Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Chłopak z sąsiedztwa ebook

Kasie West  

4.46808510638298 (47)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 251 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chłopak z sąsiedztwa - Kasie West

Od śmierci mamy Charlie Reynolds przebywa głównie w męskim towarzystwie - ma trzech starszych braci i sąsiada, honorowego członka rodziny. Jest zdeklarowaną chłopczycą i woli grać z kumplami w kosza, niż bawić się w jakieś gierki i flirty. Jednak gdy musi sama zarobić na kolejny ze swoich mandatów za przekroczenie prędkości, nagle ląduje w butiku z eleganckimi ubraniami. I tam nie pozostaje jej nic innego, jak zachowywać się o wiele bardziej kobieco niż do tej pory. Co sprawia, że zaczyna się nią interesować pewien przystojny chłopak… Wszystkie stresy Charlie odreagowuje wieczorami, gadając przez płot z Bradenem, sąsiadem i przyszywanym czwartym bratem, który zna ją lepiej niż ktokolwiek. Ale nawet się nie domyśla, że Charlie kryje pewną tajemnicę: jest w nim zakochana. I za żadne skarby mu tego nie zdradzi, bo nie chce go stracić. „Pogodna i optymistyczna historia Kopciuszka – antidotum na dystopijne i postapokaliptyczne powieści.” (Kirkus Reviews)

Opinie o ebooku Chłopak z sąsiedztwa - Kasie West

Fragment ebooka Chłopak z sąsiedztwa - Kasie West

Tytuł oryginału: On the Fence

Przekład: Jarosław Irzykowski Opieka redakcyjna: Maria Zalasa Redakcja: Grzegorz Krzymianowski Korekta: Ewa Różycka

Projekt okładki: Laura Lyn DiSiena Zdjęcie na okładce: Trevillion Images

Copyright © 2014 by Kasie West Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2016 Cover art © 2014 by Elisabeth Ansley/Trevillion Images

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-617-7 Wydanie I, Łódź 2016

Wydawnictwo JK ul. Krokusowa 3 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Rozdział 1

Im bardziej starałam się przyspieszyć, tym głośniej silnik rzęził. Żółte linie na drodze po lewej traciły kontury. Na oceanie po prawej najwyraźniej nie robiło to wrażenia. Tworzyło za to złudzenie, że jadę nie dość szybko. Łagodne zakręty na drodze aż się prosiły, żeby pokonywać je z ogromną szybkością. Wdusiłam pedał gazu jeszcze trochę, więc samochód wyrwał do przodu. Rozkoszowałam się tą prędkością, aż nie potrafiłam powstrzymać się od uśmiechu. Wiatr przelatywał przez wnętrze samochodu, rozwiewając mi włosy i osuszając czoło z potu po ostatnim w tym roku treningu w szkole.

W lusterku wstecznym zamigotały czerwone i niebieskie światła. Bezsensownie zdjęłam nogę z pedału gazu, jakby mogło to czemuś zaradzić. Rozejrzałam się, gdzie mogłabym zjechać z drogi, powoli układając sobie w głowie odpowiednią historyjkę. Gdy gliniarz podchodził do okna, z bloczkiem w ręce, miałam już obmyśloną taktykę.

Kiedy zobaczyłam jego twarz, wszelkie moje pomysły na wytłumaczenie się wzięły w łeb. Westchnęłam i opuściłam szybę.

– Charlotte Reynolds, znowu się spotykamy – powiedział.

– Dzień dobry, panie oficerze.

– Który to już raz, trzeci?

– Naprawdę? – Cholera. Jakie trzeba mieć szczęście, żeby dać się trzykrotnie zatrzymać temu samemu gliniarzowi. – Pozdrowienia od taty.

Roześmiał się.

– Twój tata to dobry glina, ale tym razem jego nazwisko cię nie wybroni. Nie w tym przypadku. Przekroczyłaś dozwoloną prędkość o dwadzieścia pięć kilometrów.

– Serio? To nie mogło być aż dwadzieścia pięć kilometrów.

– Było. Proszę o twoje prawo jazdy.

– Mogę zerknąć na radar, żeby mieć pewność, że dobrze pan odczytał wskazania?

Uniósł brwi, a ja z oporami podałam mu prawko. Tata mnie zabije.

***

Weszłam do domu i rzuciłam torbę pod stolik przy drzwiach, wciąż jeszcze wściekła z powodu tego durnego mandatu.

– Gdzie są wszyscy? – wrzasnęłam. Wybuchy śmiechu doprowadziły mnie do kuchni. Na środku wyspy stał blender, obstawiony przez butelkę sosu tabasco, keczup i skorupki jajek. Gage podniósł głowę i nasze spojrzenia się spotkały.

– Charlie! W samą porę.

Już od drzwi czułam, że zrobili ohydny koktajl – śmierdział zgniłymi pomidorami.

– O nie.

– O tak. – Ręka Nathana jak wąż owinęła się wokół moich ramion. Popchnął mnie w stronę blatu. – Łap za szklankę.

Dostawili ją do stojących już na blacie.

– Na trzy do dna – powiedział Gage, napełniając pięć szklanek miksturą z blendera, przypominającą zupę.

– Po co to robimy? – zapytałam, przyglądając się czterem facetom otaczającym kuchenną wyspę. Trzej z nich, Jerom, Nathan i Gage, to moi bracia, a czwarty, Braden, też mógłby za niego uchodzić. Był naszym sąsiadem dwanaście z szesnastu lat mojego życia i zawsze gdzieś się przy nas kręcił.

– Po pierwsze, żeby dowieść, że damy radę. Po drugie, żeby wzmocnić żołądki przed łomotem, jaki dostaną jutro na meczu.

– Innymi słowy, żeby wyjść na idiotów.

– To też – przyznał Gage, podnosząc szklankę. – Uwaga.

– Kto przegrywa, leje sobie na łeb – oświadczył Braden.

– Dobra, dobra, miejmy to już za sobą. Chcę jeszcze pobiegać, póki jasno. – Powąchałam z bliska. Niepotrzebnie. Capiło gorzej niż z szafy Gage’a.

– Ona tego nie zrobi. Charlie już wymięka – stwierdził Nathan, pokazując na mnie.

– Mówisz tak, bo, sam pękasz. – Ale miał też rację. Nie zamierzałam tego pić. Oni zresztą też nie. O to właśnie chodziło. Nieraz już tak grywaliśmy. Może nie dokładnie w to, ale w inne wersje tej gry, i to od lat. Na trzy wszyscy wskakujemy do basenu. Na trzy każdy wrzeszczy: „Ale ze mnie faja” na środku galerii handlowej. Na trzy każdy liże osobę po prawej. To była gra blefów. Jeśli ktoś wykonał polecenie, reszta za karę musiała zrobić coś głupiego. Jeżeli nikt, wszystkim uchodziło na sucho.

Jedyną osobą, na którą musiałam uważać, był Braden. Moich braci łatwo rozpracować. Gdy tylko weszłam do kuchni, wiedziałam, że tego nie wypiją – mieli to wypisane na wykrzywionych obrzydzeniem twarzach. Braden jednak nawet po tylu latach nadal potrafił zaskoczyć. Przyjrzałam mu się, a on się do mnie uśmiechnął. „Boisz się?” – zapytał bezgłośnie.

Potrząsnęłam głową i przyjrzałam się jego oczom. Były orzechowe, czasem wpadające w zieleń, to znów bardziej brązowe. W tej chwili wyglądały raczej na zielonkawe, a ja spróbowałam wyczytać z nich, jakie ma intencje. Zamierza to wypić?

– Okej, zamknijcie oczy – polecił Jerom. – Szklanki w dłoń.

Zamknęłam oczy. Nie miałam ochoty ani się oblewać, ani brać dzisiaj dwóch pryszniców – przed bieganiem i po nim.

– Raz…

Stojący obok mnie Braden chrząknął. Dla zmyłki, tak? To by znaczyło, że nie zamierzał pić.

– Dwa…

Trącił mnie w łokieć. Kurna, stara się mnie zwieść. A więc jednak szykuje się do wypicia.

– Trzy.

Lepiej to wypić, niż mieć na głowie. Opróżniłam szklankę trzema wielkimi łykami i tylko trochę mnie przytkało.

– Charlie! – zawył Nathan. – Serio?

Oni wszyscy trzymali przed sobą pełne szklanki.

– Ha! Lejcie. Wszyscy. – Spojrzałam na Bradena; choć przegrał, wyglądał na zadowolonego. Gdybym rozpracowała jego sygnały, mogłabym uniknąć okropnego smaku, który czułam na języku. Żołądkowi też daleko było do zachwytu. – Mniam, smakuje jak sok wielowarzywny.

– Charlie, unikaj facetów lubiących takie drinki – powiedział Gage.

Przewróciłam oczami. Odkąd stuknęła mi szesnastka – wiek, w którym mój ojciec oficjalnie zniósł mi zakaz randkowania – moi bracia nieustannie poszerzali zbiór cech dyskwalifikujących, ich zdaniem, kandydatów na randkowiczów. Byłam pewna, że gdyby tak skompilować to wszystko, o czym nadawali przez ostatnie pół roku, na świecie nie znalazłby się nikt, z kim zgodziłabym się umówić.

– A dlaczego? – zapytałam.

– Bo nie można ufać facetowi spożywającemu jarzyny w płynnej postaci. Poza tym oddech po soku pomidorowym jest obleśny.

Czułam, jak całą jamę ustną powoli rozgrzewa mi sos tabasco. Do tego doszła nuta pieprzu, która całkiem mnie przytkała.

– Uch. Coście tam nawrzucali?

Odwróciłam się i pod kuchennym kranem zrobiłam sobie płukanie pod ciśnieniem.

– Jakoś nikt się nie oblewa – zauważyłam, rozchlapując wodę, gdzie popadło. Patrzyłam, jak przy wtórze jęków i narzekania lali sobie na głowy ten koszmarny wynalazek. Nie było to warte smaku, jaki czułam w ustach. Jeszcze raz przepłukałam usta i wyplułam wodę. – Okej, było zabawnie. A jutro futbol. Padniecie jak kawki.

Wychodząc z kuchni, odepchnęłam Bradena, a on się roześmiał, najwyraźniej wiedząc, że to przez niego wypiłam wszystko do dna.

– Czekaj! – zawołał Jerom. – Chcę z tobą pobiegać.

– Nie będę czekała, aż weźmiesz prysznic. – Przykucnęłam i zaciągnęłam sznurówki.

Przylizał włosy tak, że sos tabasco zabarwił ich czerń czerwienią.

– Ktoś mówił o prysznicu? Tylko włożę buty.

***

Zapach bijący od Jeroma podczas biegu sprawiał, że wywracał mi się żołądek. Zapewne tylko dlatego, że smród przypominał to, co w tym żołądku siedziało. Nie pomagało mi też, że był duszny letni wieczór. Jeśli chodzi o pogodę idealną na bieganie, upału w połączeniu z wilgocią nie zaliczyłabym do moich ulubionych warunków.

Żeby o tym nie myśleć, starałam się rozpoznawać rosnące w parku drzewa. Wiedziałam, że te wielkie to eukaliptusy. Rosły na całym wybrzeżu. Widocznie pasowało im słone powietrze. Potrafiły przetrwać nawet tutaj, piętnaście kilometrów od oceanu.

– Osiem tygodni lata – rzucił Jerom, przerywając mi nieudolną próbę rozpoznawania kolejnych drzew. – A potem znów zakują nas w okowy ucisku.

– Nawet mi o tym nie przypominaj. Ty przynajmniej będziesz miał trochę swobody.

– Uważasz, że studia oznaczają swobodę?

– Hm… Tak!

Roześmiał się.

– Okej, w pewnym sensie masz rację. Ale będą też zajęcia i piłka nożna. A więc nie taka znów swoboda, jakby się chciało.

– Ostrzegłeś Nathana? Wydaje mi się, że jemu się marzy trochę swobody.

– Taa, jasne. Gdyby nie trzeba było przestrzegać ściśle określonych reguł, Nathan nie wiedziałby, co ze sobą zrobić.

– Fakt.

Zerknął na mnie, lekko już zdyszany. Dobrze było wiedzieć, że wciąż jeszcze mogę prześcignąć starszego brata. Ja nie miałam najmniejszej choćby zadyszki.

– A co z tobą? – zapytał. – Jakieś wstępne oczekiwania w związku z losem ucznia ostatniej klasy, które będę musiał rozwiać?

– Daj spokój. Uczniem ostatniej klasy czuję się już od dwóch lat, bo przecież przez całą licealną karierę trzymałam się z Nathanem, Gage’em i Bradenem.

– Racja. Możliwe, że wyrządzili ci tym niedźwiedzią przysługę. Może powinni pozwolić ci cierpieć w okopach w oczekiwaniu na wezwanie.

– Może powinnam się z tobą ścigać na to wzgórze. – Wskazałam wzniesienie przed nami. Na wzgórze, które oznaczało początek czwartego kilometra. W żołądku zabulgotało mi na znak protestu przeciw tej propozycji, ale kiedy Jerom odpowiedział: „To dawaj”, nie mogłam się już wycofać.

Gdy zasuwaliśmy na to wzgórze, pierwszy raz dotarło do mnie, że jest nie tylko parno; nad naszymi głowami wisiały ciemne chmury. Deszczowe. Przez pierwsze pięćdziesiąt metrów Jerom prowadził, ale wzgórze było wysokie. Oszczędzałam się, dopóki nie stracił pary, a potem śmignęłam obok niego. Na szczycie zgięta wpół i w końcu z zadyszką, starałam się złapać oddech.

– Rozbestwiłeś się jako napastnik – zauważyłam. – Aż słyszę ten zbiorowy rechot pomocników ze wszystkich drużyn świata.

– Co mi tam.

– Wydaje mi się, że będzie padać – powiedziałam, znów zerkając na niebo. – Obyśmy tylko jutro pograli.

– Oj, pogramy. Nawet gdyby to miał być futbol w błocie. – Przyjrzał się swojemu rękawowi, a potem strzepnął z niego grudkę czerwonej brei.

Na ten widok żołądek fiknął mi kozła, a w gardle wezbrała żółć.

– Minutkę. – Zeszłam z drogi, żeby się wyrzygać w jakichś krzakach. Smród sprawił, że nabrałam ochoty na powtórkę, szybko się jednak stamtąd wycofałam.

– Ohyda – stwierdził Jerom.

Otarłam usta grzbietem dłoni.

– No, surowe jajka z tabasco nie utrzymały się zbyt długo. Ale czuję się już dużo lepiej. – I rzeczywiście tak było. – Lecimy. – I znów biegłam, kierując się ku ścieżce okalającej park, a potem wiodącej w okolice naszego domu.

– Przyszło ci kiedyś do głowy, że za dużo od siebie wymagasz? – zapytał Jerom, gdy tylko się ze mną zrównał.

– Powiedział Pan Stypendium Piłkarskie Przepustką na UNLV? – Pamiętałam, jak mu je przyznano. Bo choć marzył o studiach na University of Nevada, skrycie życzyłam mu jakiejś bliższej uczelni. Ciężko było mi rozstać się z którymkolwiek z moich braci. Chciałam mieć ich blisko siebie. Czuć się bezpieczniej. Uszczęśliwiło mnie, że postanowił spędzić letnie wakacje w domu. – Nie, nie sądzę, żebym za dużo od siebie wymagała. Żeby coś osiągnąć, trzeba dawać z siebie wszystko, tak?

– Tak przypuszczam.

– Tak przypuszczasz? Zawsze tak mówisz. Te słowa całe lata wisiały na drzwiach twojego pokoju. Nie wciskaj mi żadnego „przypuszczam”. Zresztą to tam – wskazałam krzaki – nie miało nic wspólnego z wymaganiem od siebie zbyt wiele, i dobrze o tym wiesz. Nawet się nie zmęczyłam. Miało to związek z czymś, czego nie powinnam pić i czego pozostałości masz jeszcze na koszuli.

– Racja. – Przebiegliśmy jeszcze kilka metrów. – Po co to zrobiłaś?

– Co po co zrobiłam?

– Po co to piłaś? Wiedziałaś, że my tego nie zrobimy.

Ale nie wiedziałam, że Braden nie wypije.

– Tak jak wtedy, kiedy wiedziałam, że nie pocałujesz losowo wybranej nieznajomej? Pocałowałeś. Wszyscy to zrobiliście, nawet Nathan. A ja musiałam tłumaczyć czterem kolejno spotkanym osobom, że chyba zakochałam się w swoim psie, i pytać, czy wiedzą, kto na to coś poradzi.

Tak się zaczął śmiać, że musiał stanąć na jakąś minutę.

– Kara była pocieszna, ale wyzwanie łatwe. Dlatego wszyscy je podjęliśmy. A tobie co wtedy było? Nie spodobał ci się nieznajomy, którego ci wybraliśmy?

– Coś w ten deseń. – Właściwie to ten wylosowany nieznajomy okazał się całkiem, całkiem. Problem w tym, że nie sądziłam, by radośnie przyjął moje zaloty. Moi bracia mieli klasę. Byli atrakcyjni. Większość dziewczyn uważała ich za ciacha, bo byli wysocy, dobrze zbudowani, o szarych jak burzowe niebo oczach. Dziewczyny, które tamtego dnia pocałowali, wspominają to na pewno do dziś.

Ja byłam… chłopczycą. Wtedy w galerii handlowej, w dniu całowania nieznajomych, po treningu kosza miałam na sobie dresy, do tego przetłuszczone i związane w ogon włosy i spierzchnięte wargi. Nie mogłam pocałować jakiegoś przypadkowego przystojniaka, bo mógłby się udławić.

– Nie zniósłby tego, jaka jestem okropna. – Kiedy powiedziałam to na głos, stwierdziłam, że Jerom oczekiwał lepszej odpowiedzi.

– Mało kto jest w stanie znieść to, jaka jesteś okropna.

Po jego ataku śmiechu zwolniliśmy do tempa marszowego, teraz więc przyspieszyłam.

– Choć miało mnie to chyba obrazić, przyjmuję, że się ze mną zgadzasz. A teraz ruchy. Koniec obijania się.

– Tak jest, trenerze.

Kiedy dotarliśmy do domu, czułam, że cała się lepię, i miałam miękkie nogi, za to oddychałam pełną piersią, a w żyłach krążyła mi adrenalina. Odlot, jaki czułam po bieganiu, był jednym z powodów, dlaczego to robiłam.

Tamtej nocy, gdy padłam na łóżko, zasnęłam natychmiast i spałam jak kłoda – bez żadnych snów.

I to kolejny powód, dla którego biegałam.

Rozdział 2

Całą noc musiało padać – czego w ogóle nie słyszałam – ponieważ boisko zmieniło się w mokradła. Zgodnie z tym, co powiedział Jerom – idealne warunki na futbol w błocie. Kiedy moja drużyna się zebrała, Jerom spojrzał na mnie wymownie.

– Szukaj sobie miejsca, piłka trafi do ciebie. I jeszcze, Charlie, przydałoby się, żebyś robiła zwrot na zewnątrz, a nie do środka.

– Troszcz się o siebie, a ja zadbam o siebie – odparłam.

– To tylko sugestia.

– Umiem grać.

– Właśnie, Jerom. Charlie umie grać – podpuścił go Gage, waląc mnie ramieniem. – Nie mów jej, co ma robić.

– Gage. – Ze wszystkich moich braci był mi najbliższy i jemu jednemu pozwoliłabym na taki tekst. Głównie dlatego, że błysnął tym swoim nieszczerym uśmiechem i nie umiałam się na niego wściec.

– W porządku, to do dzieła. – Jerome klasnął w ręce, co oznaczało, aby zająć pozycje. Był remis, po siedem, do końca meczu zostało pięć minut. Getry miałam przesiąknięte błotem, a kiedy się schyliłam, ręce zsuwały mi się z kolan, ale mimo to zamierzałam złapać tę piłkę. Ruszyłam zaraz po sygnale, a Jerom wykonał idealny rzut. Chwyciłam piłkę i wystartowałam. Ktoś chwycił mnie za tył koszulki, ale się wyrwałam, prawie poślizgnąwszy się na mokrej trawie.

Kiedy od pomarańczowych słupków nie dzielił mnie już ani jeden obrońca, zaczęłam sama komentować swoją grę.

– Przeskakuje nad kałużą i wpada w pole punktowe. Przyłożenie! – Odwróciłam się i uniosłam piłkę niczym puchar. Tak jest! Jesteśmy najlepsi!

– Nie nadymaj się tak – mruknął Braden, podnosząc się z ziemi. – To wkurzające.

– Zabolała przegrana – wykrztusiłam bez tchu. Był jak moi bracia, też nienawidził przegrywać.

Złapał mnie za głowę i przejechał po niej kostkami palców.

– Fuj. Śmierdzisz. Odczep się.

– To woń zwycięstwa.

– Raczej smród porażki.

Puścił mnie tuż nad kałużą, dbając o to, żebym straciła równowagę. Wylądowałam na rękach, ochlapując sobie całą twarz błotem.

– Już nie żyjesz. – Skoczyłam na niego od tyłu, wbijając mu kolano w dolną część pleców.

Wydał z siebie coś pomiędzy okrzykiem a śmiechem. Gdy już się z niego zsunęłam, zeszłam za linię boczną, znalazłam jego koszulkę i wytarłam nią twarz do czysta. Ruszyłam znów na boisko, gdzie chłopaki, w tym dwaj moi bracia, Nathan i Jerom, zbili się w grupkę.

– Na co jeszcze czekamy? Kończmy to!

Jerom i Nathan ostrzegli mnie wzrokiem, żebym była cicho. Dopiero kiedy podeszłam, uświadomiłam sobie, że jeden z graczy, Dave, rozmawia przez telefon.

– Nie czas na pogaduchy z dziewczynami. Trwa mecz – powiedziałam, a Dave podniósł wzrok, ale wyglądał tak, jakby mnie nie widział.

– Ciii, Charlie – uciszył mnie Nathan. – Coś się stało.

Dołączyło do nas jeszcze kilka osób.

– Co jest? – zapytał tuż za mną Braden.

Wzruszyłam ramionami.

– Nie wiem. Uciszono mnie. – Nad ramieniem Bradena widziałam Gage’a; raz po raz podrzucał piłkę.

Spotkał się ze mną wzrokiem i gestem zapytał: „Co tak długo?”. Mogłam tylko pokręcić głową.

Dave w końcu schował telefon i powiedział:

– Muszę wracać. Chodzi o moją babcię.

– A wytłumaczyłeś babci, że gramy mecz? – zapytałam.

– Umarła.

– Oo.

Wokół rozbrzmiały jęki i wyrazy współczucia. Dave wyglądał, jakby był szoku, miał szkliste oczy.

– Ile miała lat? – zapytałam.

Nieświadomie przesunął dłonią po ramieniu.

– Siedemdziesiąt coś. Nie jestem pewien.

– Jak to się stało?

– Od jakiegoś roku chorowała na raka. Wiedzieliśmy, że tak się to skończy. Nie byliśmy tylko pewni kiedy.

– Beznadzieja. – Zatarłam ręce i rozejrzałam się wokoło. Wszyscy tylko stali, niepewni, co powinni zrobić. – To jak, dokończymy mecz?

Braden wbił mi łokieć w bok.

– No co? Przynajmniej zajmie trochę myśli czymś innym. Zresztą zostało tylko pięć minut do końca. Nie możemy teraz odpuścić.

– Charlie – powiedział Jerom tonem oficjalnej braterskiej nagany, a w tym samym czasie Nathan i Braden chwycili mnie za ręce, odciągając od reszty grupy.

– O co bie…? – nie dokończyłam, bo Braden zakrył mi usta dłonią.

– Akurat my powinniśmy to zrozumieć – szepnął Nathan. – Okaż trochę empatii.

Ugryzłam Bradena w palec, więc cofnął rękę. Wyrwałam im się z rąk.

– A co tu jest do zrozumienia oprócz tego, że jakaś staruszka zmarła na skutek choroby, z którą się zmagała?

Braden wyciągnął rękę, pewnie po to, by znów zatkać mi usta. Cofnęłam się tak, żeby nie mógł sięgnąć.

– Ciii! – syknął Nathan, oglądając się przez ramię. – Powinnaś zrozumieć, że…

– Niech wam będzie. Przekażcie ode mnie Dave’owi wyrazy współczucia,

Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam na ścieżkę wokół parku, a potem jeszcze dalej. Czemu miałabym rozumieć, co przeżywał Dave? Tylko dlatego, że i jemu, i mnie umarł ktoś bliski? Różnica była zbyt duża. Moja mama zmarła w wieku trzydziestu jeden lat. Prawie jej nie znałam. Przeżyłam z nią sześć dziecięcych latek. Sześć lat, których nawet nie pamiętam.

Coś tak ściskało mnie w piersiach, że ciężko było mi nie tylko biec, ale nawet złapać oddech. Wkurzyło mnie to. Dotąd bieganie zawsze przychodziło mi z łatwością. Zmusiłam się, by biec, aż wróci mi normalny oddech. Trochę to potrwało.

Kiedy wróciłam do domu, słońce stało już wysoko na niebie, a ja byłam cała zlana potem. Przed domem stał Braden. Jego kasztanowe włosy, mokre po wyjściu spod prysznica, wydawały się czarne. Był odrobinę wyższy od moich braci, przez co sprawiał wrażenie szczuplejszego, ale szerokie ramiona jednoznacznie wskazywały, że jest atletycznie zbudowany.

– Hej, lepiej ci? – zapytał.

– Lepiej pachniesz? – odparłam z uśmiechem.

– Czyli tak?

– Jest dobrze. Najwyraźniej jestem trochę palantem, ale wszyscy o tym wiemy.

Braden się wzdrygnął. Nie znosił słowa „palant”. Tak nazywaliśmy jego tatę – to znaczy Braden go tak nazywał, a my przyznawaliśmy mu rację. Czuł więc chyba, że to określenie pasuje tylko do jego taty i jest zbyt obelżywe, by określać nim kogokolwiek innego.

– Z Dave’em wszystko w porządku?

– Jerom odwiózł go do domu, więc jestem pewien, że wszystko gra.

– Co się stało Jeromowi? Dwa lata studiów i nagle naszło go na ojcowską troskliwość?

– Twój brat zawsze potrafił słuchać.

Potrafił? I skąd niby Braden miałby to wiedzieć? Wskazałam na ich podjazd i zaparkowaną tam białą furgonetkę.

– Twój tata wstał dziś wcześniej?

Machnął ręką, zbywając to pytanie, bo rzeczywiście nie wymagało odpowiedzi, a potem znów odwrócił się do mnie.

– Co będziesz teraz robić?

– Wezmę prysznic. – Podeszłam do drzwi naszego domu i odwróciłam się jeszcze do niego. – Narka.

Przystopował mnie, mówiąc:

– Wybieramy się gdzieś dzisiaj z okazji urodzin mamy. Pomyślałem, że zajrzę do galerii i poszukam jakiegoś prezentu.

– To chyba dobry pomysł.

Rękę miałam już na klamce, kiedy zapytał:

– Przychodzi ci do głowy, co jej kupić?

– Mnie pytasz? – roześmiałam się. – Zabawne.

– Przydałaby mi się opinia dziewczyny.

– Lepiej więc jakąś sobie znajdź.

– Mniejsza o opinię, masz ochotę się wybrać?

– Do galerii? – Odwróciłam się. Jego spojrzenie mówiło wszystko. Braden może i bywał nieprzewidywalny, mimo to w większości przypadków udawało mi się go przejrzeć i akurat teraz było mu mnie żal. Ta litość mnie rozzłościła. – Słuchaj, Braden, nic mi nie jest, okej? – A gdyby naszło mnie, żeby z kimś pogadać, to mam pod ręką Jeroma.

Podniósł ręce, jakby się poddawał.

– W porządku.

A jego oczy zdawały się mówić: „Może naprawdę masz lodowate serce, Charlie”. Ciężko byłoby mi się z tym nie zgodzić.

Rozdział 3

Tego wieczoru kolacją zarządzał Nathan i właśnie wyjął z piekarnika jakąś makaronowo-mięsną zapiekankę, zgrywając to idealnie z powrotem taty. Lizus. Gdy tylko tata przyszedł z garażu do kuchni, wyłowił mnie wzrokiem spośród siedzących przy stole i oczy zwęziły mu się w szparki. Zaczęłam się zastanawiać, który z moich braci za dużo wypaplał i co tak tatę zmartwiło. Na litość boską, w czym wszyscy widzą problem? Gdybym od razu zaczęła opłakiwać babcię Dave’a, moje życie byłoby o wiele łatwiejsze. Może warto zacząć ćwiczyć zalewanie się łzami na zawołanie.

Tata był porządnym facetem i w dużej mierze poczciwiną, ale przerażał mnie w pełnym umundurowaniu policyjnym i z takim wyrazem twarzy jak teraz. Powiesił klucze na haczyku przy drzwiach, potem odpiął i odwiesił służbowy pas, a gdy to robił, ciężka latarka stuknęła w ścianę.

– Charlie… – odezwał się głosem, w którym czuło się zmęczenie.

– Przepraszam. – Zadbałam o to, żeby omieść wszystkich braci morderczym spojrzeniem. Gage zagrał wielkookie niewiniątko.

– I powinnaś. Ale tym razem to nie wystarczy.

– Tym razem? – Czy już kiedyś wykazałam się brakiem wrażliwości wobec krewnych innej zmarłej babci?

Tata podszedł do stołu i położył mi przed nosem różową kopię mojego mandatu za przekroczenie prędkości. Ooo, chodziło o coś gorszego niż nieczułość – o łamanie prawa.

Spróbowałam jakoś z tego się wywinąć.

– Nie wiedziałam o tym ograniczeniu prędkości i nie widziałam go. Znak ukrywał się w bocznej uliczce. Czy taka pułapka, czy jak to nazwać, nie jest nielegalna? Nathan? To nie jest nielegalne?

Nathan ukrył uśmiech i postawił na stole dzbanek wody z lodem. W przyszłym roku miał zacząć studia. Cel ostateczny – dyplom prawnika.

Tata przygniótł mnie ciężkim spojrzeniem.

– Czemu mi o tym nie powiedziałaś?

– Przepraszam. – Trzeba się było zdobyć na szczerość. Zawsze wychodziło na gorsze, kiedy dowiadywał się o czymś od kogoś z zewnątrz.

– To drugi mandat w ciągu dwóch miesięcy. Nie licząc tych, od których się wywinęłaś, powołując się na moje nazwisko.

Schyliłam głowę, żeby ukryć, jak bardzo palą mnie policzki ze wstydu, że dałam się tak przyłapać. Jeszcze tego by brakowało, żeby bracia drwili z mojego rumieńca. Tata mówił prawdę. Zatrzymywano mnie wiele razy. I zawsze powoływałam się na niego.

– Wiesz, jakie to dla mnie krępujące, kiedy moje dzieciaki dostają mandaty? Kiedy dowiaduję się o tych mandatach od kolegi z pracy?

– Przepraszam.

– A jeszcze gorsze od wstydu, jakiego mi narobiłaś, jest zamach na moje konto bankowe. – Jego palec opadł ciężko na ten różowy blankiet, lądując na wypisanej jego charakterem liczbie: dwieście sześćdziesiąt cztery dolary. Otwarłam szeroko oczy. – Owszem, to mnóstwo pieniędzy.

Kiwnęłam głową.

– Zapłacisz go.

– Co?

– Słyszałaś. Sądzę, że poprzedni raz niczego cię nie nauczył, bo to ja zapłaciłem za mandat. Dlatego teraz zapłacisz nie tylko za ten mandat, ale i za poprzedni, plus sto dolarów miesięcznie, które potrącą mi z ubezpieczenia.

– Ale ja nie mam takich pieniędzy.

– To poszukaj sobie pracy.

– Jak to? Za jakieś siedem tygodni zaczyna się obóz koszykarski, a potem już szkoła i piłka nożna.

– Tato – wtrącił Gage, używając w mojej obronie swojego ujmującego uśmiechu. – Charlie to wciąż jeszcze dziewczynka. Nie każ jej pracować. Ona tego nie przeżyje.

Akurat nie na takiej obronie mi zależało.

– Gage, nie mieszaj się do tego – powiedział tata.

Brat zasalutował.

– Tak jest.

Tata skierował groźne spojrzenie na Gage’a, ale podobnie jak my wszyscy nie potrafił się na niego gniewać. Odwrócił się więc znów do mnie.

– Przemyśl to, ponieważ to moja ostateczna decyzja. – Po tych słowach opuścił kuchnię i poszedł do siebie się przebrać. Wszyscy bracia wbili we mnie spojrzenia, a potem, jakby na trzy, równocześnie wybuchnęli śmiechem.

– No, bardzo śmieszne – powiedziałam. – Jakby was nigdy nie przyłapali.

Nathan podniósł rękę.

– Nigdy. – Pewnie, że nie.

– Dwukrotnie – powiedział Jerom.

Spojrzałam na Gage’a. Ze wszystkich moich braci był mi nie tylko najbliższy, ale i najbardziej do mnie podobny.

– Kilka razy – przyznał – ale zawsze udawało mi się wymigać od mandatu. Musisz robić z siebie wcielenie niewinności, Charlie. Glinom lepiej się nie stawiać. Nie lubią tego.

– A ty skąd wiesz, że się stawiałam?

Znowu wszyscy się roześmieli. Wybuch śmiechu przerwał dzwonek komórki ładującej się na kuchennym blacie. Gage się poderwał i przechylił na drugą stronę wyspy, żeby odpowiedzieć, zanim włączy się poczta głosowa.

Wrócił tata i wyglądało na to, że po przebraniu zmienił mu się też nastrój. Pocałował mnie w czubek głowy. Mogło to oznaczać, że raz jeszcze przemyślał tę historię z pracą.

– Jutrzejszy dzień powinnaś chyba zacząć od szukania ofert – powiedział. Potem spojrzał na Gage’a i warknął: – Koniec telefonowania.

Jeszcze bardziej wcisnęłam się w krzesło i nałożyłam sobie trochę makaronowego wynalazku Nathana. Tata zmówił modlitwę (dwadzieścia lat pracy w policji uczyniło go człowiekiem bogobojnym). Potem zabraliśmy się do jedzenia. U nas w domu kolacja była jak wyścig. Kto nie jadł dość szybko, tracił szansę na dokładkę. Mnie jednak nie marzyła się dokładka.

***

Leżałam na łóżku, z nogami na wezgłowiu i raz po raz odbijałam o ścianę piłkę tenisową. Usłyszałam stukanie do drzwi, a tuż potem ktoś, zapewne Gage, pozwolił sobie wejść. Jedynie on nigdy nie czekał na zaproszenie. Odchyliłam głowę i zobaczyłam odwróconą do góry nogami wersję Gage’a, na moment zanim dał susa, by wylądować mi na głowie.

Burknęłam z dezaprobatą i sturlał się ze mnie.

– A więc praca, co?

– Weź nie przypominaj.

– Według mnie ta data powinna przejść do historii jako dzień, w którym tata nakazał jednej ze swych latorośli poszukać pracy.

– Poważnie. Gdzie się podziało: „Dla ciebie szkoła jest pracą” albo: „Sport opłaci ci studia, moim zdaniem więc jest jak praca”?

– Najwidoczniej jakiś rajdowiec to zmienił. – Umilkł, a potem, jako że Gage we wszystkim doszukuje się pozytywnych stron (co akurat nas różni), powiedział: – Ale lepiej szukać pracy, niż być uziemionym. Jeśli jesteś uziemiony, domowe powietrze, do którego nie przywykł twój organizm, wysusza pory, sprawiając, że usychasz i giniesz.

Cóż, może to nie całkiem pozytywne, ale coś w tym było.

Odgarnął z czoła grzywkę.

– Jeśli chcesz, oferuję ci swoją sprawność w poszukiwaniu pracy.

– Objawiającą się w jaki sposób?

– Towarzyszenie ci i wskazywanie sklepów, z których powinnaś wziąć formularz zgłoszeniowy, oraz pomoc we wpisywaniu twojego nazwiska w te maleńkie kratki. Wiesz, takie bezcenne wsparcie.

– Co ja bym bez ciebie zrobiła?

– Strach nawet o tym pomyśleć, ale mogłoby wchodzić w grę wysychanie porów i usychanie.

Rozdział 4

Wyszłam z Miejskiego Szyku z formularzem w ręce i musiałam zaczekać, aż Gage skończy rozmawiać z jakąś rudowłosą i jej niską koleżanką. Słuchałam szumu oceanu oddalonego zaledwie o trzy przecznice i głęboko odetchnęłam. Z domu mieliśmy na Stare Miasto tylko dziesięć minut, mimo to powietrze smakowało tutaj inaczej.

– Wybrałeś się tu, żeby mi pomóc, czy na podryw? – Po tym, jak patrzyła na mnie kobieta za kasą, nabrałam pewności, że nie zostanę pracownicą Miejskiego Szyku. I bardzo dobrze. W tym sklepie fluorescencyjne oświetlenie odbijało się w takim mnóstwie cekinów, że z pewnością w pięć minut przyprawiłoby mnie to o potężny ból głowy.

– Mogę równocześnie robić i jedno, i drugie – zapewnił mnie. – Taki jestem zdolny. Poszukiwania przyszłego pracodawcy zaczęłam od Starego Miasta tylko dlatego, że miałam tam mnóstwo sklepów i nie musiałam jeździć po całym mieście w pogoni za formularzami. I inaczej niż w galerii handlowej mogłam mieć nadzieję, że nie natknę się na nikogo znajomego. Niedaleko była plaża, więc zakupy robili w okolicy przede wszystkim turyści lub bogatsza klientela. Sklepy należały głównie do miejscowych właścicieli i sprzedawały miejscowy towar – w okolicy znajdowało się całe mnóstwo salonów z antykami i z wintażową odzieżą. I choć lubiłam tutejszą atmosferę, szczerze i prawdziwie liczyłam na to, że nie zdołam znaleźć w tym miejscu pracy. Może właśnie dlatego wciąż miałam na sobie dżinsy i koszulkę, a związane w koński ogon włosy nadal były wilgotne po prysznicu.

– Nigdy nie umawiaj się z facetem, którego dżinsy nie zakrywają kostek – pouczył mnie Gage, wskazując gościa dwadzieścia metrów przed nami. Wzdrygnął się.

– Ale taki przejdzie przez kałużę i inny syf, a dżinsów nie zamoczy. Jest przewidujący.

Często się zastanawiałam, czemu moi bracia uparcie układali dla mnie te listy dobrych rad. Przecież nie czekałam niecierpliwie na linii startu na brzęczek wzywający na randkę.

Roześmiał się i pokierował mnie na prawo.

– Ten sklep wydaje się dobry. – A więc na sugestie Gage’a dotyczące mojego miejsca pracy wpływało to, czy znajdzie w nim jakąś dziewczynę. W przypadku tego sklepu przed wejściem była fontanna, do której jakaś dziewczyna i jej młodsza siostra (chyba) wrzucały drobniaki.

– Sądzisz, że uzbierałoby się z tych drobnych dwieście sześćdziesiąt cztery dolary? – Patrzyłam, jak monety marszczą powierzchnię wody. – Mogłabym przychodzić tu raz w tygodniu i wygarniać kasę z fontanny.

– Teraz myślisz kreatywnie – stwierdził Gage. – Mógłbym w pełni poprzeć ten pomysł. – Odchrząknął i odezwał się odrobinę głośniej. – Moja siostra – zawsze dbał o to, by fajne laski wiedziały, co nas łączy – i ja próbujemy odgadnąć, ile pieniędzy jest w tej fontannie.

– Milion dolarów – odpowiedziała ta mała dziewczynka.

– I widzisz, masz – rzekł Gage, patrząc na mnie. – Problem rozwiązany.

Ciemnowłosa dziewczyna w dżinsowych biodrówkach wesoło strzeliła niby-siostrzyczkę w ramię i chichocząc, zatrzepotała rzęsami, zerkając na Gage’a. Żeby nie puścić pawia, weszłam za nią do tego sklepu i się rozejrzałam.

Pachniało tu starymi ludźmi – jak pachnie czasem książkami, chlebem czy perfumami. W środku było pełno… różności: lustrzanych szkatułek, wielobarwnych lamp, figurek piesków. Ludzie kupują figurki piesków?

Dziewczyna o blond włosach z różowymi końcówkami zajmowała się ustawianiem bibelocików na półce.

– Cześć. Dostanę formularz zgłoszeniowy? – zapytałam.

– Oczywiście. – Podeszła do lady i wyjęła spod niej ten papier. – Właściwie to nikogo teraz nie poszukujemy, ale spróbować nie zawadzi, prawda?

– Prawda.

Zagryzła wargi.

– Dwa wejścia dalej jest taki sklep. Mały salon z ciuchami, należy do pewnej kobiety, która ma na imię Linda. Tam powinnaś spróbować. Powiedz jej, że przysyła cię Skye Lockwood.

– Okej, dzięki. Jestem Charlie.

– Miło było cię poznać.

Pomachałam i wyszłam ze sklepu.

– Jak poszło? – spytał Gage.

– Nie zatrudniają.

– Co za pech. Ja za to wydębiłem już trzy numery telefonów, więc przynajmniej jedno z nas coś dzisiaj osiągnęło.

– Dziękuję. Bardzo to motywujące. – Wskazałam dom przed nami. – Tamta dziewczyna poradziła mi, żebym spróbowała w jakimś sklepie z ciuchami, dwa wejścia dalej w tę stronę.

Poszliśmy więc chodnikiem i minęliśmy sklep z lalkami.

– O, powinnaś zajrzeć tutaj – powiedział Gage. Zauważyłam, że dziewczyna, która tam pracuje, jest rzecz jasna piękna. Kiedy następnym razem będę polować na pracę, zostawię brata w domu. Otworzył drzwi, a dzwonek zaanonsował nasze wejście. Ledwie znaleźliśmy się w środku, zorientowałam się, że sklep właśnie się zamyka lub otwiera. Podłoga była zastawiona otwartymi kartonami, do których coś pakowano… a może wypakowywano.

– Oo – powiedziała dziewczyna, gdy nas zobaczyła. – Cześć. Przepraszam, ale sklep jest nieczynny. Pewnie Xander nie zamknął drzwi. – Podała nam wizytówkę. – Jeśli szukacie lalki, to jest nasza strona internetowa. Przechodzimy na tryb obwoźny.

– Obwoźny? – zdziwił się Gage.

– Jak jarmarki i wesołe miasteczka. – Wciąż upychała gazety w kartonie.

– Przyda ci się pomoc przy pakowaniu? – spytał Gage.

Chwyciłam go za ramię i wyciągnęłam ze sklepu.

– Widziałaś jej oczy? – Położył dłoń na sercu i wykonał kilka chwiejnych kroków. Wytrzeszczyłam gały, patrząc na brata.

– Ostatni sklep – powiedziałam, wskazując ten z odzieżą, o którym musiała mówić Skye. – Potem chcę coś zjeść czy coś takiego.

– Poczekam tu na ciebie. – Mówiąc to, machnął ręką w stronę następnych drzwi prowadzących do studia tańca. W środku przed lustrami tańczyła dziewczyna na oko w naszym wieku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki