Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 299 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 20 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 20 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Opis ebooka Chłopcy - Andrzej Saramonowicz

PIERWSZA POWIEŚĆ TWÓRCY "TESTOSTERONU" I "LEJDIS" O TYM, JAK TRUDNO BYĆ CZŁOWIEKIEM, GDY SIĘ JEST MĘŻCZYZNĄ.

Dwóch chłopców. Mateusz i Jakub Solańscy. Jedenastolatek i… czterdziestolatek. Syn i ojciec. Pierwszy ma kłopoty w szkole, przyjaciela na całe życie i prawdziwą narzeczoną. Drugi ma talent do ładowania się w kłopoty. Wzięty neurochirurg w pracy precyzyjnie posługujący się skalpelem, w życiu prywatnym nie potrafi dokonać koniecznych cięć. Ulubieniec kobiet świeżo po rozwodzie, wciąż czuje miętę do swojej byłej żony, a jednocześnie nie może opędzić się od ponętnej Niny, zawsze chętnej Hani i opiekuńczej Poli z obsesją na punkcie zdrowego żywienia.

Gdy wszystko zacznie się sypać, Jakub będzie miał okazję odkryć, że prawdziwe życie jak zwykle jest gdzie indziej. W miłości rozumianej jako odpowiedzialność i poświęcenie, a nie łapczywie wprowadzany do serc i podbrzuszy narkotyk. Czy będzie umiał pożegnać w sobie Piotrusia Pana i opuścić Nibylandię, którą umościł sobie między udami kolejnych kochanek?

Chłopcy to pikantna komedia obyczajowa, pełna sarkazmu, ciętych ripost i celnych obserwacji społecznych. Wyraziste pióro „Saramonowicza Codziennego” sprawia, że Chłopcy  są nie tylko inteligentną rozrywką, którą czyta się jednym tchem, a kolejne zdania chce się głośno cytować. W lekkiej formie Saramonowicz przemyca bowiem treści zupełnie niebłahe. Pokazuje do czego prowadzi pogoń za sytym życiem, pełnym sukcesów zawodowych, w którym dorosłość to wiecznie odnawialna nisko oprocentowana karta kredytowa.

Opinie o ebooku Chłopcy - Andrzej Saramonowicz

Cytaty z ebooka Chłopcy - Andrzej Saramonowicz

A kiedy już zaspokoiły pierwszy głód, moja narzeczona przypomniała sobie wreszcie o mnie. Podeszła i podsunęła mi kabanosy niemal pod nos. – Masz, wpierdalaj! Popatrzyłem na nią zaskoczony. – Ale przecież obiad ma być! – Gówno, nie obiad! – rzuciła z zaciętą miną. – Kiełki posrane jakieś!
– Mój ojciec nie jest zły, Greta. Pogubił się, ale nie jest zły. – Jak wszyscy dorośli, Mati – na twarzy Grety znów pojawił się uśmiech jej mamy. Oczywiście z czasów, kiedy nie wiedziałem o niej wszystkiego. – Ale my tacy nie będziemy, prawda? – dodała. My? Nigdy! My będziemy zupełnie, ale to zupełnie inni!

Fragment ebooka Chłopcy - Andrzej Saramonowicz

ROZDZIAŁ I
1.

Podobno kiedy dobrze udajesz szczęśliwego, ludzie ci wierzą. A kiedy udajesz genialnie, wtedy nawet sam w to zaczynasz wierzyć. Tak mówi moja mama.

To znaczy nie mnie. Przez telefon tak mówi. Komu, nie wiem, ale kiedyś podsłuchałem. W gruncie rzeczy nawet nie musiałem podsłuchiwać. Po prostu strasznie głośno mówiła. Z zapamiętaniem tłumaczyła, jak należy właściwie żyć. Ona uważa, że to wie. Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie. Czasami słyszę, jak płacze w nocy. I wiem, że wtedy wie o życiu jeszcze mniej niż ja.

Mnie o życiu mama mówi niewiele. To znaczy bez przerwy coś o tym mówi, ale korzyść z tego wątpliwa, bo traktuje mnie jak opóźnionego w rozwoju. Nie chcę przez to powiedzieć, że źle. Jest po prostu jak wszystkie inne matki, które poznałem, a poznałem ich wiele. Otóż wszystkim matkom świata się wydaje, że z dziećmi trzeba rozmawiać w taki sam sposób, w jaki telewizyjna reklama gównianego produktu rozmawia z emerytem. Uśmiech od ucha do ucha i wielkie, drukowane litery. A przecież dla każdego jest oczywiste – nie wiem, jak się sprawa ma ze starcami uzależnionymi od telewizji, ale my, jedenastolatki, rozumiemy to bardzo dobrze – że to, co w życiu najważniejsze, dzieje się bez uśmiechu i małą czcionką.

Tak, mam dopiero jedenaście lat i tylko sto pięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu. I jestem dzieckiem. Ale jestem też mężczyzną. I wiem, że z wszystkich ważnych spraw w życiu mężczyzny najważniejsza jest przyjaźń. Taka jak moja z Adrianem.

– Cześć, Mateusz. Nie wracasz do domu?

To Greta. Chodzimy razem do klasy. Lubię ją, chociaż jest gruba.

– Nie. Grzeję się w słońcu.

– A twój tata gdzie? – pochyla się nade mną piękny uśmiech. – Nie odbiera cię?

To mama Grety, pani Adamska.

– Odbiera, proszę pani. Ale korki są. Pewno dlatego jeszcze nie przyjechał.

Pani Adamska nie jest tak gruba jak Greta. W ogóle nie jest gruba. Jak na swój wiek jest okej. Nawet bardziej niż okej.

– Ucałuj ode mnie tatę – uśmiecha się.

Dlaczego Greta nie umie się tak uśmiechać?

– Dobrze, proszę pani – kłamię, bo przecież nie będę go całował w imieniu pani Adamskiej.

Pani Adamska i tata znają się ze szpitala. Ona też tam pracuje, choć nie jest neurochirurgiem. Prowadzi aptekę czy coś. Nie pamiętam dobrze.

– Bzyknąłbyś ją?

Cholera, na śmierć zapomniałem o tym idiocie. To Kazio Broszkiewicz, nasz klasowy bezmózg. Też nikt po niego nie przyjechał i musimy tu teraz siedzieć razem. Nie jest moim przyjacielem, bo moim przyjacielem jest Adrian, jak mówiłem. Kazio nie jest nawet moim kolegą. Muszę z nim tylko chodzić do jednej klasy, co nie jest ani trochę przyjemne, bo Kazio to debil.

– No, odpowiedz! Bzyknąłbyś panią Adamską?

– Zamknij ryj, trollu!

– Ja bym bzyknął!

Debil w czystej formie. Co pewien czas włamuje się do szafek w szatni i sika nam na ubrania. I rysuje trupy. Wszędzie rysuje trupy. Nie wiem, dlaczego trzymają go jeszcze w naszej szkole. A właściwie to wiem. Jego ojciec jest prezesem banku, w którym nasza pani dyrektor ma kredyt.

– Mateuszku, nie ma cię kto zabrać? To może my cię weźmiemy?

A to już pani Wilk, mama Marysi.

Pani Wilk zawsze się o mnie troszczy. Chyba mnie lubi. Albo ma dobry charakter. Może nawet jedno i drugie. Jakkolwiek jest, za żadne skarby nie chciałbym z nią teraz wsiąść do auta. Ani teraz, ani nigdy. Nie znam nikogo, kto prowadzi gorzej. Pani Wilk zmienia biegi tylko do trójki, najwyraźniej nikt jej nie powiedział, że samochód ma jeszcze trzy kolejne. Jazda z nią to tortura. Silnik rzęzi niczym zarzynana świnia, ale pani Wilk tego nie słyszy, bo puszcza głośno muzykę medytacyjną. I na dodatek wybija rytm tą samą nogą, którą trzyma na pedale gazu. Za cholerę nie wiem, jak ona to robi. I po co. Muzyka medytacyjna nie ma przecież żadnego rytmu. A ta nieznośna huśtawka – zryw, hamowanie, zryw, hamowanie – powoduje, że już po kilku minutach wspólnej jazdy mam ochotę się wyrzygać.

Pani Wilk oczywiście twierdzi, że to przez chorobę lokomocyjną, którą mam, bo się źle odżywiam i nie zaklejam sobie pępka plastrem. Uważa, że zaklejanie pępka kawałkiem kupionego w kiosku plastra leczy chorobę lokomocyjną. Słyszałem jak raz mówiła mojemu tacie, żeby mi zaklejał pępek, to nie będę rzygał w samochodzie. Oczywiście dodała też, żeby przestał mnie karmić mięsem, ale zawsze to dodaje, więc mięso teraz pominę. Jeszcze będzie okazja, żeby do niego wrócić. Po cholerę jednak tata miałby mi zaklejać pępek plastrem, skoro on w ogóle nie szarpie? Mama zresztą też nie, jeździ nawet jeszcze lepiej od taty. Więc to, że pani Wilk prowadzi niczym ślepy z febrą, nie jest raczej kwestią płci. Myślę, że ona tak źle jeździ właśnie przez niedobór mięsa w organizmie.

Dziwię się, że Marysia nie rzyga. Kiedyś nawet ją zapytałem, czy jak wsiada do auta z matką, to ma zalepiony pępek. „Chyba cię pojebało”, odpowiedziała.

Marysia to moja dziewczyna. Przeklina, fakt. Ale poza tym jest miła.

– Tak, mamo! Weźmy Matiego, koniecznie!

Sami słyszycie, że miła.

– Nie możemy go wziąć! Balet mamy!

A to akurat Ola, siostra Marysi. Trochę zołza.

Ola i Marysia są bliźniaczkami dwujajowymi. Dwujajowymi, czyli niepodobnymi do siebie. Wyjaśniam na wypadek, gdybyście byli takimi debilami jak Kazio Broszkiewicz.

Ola jest dziewczyną Adriana. Pół roku temu tak się nimi podzieliliśmy. Męska przyjaźń, wspominałem już. Z podziału jestem zadowolony, bo Ola, jak mówiłem, jest trochę zołza, a Marysia nie. A w każdym razie mniej.

– Ja bez Matiego nie jadę!

Gdybym się lubił przytulać do dziewczyn, tobym się teraz do niej przytulił. Najwyższy czas zrewanżować się sercem za serce.

– Nie trzeba! Jedźcie sobie na ten wasz balet! Za sekundę i tak przyjedzie mój tata!

Nie lubię swojego głosu, bo jak dla mnie jest za wysoki. Poza tym wcale nie wiem, czy tata przyjedzie za sekundę. Ale powiedziałem to, bo poczułem, że akurat coś takiego powinno zostać w tej chwili powiedziane. I chyba całkiem nieźle to zabrzmiało, bo teraz wszystkie trzy spoglądają na mnie jak urzeczone, a pani Wilk – zazwyczaj skrzywiona niczym człowiek z rotawirusem – układa nawet wargi w podróbkę uśmiechu.

– Za sekundę twój tata tu będzie? – ożywia się i klaszcze w dłonie jak w niemym filmie. – No, dziewczynki, jeśli tata Mateuszka zaraz przyjeżdża, to może poczekamy tę małą chwilkę. To przecież tylko mała chwilka, na balet się nie spóźnimy, nie ma obawy, a Mateuszek nie będzie tu siedział tak sam.

– On tu nie jest, kurwa, sam! – głos z kosmosu pojawia się całkiem niespodziewanie. – On tu jest, kurwa, ze mną!

Głosy z kosmosu zawsze pojawiają się niespodziewanie, ale ten z pewnością należy do zbioru najbardziej zaskakujących. Zwłaszcza dla pani Wilk.

– Jak ty się wyrażasz, Kaziu! – składa ręce w geście zatroskania.

No jak to jak, proszę pani? Nasz klasowy debil wyraża się tak jak jego mama. Przecież każda mama chce, żeby dziecko przejęło z niej jak najwięcej, czyż nie? A Kazio po swojej mamie przejął akurat ekspresję językową. Całe nasze osiedle doskonale wie, że pani Broszkiewicz przeklina jak pojebana. Zresztą kto dziś nie przeklina? Tylko ja, Adrian, moja mama i może jeszcze pani. Bo pani córki już tak.

Najwyraźniej to wszystko nie dociera jednak do pani Wilk. Łapie powietrze niczym karp i wbija w Kazia oskarżycielski palec. Ostatni moment, żeby interweniować. Za chwilę poleje się krew lub ktoś komuś nasika na ubranie.

– Proszę się nie unosić! – uśmiecham się niewinnie jak sześciolatek. – Myślę, że Kazio chciał tylko powiedzieć, że sobie tu siedzimy i gadamy i że w tym sensie jestem tu z Kaziem, a on jest ze mną. A jeśli nie udało się Kaziowi przekazać tego w sposób precyzyjny, to wyłącznie dlatego, że dotkliwie boli go ząb, czyli że aktualnie cierpi, prawda, Kaziu?

Kazio spogląda na mnie jak półmózg. Nie wiem, co bardziej uderza mnie w tym spojrzeniu – bezmyślność czy zaskoczenie. Nie mam nawet czasu tego przeanalizować, bo dostrzegam, że i twarz pani Wilk przybiera formę fraktalną. Kiedyś czytałem o fraktalach i jestem pewien, że tak właśnie wyglądają, kiedy nie mają pojęcia, jak się zachować.

– No... skoro tak... to tak... – szepcze pani Wilk, niemal nie poruszając wargami. – Idziemy, dziewczynki. A ty ucałuj ojca ode mnie.

– Dobrze, proszę pani – znowu kłamię.

Odchodzą. Spoglądam wściekle na Kazia.

– Żadnych głupich pytań, trollu!

– Luz, Mati. Żadnych pytań.

Kazio unosi głowę do słońca i otwiera szeroko oczy. Łzy zaczynają mu płynąć po policzkach, ale nie zamyka powiek. Wpatruje się w słońce z nienawiścią. Jak w panią Wilk przed chwilą. Nie mogę tego znieść. Nie chodzi o panią Wilk. Chodzi o empatię. Mam wrażenie, że to nie jego boli, ale mnie. I że to mnie, a nie jemu, sina od bieli wiązka przepala teraz mózg.

– Przestań, kurwa!

Czasami nie da się nie przeklinać.

Kazio spogląda na mnie, choć jestem pewien, że mnie nie widzi. Jestem pewien, że nie widzi niczego oprócz wnętrza własnego oka. Uśmiecha się jak debil. Debil.

– Żadnych pytań, Mati – potwierdza po raz wtóry. – Bo i po chuj pytać. Przecież to jasne, że nikt na świecie nie chciałby bzyknąć tej kobiety.

2.

Seks? Tak naprawdę ciągle nie mam pojęcia, czym jest seks, ale chętnie się uczę. Szkoda tylko, że tak późno zacząłem, bo z każdym dniem widzę, jak wiele jest jeszcze do nadrobienia.

Mam czterdzieści lat i jestem wreszcie szczęśliwy. Wiem, że faceci boją się czterdziestki jak ognia. Niepotrzebnie. To piękny wiek. Kiedy jesteś młody, miliard rzeczy przeszkadza ci, by dobrze się poczuć. Młodość mężczyzny tylko pozornie wygląda na czas luzu. Tak naprawdę facet dławi się wówczas od bezustannej niepewności, czy jest wystarczająco atrakcyjny dla świata. Bo zawsze coś jest nie tak. Długość penisa albo durni rodzice. Ksiądz straszący piekłem albo syfy na plecach. Brak kasy albo nadmiar oczekiwań. Kłopotliwe nieoczytanie albo przedwczesny wytrysk. Albo – tak bywa najczęściej – wszystko naraz.

Młody facet zawsze ma pod górę. Zawsze. Kiedy idziesz do liceum – pełen wiary w życie, ufny w swoją gwiazdę i pokładający nadzieje w nieprzerwanej erekcji – błyskawicznie dostajesz młotkiem w łeb, bo najfajniejsze laski wolą to robić ze studentami, a tobie zostaje drugi sort. Idziesz więc na studia, a tam to samo, tyle że dziewczyny, zamiast z tobą, pieprzą się z absolwentami. Nie poddajesz się, zaciskasz zęby, kończysz studia z przyzwoitą średnią, załapujesz się do wymarzonej pracy i co? Gówno. Praca to królestwo niebieskie szefa. Co z tego, że jest wredny i ma żonę? Tyłki najlepszych dup polerują mu biurko częściej, niż ty możesz zwalić konia w kiblu na końcu korytarza przy jego gabinecie. A możesz naprawdę często, bo przecież jesteś, kurwa, młody.

Tak, czterdziestka to idealny moment dla mężczyzny. I żeby się poczuć naprawdę szczęśliwym w tym wieku, potrzebne są właściwie tylko dwa warunki. Po pierwsze...

– Dobrze ci?

Przestała się ruszać. Otwieram oczy. Przenika mnie wzrokiem, najwyraźniej zaniepokojona. Chociaż właściwie nie. To nie zaniepokojenie. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem ją zaniepokojoną. To złość.

Siedzi na mnie naga, z nieodłącznym kieliszkiem w ręku, naprawdę piękna jak na swoje trzydzieści pięć lat i hektolitry białego wina, które od lat w siebie wlewa.

– Dobrze ci? – pyta ponownie.

– Dobrze – odpowiadam pospiesznie i nieco na wyrost, bo prawdę mówiąc, nie wiem, jak mi było przed chwilą.

Zamyśliłem się. Tak czasami mam, że się zamyślam. Ale z pewnością było mi dobrze. Z Niną zawsze jest dobrze.

– Tylko dobrze?

Jej niebieskie oczy gwałtownie ciemnieją. Nadciąga burza.

– Bardzo dobrze – postanawiam zawczasu rozpędzić chmury.

Uśmiecham się.

Milczy. Odwraca głowę, patrzy w stronę okna, pociąga potężny łyk. Kiedy unosi kieliszek, jej prawa pierś napręża się jak u nastolatki. Magiczna. Ale i lewa nie wygląda źle. Tak, Nina to naprawdę atrakcyjna kobieta, a ja jestem w niej. To zaiste ważny powód, by się dobrze czuć.

– Przecież wiesz, że z tobą zawsze jest mi bardzo dobrze. – Aksamit w moim głosie jest naprawdę najlepszego gatunku.

– No widzisz? A jemu nie było.

Jemu? W jednej chwili łapię, że to nie na mnie jest zła. Czuję ulgę, ale i ukłucie. Nawet więcej niż ukłucie. Wkurwienie.

Obejmuję ją w talii, przyciskam do siebie.

– Czy musimy znowu rozmawiać o twoim mężu?

– Nie musimy. W dupie go mam.

– W tym momencie wolałbym nie – przesuwam ręce na jej pośladki.

Ponownie spogląda na mnie. Widzę, jak usilnie próbuje zachować powagę. I wiem, że nie jest w stanie. Unoszę gwałtownie biodra i zdecydowanym ruchem dociskam jej pośladki do siebie. Wybucha głośnym śmiechem.

– W tym momencie ja właściwie też!

Wypija kieliszek do dna i niemal natychmiast znów zaczyna poruszać biodrami. Zdążam jeszcze zauważyć, że błyskawicznie wpada w trans, a potem zamykam oczy.

Mam czterdzieści lat i jestem wreszcie szczęśliwy. Żeby poczuć się naprawdę szczęśliwym w tym wieku, potrzebne są właściwie tylko dwa warunki: udanie się ożenić, a potem równie udanie rozwieść.

3.

Seks? Jasne, że wiem, co to seks. Nie jestem dzieckiem. To znaczy jestem dzieckiem, ale nie jestem idiotą jak Kazio. Seks jest tym samym co piłka nożna. Tylko drużyny są różnej płci.

Dziewczyny i chłopaki na jednym boisku. Wiecie, co to oznacza, nie? Bez szans na piękne widowisko. One skupiają się na obronie, oni za wszelką cenę chcą wleźć z piłką do bramki w pierwszym kwadransie. Dużo fauli, mało finezji. Zawzięta kopanina dwóch drużyn, z których każda jest zagrożona spadkiem z ligi. Tak właśnie wygląda seks.

– Zobacz, kurwa, co mam!

Debil Kazio. Już miałem nadzieję, że zniknął. Że się zamienił w nic, jak było planowane przy stworzeniu świata. Albo że się rozpadł pod wpływem promieni z kosmosu. Że zjadł go tytan z japońskiej kreskówki. Albo że zabił go oddech pani od religii. Ale nie. Siedzi tu ciągle obok i wymachuje mi przed oczami zapalniczką, którą zapewne ukradł swojemu ojcu. Kazio lubi się chwalić, że ciągle mu coś kradnie.

– Chodź, podpalimy kota!

Przesłyszałem się. Z pewnością się przesłyszałem.

– Chodź, podpalimy kota!

Nie przesłyszałem się. Istnienie niektórych ludzi jest naprawdę zastanawiające.

– Spierdalaj! – mówię, bo lubię koty, a nie lubię Kazia Broszkiewicza.

Czy wspominałem już, że czasami nie da się nie przeklinać?

Kazio czerwienieje. To najszybciej wybuchający wulkan na mojej wyspie. Udaję więc, że patrzę w słońce, ale kątem oka dostrzegam, jak Kazio podnosi się z murka. Red alert! Red alert! Wiem, że za chwilę mnie rąbnie. I że już za późno na ucieczkę. Podskakuje i chwyta mnie za koszulkę. Za sekundę pancernik „Schleswig-Holstein” wystrzeli z wszystkich dział. Nie mogę na to pozwolić. Uderzam pierwszy. Kazio leci na pysk, pociągając mnie na asfalt. Upadamy.

Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Po lekcjach byłem umówiony z Adrianem na pił...

ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej po lekcjach byłem umówiony z Adrianem na piłkę skurwysyn się pode mną szarpie na przerwie między matmą a historią powiedział że nie gra jak to nie grasz zapytałem no bo na sushi mamy iść odpowiedział Adrian wiesz tam gdzie te łódki pływają oczywiście że wiedziałem gdzie też tam chodzę z rodzicami to znaczy chodziłem zanim usiłuje walnąć mnie z dyńki blokuję mu łeb wciskając palce w oczy ty skurwysynu! krzyczy nie pieprz mi tu o łódkach Adrian się umawialiśmy tak? że po lekcjach dziś gramy tak? ale starzy mi się rozwodzą jęczy i próbuje się wyślizgnąć spode mnie mówiłem ci że starzy mi się rozwodzą rzeczywiście mi mówił przyciskam go do asfaltu wiem że nie mogę pod żadnym pozorem go puścić bo mnie świr zabije usiłuje mnie ugryźć ale nie może jeszcze zdążymy dziś zagrać próbowałem go pocieszać bo wyglądał jakby się miał rozpłakać rozprawa nie trwa długo kiedy się moi starzy rozwodzili wyszliśmy po kwadransie dodałem ale ci przecież powtarzam odpowiedział że na obiad mamy po rozwodzie iść wiesz jacy moi starzy są rodzinni zrobił przepraszającą minę pluje na mnie debil nie może wyrwać się z mojego nelsona to na mnie kurwa pluje wiesz jacy moi starzy są rodzinni powtórzył kochanie ty jeszcze niegotowy? usłyszeliśmy obaj głos matki Adriana stała na szkolnym korytarzu z ojcem Adriana pospiesz się synu rzucił ojciec Adriana do Adriana chciałbym to już mieć za sobą a potem powiedział do mnie przypomnij staremu że dzisiaj pijemy nie szarp się! dobrze proszę pana odpowiedziałem nie szarp się idioto im bardziej się szarpiesz tym mniej masz tlenu! ojciec Adriana mojego najlepszego przyjaciela to najbliższy przyjaciel mojego taty niesamowite co? nie wyrwie się nie ma szans już się nie wyrwie jest aktorem Paweł Puch może słyszeliście w dupie mam że się dusisz! nigdy go nie widziałem w kinie ale wszyscy w tym kraju świetnie znają jego głos dziś w atrakcyjnej promocji koreczki śledziowe po kaszubsku tylko sześć dziewięćdziesiąt dziewięć zestaw mebli ogrodowych z białego plastiku dwieście czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć klej do tapet jogurt z kulturami bakterii tabletki na zgagę piwo warzone w niezmieniony sposób od miliarda lat wszystkie reklamy czyta i w telewizji i w radiu podpaski odkamieniacz wybielacz odrdzewiacz wszystkie reklamy w Polsce mówią głosem pana Pucha i jeszcze przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu kurwa zabiję cię! chrypi ten debil Kazio no i starzy prosto ze szkolnego korytarza pełnego rozwrzeszczanych dzieci z młodszych klas zabrali Adriana na rozprawę a potem zapewne i na to cholerne sushi z łódkami moi rodzice nie wzięli mnie na sushi kiedy się rozwodzili rok temu teraz wszyscy starzy to robią taka moda to znaczy że się rozwodzą a nie że zabierają dzieci na sushi no i dlatego nie mogliśmy dziś zagrać w piłkę i musiałem po lekcjach siedzieć na murku z tym debilem Kaziem który rzęzi jakby się naprawdę dusił już nie chce mnie zabijać mówi że nic mi nie zrobi bylebym go uwolnił ale ja wiem że jak mu tylko odpuszczę to znajdzie jakiś kamień i mi rozwali łeb to jest prawdziwy pojeb on naprawdę podpalił kiedyś kota więc go trzymam choć mi ręce omdlewają trzymam ostatkiem sił mieszkam z mamą tata się wyprowadził daleko i rzadko się widujemy bo ciągle ma strasznie dużo pracy brakuje mi go ma strasznie dużo pracy nienawidzę kiedy się spóźnia tak jak dzisiaj boli mnie kolano dopiero teraz czuję że musiałem się nieźle grzmotnąć przy upadku brakuje mi taty gdyby się nie spóźnił nie musiałbym od dziesięciu minut wbijać tego niedorozwoja w asfalt za chwilę stracę wszystkie siły i będę go musiał puścić a wtedy

Za chwilę stracę wszystkie siły i będę go musiał puścić, a wtedy...

– Mateusz!

W ostatniej chwili, tato! Gdybyś zjawił się minutę później, twój syn zostałby niechybnie zabity przez brakujące ogniwo.

– Kazio! Nic ci nie jest?

O, i pani Broszkiewicz się zjawiła! Będzie się na mnie wydzierać, że tłukę właśnie jej syna? Nie, w ogóle na mnie nie patrzy. Patrzy z dezaprobatą na swojego niedorozwiniętego potomka, który ciężko dyszy na asfalcie i gapi się na mnie z tępą nienawiścią. Co, pojebie, może chcesz wiedzieć, czy bzyknąłbym twoją matkę?

Nawet ją lubię. Jak taka fajna kobieta mogła urodzić takiego betona? Seks jest niepokojący, jeśli pozwala na coś podobnego.

4.

Ciasne dżinsy idealnie opinają tyłek. Zeszczuplała. A może to te obcasy? Po cholerę jej szpilki właściwie? Wcześniej ich nie nosiła. Ciągle powtarzała, że ją nogi bolą.

Patrzę, jak wyjmuje z plastikowej torby pudełka z chińskim żarciem, wykłada ich zawartość na talerze, wsadza pierwszy do mikrofali, wyciąga z górnej szuflady sztućce, a z dolnej serwetki, wyjmuje gorący ryż z mikrofali, wkłada drugi talerz, nalewa wodę do szklanek, Mateuszowi i sobie niegazowaną, mnie z bąblami, bo lubię, nawet nie zapytała, ona po prostu o wszystkim pamięta, podpływa do stołu, rozkłada serwetki i sztućce, przemyka do mikrofali, wyjmuje drugi talerz, bierze oba, unosi się nad ziemię, przyfruwa ponownie, siedzimy.

Te wszystkie jej kuchenne ruchy. Jakbym widział anioła.

– Godzinę temu było jeszcze gorące – moja była żona uśmiecha się gorzko. – Gdybym wiedziała, że się tyle spóźnicie...

– Ale to nie taty wina, tylko moja! – krzyczy Mateusz.

Za głośno i za gorliwie. Matka spogląda na niego uważnie.

Błąd, synku. Taka reakcja musi budzić podejrzenia. Kobiety mają szósty zmysł. Czuły sonar, tropiący wszelkie zmiany w wysyłanej przez nas częstotliwości. Więc choćby skały srały, musisz nadawać tym samym rytmem na tej samej częstotliwości. W przeciwnym wypadku ich urządzenia do namierzania męskich kłamstw od razu wychwycą, że masz coś do ukrycia. Ucz się. To się robi tak:

– Ja nie jestem głodny. W mieście jadłem.

Mateusz wbija we mnie zaskoczony wzrok. Niedziwne, pół godziny temu powiedziałem mu, że się spóźniłem do szkoły, bo mi się operacja przedłużyła. No, żołnierzu, nie gap się tak głupio, to tylko ćwiczenia! Obserwuj matkę.

– Jak to w mieście jadłeś? – Agnieszka wbija we mnie czujny wzrok. – Mówiłeś, że masz dyżur!

Zauważyłeś? Sonar już się włączył. U kobiet to się dzieje automatycznie. Teraz musisz podać fałszywe dane o swoim położeniu.

– Zamienili mi – rzucam, patrząc jej prosto w oczy.

– Jak ci mogli zamienić! Przecież to ty jesteś ordynatorem!

Widzisz, synek? Pierwsze torpedy zostały już wystrzelone. Teraz trzeba tylko ich przekonać, że cię trafili. I że poszedłeś na dno. No i najważniejsze: trzeba im uświadomić, że nie przewoziłeś broni ani żołnierzy. Wyłącznie cywili. Najlepiej kobiety i dzieci.

– Straciłem przytomność.

W jednej sekundzie twoja matka blednie, zauważyłeś? Jeszcze przed chwilą wysyłała do dowództwa komunikat o zwycięstwie, a teraz trzyma się za brodę i mówi:

– Jezus Maria, kiedy?!

– Na poprzednim dyżurze. Dlatego właśnie mi zamienili Ale nie martw się, Aga, nic mi nie będzie. To tylko przemęczenie. Są już wszystkie wyniki, nic mi nie jest.

Mam nadzieję, że nie uwierzyłeś, synek. Mrugnąłbym ci, ale obowiązuje całkowita cisza w eterze. Kiedy dorośniesz, nauczysz się, że w międzypłciowych wojnach partyzanckich mężczyźni porozumiewają się telepatycznie.

– Musisz odpocząć, Kuba! – moja anielska eks kładzie mi rękę na dłoni.

Uśmiecham się tak, jak lubi. Trzynaście lat po ślubie facet powinien już wiedzieć, kiedy i w jaki sposób powinien się uśmiechać.

– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – nerwowo przejeżdża ręką po gładko zaczesanych włosach. – Pojechałabym sama do szkoły po Matiego.

– Wiem, Aga, ale dzisiaj jest mój dzień. Umawialiśmy się, że w środy ja go odbieram. Poza tym idę zaraz do domu. Się położę. Odeśpię. Odpocznę. No, kochani, jedzcie, bo wam wystygnie.

Jak ona pięknie patrzy. Jesteśmy rok po rozwodzie, a ona ciągle potrafi na mnie patrzeć tak, jak na początku. Gdyby nie Mati obok, z miejsca zaproponowałbym jej seks.

– A ty naprawdę nie chcesz?

– Dzięki, Aga, ale już mówiłem, że jadłem. Z profesorem Zawadzkim, tym kardiologiem, wiesz. Koniecznie chciał skonsultować moje wyniki.

– Cieszę się, że jesteś w dobrych rękach, Kuba.

W dobrych rękach? Tak bym tego nie ujął. Swoją drogą, cholera, to miał być taki miły i spokojny dzień. Jak zawsze zaparkowałem przed naszym osiedlem. Dzięki temu miałem absolutną pewność, że Aga nie zobaczy mojego auta pod domem Niny. Wszedłem, pogadaliśmy chwilę, tradycyjnie zaproponowała drinka, tradycyjnie odmówiłem. Zdjęliśmy ubrania i zaczęliśmy się kochać. Czas stracił nad nami władzę, przemierzaliśmy wszechświaty, nurzaliśmy się w bezkresie i zakrzywialiśmy hiperwymiary, gdy nagle dotarło do moich uszu skowytliwe:

– Ja pierdolę!

Otworzyłem oczy.

Ziemia.

Warszawa.

Nina Broszkiewicz.

Ciało wygięte w łuk. Twarz w grymasie. Usta powtarzają „ja pierdolę! ja pierdolę!” na przemian z „Jezus Maria! Jezus Maria!”. Robi wrażenie.

– Doszłaś?

– Jakie, kurwa, doszłaś?! – krzyczy, a jej spuszczone ze smyczy piersi skaczą mi do oczu niczym Scylla z Charybdą. – Kazia ze szkoły zapomniałam odebrać!

Czuję, że momentalnie mi staje. I że tym razem to serce. Wbijam wzrok w zegar. Wielki jak na dworcach. Wisi naprzeciw łóżka. Zawsze kiedy tu leżę, bawi mnie myśl, że sypialnia Niny ma w sobie coś z dworca. Zawsze, ale nie tym razem. Tym razem zupełnie nie jest mi, kurwa, do śmiechu.

– Na miłość boską, Mati! – krzyczę i podrywam się gwałtownie, jak każdy odpowiedzialny ojciec, który uświadamia sobie, że zapomniał o synu, czekającym na niego w szkole.

Siedząca na mnie Nina spada na podłogę.

– Chcesz mnie zabić, pojebie?!

Retoryczne pytanie. Niełatwo się na nie odpowiada. Więc nie odpowiadam. Najwyraźniej Ninie się to nie podoba. Przez całą drogę do szkoły milczy, wkurwiona jak sto pięćdziesiąt.

Idę o zakład, że wprowadzi mi sankcje na obciąganie.

– Kuba!

Ziemia. Warszawa. Agnieszka. Patrzy ołowiem jak robot. Lub lekarz. Uśmiecham się od niechcenia.

– Co się z tobą dzieje? – badawcze spojrzenie. – Wyglądasz, jakbyś miał znowu zemdleć.

– Nie, nie martw się. Zamyśliłem się znowu.

– Znowu?

Błąd, żołnierzu! Kobiety ci się pojebały! Zejdź z linii strzału! Natychmiast zejdź z linii strzału.

– Te dyżury mnie wykańczają. Jest inaczej niż kiedyś. Kiedyś... No, sama wiesz, jak jest. Czterdziestka to już nie te oczy. Idę do domu spać.

– No to nawet dobrze się składa – mówi i uśmiecha się. Ale nie do mnie. Do Mateusza. – Przenocujesz dziś u taty, skarbie, okej?

– Okej, mamo!

Uśmiech na twarzy syna. Bezcenne. Ale nie dziś.

– Ale ja nie mogę!

Jej oczy. Trzy szybkie mrugnięcia. Poszukiwany. Namierzony. Okrążony.

– Jak nie możesz? Przecież w domu siedzisz, Kuba, odsypiasz, odpoczywasz.

Na tym froncie niewiele wskóram, przerzucam więc wzrok na syna. Krzywię się, zanim skrzywi się on.

– Mati, wierz mi, chciałbym, ale naprawdę nie mogę. Dziś wujek Paweł ma do mnie wpaść.

Kiwa głową, jakby rozumiał. Chłopak jest naprawdę kochany.

– I co z tego? – moja była żona strzela mi w kolano.

Upadam.

– Wiesz, że się dzisiaj rozwiedli? – skamlę cicho.

– I co? Zamierzacie świętować?

– Zaraz świętować. Pogadać musimy.

– Będziesz mu doradzał, jak żyć na wolności?

– Aga, proszę cię! Nie przy dziecku!

Milknie. Dobry argument z tym dzieckiem. Chciała mi przypierdolić, ale wybiłem ją z uderzenia. Zatrzymuję krwawienie i już mi wraca nadzieja, że będę żył, kiedy dociera do mnie:

– Trudno! Przenocujesz u Kazika, skoro ojciec cię nie chce.

Ojciec cię nie chce? To już nie jest zwykła strzelanina. To użycie broni chemicznej. Mateusz wygląda, jakby się miał rozpłakać.

– Tylko nie u Kazika! – krzyczy. – On wszędzie rysuje trupy! I sika dzieciom na ubrania! Mogę spać u ciebie, tato? Proszę...!

Zerka błagalnie. Odmówić mu to jak odbudować nazizm.

– No dobrze.

Dzieciak łapie mnie za rękę. Czuję gwałtowny przypływ wzruszenia. I właściwie to chuj, nawet się cieszę. Przecież tak naprawdę w ogóle nie będzie nam przeszkadzał. Odkąd przestał sikać w pieluchy, nigdy nie przeszkadza.

Ale zasady to zasady i nie mogę tego puścić płazem.

– A ty co masz za wyjście właściwie? – wbijam wzrok w Agnieszkę.

– Pierre przyjechał z Paryża... Wiesz, ten szef działu sprzedaży na środkową i wschodnią...

– Pierre...? I spier... I z nim idziesz na kolację?

– No, nie tylko z Pierre’em. Będzie tam dużo innych ludzi, na przykład... – przerywa i spogląda na mnie wściekle. – O, nie, Kuba, nie wkręcisz mnie w to!

– W co?

– Nawet nie zaczynaj! Nie będziesz mnie kontrolował!

Staram się nie uśmiechnąć, ale nie daję rady. Co to był za cios! Nokaut w ostatniej rundzie. Tytuł i mistrzowski pas wracają do mnie, wygrałem. Ona też to wie. Dlatego unika mojego wzroku i przerzuca wkurzenie na Mateusza.

– A ty co tak siedzisz? Spakuj się na jutro! I basen weź!

Mateusz wstaje i bez słowa protestu idzie do pokoju. A ona, patrząc nie na mnie, ale na ścianę, rzuca:

– Pamiętasz, że jutro zaczynają od basenu? Żebyś go do szkoły nie zawiózł, jak poprzednio.

Stal damasceńska złowieszczo pobrzękuje w jej głosie.

– Pamiętam – odpowiadam aksamitem. – Wtedy też pamiętałem, tylko się zamyśliłem.

Bez słowa podnosi się z krzesła, zbiera ze stołu talerze i sztućce. Za chwilę wraca. Czas na szklanki. Bezszelestnie przepływa z miejsca na miejsce. Każdym ruchem daje do zrozumienia, że mnie już tu nie ma. Nachyla się nad zmywarką. Ciasne ciemnogranatowe dżinsy idealnie opinają jej tyłek. Naprawdę zeszczuplała.

Po chuj ja się rozwodziłem, skoro ona taka piękna...?

5.

– Rozwód, stary, to najlepsza rzecz, jaką wrażliwy mężczyzna może dać ukochanej osobie!

To tata.

– Czyli sobie?

To wujek Paweł.

– Czyli sobie!

To znowu tata.

Lubię ich słuchać. To, co mówią, często jest kompletnie bez sensu, ale lubię ich słuchać, bo lubię sposób, w jaki się przyjaźnią.

My z Adrianem też tacy będziemy.

Od trzech godzin i siedemnastu minut piją wódkę w salonie. Od pięćdziesięciu czterech minut – wtedy tata był u mnie w pokoju po raz ostatni – sądzą, że śpię.

Ja byłem w salonie dwie godziny i sześć minut temu. I wcale nie muszę tam być teraz, żeby wiedzieć, co robią. Wiem. Przed chwilą na przykład milczeli i długo wpatrywali się jeden w drugiego. A teraz mój tata, mogę się założyć, że tak właśnie jest, kładzie rękę na ramieniu taty Adriana i mówi:

– Ja też kochałem swoją żonę, kiedy się rozwodziłem, Paweł. Nadal ją zresztą kocham.

Co?! Tata nadal kocha mamę?

– Kochasz ją?

Widzę, że nie tylko ja jestem zaskoczony.

– Na swój sposób.

Na swój sposób? Czyli jak?

– Urodziła mi najcudowniejszego syna na świecie.

Uśmiecham się. W głosie taty słyszę wzruszenie.

– Poza twoim, oczywiście.

Uśmiecham się. Jestem pewien, że wujek Paweł też się teraz wzruszył.

Znowu milczą i patrzą na siebie. Skąd to wiem, skoro nie widzę? Bo przyjaciele zawsze tak robią w ważnych chwilach.

– Ja po prostu czułem, że nic nie czułem, Kuba – odzywa się po chwili wujek Paweł. – I że mi gdzieś życie ucieka między palcami. W dodatku to chyba w ogóle nie były moje palce...

– To były palce śmierci! – krzyczy tata. – Jebane palce śmierci, wyciągające się w stronę naszych niewinnych chłopięcych ciał!

Jebane palce śmierci? Dobre! Muszę to zapamiętać.

Cichutkie brzęknięcie. Któryś z nich podniósł butelkę wódki i potrącił dzbanek z sokiem grejpfrutowym.

Bo oni zawsze piją wódkę z grejpfrutowym.

– Tylko mi się nie zakochuj! – to mój tata.

– Mówisz do profesjonalisty! – to tata Adriana.

– No myślę! – to znowu mój tata. – Czysty seks! Jesteś to winien naszym przodkom. Za to walczyli, cierpieli i ginęli!

Założę się, że w tej chwili tata podnosi kieliszek.

– Nie ma wolności bez seksualności! – krzyczy głośno wujek i również podnosi kieliszek.

– Seksualność walcząca! – krzyczy jeszcze głośniej tata.

Milkną. Najwyraźniej piją. Nie da się pić i krzyczeć jednocześnie. A teraz wypuszczają powietrze z ust, lekko się krzywiąc. I zagryzają ogórkami. I kanapkami z tatarem. To ich zestaw obowiązkowy. Tata zawsze powtarza, że wódka najlepiej wchodzi pod tatara i ogórki, a reszta to pedalia.

My z Adrianem też tak będziemy pić.

– Będzie dobrze, nie? – ponownie słyszę wujka Pawła.

– Musi! – zapewnia tata. – Piąte przykazanie w wersji po korekcie?

– Im więcej się puszczasz, tym lepiej się trzymasz!

– Amen.

Lubię ich słuchać. To, co mówią, często jest kompletnie bez sen...

lubię ich słuchać to co mówią często jest kompletnie bez sensu ale lubię ich słuchać bo zawsze mogą na siebie liczyć i nic ich nigdy nie rozdzieli mam nadzieję że to genetyczne więc ze mną i z Adrianem też tak będzie zwłaszcza że znamy się od urodzenia a co do mojego taty i wujka Pawła to poznali się dopiero w szkole mieli po siedem lat i trafili do jednej klasy tata zawsze powtarza że od pierwszej chwili wiedzieli że to przyjaźń na całe życie a wujek się śmieje że to nieprawda bo podobno już pierwszego dnia pokłócili się kto ma być Niemcem a właściwie kto ma nim nie być to było tak że bawili się w wojnę i żaden nie chciał być szkopem bo szkopy zawsze ginęli albo trafiali do niewoli i musieli jeść piach lub liście i pewnie by się nie zaprzyjaźnili po tym ale na szczęście była jeszcze piłka nożna a nie znam nikogo kto kochałby piłkę nożną bardziej niż mój tata i wujek Paweł no może Leo Messi i my z Adrianem ale to się nie liczy bo Leo Messi jest z kosmosu a my mamy to w genach po tatusiach wujek Paweł opowiadał że kiedy mieli po dziewięć lat czy po osiem nawet to przegrali mecz ze starszymi chłopakami przegrali go bo oprócz siebie mieli w drużynie jakichś strasznych leszczy i że po porażce popłakali się z wściekłości a może bardziej z bezradności po czym przysięgli sobie że już nigdy w tak haniebny sposób nie przegrają jedyny pomysł jaki im przyszedł do głowy na przegrywanie z honorem czyli wyłącznie po zaciętej walce to niedopuszczanie nieudaczników do drużyny drogą eliminacji wyszło im że mogą ufać najwyżej sobie a ponieważ nie znaleźli już więcej ambitnych piłkarzy i trudno im było stworzyć zespół zaledwie dwuosobowy postanowili grać wyłącznie ze sobą jeden na jednego od tej pory a było to jak mówię kiedy mieli po osiem czy dziewięć lat grali niemal codziennie latem czy zimą wiosną czy jesienią bez różnicy mijały lata a oni grali sam na sam w deszczu i śniegu w błocie i upale sumując wszystkie zdobyte bramki grali jeden niekończący się mecz który kiedy go skończyli bo jednak musieli go skończyć bo wujek Paweł odniósł ciężką kontuzję bo nogę znaczy się złamał na nartach to wtedy było piętnaście tysię wtedy było pię wte by

– Patrz, Paweł, jak mi szczeniak pięknie usnął – mówię.

Ale zanim to mówię, nadlatuje esemes, a potem się jeszcze... coś tam! coś tam...! dzieje... upiłem się.

6.

Kiedy nadlatuje esemes, łapię telefon. Odruch. Ale to nie do mnie nadlatuje, tylko do Pawła.

Paweł zerka na ekran. Uśmiecha się.

– Która? – pytam.

– Wiktoria.

Odkłada ajfona precz.

– A która to? – dociekam.

– Matka Bogusia.

Matka Bogusia? Nie kojarzę. Ale jestem nawalony, a człowiek nawalony zawsze usiłuje wszystko doprecyzować. Zatem drążę:

– Tego chudego blondasa z wytrzeszczem, co jak mieli akademię na Dzień Niepodległości, to odpierdalał Piłsudskiego i mu odpadły wąsy w chwili, kiedy ogłaszał, że Polska się odradza z niewoli?

– Tego, kurwa, samego – odpowiada, żując kanapkę z tatarem.

– Jak on się wtedy popłakał, gnojek – pozwalam dojść do głosu dobrej pamięci.

– Jego matka też – połyka spory kęs. – Dałem jej chusteczkę wtedy.

– Widzisz, Paweł, opłaciło się.

– No. „Myślę o tobie” – pokazuje mi ekran ajfona. – Tak napisała.

– Znaczy myśląca – konstatuję. – Zawsze plus.

– I dodała też: „wspieram w trudnej chwili”. Jakiej trudnej chwili? Nie wiesz, o co jej, kurwa, może chodzić?

– Dwanaście godzin temu rozwiodłeś się, przypominam – przypominam.

– Ale skąd ona już to wie? – sięga po kolejną kanapkę.

Jezu, co on by beze mnie zrobił?

– Kobiety są jak rekiny, bracie – tłumaczę. – Wystarczy kropla krwi na jednym oceanie, żeby przypłynęły z drugiego. A świeżo upieczony rozwodnik to cała, kurwa, stacja krwiodawstwa unosząca się na falach.

Przygląda mi się uważnie.

– Niech przypływają, nie boję się!

Buńczuczny i lekkomyślny. Cały Paweł.

– Od tej chwili jesteś i rybakiem, i przynętą, przyjacielu. To wymaga czujności. Najważniejsze, żebyś się nie zakochał.

– Już to mówiłeś, Kuba! – spogląda na mnie jak ja na ojca, kiedy pieprzył, że trzeba się uczyć.

Uderzenie adrenaliny. Jak strzał zza węgła.

W sekundę złość rozlewa mi się po krwiobiegu. Rozlepia obwieszczenia o mobilizacji. Rozdaje broń. No i co z tego, kurwa, że mówiłem, ty... Stop! Jeszcze nie jest za późno! Give peace a chance!

Nic zatem nie mówię. Uśmiecham się. Zbyt piękny, myślę, mamy wieczór i zbyt wiele już zainwestowałem w dobry humor, wódkę i żarcie. I w naszą jebaną trzydziestotrzyletnią przyjaźń last but not least. Zatem, myślę dalej, nie dam się sprowokować i nie usłyszysz ode mnie: wiem, że już to mówiłem, ale pozwalam sobie tę istotną kwestię przedstawić na forum publicznym raz jeszcze, ponieważ odnoszę wrażenie, graniczące z pewnością, że to do ciebie nie dotarło, ty napuszony, tępy skurwysynu!

W zastępstwie tych szorstkich słów wybieram więc:

– Przyjacielu, życie po rozwodzie ma mnóstwo uroków, jednakowoż nie jest to darmowy Disneyland!

I znowu się uśmiecham.

A potem ze zdziwieniem zauważam – nie mam pojęcia, kiedy i jak to się stało – że jesteśmy w pokoju Mateusza. Paweł ogląda modele samochodów, otwiera im drzwiczki i unosi klapy silników, a ja przykrywam kołdrą mojego kochanego synka, który usnął w ubraniu, zmorzony najwyraźniej trudami minionego dnia.

– Stary, to nie Adamczyk powinien grać papieża, tylko ja! – mówi tymczasem Paweł, całkiem niespodziewanie.

Zachodzę w głowę, czemu akurat teraz to mówi, przecież żaden z modeli, które właśnie ogląda, nie jest papamobilem. Wszystkie są wyłącznie krążownikami szos i muscle carami z czasów Franka Bullitta i Jima Morrisona. Bo tylko takie zbieramy z Matim.

– Nie trać wiary! – pocieszam przyjaciela. – Ciągle masz szanse, żeby przyciąć Lecha Kaczyńskiego.

Mógłbym pewnie coś jeszcze dodać, ale w tym samym momencie w dłoniach mojego śpiącego synka zauważam zeszyt. I w okamgnieniu dociera do mnie, że to nie jest jakiś tam zwykły zeszyt, tylko że to jest, kurwa, ten zeszyt! Delikatnie wyjmuję mu go z rąk i zaczynam przeglądać. Wyniki. Daty. Daty. Wyniki. Wzruszenie pojawia się momentalnie.

Tymczasem Paweł dalej zżyma się przy półce z autami.

– A gówno! Jak przyjdzie co do czego, to i tak dadzą go zagrać Karolakowi! Dlaczego mnie to omija, stary?! Dlaczego oni dostają wszystko, a ja muszę popierdalać w reklamach radiowych?!

– Bo ty nigdy dupy nie dawałeś! – mówię, bo coś w tej sytuacji powiedzieć muszę.

Ale myślami nie jestem już z Pawłem, moim najlepszym przyjacielem i niespełnionym aktorem, który mimo niesamowicie seksownego głosu nigdy nie zrobił wielkiej kariery. Jestem teraz na boisku szkolnym: popękany asfalt rozsadzany korzeniami pobliskich drzew, zniszczona piłka, z której odchodzą łaty, odsłaniając pornograficzny róż pęcherza, i dwaj chłopcy, chudzi i opaleni, walczący ze sobą tak zawzięcie, jakby od tego, kto zwycięży, zależeć miały losy świata.

– Dawałem – mówi Paweł. – Ale nikt nie chciał brać.

Chyba chciał, żeby zabrzmiało śmiesznie, bo nawet teraz próbuje się roześmiać. Ale to nie brzmi śmiesznie. To brzmi prawdziwie. Tak prawdziwie, że aż żal.

Wyciągam w jego stronę pożółkły kajet.

– Zobacz, stary, co dzieciak wygrzebał!

Odwraca się do mnie. Dopiero teraz dostrzega, że trzymam w ręku nasze Stonehenge, naszą Wyspę Wielkanocną, nasz płaskowyż Nazca. Świadectwo wymarłej cywilizacji, której dwa przykurzone czasem megality kołyszą się właśnie – totalnie najebane – nad łóżkiem mojego synka.

– Japierdole, nasz zeszyt! – ryczy pierwszy megalit i rusza w moją stronę.

– Zamknij, kurwa, ryj, dziecko mi obudzisz! – wścieka się drugi i puka się w czoło dokładnie w tym samym momencie, w którym robię to też i ja.

Ze zdumieniem zauważam, że Paweł – który przed chwilą stał jeszcze przy półce z autami – nie tylko już tam nie stoi, ale właśnie wyrywa mi zeszyt z ręki.

– Nasz kajet piłkarski?! – słyszę zdumienie w jego głosie. – Wszystkie nasze mecze „jeden na jeden”?!

– Wszystkie – potakuję. – Trzydzieści lat bieganiny po tym cholernym powykrzywianym boisku!

Ciąg dalszy w wersji pełnej

ROZDZIAŁ II
1.

Dostępne w wersji pełnej

2.

Dostępne w wersji pełnej

3.

Dostępne w wersji pełnej

4.

Dostępne w wersji pełnej

5.

Dostępne w wersji pełnej

6.

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ III
1.

Dostępne w wersji pełnej

2.

Dostępne w wersji pełnej

3.

Dostępne w wersji pełnej

4.

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IV
1.

Dostępne w wersji pełnej

2.

Dostępne w wersji pełnej

3.

Dostępne w wersji pełnej

4.

Dostępne w wersji pełnej

5.

Dostępne w wersji pełnej

6.

Dostępne w wersji pełnej

7.

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ V
1.

Dostępne w wersji pełnej

2.

Dostępne w wersji pełnej

3.

Dostępne w wersji pełnej

4.

Dostępne w wersji pełnej

5.

Dostępne w wersji pełnej

6.

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VI
1.

Dostępne w wersji pełnej

2.

Dostępne w wersji pełnej

3.

Dostępne w wersji pełnej

4.

Dostępne w wersji pełnej

5.

Dostępne w wersji pełnej

6.

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VII
1.

Dostępne w wersji pełnej

2.

Dostępne w wersji pełnej

3.

Dostępne w wersji pełnej

4.

Dostępne w wersji pełnej

5.

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VIII
1.

Dostępne w wersji pełnej

2.

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Justyna Czerniakowska

Zdjęcie autora

Dorota Czoch

Redakcja

Anna Walenko

Korekta

Anna Tłomacka

Jadwiga Piller

Copyright © Andrzej Saramonowicz, 2015

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o. 2015, na licencji Andrzeja Saramonowicza

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl/

ISBN 978-83-8032-018-5

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl