Chłopak taki jak ty - Scott Ginger - ebook
lub
Opis

Dzień, w którym powinna zginąć, był tym samym dniem, w którym rozpadła się jej rodzina, a Josselyn Winters przestała być miłą dziewczynką z sąsiedztwa, organizującą wyścigi dla wszystkich dzieci. Tego samego dnia zniknął też Christopher, chłopiec, który uratował jej życie.

Osiem lat po dniu, który pogrzebał jej dzieciństwo, Joss spotyka nowego ucznia swojej szkoły. Chociaż Wes na pierwszy rzut oka wydaje się kimś obcym, to dziewczyna nie może oprzeć się wrażeniu, że zna go doskonale. Przyciąga ich do siebie jakaś siła, jakby dzielili tragiczne wspomnienie. Dlaczego więc chłopak przedstawia się innym imieniem, skoro na Joss spoglądają oczy Christophera? Czy bohater z jej dzieciństwa wrócił, aby uratować ją po raz drugi?

Joss tylko przy nim czuje się jak tamta mała dziewczynka, której obraz ukryła w najdalszych zakamarkach wspomnień. Wes jednak nie wie, że Josselyn, którą wtedy ocalił przed śmiercią, tak naprawdę zginęła tego samego dnia. Nowej Josselyn już nie da się uratować. Nowej Josselyn należy się bać.

__

"Po wielu dniach wciąż nie mogę dojść do siebie po przeczytaniu tej niesamowitej książki".

Wil Loves Books

___

O autorce

Ginger Scott autorka wielu książek young adult i new adult, będąca jedną z najpopularniejszych na Amazonie. Oprócz pisania wciągających romansów uwielbia sport, który chętnie wplata w swoje powieści. Od zawsze operowała słowem, współpracując przy edycji magazynów i prowadząc bloga. Chętnie opowiada historie olimpijczyków, polityków, aktorów, przestępców i naukowców. Prywatnie mama, zawodowo urodzona pisarka. Debiutowała w 2013 roku, a jej piąta książka "This is Falling" zdobyła pierwsze miejsce w rankingu Amazona w kategorii młodzieżowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 479

Popularność


Dla taty

Pokażcie mi bohatera, a ja napiszę tragedię.

– F. Scott Fitzgerald

W sumie to nie mam pewności, która z nas wymyśliła wyścigi – Taryn czy ja – ale organizujemy je razem. Są nasze. Każdego dnia, kiedy dwadzieścia minut po trzeciej szkolny dzwonek obwieszcza koniec lekcji, rozpoczyna się bieg ku drewnianej bramce w uliczce wiodącej do mojego ogrodu.

Mój dom nadaje się do czegoś takiego wprost idealnie. Mieszkam na ostatniej ulicy, na samym jej końcu, a dalej zaczynają się pola kukurydzy i bawełny. Mój ogród jest co najmniej dwa razy większy niż u większości innych osób, mieszkających w południowej części Bakersfield. Na samym końcu znajduje się wzniesienie, wysokie na niecałe dwa i pół metra. Tato mówi, że usypano je po to, żeby do pobliskich zabudowań nie przedostawał się kurz i brud z otaczających je pól.

Ja uważam, że stworzono je do wyścigów.

Panuje dzisiaj skwar, ale wiem, że to nikogo nie spowolni. Założę się, że zjawi się więcej dzieciaków niż podczas całego roku szkolnego, może nawet trzecia klasa w pełnym składzie. To ostatni tydzień szkoły – do wakacji zostały dwa dni. Wszyscy w Bakersfield są gotowi na lato. Baseny zostaną jednak otwarte dopiero w przyszłym tygodniu, stąd taka popularność naszych wyścigów.

– Zamierzasz biec do domu? Czy masz ze sobą rower? – szepcze za mną Taryn. Jej biurko styka się z oparciem mojego krzesła.

– Mam rower. Wyprzedzę wszystkich i wezmę z domu puszkę i bilety – odszeptuję przez ramię, ignorując podejrzliwe spojrzenie pani Grandel. Rozkładam książkę tak, że widzę nauczycielkę i jednocześnie wyglądam, jakbym czytała. – Masz już nagrody na jutro?

– Tak. Schną w garażu – odpowiada Taryn, nieco zbyt głośno.

– Coś się stało, moje panie? A może jednak pozwoliłybyście, żebym pouczyła was jeszcze przez pięć minut, nim zupełnie wyłączycie swoje mózgi? – Pani Grandel nie musi stać, głos ma na tyle donośny, że może siedzieć przy biurku.

– Tak, psze pani – odpowiada za nas Taryn. Kaszlem maskuję śmiech wywołany oficjalnym zwrotem, użytym przez przyjaciółkę. Psze pani, ha!

– Josselyn Winters, przydałoby ci się nauczyć od Taryn trochę szacunku. Dla mnie jej odpowiedź nie jest tak zabawna jak dla ciebie. – Nauczycielka odkłada książkę na biurko i swój wzrok kieruje prosto na mnie.

Nie lubię być zawstydzana w klasie. Wszyscy na mnie patrzą, łącznie z Christopherem, tym dziwnym chłopakiem. Z płonącymi policzkami krzyżuję nogi i wsuwam je pod krzesło. Przechylam lekko głowę, na tyle, żeby dostrzec, iż Christopher zerka na mnie znad podręcznika. Krzywię się do niego i mrużę oczy, a on szybko odwraca wzrok.

I dobrze.

Na szczęście rozlega się dzwonek i zrywam się z krzesła. Chowam podręcznik do niewielkiej skrytki pod blatem, przerzucam plecak przez ramię i wybiegam z klasy. Pędzę do miejsca, w którym zostawia się rowery. Rano nie zawracałam sobie nawet głowy przypinaniem swojego, przerzuciłam jedynie łańcuch przez koło, tak żeby wyglądało, jakbym to zrobiła. Chciałam mieć pewność, że zdążę przed wszystkimi, a moja kłódka jest stara i pordzewiała i bywa, że muszę szarpać cztery albo pięć razy, żeby się otworzyła.

Odpycham się jedną nogą, drugą trzymam już na pedale. Przejeżdżam przez szkolną bramę, a kiedy rower znajduje się na ulicy, przerzucam drugą nogę i zaczynam szybko pedałować. Przecinam alejkę, lekko zwalniając, żeby móc lawirować między porozrzucanymi kawałkami szkła. Otwieram furtkę, przeciskam się przez nią razem z rowerem, po czym rzucam go w kąt ogrodu.

Wpadam do domu, a kiedy przebiegam przez kuchnię, głośno wołam „cześć” do mamy. W swoim pokoju plecak zamieniam na puszkę po kawie i bilety, następnie wybiegam z powrotem do ogrodu. Tym razem po drodze uśmiecham się do mamy i daję jej szybkiego buziaka. Śmieje się do mnie, życzy dobrej zabawy i zamyka za mną szklane drzwi.

Wyjmuję z puszki plastikowy woreczek, otwieram go i wysypuję sproszkowaną kredę tak, aby tworzyła równą linię. Obchodzę powoli ogród, zaczynając od bramy i zmierzając do wzniesienia w celu utworzenia owalnego kształtu. Kredy wystarczy mi jeszcze na jutro.

Kiedy wychodzę za bramę, dostrzegam Taryn: idzie szybko uliczką, jej ciemne włosy przytrzymuje wyszywana paciorkami opaska, a z uszu zwisają kolczyki zrobione z piór. Choć na taką nie wygląda, potrafi być bardzo szybka. Podczas wyścigów bije wszystkich na głowę, zwłaszcza chłopaków. Za nią podąża sznur dzieciaków. Stali bywalcy wyścigów ręce mają wyciągnięte w bok, nie pozwalając nikomu się wyprzedzić. Już oni wiedzą swoje.

Wszyscy zatrzymują się przed bramką, a ja wręczam Taryn rolkę z biletami. Z puszki po kawie zdejmuję wieczko i trzymam ją przed sobą.

– No dobrze, zawodnicy. Postanowiłyśmy urządzić wyścigi. Wezmą w nich udział ci, którzy dzisiaj dostaną bilety. Jutro odbędzie się finał… z nagrodami! Jeśli nie zdobędziecie biletu, to możecie siedzieć na wzniesieniu i patrzeć. No to teraz się ustawcie.

Taryn odrywa najpierw bilety dla siebie i dla mnie. Chowam swój do kieszeni, żeby przypadkiem go nie zgubić. Dzieciaki w pierwszym rzędzie to grupka, która jest z nami od początku, odkąd latem ubiegłego roku zainicjowałyśmy wyścigi: bliźniacy Marley (którzy na ogół wygrywają), kuzynka Taryn – Emily – i Noah Santos, chłopak, który pocałował mnie w przedszkolu i przez którego wezwano moich rodziców, bo uderzyłam go w twarz.

Ten dziwny też tu jest. Christopher uczęszcza do mojej szkoły od połowy zeszłego roku. Mieszka z państwem Woodmansee, rodziną zastępczą. Mają dużo dzieci – dwanaścioro, łącznie z Christopherem – z czego połowa to przybrane. Chłopak jednak nie przez to jest uważany za dziwnego.

Codziennie nosi do szkoły te same brązowe sztruksy, które do piątku zdążą się już nieźle zabrudzić. Jego włosy mają odcień mysiego brązu, są trochę dłuższe niż u większości chłopaków z naszej klasy i kręcą się na końcach. Podczas jedzenia nuci pod nosem i siedzi sam przy stoliku niedaleko kosza i wyjścia ze stołówki. Kiedy dzieciaki podchodzą, aby wyrzucić resztki, on nuci głośniej, ale nigdy nie podnosi wzroku. W zeszłym roku parę razy próbowałam siedzieć razem z nim, bo takie wyzwanie rzuciła mi Taryn. Za pierwszym razem, kiedy się dosiadłam do jego stolika, przestał nucić. Przestał także oddychać. Kiedy zemdlał, krzykiem przywołałam nauczyciela dyżurującego. Razem z ratownikami medycznymi zjawiła się pani Woodmansee i po prostu zabrała go do domu. Do końca miesiąca nie pojawił się w szkole.

Dzisiaj po raz pierwszy przyszedł na nasze wyścigi, co mnie zaskoczyło. Widzę, że Taryn go dostrzegła, bo zerka na małą rolkę w ręce, a potem na czekające dzieci – biletów ma tyle, aby starczyło i dla niego. Zatrzymuje się kilka osób przed nim i odwraca w moją stronę. Jej mina mówi mi wszystko.

– Daj mu bilet i już – szepczę, wzruszając ramionami.

Taryn bierze głęboki oddech, po czym opuszcza wzrok na pięć ostatnich biletów. Powoli zaciska na nich palce, chowając je w dłoni.

– On to popsuje – wzdycha.

Jej spojrzenie zatrzymuje się na moich dłoniach i nagle dziewczyna unosi brwi. Widać, że przyszedł jej do głowy jakiś pomysł.

– Daj mi puszkę – mówi i sięga po nią.

Marszczę czoło, ale oddaję pojemnik bez protestów. W naszym duecie ja jestem tą silną i nieustraszoną, za to Taryn miewa najlepsze pomysły.

Dziewczyna odwraca się, odrywa pięć ostatnich biletów i wkłada je do puszki, po czym unosi ją nad głowę i cofa się o kilka kroków.

– Zostało pięć biletów. Pięć złotych biletów – oświadcza.

– Nie wyglądają na złote – stwierdza Conner Marley, jeden z bliźniaków.

Taryn piorunuje go wzrokiem.

– Zamknij się, Conner! Wiem, że tak naprawdę nie są ze złota. Chodziło mi o to, że są wyjątkowe, okej? – beszta go, a długi, ciemny kucyk smaga jej ramiona, kiedy odwraca się do pozostałych. Conner robi miny za jej plecami, a ja wybucham śmiechem. – To ostatnie bilety. Aby je zdobyć, trzeba odpowiedzieć poprawnie na proste pytanie. Gotowi? – woła.

Kilka osób odkrzykuje, że tak, ale większość jedynie patrzy na nią, czekając ze ściśniętym żołądkami, wykręcając ręce, nie mając pewności, czy powinni po prostu wykrzyknąć odpowiedź, czy też unieść dłoń. Taryn staje na drewnianej skrzynce, która leży na tej uliczce od niemal roku, i wszyscy natychmiast cichną. Te dodatkowe trzydzieści centymetrów zdecydowanie dodaje jej powagi.

– Pytanie pierwsze: jaki jest mój ulubiony kolor?

W chwili, kiedy kończy wypowiadać pytanie, cztery dziewczyny z końca wołają:

– Fioletowy!

Taryn wybiera z nich tę, którą najbardziej lubi, spokojną Megan, a ta podbiega po swój bilet.

– Pytanie drugie: kto wczoraj wygrał wyścigi?

Tym razem przez chwilę panuje cisza, głównie dlatego, że wszyscy, którzy brali udział we wczorajszych wyścigach stoją już za nami z biletami w rękach. Conner i Kyle Marleyowie zaczynają kaszleć i w końcu kilku chłopców stojących blisko Taryn pojmuje aluzję. Pierwszy wymienia Connera, ale pudłuje. Drugi Kyle’a i w nagrodę otrzymuje bilet.

– Pytanie numer trzy: czyj to dom?

Uśmiecham się znacząco, ale głowę trzymam spuszczoną, żeby się nie zdradzić. To zabawne, ilu dzieciaków nie ma pojęcia, do kogo przyszło. Wiedzą jedynie, że muszą tu być.

Cisza się przeciąga i Taryn zaczyna wydawać dźwięk tykającego zegara, jakby czas uciekał. W końcu nieśmiała dziewczynka w sukience unosi rękę, a Taryn skinieniem głowy udziela jej głosu.

– Czy to… twój dom? – pyta. Taryn przechyla głową i marszczy czoło, patrząc na mnie. Unoszę rękę, jakbym się przeciągała, następnie pokazuję na siebie palcem. – Och, to znaczy… to… to jej dom. Jej dom! – poprawia szybko dziewczynka. Nie zna nawet mojego imienia, co z lekka mnie irytuje, ale Taryn zdaje się tym nie przejmować. Wyjmuje z puszki jeden bilet i jej go wręcza. Po chwili uświadamiam sobie, że ja nie znam jej imienia, więc właściwie jest remis.

– Zostały dwa. Kto wygra następny? Hm, przekonajmy się. – Taryn zeskakuje ze skrzynki i robi rundkę wzdłuż rzędu. Wszyscy milczą, czekając. – Już wiem! Pytanie numer cztery. – Posyła mi znaczące spojrzenie. – Kto był pierwszym chłopakiem Joss?

– Taryn! – wołam. Oczy mam szeroko otwarte, a usta zaciśnięte. Na moje policzki wraca rumieniec, tak jak w klasie, kiedy wszyscy na mnie patrzyli. Słyszę kilka chichotów i szybko się odwracam, żeby się przekonać, kto to. Jestem zła, że nie spięłam dzisiaj włosów w kucyk, zamiast tego pasma w odcieniu brudnego blondu opadają mi na szyję i ramiona. Rankiem było gorąco i założyłam ulubioną żółtą koszulkę na ramiączkach, ale byłam spóźniona, więc zapomniałam o spięciu włosów. Dzięki takiej fryzurze wyglądam na większą twardzielkę, a tego mi właśnie teraz trzeba.

Przy wtórze chichotów jeden z chłopaków z końca rzędu w końcu wykrzykuje imię Kyle’a, a Taryn wręcza mu bilet. Kyle się śmieje i mruczy pod nosem coś o tym, że to było tylko wyzwanie, jakie otrzymał podczas swoich urodzin kilka miesięcy temu, i że całuję się jak kaczka. Pocałowałam go w policzek, bo Taryn mnie do tego zmusiła, i cały ten dzień, kiedy wszyscy nazywali mnie dziewczyną Kyle’a, napawał mnie odrazą. Nigdy więcej nie chcę być niczyją dziewczyną – zwłaszcza Kyle’a Marleya. Odwracam się i kopię go w piszczel.

– Aaaaał! – jęczy. Nie mówi już jednak nic na temat mnie i moich kaczych ust. W duchu mam nadzieję, że pod dżinsami leci mu krew.

Nieświadoma rozgrywającego się dramatu Taryn unosi nad głową ostatni bilet. Boli mnie żołądek z zażenowania, więc zabieram jej puszkę, żeby zająć czymś ręce. Opieram się o murek i unoszę przed twarz pasmo włosów, szukając rozdwojonych końcówek.

– Ostatnia szansa. Musicie mi jedynie powiedzieć, jak brzmi drugie imię Joss – oświadcza moja przyjaciółka dziwnie milczącej grupce dzieciaków. Nie podoba mi się to, że wykorzystuje mnie, ale wiem, że chce, aby to pytanie było naprawdę trudne. Nie jestem pewna, czy oprócz Taryn ktoś zna odpowiedź, więc podejrzewam, że ten ostatni bilet nie zostanie wykorzystany.

Odrywam się od murku i prześlizguję powoli w jej stronę, zostawiając za sobą ślad na piachu. Napotykam jej spojrzenie.

– Zostało pięć sekund – mówi, ponownie naśladując dźwięk tykania… jak bomba.

Unoszę rękę, żeby wziąć od niej bilet, a w chwili, kiedy muskam palcami papier, jedna sylaba niszczy to, co według nas było planem idealnym.

– Grace – mówi Christopher, wyciągając rękę i szybko mi go zabierając. Ani na chwilę nie podnosząc wzroku, wsuwa karteczkę do kieszeni i przechodzi na drugą stronę murku, gdzie staje obok pozostałych uczestników wyścigu.

Patrzę na Taryn, której usta tworzą literę „o”.

– Powiedz, że nie masz tak na drugie imię – szepcze, ale na tyle głośno, że słyszy je paru stojących najbliżej dzieciaków. Wszyscy prychają, bo nikt tak naprawdę nie chce tutaj Christophera.

– Ale mam. Taryn! Czemu musiałaś o to pytać? – mówię, podchodząc do niej. Z mocno walącym sercem rozglądam się i widzę, że parę osób odwraca się z zamiarem odejścia, skoro on bierze udział w wyścigu.

– Skąd miałam wiedzieć, że je zna? Jak to w ogóle możliwe? – pyta Taryn, unosząc brwi.

– Nie wiem! W ogóle z nim przecież nie rozmawiam! – Mówię to głośno i wszystkie głosy za mną cichną. Odwracam się z zaciśniętymi ustami i widzę stojącego pod murkiem Christophera. Bilet obraca w rękach.

– Zaczynajmy – oświadcza Taryn, wchodząc przez bramkę do ogrodu.

Dzieciaki z biletami udają się za nią, a te które zostały, żeby patrzeć, wspinają się na wysoki mur, ciągnący się wzdłuż drogi.

– Proszę – odzywa się za mną Christopher. Jesteśmy sami i wiem, że inne dzieci będą stroić sobie z tego żarty. Robię półobrót, nie chcąc patrzeć prosto na niego, i gestem mu pokazuję, aby wszedł.

– Nie, naprawdę. Proszę – powtarza, dotykając mojego ramienia. Wzdrygam się i tym razem odwracam w jego stronę. W ręce trzyma bilet. – Ja… ja… tak naprawdę nie chcę się ścigać – dodaje ze wzrokiem utkwionym w bilecie, który trzyma między kciukiem a palcem wskazującym. Ma długie rzęsy, przez co nie widzę jego oczu, ale z delikatnego wygięcia ust wnioskuję, że jest mu smutno. Czuję ściskanie w żołądku.

Ma brudne ręce. Kciukiem zdążył już poplamić bilet. Mój wzrok ześlizguje się na jego spodnie i dostrzegam, że ma nowe buty – lśniąco białe najki, dobitnie odcinające się od wyświechtanych, brązowych nogawek.

– Nowe? – pytam.

Powoli podnosi na mnie wzrok i dostrzegam, że oczy mu błyszczą, podobnie jak mi, kiedy wieczorem słyszę, jak rodzice się kłócą, i próbuję to zagłuszyć, naciągając na głowę kołdrę. Christopher stara się nie rozpłakać.

– Aha, dostałem wczoraj – mówi. Oczy ma niebieskie, tak jak ja, tylko że jaśniejsze.

Słyszę, jak Taryn wzywa zawodników do ustawienia się wzdłuż linii po drugiej stronie murku. Powinnam wziąć ten bilet i pozwolić Christopherowi odejść. Nadal trzyma go między palcami, wyciągając w moją stronę, ale oczy ma smutne, no i dostał nowe buty. Założył je dzisiaj – tutaj, do mojego domu, na mój wyścig, gdzie wiedział, że wszyscy będą się z niego śmiali. Gdzie wiedział, że tak naprawdę nikt go nie chce.

Nikt go nie chce.

– Zatrzymaj ten bilet – mówię. Otwiera szeroko oczy. Patrzy na mnie, ale nie bezpośrednio. Wygląda to tak, jakby nie potrafił inaczej. – Masz fajne buty – dodaję, chcąc powiedzieć coś miłego. Wydaje się przestraszony, a mi wcale nie jest z tego powodu przyjemnie.

Nie jestem w stanie utrzymywać dłużej kontaktu wzrokowego, więc przyciskam puszkę po kawie do boku i przerzucam włosy przez ramię. Nie cierpię tego, jak mi się lepią do szyi. Kiedy ponownie zerkam na Christophera, widzę, że mi się przygląda. Uśmiecha się lekko i od razu jest mi lepiej. Nagle czuję się szybsza, jakbym mogła dzisiaj wygrać.

– Do zobaczenia po drugiej stronie. Pospiesz się – rzucam przez ramię.

Oddalam się, wiedząc że mi się przygląda. I ta świadomość nawet sprawia mi przyjemność.

Nie powiem o tym Taryn.

Zasady wyścigu są proste. Trzeba galopować albo podskakiwać. Zwykły bieg jest niedozwolony i jeśli kogoś się na nim przyłapie, zawodnik ten zostaje usunięty z gry. Taryn i ja jesteśmy sędziami. Sprawiedliwymi. Raz ją zdyskwalifikowałam, a ona mnie dwa razy. Jedyną osobą, która lubi się stawiać, jest Kyle. Bywa, że Taryn przymyka na niego oko. Dzisiaj jednak Kyle postępuje zgodnie z zasadami.

Wygrywam swój wyścig, bijąc na głowę pięć nowych dziewczyn, dla których jest to pierwszy raz. Taryn przegrywa z bratem Kyle’a, Connerem, a on wypomina jej to przez sześć kolejnych wyścigów, aż w końcu przegrywa – z Christopherem.

Nie miałam pojęcia, że jest taki szybki. Nie oszukiwał. Wiem, bo razem z Taryn bacznie się mu przyglądałyśmy. Po każdym wygranym wyścigu odchodzi od linii mety na koniec ogrodu, gdzie na tarasie stoi plastikowe pudło. Parę razy stuka butami, aby otrzepać je z piachu, a resztę czasu między wyścigami spędza na próbach wytarcia śladów palcami.

– Czemu na niego patrzysz? – pyta Taryn, wyrywając mnie z zadumy. Przyglądałam się, jak Christopher dba o swoje buty i myślałam, że pewnie rzadko dostaje coś nowego. Niefajnie czuję się z tym, że przyjaciółka mnie przyłapała.

– Och, wcale na niego nie patrzyłam. Rozmyślałam o tym, jak pobiję Kyle’a – mówię, odwracając się zupełnie od Christophera. Mam ochotę obejrzeć się przez ramię, przekonać się, czy mnie słyszał, sprawdzić, czy udało mu się doczyścić buty, ale nie chcę, aby widziała to Taryn, więc zamiast tego odchodzę razem z nią.

– No, lepiej, żebyś z nim jutro wygrała. Nie chcę, żeby zdobył zrobioną przeze mnie nagrodę – fuka.

Wspina się na wzniesienie, a jakaś dwudziestka dzieciaków w moim ogrodzie podnosi na nią wzrok, mrużąc oczy w zachodzącym za jej plecami słońcu.

– Okej, przyjdźcie tu jutro po szkole na finał. Zwycięzca otrzyma nagrodę – informuje wszystkich.

– Czyli ja! – woła Kyle, przybijając piątkę z bratem.

– Albo Joss! – odkrzykuje Taryn, posyłając drwiące spojrzenie pewnym siebie bliźniakom, ubranym w ulubione bluzy do futbolu.

– Taa, jasne – śmieje się jeden z nich.

– Nic się nie martw – mówię cicho, stając obok Taryn. – Pobiję go.

Jestem szybsza od Kyle’a Marleya, ale boję się, że to nie z nim przegram.

Christopher odchodzi jako ostatni i patrzę, jak idzie po krawężniku prowadzącym do bramki, stawiając jedną nogę przed drugą, starając się nie nadepnąć na piach. Kiedy dociera do żwirowanej alejki, odwraca się w moją stronę i nasze spojrzenia się spotykają. Nie uśmiecham się i udaję, że nie zwracam na niego uwagi. On także się nie uśmiecha, ale wiem, że obecność tutaj oraz wygrana wiele dla niego znaczą.

W sumie to trochę chcę, żeby mnie jutro prześcignął, ale mu tego nie ułatwię. Będzie musiał zapracować na wygraną.

***

Zaplanowałam sobie, że znowu przyjadę przed wszystkimi do domu, ale najpierw się okazało, że z koła zeszło mi powietrze, a potem, że kończymy lekcje o dwunastej.

Moi rodzice najwyraźniej także o tym zapomnieli, bo mama dała mi do szkoły drugie śniadanie. Nie zmarnowało się jednak – większość precelków zjadłam podczas czasu na lekturę, a ciastka sprzedałam Connerowi.

Choć podczas ostatniego dnia roku szkolnego jesteśmy mocno zajęci, na ustach wszystkich i tak jest wyścig. Zostało nas czworo – Kyle, ja, szybki chłopak o imieniu Miguel i Christopher. Choć wyścig jest mały, mam przeczucie, że tłum kibiców będzie jeszcze większy niż wczoraj. Dlatego chcę dotrzeć do domu przed wszystkimi. Chcę, żeby tor ładnie wyglądał, no i zamierzam rozłożyć na wzniesieniu kilka ręczników i koców, żeby dzieciaki miały na czym siedzieć.

Od czterech minut podskakuje mi kolano. Na wiszącym nad głową pani Grandel zegarze obserwuję wskazówkę odmierzającą minuty i przysięgam, że w pewnym momencie zaczęła się cofać. Jestem niespokojna, jakimś cudem jednak udało mi się ukradkiem założyć plecak i usiąść na krześle bokiem.

Jakbym znajdowała się w blokach startowych, opieram stopy o metalowe nogi krzesła, a kiedy tylko rozbrzmiewa dzwonek, zrywam się z miejsca i pędzę ku drzwiom. Pierwsza docieram do szkolnej bramy, a gdy znajduję się już prawie na swojej ulicy, odwracam się i zwalniam, zadowolona że nie widzę nikogo za sobą.

Szybko przechodzę przez bramkę i na tarasie zostawiam plecak wypełniony ocenionymi pracami i projektami plastycznymi. Pociągam za przesuwne drzwi, ale nie chcą nawet drgnąć. Walę dłonią w szybę i przyciskam do niej twarz, nie widzę żadnego światła ani niczego, co by świadczyło o tym, że ktoś jest w domu.

Z jękiem frustracji uderzam w szybę, po czym obiegam dom i zatrzymuję się, kiedy widzę, że brama garażowa jest uniesiona, a w środku stoi kombi taty.

Mój tato pracuje w liceum. Jest nauczycielem WF-u i trenerem baseballu. Najwyraźniej on także wrócił wcześniej do domu. Ciekawe, czemu nie słyszał mojego walenia w szybę. Wchodzę do środka i go wołam. Kiedy nie odpowiada, wołam mamę.

Serce mocno mi wali i choć mam ochotę chwycić kredę, wybiec do ogrodu i narysować świeże linie, nim zjawią się pozostali, nie chcę także wydać żadnego dźwięku.

Coś jest nie tak.

Wysuwam głowę zza rogu, by spojrzeć na korytarz, który prowadzi do sypialni rodziców. Drzwi są zamknięte, ale pali się światło. Sama świadomość, że w takim razie mama i tata pewnie tu są, że nie jestem sama, od razu sprawia, iż czuję się bezpieczniej.

Udaję się w stronę swojego pokoju, a kiedy stoję już przy drzwiach, w końcu słyszę głos taty. To, co mówi, jest niczym koszmar.

– Czy Joss to w ogóle moja córka? Skąd mam wiedzieć, czy w tym przypadku także nie kłamałaś? Skąd mam wiedzieć, że nie jest jego?

Nie… jego?

Przełykam ślinę, przytulam się do futryny i stoję częściowo w swoim pokoju, a trochę na korytarzu, czekając na odpowiedź mamy, która nie następuje. Zamiast tego rozlega się dzwonek i tata otwiera drzwi od sypialni. Jego spojrzenie pada na mnie, a ja na widok jego twarzy chwytam się mocniej framugi. To nie jest radosny mężczyzna, który gra ze mną w piłkę przed domem. Ten mężczyzna wygląda groźnie – uniesione brwi, czerwona twarz i usta zaciśnięte w cienką linię.

Szybko odwraca ode mnie wzrok i gniewnie rusza w stronę drzwi wejściowych. Otwiera je z taką siłą, że aż walą o ścianę. Słyszę, jak wrzeszczy na osobę, która stoi w progu i biegnę za nim, żeby sprawdzić, czy to jeden z moich znajomych. Widzę jakiegoś mężczyznę, który unosi ręce, kręci głową i powtarza, że mu przykro. Ma na sobie dżinsy i bluzę z logo uczelnianym – podobnie ubiera się mama.

– Wypierdalaj z mojego domu! – Tato wali mocno ręką w drzwi, a ja podskakuję, cofam się kilka kroków, a serce wali mi jak młotem.

Kiedy się odwracam, na korytarzu dostrzegam mamę. Oczy ma czerwone i zapuchnięte. Na mój widok kręci głową i mówi bezgłośnie:

– Przepraszam.

Zamyka powoli oczy, unosi rękę i, potykając się, wraca do sypialni, po czym zamyka za sobą drzwi.

Wchodzę do kuchni i przez okno dostrzegam, że kilkoro dzieciaków stoi już pod murkiem. Tato nadal wrzeszczy po drugiej stronie ściany, a mama zanosi się płaczem w sypialni. Znajduję się w potrzasku.

Kiedy słyszę trzask zamykanych drzwi – zamieram, czekając na odgłos kroków taty. Nic jednak nie słyszę. Najwyraźniej obaj wyszli, albo udali się przed dom. Może dam jakoś radę dotrzeć do Taryn i powiedzieć, że musimy przełożyć wyścigi. A może nikt nie zwróci na to wszystko uwagi.

Zapominając o kredzie, otwieram szklane drzwi, prowadzące do ogrodu, po czym zasuwam za sobą zasłonę, żeby nie było niczego widać z zewnątrz. Dostrzegam Taryn przy bramce – balansuje na niedużej skrzynce i kieruje dzieciaki na wzniesienie, gdzie mogą oglądać zawody. Przyniosła ze sobą nagrody za pierwsze i drugie miejsce i trzyma je właśnie w obu dłoniach. Wczoraj jedynym, o czym byłam w stanie myśleć, było wygranie jednej z nich. Dzisiaj pragnę wymazać z pamięci wyraz twarzy mamy i pozbyć się echa wrzasków ojca.

Może nikt nie zauważy tego, co się tu dzieje. Może wszystko będzie dobrze. Po zawodach wrócę do domu i wszystko będzie… normalne.

Mrugam parę razy, po czym podchodzę do przyjaciółki. Bez względu na to, jak bardzo staram się udawać, nieustannie nasłuchuję tego, co się dzieje po drugiej stronie domu.

Następny zjawia się Kyle. Jego brat stoi tuż za nim, trzyma mu ręce na ramionach i ściska tak, jakby szykował go na walkę. Po kilku sekundach docierają Miguel i Christopher. Taryn poleca nam zająć miejsca na linii startu.

Wyłączam się, kiedy moja przyjaciółka omawia zasady. Znam je, to ja je wymyśliłam: dwa długie susy, nie wolno biec, nie wolno oszukiwać i nie wolno dotykać innego zawodnika. Ta ostatnia zasada jest stosunkowo nowa. Dodałam ją, kiedy kilka miesięcy Kyle Marley temu podstawił mi nogę na mecie.

Schylam się, żeby poprawić sznurówki, bo mam wrażenie, że zbyt ciasno je zawiązałam, ale nie, wcale tak nie jest.

Nikt inny zdaje się nie słyszeć krzyków, ja jednak co rusz wyłapuję głos taty. Jest taki jak na boisku, kiedy denerwuje się po przegranej. Jego głos przypomina warkot. Skupiam się na tym tak bardzo, że kiedy Taryn ogłasza początek wyścigu, nie od razu ruszam z miejsca. Udaję, że się potknęłam, bo wolę to, niż się przyznać, że nie słuchałam. Myślami, sercem – całą sobą – przebywam gdzie indziej.

Szybko się prostuję i długimi susami ruszam na tył ogrodu, pokonuję wzniesienie i nabieram prędkości. Wtedy słyszę pisk opon i chrzęst metalu uderzającego mocno o inny metal.

Dźwięk ten zatrzymuje wszystkich i wszystko.

Mój oddech także.

Taryn patrzy na mnie i jestem pewna, że na mojej twarzy nie maluje się nic oprócz pustki i strachu. Schodzę ze wzgórza i zaczynam biec przez środek ogrodu. Biegnę coraz szybciej, w stronę drzwi prowadzących do garażu. Serce szaleńczo wali mi w piersi i nic nie słyszę – ani pytań kolegów, ani krzyków, ani wołania rodziców. W uszach jedynie pulsuje mi krew i szumi wiatr. Wszystko inne otula cisza i ta cisza napawa mnie przerażeniem.

Popycham drzwi i wchodzę do garażu. Na podjeździe stoi mężczyzna, który kłócił się z tatą. Trzyma się za głowę i niczym lew okrążający ofiarę chodzi wokół swojego samochodu. Rysa na jego sportowym aucie jest długa i głęboka, a mama stoi w drzwiach naszego domu i wrzeszczy na nieznajomego, który z kolei krzyczy coś w stronę samochodu.

Oczy mam wielkie jak spodki i sama już nie wiem, w którą stronę patrzeć. Dzieciaki powoli się schodzą i wszyscy to widzą – wszyscy widzą, że coś okropnego przytrafiło się mojej rodzinie. Nie mam tylko pewności, co to takiego i co ma wspólnego z tym ten mężczyzna z niebieskim samochodem i dlaczego mama tak bardzo się tym przejmuje.

Czemu obchodzi ją ten facet? I gdzie jest tata?

W głowie mi się kręci, kiedy się obracam, przenosząc wzrok z jednej rzeczy na drugą i aż mnie kusi, żeby stąd uciec, ale moje nogi pozbawione są wszelkiej siły. Pierwsze pojawia się ogłuszające dudnienie silnika, a zaraz potem dołącza do niego pisk opon. Spod samochodu taty wydobywa się dym. Koła obracają się jak szalone i rozlega się głośny trzask, kiedy przednie opony kombi unoszą się nad niedużym wzniesieniem na podjeździe na co najmniej trzydzieści centymetrów, a potem lądują z hukiem z powrotem na ziemi.

Światła samochodu skierowane są na mnie.

Mój ojciec mnie dostrzega.

Na jego twarzy maluje się przerażenie.

Otwieram usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Tato kurczowo trzyma kierownicę, kręcąc nią szaleńczo, a ja zamykam oczy, szykując się na to, co nieuchronne.

Zaraz zginę.

Czuję uderzenie tak silne, że mam pewność, że to koniec – kiedy ponownie otworzę oczy, będę już w niebie, ale coś mnie pcha i jednocześnie ciągnie. Z moich płuc ucieka całe powietrze i walczę o oddech, leżąc na suchej trawie kilka metrów od podjazdu, gdzie teraz stoi dymiące auto taty. Jego przód wbity jest w sportowy samochód.

Miałam zginąć, ale ktoś mnie uratował.

Próbuję złapać powietrze. Cała jestem odrętwiała i nie mogę oddychać. Powietrze. Powietrze! Jedyne, czego pragnę, to powietrza i chwytam za ciało obok mnie, próbując usiąść, przełknąć ślinę, wydać dźwięk – jakikolwiek! Moje palce zaciskają się na szarym T-shircie i czuję na sobie czyjeś ręce. Chude ręce, tak jak moje. Chyba już nigdy mnie nie puszczą. Tata pędzi w moją stronę. Mama wybiega z domu. Tajemniczy mężczyzna zasłania usta, nadal nie odrywając wzroku od swojego rozbitego samochodu.

A mnie trzyma Christopher.

Zaczynam głośno kaszleć, a uczucie powietrza przechodzącego przez gardło jest niemal nie do zniesienia. Krztuszę się, nachylam, a moi rodzice uczepiają się mnie. Każde z nich chce dotknąć mojej ręki, każde chce mnie uratować.

Ale Christopher nadal mnie trzyma. Nie puszcza, nawet kiedy mu każą. Odgania otaczających nas ludzi. Z czoła kapie mu krew. Nie chcę, żeby mnie puszczał. Chcę, żeby to oni sobie poszli. Chcę, żeby mnie stąd zabrał.

Zaczynam płakać i cała się trzęsę, ale biorę głęboki oddech, bo przyglądają mi się dzieciaki. Wszyscy się przyglądają. Wszyscy się dowiedzą, że dzisiaj wydarzyło się tu coś niedobrego. Christopher ściska mnie jeszcze mocniej, a ja uczepiam się dłońmi jego przedramion, przyciągając je do siebie.

Trzyma mnie, dopóki wszystkie dzieci nie rozchodzą się do domów.

Trzyma mnie, dopóki nie przyjeżdża policja.

Trzyma mnie, dopóki mu nie mówię, że już może mnie puścić.

A potem znika.

Na dobre.

Osiem lat później

Odpuszczam sobie dzisiaj trening softballu. Nie jest obowiązkowy, ale to wcale nie znaczy, że gdyby był, to bym na niego poszła. Jestem potrzebna do wygrywania, więc zamierzam się zjawiać, kiedy mam na to ochotę. Kiedy nie będę już potrzebna, odejdę.

Czyż mój ojciec nie byłby tym uradowany?

Szczerze mówiąc, pewnie w ogóle by tego nie zauważył. Ostatni raz moją grę oglądał, gdy miałam dziewięć lat. Moje życie poruszało się wtedy w jednym kierunku – perfekcyjna rodzina z pocztówki, na twarzach zawsze uśmiechy, jedzenie na stole, wakacje i te wszystkie pozornie świadczące o doskonałości bzdury. A potem moja mama odeszła w środku nocy po tym, jak tato wbił się samochodem w auto należące do faceta, z którym miała romans. Wyglądało na to, że tata nie powinien się zjawić w domu tak wcześnie i przyłapać jej na pakowaniu się i szykowaniu do ucieczki z jakimś gościem o imieniu Kevin, osiem lat od niej młodszym. Kiedy w końcu wyjechała, taty nie było w domu. Topił wszystkie swoje smutki w jakimś podrzędnym, szemranym barze w Southside.

Wtedy tak naprawdę nie rozumiałam, co się dzieje. Wiedziałam jedynie, że lato będę musiała spędzić u dziadków we Fresno, podczas gdy rodzice zamierzali zająć się „wyjaśnianiem sytuacji”. Wyjaśnianie skończyło się tak, że mama zniknęła na dobre. Nie jestem pewna, co bolało bardziej – fakt, że się nie pożegnała, czy to, że nie chciała zabrać mnie ze sobą.

Nienawidzę jej za to, że odeszła. Taty nienawidzę jeszcze bardziej za to, że jej nie powstrzymał. Od tamtej pory nie jest sobą, z wyjątkiem tych trzech wiosennych miesięcy, kiedy trenuje drużynę baseballową. Chłopaków z drużyny traktuje jak synów. Mnie? Jestem współlokatorką, której czasem robi wykład, kiedy jest wkurzony na życie i potrzebuje kogoś, na kim może się wyżyć. Dla mnie zostaje facet, który wracając nocą z baru, potyka się, zatacza i mamrocze przeprosiny.

Przeprasza tylko wtedy, kiedy jest pijany. Obietnice dotyczące bycia lepszym ojcem składa jedynie po alkoholu. Bywa, że upija się w gniewie – mówi wtedy prawdę, która mieszka gdzieś głęboko w nim. Rankiem wracam do tego pudełka, w którym mnie trzyma – tego, na którym widnieje kartka: NIE DOTYKAĆ. A raczej: NIE KOCHAĆ.

Kiedy skończę osiemnaście lat, już nie będzie mógł sobie pozwalać na ten luksus. Będzie musiał zacząć się wyżywać na kimś innym. Może na sobie. Choć pewnie i tak to robi.

Mniejsza z tym.

Jest ostatni dzień ferii i na boisku do baseballu koło gimnazjum czekam na Taryn. Ona też zrywa się z treningu. W tym tygodniu trwa nabór nowych osób. Trener wie, co potrafię, a Taryn i tak rzadko gra.

To nasz ostatni dzień wolności przed powrotem do chaosu panującego w liceum South High. W tym roku nie mogę mieć więcej nieobecności. Tata dostał list. Ja dostałam wykład. Początkowo przewracałam oczami, ale potem oświadczył, że jeśli będzie musiał, to przeniesie mnie do Carden. Tam właśnie trafiają porąbańcy. A choć można mnie uznać za porąbaną, Carden nie jest miejscem dla mnie.

Na drugim końcu boiska zatrzymuje się biała furgonetka, wzbijając tumany kurzu. Wysiada z niej trzech chłopaków mniej więcej w moim wieku. Nie znam ich i zastanawiam się, czy przyjechali tutaj dilować. Czasem tak się zdarza, dilerzy uważają, że gimnazjum to ostatnie miejsce, gdzie węszą gliny. Na boisko nie tak łatwo się dostać, więc radiowóz byłby widoczny z daleka.

Może dlatego chciałam tu przyjechać.

Odzywa mi się telefon w kieszeni. Wyjmuję go i, mając na oku chłopaków z furgonetki, odpisuję na SMS-a Taryn.

TARYN: Zaraz będę. Zapalniczka mi się zepsuła. Musiałam kupić nową.

JA: Przyjechało właśnie trzech kolesi. Może coś mają.

Nie używam niczego twardego, ale czasem lubię zapalić skręta albo łyknąć parę pigułek, takich jak vike[1] albo OC[2]. Na ostatniej imprezie, na której byłam razem z Taryn, próbowałam Spice’a[3], ale miałam po nim straszną paranoję. Nie potrzebuję czegoś, co jeszcze bardziej zwiększa mój niepokój, muszę przed nim uciekać. Nie wydaje mi się jednak, że u tych kolesi coś zdobędę. Z paki zdejmują kije i pojemnik z piłkami, co oznacza, że pewnie tu przyjdą.

Cholera.

Ponownie wibruje mi telefon.

TARYN: Nie chcę dzisiaj żadnego świństwa. Przystojni są chociaż?

Śmiejąc się cicho, przyciskam krawędź telefonu do ust i zerkam na idące w moją stronę trzy postacie. Najwyższy jest ten na środku, ma na sobie granatową bluzę i czarne szorty. Trudno to określić z daleka, ale włosy ma chyba jasnobrązowe i dosyć długie. Pozostała dwójka jest ubrana w szare spodnie dresowe i czarne T-shirty, ten z prawej jest Afroamerykaninem. Nie wydają mi się znajomi i zastanawiam się, czy chodzą do North.

JA: Pewności nie mam, ale wygląda to obiecująco.

W odpowiedzi przesyła mi emotikonkę z uniesionym kciukiem i pisze, że będzie za dwie minuty. Chowam telefon do tylnej kieszeni i odkręcam butelkę. Pociągam łyk wody, dzięki czemu nieco dłużej mogę spokojnie przyglądać się zbliżającym chłopakom. Wiatr przybiera na sile, więc zdejmuję z nadgarstka gumkę, związuję włosy w kucyk, po czym obciągam rękawy flanelowej koszuli, żeby było mi ciepło w ręce. W Bakersfield generalnie nigdy nie jest zimno, ale w styczniu, kiedy wieje wiatr, piętnaście stopni to zdecydowanie za mało.

Coś mi mówi, że rozmawiają o mnie, kiedy wchodzą na infield[4], stają na górce, a na trawę rzucają pojemnik z piłkami i kije. Ten wysoki zdejmuje czapkę i przygładza włosy, po czym nakłada ją ponownie, tym razem daszkiem do tyłu. Robiąc to, patrzy prosto na mnie, a ja nie odwracam wzroku, mimo że ma niewiarygodnie niebieskie oczy.

Cały jest niewiarygodny. Podwija rękawy i rozmawia z kolegami, ale co rusz zerka w moją stronę. Nie poddaję się i nie odwracam od niego wzroku. Nie uśmiechnę się. On też tego nie robi. Oboje jesteśmy uparci. Jest tak, jakbym była niewidzialna, a on w ogóle nie przyjmował do wiadomości faktu, że na mnie patrzy. Twarz ma pozbawioną wyrazu.

– Co mnie ominęło? – pyta Taryn, siadając obok mnie na trybunach. Podaje mi zapalniczkę, a ja biorę ją od niej, nie odrywając wzroku od boiska.

– Nic – odpowiadam. – Dopiero zdążyli tu przyjść. Tam zaparkowali.

Brodą wskazuję ich samochód, patrząc przez cały czas na najwyższego z chłopaków. Schyla się po piłkę, kilka razy wymachuje ramieniem, żeby się rozgrzać – nie przestając na mnie patrzeć.

– No cóż, przynajmniej są przystojni – stwierdza Taryn.

To prawda. Najniższy ma najbardziej umięśnione ramiona. Jest blondynem… chyba. Nie patrzę na niego zbyt długo, bo nie chcę przegrać konkursu na gapienie się z chłopakiem w czapce. Miałam rację, że ten trzeci to Afroamerykanin. Taryn zaklepuje go sobie w chwili, kiedy ten podciąga nogawki spodni, odsłaniając ciemne, umięśnione łydki. Następnie bierze z trawy kij i robi zamach.

– A niech mnie, laska. Mam nadzieję, że jest tu nowy. Zgłaszam się do komitetu powitalnego – mówi Taryn, nie odrywając wzroku od jego sylwetki.

Nic nie mówię, zamiast tego zbliżam do ust dłoń zaciśniętą w pięść, opieram łokieć o kolano, gryzę knykieć i koncentruję się na chłopaku na górce. Przestaje na mnie patrzeć, kiedy jego kolega nachyla się za bazą i wali w rękawicę. Teraz, kiedy odwrócił wzrok, mogę mu się przyjrzeć uważniej.

Kilka razy podrzuca piłkę w ręce, następnie staje na górce i czubkiem buta kopie w twardą ziemię. Należące do gimnazjum boisko jest stare i małe, więc za bazę domową służy im wieko od pudła, ułożone jakieś pięć metrów od miejsca, w którym znajduje się baza młodszych dzieciaków. W końcu zadowolony z warunków miotacz nieruchomieje na kilka sekund, po czym robi zamach i piłka z plaśnięciem ląduje w rękawicy łapacza.

– A niech mnie – odzywa się Taryn. – Szybka piłka.

– Aha. – Usta mam nadal przyciśnięte do knykci. Uśmiecham się w duchu, ale nie chcę, by ktoś widział, że zrobiło to na mnie wrażenie. Ani Taryn, ani miotacz.

Powtarza rzut sześć czy siedem razy, nim jego kolega w końcu podchodzi do bazy. Nie ma takiej opcji, żeby trafił.

Odchylam się, stawiam stopy na ławeczce przed sobą. Z butów zwisają luźne sznurówki, a łydki opinają dżinsy. Pstrykam parę razy zapalniczką i zachowuję płomień tak długo, aż robi mi się gorąco w palce. Przyglądam się, jak chłopak w czapce unosi kolano i wykonuje zamach, następnie posyła piłkę, która mknie z prędkością o co najmniej dwadzieścia kilometrów na godzinę większą niż podczas rozgrzewki. Jego kolega robi zamach kijem i nie trafia.

– Jeeezu – mówi Taryn.

Częstuje mnie papierosem, ale ja kręcę głową. Nie mam ochoty na dymka. Oddaję jej zapalniczkę, a ona wsuwa sobie papierosa do ust, zapala i się zaciąga. Przyglądamy się, jak łapacz odrzuca piłkę chłopakowi w czapce, który potrząsa ręką i ponownie ustawia się na górce.

– Więc tak to będzie wyglądało? – pyta odbijający. Parę razy wzrusza ramionami i uderza kijem o krawędź bazy.

Łapacz chichocze i mówi cicho coś, co ich wszystkich rozśmiesza. Szkoda, że tego nie usłyszałam, bo chłopak w czapce nachyla się teraz i czeka na sygnał, a kącik jego ust unosi się w najbardziej pewnym siebie, cholernym uśmiechu, jaki miałam okazję widzieć.

Wcześniej urzekły mnie jego oczy. Mają wyjątkowy odcień błękitu, na tyle intensywny, że widzę go z odległości piętnastu metrów. Jednak jego uśmiech… cóż… jest taki, jak powiedziała Taryn – Jeeezu.

Szykuje się do następnego rzutu, a ja ponownie się nachylam, obserwując go. Obraca piłkę w rękawicy, a mięśnie przedramion napinają się przy każdym ruchu. W końcu jego palce zaciskają się na piłce tak, jak należy.

Zamierza rzucić podkręconą.

Gdy piłka opuszcza jego dłoń, wstaję i przeskakuję dwa rzędy ławek. Podchodzę do siatki, a w tym czasie jego kolega robi zamach i ponownie nie trafia. Z taką piłką nie miał szansy.

– Cholerny kretyn – burczy odbijający, ale oczy mu się śmieją.

Blondyn łapie piłkę, rzuca ją chłopakowi w czapce, po czym uderza pięścią w rękawicę, żeby pozbyć się piachu.

– Dobry rzut, stary. Zamach też niczego sobie, tylko że on był lepszy – orzeka, klepiąc rękawicą w nogę kolegi.

– Ty mu tak kazałeś? – pyta odbijający.

– No co ty. On nigdy nie rzuca tak, jak mu każę. Sam chciał. – Kołysze się na piętach. – No dobra, pozwól mu w końcu odbić!

Miotacz ponownie poprawia czapkę, tym razem zakłada ją daszkiem do przodu, nisko na czoło. Daszek rzuca cień na pół twarzy, a ja czuję się niepewnie przez to, że nie widzę jego oczu. Ociera przedramieniem czoło, następnie odwraca głowę i na jego ustach pojawia się ten sam uśmieszek, co przed posłaniem podkręconej piłki. Patrzę, jak układa sobie piłkę w rękawicy i w końcu nieruchomieje.

– Uważaj na changeup[5] – mówię. Palce mam zaciśnięte wokół siatki i opieram się o nią czołem.

Odbijający zerka na mnie i marszczy czoło. Robi minę mówiącą „coś ty u licha za jedna?”, a potem odwraca się w stronę chłopaka w czapce i przybiera odpowiednią postawę. Jego kij już się szykuje na odbicie.

Nie trafi.

Chłopak w czapce wykonuje ruchy takie, jak przy pierwszych dwóch rzutach. Ciało ma imponujące – i nie chodzi tylko o to, że jest przystojny, ale też o to, że ma wygląd sportowca. Mój ojciec byłby nim zachwycony. Nieznajomy sprawuje nad sobą niesamowitą kontrolę. I ma minę, którą mój tata zawsze sugeruje swoim podopiecznym. Zastraszenie to według niego pięćdziesiąt procent gry. Dla mnie od zawsze jest to dziewięćdziesiąt procent.

Gdybym miała nałożyć na siebie nagrania przestawiające wszystkie trzy rzuty, moment wypuszczenia piłki wyglądałby identycznie. Darem tego chłopaka jest jednak jego umiejętność wysłania piłki tam, gdzie ma na to ochotę, z dowolną prędkością. Odbijający reaguje zgodnie z moimi przewidywaniami i kij nie trafia w piłkę, która ląduje miękko w rękawicy łapacza.

– Co najmniej dwadzieścia pięć wolniej – szepczę do siebie.

Odbijający jednak to słyszy i patrzy na mnie, unosząc jedną brew.

– Stary, Wes, zabójcza piłka. Rzuć tak jeszcze raz. Świetna… świetna! – oświadcza łapacz. Ściąga maskę i rzuca piłkę do miotacza.

Ma na imię Wes.

– Chwila – mówi odbijający, unosząc rękę. Podchodzi do mnie, a ja czuję ściskanie w żołądku. Kiedyś uważałam, że nienawidzę konfrontacji. Wcale nie. Uwielbiam je. I jestem w tym dobra.

– Przewidziałaś changeup – mówi. Zaciska usta w cienką linię i przygląda mi się podejrzliwie. Uważa, że zgadłam na chybił trafił, i jest trochę wkurzony tym, że się z niego śmiałam. Pewnie nie powinnam, ale w tej trójce jest coś takiego, co wyzwala we mnie chęć rywalizacji.

– Aha – odpowiadam. Odsuwam się od siatki, ale palce nadal mam zaciśnięte wokół drutów. Zerkam na Wesa, który nadal ma czapkę nisko na czole. Patrzy na mnie, ciężar ciała przenosząc na jedną nogę. Rękawicą wspiera się o biodro. – Mam ci pokazać, jak się trafia w taką piłkę?

Łapacz zaczyna się śmiać i zasłania usta dłonią zaciśniętą w pięść.

– A niech mnie. Rzuciła ci wyzwanie, TK! – woła.

TK przerzuca kij z ręki do ręki, usta ma zaciśnięte, a brwi wyczekująco uniesione. Chichoczę i spuszczam wzrok, kręcąc głową.

– Och, a więc tak naprawdę wcale nie chcesz pokazać? Tak? – pyta drwiąco, cofając się powoli do prowizorycznej bazy domowej.

– Nie bądź dupkiem, TK. Ona chciała być jedynie miła – oświadcza łapacz. Fajnie, że bierze mnie w obronę, ale nie ma racji, wcale nie chciałam być miła. Rzeczywiście rzucałam TK wyzwanie.

Zerkam na Taryn, która wie, że nie odejdę stąd, dopóki nie poślę piłki z powrotem w stronę miotacza. Śmieje się cicho i przesiada do pierwszego rzędu. Obchodzę siatkę, przesuwając po niej ręką, aż docieram do końca. Zatrzymuję się i schylam, żeby zawiązać buty, następnie zdejmuję flanelową koszulę i wiążę ją sobie w pasie. Pod nią mam czarną koszulkę z wymalowaną pośrodku różą. Moje ręce marzną od wiatru. Nie potrafię jednak odbijać, kiedy coś otula mi ręce, więc pocieram je kilka razy.

– TK – mówię, biorąc od niego kij. Obracam go i odczytuję cyferki, jest jakieś sto pięćdziesiąt gram cięższy od tego, do którego jestem przyzwyczajona. Kilkukrotnie stukam jego końcem o but, po czym zamykam jedno oko i zerkam na partnera sparingowego. – To skrót od Techniczna Katastrofa?

Śmieje się, a dźwięk ten aż rezonuje w jego klatce piersiowej. Uśmiecham się, bo przypomina mi Connera, tyle że jego śmiech jest donośniejszy, bo dzięki ciastom swojej mamy chłopak waży blisko sto kilo.

– O nie, Wisienko. Oznacza on Thomasa Kennedy’ego.

– Wisienko? – Krzywię się, uderzając kijem o dłoń, jakbym była większą twardzielką niż w rzeczywistości.

– Aha, policzki masz czerwone i okrągłe. Wyglądają jak wiśnie. – Słowom towarzyszy znajomy śmiech. Przyłączam się, zerkając na przyjaciółkę, która siedzi teraz pośrodku trybun. Kręci głową, bo mnie zna, nie uznaję ksywek, zwłaszcza takich w rodzaju wisienki.

– Ach, rozumiem – mówię, podchodząc do bazy. Wes szturcha butem piach na górce. Z bliska dostrzegam pod daszkiem jego oczy. Przewraca nimi, a jego usta tworzą cienką linię. Nie jest rozbawiony i uważa, że to strata czasu.

– Myślałam, że wisienka to komentarz dotyczący mojego dziewictwa – mówię, stając na rozstawionych nogach. Dwa razy robię zamach kijem, po czym opieram go na ramieniu. Cała trójka zamiera, słysząc słowo „dziewictwo”. – Jeśli o to właśnie chodzi, TK… to żadna ze mnie wisienka.

Blondyn zaczyna kaszleć, próbując zatuszować spowodowany zaskoczeniem śmiech. TK i Wes milczą. Pierwszy ociera ręką usta, drugi zaś patrzy na mnie z dezaprobatą. Pieprzyć go. Teraz to rzeczywiście zamierzam przyłożyć mu w rzepkę.

– Rzucasz? Czy będziesz tak stał i mnie osądzał?

Taryn gwiżdże cicho, a TK ze śmiechem cofa się o kilka kroków.

– No dobra, Wes. Zobaczmy, co ona dla nas ma – mówi łapacz, nachylając się i kilka razy uderzając w rękawicę.

Wes odwraca głowę, chowa brodę w ramieniu i dociska piłkę do uda. Rozchyla usta i mówi coś do siebie. Nie słyszę, ale mam pewność, że to nic miłego.

Zapieram się nogą, a tymczasem on zmienia pozycję, szykując się do rzutu.

– Pokaż mu, jak się to robi, Wisienko! – woła Taryn z trybun. Uciszam ją ręką, a ona jeszcze głośniej się śmieje. Jestem pewna, że pokazuje mi środkowy palec, ale nawet się nie odwracam.

Wes potrząsa dłonią, leniwym spojrzeniem omiata bazę, odchyla się i rzuca piłkę, która łukiem leci w stronę łapacza. Opuszczam kij i trafiam w nią.

– Nie rób tak – mówię, kręcąc głową. Liczę na to, że siła, z jaką odrzucam piłkę, podkreśli moje słowa. Patrzy na mnie zmrużonymi oczami i przygryza wnętrze policzka. – Nie traktuj mnie, jakbym była gorsza od ciebie.

Płoną mi policzki. Pozwalam, aby mnie wkurzył i to jeszcze dodatkowo mnie denerwuje. Ponownie robię zamach kijem i opieram go o ramię. Wes kilka razy podrzuca piłkę w dłoni. Następnie cofa się na górkę i powtarza te same ruchy, co wcześniej, tyle że nie zmienia położenia piłki w ręce. Zamierza rzucić mi heat.

Dobrze.

Początek jest taki sam, a ja z wyprzedzeniem napinam mięśnie, wiedząc, że będę musiała zrobić szybki zamach. Mój kij znajduje się w bazie w tej samej sekundzie, co piłka – uderzam w nią, posyłając ją za ogrodzenie, gdzie rośnie mnóstwo chwastów.

– Ty będziesz jej szukać – oświadcza TK.

– Nie ma sprawy – odpowiadam skinieniem głowy, każąc Wesowi rzucić kolejną piłkę.

Schyla się i z pudła wyjmuje piłkę, wyciera ją o spodenki, kciukiem obraca w dłoni, aż w końcu jego palce zatrzymują się na szwach. Nie poprawia jej i wiem, że chce spróbować mnie zaskoczyć.

Drażni się ze mną, a wszystko w moim świecie zwalnia – słyszę, jak mój oddech zamiera i widzę, jak jego bluza marszczy się wokół pasa, dostrzegam, jak spodenki wiszą mu nisko na biodrach i jaki płaski ma brzuch. Zaciska usta, okazując powściągliwość, a w jego oczach maluje się skupienie. Kiedy wypuszcza piłkę, patrzę, jak ta się obraca, po czym robię zamach na tyle duży, aby ją posłać za linię trzeciej bazy.

Nie wybiłam jej w jego stronę, tak jak zamierzałam, ale uderzyłam w nią mocno. Pokazałam, co potrafię. A fakt, że Wes z rękami na głowie przygląda się, jak moja piłka zatrzymuje się jakieś sto metrów dalej, daje mi więcej satysfakcji niż bycie na haju.

– Jestem Levi Stokes i chyba chcę się z tobą ożenić – odzywa się łapacz, biorąc ode mnie kij.

Śmieję się cicho. W sumie to urocze. I choć większość dziewczyn pewnie zachwycałaby się facetem o jego wyglądzie – jasne włosy, zielone oczy, umięśniona sylwetka – to Levi Stokes nie jest w moim typie. Choć wcale tego nie chcę, to wiem, że mam swój typ, a Wes stanowi uosobienie moich największych słabości.

– Dzięki, Levi – mówię, zerkając na górkę, po której chodzi teraz Wes. Podrzuca w ręce piłkę i widać, że jest już mną znudzony. Jego obojętność boli i wkurzam się, że się tym przejmuję. – Ale ja nie chcę opiekować się facetem przez całe życie – dodaję, licząc na reakcję. Moje słowa zwracają uwagę Wesa, który robi kilka kroków w naszą stronę. – Małżeństwo jest do bani. Bez urazy. Możesz jednak odwieźć do domu mnie i moją koleżankę.

– Załatwione – odpowiada Levi, wyciągając rękę w moją stronę. Jego uścisk jest silny, męski.

– A niech mnie, Wisienko. Niezłe to było – orzeka TK, wyciągając rękę do żółwika. Uśmiecham się drwiąco i przybijam lekko.

– Dzięki – mrugam. – I możesz mówić na mnie Joss.

– No nie wiem, jesteś słodka jak wiśnia – śmieje się.

– Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie Wisienką, to ci przyłożę – mówię szybko.

Kręci głową ze śmiechem i pokazuje na mnie palcem.

– Okej, Joss. Joss-boss – puszcza do mnie oko.

Przewracam oczami, ale kiedy się odwracam, na mojej twarzy widnieje uśmiech, no bo boss jest o wiele lepszy niż wiśnia.

– Pogramy jeszcze trochę. Zaczekacie? – pyta Levi.

– Spoko – odpowiadam. Obchodzę siatkę i zajmuję miejsce obok Taryn. – Zaczekamy, żebyśmy mogły, no wiesz, udzielać ci dalszych wskazówek.

– Ha… ucz mnie, czego tylko chcesz, Bossie – rzuca TK, wracając na swoje miejsce.

Wstaję, rozwiązuję rękawy flanelowej koszuli i ponownie ją zakładam. Pozwalam jednak, aby jedno ramię opadało na tyle, żeby było widać czarne ramiączko koszulki. Levi patrzy na nie, oblizuje usta, po czym zakłada maskę i kuca obok TK, ale nie dla niego to zrobiłam.

Wes ponownie ma czapkę nasuniętą nisko na czoło. Poprawia ją i grzebie czubkiem buta w ziemi. Liczy, że rzucany przez daszek cień zapewni mu ochronę, ale ja i tak widzę jego oczy, które patrzą na mnie. Z krzywym uśmiechem ściągam z włosów gumkę. Kiedy siedzę i obserwuję boisko, jasne pasma kręcą mi się i powiewają na wietrze. Przerzucam je przez ramię, zadowolona z tego, że Wes obserwuje mój każdy ruch. A pomiędzy rzutami te jego oczy… one zawsze wędrują w moim kierunku.

***

Chłopcy grają jeszcze przez pół godziny, a w tym czasie Taryn i ja wypalamy po papierosie. Gaszę właśnie swojego, kiedy TK przeskakuje przez ogrodzenie, żeby poszukać odbitą przeze mnie piłkę. Podchodzi do nas i szturcha mnie pudłem z piłkami.

– To niezdrowe, wiesz? Powinnaś rzucić – mówi, wskazując na leżącego na ziemi peta.

– Taa, cóż. Mam całą listę tego, co powinnam rzucić, TK. Uwierz mi, że dymek raz na jakiś czas to najmniejszy z moich problemów. – Uśmiecham się do niego, on jednak nie wygląda na rozbawionego. Trochę mnie to krępuje i szybko odwracam wzrok, po czym schylam się po niedopałek. Może i mam całe mnóstwo niedobrych nawyków, ale śmiecenie do nich nie należy. Podchodzę do kosza, a potem dołączam do TK. Po drugiej stronie mam Taryn. Levi i Wes idą kilka kroków przed nami. Levi parę razy ogląda się przez ramię, Wes jedynie przyspiesza, jakby nie mógł doczekać się, kiedy pozbędzie się Taryn i mnie.

– No dobra, Boss – odzywa się TK. Wzdycham, ale na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Choć niechętnie przyznaję, że nawet podoba mi się ta nowa ksywka. Podoba mi się też to, że porzucił temat mojego palenia i innych wad. – Nieźle machasz kijem – mówi. – Grasz, no nie?

Nim zdążę udzielić odpowiedzi, Taryn parska. Przewracam oczami i popycham ją lekko, przez co się potyka.

– Joss Winters to najlepszy łącznik w Kalifornii – oświadcza. Pokazuje mi język i robi krok w bok, żebym znowu jej nie szturchnęła.

– Ach, nie wydaje mi się – stwierdza TK. – Z tego, co mi wiadomo, to ja jestem najlepszym łącznikiem w Kalifornii.

Opuszczam wzrok na buty i się uśmiecham. Wyjmuję z kieszeni telefon i udaję, że odbieram.

– Słucham? Kogo pan szuka? TK? – mówię do wyimaginowanego rozmówcy. Podaję telefon TK, a on marszczy czoło. – To prezydent. Chce ci przekazać, że tak naprawdę jesteś numerem dwa.

Po kilku sekundach śmiech TK rozbrzmiewa pełną parą. Podoba mi się to, że mogę się z nim droczyć.

– Wszyscy chodzicie do North? – pyta Taryn.

Widzę, że tak naprawdę zależy jej jedynie na odpowiedzi TK. Nigdy nie była dobra w ukrywaniu swoich uczuć i teraz przygryza dolną wargę jak dziecko proszące Mikołaja o zabawkę, będącą aktualnym hitem.

– W poniedziałek zaczynamy naukę w South. Właśnie się tu przeprowadziliśmy – wyjaśnia TK.

Taryn kiwa głową i posyła mi radosne spojrzenie. Przez kilka sekund przetrawiam jego słowa i zerkam na chłopaków idących przed nami.

– Wszyscy się przeprowadziliście? – pytam. Widzę, że Wes w ogóle nie reaguje na moje pytanie. Zaczynam mieć przeczucie, że wcale go nie cieszy fakt, iż odwożą nas do domu.

– Aha – odpowiada Levi, odwracając się i idąc przez chwilę tyłem. – Jesteśmy braćmi.

Kiwam głową i zasysam wargę, próbując to rozgryźć bez dodatkowych pytań.

– Chodzicie do ostatniej klasy? – Najpierw decyduję się ustalić ich wiek.

– Blisko, Wisie… – zaczyna TK, ale urywa w pół słowa, kręci głową i się śmieje. – Kurde, szybko się przyzwyczaiłem. To znaczy Bossie. I nie… chodzimy do przedostatniej. A wy?

– My też – odpowiadam, otulając się ciaśniej koszulą. Słońce chyli się ku zachodowi i wzmaga się wiatr.

Jesteśmy coraz bliżej samochodu, a Wes nie odezwał się jeszcze ani słowem. W sumie to nawet nie wiem, czy w ogóle potrafi mówić. Pierwszy dochodzi do zamkniętej bramki, unosi nogę i stawia ją na łańcuchu, po czym bez żadnego wysiłku przeskakuje na drugą stronę. Odwraca czapkę daszkiem do tyłu i podchodzi do bramki, żeby wziąć od Leviego pudło z piłkami. Nim jednak to robi, jego wzrok ucieka na chwilę w moją stronę. Trwa to ułamek sekundy, poza tym stoję tuż przed nim, więc gdzie indziej miałby patrzeć? Niemniej mam wrażenie, że tym razem to nie przypadek, tak jakby przez całą drogę szedł kilka kroków przed nami po to, żeby mieć teraz szansę na tę milczącą konfrontację, na możliwość zerknięcia na mnie właśnie tak, jak teraz, na tyle blisko, że mógłby mnie dotknąć, gdyby nie dzieląca nas metalowa bariera. Żołądek zwija mi się w supeł i pod tym bacznym spojrzeniem zaczynam się czuć niepewnie – odbieram je jako ostrzeżenie.

To nie fair, że właśnie tak patrzą na mnie takie oczy.

– Hej, chwila… – mówi Levi, przekazawszy pudło. Wes zdążył się już odwrócić, więc całą uwagę skupiam na Levim. – Nie jesteś przypadkiem spokrewniona z Erikiem Wintersem?

Zamykam dłoń na mankiecie, uderzam knykciami w udo i zaciskam usta, po czym uśmiecham się z przymusem. To nie wina Leviego, że takim entuzjazmem napawa go moja relacja z trenerem Wintersem. Gra w baseball i mój ojciec będzie nim zachwycony. Właściwie to całą trójką. A Eric Winters to w Kalifornii nie byle kto. Siedem tytułów stanowych, ponad czterdziestu zawodników w drużynach uczelnianych i kilkunastu powołanych do pierwszej ligi. Niestety jego statystyki w kategorii „ojciec” są o wiele gorsze.

– To dlatego jesteś taka dobra! – oświadcza, robiąc krok w tył, jakby był zaskoczony.

Powtarzam sobie w myślach, że ta reakcja to nie jego wina. To normalne, każdy czyni takie założenie. Niemniej czuję irytację i kusi mnie, żeby udzielić swojej zwyczajowej odpowiedzi. Tak, oto klucz do mojego sukcesu, Levi. Dobrze to ująłeś. Mam spektakularne geny, jeśli chodzi o bieganie do baz i rzucanie piłki. Nie trzeba do tego żadnego wysiłku ani talentu z mojej strony.

– A może po prostu bardziej od ciebie przykłada się do treningów. – Mój wewnętrzny dialog przerywa głos Wesa. Przewraca oczami do Leviego i odbiera nad ogrodzeniem kije, stając w mojej obronie. Jego spojrzenie jeszcze raz prześlizguje się po mnie, po czym chłopak się odwraca, a ja mrugam.

W sumie to dokuczał bratu, ale powiedział także to, czego ja nie byłabym w stanie. Dzięki. To słowo przemyka mi przez głowę, ale znika w chwili, kiedy Wes odwraca się i podchodzi do samochodu.

– No tak, nie… nie chodziło mi o to. Chciałem powiedzieć, że to super i w ogóle – bąka Levi, a potem przechodzi przez ogrodzenie, skupiając się na dłoniach i stopach. Widzę, że kręci głową, jest zażenowany.

– Wiem, o co ci chodziło. Taa, jest… super… chyba – mówię, patrząc na Taryn. Wsuwam stopy w otwory w ogrodzeniu, żeby się na nie wspiąć. Moja przyjaciółka zaciska usta, bo wiele ze mną przeszła i aż za dobrze jest świadoma wszystkich uchybień mojego ojca. Nie ma jednak sensu teraz tego wyciągać przy wszystkich.

Przechodzimy przez ogrodzenie i Wes zabezpiecza sprzęt na pace. Levi i TK wskakują do tyłu, nalegając, abyśmy ja i Taryn jechały w szoferce. Wchodzę do niej niechętnie, nie bardzo mając ochotę na siedzenie tak blisko Wesa, ale Taryn nie idzie za mną. Powinnam się domyślić, że wybierze jazdę na pace blisko TK. Zostanę tu z nim – Panem Rozmownym – zupełnie sama. W sumie to pewnie większość czasu będę mu udzielać wskazówek, jak dojechać do mojego domu.

Przesuwam się bliżej drzwi i zamykam je, po czym sięgam po pasy. Słyszę, że drzwi od strony Wesa także się zamykają, ale nie patrzę na niego. Odruchowo zaczynam wstrzymywać oddech, jakby to było jakieś wyzwanie i jakbym siedziała zamknięta w skrzyni razem z chłopakiem, który co prawda jest przystojny, ale ma za to braki w charakterze.

Pas nie chce się zapiąć. Zaczynają mnie boleć płuca od braku powietrza, a im dłużej majstruję przy metalowym zapięciu, tym większa ogarnia mnie panika.

Wes kaszle, następnie wyciąga rękę w moją stronę. Otwieram szeroko oczy na widok zbliżających się ku mnie palców. Puszczam zupełnie pas, ale nim zdąży się zwinąć, łapie go Wes. Patrząc mi w oczy, bez problemu zapina go tak, jak należy.

– Robiłaś to w odwrotną stronę – mówi, a kącik jego ust unosi się na chwilę, dzięki czemu w policzku ukazuje się dołeczek. Moje spojrzenie skupia się właśnie na nim.

– Och, dzięki – odpowiadam. Trzęsą mi się ręce od adrenaliny, której przypływ odczuwam podczas naszej rozmowy – tak blisko – sam na sam. Zaciskam dłonie i kładę je na kolanach. Nie podoba mi się, że nie mam nad tym kontroli.

Wes zapina swój pas, po czym przekręca kluczyk w stacyjce. Ten ułamek uśmiechu i kilka słów to wszystko, na co mogę liczyć – w tej chwili chłopak skupia się całkowicie na lusterkach i drodze.

Naciągam rękawy na dłonie i patrzę na krótkie, pozadzierane paznokcie. Zerkam ukradkiem w lewo i dostrzegam, że spojrzenie Wesa znajduje się na moich dłoniach, więc pociągam rękawy jeszcze mocniej i wsuwam ręce pod uda. Kiedy to robię, jego wzrok przesuwa się ponownie na drogę.

– Więc ty, TK i Levi… jesteście… braćmi? – Serce wali mi nieco mocniej niż zwykle. Nie jestem dobra, jeśli chodzi o nowe znajomości. Najczęściej albo ich unikam, albo od samego początku staram się dominować, uznając, że ludzie albo się ugną pod moim agresywnym stylem, albo będą się trzymać na dystans, ale Wes onieśmiela mnie bardziej niż większość osób. Wcale mi się to nie podoba.

Nie udziela mi werbalnej odpowiedzi. Zamiast tego odwraca się w moją stronę i kiwa głową.

– Fajnie – mówię i od razu jest mi głupio, że wyskoczyłam z takim pytaniem.

Po naszej stronie szyby panuje milczenie, tymczasem z tyłu chłopcy i Taryn śmieją się głośno i prowadzą wesołą rozmowę. Tutaj ma miejsce jedynie pełna powagi tolerancja.

– Który z was… – zaczynam, ale urywam, nie mając pewności, jakich krążących w mojej głowie słów powinnam użyć. Nie mam pojęcia, czemu czuję się w obowiązku prowadzenia rozmowy, czemu w ogóle się tym przejmuję. Może powodem jest to, że będę go widywała w szkole, a nawet i poza nią, zważywszy na jego umiejętności i miłość mojego ojca do miotaczy takich jak on.

Stanie się nowym ulubieńcem taty.

Wyjmuję z kieszeni koszuli zapalniczkę i parę razy nią pstrykam. To mój nerwowy zwyczaj. Czasem bardziej chce mi się coś trzymać i dotykać, niż rzeczywiście palić.

– Który jest adoptowany? Tylko TK? A może… ty? – W ogóle nie są do siebie podobni, skóra TK ma odcień ciemnego brązu, Levi ma jasną cerę i piegi, a Wes znajduje się gdzieś pośrodku.

Furgonetka zatrzymuje się powoli na granicy drogi gruntowej i Wes nachyla się do przodu, i mrużąc oczy w świetle zachodzącego słońca, patrzy w prawo i w lewo. Światło tańczy na kosmykach wystających spod czapki, nadając im złoty odcień.

– Wszyscy – odpowiada zwięźle. Przed nami przejeżdża ciężarówka z naczepą i Wes skręca w lewo w drogę ekspresową. Otwieram usta, żeby zacząć udzielać mu wskazówek dojazdu, ale mi przerywa, zerkając na moją dłoń, bawiącą się nerwowo zapalniczką. – Palisz? – pyta.

Wie, że tak. Mam wrażenie, że to podstęp.

– Czasami – odpowiadam, nie chcąc dodawać niczego więcej, ale głos w mojej głowie mówi dalej. Czasami robię wiele rzeczy i od lat nikogo to nie obchodzi, więc nie udawaj, że w twoim przypadku jest inaczej.

Kusi mnie trochę, żeby zapalić teraz papierosa, tylko po to, aby zobaczyć reakcję Wesa. Jednak tego nie robię. Chowam zapalniczkę z powrotem do kieszeni i wsuwam dłonie pod uda. Spojrzenie skupiam na rzędach domów, przesuwających się za szybą po mojej stronie.

– Kiedy byłem mały, mieszkałem u rodziny zastępczej. Mama dużo paliła. Umarła na zawał, jak miała… ile lat? Czterdzieści? – mówi i usta ma uchylone, jakby chciał dodać coś jeszcze. Szybko je jednak zamyka i zerka w drugą stronę, zmieniając pas.

– No tak… jak już mówiłam. Palę tylko czasami. – Nie powiedział, żebym przestała. Nie powiedział, że mi to szkodzi. Smagnął mnie jedynie małą dawką poczucia winy.

Dupek.

Dojeżdżamy do świateł na ulicy sąsiadującej z moją, a ja prostuję się. Jestem gotowa, aby mu powiedzieć, gdzie skręcić, on jednak wrzuca kierunkowskaz i sam zjeżdża na lewy pas, więc gryzę się w język. Skąd on, u licha, wie, gdzie mieszkam?

Ponownie rozlega się śmiech na pace i pozwalam, aby ten dźwięk wypełnił próżnię, gdy tymczasem Wes skręca w wąską uliczkę i manewruje między samochodami zaparkowanymi po obu stronach.

– Więc wszyscy jesteście… Stokesami? – pytam, nie spuszczając z niego podejrzliwego wzroku.

Wes zerka w lusterko wsteczne. Znowu pojawia się mały dołeczek, a jego widok sprawia, że szybciej bije mi serce.

– Aha. Niedobrane trojaczki – rzuca, kierując się w stronę mojego domu.

Patrzę przez chwilę na drogę, po czym przenoszę wzrok na niego. Przez tylną szybę dobiega głos Taryn i słyszę, jak obaj chłopcy śmieją się razem z nią. Może to ona podała mu nasz adres, kiedy ja byłam zajęta majstrowaniem przy pasach.

– Mój dom jest trzeci po lewej – mówię, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Drga mu mięsień w brodzie, ale kiwa powoli głową.

Cholera. Może to stalker. Przystojny, niemniej – stalker.

W chwili, kiedy zajeżdża pod mój dom, odpinam pas i otwieram drzwi. Wes nie wysiada. Taryn i ja żegnamy się z Levim i TK i czekamy przed bramką, podczas gdy oni wsiadają do szoferki.

– Ty też wyjaśniłaś mu dojazd? – pytam Taryn, z jakiegoś powodu nie chcąc przyznać, że nie podałam mu adresu. Nie chcę, żeby moja najlepsza przyjaciółka się martwiła. To pewnie nic takiego. No ale z drugiej strony wcale nie mam takiego wrażenia. Wręcz przeciwnie – uważam, że powinnam się temu przyjrzeć.

– Nie, wiesz, jaka jestem w tym beznadziejna. Uznałam, że ty to zrobiłaś. Czemu pytasz, zgubił się? – zadaje pytanie, zerkając na mnie, ale tylko przelotnie. Uśmiecha się i macha do TK.