Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Chłopiec, który nie miał dokąd pójść ebook

Casey Watson  

5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 294 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chłopiec, który nie miał dokąd pójść - Casey Watson

Widział śmierć matki, był katowany przez ojca, rzucił się z nożem na macochę…


„Casey, przyjedź na posterunek policji. Jedenastolatek ugodził nożem macochę. Nie ma się nim kto zająć…”
W ten sposób Casey poznaje Tylera. Od początku czuje, że musi zrobić dla niego wszystko, co w jej mocy. Chłopak ma ataki wściekłości i niszczycielskiej furii, próbuje nawet zaatakować Casey.
Jakie cierpienie kryje się za jego agresją? Casey stopniowo dowiaduje się prawdy…
Kiedy Tyler miał trzy lata, jego matka heroinistka zmarła z przedawkowania – na jego oczach. Tylera znaleziono dwa dni później, wycieńczonego i  przerażonego. Przekazano go ojcu, który go nie chciał i macosze, która go biła.
Chociaż potworna przeszłość ciąży na życiu chłopca, Casey i jej mąż Mike nie zamierzają z niego zrezygnować. Są jego ostatnią szansą i zawzięcie walczą o to opuszczone dziecko. Lecz nagle wydarza się tragedia…

Opinie o ebooku Chłopiec, który nie miał dokąd pójść - Casey Watson

Fragment ebooka Chłopiec, który nie miał dokąd pójść - Casey Watson

Redaktor serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Jacek Złotnicki

Małgorzata Lach

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Tammy Fullum/Signature/iStock

Tytuł oryginału

Nowhere to Go

Copyright © Casey Watson 2014

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. under the title Nowhere to Go

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5850-8

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Wszystkim

Rozdział 1

Rodziców traktuje się jak coś oczywistego, prawda? Może nieświadomie i nie w tym znaczeniu, że ich się nie ceni. Może pragnąc czuć się bezpiecznie, człowiek stara się zawczasu za wiele nie myśleć o tym, że kiedyś ich zabraknie? Ale dziś było inaczej.

Dzisiaj nie miałam wyjścia. Dzisiaj musiałam o tym myśleć, i to było straszne. Byłam przestraszona, bo właśnie zawiozłam ojca do szpitala na poważną operację jelit. Powiedziano nam, że to rutynowy zabieg i że nie powinniśmy się martwić, ale jak tu się nie martwić w takiej sytuacji? Mama była przerażona, że tata może umrzeć po podaniu narkozy, to znaczy jeszcze zanim zaczną go operować. Mimo wielu moich zapewnień i optymizmu dręczyło ją tak wiele scenariuszy – „a co będzie, jak…?” (wszystkie, oczywiście, były negatywne) – że naprawdę musiałam mocno się starać, aby ją uspokoić.

Zostawiłam ją z robótką na drutach – dziergała właśnie kocyk do łóżeczka dla najmłodszej prawnuczki – i obiecałam, że przyjadę, jak tylko tata wyjdzie z sali operacyjnej, a później, o ile wszystko będzie dobrze, zawiozę ją do domu.

I było dobrze. Cóż, przynajmniej dopóki nie wyszłam poza rozsuwane szpitalne drzwi, a wtedy nie mogłam już nic zrobić i wybuchłam płaczem. Chciałam wbiec do środka, żeby się przytulić i żeby oboje zrobili to, co zawsze, kiedy życie stawało się trudne, czyli powiedzieli: „Nie martw się, skarbie, wszystko będzie dobrze”.

Najgorszy był widok taty na szpitalnym łóżku. Nigdy nie był olbrzymem – to po nim odziedziczyłam moje metr pięćdziesiąt w kapeluszu – ale teraz wyglądał boleśnie mizernie. Może nie krucho, ale był zdecydowanie drobniejszy i osłabiony. I nic dziwnego, miał siedemdziesiąt lat i od długiego czasu zmagał się z chorobą.

Przestań, ofuknęłam się ostro i wysmarkałam nos. Wsiadaj do auta, jedź do domu, spotkaj się z córką, wypij kawę, ale przede wszystkim się uspokój. Nic mu nie będzie.

Niewiele brakowało, żebym sama siebie utwierdziła w przekonaniu, że naprawdę tak się stanie, ale chyba trochę się oszukiwałam, bo kiedy przy zjeździe z autostrady zadzwoniła moja komórka, od razu pojawiła mi się w głowie myśl: O Boże, co się stało?

Nic, ty głupia panikaro, powiedziałam sobie, zjeżdżając pierwszym zjazdem na lewo i szukając bezpiecznego miejsca, w którym mogłabym się zatrzymać. Przecież dopiero zdążyli mu pobrać krew, prawda? Więc może to mama szuka pocieszenia z jakąś niecierpiącą zwłoki prośbą albo inną ważną sprawą, jak czyste chusteczki, najlepsza piżama dla taty na zmianę albo najnowszy egzemplarz „The People’s Friend”.

Ale to nie była mama. Złapałam się na tym, że się uśmiecham, kiedy spojrzałam na wyświetlacz. Nieodebrane połączenie było od koordynatora mojej rodziny zastępczej, Johna Fushlawa. Nie słyszeliśmy się od jakiegoś czasu, bo na trochę wycofałam się z obowiązków; zeszłego lata wypuściliśmy spod naszych skrzydeł wychowanka i z powodu ciąży mojej córki Riley i ciężkiego stanu taty postanowiliśmy, że jako rodzina zastępcza zrobimy sobie chwilę przerwy. Od tamtej pory udzielaliśmy tylko niewielkiej doraźnej pomocy.

Był koniec maja – odkąd odeszło od nas ostatnie dziecko, Emma, minął prawie rok. Córeczka Riley, Marley Mae, urodziła się szczęśliwie w kwietniu, tacie w końcu wyznaczono termin operacji, a ja zdążyłam już porozmawiać z moim mężem Mikiem o tym, by zaproponować Johnowi, że latem wracamy do gry.

Wcisnęłam przycisk i pomyślałam, że chyba jest stuknięty, skoro dzwoni o takiej porze. Oszalał czy co? Całkiem możliwe.

– Och, Casey! – przywitał mnie, jakbym właśnie wróciła z Marsa. – Dzięki, że tak szybko oddzwoniłaś. Martwiłem się, że może jesteś na wakacjach…

Roześmiałam się.

– Niestety, John, nie ma szans.

– To dobrze – powiedział. – Bardzo dobrze. Nie zrozum mnie źle, ale cieszę się, że jesteś na miejscu. Masz czas?

– Prawdę mówiąc, Mike i ja całkiem niedawno rozmawialiśmy…

– Nie, nie. Chodzi mi o to, czy masz czas w tym momencie. Mamy trudną sytuację.

– Właśnie jechałam do domu. – Opowiedziałam mu o tacie.

– Tak mi przykro, Casey, to chyba nie jest dla ciebie najlepszy okres. Może rozejrzę się za kimś innym, kto mógłby mi pomóc.

Słychać było, że jest przygnębiony.

– Nie, John, powiedz mi, co to za sytuacja.

– Naprawdę, Casey? Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Naprawdę – przytaknęłam, wyczuwając nową barwę w jego głosie, którą po wielu latach współpracy odbierałam jako oznakę tego, że zaciska kciuki i palce u nóg przy okazji. – John, pomogę, jeżeli tylko będę w stanie. Wiesz o tym. Szczerze mówiąc, dobrze się składa, bo będę mogła zająć myśli czymś innym. Inaczej chodziłabym po domu w tę i z powrotem i zadręczała się, co z tatą. Więc mów, co to za sytuacja.

– Jestem na policji – oznajmił.

– Na komisariacie? Mam przyjechać i wpłacić kaucję?

– Przydałaby się karta „Wychodzisz z więzienia” – zażartował. – Ale nie chodzi o mnie. Chodzi o Taylera, chłopca, który jest tu ze mną. Ma jedenaście lat. Pchnął nożem macochę. Nie ma dokąd pójść.

– O Boże. – Mój mózg włączył się do akcji. – To nie brzmi za dobrze.

– I nie wygląda dobrze. Już mnie tu ściągnął pracownik opieki. Chłopaka przesłuchano, przedstawiono mu zarzuty, a teraz trzeba go gdzieś umieścić. Problem w tym, że nie wiadomo gdzie.

– Potrzebujesz domu tymczasowego?

– Nie. To znaczy tak, jeśli okaże się to konieczne. Ktoś już nad tym pracuje, ale potrzebujemy, żebyście na razie wzięli go z Mikiem do siebie, bo w tej chwili jest skazany na ulicę. Coś mi się wydaje, że tego chłopaka, nie możemy, hm, umieścić gdziekolwiek. Ale wiesz, możesz odmówić, Casey, masz w tej chwili sporo na głowie…

– Jest aż tak zły?

– Nie będę owijał w bawełnę. Na pewno stanowi wyzwanie, więc…

Właśnie dlatego zadzwonił do mnie, a nie do kogoś innego.

– Mam przyjechać? – spytałam.

– Jesteś pewna, że chcesz?

Roześmiałam się.

– W tej chwili niczego nie jestem pewna, John. A nawet gdybym była, najpierw musiałabym porozmawiać Mikiem. I nie ma mowy, żebym wzięła go od razu, bo najpierw muszę się dowiedzieć, czy tata pomyślnie przeszedł operację.

– No tak, jasne – powiedział John. – Nie ma sprawy. Doskonale cię rozumiem.

– Ale chyba nic się nie stanie, jeżeli poznam tego chłopaka, co?

Owszem, stanie się, pomyślałam, uruchamiając silnik i wjeżdżając z powrotem na drogę w kierunku komisariatu. Czułam, jak mózg mi pracuje, był już nieźle przegrzany. Jedenastolatek, macocha, chłopak nie ma dokąd pójść. Ciągnęło mnie jak ćmę do światła.

Zanim dojechałam na policję, zaparkowałam i zameldowałam się u dyżurującego policjanta, nastrój znacząco mi się odmienił. Owszem, tata był na sali operacyjnej i przechodził poważny zabieg, ale był w doskonałej formie, a operacja była rutynowa. Wierzyłam w to, co usłyszałam – wszystko będzie dobrze.

Usiadłam na jednym z dwóch tapicerowanych krzeseł w poczekalni i wyjęłam telefon, żeby napisać do Riley i dać jej znać, że coś mnie zatrzymało. Tylko co?, zastanawiałam się.

Jakiego dzieciaka ma zamiar przedstawić mi John? Na pewno takiego, który jest wyzwaniem, tyle zdążył powiedzieć. I z pewnością tak będzie, bo właśnie do opieki nad takimi dziećmi zostaliśmy przeszkoleni z Mikiem. Parę razy trafiło nam się słodkie, posłuszne dziecko – jedno albo dwoje, które były aniołkami – ale nie na tym polegało nasze zadanie. Byliśmy specjalistycznymi opiekunami zastępczymi i nasza praca polegała na opiece nad dzieciakami, które wykorzystały już swoje dziewięć żyć, nad takimi, które były za trudne na to, żeby mogły marzyć o stałym domu zastępczym, zwykle z powodu emocjonalnych urazów, jakie odniosły w swoim krótkim życiu, i koszmarnego zachowania, jakie w konsekwencji przejawiały. Nasze zadanie polegało na tym, żeby poddać je intensywnemu programowi wychowawczemu, tak żeby mogły zmierzyć się ze swoimi demonami, żeby nauczyły się panować nad emocjami i, w miarę możliwości, zbudowały poczucie własnej wartości. To właśnie dzięki temu w końcu stawały się lepszymi kandydatami do rodziny zastępczej, a w dalszej perspektywie lepiej radziły sobie w życiu.

Zajmowaliśmy się tym od kilku dobrych lat – wychowywaliśmy dzieci, którym zabrakło wychowania, jak głosił slogan instytucji, w której byliśmy zrzeszeni. I chociaż wiele w tym czasie widzieliśmy, na ogół rzeczy smutnych i wstrząsających, zawsze byłam przygotowana na to, że coś nowego może mnie zaskoczyć. Zastanawiałam się więc, jaki okaże się ten chłopiec.

Okazało się, że jest wściekły.

– Przygotuj się – uprzedził John, kiedy przyszedł, żeby zabrać mnie do pokoju przesłuchań, w którym nadal trzymano chłopca. – Parafrazując pewną reklamę, drzemie w nim zwierzę.

Opowiedział też o nim w skrócie, zanim weszliśmy do środka. Wyglądało na to, że w czasie kłótni z macochą wymachiwał nożem – takim prawdziwym, do mięsa – i groził, że ją zabije. Próbowała mu go odebrać i podobno powiedziała, że spuści mu lanie, jak tylko go rozbroi, czym rozjuszyła go jeszcze bardziej i według niego tak właśnie doszło do tego, że przypadkiem dźgnął ją w rękę.

– Oczywiście jej wersja jest całkiem inna – powiedział John. – Uważa, że z całą pewnością nie zrobił tego przypadkiem, i kategorycznie twierdzi, że złoży na niego doniesienie.

– Rana jest poważna? – spytałam.

– Nie – odpowiedział John. – Dzięki Bogu. Zwykła rana kłuta, sanitariusze ją zdezynfekowali, a potem zabrali kobietę do szpitala. Założyli jej tylko kilka plastrów szyjących, z tego, co wiem.

– Więc ona pojechała do szpitala, a jego policja przywiozła tutaj?

John kiwnął głową.

– Ona twierdzi, że to koniec. Nie chce go widzieć w domu. Nie ma mowy, nie ma szans.

– Chłopak ma ojca?

– Ma, ale chyba trzyma stronę żony. Jest też przyrodni brat. O wiele młodszy. Syn macochy.

Więc tak się sprawy mają, pomyślałam. Wymieniliśmy wymowne spojrzenia. John, jak widać, był tego samego zdania.

Decyzja o przygarnięciu nowego dziecka powinna być starannie przemyślana. Rodzic zastępczy otwiera nie tylko siebie, ale także rodzinę i dom na obcego człowieka. Małego człowieka, to prawda, który nie jest seryjnym zabójcą ani nikim takim – ale mimo wszystko jest obcy i nie wiadomo o nim prawie nic, a ta niewielka wiedza, którą się posiada, jest bardzo subiektywna. Tak jak w tej sytuacji: pchnięcie było przypadkowe czy nie? Świadków nie ma, więc komu powinniśmy wierzyć?

W normalnych okolicznościach proces przebiegałby wieloetapowo: wstępne spotkanie, a jeżeli wypadnie pomyślnie, oficjalne spotkanie przed przyjęciem dziecka, w którym biorą udział potencjalni rodzice zastępczy, pracownik koordynujący, pracownik opieki społecznej zajmujący się dzieckiem i, oczywiście, samo dziecko.

Dopiero wtedy, pod warunkiem, że wszystkie strony się zgadzają, dziecko się wprowadza i oficjalnie zostaje przyjęte do rodziny.

W praktyce rzadko tak to wyglądało. Owszem, etapy miały na ogół miejsce, ale rzadko w należytej kolejności, a prawda była taka, chociaż się do tego nie przyznawałam, że decyzję w sprawie dziecka podejmowałam zwykle w ciągu kilku minut, żeby nie powiedzieć sekund, od momentu poznania. I jak na razie, mimo że wszystkie dzwonki alarmowe dźwięczały mi w uszach, decyzja brzmiała podobnie. Tak.

Tyler był pięknym chłopcem. Atramentowe włosy opadały na ciemnobrązowe oczy i gęste rzęsy. Miał oliwkową cerę, był szczupły, ale mocno zbudowany. Romska krew? Grecka? Może włoska? Nie wiedziałam, jakie ma korzenie, ale nie ulegało wątpliwości, że kiedy dorośnie, będzie łamał kobietom serca. Może nawet już je łamie? Miał na sobie pogniecioną czarną koszulkę, bojówki z obniżonym krokiem (podarte) i parę bez wątpienia modnych, ale bardzo zniszczonych tenisówek. Powinien wyglądać jak niechlujny jedenastolatek, ale na jego zgrabnej sylwetce strój prezentował się niemal stylowo.

Za to słowa, które wychodziły z jego ust, nie były stylowe ani romantyczne.

– Zabieraj ode mnie te pieprzone ręce! – wrzeszczał, kiedy weszliśmy z Johnem do pokoju przesłuchań. – Nie mam zamiaru siadać, do cholery jasnej?

– Siadaj! – warknął policjant stojący najbliżej niego, wciskając go z całej siły w drewniane krzesło, na którym siedział wcześniej, w czasie przesłuchania. W pokoju był także drugi funkcjonariusz i pracownik opieki społecznej, którego twarz skądś pamiętałam – może z jakichś ćwiczeń albo zebrania – mężczyzna w średnim wieku, lekko spocony i wyglądający na przerażonego.

– A, John – powiedział policjant, który przedstawił się jako Matlock, i wpuścił nas pośpiesznie do pokoju. – Pani pewnie nazywa się Watson?

Skinęłam głową.

– Casey – powiedziałam, ściskając rękę, którą do mnie wyciągnął. Miałam dodać: „Miło mi pana poznać”, ale chłopiec, który był epicentrum tego małego trzęsienia ziemi, nie pozwolił mi na to.

– A to kto, do cholery?! – wrzasnął, znów zrywając się z krzesła, które przewróciło się na ziemię.

– Trochę szacunku, chłopcze! – warknął ten sam policjant, a Tyler spojrzał gniewnie na mnie i Johna. – I podnieś to cholerne krzesło!

To rozjuszyło młodego winowajcę jeszcze bardziej, bo zamiast je podnieść, potraktował je jak piłkę nożną i kopnął tak mocno, że poleciało przez podłogę.

Pracownik opieki społecznej się skrzywił.

– Tyler, przestań! – błagał. – Zachowuj się! Tylko pogarszasz swoją sytuację, nie rozumiesz?

Na tę trafną uwagę Tyler zareagował odpowiednio – ponownie kopnął krzesło. A potem, najwyraźniej zadowolony z efektu, jaki osiągał, zamachnął się nogą i kopnął energicznie po raz trzeci.

Nieznany mi jeszcze policjant – nie było czasu na to, żeby się przedstawiać, nie mówiąc już o wymianie uprzejmości – podniósł krzesło, po czym jednym płynnym ruchem, przechodząc tuż obok pracownika opieki społecznej, obrócił je i wsunął pod stół do przesłuchań.

– Dość tego! – ryknął, chwytając chłopca za rękę i odwracając do siebie, ale jedenastoletni Tyler najwyraźniej obdarzony był imponującą siłą, bo po chwili wyswobodził się z uścisku. Dalej kopał, tym razem mierząc w golenie policjanta, a nie w nogi krzesła. Matlock rzucił pośpiesznie „przepraszam”, ominął mnie i obszedł stół, żeby pomóc koledze ujarzmić rozszalałego byka na tyle, by odprowadzić go na miejsce.

– Pierdol się! – wrzasnął Tyler do pierwszego policjanta i znów został siłą posadzony na krześle. – I ty też się pierdol! – dodał, zwracając się do drugiego.

Później, kiedy John próbował pomóc pracownikowi opieki nad nim zapanować, rzucił wiązankę, jakiej dawno nie słyszałam z ust dziecka w jego wieku, a wszystko zakończył splunięciem, niemal trafiając w pracownika opieki, i szczerym: – Pan też niech się pierdoli, panie Burns!

Zareagowałam na to wszystko, szczerze mówiąc, nieco nietypowo. Owszem, zdawałam sobie sprawę, że sytuacja jest poważna, ale było w tym wszystkim coś żywcem wyjętego z Keyston Cops – dwóch policjantów skaczących w tę i z powrotem starało się złapać dzieciaka, który uciekał przed nimi dookoła stołu, a pracownik opieki stał, załamując ręce – że zupełnie bezwiednie, i wcale tego nie chcąc, parsknęłam głośnym śmiechem.

Sama byłam zaskoczona tym, co wydobyło się z moich ust (skąd, u licha, się to wzięło?), a na Tylerze moja reakcja zrobiła piorunujące wrażenie. Nie wiedziałam, dlaczego nagle nie mogłam powstrzymać się od chichotu – może dlatego, że zszedł ze mnie cały stres związany z operacją taty? Nie wiedziałam, ale wyglądało na to, że uzyskałam oczekiwany skutek.

Bo Tyler był tak oszołomiony obłąkaną kobietą, którą do niego sprowadzono, że przestał się rzucać i pozwolił posadzić się na krześle.

– A to kto, do cholery? – powtórzył.

Robert De Niro, pomyślałam. Dokładnie, wyglądał jak bardzo młody Robert De Niro. To dlatego przypominał mi rozwścieczonego byka. Chociaż w tej chwili przywodził mi na myśl również inną postać. Fikcyjną. Chyba nie byłam w stanie nad tym zapanować.

– Przepraszam – powiedziałam, robiąc wszystko, żeby się za bardzo nie uśmiechać, żeby znów go nie rozwścieczyć. – Jestem Casey, tak w ogóle. Wiesz, przez chwilę strasznie przypominałeś mi Barta Simpsona, kiedy powiedziałeś: „Niech się pan pierdoli, panie Burns!” Przepraszam – powtórzyłam. – Po prostu rozśmieszyło mnie to.

Zerknęłam na obu policjantów, którzy razem z bezradnym pracownikiem opieki przyglądali mi się z niedowierzaniem na twarzy.

– Przepraszam – wymamrotałam po raz trzeci. – Nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

Tyler przyglądał mi się badawczo.

– Dlatego, że to półgłówek – stwierdził rzeczowo.

– No! – powiedział John. – Od czego zaczynamy?

Rozdział 2

W końcu zaczęliśmy, jak to jest w zwyczaju, a czego do tej pory nie byliśmy w stanie zrobić, od przedstawienia się. Dowiedziałam się, że przerażony kolega Matlocka nazywa się Harper, a nieszczęsny pracownik opieki o nazwisku Burns miał akurat dyżur i został wezwany, żeby zająć się sytuacją, bo pracownica opieki, która zajmowała się Tylerem, przebywa na urlopie macierzyńskim. Oni w końcu dowiedzieli się, kim jestem i po co się tu zjawiłam, a chociaż ta informacja dla dorosłych obecnych w pokoju z całą pewnością nie była niczym niezwykłym, Tylera wprawiła w lekką konsternację.

Ustawiliśmy krzesła w nierównym półkolu wokół stołu, a on włożył kurtkę w stylu parki, która wisiała na wieszaku, naciągnął kaptur na głowę i próbował ukryć twarz. Odsunął swoje krzesło do tyłu, żeby nie włączać się do grupy. Mimo to przyglądał mi się wnikliwie.

– Wracając do Jenny – odezwał się John, zerkając na podniszczony notatnik. – Pracuje z rodziną od ponad roku. – Odwrócił się do mnie. – Dam ci później kopię jej notatek, Casey – dodał. – W jej zastępstwie sprawą będzie się zajmował Will Fisher.

Skinęłam głową. Kolejny pracownik opieki, którego nazwisko brzmiało znajomo, ale nie byłam pewna, czy miałam z nim do czynienia.

– W porządku – powiedziałam, spoglądając z uśmiechem na Tylera. Ale kiedy nasze spojrzenia się spotkały, chłopiec natychmiast spuścił głowę.

– Tak naprawdę chodzi o to, żeby znaleźć dom dla tego mistrza wojownika – dodał Matlock, zwracając się głównie do mnie. – W obecnej sytuacji rodzice nie mogą wziąć go do domu.

Zauważyłam dyplomatyczne „nie mogą” zamiast „nie chcą”, które, z tego, co mówił John, było oczywistą prawdą.

– Ona nie jest moim pierdolonym rodzicem! – wrzasnął Tyler. – Nigdy nie była i nigdy nie będzie! To pierdolona jędza, która mnie zawsze nienawidziła!

Pan Burns odwrócił się na krześle.

– W porządku, synu. Uspokój się, żebyśmy mogli porozmawiać – powiedział.

Ups, pomyślałam, pamiętając niedawną uwagę Tylera. Tego słowa chyba lepiej unikać. Nie pomyliłam się.

– Twoim pierdolonym synem też nie jestem, dupku! – warknął.

Znów to samo. Dzyń, dzyń. Runda druga.

Na szczęście tym razem Tyler nie miał już energii na fizyczne zmaganie się z oprawcami, ale przez kolejnych mniej więcej dwadzieścia minut, kiedy omawialiśmy szczegóły, każdą kontrowersyjną uwagę ubarwiał swoją trafną oceną. Chociaż o jego sytuacji dowiedziałam się niewiele (nic dziwnego, na więcej nie pozwalała rozmowa w jego obecności), z obserwacji wiedziałam jedno: był to bardzo rozzłoszczony chłopiec z dużymi problemami.

Czas upływał nam głównie na czekaniu na telefon, że znaleziono dla niego dach nad głową na kilka najbliższych dni. W końcu pukanie do drzwi oznajmiło, że chyba się udało.

– Załatwione – powiedziała policjantka, która dyżurowała w recepcji, kiedy przyszłam na komisariat. – Małżeństwo Smithów. Bardzo mili. Powiedzieli, że z przyjemnością przyjmą Tylera. Ale tylko na parę dni – dodała, marszcząc lekko czoło – bo za tydzień wyjeżdżają na wakacje. Kazałam im przyjeżdżać. W porządku?

– Tak – odparł John, kiwając głową. – Doskonale. Bardzo dziękuję. Dobrze, więc przynajmniej tę kwestię mamy rozwiązaną. – Odwrócił się do mnie. – To jak, Casey – spytał, ze znajomą miną: „no i?” – mogę na ciebie liczyć?

Spojrzałam na Tylera, który, podobnie jak John, wypatrywał mojej reakcji i znów spuścił głowę, kiedy natrafił na mój wzrok.

– No, Barcie Simpsonie – powiedziałam, zmuszając go, żeby znów spojrzał mi w oczy. – Jak się zapatrujesz na to, żeby zamieszkać u mnie na jakiś czas? Będę musiała porozmawiać z mężem, ma na imię Mike, ale on na pewno będzie szczęśliwy, że w domu będzie o jednego chłopaka więcej. Więc co ty na to?

Tyler zdążył tak bardzo schować się w kapturze, że wyglądał w tej chwili, jakby wyzierał zza krzaków.

– Wisi mi to – odpowiedział, wyraźnie mniej zaczepnie niż do tej pory.

Serce mi krwawiło. Miał jedenaście lat i siedział na komisariacie w sali przesłuchań, rozmawiali o nim obcy, a co najgorsze, nie mógł wrócić do domu. Nie miało znaczenia, że nazywał macochę jędzą. Nie wracał do domu. Teraz, kiedy adrenalina opadła, ten fakt chyba zaczynał do niego docierać. Nic dziwnego, że wyglądał jak balon, z którego spuszczono powietrze. Uśmiechnęłam się do niego i zwróciłam się do Johna.

– Przyjmuję to za zgodę – powiedziałam. – Zadzwoń do mnie później, John, dobrze? Na pewno coś wymyślimy.

– Dzięki, Casey – odrzekł John, przeczesując dłonią włosy. Poklepał mnie po ramieniu znajomym gestem bez słów. Wiedziałam, że to znaczy, że nie miał żadnego innego rozwiązania i jest mi wdzięczny.

– W porządku. – Wstałam z krzesła. – W takim razie jadę. Do zobaczenia wkrótce, Tyler – dodałam, ruszając w stronę drzwi. Nie było odpowiedzi, ale kiedy się odwróciłam przed wyjściem, ruch jego kaptura powiedział mi, że przygląda się, jak wychodzę.

Co może sobie myśleć o swojej macosze jędzy? A o mnie? Pewnie kojarzę mu się z czarownicą, zgadywałam. W końcu mam długie czarne włosy.

– Hm, co się stało z tymi hasłami: „Och, jak cudownie spędzić ten czas z wnukami”? – dopytywał Mike cztery godziny później, kiedy zrelacjonowałam mu mój dziwny dzień ze szczegółami.

Dziwny, ale intrygująco podnoszący na duchu, kiedy się dobrze zastanowić. Do tej chwili, trzeba to powiedzieć, buzowałam. Tata się obudził i czuł się świetnie, mama przestała się martwić i zajmowała się nim (to znaczy raczej plątała się pielęgniarkom pod nogami, niech ją Bóg błogosławi), a perspektywa przyjęcia chłopca, którego wcześniej poznałam, zamieniła się z możliwości w prawdopodobieństwo, a później w żelazną pewność – przynajmniej w mojej głowie. Nadal musiałam przekonać Mike’a. Który ciągnął swoje.

– A kto mówił: zróbmy sobie parę miesięcy przerwy? Chyba masz bardzo krótką pamięć, moja droga…

Miał rację. Mówiłam tak. I wtedy naprawdę tak myślałam. Ale wiedziałam, że sam fakt, że Mike się ze mną droczy, jest Bardzo Dobrym Znakiem. Gdyby był przeciwny, nie przekomarzałby się ze mną. Zmarszczyłby czoło, jakby był zagniewany. Wiedziałam, że nie będę musiała zbytnio się wysilać, żeby go przekonać.

– Oj, przestań! – powiedziałam, rzucając poduszką w nieokreślonym kierunku, na wszelki wypadek. – Przecież minął już prawie rok. Jeżeli przerwa potrwa dłużej, prawdopodobnie będziemy musieli przejść szkolenie od nowa. A przecież nie chcemy znów marnować na nie czasu, prawda?

Wcale nie wiedziałam, czy faktycznie musielibyśmy przejść ponowne szkolenie, ale byłam prawie pewna, że nie ominęłoby nas w jakimś zakresie.

Na przykład w kwestii zdrowia i bezpieczeństwa. Przecież trzeba być na bieżąco z nowymi przepisami BHP, prawda? Więc nie do końca było to „drobnym niewinnym kłamstewkiem”, ale raczej „uwypuklaniem negatywów”, bo wiedziałam, że ten argument jest w stanie go przekonać. I nie myliłam się – na jego twarzy zaczęło malować się przerażenie. Mój mąż był postawny, asertywny i władczy, ale kiedy w grę wchodziła aktywność grupowa, robił się nieprawdopodobnie nieśmiały. A proces szkolenia opiekunów zastępczych składał się w znacznej mierze właśnie z aktywności grupowej: odgrywania ról z innymi kandydatami na opiekunów i wielu wypowiedzi na forum. Konieczność przechodzenia tego od nowa byłaby dla niego najgorszym koszmarem.

Wytarł dłonie – właśnie kończył zmywać – i przyszedł usiąść ze mną na kanapie.

– W porządku, jaki jest ten dzieciak? – spytał. – Chcę nieubarwionej prawdy. I kiedy miałby się wprowadzić?

Przez chwilę zastanawiałam się, jak przekazać moje pierwsze wrażenie, ale chociaż rozważałam na wiele sposobów, jak owinąć w bawełnę słowa „dźgnął nożem macochę” tak, żeby lekko złagodzić wydźwięk tego zdania, uświadomiłam sobie, że chyba lepiej zacząć od najgorszego, a później łagodzić sytuację.

– Nie będę cię okłamywać, kochanie – powiedziałam. – Wygląda na to, że może być z niego niezłe ziółko, jeżeli mam być szczera. Klnie jak szewc i ma temperament. Przez to…

Powiedzieć czy nie? Tak, powiedz, Casey.

– Pamiętasz Justina, kiedy u nas zamieszkał?

Mike skinął głową. Powoli.

– O, Boże.

– No właśnie, ty to powiedziałeś – odparłam, odwracając się do niego przodem i podciągając nogi pod siebie. – Chodzi mi o to, że okazał się takim kochanym dzieciakiem, prawda? Wyobrażasz sobie, co by było, gdybyśmy nie dali mu tej szansy? I przyznaj, z perspektywy czasu, czy to faktycznie było aż takie trudne?

Mike posłał mi spojrzenie, które moja mama nazwałaby bojaźliwym, i może nie bez powodu. Justin był pierwszym chłopcem, jakim się zaopiekowaliśmy, a jego potworne przeżycia (które były naprawdę nieciekawe) sprawiły, że nie tylko zbudował wokół siebie mur, ale roztoczył także wirtualny odpowiednik ogrodzenia pod napięciem – miał skłonności do rzucania się na każdego, kto próbował mu pomóc. Zachowywał się tak źle, że jego poprzedni opiekun odważył się stwierdzić, że niedługo zaczną o nim pisać w gazetach, i bynajmniej nie w pochwalnym tonie.

Przez prawie rok Justin wywracał nasze życie do góry nogami, nie tylko życie Mike’a i moje, ale całej rodziny, szczególnie naszego najmłodszego Kierona, który był wtedy nastolatkiem. Ale w końcu się udało. W końcu dotarliśmy do przyczyny wszystkiego i okazało się, że Justin jest jak każdy inny dzieciak, tyle że zraniony, smutny, porzucony i samotny, a miłość i poczucie bezpieczeństwa wpłynęły na niego pozytywnie. Rozkwitł na naszych oczach i dorósł.

Teraz, całkiem dojrzały, nadal był obecny w naszym życiu, co dowodziło, że ta miłość i poczucie bezpieczeństwa wiele dla niego znaczyły. Miłość i poczucie bezpieczeństwa działały w większości przypadków. Mogliśmy nimi obdarować również tego chłopaka i wiedziałam, że nie muszę w tym celu walić głową w mur.

– Chyba masz rację – przyznał Mike, chociaż pewnie nadal myślał: „Wyobrażaj sobie, że jesteś zastępczym ojcem i że wprowadza się do ciebie młoda miss Potter”. W każdym razie wiedziałam, że w to wchodzimy. – A jeżeli się okaże, że jest trochę nadpobudliwy, cóż, będziemy musieli być czujni – dodał. – Będziemy dłużej młodzi.

Roześmiałam się, słysząc to, chociaż kłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie denerwowałam. Młoda z pewnością nie byłam. Miałam czterdzieści siedem lat, a Mike był o rok starszy. Nie byliśmy starzy, ale myśleliśmy racjonalnie. Istnieje wiele definicji słowa „nadpobudliwy”. Biorąc pod uwagę dzieci, jakimi do tej pory się opiekowaliśmy, musiałam przyznać, że nasza definicja tego słowa prawdopodobnie różniła się od innych…

Rozdział 3

Ponieważ tymczasowi opiekunowie wyjeżdżali na wakacje kilka dni po przyjęciu Tylera, nie mieliśmy wiele czasu na to, żeby się zorganizować. Co nie było niczym nowym – na ogół przyjmowaliśmy dzieci szybko – ale biorąc pod uwagę przerwę w opiece, tym razem przygotowanie nie polegało jedynie na zaścieleniu łóżka; przede wszystkim należało to łóżko wcześniej odgruzować. Chociaż nieustannie podkreślałam znaczenie słowa „wolny pokój”, wszyscy (nawet nasze dorosłe dzieci, które już z nami nie mieszkały) przykładaliśmy się do tego, że te, które mieliśmy – w tej chwili trzy, skoro już mówimy wszystko – zamieniły się w graciarnie.

Ale właściwie byłam szczęśliwa, że musiałam zakasać rękawy i zabrać się za porządki. Nie tylko dlatego, że miałam do wykonania fizyczną pracę – która zawsze była fantastycznym pogromcą stresu – ale również dlatego, że czułam znajomy dreszczyk podniecenia, który towarzyszył nam zawsze, kiedy godziliśmy się na przyjęcie nowego dziecka. Była to radość wyzwania, niecierpliwość, żeby się dowiedzieć, co w nim drzemie. Nie ulegało wątpliwości, że ten chłopak potrzebuje na jakiś czas kochającego domu, ale poza tym wiedzieliśmy niewiele więcej, ponieważ opiekunka społeczna, która zajmowała się Tylerem, przebywała na urlopie macierzyńskim. John się postarał i udało mu się ustalić kilka faktów.

– A raczej problemów – poprawił, kiedy wpadł dzień wcześniej, a ja spytałam go, co wie poza tym, że rodzice mają na imię Gareth i Alicia. – Mieszkał z nimi, odkąd skończył trzy lata, i właściwie od samego początku były problemy.

– A wcześniej?

– Wcześniej mieszkał z biologiczną matką, która nie żyje. Zmarła z przedawkowania. Od tamtej pory mieszka u ojca i macochy.

Zmarszczyłam czoło, przyswajając tę informację. To takie smutne. Tak znajome.

– Przedawkowanie – powtórzyłam.

– Tak – potwierdził John. – Ale czy przypadkowe, czy zamierzone, tego jeszcze nie wiem. Ale się dowiem, jak tylko…

– Nie mów. Papiery przyjdą?

Uśmiechnął się szelmowsko.

– Znasz procedury, Casey. Ale nie powinno to trwać zbyt długo. Przydzielono mu nowego pracownika opieki, który musi zapoznać się z notatkami. Wiemy, że sprawa jest pilna, są zarzuty…

Ale ja byłam myślami przy tym trzylatku, którego mama przyjęła zbyt dużą dawkę narkotyku.

– Biedne dziecko. Mam nadzieję, że skoro miał trzy lata, kiedy to się wydarzyło, niewiele będzie z tego pamiętał…

– Pewnie tak – przyznał John. – Ale nie to jest głównym problemem. Z tego, co się zorientowałem, kluczowa jest tutaj jego relacja z macochą. I chyba nie bez powodu. Ma własne dziecko, prawda? Jest więcej niż pewne, że nie była szczęśliwa, że ma na głowie dzieciaka cudzej kobiety, nie sądzisz?