Pięt­na­ście mi­nut póź­niej nadal sie­dzie­li na­prze­ciw­ko sie­bie w jego ma­łym po­ko­ju. Nie wy­szedł na pa­pie­ro­sa od pią­tej. Na biur­ku le­ża­ła przed nim pacz­ka time’ów, a w niej mała czar­na za­pal­nicz­ka BIC. Do­dat­ko­we za­pal­nicz­ki miał w obu kie­sze­niach spodni i w kie­szon­ce ko­szu­li.

– Prze­śledź­my jesz­cze raz punkt po punk­cie, co się sta­ło, i za­sta­nów­my się, co pani zro­bi po po­wro­cie do domu, je­śli syna nadal nie bę­dzie. W po­rząd­ku? Mówi pani, że wy­szedł do szko­ły jak zwy­kle. O któ­rej? Mó­wi­ła pani, że za dzie­sięć ósma?

– Nie pa­trzy­łam na ze­ga­rek, mó­wi­łam panu. Ale tak jak każ­de­go ran­ka. Może za kwa­drans ósma.

Od­su­nął kla­wia­tu­rę kom­pu­te­ra i na kart­ce za­pi­sał krót­kie zda­nia zna­le­zio­nym w szu­fla­dzie dłu­go­pi­sem po­zba­wio­nym me­ta­lo­wej koń­ców­ki. Dziw­nie przez to trzy­mał dłu­go­pis, wła­ści­wie za wkład. Opusz­ki miał po­pla­mio­ne nie­bie­skim tu­szem.

– Do­kład­na go­dzi­na nie jest waż­na, pro­szę pani. Wziął swój ple­cak jak zwy­kle? Za­uwa­ży­ła pani, czy za­brał ze sobą coś nie­ty­po­we­go, czy ple­cak był bar­dziej wy­pcha­ny, czy w sza­fie bra­ku­je ubrań?

– Nie spraw­dza­łam sza­fy.

– A kie­dy zo­rien­to­wa­ła się pani, że nie za­brał swo­jej ko­mór­ki?

– W cią­gu dnia, gdy sprzą­ta­łam jego po­kój.

– Co­dzien­nie sprzą­ta pani po­kój syna?

– Słu­cham? Nie, nie co­dzien­nie. Cza­sa­mi, jak jest brud­no.

Wy­glą­da­ła na taką, któ­ra sprzą­ta co­dzien­nie. Drob­na, o ma­łych dło­niach, sie­dzia­ła zgar­bio­na na brze­gu krze­sła, a na jej ko­la­nach le­ża­ła nie­co sfa­ty­go­wa­na czar­na skó­rza­na tor­ba. Ko­bie­ta jed­ną ręką przy­trzy­my­wa­ła tor­bę, w dru­giej ści­ska­ła mały te­le­fon ko­mór­ko­wy, nie­bie­ski, prze­sta­rza­ły mo­del Sam­sun­ga. A więc ta zgar­bio­na ko­bie­ta, mat­ka szes­na­sto­lat­ka, była wła­ści­wie w jego wie­ku, może dwa lata star­sza. Mia­ła nie wię­cej niż czter­dzie­ści lat.

Nie za­pi­sy­wał tego, co mó­wi­ła, nie było to aż tak istot­ne.

– Te­le­fon był wy­łą­czo­ny, praw­da? Tak pani mó­wi­ła?

– Tak, był wy­łą­czo­ny. Le­żał na biur­ku w po­ko­ju.

– Włą­czy­ła go pani?

– Nie. Są­dzi pan, że po­win­nam?

To było pierw­sze py­ta­nie, ja­kie mu za­da­ła. Jej pal­ce za­ci­snę­ły się na to­reb­ce, wy­da­wa­ło mu się, że sły­szy oży­wie­nie w jej gło­sie, tak jak­by po­wie­dział, że w chwi­li kie­dy włą­czy te­le­fon, syn za­dzwo­ni i za­pew­ni, że wła­śnie wra­ca do domu.

– Nie wiem, pro­szę pani. W każ­dym ra­zie ra­dzę ją włą­czyć, gdy tyl­ko wró­ci pani do domu.

– Jak zna­la­złam jego ko­mór­kę, mia­łam złe prze­czu­cie. Nie pa­mię­tam, żeby on kie­dy­kol­wiek za­po­mniał te­le­fo­nu.

– Do­brze, za­pi­sa­łem. Za­dzwo­ni­ła pani do jego ko­le­gi ze szko­ły do­pie­ro po po­łu­dniu, tak?

– Za­cze­ka­łam do czwar­tej, bo cza­sem się spóź­niał, a w śro­dy mają wię­cej za­jęć i wra­ca do­pie­ro o trze­ciej, wpół do czwar­tej. O czwar­tej za­dzwo­ni­łam.

– Wie­rzy pani temu ko­le­dze?

– Tak – po­wie­dzia­ła zde­cy­do­wa­nie, ale po chwi­li za­czę­ła się wa­hać. – Dla­cze­go miał­by kła­mać? Sły­szał, że się mar­twię.

– Nie wiem, czy kła­mał, pro­szę pani, nie znam go. Wiem tyl­ko, że przy­ja­cie­le cza­sem kry­ją je­den dru­gie­go, a je­śli syn po­sta­no­wił pójść na wa­ga­ry, po­je­chać do Tel Awi­wu i na przy­kład zro­bić so­bie ta­tu­aż, mógł o tym po­wie­dzieć swo­je­mu naj­lep­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi, ale po­pro­sić, żeby ten ni­ko­mu nic nie mó­wił.

Czy ja bym tak zro­bił?, po­my­ślał. Nie wie­dział, czy te­raz ucznio­wie nadal uży­wa­ją sło­wa „wa­ga­ro­wać”. Może dla­te­go, że ko­bie­ta była tak wy­stra­szo­na tym miej­scem, sie­dze­niem w po­ko­ju prze­słu­chań, jego mun­du­rem, a może też z po­wo­du póź­nej go­dzi­ny, nie po­wie­dział jej, że uczył się w tej sa­mej szko­le i że pa­mię­ta, jak cho­dził ran­kiem na przy­sta­nek przy uli­cy Szen­kar i cze­kał na au­to­bus nu­mer 1 lub 3, żeby po­je­chać do Tel Awi­wu za­miast do szko­ły. Nie mó­wił o tym ni­ko­mu, na­wet zna­jo­mym. Ob­my­ślał też całą hi­sto­rię na wy­pa­dek, gdy­by spo­tkał któ­re­goś z na­uczy­cie­li.

– Dla­cze­go miał­by po­je­chać i nic nie po­wie­dzieć? Nig­dy w ży­ciu cze­goś ta­kie­go nie zro­bił.

– Może tak, a może nie, war­to to wy­ja­śnić. Je­śli nie bę­dzie go w domu, jak pani wró­ci, ra­dzę po­roz­ma­wiać jesz­cze raz z jego przy­ja­cie­lem, może też z in­ny­mi ko­le­ga­mi, i do­wie­dzieć się, gdzie pani syn cza­sa­mi się wy­bie­ra. Może ma dziew­czy­nę, o któ­rej pani nie wie, może to coś in­ne­go. Niech pani spró­bu­je so­bie przy­po­mnieć, czy nie mó­wił, że ma ja­kieś pla­ny na śro­dę? Może po­wie­dział, a pani za­po­mnia­ła?

– Ja­kie mógł mieć pla­ny? Nic mi nie mó­wił.

– A co z jego ro­dzeń­stwem? Może im po­wie­dział coś, co mo­gło­by nas uspo­ko­ić? Albo in­nym krew­nym, ku­zy­no­wi, dziad­ko­wi?

Wy­da­wa­ło mu się, że py­ta­nie znów coś w ko­bie­cie obu­dzi­ło, ja­kąś myśl, ale tyl­ko na chwi­lę. A może się my­lił. Przy­szła na ko­mi­sa­riat, bo mia­ła na­dzie­ję, że ktoś zdej­mie z niej od­po­wie­dzial­ność i roz­pocz­nie po­szu­ki­wa­nia, a ta roz­mo­wa tyl­ko ją zdez­o­rien­to­wa­ła. To nie ona po­win­na tu sie­dzieć. Gdy­by jej mąż był w kra­ju, to on by tra­fił do po­ko­ju Aw­ra­ha­ma; ona nie mu­sia­ła­by dzwo­nić, gro­zić, pró­bo­wać wy­ko­rzy­sty­wać zna­jo­mo­ści. Tym­cza­sem musi wró­cić do domu ze wska­zów­ka­mi, jak sama ma szu­kać swo­je­go syna, a ten de­tek­tyw mówi o jej chłop­cu, jak­by był kimś zu­peł­nie in­nym. To, że za­czął uży­wać licz­by mno­giej, żeby nie czu­ła się w tej sy­tu­acji taka sa­mot­na, nie po­ma­ga­ło. My­ślał, że ona ma­rzy już, żeby ta roz­mo­wa się skoń­czy­ła, a jed­nak nie chcia­ła wra­cać do domu. On z ko­lei już bar­dzo chciał. I wła­śnie wte­dy, gdy ona nie zwra­ca­ła na nie­go uwa­gi, na­pi­sał na gó­rze kart­ki „Ofer Sze­ra­bi” i pod­kre­ślił dwie­ma fa­li­sty­mi li­nia­mi.

– Rzad­ko roz­ma­wia z ro­dzeń­stwem – po­wie­dzia­ła. – Jego brat ma pięć lat, a z sio­strą nie jest zbyt bli­sko.

– Nie za­szko­dzi za­py­tać. I jesz­cze jed­no: czy są w domu ja­kieś kom­pu­te­ry?

– Tak. W po­ko­ju Ofe­ra i jego bra­ta.

– No to jesz­cze może pani spraw­dzić jego ema­ile i pro­fil na fa­ce­bo­oku, je­śli ma. Może na­pi­sał do ko­goś coś, co po­mo­że nam prze­stać się mar­twić. Wie pani, jak so­bie po­ra­dzić?

Do­brze wie­dział, że ona nie za­mie­rza tego zro­bić, więc cze­mu jej to mó­wił? Wró­ci do domu i bę­dzie cze­kać. Każ­dy dzwo­nek te­le­fo­nu i dźwięk do­bie­ga­ją­cy z przed­po­ko­ju bę­dzie ją pod­ry­wał na nogi. Na­wet je­śli jej syn nie wró­ci na noc do domu, ona nie zro­bi nic. Bę­dzie cze­kać do rana i wró­ci na ko­mi­sa­riat w tym sa­mym ubra­niu, w któ­rym spę­dzi noc. Wró­ci do nie­go. Może za­dzwo­ni jesz­cze raz do męża, ale on jej nie uspo­koi.

Za­pa­dła ci­sza. Ko­bie­ta nie od­po­wie­dzia­ła na jego ostat­nie py­ta­nie. Albo po­czu­ła się ob­ra­żo­na, albo była zbyt za­że­no­wa­na, żeby się przy­znać, że nie po­tra­fi zro­bić tego, co jej za­pro­po­no­wał.

– Niech pani po­słu­cha, ja na­praw­dę sta­ram się po­móc. Pani syn nie ma za­ło­żo­nej kar­to­te­ki, sama pani mówi, że jego za­cho­wa­nie nie od­bie­ga­ło od nor­my. Nor­mal­ne dzie­ci nie zni­ka­ją. Mogą zde­cy­do­wać, że nie idą do szko­ły, mogą uciec z domu na kil­ka go­dzin, mogą też wsty­dzić się wró­cić, po­nie­waż przy­da­rzy­ło im się coś, co uwa­ża­ją za tak strasz­ne, że nig­dy im się tego nie wy­ba­czy, mimo że zwy­kle oka­zu­je się, że to ja­kiś dro­biazg. Ale nie zni­ka­ją. Przed­sta­wię pani praw­do­po­dob­ny sce­na­riusz: pani syn po­sta­no­wił dzi­siaj nie iść do szko­ły, bo miał waż­ny spraw­dzian, do któ­re­go się nie przy­go­to­wał. Wie pani, czy miał mieć dzi­siaj kla­sów­kę? Może niech pani za­py­ta jego ko­le­gów. Nie na­uczył się, a że był przy­zwy­cza­jo­ny, że do­sta­je do­bre oce­ny i nie chciał roz­cza­ro­wać ro­dzi­ców, to po pro­stu nie po­szedł do szko­ły. Krę­cił się po uli­cach albo po­je­chał do cen­trum han­dlo­we­go, tam zo­ba­czył go na­uczy­ciel lub ktoś, kto pa­nią zna, i chło­pak spa­ni­ko­wał, a te­raz wy­da­je mu się, że cały świat wie, że jest na wa­ga­rach, i dla­te­go nie wra­ca do domu. Tak za­cho­wu­ją się nor­mal­ne dzie­ci. Więc je­śli nic pani przede mną nie ukry­wa, nie ma się czym mar­twić.

– Co mo­gła­bym ukry­wać? Chcę, że­by­ście go zna­leź­li. On nie ma jak się ze mną skon­tak­to­wać bez swo­jej ko­mór­ki... – Jej głos drżał.

Roz­mo­wa pro­wa­dzi­ła do­ni­kąd. Trze­ba było ją prze­rwać. Awi Aw­ra­ham wes­tchnął i za­py­tał:

– Pani mąż wra­ca za kil­ka dni?

– Za dwa ty­go­dnie. Po­pły­nął do Trie­stu. Może zejść ze stat­ku do­pie­ro za czte­ry dni, gdy za­wi­ną do pierw­sze­go por­tu.

– Nie bę­dzie mu­siał nig­dzie scho­dzić. A gdzie jest te­raz ro­dzeń­stwo Ofe­ra?

– U są­siad­ki.

Na­gle uświa­do­mił so­bie, że po raz pierw­szy pod­czas tej roz­mo­wy wy­po­wie­dział imię chłop­ca na głos. Ofer. Pięk­ne imię, na­tych­miast zmie­nił swo­je na Ofer, tak jak to zwy­kle ro­bił, gdy sły­szał inne pięk­ne imio­na. Po gło­wie cho­dzi­ły mu róż­ne wer­sje: Ofer Aw­ra­ham. Ko­men­dant Ofer Aw­ra­ham. Ko­mi­sarz Ofer Aw­ra­ham. Ge­ne­ral­ny In­spek­tor Po­li­cji Izra­el­skiej Ofer Aw­ra­ham ogło­sił dzi­siaj swo­ją dy­mi­sję z przy­czyn oso­bi­stych.

– Ra­dził­bym pani wró­cić do dzie­ci i je­stem pew­ny, że nie zo­ba­czy­my się ju­tro. W każ­dym ra­zie bar­dzo pro­szę okon­takt ze mną ju­tro rano, żeby po­wie­dzieć, jak wy­glą­da sy­tu­acja.

Po­ło­żył dłu­go­pis na kart­ce i wy­pro­sto­wał się na krze­śle. Ko­bie­ta nie wsta­ła. Je­śli nie po­wie jej wy­raź­nie, że roz­mo­wa jest skoń­czo­na, nie wyj­dzie. Może war­to za­dać jej jesz­cze kil­ka py­tań, ona tak bar­dzo nie chce zo­stać sama. Do­pie­ro wte­dy Awi Aw­ra­ham zdał so­bie spra­wę, że pod­czas roz­mo­wy, bez­wied­nie, na­ry­so­wał na kart­ce pa­pie­ru nie­bie­ską po­stać czło­wie­ka – dłu­ga kre­ska od szyi przez brzuch po mied­ni­cę; na jed­nym koń­cu dwie uko­śne li­nie przed­sta­wia­ją­ce nogi, na dru­gim koń­cu dwie kre­ski rąk, na gó­rze okrąg ozna­cza­ją­cy gło­wę, owi­nię­ty czymś, co wy­glą­da­ło jak sznur, spod któ­re­go ka­pa­ły nie­bie­skie kro­ple krwi. A może łez? Choć nie miał żad­ne­go po­wo­du, przy­krył kart­kę dło­nią. Jego pal­ce były po­pla­mio­ne nie­bie­skim tu­szem.

Nie­bo nad po­ste­run­kiem po­li­cji i in­sty­tu­tem tech­no­lo­gii było już cał­kiem czar­ne, gdy po siód­mej wy­cho­dził z bu­dyn­ku. Skrę­cił w pra­wo, w uli­cę Pich­ma­na, a na­stęp­nie w lewo, w Gol­dy Meir, i wto­pił się w tłum idą­cy dłu­gim dep­ta­kiem, łą­czą­cym osie­dla Neve Re­mez i Ki­riat Sza­ret. Wol­niej, nie ma po­śpie­chu. To był przy­jem­ny wie­czór na po­cząt­ku maja. W nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach nie bę­dzie wie­lu ta­kich wie­czo­rów.

Szedł po­wo­li, a za nim utwo­rzył się ko­rek z pie­szych, w więk­szo­ści star­szych od nie­go o dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat, ubra­nych w dre­so­we spodnie i ko­szul­ki z krót­kim rę­ka­wem. Zwal­nia­li i wa­ha­li się chwi­lę, po czym scho­dzi­li na pia­sek, kuś­ty­ka­jąc, okrą­ża­li umun­du­ro­wa­ne­go po­li­cjan­ta, po czym wra­ca­li na as­fal­to­wą ścież­kę. Ko­bie­ta, któ­ra mo­gła­by być jego mat­ką, wpa­dła na nie­go, od­wró­ci­ła się, po­wie­dzia­ła „prze­pra­szam”, i na­gle ude­rzył go ha­łas prze­jeż­dża­ją­cych uli­cą sa­mo­cho­dów. Były tak gło­śne, jak­by ktoś wy­mon­to­wał z nich tłu­mi­ki. Aw­ra­ham zdał so­bie spra­wę, że przez kil­ka mi­nut nic nie sły­szał. Słu­chał tyl­ko sie­bie, swo­je­go we­wnętrz­ne­go gło­su. Ta ko­bie­ta nie da mu spo­ko­ju. Przy­po­mniał so­bie mor­der­stwo In­ba­la Am­ra­ma. W wy­ro­ku są­do­wym w tej spra­wie, któ­ry ro­ze­sła­no ma­ilem do wszyst­kich po­ste­run­ków w kra­ju, na­pi­sa­no, że po­li­cja za­nie­dba­ła po­szu­ki­wa­nia i od­po­wia­da za śmierć. Ale tym ra­zem oko­licz­no­ści były zu­peł­nie inne. Syn ko­bie­ty, któ­ra do­pie­ro co sie­dzia­ła na­prze­ciw nie­go w biu­rze, nie znik­nął w nocy, nie ma też żad­nych sy­gna­łów, któ­re uza­sad­nia­ły­by na­tych­mia­sto­we roz­po­czę­cie roz­le­głych i kosz­tow­nych po­szu­ki­wań. Aw­ra­ham w obec­no­ści mat­ki spraw­dził na­wet oko­licz­ne szpi­ta­le, na wy­pa­dek, gdy­by tra­fił tam chło­piec re­agu­ją­cy na imię Ofer czy na­zwi­sko Sze­ra­bi lub pa­su­ją­cy do jego ry­so­pi­su. Przed wyj­ściem z ko­mi­sa­ria­tu po­pro­sił, żeby wszyst­kie ra­por­ty zwią­za­ne ze spra­wą tra­fia­ły do nie­go i żeby je­śli bę­dzie to ko­niecz­ne, dzwo­nio­no do nie­go na­wet w nocy. Zo­sta­wił też ofi­ce­ro­wi dy­żur­ne­mu opis czar­ne­go ple­ca­ka z bia­ły­mi pa­ska­mi, pod­rób­ki Adi­da­sa – może wy­pły­nie w ra­por­tach do­ty­czą­cych po­dej­rza­nych obiek­tów zna­le­zio­nych w mie­ście. Ja­kie­kol­wiek inne dzia­ła­nie na tym eta­pie by­ło­by stra­tą cza­su i środ­ków, a jemu mo­gło­by się za to do­stać. Ale je­śli chłop­cu sta­nie się coś w nocy, coś, cze­mu moż­na było za­po­biec, obe­rwie mu się po­dwój­nie. Ża­ło­wał, że po­wie­dział mat­ce o kar­to­te­kach po­dej­rza­nych i sta­ty­sty­kach prze­stępstw w Izra­elu. O zło­dzie­ju sa­mo­cho­dów, któ­ry za­mor­do­wał In­ba­la Am­ra­ma, bo ten zna­lazł się w nie­od­po­wied­nim cza­sie w nie­od­po­wied­nim miej­scu. Obie­cał so­bie, że skoń­czy z tym mę­dr­ko­wa­niem.

Kie­dyś był tu tyl­ko pia­sek. Te­raz wszyst­ko jest prze­zro­czy­ste, szkla­ne. Na wy­dmach mię­dzy Neve Re­mez i Ki­riat Sza­ret, dwo­ma sza­ry­mi osie­dla­mi, gdzie miesz­kał przez nie­mal całe swo­je ży­cie, wy­ro­sły wie­żow­ce, bi­blio­te­ka miej­ska, mu­zeum wzor­nic­twa i cen­trum han­dlo­we, któ­re w ciem­no­ści wy­glą­da­ły jak sta­cja na księ­ży­cu. Na dro­dze do Ki­riat Sza­ret po le­wej stro­nie błysz­cza­ły szyl­dy Zary, Of­fi­ce De­pot i Café Joe. Za­sta­na­wiał się, czy przejść na dru­gą stro­nę, do cen­trum han­dlo­we­go, ku­pić kawę z mle­kiem i ka­nap­kę z se­rem, usiąść przy jed­nym z pu­stych sto­li­ków na ze­wnątrz, po­ob­ser­wo­wać ko­ją­cy ruch świa­teł prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów i po­my­śleć. I jak nie­mal każ­de­go wie­czo­ru nie zro­bił tego.

Chciał po­my­śleć o in­nych do­cho­dze­niach. Jed­no w spra­wie trzech wła­mań w cią­gu ty­go­dnia na dwóch uli­cach nie­opo­dal Ki­riat Ben Gu­rion – Awi nie miał po­ję­cia, jak się do nie­go za­brać. Do wszyst­kich do­szło w cią­gu dnia, kie­dy miesz­kań­cy byli poza do­mem. Wła­ma­nia były czy­ste, żad­nych roz­wa­lo­nych zam­ków czy prze­pi­ło­wa­nych krat. Zło­dzie­je mie­li do­kład­ne in­for­ma­cje o go­dzi­nach wyj­ścia i po­wro­tu miesz­kań­ców, po­tra­fi­li bez ha­ła­su otwie­rać zam­ki. To nie były spon­ta­nicz­ne sko­ki nar­ko­ma­nów.

Skra­dzio­no bi­żu­te­rię, ksią­żecz­ki cze­ko­we, go­tów­kę. W jed­nym z miesz­kań wła­ma­no się do sej­fu. To było fru­stru­ją­ce do­cho­dze­nie. Na­praw­dę je­dy­ne, co mógł wte­dy zro­bić, to cze­kać na ko­lej­ny raz i mieć na­dzie­ję, że zło­dzie­je zo­sta­wią ja­kiś ślad, któ­re­go nie zo­sta­wi­li przy po­przed­nich wła­ma­niach, lub że część łupu od­naj­dzie się w ja­kimś ma­ga­zy­nie, wte­dy moż­na by ko­goś prze­słu­chać. Miał prze­czu­cie, któ­rym nie ośmie­lił się po­dzie­lić pod­czas ze­brań ze­spo­łu: tyl­ko jed­no z tych wła­mań było praw­dzi­we, tyl­ko jed­no było waż­ne dla zło­dziei. To, cze­go szu­ka­li i może zna­leź­li, to nie były pie­nią­dze czy bi­żu­te­ria. Po­zo­sta­łe dwa wła­ma­nia mia­ły tyl­ko zdez­o­rien­to­wać po­li­cję.

W ostat­nim śledz­twie za­no­si­ło się na cał­kiem spo­ry suk­ces, ale w cią­gu dwóch dni spra­wa się skom­pli­ko­wa­ła. Dwu­dzie­sto­let­ni chło­pak, Igor Kin­te­ib, zwol­nio­ny z woj­ska, zo­stał za­trzy­ma­ny pod za­rzu­tem wie­lo­krot­ne­go mo­le­sto­wa­nia i na­pa­ści na ko­bie­ty na pro­me­na­dzie w Bat Jam; trwa­ło to, z prze­rwa­mi, nie­mal dwa mie­sią­ce. Za­trzy­ma­li po krót­kiej ob­ser­wa­cji przez wy­wia­dow­ców, kie­dy krą­żył w tę i z po­wro­tem po pro­me­na­dzie, po czym ru­szał za upa­trzo­ną ko­bie­tą, na ogół star­szą od nie­go, po­wy­żej czter­dziest­ki, za­wra­cał i szedł w prze­ciw­nym kie­run­ku lub prze­cho­dził na dru­gą stro­nę uli­cy, aż zo­ba­czył inną ko­bie­tę, któ­rą za­czy­nał śle­dzić. Czte­ry z sied­miu za­ata­ko­wa­nych ko­biet zi­den­ty­fi­ko­wa­ły go w trak­cie kon­fron­ta­cji. Pod­czas prze­słu­chań wszyst­kie­go się wy­pie­rał, aż do przed­wczo­raj, kie­dy to przy­znał się do dzie­sią­tek prze­stępstw, któ­re nie były ob­ję­te tym do­cho­dze­niem, na przy­kład do pod­pa­le­nia przed dwo­ma laty domu star­ców w Cha­de­rze i pró­by pod­pa­le­nia re­stau­ra­cji w Gi­vat Olga w 2005 roku, co na­wet nie zo­sta­ło zgło­szo­ne. Był dziw­ny i mó­wił rów­nie dziw­nym, cha­otycz­nym he­braj­skim. Jego mat­ka zo­sta­ła w Ka­za­niu, oj­ciec zmarł w Izra­elu. Nie miał sta­łe­go ad­re­su. Przez kil­ka mie­się­cy miesz­kał w wy­na­ję­tej piw­ni­cy w Cha­de­rze, a pół roku temu prze­pro­wa­dził się, ze wzglę­du na pra­cę, do swo­ich krew­nych w Bat Jam. Aw­ra­ham nie wie­rzył w ani jed­no jego sło­wo. Pod­czas któ­re­goś z na­pa­dów Kin­te­ib chwy­cił sze­fo­wą mar­ke­tin­gu w fir­mie ko­sme­tycz­nej, pięć­dzie­się­cio­lat­kę, i siłą wci­snął jej rękę w swo­je spodnie, to się zda­rzy­ło na środ­ku pro­me­na­dy, w piąt­ko­wy wie­czór. Pod­czas za­trzy­ma­nia nie miał przy so­bie do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści ani pie­nię­dzy, ale w ple­ca­ku zna­le­zio­no nowy spe­cja­li­stycz­ny kom­pas i eg­zem­plarz Zwy­czaj­nej hi­sto­rii Sa­mu­ela Agno­na, edy­cja spe­cjal­na dla uczniów szkół śred­nich, w mięk­kiej, znisz­czo­nej opra­wie z łusz­czą­cą się nie­bie­ską far­bą.Na pierw­szej stro­nie znaj­do­wa­ła się od­ręcz­nie na­pi­sa­na de­dy­ka­cja: „Dla Yoel­li, po pro­stu nie­szczę­śli­wa hi­sto­ria mi­ło­sna”, z datą 10 sierp­nia 1993 roku. Imię wpi­su­ją­ce­go zo­sta­ło za­ma­za­ne ko­rek­to­rem.

Awi Aw­ra­ham nie wie­dział, dla­cze­go my­ślał o tym, o czym my­ślał. Z ja­kie­goś po­wo­du przy­szedł mu do gło­wy ob­raz mo­ni­to­ra kom­pu­te­ro­we­go w po­ko­ju Ofe­ra i jego bra­ta. Jak­by miał go przed ocza­mi: sta­ry, cięż­ki mo­ni­tor w kre­mo­wym ko­lo­rze. Za­sta­na­wia­ła go przede wszyst­kim róż­ni­ca wie­ku mię­dzy dzieć­mi. Szes­na­sto­la­tek, czter­na­sto­lat­ka i pię­cio­la­tek. Skąd aż dzie­wię­cio­let­nia prze­rwa mię­dzy śred­nim a naj­młod­szym dziec­kiem? Dla­cze­go para, któ­ra wi­dać chęt­nie spro­wa­dza dzie­ci na świat, na­gle prze­sta­je i cze­ka na ko­lej­ne tak dłu­go? Może ze wzglę­du na sy­tu­ację eko­no­micz­ną ro­dzi­ny, pro­ble­my zdro­wot­ne, kry­zys mał­żeń­ski. A może mat­ka była w cią­ży i po­ro­ni­ła? Ale niby cze­mu, do dia­bła, wszyst­ko to trze­ba wy­ja­śniać? Po­tem wy­obra­ził so­bie ra­nek. Trój­ka dzie­ci wy­cho­dzi do szko­ły i przed­szko­la, mat­ka zo­sta­je sama. W domu pa­nu­je ci­sza. Po­ko­je są pu­ste. Sły­chać tyl­ko sze­lest po­ru­sza­ją­cych się bia­łych za­słon w sa­lo­nie. Co ona wte­dy tak na­praw­dę robi? Może prze­cha­dza się po ci­chych po­ko­jach. Po­kój sy­nów, duży, z roz­kła­da­ną sofą, na któ­rej śpi na­sto­la­tek, biur­kiem, na któ­rym stoi sta­ry mo­ni­tor, po dru­giej stro­nie łóż­ko ma­łe­go, z ba­rier­ka­mi. Po­kój cór­ki, mały, po­ma­lo­wa­ny na bia­ło, z du­żym lu­strem na ścia­nie na­prze­ciw drzwi, mat­ka wcho­dzi do nie­go sama. Wy­obra­ża so­bie, że w rę­kach nie­sie kosz z pra­niem i sta­wia go na bla­cie.

Na Ge­ne­ra­łów Sił Obron­nych Izra­ela, głów­nej uli­cy osie­dla Ki­riat Sza­ret, pię­cio­ro na­sto­lat­ków sta­ło na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym li­nii 97, koń­czą­cej się na sta­cji ko­le­jo­wej Tel Awiw Mer­kaz. Jed­na z dziew­czyn, ni­ska i sze­ro­ka, gło­śna i roz­ba­wio­na, ubra­na w zbyt ob­ci­słe czar­ne leg­gin­sy i sza­rą blu­zę z Gapa, po­ka­zy­wa­ła ko­le­dze coś na swo­im iPo­dzie. Prze­ko­ny­wa­ła go, żeby przy­ło­żył słu­chaw­ki do uszu, ale on od­mó­wił, uda­jąc obrzy­dze­nie. Aw­ra­ham, nie zda­jąc so­bie z tego spra­wy, przy­glą­dał się im dłu­go i zbyt na­tar­czy­wie. Gdy prze­cho­dził obok, umil­kli i uśmiech­nę­li się do nie­go. Moż­li­we, że dziew­czy­na z iPo­dem wy­ko­na­ła ja­kiś za­baw­ny gest. Czy Ofer był mię­dzy nimi? Mu­siał tam być, a je­śli nie tam, to pew­nie na in­nym przy­stan­ku au­to­bu­so­wym. Pod ko­niec roz­mo­wy, tuż przed tym, jak zgo­dzi­ła się opu­ścić ko­mi­sa­riat, mat­ka chłop­ca po­wie­dzia­ła mu, że Ofer ucie­kał z domu już dwu­krot­nie. Za pierw­szym ra­zem – miał nie­ca­łe dwa­na­ście lat – po­szedł na pie­cho­tę, „w klap­kach”, po­wie­dzia­ła, aż do Ra­mat Gan, do domu dziad­ków. Sta­ło się to w cza­sie jed­ne­go ze świąt, z po­wo­du kłót­ni z oj­cem. Mniej wię­cej rok temu, gdy po­kłó­cił się z nią, wy­szedł po po­łu­dniu z domu, mó­wiąc, że już nie wró­ci. Jed­nak wró­cił, po dzie­wią­tej. Otwo­rzył drzwi wła­sny­mi klu­cza­mi i po­szedł pro­sto do swo­je­go po­ko­ju, nie po­wie­dział, co ro­bił całe po­po­łu­dnie. Nig­dy o tym nie roz­ma­wia­li. Awi spy­tał ją, cze­mu wte­dy nie zwró­ci­ła się o po­moc do po­li­cji, ale nie od­po­wie­dzia­ła.

Naj­praw­do­po­dob­niej dla­te­go, że oj­ciec był wte­dy w domu. W wy­obraź­ni Aw­ra­ha­ma po­ja­wił się ob­raz: Ofer Sze­ra­bi, któ­re­go wy­gląd nadal był dla nie­go ta­jem­ni­cą, kła­dzie się na ple­cach na ław­ce, w ciem­nym i cał­ko­wi­cie pu­stym miej­skim par­ku, pod gło­wą ma swój czar­ny ple­cak. Przy­kry­wa się sza­rą blu­zą, taką jaką mia­ła dziew­czy­na na przy­stan­ku. W par­ku nie ma ni­ko­go poza Ofe­rem, to do­brze. Nie gro­zi mu żad­ne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Aw­ra­ham prze­szedł obok domu, w któ­rym do­ra­stał: Ge­ne­ra­łów Sił Obron­nych Izra­ela 26. Domu jego ro­dzi­ców. Od­ru­cho­wo pod­niósł gło­wę, żeby po­pa­trzeć w okna na trze­cim pię­trze. Wszyst­ko po­za­my­ka­ne. Jak dłu­go tu nie był? Okna na dru­gim pię­trze były otwar­te, na pa­ra­pe­cie sie­dział męż­czy­zna bez ko­szu­li, ple­ca­mi do uli­cy, twa­rzą do oświe­tlo­ne­go sa­lo­nu, z któ­re­go do­bie­ga­ły dźwię­ki te­le­wi­zji. Wia­do­mo­ści. Są­siad roz­ma­wiał z kimś w domu, może z żoną sto­ją­cą w kuch­ni. To był je­den z tych, któ­rzy kil­ka lat temu zna­leź­li jego ojca na klat­ce scho­do­wej, po tym jak do­stał uda­ru.

Szedł da­lej uli­cą, aż do­tarł do gru­ziń­skie­go su­per­mar­ke­tu. Przez chwi­lę my­ślał, żeby ugo­to­wać so­bie obiad, co po­zwo­li­ło­by mu nie my­śleć przez chwi­lę i spra­wi­ło nie­co przy­jem­no­ści. Może bu­tel­ka zwy­kłe­go Côtes du Rhône i pacz­ka ra­vio­li, któ­re wy­star­czy wrzu­cić do wrzą­cej wody, skro­pić oli­wą i do­dać star­ty ser. Ale coś go znie­chę­ci­ło. Pod­szedł do lo­dów­ki i wy­cią­gnął nie­wiel­kie opa­ko­wa­nie pa­sty se­za­mo­wej, po­tem spraw­dził kil­ka bu­łek, któ­re zo­sta­ły na pół­ce z pie­czy­wem, zna­lazł jed­ną pra­wie mięk­ką. Przy ka­sie wło­żył jesz­cze do ko­szy­ka opa­ko­wa­nie po­mi­dor­ków kok­taj­lo­wych. Gdy­by nie za­po­mniał wziąć kart­ki z ad­re­sem, wró­cił­by do sie­bie, wsiadł do sa­mo­cho­du i po­je­chał pod dom, w któ­rym cze­ka­ła mat­ka, po­krę­cił­by się tam do chwi­li, aż zo­ba­czył­by Ofe­ra Sze­ra­bie­go wcho­dzą­ce­go na klat­kę scho­do­wą i po­słu­chał­by jej śmie­chu lub pła­czu. Spał­by spo­koj­niej. Ale za­po­mniał wziąć kart­kę, choć zło­żył ją na­wet w kwa­drat, żeby zmie­ści­ła się w kie­sze­ni ko­szu­li. Może tak na­praw­dę nie chciał wziąć tego ry­sun­ku, któ­ry bez po­wo­du go za­nie­po­ko­ił. A może za­dzwo­nić do Ila­ny i skon­sul­to­wać się z nią? Je­śli każe mu wra­cać na po­ste­ru­nek i za­cząć po­szu­ki­wa­nia za­gi­nio­ne­go, to tak zro­bi. Mimo póź­nej pory. Ale je­śli do niej za­dzwo­ni, zno­wu ujaw­ni brak pew­no­ści sie­bie, a tego by nie chciał. Za­pła­cił za za­ku­py kar­tą kre­dy­to­wą, żeby nie wy­da­wać drob­nych, któ­re miał w port­fe­lu.

Wró­cił na uli­cę Ge­ne­ra­łów, po­now­nie prze­szedł obok domu ro­dzi­ców i uznał, że nie ma sen­su wcho­dzić. Oj­ciec na pew­no sie­dzi po ciem­ku przed te­le­wi­zo­rem i oglą­da wia­do­mo­ści. To naj­mniej od­po­wied­ni mo­ment, żeby mu prze­szko­dzić. Mat­ka, je­śli nie wy­szła na spa­cer, sie­dzi przy sto­le w kuch­ni i roz­ma­wia przez te­le­fon. Nie miał ocho­ty jej słu­chać. Jej głos zresz­tą i tak roz­legł się w jego gło­wie: „Och, przy­szedł mój Awi, mu­szę biec zro­bić mu coś do je­dze­nia”. To już wo­lał jeść sam i oglą­dać na Hal­l­mar­ku trze­ci se­zon sta­re­go Pra­wa i po­rząd­ku, obej­rza­ny już nie­zli­czo­ną ilość razy. Jed­nak za każ­dym ra­zem od­kry­wał w nim coś no­we­go. Ko­lej­ny błąd w śledz­twie, nowy spo­sób na wy­gra­nie z oskar­żo­nym. Skrę­cił w lewo, szedł oko­ło trzech mi­nut wzdłuż ci­chych bu­dyn­ków za­nu­rzo­nych w ciem­no­ści, aż do­tarł do swo­je­go domu na Jom Kip­pur.

W nocy po­ło­żył ko­mór­kę obok łóż­ka, na wy­pa­dek gdy­by za­dzwo­nił ktoś z ko­mi­sa­ria­tu.

Rozdział drugi

Kie­dy zo­ba­czył ra­dio­wóz za­par­ko­wa­ny przed blo­kiem, wie­dział, dla­cze­go tu przy­je­cha­li. Miał taką doj­mu­ją­cą, głę­bo­ką pew­ność. Wie­dział też, że jest go­to­wy, choć jesz­cze nie wie­dział na co.

Dziw­ne to było, jak­by ży­cie przez ostat­nie lata ukry­wa­ło się przed jego świa­do­mo­ścią, aż do tej chwi­li. I te­raz wła­śnie na­stą­pi­ła w nim jak­by we­wnętrz­na eks­plo­zja, jak nie­spo­dzie­wa­ne na­ro­dzi­ny: kie­dy zo­ba­czył po­li­cyj­ny ra­dio­wóz, ob­ja­wił się w nim zu­peł­nie inny czło­wiek; czło­wiek, któ­ry sie­dział w jego wnę­trzu przez wie­le lat i cze­kał. Z Ela­iem było na od­wrót. Przy­go­to­wy­wa­li się na jego na­ro­dzi­ny przez dzie­więć mie­się­cy, ale gdy się uro­dził, jak­by ude­rzył w nich grom z ja­sne­go nie­ba.

Zo­ba­czył po­li­cyj­ne ra­dio­wo­zy, gdy cze­kał na świa­tłach. Dwa par­ko­wa­ły przed wej­ściem do bu­dyn­ku, w każ­dym drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra były otwar­te. Po­li­cjant­ka w mun­du­rze sie­dzia­ła na ma­sce jed­ne­go z sa­mo­cho­dów i roz­ma­wia­ła przez te­le­fon ko­mór­ko­wy. Po dru­giej stro­nie uli­cy za­par­ko­wał bia­ły pas­sat z po­li­cyj­ny­mi ta­bli­ca­mi re­je­stra­cyj­ny­mi.

Ze’ew za­trzy­mał sku­ter przy wej­ściu do bu­dyn­ku i wszedł na klat­kę scho­do­wą. Z góry sły­chać było gło­sy. Mi­nął swo­je drzwi i wszedł na trze­cie pię­tro. Drzwi do miesz­ka­nia ro­dzi­ny Sze­ra­bich były otwar­te, a przed nimi sta­ła po­li­cjant­ka. Wszyst­kie drzwi są po­otwie­ra­ne, jak­by zda­rzy­ła się ja­kaś ka­ta­stro­fa, po­my­ślał. Może to wła­śnie po­czuł: że coś się otwie­ra. Po­li­cjant­ka za­trzy­ma­ła go i spy­ta­ła, kim jest. Od­po­wie­dział, że na­zy­wa się Ze’ew i jest są­sia­dem z dru­gie­go pię­tra, a po­tem za­py­tał, czy coś się sta­ło. Od­rze­kła, że nic, i znów sta­nę­ła przed drzwia­mi, da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że nie może wejść, choć on nie miał ta­kie­go za­mia­ru.

Mi­kal sie­dzia­ła na ka­na­pie w sa­lo­nie. Elai spał w jej ra­mio­nach. Była jesz­cze w pi­ża­mie, oglą­da­ła w te­le­wi­zji Dok­to­ra Phi­la. Ro­le­ty były opusz­czo­ne, w miesz­ka­niu pa­no­wał pół­mrok. Za­py­tał, czy wie, co się sta­ło u są­sia­dów, ale ona na­wet nie za­uwa­ży­ła, że ra­dio­wo­zy są pod bu­dyn­kiem, że coś się dzie­je. Wró­cił do domu wcze­śniej, a ona się zdzi­wi­ła, bo w czwart­ki wra­cał zwy­kle o dru­giej; spy­ta­ła ci­cho, czy chce coś do je­dze­nia. Ostroż­nie po­ło­ży­ła Ela­ia do łó­żecz­ka w jego po­ko­ju, roz­su­nę­ła ro­le­ty na bal­ko­nie i spoj­rza­ła na ze­wnątrz. Po­tem po­de­szła do drzwi i wyj­rza­ła na klat­kę scho­do­wą. Dwóch po­li­cjan­tów zbie­ga­ło scho­da­mi, po­spiesz­nie za­mknę­ła drzwi i za­py­ta­ła:

– Może do nich było wła­ma­nie?

Ze’ew za­uwa­żył, że do wła­ma­nia nie przy­sy­ła się aż tylu po­li­cjan­tów.

– To strasz­ne, co się tam mo­gło stać? – py­ta­ła Mi­kal.

– Pew­nie nic ta­kie­go – po­wie­dział, obej­mu­jąc ją.

Po po­łu­dniu sie­dział na za­bu­do­wa­nym bal­ko­nie, prze­ro­bio­nym na nie­wy­god­ny po­kój do pra­cy, i spraw­dzał kla­sów­ki. Po­zwa­la­ło mu to ob­ser­wo­wać, co się dzie­je na ze­wnątrz. Po­li­cjan­ci przy­cho­dzi­li i od­cho­dzi­li. Je­den z nich, nie­wy­so­ki i łysy, wy­glą­dał na star­sze­go ran­gą, wy­da­wał roz­ka­zy po­zo­sta­łym. Był zde­ner­wo­wa­ny, nie prze­sta­wał roz­ma­wiać przez ko­mór­kę, od cza­su do cza­su pod­no­sił głos. Ze’ew usły­szał, jak mówi ze zło­ścią:

– Od­wieź­cie go z po­wro­tem, nie mogę go te­raz zo­sta­wić i to nie moja wina, że ci idio­ci nie do­sta­li in­for­ma­cji. – Po­tem wrza­snął do słu­chaw­ki: – To nie może cze­kać! Pró­bu­ję się z nią skon­tak­to­wać od rana, nie mogę dłu­żej cze­kać. Wy­cią­gnij­cie ją z tego ze­bra­nia.

Po ja­kimś cza­sie po­li­cjant wszedł na po­dwór­ko przed bu­dyn­kiem, po­tknął się o le­żą­cy tam ka­mień, szu­kał cze­goś mię­dzy krza­ka­mi, ale ni­cze­go nie zna­lazł. Coś dziw­ne­go było w jego ru­chach. Pod­niósł gło­wę, naj­wy­raź­niej po to, by spo­tkać spoj­rze­nie po­li­cjan­ta sto­ją­ce­go na bal­ko­nie na trze­cim pię­trze. Pew­nie na­wet się nie zo­rien­to­wał, że Ze’ew ob­ser­wo­wał go przez szcze­li­nę mię­dzy okien­ni­ca­mi na dru­gim pię­trze, za­nim w po­śpie­chu wró­cił do swo­je­go ga­bi­ne­tu. Póź­niej Hana Sze­ra­bi wy­szła na kil­ka mi­nut na chod­nik przed blo­kiem, oto­czo­na przez trzech po­li­cjan­tów. Tłu­ma­czy­ła im coś, moc­no ge­sty­ku­lu­jąc, wy­glą­da­ło, jak­by ich pro­wa­dzi­ła. Gdy­by Ze’ew otwo­rzył okien­ni­ce na oścież, mógł­by ich usły­szeć. Inni są­sie­dzi wy­glą­da­li przez okna, na­wet ci z oko­licz­nych bu­dyn­ków. Męża Hany Sze­ra­bi ani jej dzie­ci Ze’ew nie zo­ba­czył.

Pró­bo­wał skon­cen­tro­wać się na kla­sów­kach. Część te­sto­wą spraw­dza­ło się ła­two, ale krót­kie ese­je wy­ma­ga­ły więk­sze­go sku­pie­nia. Te­mat brzmiał: What will the world look like in 25 years1. Dzię­ki temu mo­gli prze­ćwi­czyć ko­niu­ga­cję w cza­sie przy­szłym, a tak­że przy­go­to­wać się do dys­ku­sji, któ­rą Ze’ew chciał za­ini­cjo­wać po prze­czy­ta­niu kil­ku stron No­we­go wspa­nia­łe­go świa­ta Al­do­usa Hux­leya. Po każ­dym spraw­dzia­nie szu­kał na stro­nie wia­do­mo­ści i w Go­ogle News in­for­ma­cji zwią­za­nych z mia­stem Cho­lon lub na­zwi­skiem Sze­ra­bi. Elai spał już po­nad dwie go­dzi­ny, dłu­żej niż za­zwy­czaj pod­czas po­po­łu­dnio­wych drze­mek, a Mi­kal zdą­ży­ła wziąć prysz­nic i ubrać się. Kie­dy była w ła­zien­ce, przez chwi­lę miał wra­że­nie, jak­by ni­ko­go nie było w domu, to była chwi­la głę­bo­kiej, we­wnętrz­nej ci­szy. Mi­kal we­szła na bal­kon i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek.

– Jak ci idzie? – za­py­ta­ła, a on po­wie­dział, że nie­dłu­go koń­czy.

Przy­go­to­wał so­bie her­ba­tę z mle­kiem.

Elai obu­dził się tuż przed czwar­tą i jak zwy­kle roz­pła­kał się. Ze’ew po­spiesz­nie skoń­czył spraw­dzać ostat­ni test i za­mie­nił się z żoną. Ona po­szła na bal­kon i za­ję­ła jego miej­sce przy biur­ku, aby przy­go­to­wać lek­cje na ko­lej­ny dzień, a on usiadł z Ela­iem na dy­wa­nie w sa­lo­nie i ba­wił się z nim drew­nia­ny­mi kloc­ka­mi. Zbu­do­wał nie­wy­so­ką wie­żę, a Elai ją zbu­rzył i po­pa­trzył na ojca z sa­tys­fak­cją i dumą. Póź­niej Ze’ew pró­bo­wał za­in­te­re­so­wać go dwie­ma ko­lo­ro­wy­mi ksią­żecz­ka­mi; w jed­nej z nich było na­wet lu­ster­ko, uda­ło mu się za­jąć ma­łe­go przez kil­ka mi­nut. Był spię­ty, ale było to do­bre na­pię­cie, ozna­cza­ją­ce go­to­wość. Wal­czył z chę­cią po­sa­dze­nia Ela­ia w wy­so­kim fo­te­li­ku na­prze­ciw­ko te­le­wi­zo­ra i spraw­dze­nia, co dzie­je się na dole. A dziec­ko chy­ba to wy­czu­ło. Za­czę­ło pła­kać i pró­bo­wa­ło peł­znąć do mat­ki. Ze’ew po­wie­dział do Mi­kal:

– Chy­ba pój­dę z nim się przejść, po­trze­bu­jesz cze­goś ze skle­pu?

Na słu­pie nie­da­le­ko domu Ze’ew zo­ba­czył pierw­szy pla­kat. Twarz Ofe­ra, nie­co nie­ostra, po­środ­ku stan­dar­do­wej kart­ki for­ma­tu A4, przy­mo­co­wa­nej do be­to­no­we­go słu­pa prze­zro­czy­stą ta­śmą. Ciem­na, chu­da twarz, głę­bo­ko osa­dzo­ne czar­ne oczy, mały nos, wą­skie usta, nad nimi czar­ny wą­sik, któ­ry już wy­pa­da­ło­by zgo­lić. Na zdję­ciu wy­glą­dał po­waż­nie. Nie uśmie­chał się. Pa­trzył pro­sto w obiek­tyw. Ze’ew za­pa­mię­tał tę twarz, bli­ską i po­waż­ną. Po­my­ślał, że Ofer wy­glą­da na zdję­ciu jak Mek­sy­ka­nin i że nie od­da­je ono jego de­li­kat­no­ści. Wy­glą­da­ło ra­czej na por­tret po­dej­rza­ne­go niż zdję­cie za­gi­nio­ne­go chłop­ca. Po­wy­żej fo­to­gra­fii du­żym i tłu­stym dru­kiem na­pi­sa­no „po­szu­ki­wa­ny”, a po­ni­żej wy­dru­ko­wa­no kil­ka li­ni­jek tek­stu:

Ofer Sze­ra­bi za­gi­nął w śro­dę, 4 maja, w go­dzi­nach po­ran­nych.

Wiek: 16 lat. Bu­do­wa cia­ła: bar­dzo szczu­pła. Wło­sy: czar­ne, krót­kie. Wzrost: śred­ni.

Je­śli kto­kol­wiek go wi­dział, pro­si­my o skon­tak­to­wa­nie się z ro­dzi­ną lub po­li­cją.

Na dole kart­ki umiesz­czo­no nu­me­ry te­le­fo­nów.

Ze’ew za­sta­na­wiał się, kto przy­go­to­wał te pla­ka­ty, bo ra­czej nie po­li­cja. Po­wie­szo­no je na każ­dym słu­pie wzdłuż uli­cy ha­Hi­sta­drut, na la­tar­niach i zna­kach dro­go­wych. Za­sta­na­wiał się, czy uda mu się bez zwró­ce­nia na sie­bie uwa­gi ze­rwać je­den i za­brać do domu. Może się na coś przy­da. Czy mat­ka Ofe­ra zro­bi­ła te pla­ka­ty sama? Przed do­mem opie­ki star­szy męż­czy­zna w oku­la­rach przy­su­nął się do jed­ne­go tak bli­sko, że nie­mal do­tknął go no­sem. Ubra­ny był w zno­szo­ną ko­szu­lę w kra­tę, a w ręku trzy­mał ja­sno­brą­zo­wą skó­rza­ną tecz­kę.

Elai wier­cił się i pró­bo­wał wy­zwo­lić z pa­sków wóz­ka. Ze’ew skrę­cił w pra­wo, w Szen­kar, do­szedł do kio­sku na rogu Homa UMig­dal, gdzie ku­pił Ela­io­wi małe opa­ko­wa­nie chru­pek Bam­ba, otwo­rzył je i po­ło­żył na ko­la­nach chłop­ca. Po dru­giej stro­nie uli­cy zo­ba­czył Simę, są­siad­kę z pierw­sze­go pię­tra, od­ry­wa­ją­cą zę­ba­mi ka­wał­ki ta­śmy i przy­kle­ja­ją­cą pla­kat ze zdję­ciem Ofe­ra na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym. Za­wró­cił do domu.

Po­li­cja za­pu­ka­ła do ich drzwi wie­czo­rem, wcze­śniej, niż się spo­dzie­wał. Pierw­sza nie­spo­dzian­ka. Wła­śnie za­czę­li przy­go­to­wy­wać ką­piel dla Ela­ia. Ze’ew otwo­rzył drzwi dwój­ce po­li­cjan­tów: nie­wy­so­kie­mu i nie­zgrab­ne­mu męż­czyź­nie, któ­re­go ob­ser­wo­wał przez okno po po­łu­dniu, i mło­dej ko­bie­cie, któ­rej wcze­śniej nie wi­dział.

– Prze­pra­sza­my za naj­ście – po­wie­dział po­li­cjant – ale pew­nie już pań­stwo wie­dzą, że syn są­sia­dów za­gi­nął wczo­raj. Roz­ma­wia­my ze wszyst­ki­mi tu, chcie­li­by­śmy te­raz, je­śli mają pań­stwo czas, za­dać kil­ka py­tań.

Mi­kal wy­szła z ła­zien­ki z Ela­iem na ręku, już bez pie­lu­chy, a po­li­cjant wy­da­wał się zdez­o­rien­to­wa­ny. Nie za­pa­lił świa­tła, któ­re zga­sło na klat­ce scho­do­wej, stał w ciem­no­ści.

– Może wo­le­li­by pań­stwo, że­by­śmy przy­szli póź­niej? – za­py­tał po­li­cjant, ale Ze’ew po­pro­sił, żeby we­szli do środ­ka.

– W po­rząd­ku, mamy czas te­raz, dziec­ko się ucie­szy, że ką­piel się od­wle­cze.

Elai wpa­try­wał się w po­li­cjan­tów, gdy wcho­dzi­li do miesz­ka­nia, sku­pio­ny i po­waż­ny, jak za­wsze, gdy przy­cho­dzą go­ście. Na srebr­nej od­zna­ce przy­cze­pio­nej do kie­sze­ni ko­szu­li po­li­cjant­ki wid­niał na­pis „Liat Mant­sur”. Ze’ew po­czuł przy­pływ ad­re­na­li­ny, jak wte­dy po po­łu­dniu, kie­dy wra­cał do domu i zo­ba­czył ra­dio­wo­zy. Bu­dził się w nim zu­peł­nie inny czło­wiek. Może to wła­śnie po­czą­tek, po­my­ślał. Mu­siał za­pa­mię­tać każ­dy szcze­gół.

Po­li­cjan­ci zno­wu go za­sko­czy­li. Ze’ew nie spo­dzie­wał się, że on i Mi­kal będą prze­słu­chi­wa­ni osob­no, i nie ro­zu­miał, dla­cze­go ofi­cer zde­cy­do­wał, że bę­dzie roz­ma­wiał z jego żoną w kuch­ni, a on zo­sta­nie w sa­lo­nie z Liat Mant­sur. Na sto­le ku­chen­nym nadal stał nie­bie­ski pla­sti­ko­wy ta­lerz z reszt­ką wa­rzyw­nej pap­ki Ela­ia, a obok po­roz­rzu­ca­ne ka­wał­ki mo­kre­go chle­ba i okru­chy. – Chce pani coś do pi­cia? – za­py­tał po­li­cjant­kę, a ona od­po­wie­dzia­ła, że nie, i po­ło­ży­ła na ko­la­nach ciem­ną pla­sti­ko­wą pod­kład­kę i kart­kę pa­pie­ru, po­dzie­lo­ną czar­nym dłu­go­pi­sem na trzy czę­ści. Na gó­rze każ­dej ko­lum­ny za­pi­sa­no kil­ka li­ni­jek.

Sie­dział na ka­na­pie, a ona na brze­gu fo­te­la, na­prze­ciw­ko.

– Zbie­ra­my in­for­ma­cje na te­mat za­gi­nio­ne­go. Po­mo­gło­by nam, je­śli po­wie­dział­by pan, kie­dy wi­dział go ostat­nio, czy wi­dział go pan wczo­raj, a może na­wet dzi­siaj, ja­kie od­niósł pan wra­że­nie, gdy go zo­ba­czył – po­wie­dzia­ła.

Naj­wy­raź­niej pra­co­wa­li we­dług okre­ślo­nych pro­ce­dur, we­dług któ­rych na­le­ży prze­słu­chać są­sia­dów, za­da­jąc im te same py­ta­nia, na­wet je­śli nie mogą zdo­by­tych in­for­ma­cji wy­ko­rzy­stać. Po­li­cjant­ka nie roz­glą­da­ła się, nie po­pa­trzy­ła na zdję­cie wi­szą­ce na ścia­nie na­prze­ciw ka­na­py ani na re­pro­duk­cję Sy­pial­ni w Ar­les van Go­gha, nie spoj­rza­ła na brą­zo­wą, sta­rą i brzyd­ką ka­na­pę (bia­ła kapa w czar­ne pasy mia­ła za­kryć sta­re pla­my i za­bez­pie­czyć przed no­wy­mi), nie rzu­ci­ła na­wet okiem na roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze za­baw­ki, któ­re spra­wia­ły, że sa­lon wy­glą­dał jak ma­ga­zyn. Ona się nie roz­glą­da­ła, a mimo to Ze’ew spoj­rzał na miesz­ka­nie jej ocza­mi, wi­dział, jak jest nie­wy­koń­czo­ne, jak po­nu­re jest świa­tło lamp oświe­tla­ją­ce je tego wie­czo­ru.

– Nie wi­dzia­łem Ofe­ra ani wczo­raj, ani dzi­siaj, a je­śli cho­dzi o wra­że­nia, to wy­da­je mi się mi­łym i in­tro­wer­tycz­nym chłop­cem.

Za­pi­sa­ła coś czar­nym dłu­go­pi­sem. Co jesz­cze może za­pi­sać?

– Będę no­to­wać, gdy pan bę­dzie mó­wił, okej? Kie­dy wi­dział go pan ostat­ni raz, pa­mię­ta pan?

– Nie pa­mię­tam, kie­dy do­kład­nie. Na pew­no w tym ty­go­dniu, na klat­ce scho­do­wej. Uczę w tech­ni­kum, więc wy­cho­dzi­my z domu o tych sa­mych go­dzi­nach i cza­sa­mi się spo­ty­ka­my.

– Wy­glą­dał tak jak zwy­kle czy może za­cho­wy­wał się in­a­czej? Za­uwa­żył pan coś?

Ze’ewa de­ner­wo­wa­ło to, że nie sły­szy roz­mo­wy Mi­kal ze star­szym ofi­ce­rem, tyl­ko płacz Ela­ia, któ­ry sie­dział na ko­la­nach mat­ki, owi­nię­ty w su­chy ręcz­nik, i z mi­nu­ty na mi­nu­tę był co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wio­ny. Na pew­no czuł zmę­cze­nie i nie mógł znieść tego, że dwo­je do­ro­słych roz­ma­wia ze sobą, a nie z nim.

– A może jed­nak na­pi­je się pani cze­goś? – za­py­tał Ze’ew, ma­jąc na­dzie­ję, że bę­dzie mógł zaj­rzeć do kuch­ni. Wciąż wa­hał się, na któ­rym eta­pie prze­słu­cha­nia ma ją za­sko­czyć. A może z tą nie­spo­dzian­ką le­piej za­cze­kać na star­sze­go ofi­ce­ra, po­my­ślał.

– Nie, dzię­ku­ję. Wszyst­ko w po­rząd­ku. Czy wie pan coś o za­gi­nio­nym lub jego ro­dzi­nie, czym chciał­by się pan z nami po­dzie­lić? Sły­szał pan może kłót­nie, awan­tu­ry, krzy­ki?

Te­raz Ze’ew mógł so­bie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, dla­cze­go star­szy ofi­cer po­sta­no­wił roz­ma­wiać z jego żoną. Naj­wy­raź­niej za­ło­żył, że to ona spę­dza wię­cej cza­su w domu i może le­piej wie­dzieć, co dzie­je się w bu­dyn­ku.

– Ab­so­lut­nie, nic z tych rze­czy. Oczy­wi­ście, sły­sza­łem cza­sem ha­ła­sy, mają prze­cież trój­kę dzie­ci i miesz­ka­ją nad nami. Ale wy­da­je mi się, że ostat­nio to wła­śnie my je­ste­śmy głów­nym źró­dłem ha­ła­su w tym domu. – Uśmiech­nął się; cie­ka­we, czy zro­zu­mia­ła, co miał na my­śli.

Gło­wę mia­ła po­chy­lo­ną nad pla­sti­ko­wą pod­kład­ką le­żą­cą na jej ko­la­nach, a wzrok sku­pio­ny na kart­ce, jak krót­ko­wzrocz­ny stu­dent pod­czas eg­za­mi­nu.

– Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się tu­taj nie­co po­nad rok temu, przed uro­dze­niem Ela­ia. Wcze­śniej miesz­ka­li­śmy w Tel Awi­wie, a ja nadal tam pra­cu­ję. Uczę w li­ceum Iro­ni Alef, obok fil­mo­te­ki, pew­nie pani wie, gdzie to jest.

– A co pan w ogó­le są­dzi o za­gi­nio­nym, czy był grzecz­nym chłop­cem, czy może mie­li­ście z nim pań­stwo ja­kieś spię­cia w prze­szło­ści?

To było strasz­ne. W ogó­le nie słu­cha­ła od­po­wie­dzi, ja­kich udzie­lał na jej ru­ty­no­we py­ta­nia.

– Ab­so­lut­nie nie. Jak już pani mó­wi­łem, wy­da­je mi się, że to miły, in­tro­wer­tycz­ny chło­piec.

Za­wa­hał się przez chwi­lę, rzu­cił spoj­rze­nie w stro­nę kuch­ni i do­dał:

– Na­sze re­la­cje były znacz­nie bliż­sze niż czy­sto są­siedz­kie.

Na­wet nie pod­nio­sła gło­wy, za­ję­ta pi­sa­niem.

– Co to zna­czy?

– Od czte­rech mie­się­cy da­wa­łem mu pry­wat­ne lek­cje an­giel­skie­go.

– Jaki był?

– Pyta pani, ja­kim był uczniem?

– Ja­kim uczniem, ja­kim czło­wie­kiem. Ja­kie ro­bił na panu wra­że­nie?

Po­wta­rza­nie przez nią sło­wa „wra­że­nie” roz­śmie­szy­ło Ze’ewa.

– Od­nio­słem wra­że­nie, że jest to chło­piec, któ­ry po­waż­nie pod­cho­dzi do na­uki, ale an­giel­ski nie jest jego moc­ną stro­ną. To miłe i spo­koj­ne dziec­ko, in­tro­wer­tycz­ne, jak już mó­wi­łem. Może pani so­bie wy­obra­zić, spo­ty­kam się z wie­lo­ma mło­dy­mi ludź­mi, ale Ofer się wy­róż­niał. My­ślę, że wy­two­rzy­ła się mię­dzy nami szcze­gól­na więź.

– Nie wspo­mi­nał o chę­ci uciecz­ki, czy może sa­mo­bój­stwie, pro­ble­mach w szko­le?

– Ab­so­lut­nie nie. Roz­ma­wia­li­śmy głów­nie o jego an­giel­skim, a po an­giel­sku nie mó­wił nic ani o sa­mo­bój­stwie, ani o uciecz­ce.

– Więc pana zda­niem nie miał żad­nych pro­ble­mów?

– Nic ta­kie­go nie po­wie­dzia­łem. Po­wie­dzia­łem tyl­ko, że o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. A moż­na za­py­tać, dla­cze­go po­wie­dzia­ła pani o nim w cza­sie prze­szłym? To prze­ra­ża­ją­ce.

– Prze­pra­szam, tak się tyl­ko mówi, to nic nie zna­czy – po­wie­dzia­ła. Pod­nio­sła się i mó­wiąc: – Chwi­lecz­kę, mu­szę o coś za­py­tać – po­szła do kuch­ni.

Dziw­nie się po­czuł. Nie wie­dział, czy może wstać z miej­sca w swo­im wła­snym domu. Funk­cjo­na­riusz­ka wró­ci­ła po chwi­li z jego żoną i ni­ski­mi po­li­cjan­tem, ale cała trój­ka skie­ro­wa­ła się w stro­nę wyj­ścia. Ze’ew wstał i do­łą­czył do nich. To była trze­cia nie­spo­dzian­ka.

– Do­wie­dzia­łem się od pań­skiej żony, że da­wał pan Ofe­ro­wi pry­wat­ne lek­cje – po­wie­dział po­li­cjant. – Dla­te­go może się zda­rzyć, że jesz­cze wró­cę do pana po­now­nie i za­dam kil­ka do­dat­ko­wych py­tań. Na ra­zie dzię­ku­ję bar­dzo za po­moc.

Na klat­ce scho­do­wej było ciem­no i ci­cho. Sta­li po obu stro­nach pro­gu. Po jed­nej stro­nie, w ciem­no­ści, sta­li po­li­cjant i po­li­cjant­ka, po dru­giej męż­czy­zna, ko­bie­ta i dziec­ko. A mię­dzy nimi zno­wu otwar­te drzwi. Gdzie jest Hana Sze­ra­bi? Czy jest w swo­im domu? Sama? Czy u niej też są po­li­cjan­ci?

– Nie ma za co, choć nie wiem, jak mo­gli­śmy po­móc. Chciał­bym po­móc bar­dziej. Je­śli po­trze­bu­ją pań­stwo po­mo­cy, na przy­kład, w po­szu­ki­wa­niach... Nie wiem, ja­kie mają pań­stwo pla­ny. Czy bę­dzie­cie szu­kać w nocy?

Po­li­cjant wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go, jak­by nie po­my­ślał o ta­kiej moż­li­wo­ści. Ze’ew po­szu­kał włącz­ni­ka świa­tła na ścia­nie obok drzwi i gdy za­pa­lił świa­tło, zo­ba­czył na pla­kiet­ce imię i na­zwi­sko, Awi Aw­ra­ham. Po­li­cjant wy­cią­gnął z kie­sze­ni pacz­kę pa­pie­ro­sów i ob­ra­cał ją wręku.

– Moż­li­we, że bę­dzie­my pro­wa­dzić po­szu­ki­wa­nia, ale jesz­cze nie ma żad­nych de­cy­zji. Je­śli bę­dzie­my, przy­da się nam pań­stwa po­moc, a tak­że in­nych są­sia­dów.

Wciąż mó­wił ra­czej do Mi­kal niż do Ze’ewa, któ­ry po­sta­no­wił za­py­tać.

– Ma­cie ja­kiś po­mysł, gdzie może być Ofer?

Aw­ra­ham wy­raź­nie ze­sztyw­niał.

– Nie­ste­ty nie. Ale mamy na­dzie­ję, że uda nam się go szyb­ko zna­leźć. – Spoj­rzał na Ze’ewa i za­py­tał: – A pan ma ja­kiś po­mysł?

Ze’ew był za­sko­czo­ny bez­po­śred­nio­ścią po­li­cjan­ta. Świa­tło na klat­ce zga­sło, więc zno­wu je za­pa­lił. Po raz pierw­szy, od­kąd po­li­cjan­ci we­szli do miesz­ka­nia, po­czuł, że z kimś roz­ma­wia. Ale po­wie­dział tyl­ko:

– Chciał­bym, ale nie­ste­ty nie mam.

Na ich drzwiach, in­a­czej niż na po­zo­sta­łych, nie było ta­blicz­ki z na­zwi­skiem, tyl­ko małe ko­lo­ro­we na­klej­ki re­kla­mo­we ślu­sa­rzy, hy­drau­li­ków i elek­try­ków oraz trój­kąt­ny ma­gnes Piz­za Cen­tro. A po­li­cjant­ka na­wet nie za­py­ta­ła o na­zwi­sko.

Pod­czas ką­pie­li Ela­ia Ze’ew za­py­tał Mi­kal niby od nie­chce­nia:

– No i o co cię py­ta­li?

Zło­ści­ło go, że nie za­py­ta­ła pierw­sza, a jesz­cze bar­dziej to, że nie opo­wie­dzia­ła, o czym roz­ma­wia­ła z ofi­ce­rem. Roz­cza­ro­wa­nie wy­bo­rem Awie­go Aw­ra­ha­ma nie znik­nę­ło, a na­wet sta­ło się jesz­cze bar­dziej doj­mu­ją­ce z po­wo­du iry­tu­ją­cej wy­mia­ny zdań z po­li­cjan­tem, gdy sta­li w drzwiach.

– Na pew­no o to samo co cie­bie. Jak dłu­go znam Ofe­ra, czy za­uwa­ży­łam coś nie­zwy­kłe­go, czy wi­dy­wa­łam jego zna­jo­mych lub lu­dzi, wśród któ­rych się ob­ra­cał, i czy może oni się czymś wy­róż­nia­li.

– I co po­wie­dzia­łaś?

– Że nie. Że w cią­gu roku da­łeś mu kil­ka pry­wat­nych lek­cji u nie­go w domu. Że u nas w domu nie by­wał i że mó­wi­li­śmy so­bie rap­tem „dzień do­bry” i „do wi­dze­nia”, kie­dy spo­ty­ka­li­śmy się na klat­ce scho­do­wej. Może raz za­py­ta­łam go, jak mu idzie an­giel­ski, czy coś ta­kie­go. Po­wie­dzia­łam, że wy­da­je mi się, że sły­sza­łam do­cho­dzą­cą z ich miesz­ka­nia dys­ku­sję czy awan­tu­rę w tym ty­go­dniu, dość póź­no, i chy­ba to było przed­wczo­raj, we wto­rek wie­czo­rem, na dzień przed jego znik­nię­ciem, ale że nie mam po­ję­cia, o co się kłó­ci­li, i czy mia­ło to zwią­zek z Ofe­rem. Może to była awan­tu­ra mię­dzy ro­dzi­ca­mi.

To była pią­ta nie­spo­dzian­ka.

– Na­praw­dę coś sły­sza­łaś?

– A po co mia­ła­bym to wy­my­ślać? Ty nie sły­sza­łeś? – Ro­ze­śmia­ła się.

– Nie pa­mię­tam. Może już spa­łem. Może to le­cia­ło w te­le­wi­zji?

– Wiesz co, może tak było.

Zje­dli lek­ką ko­la­cję, oglą­da­jąc Ko­chaw no­lad2, po tym, jak Mi­kal uło­ży­ła Ela­ia do snu. W wia­do­mo­ściach nic nie po­wie­dzia­no. Mi­kal wró­ci­ła na bal­kon, a Ze’ew sie­dział w sa­lo­nie i otwo­rzył Na pla­ży Che­sil Iana McE­wa­na, me­lan­cho­lij­ną książ­kę, bar­dzo krót­ką, o ży­ciu, któ­re w jed­nej chwi­li, z po­wo­du mil­cze­nia, zgorzk­nia­ło. Czy­tał ją od kil­ku dni, krót­ki­mi frag­men­ta­mi, i za każ­dym ra­zem wy­peł­niał go smu­tek. Za­no­to­wał so­bie ską­pe in­for­ma­cje na te­mat bry­tyj­skie­go au­to­ra, któ­re­go wcze­śniej nie znał. Elai za­czął po­pła­ki­wać i Ze’ew po­szedł do jego po­ko­ju i z po­wro­tem wło­żył mu smo­czek do buzi. Od­mó­wił wy­pi­cia ostat­niej fi­li­żan­ki her­ba­ty. Cze­kał na ofi­ce­ra Aw­ra­ha­ma, miał za­miar wy­pić z nim kawę. Spo­dzie­wał się po tym dniu cze­goś wię­cej. Miał tak dużo do po­wie­dze­nia. Sły­szał gło­sy na klat­ce, ja­cyś lu­dzie wcho­dzi­li i scho­dzi­li, ale nie zdo­łał się zo­rien­to­wać, czy cho­dzi­ło o po­szu­ki­wa­nie Ofe­ra, czy o zwy­kłe co­dzien­ne spra­wy.

Są­sie­dzi wcho­dzi­li i wy­cho­dzi­li, za­dzwo­nił dzwo­nek, ktoś po­wie­dział: „To ja”. Drzwi trza­snę­ły, świa­tło za­pa­li­ło się i zga­sło. Na ze­wnątrz uby­wa­ło sa­mo­cho­dów. Po je­de­na­stej w domu za­pa­no­wa­ła ci­sza. Aw­ra­ham nie przy­szedł. Ze’ew od­sta­wił do ku­chen­nej szaf­ki dwie czy­ste fi­li­żan­ki, któ­re wcze­śniej usta­wił na bla­cie, prze­brał się w ła­zien­ce, umył zęby i po­szedł do łóż­ka. Mi­kal we­szła do sy­pial­ni chwi­lę po nim, tak jak za­wsze, nadal ubra­na. Roz­ło­ży­ła pi­ża­mę na łóż­ku, ro­ze­bra­ła się, po­wo­li wło­ży­ła pi­ża­mę, sto­jąc na­prze­ciw­ko nie­go, ob­ser­wo­wa­ła go, gdy czy­tał. Nie pod­niósł wzro­ku znad książ­ki, jak­by nic nie wi­dział, gdy zdej­mo­wa­ła sta­nik. Było w tym coś ob­sce­nicz­ne­go. Jak­by roz­bie­ra­ła się przed inną oso­bą, przed kimś, kogo jesz­cze nie zna­ła. Za­py­ta­ła:

– My­ślisz o Ofe­rze?

– Tak.

– Co my­ślisz?

– Że może włą­czę się w po­szu­ki­wa­nia. Je­śli będą pro­wa­dzić je w week­end. Zo­sta­wię Ela­ia u two­jej mat­ki albo we­zmę ze sobą w no­si­deł­ku.

– My­ślisz, że Ofer uciekł z domu?

– Nie wiem. Chy­ba jesz­cze nie jest na tyle sa­mo­dziel­nym i sil­nym chłop­cem. Trze­ba mieć wie­le siły, by uciec. To bę­dzie dru­ga noc, od­kąd znik­nął, musi gdzieś spać.

Jego sło­wa wstrzą­snę­ły nią.

– Bied­na jego mat­ka, nie mogę so­bie wy­obra­zić, jak ona te­raz się czu­je. Dwie noce nie wie­dzieć, gdzie jest twój syn. To strasz­ne.

Ze’ew za­snął przed nią. Bar­dzo szyb­ko za­sy­piał. W jed­nej chwi­li jest jesz­cze przy­tom­ny, a już w na­stęp­nej jego oczy się za­my­ka­ją. Wi­dzia­ła, że spo­koj­nie od­dy­cha, po­szła więc do po­ko­ju Ela­ia, spraw­dzić, czy jest przy­kry­ty. Sy­nek wzdy­chał, wy­cią­gał do niej ręce, gdy otu­la­ła jego małe ciał­ko ko­cem, i mam­ro­tał coś przez sen.