Chłopi - Władysław Stanisław Reymont - ebook + audiobook
Opis

Chłopi” to słynna powieść Władysław Reymonta. Pisarz otrzymał za ten utwór Nagrodę Nobla w 1924. Powieść ukazuje życie społeczności zamieszkującej wieś Lipce na przestrzeni czterech pór roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1575

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JESIEŃ.

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

ZIMA.

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

WIOSNA.

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

LATO.

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

Władysław Reymont

CHŁOPI

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano zdjęcie Władysława Reymonta.

Autor: anonim.

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-96-0

JESIEŃ.

I.

 ...Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

 — Na wieki wieków, moja Agato, a dokąd to wędrujecie, co?

 — We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany — w tyli świat!... — zakreśliła kijaszkiem łuk od wschodu do zachodu.

 Ksiądz spojrzał bezwiednie w tę dal i rychło przywarł oczy, bo nad zachodem wisiało oślepiające słońce; a potem spytał ciszej, lękliwiej jakby...

 — Wypędzili was Kłębowie, co? A może to ino niezgoda?.. może...

 Nie zaraz odrzekła, wyprostowała się nieco, powlekła ciężko starymi wypełzłemi oczami po polach ojesieniałych, pustych i po dachach wsi, zanurzonej w sadach.

 — I... nie wypędzali... jakżeby... dobre są ludzie-krewniaki. Niezgody też nijakiej być nie było. — Samam ino zmiarkowała, że trza mi w świat. — Z cudzego woza to złaź choć i w pół morza.

 Trza było... roboty już la mnie nie miały... na zimę idzie, to jakże — darmo mi to dadzą warzę, abo i ten kąt do spania?...

 A że, rychtyk, i ciołka odsadzili od maci... a i gąski, bo to już zimne nocki, trza zagnać pod strzechę — tom i zrobiła miejsce... jakże, bydlątek szkoda, Boże stworzenie też... A ludzie dobre, bo mię choć latem przytulą, kąta ani tej łyżki strawy nie żałują — że se człowiek, kiej jaka gospodyni paraduje...

 A na zimę we świat, po proszonem.

 Niewiela mi potrza, to se u dobrych ludzi uproszę i do wiesny z Panajezusową łaską przechyrlam, a jeszcze się coś niecoś grosza uścibi — to rychtyk la nich na przednowek... krewniaki przeciech...

 A jużta Jezusiczek przenajsłodszy biedoty opuścić nie opuści.

 — Nie opuści, nie — zawołał gorąco i wstydliwie wsadził jej w garść złotówkę.

 — Dobrodzieju nasz serdeczny, dobrodzieju!

 Przypadła mu do kolan roztrzęsioną głową, a łzy jak groch posypały się po jej twarzy szarej i zradlonej, jak te jesienne podorówki.

 — Idźcie z Bogiem — idźcie — szeptał zakłopotany, podnosząc ją z ziemi.

 Zebrała drżącemi rękami torby i kijaszek z jeżem na końcu, przeżegnała się i poszła szeroką, wyboistą drogą ku lasom; raz wraz tylko odwracała się ku wsi, ku polom, na których kopano kartofle, i na te dymy pastusich ognisk, co się snuły nisko nad ścierniskami, poglądała żałośnie, aż i zniknęła za przydrożnemi krzami.

 A ksiądz usiadł zpowrotem na kółkach od pługa, zażył tabaki i rozłożył brewjarz, ale oczy ześlizgiwały mu się z czerwonych liter i leciały po ogromnych, w jesiennej zadumie pogrążonych ziemiach, to po bladem niebie błądziły, lub zatrzymywały się na parobku, pochylonym nad pługiem.

 — Walek... brózda krzywa... te.... — zawołał, unosząc się nieco, i chodził już oczami, krok za krokiem za parą tłustych siwków, ciągnących pług ze skrzypem.

 Zaczął znowu bezwiednie przebierać czerwone litery brewjarza i poruszać ustami, ale co chwila gonił oczami siwki, to stadko wron, które ostrożnie, z wyciągniętemi dzióbami podskakiwały w bróździe i raz wraz, za każdym świstem bata, za każdym nawrotem pługa, podrywały się ciężko, padały zaraz na zorane zagony i ostrzyły dzióby o twarde, zeschłe skiby.

 — Walek! a śmignij no prawą po portkach, bo zostaje!

 Uśmiechnął się, bo jakoż po bacie prawa już równo ciągnęła, a gdy konie doszły do drogi, uniósł się żywo, poklepał je przyjaźnie po karkach, aż wyciągały do niego nozdrza i przyjacielsko obwąchiwały twarz.

 — Heeet-aa! — wołał śpiewnie Walek, wyciągał błyszczący jakby ze srebra pług, uniósł go lekko, pociągnął konie lejcami, że zatoczyły krótki łuk, wraził krój błyszczący w rżysko, śmignął batem, konie pociągły z miejsca, aż zgrzytnęły orczyki — i orał dalej wielki łan ziemi, co pod prostym kątem spadał od drogi po pochyłości i niby długi wątek zgrzebnych skib rozciągał się aż ku wsi, leżącej nisko i jakby zatopionej w czerwonawych i żółtawych sadach.

 Cicho było, ciepło i nieco sennie.

 Słońce, chociaż to był już koniec września, przygrzewało jeszcze niezgorzej — wisiało w połowie drogi między południem a zachodem, nad lasami, że już krze, i kamionki, i grusze po polach, a nawet zeschłe twarde skiby kładły zasię cienie nocne i chłodne.

 Cisza była na polach opustoszałych i upajająca słodkość w powietrzu, przymglonem kurzawą słoneczną; na wysokim, bladym błękicie leżały gdzie niegdzie bezładnie porozrzucane ogromne białe chmury, niby zwały śniegów, nawiane przez wichry i postrzępione.

 A pod niemi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola, niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów — misa, przez którą jak srebrne przędziwo, rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka z pod olch i łozin nadbrzeżnych. Wzbierała w pośrodku wsi w ogromny podłużny staw i uciekała na północ wyrwą wśród pagórków; na dnie kotliny, dokoła stawu leżała wieś i grała w słońcu jesiennemi barwami sadów — niby czerwonożółta liszka, zwinięta na szarym liściu łopianu, od której do lasów wyciągało się długie, splątane nieco przędziwo zagonów, płachty pól szarych, sznury miedz, pełnych kamionek i tarnin — tylko gdzie niegdzie w tej srebrnawej szarości rozlewały się strugi złota — łubiny żółciły się kwiatem pachnącym, to bielały omdlałe, wyschłe łożyska strumieni, albo leżały piaszczyste senne drogi i nad niemi rzędy potężnych topoli zwolna wspinały się na wzgórza i pochylały ku lasom.

 Ksiądz ocknął się z zapatrzenia, bo długi, żałosny ryk rozległ się gdzieś niedaleko, aż wrony poderwały się z krzykiem i skośnym rzutem leciały na kopaniska — a czarny migocący cień biegł za niemi dołem po rżyskach i podorówkach.

 Przysłonił ręką oczy i patrzył pod słońce — drogą od lasów szła jakaś dziewczyna i ciągnęła za sobą na postronku dużą, czerwoną krowę; gdy przechodziła obok, pochwaliła Boga i chciała skręcić, aby księdza pocałować w rękę, ale krowa szarpnęła ją wbok i znowu ryczeć zaczęła.

 — Na sprzedanie prowadzisz, co?

 — Ni... ino do młynarzowego bysia... a stójże zapowietrzona... Wściekłaś się, czy co! — wołała zadyszana, usiłując powstrzymać, ale krowa ją pociągnęła, że już obie gnały w dyrdy, aż kurz je zakrył obłokiem.

 A potem wlókł się ciężko po piaszczystej drodze żyd szmaciarz, pchał przed sobą taczki dobrze naładowane, bo raz w raz przysiadał i ciężko dyszał.

 — Co tam słychać, Moszku?

 — Co słychać?.. Komu dobrze, to i dobrze słychać... Kartofle chwała Bogu obrodziły, żyto sypie, kapusta będzie. Kto ma kartofle, kto ma żyto, kto ma kapustę — temu dobrze słychać! — Pocałował księdza w rękaw, założył na bok pas od taczek i pchał dalej, lżej już, bo zaczynał się spadek łagodny.

 A potem szedł środkiem drogi, w kurzawie, bo zamiatał nogami, ślepy dziad, prowadzony przez tłustego kundla na sznurku.

 A potem leciał od lasu chłopak z butelką, ale ten, ujrzawszy księdza przy drodze, okrążył go zdala i biegł naprzełaj pól do karczmy.

 To znowu chłop z sąsiedniej wsi wiózł zboże do młyna, albo żydówka pędziła stado kupionych gęsi.

 A każdy pochwalił Boga, zamienił słów parę i szedł w swoją drogę, odprowadzony życzliwem słowem i spojrzeniem księdza, któren, że już słońce było coraz niżej, powstał i krzyknął do Walka:

 — Doórz do brzózek i do domu... na nic się konie zmachają.

 I poszedł wolno miedzami, odmawiał półgłosem modlitwy i jasnem, pełnem kochania spojrzeniem ogarniał pola...

 ...Rzędy kobiet czerwieniły się na kopaniskach... rozlegał się grochot zsypywanych do wozów kartofli... miejscami orano jeszcze pod siew... stada krów srokatych pasły się na ugorach... długie popielate zagony rdzawiły się młodą szczotką zbóż wschodzących... to gęsi, niby płaty śniegów, bieliły się na wytartych, zrudziałych łąkach... krowa gdzieś zaryczała... ogniska się paliły i długie, niebieskie warkocze dymów ciągnęły się nad zagonami... Wóz zaturkotał albo pług zgrzytnął o kamienie... to cisza znowu obejmowała ziemię na chwilę, że słychać było głuchy bełkot rzeki i turkot młyna, schowanego za wsią, w zbitym gąszczu drzew pożółkłych... to znowu śpiewka się zerwała lub krzyk, niewiadomo skąd powstały, leciał nisko, tłukł się po brózdach i dołach i tonął bez echa w jesiennej szarości, na ścierniskach oprzędzonych srebrnemi pajęczynami, w pustych sennych drogach, nad któremi pochylały się jarzębiny o krwawych, ciężkich głowach... to włóczono rolę, i tuman szarego, przesłonecznionego kurzu podnosił się za bronami, wydłużał i pełzał aż na wzgórze i opadał, a z pod niego, niby z obłoku, wychylał się bosy chłop, z gołą głową, przewiązany płachtą — szedł wolno, nabierał ziarna z płachty i siał ruchem monotonnym, nabożnym i błogosławiącym ziemi, dochodził do końca zagonów, nabierał z worka zboża, nawracał i zwolna podchodził pod wzgórze, że najpierw głowa rozczochrana, potem ramiona, a wkońcu już był cały widny na tle słońca z tym samym błogosławiącym ruchem siejby; z tym samym świętym rzutem rozrzucał zboże, co jak złoty pył kolistym wirem padało na ziemię.

 Ksiądz szedł coraz wolniej, czasem przystawał, aby odetchnąć, to znowu obejrzał się na swoje siwki, to przyglądał się chłopakom, obtłukującym kamieniami ogromną gruszę, aż hurmem przybiegli do niego i, chowając ręce za siebie, całowali w rękaw sutanny.

 Pogładził ich po głowach i rzekł upominająco:

 — Nie łamcie ino gałęzi, bo na bezrok gruszek mieć nie będziecie.

 — My nie rzucalim na gruszki, ino że tam jest gapie gniazdo — ozwał się śmielszy.

 Ksiądz się uśmiechnął dobrotliwie i zaraz znowu przystanął przy kopaczach.

 — Szczęść Boże w robocie!

 — Boże zapłać, dziękujemy! — odpowiedzieli razem, prostując się, i ruszyli wszyscy do ucałowania rąk dobrodzieja kochanego.

 — Pan Bóg dał latoś urodzaj na kartofle, co? — mówił, wyciągając otwartą tabakierkę do mężczyzn. Brali sumiennie i z szacunkiem w szczypty, nie śmiejąc przy nim zażywać.

 — Juści kartofle kiej kocie łby i dużo pod krzami.

 — Ha, to świnie zdrożeją, bo jaki taki chciał będzie wsadzać do karmika.

 — Już i tak drogie; na zarazę latem wyginęły, a i do Prus kupują.

 — Prawda, prawda. A czyje to ziemniaki kopiecie?

 — A Borynowe.

 — Gospodarza nie widzę, tom i rozeznać nie rozeznał.

 — Ociec pojechali z moim ano do boru.

 — A to wy Anna, jakże się macie? — zwrócił się do młodej, przystojnej kobiety w czerwonej chustce na głowie, która, że ręce miała uwalane ziemią, przez zapaskę ujęła jego rękę i pocałowała.

 — Jakże się ma ten wasz chłopak, com go to we żniwa chrzcił?

 — Bóg zapłać dobrodziejowi, zdrów się chowa i coś niecoś bałykuje.

 — No, zostańcie z Bogiem.

 — Panu Bogu oddajem.

 I ksiądz skręcił na prawo, ku cmentarzowi, który leżał z tej strony wsi przy topolami wysadzonej drodze.

 Długo za nim spoglądali w milczeniu, na jego smukłą, pochyloną nieco postać, dopiero gdy przeszedł niskie kamienne ogrodzenie cmentarza i szedł między mogiłami ku kaplicy, co stała wpośród pożółkłych brzóz i klonów czerwonych, rozwiązały się im języki.

 — Lepszego to na całym świecie nie znaleźć — zaczęła któraś z kobiet.

 — Juści, chciały go też zabrać do miasta... żeby ociec z wójtem nie jeździli prosić biskupa, tobyśwa go i nie mieli... Kopta no, ludzie, kopta, bo do wieczora mało daleko, a ziemniaków mało wiele! — mówiła Anna, wysypując swój kosz na kupę żółcącą się na rozkopanej ziemi, pełnej zeschłych łęcin.

 Wzięli się chyżo za robotę i w cichości, że ino słychać było dziabanie motyczek o twardą ziemię, a czasem suchy dźwięk żelaza o kamień. Czasami ktoś niektoś wyprostował zgięty i zbolały grzbiet, odetchnął głęboko, popatrzył bezmyślnie na siejącego przed nimi i znowu kopał, wybierał z szarej ziemi żółte ziemniaki i rzucał do kosza, przed się stojącego.

 Ludzi było kilkanaścioro, przeważnie starych kobiet i komorników, a za nimi bieliły się dwa krzyżaki, u których w płachtach leżały dzieci, raz wraz popłakując.

 — A tak i stara poszła we świat — zaczęła Jagustynka.

 — Kto? — spytała Anna, podnosząc się.

 — A stara Agata.

 — Na żebry...

 — Juści że na żebry! Hale! nie na słodkości, ino na żebry. Obrobiła krewniaków, wysłużyła się im bez lato, to już ją puściły na wolny dech.

 — Wróci na zwiesnę, to im naznosi w torebeczkach, a to i cukru, a to i harbaty, a to i grosza coś niecoś — zaraz ją będą miłowały, każą spać w łóżku, pod pierzyną, robić nie dadzą, coby se wypoczena... A wujna, a ciotka jej mówią, póki tego ostatniego szelążka od niej nie wyciągną... A jesienią to już la niej miejsca niema w sieni, ani we chliwie. Ścierwy, psie krewniaki i zapowietrzone — wybuchała Jagustynka, i taki gniew ją przejął, że stara jej twarz posiniała.

 — Biednemu to zawsze, na ten przykład, wiatr w oczy — dorzucił jeden z komorników, stary, wynędzniały chłop z krzywą gębą.

 — Kopta no, ludzie, kopta — popędzała Anna nierada tokowi rozmowy.

 Jagustynka, że to długo nie mogła bez gadania, to spojrzała na stojącego i rzekła:

 — Te Paczesie, to stare chłopy, że jaże im już kłaki na łbach puszczają...

 — Ale, kawalery zawdy — rzekła insza kobieta.

 — A tyle dziewuch się starzeje, albo i służby szukać idzie...

 — Przeciech, a one mają cały półwłóczek i jeszcze łączkę za młynem.

 — Jusci, abo to im matka da się żenić... abo to im popuści...

 — A ktoby krowy doił, ktoby opierał, ktoby kole gospodarstwa abo i śwyń chodził...

 — Obrządzają se matula i Jagusię — bo jakże, Jagna kiej pani jaka, kiej i druga dziedziczka, ino się stroi... a myje, a w lusterku przegląda, a warkocze zaplata.

 — I patrzy ino kogoby puścić pod pierzynę, któren aby mocny! — dorzuciła znowu ze złym uśmiechem Jagustynka.

 — Józek Banachów posyłał z wódką — nie chciała.

 — Cie... dziedziczka zapowietrzona.

 — A stara ino w kościele siaduje, a na książce się modli, a na odpusty chodzi!

 — Prawda, ale czarownica to też jest; a Wawrzonowym krowom, to chto mleko odebrał, co? A jak na Jadamowego chłopaka, co jej śliwki w sadku obrywał, jakieś złe słowo powiedziała, to mu się zaraz taki kołtun zbił i tak go pokręciło, Jezus!

 — I ma tu błogosławieństwo Boże być nad narodem, kiej takie we wsi siedzą...

 — A drzewiej, kiej jeszcze krowy pasałam tatusiowe, to baczę, że takie ze wsi wyganiali — dodała znowu Jagustynka.

 — Tym się krzywda nie stanie, bo ma ją kto strzec... — i, zniżając głos do szeptu, a patrząc zukosa na Annę, co kopała na przedzie pierwszą z kraja redlinę, szeptała Jagustynka sąsiadkom:

 — A pono pierwszy do obrony, to ano chłop Hanki... cieka się on za Jagną kiej ten pies...

 — Laboga... moiściewy... cudeńka prawicie... Hale! toby już grzech i obraza boska była... — szeptały do siebie, kopiąc i nie podnosząc głów.

 A bo to on jeden... a to jak za suką, tak chłopaki za nią ganiają.

 — A bo też urodę ma, to ma; wypasiona kiej jałowica, biała na gembie, a ślepie to ma rychtyk jak te lnowe kwiatki... a mocna, że i niejeden chłop jej nie uradzi...

 — A bo to co robi, ino żre, a wysypia się, to nie ma urodna być...

 Milczały długą chwilę, bo trzeba było kartofle wysypywać na kupę.

 A potem już zrzadka pogadywały to o tem, to o owem, aż i zamilkły, bo któraś dojrzała, że od wsi rżyskiem, bieży Józka Borynianka.

 Jakoż i ta nadbiegła zziajana i już zdaleka krzyczała:

 — Hanka, a chodźcie ino do chałupy, bo krowie się cosik stało.

 — Jezus Marja, a której?..

 — A to ci graniastej... a to ci... tchu złapać nie mogę...

 — Loboga, aże mnie zatknęło, myślałam, że mojej... — zawołała z ulgą Anna.

 — Witek ją co dopiero przygnał, bo gajowy ich wypędził z zagajów. Krowa się zlachała, bo taka śpaśna... i zaraz przed oborą upadła... i ani pić nie pije, ani żreć nie żre, ino się tarza a ryczy, że loboga!

 — Ojca to niema?

 — Ni, tatulo jeszcze nie przyjechali. O Jezus, mój Jezus, taka krowa, co naraz dobrze i garniec mleka dawała. A chodźcież rychło.

 — Duchem ci lecę, w to oczymgnienie.

 Jakoż i wyjęła dziecko z płachty, nadziała mu czapeczkę z kutasikami, okręciła zapaską i poszła żywo, a taka była strwożona wieścią, że nawet nie opuściła wełniaka, zapomniała docna, aż jej odsłonięte do kolan nogi bieliły się po roli. Józka biegła przodem.

 A kopacze, każdy okrakiem nad swoją redliną, posuwali się zwolna, kopiąc leniwiej, jako że nikt nie pilił i nie poganiał.

 Słońce już się przetaczało na zachód i, jakby rozżarzone biegiem szalonym, czerwieniło się kołem ogromnem i zsuwało za czarne, wysokie lasy. Mrok gęstniał i pełzał już po polach; sunął brózdami, czaił się po rowach, wzbierał w gąszczach i zwolna rozlewał się po ziemi, przygaszał, ogarniał i tłumił barwy, że tylko czuby drzew, wieże i dachy kościoła gorzały płomieniami. A niektórzy ściągali już z pól do domów.

 Głosy ludzkie, rżenia, porykiwania, turkoty wozów coraz ostrzej brzmiały w cichem omroczonem powietrzu.

 Sygnaturka na kościele zaczęła dzwonić Anioł Pański śpiżowym świegotem, że ludzie przystawali i szept pacierzów, niby szemranie opadających listków, padał w mroki.

 Ze śpiewami a pokrzykami wesołemi, spędzano bydło z pastwisk, co ciżbą szło drogami w tumanach kurzawy, że tylko raz wraz wychylały się z niej głowy potężne i rogi krzaczaste.

 Owce pobekiwały tu i owdzie, to gęsi zerwały się z pastwisk i stadami leciały, całe w zorzach zachodu zatopione, że tylko krzyk przenikliwy znaczył je w powietrzu.

 — Ale szkoda, ta graniasta to cielna krowa.

 — I... nie na biedaka trafiło.

 — A tak i bydlątka żal, co się zmarnuje.

 — Gospodyni Boryna nie ma, to wszystko leci kiej przez sito.

 — A bo to Hanka nie gospodyni.

 — La siebie... jakby na komornem u ojca siedzą, to juści patrzą, aby ino na swoją stronę coś niecoś urwać, a ojcowego niechta pies pilnuje.

 — A Józka, że to jeszcze skrzat głupi, to i cóż poradzi.

 — Hale, albo to Boryna nie mógłby grunt oddać Antkowi, co?

 — A sam pójdzie do nich na wycug, co?... Starzyście, Wawrzku, a docna jeszcze głupi — zaczęła żywo Jagustynka. — Ho, ho, Boryna jeszcze krzepki, może się ożenić, a głupiby był, żeby dzieciom zapisywał.

 — Hale, krzepki to juści że jest, ale już ma ze sześćdziesiąt roków.

 — Nie bój się, Wawrzku, każda młódka pójdzie za niego, niechby tylko rzekł.

 — Już dwie żony pochował.

 — Niech se pochowa i trzecią. Panie Boże mu pomóż, a niech dzieciom póki żyw nie daje ni staja, ni liszki jednej, ni tyle, co trepem przydepnie. — Ścierwy, wyrychtowałyby go, kiej moje mnie. Dałyby mu wycug! że na wyrobekby chodził, z głoduby zdychał abo i na żebry po proszonem szedł. Oddaj ino co masz dzieciom — to ci oddadzą, rychtyk ci tego starczy na sznureczek, abo i na ten kamień do szyi...

 — Ludzie, a to czas do domu, mroczeje.

 — Czas, czas! słońce już zaszło.

 Pozbierali prędko motyczki, koszyki, to dwojaki od obiadów i szli wolno gęsiego, miedzą, pogadując coś niecoś, a tylko stara Jagustynka wykrzykiwała wciąż namiętnie na dzieci własne, a potem już i na wszystkich pomstowała.

 A równo z niemi jakaś dziewczyna gnała maciorę z prosiętami i śpiewała cienkim głosikiem:

Aj, nie chodź kiele woza —Aj, nie trzymaj się osi,Aj, nie daj chłopu gęby,Aj, choć cię pięknie prosi.

 — Cie, głupia, wrzeszczy, kieby ją kto ze skóry obdzierał.

II.

 Na Borynowym podwórcu, obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskiemi, a z czwartej sadem, który go oddzielał od drogi, już się zebrało dość narodu; kilka kobiet radziło i wydziwiało nad ogromną i czerwono-białą krową, leżącą przed oborą, na kupie nawozu.

 Stary pies, kulawy nieco i z oblazłą na bokach sierścią, oganiał graniastą, obwąchiwał ją, szczekał, to wypadał w opłotki i gnał dzieci na drogę, co się były wlewały na płotach i zazierały ciekawie w obejście, albo docierał do maciory, co legła pod chałupą i rozwalona jęczała cicho, bo ssały ją białe, młode prosięta.

 Hanka nadbiegła właśnie zziajana, przypadła do krowy i jęła ją głaskać po gębuli i łbie.

 — Granula, biedoto, granula! — wołała łzawo, aż buchnęła płaczem i lamentem serdecznym.

 A kobiety radziły raz wraz nowe ratowanie chorej; to sól rozpuszczoną wlewali jej w gardło, to topiony z poświęcanej gromnicy wosk z mlekiem; radził ktosik mydła z serwatką — insza znowu wołała, żeby krew puścić — ale krowie nic nie pomagało, wyciągała się coraz dłużej, niekiedy podnosiła łeb i porykiwała długo, jakby o ratunek, boleśnie, aż jej piękne oczy o białkach różowych mętniały mgłą i ciężki, rogaty łeb opadał z wysilenia, że ino wysuwała ozór i polizywała ręce Hanki.

 — A możeby Ambroży co poradził? — zaproponowała któraś.

 — Prawda, na chorobach on jest znający — zawtórowali.

 — Bieżyjno Józia. Na Anioł Pański dzwonili, to musi jeszcze być przy kościele. Laboga, a jak ociec nadjadą, będzie to pomstowanie, będzie. — A przeciech my niczego niewinowate! — narzekała płaczliwie.

 A potem siadła na progu obory, wsadziła chłopakowi w usta, bo popłakiwał, białą, pełną pierś i z trwogą niezmierną spoglądała na krowę rzężącą, to przez opłotki na drogę i nasłuchiwała.

 W pacierz abo i dwa wpadła Józia z krzykiem, że Jambroży już idą.

 Jakoż i przyszedł zaraz dziad może stuletni, prosty jak świeca, choć o nodze drewnianej i o kiju, twarz miał suchą, pomarszczoną jak kartofel na zwiesnę i szarą takoż, wygoloną i pociętą szramami, włosy białe jak mleko kosmykami opadały mu na czoło i kark, bo był z gołą głową.

 Poszedł prosto do krowy i dokumentnie ją obejrzał.

 — Oho, widzę, że świeże mięso jedli będzieta.

 — A dyć jej pomóżcie co, wylekujcie, a toć krowa ze trzysta złotych warta — i dopiero po cielęciu, a dyć pomóżcie! O mój Jezu, mój Jezu! — zawołała Józia.

 Ambroży wyjął z kieszeni puszczadło, powecował je po cholewie, przyjrzał się pod zorzę ostrzu i przeciął granuli arterje pod brzuchem — ale krew nie trysnęła, a ciekła wolno, czarna, spieniona.

 Stali wszyscy dokoła pochyleni i patrzyli bez oddechu.

 — Za późno! Oho, bydlątko ostatnią parę puszcza — rzekł uroczyście Ambroży. — Nic to, ino paskudnik albo i co innego... trza było zaraz, kiej zachorzała... ale te baby, to ino juchy do płakania są mądre, a jak trza radzić, to w bek kiej owce. — Splunął pogardliwie, obszedł krowę, zajrzał jej w oczy, przyjrzał się ozorowi, obtarł zakrwawione ręce o jej miękką, lśniącą skórę i zabierał się do odejścia.

 — Na ten pochowek dzwonił nie będę; zadzwonita w garki sami.

 — Ociec z Antkiem! — krzyknęła Józka i wybiegła na drogę, naprzeciw, bo głuchy, ciężki turkot rozległ się z drugiej strony stawu, gdzie w rozczerwienionej zorzami zachodu kurzawie czerniał długi wóz i konie.

 — Tatulu, a to... graniasta już zdycha — wołała, dobiegając do ojca, który skręcał właśnie na tę stronę stawu. Antek szedł w końcu i podtrzymywał, bo wieźli długą sosnę.

 — Nie pleć byle czego po próżnicy — mruknął, podcinając konie.

 — Jambroży puszczali krew i nic... i wosk topiony lali jej w gardziel i nic... i sól... i nic... pewnie paskudnik... Witek pedał, co borowy wygnał ich z zagajów i co granula zara się pokładała i stękała, jaże ją i przygnał...

 — Graniasta, najlepsza krowa, ażeby was, ścierwy, pokręciło, kiej tak pilnujecie — rzucił lejce synowi i z batem w garści pobiegł przodem.

 Baby się rozstąpiły, a Witek, który cały czas coś najspokojniej majstrował pod chałupą, skoczył w ogród i przepadł ze strachu, nawet Hanka podniosła się naprogu i stała bezradna, strwożona.

 — Zmarnowali mi bydlę!.. — wykrzyknął wreszcie stary, obejrzawszy krowę. — Trzysta złotych jak w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować niema kto. Taka krowa, taka krowa! A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek...

 — Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu — tłumaczyła się cicho Hanka.

 — A bo ty co kiej widzisz! — krzyknął z wściekłością. — A bo ty stoisz o moje!

 — Taka krowa, taki haman, że i drugiej nie w każdym dworzeby znalazł!

 Wyrzekał coraz żałośniej i obchodził ją, próbował podnieść, ciągał za ogon, zaglądał w zęby, ale krowa dyszała chrapliwie i coraz ciężej, krew przestała płynąć, tylko krzepła w czarne, spieczone żużle — wyraźnie już zdychała.

 — Niema co, ino ją trza dorznąć, choć tyla się wróci! — rzekł wkońcu, przyniósł kosę ze stodoły, poostrzył ją nieco na taczalniku, co stał pod okapem obory, rozdział się ze spencerka, zawinął rękawy koszuli i zabrał się do zarzynania...

 Hanka z Józią buchnęły płaczem, bo granula, jakby czując śmierć, uniosła z trudem łeb, zaryczała głucho i... padła z przerzniętem gardłem, grzebiąc ino nogami...

 Pies zlizywał krzepnącą na powietrzu krew, a potem skoczył na doły od kartofli i szczekał na konie, stojące z wozem w opłotkach, bo tam je zostawił Antek, a sam spokojnie przyglądał się jatce.

 — Nie bucz głupia! Ojcowa krowa, to nie nasza strata! — powiedział ze złością do żony i zabrał się do wyprzęgania i rozbierania koni, które już Witek ciągnął za grzywy do stajni.

 — Ziemniaków w polu dużo? — zagadnął Boryna, myjąc pod studnią ręce.

 — A bogać tam mało, będzie ze dwadzieścia worków.

 — Trzeba dzisiaj zwieźć.

 — Hale, zwoźcie se sami, ja już kulasów nie czuję ni krzyża... a i licowy kuleje na przednią.

 — Józka, zwołaj no Kubę od kopania, niech źróbkę założy za licowego i trza dzisiaj zwieźć. — Deszcz ano być może.

 Ale wrzał złością i zmartwieniem, bo coraz to przystawał przed krową i klął siarczyście, a potem łaził po podwórzu i zaglądał to do obory, to do stodoły, to pod szopą i sam nie wiedział, czego szuka, żarła go ano taka strata.

 — Witek! Witek! — jął wołać i odpinał szeroki rzemień z bioder, ale chłopak się nie pokazał.

 Ludzie się porozchodzili, bo rozumieli, że taka szkoda i taka markotność musi się skończyć bitką, jako że do niej Boryna był skory zazwyczaj, ale stary klął tylko dzisiaj i poszedł do izby.

 — Hanka, a dajno jeść! — krzyknął na synową w otwarte okno i poszedł na swoją stronę.

 Dom był zwykły, kmiecy — przedzielony naprzestrzał sienią ogromną; szczytem wychodził na podwórze, a frontem czterookiennym na sad i na drogę.

 Jedną połowę od ogrodu zajmował Boryna z Józią, a na drugiej siedzieli Antkowie. Parobek z pastuchem sypiali przy koniach.

 W izbie było już czarniawo, bo przez małe okienka, przysłonięte okapem i zagajone drzewami, mało przeciskało się światła, a i mroczało już na świecie, że tylko połyskiwały szkła obrazów świętych, co rzędem czerniły się na bielonych ścianach; izba była duża, ale przygnieciona czarnym pułapem i ogromnemi belkami pod nim, i tak zastawiona różnym sprzętem, że tylko koło wielkiego komina z okapem, co stał przy siennej ścianie, było niecoś swobodnego miejsca.

 Boryna się rozzuł i poszedł do ciemnego alkierza, zamykając drzwi za sobą, odsunął z małej szybki deskę, że zachodnie światło krwawym brzaskiem zalało alkierz.

 Izdebka pełna była różnych rupieci i statków gospodarskich, na drążkach, wpoprzek przewieszonych, wisiały kożuchy, czerwone pasiaste wełniaki, białe sukmany, to całe pęki motków szarej przędzy i zwinięte w kłęby brudne runa owiec i worki z pierzem. Wyciągnął białą sukmanę i pas czerwony, a potem długo czegoś szukał w beczkach, napełnionych zbożem, to w kącie pod stosem starych rzemieni i żelastwa, aż usłyszawszy Hankę w pierwszej izbie, zaciągnął deskę na okienko i znowu coś długo grzebał w zbożu.

 A na ławie pod oknem już się dymiło jadło; od ogromnego tygla z kapustą rozchodził się zapach słoniny, jak i od jajecznicy, której niezgorsza miseczka stała obok.

 — Gdzie Witek pasł krowy? — zapytał, krając potężny glon chleba z bochna, jak przetak wielkiego.

 — Na dworskich zagajach, i borowy go stamtąd wygonił.

 — Ścierwy, zmarnowali mi bydlę.

 — Przecięch, tylo krowa, to się i zlachała w tem gonieniu, że się w niej cosik zapaliło.

 — Dziadaki psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół, a one cięgiem wyganiają i pedają, co ich.

 — Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił...

 — Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic.

 — Pewnie, pewnie — przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali.

 — Powiedzcie Antkowi, że skoro ziemniaki zwiezą, to niech się wezmą do krowy, trza ją obłupić i poćwiertować. Przyndę od wójta, to wama pomogę. W sąsieku u belki ją powiesić — będzie przespiecznie ode psów lebo jenszej gadziny...

 Skończył wrychle jeść i wstał, bych się nieco przyogarnąć, ale takie ociążenie poczuł w sobie, takie ciągotki w kościach, taką senność, że, jak stał, rzucił się na łóżko, by się z pacierz przedrzymać.

 Hanka poszła na swoją stronę i krzątała się po izbie i coraz to wychylała się przez okno spojrzeć na Antka, który pożywiał się na ganku, przed domem; odsadził się od miski obyczajnie i zwolna ciągnął łyżkę za łyżką, skrzybiąc mocno o wręby i spozierając czasami przed się na staw — bo zachód już był, i na wodzie czyniły się złoto-purpurowe tęcze i płomienne koliska, przez które, niby białe chmurki, przepływały z gęgotem gęsi, rozlewając dziobami sznury krwawych pereł.

 Wieś zaczynała się mrowić i wrzeć ruchem; na drodze, z obu stron stawu, ciągle podnosiły się kurzawy i turkoty wozów i porykiwania krów, które wchodziły do stawu po kolana, piły wolno i podnosiły ciężkie łby, aż cienkie strugi wody, niby bicze opali, opadały im z szerokich gembul.

 Gdzieś, od drugiego końca stawu, słychać było trzask kijanek bab piorących i głuchy, monotonny łopot cepów w jakiejś stodole.

 — Antek, urąb no pieńków, bo sama nie poradzę — prosiła nieśmiało i z obawą, bo nic to nie było u niego kląć abo i zbić z leda powodu.

 Nie odrzekł nawet, jakby nie słyszał, że ona nie śmiała powtórzyć i już sama poszła udziabywać trzaski z pni — i milczał zły, zmęczony całodzienną pracą srodze, i patrzył teraz na staw, na drugą stronę, w duży dom, świecący białemi ścianami i szybami okien, bo zachód bił w niego. Pęki czerwonych georginij wychylały się z za kamiennego płotu i paliły jaskrawo na tle ścian, a przed chałupą, w sadzie, to między opłotkami uwijała się wysoka postać — ale twarzy rozeznać nie można było, bo co chwila ginęła w sieni — to pod drzewami.

 — Śpią se kiej dziedzic, a ty parobku rób — mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało się aż na ganku.

 Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie.

 — Juścik ojcowa krowa, ale i nasza strata — rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza.

 — Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko.

 — Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził.

 — Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki — szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły narozcież.

 — Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry — rzucił Antek.

 I już nie mówili, słychać było tylko, grochot zsypywanych na klepisko ziemniaków.

 Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego złota i posypywały na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym.

 Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych.

 Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały żarłoczne ryje do cebrotek, gdzie stało picie dla bydląt.

 To krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały przy dojeniu.

 Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho, trwożnie:

 — Józia, a gospodarz źli?..

 — O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali — odpowiedziała, wytykając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much.

 — Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał...

 Zamikł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem.

 — Witek... a nie bucz kiej ciele, bo ci to pierwszyzna, że cię ociec spierą?...

 — Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam... bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam...

 — Głupiś, parobek tyli a boja się... już ja przełożę tatusiowi...

 — Przełożysz, Józia? — zawołał radośnie — bo to borowy mię wygnał z krowami, bo...

 — Przełożę Witek, ino się już nie bojaj!..

 — Kiej tak... to naści tego ptaka! — szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. — Obacz ino, jak się sam rucha.

 Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować...

 — Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! — zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła.

 — Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co?

 — A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie — o... — odwrócił go, i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję, podnosił nogi i szedł.

 Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami, tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka — podziw w nich był a zdumienie.

 — Józia! — rozległ się głos Boryny z przed chałupy.

 — A czegoj?... — odkrzyknęła.

 — Chodzi ino.

 — Kiej dojem krowy.

 — Pilnuj tu, bo idę do wójta — powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory — niema tutaj tego znajdka, co?

 — Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni... — odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu.

 — Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę — mruczał, powracając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnemi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi.

 — Roboty jeszcze tyla... zwózka drzewa... siew nieskończony... kapusta w polu... ściółka niewygrabiona... podoraćby trza na kartofle... dobrzeby i pod owsy... a tu jedź na sądy... Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie... że i wyspać się nie ma czasu ni odpocząć... — rozmyślał. — A tu i ten sąd... Tłumok ścierwa, hale, ja z nią sipiałem... żebyś ozór straciła... lakudro jakaś... suka... splunął ze złością, nabił fajeczkę machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił.

 Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości, i żale za krową raz wraz go markociły i rozbierały.

 A tu ani odbić się na kiem, ani wyżalić, nic... sam jak ten kołek; sam o wszystkiem myśl, sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogój słowa przemówić, i rady znikąd, ni pomocy — a ino strata i upadek... a wszystkie, to kiej te wilki za owcą... a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały...

 Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzie niegdzie jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania.

 Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę...

 — Ho! ho!... przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się tak granuli... gospodyni to była, gospodyni!... Juści, że i mamrot i przeklętnica też, że i dobrego słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła... ale zawżdy żona i gospodyni! — Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypomniał, jak to bywało...

 Przyszedł z roboty, spracowany — to i jeść tłusto dała i często gęsto kiełbasy podtykała kryjomo przed dzieciskami... A jak się wszystko darzyło!... i cielaki, i gąski, i prosiaki... że co jarmarek było z czem jeździć do miasta, i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku... A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi...

 — A teraz co?...

Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie... Hanka kiej ta ćma łazi, a choruje jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze...

 Toć i marnuje wszystko... granule trza było dorznąć... we żniwa wieprzek zdechł... wrony gąski tak przebrały, że z połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito wszyćko leci, przez sito...

 — Ale nie dam! — wykrzyknął prawie głośno — póki rucham temi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę...

 Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci... nie dam...

 — Niech będzie pochwalony zabrzmiał jakiś głos.

 — Na wieki... — odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa osada leżała trochę w głębi.

 W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły.

 Wszedł prosto do świetlicy.

 — Wójt doma? — zapytał tłustej kobiety, klęczącej przy kołysce i karmiącej dziecko.

 — Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie Macieju, a dyć i ci też czekają na niego — wskazała ruchem brody dziada, siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruch mo tkwiące pod siwemi, kr aczastemi brwiami...

 — Skąd to Pan Bóg prowadzi? — zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia.

 — Ze świata, a skądżeby gospodarzu — odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę.

 — Zażyjcie gospodarzu.

 Maciej zażył rzetelnie i kichnał raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły.

 — Tęga jucha! — i rękawem tarł załzawione oczy.

 — Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy.

 — Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie.

 — Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?..

 — A juści, żeście to rozeznali?.. no, no.

 — Po głosie ino, po gadaniu.

 — Cóżta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem.

 — Moiściewy, a cóżby! A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają.

 — Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest.

 — Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie.

 — A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni — zapytała wójtowa.

 — Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Czestochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj Burek! bo to pewnikiem wójt! — pociągnął sznurkiem, i pies warczeć przestał.

 Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał:

 — Żono jeść, bom głodny kiej wilk — jak się macie Macieju, a wy czego dziadu?..

 — Ja do was wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro.

 — Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach — dobrze i tam będzie, a osławicie przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę — to pacierz za was zmówię jeden abo i drugi... jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę...

 — Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie...

 I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie skwarkami, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko.

 — Siadajcie Macieju z nami, zjecie co jest — zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę.

 — Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł...

 — Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie...

 — Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł — rzucił dziad.

 Boryna wzdragał się, ale wkońcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał zwolna, delikatnie, jak obyczaj kazał.

 A wójtowa raz wraz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała.

 Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła.

 — Cichoj Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... — uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu.

 — To Jewka was podobno zaskarżyła — zaczął wójt, podjadłszy nieco.

 — A ona ci! żem to jej zasług nie wypłacił. Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto, z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa...

 — Ona powieda, że ten dzieciak to...

 — W imię ojca i syna. Wściekła się, czy co?

 — Ho, ho! stary z was, a jeszcze majster! — Wójtowie poczęli się śmiać.

 — Staremu prędzej się przytrafi, bo praktyk ci jest i znający! — szeptał dziad.

 — Cygani jak ten pies, anim ją tknął. Jeszczeby taki tłumok... taka pode płotem zdychała, a skamlała, coby ją za samą warzę, a kąt do spania, wziąć, bo na zimę szło. Nie chciałem, ale nieboszka peda: — weźmiem, przyda się w domu, co mamy przynajmować... będzie swoja pod ręką... — Nie chciałem ja, jako że zimą roboty nijakiej, a jedna gęba więcej do miski. — Ale nieboszka peda: — nie turbuj się, umie pono wełniaki i płótno tkać, zasadzę ją i niechta se ścibie, zawżdy coś uścibie. — No i ostała, odpasła się ino i zarno się postarała o przychówek... A kto w spółce, to już różnie gadali..

 — Ona skarży na was.

 — Zakatrupię ścierwę, cygana pieskiego!

 — Ale do sądu trza wam iść.

 — Pójdę. Bóg zapłać, żeście mi powiedzieli, bo wiedziałem ino, że o zasługi — ale zapłaciłem, na co świadków mam! A pyskacz zapowietrzony, a dziadówka. Laboga, tyle umartwienia, że jaż chyba udzierżyć nie udzierżę — a to mi i krowa padła, że dorznąć musiałem, roboty niepokończone, a tu człowiek sam kiej ten palec.

 — U wdowca, to kiej między wilkami owca — powiedział znowu dziad.

 — O krowiem słyszał, mówili mi już na polu...

 — To dworska sprawa, bo pono borowy wygnał z zagajów. Najlepsza krowa! Ze trzysta złotych wartała, zegnała się, bo ciężka była, zapaliły się w niej wątpia, żem dorznąć musiał... Ale dworowi tego nie daruję... Podam do sądu.

 Ale wójt zaczął mu tłumaczyć i przekładać, żeby się wstrzymał, jako w pierwszej złości zawsze się źle radzi, bo stał za dworem, a wkońcu, żeby zwrócić rozmowę w inną stronę, mrugnął na żonę i powiedział:

 — Bobyście się Macieju ożenili i miałby kto gospodarstwa pilnować.

 — Kpicie czy co?... A dyć na Zielną skończyłem pięćdziesiąt i osiem roków. Co wama też w głowie, jeszcze tamta dobrze nie ostygła...

 — Weźcie kobitę do swego wieku, a zaraz się wam zgoi wszystko — dodała wójtowa i jęła sprzątać ze stołu.

 — Dobra żona głowy mężowej korona — dorzucił dziad, obmacując miski, które przed nim postawiła wójtowa.

 Żachnął się Boryna, ale zamedytował głęboko, że mu to samemu do głowy nie przyszło. Boć jaka się tam kobieta nadarzy, a zawżdy z nią lepiej, niźli samemu biedować...

 — Która i głupia i niemrawa, która znów kłótnica, która do chłopskich kołtunów sięgająca, która paparuch a latawiec po muzykach i karczmach, a zawżdy chłopu z nią lepiej i wygoda — ciągnął dziad, pojadając.

 — Dopieroby na wsi wydziwiali — powiedział Boryna.

 — Hale — ludzie wama zwrócą krowę abo i co poradzą, abo i kiele gospodarstwa chodzić będą, abo się nad wami użalą — zagadała gorąco wójtowa.

 — Albo i ciepłą pierzynę narządzą — zaśmiał się wójt. — A we wsi tyle jest dziewuch, że jak się idzie między chałupami, to bucha kiej z pieca...

 — Ale, widzisz go, rozpustnik... czego mu się zachciewa...

 — A Zośka Grzegorzowa na ten przykład, śmigła, piękna i wiano niezgorsze.

 — A cóżto Maciejowi potrza wiana, nie gospodarz to pierwszy we wsi.

 — Ktoby ta miał dobra i grontu dosyć — zaoponował dziad.

 — Ni, Grzegorzowa nie la nich — podjął wójt — za mdła i młódka to jeszcze.

 — A Jędrkowa Kasia — wyliczała dalej wójtowa.

 — Zmówiona. Wczoraj Rochów Adam posyłał z wódką.

 — Jest ci jeszcze Stachowa Weronka.

 — Mamrot, latawiec i jedno biedro ma grubsze.

 — A wdowa po Tomku, jakże to jej... całkiem jeszcze do żeniaczki...

 — Troje dzieci, cztery morgi, dwa krowie ogony i stary kożuch po nieboszczyku.

 — A Ulisia tego Wojtka, co to za kościołem siedzi?..

 — I... to la kawalera... z przychowkiem, chłopak mógłby już być do pasionki, ale Maciejowi tego nie potrza, ma już pastucha swojego.

 — Jestci jeszcze, jest tego nasienia pannowego, ale ino wybieram takie, coby pasowały la Macieja.

 — A zabaczyłaś o jednej, coby była la nich w sam raz.

 — Którna?..

 — A Jagna Dominikowa?

 — Prawda, całkiem o niej przepomniałam.

 — Sielna dziewucha, a rosła, że bez płot nie przejdzie, bo żerdki pod nią pękają... a piękna, biała na gembie, a urodna kiej jałowica.

 — Jagna — powtórzył Boryna słuchający w milczeniu wyliczania — a to powiedają o niej, że łasa na chłopaków.

 — Ale, był to kto przy tem, to wie! Pleciuchy pletą byle pleść, a wszystko ino przez zazdrość — broniła mocno wójtowa.

 — Ja też nie powiedam sam z siebie, ino tak pogadują. — Ale trza mi iść — poprawił pasa, wraził węgielek we fajkę i pyknął parę razy.

 — Na którą to w sądzie? — zapytał spokojnie.

 — Na dziewiątą napisane w powiestce. Musicie do dnia wstać, jeśli na piechty.

 — I... źróbką se wolno pojadę. Ostańcie z Bogiem, dziękuję wama za pożywienie i somsiedzką radę.

 — Idźcie z Bogiem, a pomyślcie, cośwa wama raili... Powiecie, to z wódką pójdę do pani matki, i jeszcze przed Godami sprawim wesele...

 Boryna nie odrzekł nic, łypnął ino oczami i wyszedł.

 — Jak stary młódkę bierze, djabeł się cieszy, bo profit z tego miał będzie — rzekł dziad poważnie, skrobiąc głośno po dnie miski.

 Boryna wolno wracał i żuł w sobie rozważnie, co mu raili. Nie dał poznać po sobie, tam u wójtów, że mu się ta myśl strasznie udała, bo jakże, gospodarz był a nie żaden chłopak, co to ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o żeniaczce aże kwiczy i z nogi na nogę przedeptuje.

 Noc już ogarnęła ziemię, gwiazdy srebrną rosą pobłyskiwały z ciemnych, głuchych głębin, cicho było we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiwały, a tu i owdzie, z poza drzew, mżyły się słabe światełka... czasem wilgotny podmuch zawiał z łąk, że drzewa poczęły się lekko chybotać i zcicha poszemrywać listkami.

 Boryna nie wrócił drogą, jaką był przyszedł, a tylko puścił się wdół, przeszedł most, pod którym woda z bełkotem przelewała się do rzeki i waliła głucho na młyn, i nawrócił na drugą stronę stawu. Wody leżały ciche i lśniły się czarniawo, pobrzeżne drzewa rzucały na taflę czarne cienie i jakby ramą obejmowały brzegi, a w pośrodku stawu, gdzie jaśniej było, odbijały się gwiazdy niby w zwierciadle stalowem.

 Maciej sam nie wiedział, dlaczego nie poszedł prosto do domu, a wybrał dłuższą drogę, może, aby przejść koło domu Jagny, a może, aby zebrać nieco myśli i pomedytować.

 — Juści, że byłoby niezgorzej! juści! A co tam o niej mówią, to taka prawda. — Splunął. — Sielna kobieta! — Dreszcz nim wstrząsnął, bo i chłód wilgotny szedł od stawów, a u wójtów gorąc był silny.

 — A bez kobiety trza zmarnieć abo dzieciom gospodarkę odpisać — myślał — a duża jucha i kiej malowana. — A krowa najlepsza padła, a kto wie jutra?... Może to i trza poszukać żony? Tyle obleczenia po nieboszce jest — przygodziłoby się. Ale stara Dominikowa to pies... a cóż, mają chałupę i gront, toby na swojem ostała. Troje ich a mają piętnaście morgów, bo niby na Jagnę pięć i spłata za chałupę i lewentarz! Pięć morgów, to rychtyk te pola za mojem kartofliskiem, żyto widzi mi się posiały latoś, tak... Pięć morgów do moich to... trzydzieści i pięć bezmała! Karwas pola!..

 Zatarł ręce i poprawił pasa. — To ino młynarz ma więcej... złodziej, krzywdą ludzką a precentami, a oszukaństwem tyla nabrał... A na bezrok podwiózłbym gnoju a uprawił i pszenicy posiał na całym kawale; koniaby trzeba przykupić a i po granuli krowinę jaką... Prawda, krowęby dostać dostała...

 I tak rozmyślał, liczył, rozmarzał się gospodarsko, aż czasem i przystawał z ciężkiej deliberacji. A że mądry chłop był, to wszystko zasię zbierał w sobie i głęboko w głowę patrzył, coby czego nie prześlepić i nie przepomnieć.

 — Wrzeszczałyby juchy, wrzeszczały! — pomyślał o dzieciach, ale wnet fala mocy i pewności zalała mu serce i skrzepiła głuche jeszcze, wahające postanowienia.

 — Gront mój, wara komu drugiemu do niego. A nie chceta, to... — nie skończył, bo stanął przed chałupą Jagny.

 Świeciło się u nich jeszcze i przez otwarte okno padała szeroka smuga światła i szła przez kierz georginjowy i niskie drzewa śliwkowe aż na płot i drogę.

 Boryna stanął w cieniu i zapuścił wzrok w izbę.

 Lampka tliła się nad okapem, ale w kominie musiał się buzować tęgi ogień, bo słychać było trzask świerczyny i czerwonawe światło zapełniało ogromną, mroczną po kątach izbę; stara, skulona przed kominem, czytała cosik głośno, a Jagna przeciw niej twarzą do okna siedziała; w koszuli była tylko i z podwiniętemi do ramion rękawami — podskubywała gęś.

 — Urodna jucha, to urodna! — myślał.

 Podnosiła czasem głowę, nasłuchiwała matki, wzdychała ciężko, to znowu brała się skubać pióra, aż gęś zagęgała boleśnie i rwać się poczęła z krzykiem z jej rąk, i bić skrzydłami, że puch się rozwiał po izbie białym tumanem. Uspokoiła ją rychło i mocno ściskała kolanami, że gęś jeno pogęgiwała zcicha a boleśnie, i odpowiadały jej inne gdzieś z sieni czy z podwórza.

 — Piękna kobieta — pomyślał i odszedł śpiesznie, bo mu uderzyło do głowy, aż się podrapał, zapiął pętlę i pasa przyciągnął.

 Już był w swoich wrotach i wchodził w opłotki, gdy się obejrzał na jej dom, bo rychtyk stał naprzeciw, tylo, że po tamtej stronie wody. Ktoś akuratnie wychodził, bo przez drzwi uchylone lunęła struga światła i jak błyskawica zamigotała i padła aż na staw, potem czyjeś mocne stąpania zadudniły i rozległ się chlupot wody nabieranej, a wkońcu, wskroś ciemni i mgieł, co się były zwlekały z łąk, śpiew się ozwał przyciszony:

Ja za wodą, ty za wodą,Jakże ja ci buzi podom?..Podam ci ją na listeczku,A naści-że kochaneczku...

 Słuchał długo, ale głos rychło przepadł i światła wkrótce pogasły.

 Na niebo wtaczał się z za lasów księżyc w pełni i rozsrebrzał czuby drzew i siał przez gałęzie światło na staw i zaglądał w okna chat, co mu były naprzeciw. Psi nawet pomilkli, cichość niezgłębiona objęła wieś całą i stworzenie wszelkie.

 Boryna obszedł podwórze, zajrzał do koni, parskały i gryzły obroki; wsadził głowę do obory, bo drzwi dla gorąca stały otworem. Krowy leżały, przeżuwając a postękując, jako to jest zwyczajnie u bydlątek. Przywarł wrota do stodoły.

 Zdjąwszy kapelusz, szedł do izby i mówił pół głosem pacierz.

 A że spali już wszyscy, rozzuł się pocichu i zaraz legł spać.

 Ale zasnąć nie mógł, to pierzyna go parzyła, że nogi z pod niej wysuwał, to mu po głowie chodziły sprawy różne, a turbacje, a pomyślenia... to mu brzuch ano ciężył srodze, że postękiwał i mruczał.

 — Zawżdy mówię, że zsiadłe mleko ino rozpiera brzucha, coby na noc nie dawać...

 A potem jął myśleć o Jagnie; jakby to dobrze było, bo i urodna i gospodarna i tyle pola... To znowu przypominał sobie dzieci, to te gadania na Jagnę, że mąciło się w nim wszelakie rozeznanie, i już nie wiedział, co począć, że uniósł się nieco i, jakto było zwyczajnie, chciało mu się do drugiego łóżka zawołać i poradzić.

 — Maryś! Żenić się, czy to się nie żenić z Jagną?...

 Ale wczas sobie przypomniał, że Maryś już od zwiesny na cmentarzu, a tam se śpi Józka i chrapie, a on jest sierotą, która poradzić się nikogo nie ma, to ino westchnął ciężko, przeżegnał się i jął mówić Zdrowaśki za nieboszczkę i wszytkie dusze w czyścu ostające.

III.

 Już świt ubielił dachy i zgrzebną, szarą płachtą przysłonił noc i gwiazdy pobladłe, gdy ruch się uczynił w Borynowem obejściu.

 Kuba zwlókł się z wyrka i wyjrzał przed stajnię — szron leżał na ziemi i szaro było jeszcze, ale już zorze rozpalały się na wschodniej stronie i czerwieniły czuby drzew oszroniałych — przeciągnął się z lubością, ziewnął parę razy i poszedł do obory, aby krzyknąć na Witka, że czas wstawać, ale chłopak uniósł nieco senną głowę i szepnął:

 — Zaraz Kuba, zaraz! — i przytulał się do legowiska.

 — Pośpij se zdziebko biedoto, pośpij! — Przyokrył go kożuchem i pokusztykał, bo, że nogę miał kiedyś przestrzeloną w kolanie, kulał srodze i ciągnął ją za sobą; umył się pod studnią, przygładził dłonią rzadkie, wyleniałe włosy, co mu się były pozwijały w kołtuny, i klęknął na progu stajni odmawiać pacierze.

 Gospodarz spali jeszcze, w oknach chałupy zapalały się krwawe brzaski zórz, a gęste, białe mgły zwlekały się zwolna ze stawów, kołysały ciężko i posuwały wgórę podartemi szmatami.

 Kuba przesuwał w palcach koronkę i modlił się długo, a biegał oczami po podwórzu, po oknach chałupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabłonkach, obwieszonych jabłkami niby pięście; rzucił czemciś do budy, co stała zaraz koło drzwi, w biały łeb Łapy, aż pies zawarczał, zwinął się i spał dalej.

 — Ale, do samego słońca spał będziesz jucho! — i rzucił w niego raz, drugi, że pies wylazł, przeciągał się, ziewał, machał ogonem, przysiadł wpodle i jął się drapać i czynić zębami w gęstych kudłach porządek.

 ...I ochfiaruję ten pacierz Tobie i wszystkim świętym. Amen! — Bił się długo w piersi, a powstając, rzekł do Łapy:

 — Hale! aligant jucha, wybiera se pchły, kiej baba na wesele!

 A że robotny był, to się zajął obrządkiem; wóz wytoczył ze stodoły i nasmarował, napoił konie i przyłożył im siana, aż parskać zaczęły i bić kopytami, a potem przyniósł z sąsieka nieco zgonin, dobrze okraszonych owsem, i wsypał to klaczy do żłobu, bo stała w gródce, osobno.

 — Żrej stara, żrej; źróbka mieć będziesz, to ci mocy trza, żrej! — Pogładził ją po nozdrzach, aż klacz położyła mu łeb na ramieniu i pieszczotliwie chwytała wargami za kołtuny.

 — ...Ziemniaki do połednia zwieziemy, a pod wieczór do lasu, po ściółkę — nie bój się, ściółka lekka, nie zgonię cię...

 — A ty, wałkoniu, batem dostaniesz, widzisz go, owies mu pachnie, próżniakowi — mówił do wałacha, co stał obok i łeb wtykał między deski przegrody, do żłobu klaczy — grzmotnął go pięścią w zad, aż koń uskoczył wbok i zarżał.

 — Hale, parob żydowski! Żreć, tobyś choć i czysty owies żarł, a do roboty cię niema, bez bata jucho z miejsca nie ruszysz, co?

 Wyminął go i zajrzał do źróbki, co stała przy ścianie samej i już zdaleka wyciągała do niego kasztanowaty łeb ze strzałką białą na czole i rżała cicho.

 — Cichoj mała, cichoj! Podjedz se ano, bo pojedziesz z gospodarzem do miasta! — Uwił kłak siana i wyczyścił jej bok zawalany. — Tyla klacz, że już do ogiera czas, a świniaś. Utytlesz się zawdy kiej maciora — pogadywał wciąż i poszedł do chlewów wypuścić świnie, bo kwiczały, a Łapa chodził za nim i zaglądał mu w oczy.

 — Zjadłbyś i ty, co? To naści–że chlebaszka, naści! — Wyjął z za pazuchy kawałek i rzucił, pies pochwycił i schował się do budy, bo świnie ano leciały mu wydrzeć.

 — Hale, te śwynie, to kiej człowiek niektóry, aby ino chycić cudze i zechlać...

 Zajrzał do stodoły i długo patrzył na wiszącą u belki krowę.

 — Głupie to jeno bydle a i temu na koniec przyszło. Widzi mi się, co jutro zgotują mięsa... Tyle i z ciebie biedoto, że człek se podje w niedzielę...

 Westchnął do tego jadła i powlókł się budzić Witka...

 — Słońce ino, ino — zarno się pokaże... Krowy trza wypędzać.

 Witek mamrotał coś, bronił się, przykładał do kożucha, ale wkońcu wstać wstał i łaził ociężały i senny po podwórzu.

 Gospodarz zaspali dzisiaj, bo słońce już weszło i rozczerwieniło szrony i zapaliło łuny w wodach i szybach, a z chałupy nikt się nie pokazywał...

 Witek siedział na progu obory i podrapywał się zajadle i przeziewał, a że wróble poczęły zlatywać z dachów do studni i trzepać się w korycie, to przyniósł drabkę i wlazł pod okap, zajrzeć do gniazd jaskółczych, bo cicho tam jakoś było.

 — Pomarzły, czy co?

 I jął wyciągać delikatnie pomorzone ptaszki i kłaść je za pazuchę.

 — Kuba, wiecie, nie żyją, o! — Pobiegł do parobka i pokazywał sztywne, pogasłe jaskółki.

 Ale Kuba wziął ino w rękę, przyłożył do ucha dmuchnął w oczy i rzekł:

 — Zdrętwiały, bo przymrozek galanty. Ale że to głupie nie poszły jeszcze do ciepłych krajów, no, no... — i poszedł do swojej roboty.

 A Witek siadł pod chałupą, w szczycie, bo słońce już tam dochodziło i oblewało bielone ściany, po których i muchy łazić poczynały; wyciągał z za koszuli te, które, już ogrzane nieco jego ciałem, gmerały się trochę, chuchał na nie, rozdziawiał im dziobki, poił z ust własnych, aż ożywiały się, otwierały oczy i poczynały wydzierać się do ucieczki, wtedy prawą ręką czaił się po ścianie i raz wraz zagarnął jaką muchę, nakarmiał nią i puszczał.

 — Lećta se do matuli, lećta — szeptał, patrząc, jak jaskółki siadały na kalenicy obory, czesały się dziobkami i szczebiotały jakby dziękczynienia.

 A Łapa siedział przed nim na zadzie i skomlał uciesznie, a co który ptaszek wyfruwał, rzucał się za nim, biegł kilka kroków i zawracał zpowrotem stróżować.

 — Ale, złap wiater w polu — mruczał Witek i tak się zatopił w rozgrzewaniu jaskółek, że ani widział, kiedy Boryna wyszedł z za węgła i stanął przed nim.

 — Ptaszkami się ścierwo zabawiasz, co?

 Porwał się, by uciekać, ale już gospodarz chwycił go krótko za kark i drugą ręką szybko odpasywał szeroki, twardy pas rzemienny.

 — Adyć nie bijcie, adyć! — zdążył krzyknąć jeno.

 — Takiśto pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa się zmarnowała, co... Ty znajdku, ty pokrako warsiaska! ty! — i bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świszczał, a chłopak wił się kiej piskorz i wrzeszczał:

 — Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!... O Jezu, ratujta...

 Aż Hanka wyjrzała z chałupy, co się dzieje, a Kuba splunął i schował się do stajni.

 A Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swoją stratę tak zajadle, że Witek miał już gębę posinioną i z nosa puściła mu się krew, krzyczał wniebogłosy i cudem jakimś się wyrwał, chwycił się obu rękami ztyłu za portki i gnał w opłotki.

 — Jezu, zabili mę, zabili mę! — ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała z za pazuchy i rozsypywała się po drodze.

 Boryna pogroził jeszcze za nim, opasał się i wrócił do chałupy i zajrzał na Antkową stronę.

 — Słońce już na dwa chłopa, a ty się jeszcze wylegujesz! — krzyknął na syna.

 — Zmogłem się wczoraj kiej bydlę, to muszę się wywczasować.

 — Do sądu pojadę... Zwieź ziemniaki, a jak ludzie skończą kopanie, to zagnać je do grabienia ściółki, a ty mógłbyś kołki pozabijać do ogacenia.

 — Ogaćcie se sami chałupę, nama tutaj nie wieje.

 — Rzekłeś… to swoją stronę ogacę, a ty marznij, kiejś wałkoń.

 Trzasnął drzwiami i poszedł na swoją stronę.

 Józka już rozpaliła ogień i szła doić krowy.

 — Rychło daj jeść, bo trza mi jechać…

 — Przecięch się nie ozedrę, dwóch robót razem nie poradzę — i poszła.

 — Spokojnego oczymgnienia niema, ino kłyśnij się ze wszystkimi! — myślał i wziął się do obleczenia, ale zły był i zgryziony. Jakże, ciągła wojna z synem, słowa nie można rzec, bo zaraz do oczów z pazurami skacze, albo rzeknie coś, co jaże we wątpiach poczujesz. Na nikogo się spuścić, ino haruj i haruj!

 Złość w nim zbierała, aż poklinał zcicha i rzucał szmatami po izbie a butami.

 — Słuchać się powinny, a nie słuchają! Czemu to? — myślał.

 — Widzi mi się, co bez kijaszka z nimi obyć się nie obędzie, bez twardego! Dawno się im to należało, zaraz po śmierci nieboszczki, kiej kłyśnić się zaczęły o gronta, ale się jeszcze wagował, żeby zgorszenia we wsi nie czynić. Gospodarz był przeciech nieleda jaki, na trzydziestu morgach i z rodu nie bele chto — Boryna, wiadomo. Ale dobrością z nimi się nie skończy, nie. Tu przyszedł mu na myśl zięć, kowal, któren wszystkich pocichu burzył, a i sam wciąż nastawał, żeby mu sześć morgów odpisać i morgę lasu, a już na resztę chciał poczekać…

 — To niby kiej zamrę! Poczekaj jucho, poczekaj — myślał ze złością. — Póki się ino rucham, nie powąchasz ty ani zagona! Widzisz go, mądrala!

 Kartofle już mocno perkotały w kominie, gdy Józka przyszła od udoju i wnet narządziła śniadanie.

 — Józka! A mięso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie się już zwiedziały, to się ich tu naleci, ino nie borguj nikomu. Pośladek ostaw la nas; zawoła się Jambroża, to zasoli i przyprawi…

 — A dyć i kowal umieją…

 — Ale, podzieliłby się kiej wilk z owcą.

 — Magdzie będzie markotno, że to nasza krowa a ona nawet nie obaczy.

 — To la Magdy wytnij jaką sztuczkę i zanieś, ale kowala nie wołaj.

 — Dobryście tatulu, dobry.

 — Hale córuchno, hale! Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę, abo i co.

 Podjadł se niezgorzej, opasał się pasem, przygładził poślinioną dłonią zwichrzone i rzadkie włosy, ujął bat i jeszcze się rozglądał po izbie…

 — Bym czego nie przepomniał. — Chciało mu się zajrzeć do komory, ale się powstrzymał, bo Józka patrzała, więc się przeżegnał i ruszył.

 A już z wasąga, zbierając w garść parciane lejce, rzekł Józce na ganek:

 — Skończą ziemniaki, to zaraz iść grabić ściółkę, kwitek jest za obrazem. A niechta zetną jakiego grabka abo i chojkę — przyda się.

 Wóz ruszył i już był w opłotkach, gdy Witek mignął pod jabłoniami.

 — Zabaczyłem...? prru... Witek! Prru! Witek, puść krowy na łąki, a pilnuj, bo cię jucho spierę, że popamiętasz!

 — Ale, pocałujta mę gdzieś... — odkrzyknął hardo znikając za stodołą.

 — Będziesz tu pyskował, jak zlezę, to obaczysz...

 Skręcił z opłotków na lewo, na drogę, wiodącą ku kościołowi; podciął batem źróbkę, że podyrdała truchcikiem po wyboistej, pełnej kamieni drodze.

 Słońce było już chyla tyla nad chałupami i świeciło coraz cieplej, bo z oszroniałych strzech podnosiły się opary i woda skapywała, tylko w cieniach, pod płotami w sadach, po rowach, leżał jeszcze siwy mróz; po stawie wlekły się ostatnie zrzedłe mgły i woda poczynała z pod bielm wrzeć brzaskami i odbłyskiwać słońce.

 We wsi poczynał się już zwykły ruch: poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek orzeźwił powietrze, to i raźniej się poruszali i zgiełkliwiej; wychodzili gromadnie na pola, którzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na ręku, dojadając śniadań; którzy z pługiem ciągnęli na ścierniska; którzy na wozach brony wieźli a worki pełne ziarna siewnego; którzy znów zasię wykręcali ku lasom z grabiami na ramionach, ściółkę grabić, że ino dudniło po obu stronach stawu i krzyk się wzmagał, bo drogi były zatłoczone bydłem, ciągnącem na paszę, szczekaniem psów, pokrzykami, co wybuchały raz wraz z niskiej, ciężkiej kurzawy, jaka się była wznosiła z orosiałych dróg.

 Boryna wymijał trzody ostrożnie, czasem śmignął po wełnie jakie jagniątko głupie, co się nie usuwało przed źrebicą, to cielę jakie, aż i wyminął wszystkich i koło kościoła, który stał osłonięty potężnym wałem lip żółknących i klonów, wjechał na szeroki gościniec, obsadzony z obu stron ogromnemi topolami.

 A że w kościele była msza święta, bo sygnaturka przedzwoniła ofiarę i huczały przyciszonym głosem organy, zdjął kapelusz i westchnął pobożnie.

 Droga była pusta i zasłana opadłym liściem tak obficie, że wyboje i głęboko powyrzynane koleiny pokryły się rdzawo złocistym kobiercem, pociętym gęstemi pręgami cieniów, jakie rzucały pnie topoli, bo słońce zboku świeciło.

 — Wio, maluśka, wio! — Świsnął batem i źrebica przez kilka stajań poszła raźniej, ale potem opadła i wlekła się wolno, bo droga, choć nieznacznie, szła pod wzgórza, na których czerniały lasy.

 Boryna, że go ta cisza mroczyła sennością, to poglądał przez kolumnadę topoli na pola, pławiące się w różowem, porankowem świetle, albo myśleć usiłował o sprawie z Jewką, to o granuli, ale nie mógł sobie dać rady, tak go śpik morzył...

 Ptaszki ćwierkały w gałęziach, to czasem wiatr przegarnął leciuchnemi palcami po czubach drzew, że ino jaki taki listeczek, kieby motyl złoty, odrywał się od maci, spadał kolisto na drogę abo i na zakurzone osty, co zaognionemi oczami kwiatów hardo patrzyły w słońce — a topole zagwarzyły, poszemrały zcicha gałązkami i pomilkły, kiej te kumy, co na podniesienie oczy podniesą, ręce rozłożą i westchną modlitewnie, a padną wnetki w proch przed majestatem, ukrytym w tej złotej monstrancji, zawisłej nad ziemią świętą, nad rodzoną...

 Dopiero pod lasem przecknął na dobre i wstrzymał konia.

 — Wschodzi niezgorzej — szepnął, przyjrzawszy się pod światło szarym zagonom, ordzawionym krótką szczotką wschodzącego żyta.

 — Kawał pola, a przyległo do mojego, kieby kto z umysłu narządził. Żyto, widzi mi się wczoraj posiały. — Ogarnął pożądliwem spojrzeniem zbronowane zagony, westchnął i wjechał w las.

 Poganiał często konia, bo droga szła po równem i twardsza była, tylko gęsto przerośnięta korzeniami, na których wóz podskakiwał i turkotał.

 Ale już nie drzemał, owiany surowym i chłodnym dechem lasu.

 Bór był ogromny, stary — stał zbitą gęstwą w majestacie wieku i siły, drzewo przy drzewie, sama sosna prawie, a często dąb rosochaty i siwy ze starości a czasem brzozy w białych koszulach, z rozplecionemi warkoczami żółtemi, że to jesień już była. Podlejsze krze jako leszczyna, to karłowata grabina, to osiczyna drżąca tuliły się do czerwonych, potężnych pni tak zwartych koronami i poplątanych gałęziami, że ino gdzie niegdzie przedzierało się słońce i pełzało niby złote pająki po mchach i zielonych paprociach zrudziałych.

 — Zawżdy mojego tu — są cztery morgi! — myślał i pożerał oczami las i już na oko wybierał co najlepszy. — Przeciech Pan Jezus nie da nas ukrzywdzić — abo i same się nie damy, nie... Dworowi widzi się dużo, a nam mało. Zarno... moje ze cztery, a Jagusine z morga... cztery i jedna... Wio! głupia, sroków się będzie bojała! — Trzepnął ją batem, bo na suszce, co dźwigała Bożą mękę, kłóciły się sroki tak zajadle, aż źrebica strzygła uszami i przystawała.

 — Srokowe wesele — deszczu będzie wiele. — Przypiął parę batów źrebicy i jechał kłusem.

 Dobrze było już po ósmej, bo ludzie na polach siadali do śniadaniowych dwojaków, gdy wjeżdżał do Tymowa, na puste uliczki, obstawione pozapadanemi domostwami, co przysiadły niby stare przekupki nad rynsztokami, pełnemi śmieci, kur, żydziąt obdartych i nierogacizny.

 Zaraz na wjeździe obstąpili go Żydzi i Żydówki i nuż zaglądać do wasągu, macać pod grochowinami, pod siedzeniem, czy nie wiezie czego na sprzedanie.

 — Poszły parchy! — mruknął, wjeżdżając na rynek, pod cień starych, poobdzieranych kasztanów, konających na środku placu, gdzie już stało kilkanaście wozów z wyprzęgniętemi końmi.

 I swój wasąg tam umieścił, źrebicę wyłożył łbem do półkoszka, nasuł jej do kobiałki obroku, bat schował na dno, pod siedzenie, otrzepał się ze słomy i ruszył prosto do Mordki, tam gdzie błyszczały trzy mosiężne talerze, aby się nieco przyogolić; wyszedł wkrótce czysto ostrugany i tylko z jednem zacięciem na brodzie, zalepionem papierem, przez który sączyła się krew.

 Sądy nie były jeszcze zaczęte.

 Ale przed domem sądowym, co stał zaraz w rynku, naprzeciw ogromnego poklasztornego kościoła, czekało już sporo narodu. Siedzieli na wydeptanych stopniach, to kupili się pod oknami i raz wraz zaglądali do środka, kobiety zaś przykucnęły pod bielonemi ścianami, opuściły czerwone zapaski z głów na ramiona i rajcowały.

 Boryna, że dojrzał Jewkę z dzieckiem na ręku, stojącą w gromadzie swoich świadków, to się zeźlił zarno, jako że skory był do złości, splunął i wszedł do sieni drugiej, biegnącej naprzestrzał sądowego domostwa.

 Po lewej stronie był sąd, a po prawej mieszkał sekretarz, bo jakoż właśnie Jacek wyniósł samowar przed sam próg i tak go rozdmuchiwał cholewą zawzięcie, że dymił niby komin fabryczny, a co chwila ostry, gniewny głos krzyczał z głębi zadymionej sieni:

 — Jacek! buciki panienkom!

 — Zaraz, zaraz!

 Samowar już niby wulkan huczał i buchał płomieniami.

 — Jacek! wodę panu do mycia.

 — Dyć zara, zrobi się wszyćko, zrobi! — I spocony, nieprzytomny, ganiał po sieni, aż dudniło, powracał, dmuchał i znowu leciał, bo pani krzyczała:

 — Jacek! kulfonie jeden, gdzie moje pończochy?!..

 — Ale! ścierwa nie samowar!

 Trwało to wszystko dobrych parę pacierzy, abo i z koronkę, aż wreszcie drzwi sądowe się otwarły i naród począł napełniać dużą, wybieloną izbę.

 Jacek, już teraz jako woźny, boso, w modrych portkach i takimże lejbiku z mosiężnemi guzikami, z czerwoną, spoconą twarzą, którą raz wraz obcierał rękawem, uwijał się za czarnemi kratami, dzielącemi izbę na dwie połowy, i rzucał łbem niby koń, kiej go giez ukąsi, bo płowe włosy spadały mu grzywą na oczy, to zaglądał ostrożnie do sąsiedniej stancji i potem siadał na chwilę pod zielonym piecem.

 A narodu się nawaliło, że ani palca wetknąć, i parli się coraz krzepciej na kraty, aż trzeszczały; gwar zrazu cichy podnosił się zwolna, szemrał, przewalał po izbie, huczał czasami, przechodził miejscami w kłótnię, że jakie takie mocne słowo padało coraz gęściej.

 Żydzi szwargotali