Chłopak na zastępstwo - Kasie West - ebook
lub
Opis

Przez całe liceum Gia była typem szkolnej gwiazdy. A teraz miała jeszcze fajnego, starszego od siebie chłopaka, o którym tyle opowiadała znajomym, i wszyscy wreszcie mieli go poznać. Ale tuż przed balem maturalnym, podczas którego miała nastąpić prezentacja, już na parkingu, Bradley z nią zerwał. Jak on mógł? Jak mógł postawić ją w takiej sytuacji?! I co tu zrobić, żeby wyjść z twarzą? Nagle Gia wypatruje w jednym z samochodów nieznajomego, a w jej głowie rodzi się sprytny plan. Przecież nikt nie będzie wiedział, że to nie Bradley, a ona nie okaże się kłamczuchą, która tak bardzo chciała mieć chłopaka, że go sobie wymyśliła… Co jednak, jeśli przedsięwzięcie wymknie się spod kontroli? W końcu pomysł jest dość ryzykowny…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 287

Popularność


Tytuł oryginału: The Fill-in Boyfriend

Copyright © 2015 by Kasie West

Projekt okładki: Torborg Davern Zdjęcie na okładce: ImageBrief Przekład: Jarosław Irzykowski Redakcja: Grzegorz Krzymianowski Opieka redakcyjna: Katarzyna Nawrocka Korekta: Ewa Różycka Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

ISBN 978-83-7229-600-9 Wydanie I, Łódź 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

Wydawnictwo JK ul. Krokusowa 3 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Rozdział 1

Jakąś częścią mojego mózgu, zapewne niezbyt teraz aktywną, a odpowiedzialną za logikę, wiedziałam, że powinnam sobie pójść, zachowując choć trochę godności. Zamiast tego jeszcze mocniej chwyciłam go w pasie, oplatając rękami, i wtuliłam policzek w jego pierś. Mój umysł zdecydowanie nie kierował się teraz logiką. Prędzej desperacją. I choć wiedziałam, że desperacja jest niezbyt ponętna, nic nie mogłam na to poradzić.

Westchnął, wypuszczając nieco powietrza, co pozwoliło mi jeszcze wzmocnić uścisk. Czy nie tak boa dusiciele zabijają swoje ofiary? Ale nawet ta myśl nie zmusiła mnie do zwolnienia uścisku.

– Gia, tak mi przykro.

– No to tego nie rób. A jeśli musisz, to czy mógłbyś zaczekać dwie godziny?

– Po tym, co właśnie powiedziałaś, widzę, że nie. Zależy ci tylko na tym, żeby mnie przedstawić swoim przyjaciółkom.

– To nieprawda.

No dobra, było w tym trochę prawdy. Ale tylko z powodu Jules. Dostała się do naszej paczki jakiś rok temu i od tamtej pory starała się niemal niezauważalnie nastawić moje najlepsze przyjaciółki przeciwko mnie. Ostatnio twierdziła, że od dwóch miesięcy ściemniam, opowiadając o swoim chłopaku. Chciałam więc, aby przyjaciółki zobaczyły, że nie kłamię. Że to ona próbuje podzielić naszą paczkę. Że to ona jest kimś przynajmniej częściowo złym. A nie ja.

Nie tylko z tego powodu chciałam być tu dziś z Bradleyem. Naprawdę go lubiłam, dopóki nie postanowił zerwać ze mną na parkingu przed balem maturalnym. A teraz, gdy z tym wyskoczył, chciałam tylko, żeby wszedł do środka, dowiódł, że istnieje, może dowalił Jules w moim imieniu, a potem wyszedł. Prosiłam o zbyt wiele? Przecież chodziło o mój bal maturalny. Naprawdę miałabym przez niego samotnie pójść na tę imprezę, gdzie być może czekała na mnie korona królowej?

– Nie tylko na tym mi zależy… – Głos mi się łamał, choć starałam się nie okazywać słabości. Nie licząc może tego, że przywarłam do Bradleya niczym naelektryzowana skarpetka.

– A właśnie że tylko na tym ci zależy, i sama to dziś potwierdziłaś. Pierwszą rzeczą, jaką od ciebie usłyszałem, było: „Moje przyjaciółki padną”. Serio, Gia? Właśnie to przyszło ci do głowy po dwóch tygodniach od ostatniego spotkania?

Pognałam myślami wstecz. Naprawdę to powiedziałam czy też zmyślał, żeby poczuć się lepiej? Prezentował się świetnie. I owszem, chciałam, żeby również moje przyjaciółki zobaczyły, jak świetnie. Można mnie było o to winić?

– I przez całą drogę planowałaś nasze wejście. Pouczałaś mnie dokładnie, jak mam na ciebie patrzeć.

– Próbuję choć częściowo zapanować nad tym, co się wokół mnie dzieje. Wiesz przecież.

– Częściowo?

Naprzeciw miejsca, gdzie wyciskałam ostatni dech z mojego chłopaka… z mojego byłego chłopaka… stanął jakiś samochód. Z tylnego siedzenia wygramoliła się nieznana mi para.

– Gia. – Bradley siłą rozsunął mi ręce i cofnął się o krok. – Muszę jechać. Mam kawał drogi do domu.

Wreszcie wyglądał tak, jakby było mu naprawdę przykro.

Założyłam ręce na piersi, zdobywając się, o wiele za późno, na odrobinę godności.

– Świetnie. Jedź już.

– Tak czy inaczej powinnaś tam wejść. Wyglądasz cudownie.

– A nie mógłbyś mnie po prostu zwyzywać i zabrać się stąd czy coś w tym stylu? Po tym wszystkim wolę nie pamiętać, jaki z ciebie słodziak. – Bo był słodki, a ja musiałam borykać się z myślą, że w desperackiej próbie, by go tu zatrzymać, chodzi o coś więcej niż moje przyjaciółki. Odpędziłam tę myśl. Nie chciałam, żeby wiedział, jak bardzo mnie zranił.

Uśmiechnął się rozkosznie, jak to on potrafi, a potem podniósł głos:

– Nie chce mi się więcej z tobą gadać. Jesteś płytką, egocentryczną snobką i zasłużyłaś sobie, żeby pójść na ten bal sama!

Czemu powiedział to z takim przekonaniem? Trochę zbiło mnie to z tropu.

– Mam cię dość, palancie!

Przesłał mi całusa, a ja się uśmiechnęłam. Patrzyłam, jak wsiadał do samochodu i odjeżdżał. Uśmiech zniknął mi z twarzy, a w żołądku poczułam ciężar. Myślał pewnie, że znajdę podwózkę do domu. Całe szczęście, że wszystkie moje przyjaciółki były już na sali… czekając, aż pokażę się z facetem, którym chwaliłam się od dwóch miesięcy. Warknęłam, próbując przemienić swój ból w gniew, i oparłam się o tył jakiejś czerwonej furgonetki. I właśnie wtedy spotkałam się wzrokiem z facetem siedzącym na miejscu kierowcy w samochodzie naprzeciwko. Czym prędzej wyprężyłam się jak struna – nawet ktoś obcy nie powinien oglądać mojej słabości – a tamten opuścił wzrok.

Czemu ten facet wciąż siedział w samochodzie? Wziął jakąś książkę i zaczął czytać. Rzeczywiście czytał? Siedział na parkingu podczas balu maturalnego i sobie czytał? Wtedy dotarło do mnie, że chodziło o tę parkę, która wygramoliła się z tylnego siedzenia. Kogoś tu przywiózł, młodszą siostrę albo brata.

Przyjrzałam mu się, kiedy czytał. Nie widziałam za wiele, ale wyglądał nieźle. Ciemne włosy, oliwkowa cera, możliwe, że był wysoki, głowa wystawała mu ponad zagłówek, ale trudno było to stwierdzić. Absolutnie nie był w moim typie – włosy za bardzo zmierzwione, z tych szczuplejszych, w okularach – ale musiał się nadać. Podeszłam do okna z jego strony. Czytał chyba coś z geografii, o osiemdziesięciu dniach dookoła świata. Zastukałam w szybę, a on powoli podniósł wzrok. Zajęło mu to więcej czasu niż opuszczenie szyby chwilę potem.

– Cześć – powiedziałam.

– Hej.

– Chodzisz tutaj? – Jeżeli był z tej szkoły, a ja po prostu dotąd na niego nie trafiłam, pomysł nie wypali. Ktoś inny mógł go przecież znać.

– Co takiego?

– Chodzisz do tej szkoły?

– Nie. Niedawno się tu przeprowadziliśmy, ale klasę kończę w mojej starej budzie.

Jeszcze lepiej. Byli więc w tej okolicy nowi.

– Podwiozłeś brata?

– Siostrę.

– Idealnie.

Uniósł brwi.

– Będziesz moim partnerem.

– Hę… – Otworzył usta, ale wydobył z siebie tylko coś takiego.

– Mieszkasz blisko? Bo nie możesz tam wejść w dżinsach i koszulce. Zwłaszcza w takiej z budką telefoniczną.

Zerknął na koszulkę, a potem znów na mnie.

– Z budką telefoniczną? Ty tak na serio?

– Masz chociaż jakieś ciemne spodnie i koszulę z guzikami? Może krawat? Do mnie niesamowicie by pasował krawat w kolorze cyraneczki, ale się nie upieram. – Przekrzywiłam głowę. Zdecydowanie nie był w moim typie. Przyjaciółki to poznają. – I masz może soczewki kontaktowe i coś do włosów?

– Mam w planach tylko podnieść szybę.

– Nie. Proszę. – Położyłam na niej dłoń. Czy kiedykolwiek wcześniej byłam tak zdesperowana? – Mój chłopak właśnie ze mną zerwał. Na pewno to widziałeś. I zdecydowanie nie mam zamiaru iść na bal maturalny sama. Do tego moje przyjaciółki nie wierzą, że mój chłopak istnieje. To długa historia, ale chcę, żebyś nim był. Na dwie godziny. Tylko o tyle proszę. I tak byś tu siedział, czekając na siostrę. – Cholera. Ta jego siostra. A jeśli na całą salę zawoła go po imieniu i wszystko położy? Będziemy musieli jej unikać. Albo we wszystko wtajemniczyć. Jeszcze nie zdecydowałam. – W każdym razie będzie o wiele zabawniej niż siedzieć na parkingu.

Nadal patrzył na mnie jak na wariatkę. Czułam się jak wariatka.

– Chcesz, żebym udawał Kapitana Amerykę? – Wskazał ręką ulicę. Nie od razu złapałam, ale potem dotarło do mnie, że tak nazwał Bradleya, który był z tych bardziej napakowanych.

– One nigdy go nie widziały, nie mają więc pojęcia, jak wygląda. Poza tym ty jesteś… – Machnęłam ręką, nie kończąc zdania. Usiłowałam porównać go do jakiegoś innego superbohatera, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Nie bardzo się znałam na superbohaterach. Byli wśród nich jacyś szczuplejsi? Spider-Man? To chyba nie zabrzmiałoby jak komplement.

A on tylko siedział i się na mnie gapił, czekając, aż skończę zdanie.

– Mogę ci zapłacić.

Znów uniósł brwi.

– Jestem pewien, że istnieją tego rodzaju usługi. Może spróbuj zadzwonić na 1-800-TOWARZYSKIE czy na coś w tym stylu?

Przewróciłam oczami, ale też nie zdołałam powstrzymać uśmiechu.

– Znasz na pamięć ten numer?

Zaśmiał się.

– W porządku. Jeśli dziwnie ci brać pieniądze, będę ci to winna.

– Co mi będziesz winna?

– Jeszcze nie wiem… Jeśli potrzebowałbyś kiedyś niby-partnerki, będę do dyspozycji.

– Raczej nie zdarza mi się potrzebować niby-partnerek.

– Cóż, pozazdrościć. Cieszę się, że w razie potrzeby znajdujesz sobie prawdziwe partnerki, ale ja nie mam takiego szczęścia. To znaczy, zwykle mam, ale najwyraźniej nie teraz, na środku pustego parkingu. – Czy żeby załatwić sobie niby-partnera, będę musiała się zalać niby-łzami?

– Zgoda.

– Zgoda? – Zaskoczyło mnie to, choć liczyłam, że przystanie na mój pomysł.

– Tak. Mieszkam sześć przecznic stąd. Pojadę się przebrać w coś odpowiedniejszego na bal maturalny.

Podniósł szybę, mrucząc pod nosem, że sam nie wierzy, że poszedł na taki układ.

Potem odjechał. Stałam tam przez pięć minut, zastanawiając się, czy nie zamierzał się w ten sposób wykręcić z całej sprawy. Pewnie już zaesemesował do siostry, żeby dała mu znać, kiedy będzie potrzebowała podwózki do domu. No i skoro mieszkał tylko sześć przecznic dalej, to czemu czekał na parkingu? Nie lepiej było mu wrócić do domu?

Wyciągnęłam telefon i sprawdziłam Instagrama oraz Twittera, żeby się upewnić, czy Bradley nie palnął czegoś o naszym zerwaniu. Ale nic takiego nie znalazłam. Nie zdziwiło mnie to, bo Bradley nie był aż tak internetowy. To jeden z powodów, dla którego Jules uroiła sobie, że go wymyśliłam. Puściłam tweeta, jak bardzo rozbujamy ten bal, i znów wetknęłam telefon do kopertówki idealnie dobranej pod kolor sukienki.

Upłynęło jeszcze dziesięć minut i nabrałam pewności, że tamten nie wróci. Zaczęłam obmyślać, jak wytłumaczę się przed przyjaciółkami, gdy już wejdę do środka. Rozchorował się. Musi się uczyć do poniedziałkowych egzaminów na uczelni… bo to już student.

Westchnęłam. To było żałosne. Musiałam powiedzieć prawdę. Że zerwał ze mną na parkingu. Na tę myśl zapiekło mnie pod powiekami. Bradley zerwał ze mną na parkingu. Schrzaniłam sprawę i go straciłam, a teraz mogłam stracić jeszcze więcej. Jakich jeszcze dowodów potrzebowałyby moje przyjaciółki, żeby uwierzyć w kłamstwa Jules? Wiedziałam, co zobaczę w jej oczach, jak tylko wszystko wyznam. To będzie spojrzenie typu: „wiadomo-że-koleś-nie-istnieje”. Patrzyła tak na mnie zawsze, ilekroć wspomniałam o Bradleyu. Ten wzrok nieodmiennie prowokował mnie, by opowiadać o nim jeszcze więcej. Najgorzej, że robiłam to tyle razy, że nawet reszta moich przyjaciółek zaczęła powątpiewać w jego istnienie.

Spotkaliśmy się w kafejce na Uniwersytecie Kalifornijskim podczas festiwalu filmowego, przy którego organizacji udzielał się mój starszy brat. Byłam sama, a Bradley wziął mnie za tamtejszą studentkę. Nie wyprowadziłam go z błędu, bo w przyszłym roku rzeczywiście będę się tam uczyć. Właśnie w tamten weekend dostałam powiadomienie, że przyjęto mnie na uczelnię, czułam się więc całkiem studencko. Wymieniliśmy numery telefonów i jakiś czas pisaliśmy ze sobą. A potem zwykła fascynacja przerodziła się w coś więcej. Sypał śmiesznymi kawałami, a dzięki swoim podróżom tak dużo wiedział o świecie. Okazał się interesujący. Kilka tygodni później przyznałam się, ile mam lat. Wtedy już całkiem się lubiliśmy. Główny problem polegał na tym, że mieszkam o trzy godziny od Uniwersytetu Kalifornijskiego. Przez te dwa miesiące, gdy chodziliśmy ze sobą, wpadł więc do mnie zaledwie kilka razy i nie miał okazji poznać moich przyjaciółek. A teraz było po wszystkim.

Wyprostowałam się i skierowałam ku drzwiom sali gimnastycznej. Nie potrzebowałam żadnego partnera, ani prawdziwego, ani udawanego. Przyjaciółki lubią mnie niezależnie od tego, kim jestem i z kim chodzę. Powiedziawszy to sobie w myślach, zamarzyłam, żeby tak było naprawdę. Nie mogłabym tej samej nocy stracić i chłopaka, i przyjaciółek. Potrzebni mi byli do życia. Gdy ruszyłam z miejsca, światło reflektorów rzuciło na asfalt mój cień. Odwróciłam się akurat wtedy, gdy silnik samochodu i jego światła gasły. Z wozu wysiadł jakiś facet.

– Po tylu błaganiach wchodzisz tam beze mnie?

Rozdział 2

Uśmiechnęłam się. Nie mogłam się powstrzymać. Miał bowiem na sobie garnitur – czarny, do tego jasnoszary krawat. Okulary znikły, a on okazał się wysoki.

Tego właśnie potrzebowałam. Będzie nas widać. Choćbyśmy mieli się rozstać pod koniec wieczoru. Nie będzie chełpliwych spojrzeń Jules, żadnych litościwych westchnień Laney ani typowych dla Claire przekrzywień głowy, które mówią: „powiedz-ty-wreszcie-prawdę”. Zwłaszcza że coś z prawdy w tym będzie. Mój zastępczy chłopak właśnie trochę przemodelował program wieczoru, jaki mi się dziś szykował. I nie było w tym niczego złego. Tym bardziej że miało to nieco poskromić tę częściowo złą Jules.

– Cześć – powiedziałam, podchodząc do jego samochodu; wciąż jeszcze stał przy otwartych drzwiach, jakby nie do końca przekonany do tego pomysłu. – Wyglądasz świetnie.

Powędrowałam wzrokiem ku jego włosom, z bliska były lepiej widoczne. Znajdowały się. Były w stanie chaosu, któremu najwidoczniej próbował się przeciwstawić.

– Usiądź na sekundkę. – Wskazałam siedzenie w jego aucie. Uniósł brew, ale posłuchał. Wyłowiłam z kopertówki grzebyczek i użyłam go, żeby zrobić mu fryzurę. Gdy włosy już odsłoniły jego czoło i były nieźle ułożone, pokiwałam głową z satysfakcją. – Wyglądasz porządnie.

Potrząsnął głową, wzdychając.

– Miejmy to już za sobą.

Wstał i podał mi ramię. Zamiast tego chwyciłam go za rękę i pociągnęłam w stronę sali gimnastycznej.

– Chwila. Czekaj no – powiedział tak, że musiałam gwałtownie się zatrzymać, co w moich szpilkach rodziło sytuację nie do śmiechu. – Potrzebuję małego wprowadzenia. Bo próbujesz przekonać swoje przyjaciółki, że się znamy, tak?

– No tak. Zastanówmy się.

– Dobrze byłoby zacząć od nazwiska.

Roześmiałam się. Nawet mu się nie przedstawiłam.

– Jestem Gia Montgomery. Lat siedemnaście. Ostatnia klasa w tym uroczym liceum Freemont. Działam w samorządzie uczniowskim i zazwyczaj nie muszę ubiegać się o randki. To znaczy wcale nie musiałam, do dzisiaj.

– Przyjąłem do wiadomości.

– A ty przez najbliższe dwie godziny będziesz Bradleyem Harrisem, studentem pierwszego stopnia na Uniwersytecie Kalifornijskim, którego, tak na marginesie, nie akceptują moi rodzice. Uważają, że jesteś dla mnie za stary.

– Bo jestem – odpowiedział.

Nie byłam pewna, czy mówi o Bradleyu, czy o sobie. Jak mi się zdawało, wcześniej sugerował, że chodzi do ogólniaka.

– Ile masz lat?

– Skoro jestem studentem pierwszego stopnia, to ile co najmniej powinienem mieć? Dwadzieścia jeden?

Mówił więc o Bradleyu. Przewróciłam oczami.

– Tak, ale to tylko cztery lata więcej ode mnie.

– Różnica nie byłaby tragiczna, gdyby nie to, że jesteś jeszcze licealistką. I to nieletnią.

– Zostało mi jeszcze pięć tygodni szkoły, a poza tym gadasz teraz jak moi rodzice.

Wzruszył ramionami.

– Wygląda na to, że rodziców masz dobrych.

– Nie o to teraz chodzi. Pod koniec tego wieczoru ze sobą zerwiemy. Najlepiej na oczach moich przyjaciółek. Postaraj się nie robić z tego wielkiego halo. Szybko i po cichu. A potem, jak prawdziwy Bradley, na wieki sobie pójdziesz i będzie po sprawie. – Przy tych słowach w gardle wezbrała mi gula, bo przed oczami stanął mi Bradley, który odchodził ode mnie, jakby była to najłatwiejsza rzecz pod słońcem. Odpędziłam od siebie ten obraz, a posłałam uśmiech swemu partnerowi.

– Dam sobie radę.

– To dobrze. A co z twoją siostrą? Nie narobi nam kłopotu? Nie przeleci przez całą salę, wykrzykując twoje imię?

– Nie. Moja siostra nie spodziewa się mnie tam zobaczyć, i to w takim stroju. Poza tym jest naprawdę zabujana w swoim partnerze. A jeśli zobaczę, że się zbliża, postaram się ją uprzedzić i we wszystko wtajemniczyć. Jest kumata. Zagra jak trzeba.

– Może puściłbyś jej esemesa? Tak na wszelki wypadek.

– Zrobiłbym to, ale podczas tej szybkiej przebieranki zapomniałem telefonu. – Poklepał się po kieszeniach, pokazując, że mówi poważnie.

– Łyknie to?

– Łyknie.

– Okej, to chyba wszystko mamy ustalone.

Skrzywił się, jakbym zapomniała o czymś oczywistym.

– O co chodzi?

– Nic takiego. Chodźmy.

Na salę gimnastyczną szedł ze mną powolnym, pewnym krokiem. Chyba nie przeszkadzało mu nawet, że trzyma mnie za rękę.

Tuż za drzwiami wręczyłam czekającemu za stołem nauczycielowi bilety, które kupiłam dla siebie i Bradleya, i poszliśmy dalej na główną salę. Muzyka była głośna, grana na żywo i nie za dobra. Kapela zwyciężyła w przesłuchaniach, które urządziliśmy na okoliczność tej imprezy, była więc najlepsza z tych najgorszych. Rok wcześniej wynajęliśmy dość popularny w naszych stronach zespół, ale biorąc pod uwagę „przystępniejsze” teraz ceny biletów, jak stwierdził pan Lund, tegoroczny budżet nam na to nie pozwolił.

Zobaczyłam swoje przyjaciółki i ich partnerów po drugiej stronie sali, zebrali się wokół wysokiego stołu. Na moment zamknęłam oczy i zmobilizowałam się, by użyć wszystkich swoich zdolności aktorskich; nie były wielkie, ale musiały wystarczyć. Idąc obok mnie, mój tymczasowy partner nie wyglądał nawet na zdenerwowanego. Oczywiście, że nie – on nie miał nic do stracenia.

– Moja siostra tańczy, więc sądzę, że na razie mamy spokój – stwierdził.

Powędrowałam za jego spojrzeniem ku dziewczynie w błękitnej sukience o wielowarstwowym, napuszonym dole. Była śliczna – długie ciemne włosy, miła twarz. Nigdy dotąd jej nie widziałam, musiała być zatem młodsza ode mnie. Chociaż możliwe, że było inaczej. Wiedziałam przecież od niego, że właśnie się tu przeprowadzili. Chociaż jej partnera też nie kojarzyłam, więc wróciłam do teorii o młodszym wieku.

– Okej. Postarałbyś się może spoglądać na mnie tak, jakbyś szalał z miłości?

– Kapitan Ameryka szalał z miłości do ciebie?

Otworzyłam usta, gotowa w pierwszym odruchu potwierdzić, powstrzymałam się jednak, bo byłaby to nieprawda. My z Bradleyem… Cóż, byliśmy szczęśliwi, tak przynajmniej myślałam do dzisiejszego wieczoru. Przybrałam jeden z moich najlepszych kokieteryjnych uśmiechów, zadowolona, że znów mam pod kontrolą emocje, nad którymi musiałam zapanować na parkingu.

– Czyżbyś nie wiedział, jak wyrazić takie uczucie?

Przez chwilę się koncentrował, po czym ogarnął mnie ognistym spojrzeniem. Łał. Dobry był.

– Może odrobinę za mocno.

Złagodził intensywność spojrzenia i wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że ma niebieskie oczy. Niedobrze. Bradley miał brązowe.

– Aż tak fatalnie?

– Nie. Spojrzenie masz świetne. – Co oznaczało, że wiedział, jak to jest być zakochanym. To mnie brakowało tutaj punktu odniesienia. – Tylko masz denerwujący kolor oczu.

– Nigdy dotąd mi tego nie mówiono. Dzięki.

– Przepraszam. Jestem pewna, że w opinii dziewczyn twój wzrok jest marzycielski czy coś w tym stylu. – Bo taki był. – Tylko że…

– Bradley ma szmaragdowozielone? Nie, brązowe niczym roztopiona czekolada?

Wybuchnęłam śmiechem, bo złapał się za serce i oznajmił melodramatycznym głosem:

– O tak, wspaniale roztopione. – Nasze spojrzenia się spotkały. – Zupełnie jak u ciebie.

– Właściwie jego oczy są bardziej czekoladowe, a moje wpadają w sepię, ale… – Potrząsnęłam głową, starając się nie zgubić wątku. – Postaraj się więc nie łapać z nikim kontaktu wzrokowego.

– I nie będzie to ani trochę upiorne. Sądzisz, że twoje przyjaciółki pamiętają kolor oczu gościa, którego jeszcze nie poznały? Rzeczywiście tak wiele opowiadałaś o jego oczach?

– Nie. No, po prostu widziały kilka jego zdjęć.

– Widziały jego zdjęcia? – Otworzył szeroko oczy. – Jak według ciebie sobie z tym poradzimy?

– Cóż, były robione z pewnej odległości. A na jednym było pół jego twarzy. – Ku mojej rozpaczy Bradley nie przepadał za robieniem mu zdjęć. – I minęło już trochę czasu, od kiedy dziewczyny je widziały. Myślę, że jesteście na tyle podobni, że to ujdzie. Tylko popracuj nad unikaniem kontaktu wzrokowego w nieupiorny sposób.

Chwycił moją dłoń, pocałował ją, obdarzył mnie tym swoim ognistym spojrzeniem i rzekł:

– Oczy i tak mam zwrócone tylko na ciebie.

Był naprawdę dobry. Roześmiałam się.

– Widzę moje przyjaciółki. Chodźmy.

– Czemu twoje przyjaciółki nie wierzą w moje istnienie, skoro widziały zdjęcia? – zapytał, gdy przepychaliśmy się przez tańczących.

– Dlatego że studiujesz na Uniwersytecie Kalifornijskim i to ja zwykle cię odwiedzałam. Kiedy przyjeżdżałeś tutaj, wolałeś spędzać czas tylko ze mną, a nie w towarzystwie moich przyjaciółek.

– Jestem więc snobem. Już łapię.

– Tego nie powiedziałam.

– Kiedy mnie odwiedzałaś, trzymaliśmy się z moimi przyjaciółmi?

– Nie. Widywaliśmy się rzadko, więc kiedy do tego dochodziło, nie chcieliśmy mieć do czynienia z innymi ludźmi.

– Okej, ukrywałem Cię przed światem?

– Niezupełnie, sama trochę tego chciałam. A poza tym, skoro na przyjazd na mój bal maturalny poświęciłeś całe trzy godziny, niewątpliwie liczyłeś się z tym, że poznasz wszystkie moje przyjaciółki. – Dziwacznie było mi z nim rozmawiać tak, jakby rzeczywiście był Bradleyem. Potrząsnęłam głową. – On liczył się z tym, że pozna moje przyjaciółki.

– I mimo to zerwał z tobą na parkingu, zanim do tego doszło?

Zagryzłam wargi. Jeszcze dziesięć kroków i będziemy z całą paczką, nie zdążyłabym więc wyjaśnić mu, że to ja paskudnie potraktowałam Bradleya. Że gdy zobaczyliśmy się pierwszy raz od dwóch tygodni, powiedziałam mu, że moje przyjaciółki padną. A chodziło mi o to, że tak zabójczo wyglądał. I właśnie coś takiego należało powiedzieć. Nie powinnam się przejmować tym, co pomyślą sobie dziewczyny. Chociaż trudno byłoby o tym nie myśleć, skoro od dwóch miesięcy zasypywały mnie pytaniami o jego istnienie i od dwóch miesięcy bez tego o nim opowiadałam. A wszystko przez Jules. Nie należało aż tak się jej podkładać.

Pierwsza zauważyła mnie Claire i wyglądało na to, że na widok mojego partnera w jej oczach rozbłysła ulga. Nam dwóm było do siebie najbliżej i to ona zawsze stawała w mojej obronie.

– Gia!

Na jej wołanie odwróciła się cała reszta.

Wyraz twarzy Jules był bezcenny; jej uśmiech wyższości przeszedł w lekkie rozdziawienie ust. I chociaż raz Laney nie robiła litościwej miny. Uśmiechnęłam się szeroko.

– Poznajcie się, to Bradley.

Podniósł rękę, by nieznacznie im pomachać, i nie wiem, czy miało to być zabawne, czy wyszło tak w sposób niezamierzony, ale gdy powiedział: „Miło was poznać”, jego głos stał się niski i chrapliwy.

Claire szeroko otworzyła oczy; było w nich wypisane: „co-za-wejście-Gia”.

Jules, obrzucając go wzrokiem z góry na dół, czym prędzej uaktywniła swoją wewnętrzną snobkę. Wstrzymałam oddech, czekając, aż powie, że Bradley w niczym nie przypomina siebie ze zdjęć ani facetów, z jakimi zazwyczaj chodziłam. Zamiast tego stwierdziła:

– Dziwię się, że chciało ci się przyjechać na bal maturalny.

Spojrzał mi prosto w oczy i przesunął rękę w dół moich pleców, obejmując mnie w talii.

– To było ważne dla Gii. – Mówiąc to, przyciągnął mnie do siebie. Pod wpływem jego dotyku po plecach przeszedł mi dreszcz. W pierwszym odruchu chciałam się odsunąć, ale przecież nie tak zareagowałabym na Bradleya. Wtuliłabym się w niego. Westchnęłabym uszczęśliwiona. Zrobiłam więc jedno i drugie.

Jules się skrzywiła.

– To na tym opiera się wasz związek? Na tym, co „ważne dla Gii”? – Podkreśliła gestem ten cudzysłów.

Garrett, partner Jules, wybuchnął śmiechem, ale zaraz umilkł, gdy któryś z pozostałych chłopaków rąbnął go w plecy.

– Nie – odpowiedział mój partner, zanim zdążyłam się odezwać. – Ale może powinien.

Na te słowa wszyscy się roześmieli. Tylko ja byłam zbyt zajęta gromieniem wzrokiem Jules.

– Chodźmy zatańczyć – powiedział mój partner. I kiedy prowadził mnie na parkiet, dotarło do mnie, że nie wiem, jak właściwie ma na imię. Czy to dlatego się skrzywił, gdy szliśmy na salę gimnastyczną? Właśnie dlatego gdy ten nieznany mi z imienia chłopak wziął mnie w ramiona, oparłam czoło o jego pierś i szepnęłam:

– Przepraszam.

Rozdział 3

Za co przepraszasz? – spytał zastępczy Bradley.

– Nie znam nawet twojego prawdziwego imienia.

Zaniósł się cichym śmiechem, który czułam w jego piersi. Potem nachylił się tak, że jego oddech połaskotał mnie w ucho, gdy powiedział:

– Na imię mi Bradley.

Zamurowało mnie i podniosłam wzrok.

– Naprawdę?

Pokręcił głową przecząco.

– Jako aktor identyfikuję się z rolą. Muszę stać się tym kimś.

– Jesteś aktorem? – Nie zaskoczyłoby mnie to. Wyraźnie był w tym dobry.

Podniósł wzrok, zastanawiając się.

– Tego mi jeszcze nie sugerowałaś. A jestem twoim zdaniem?

Zaśmiałam się i rąbnęłam go w pierś.

– Przestań.

Zerknął nad moim ramieniem tam, gdzie jeszcze stały moje przyjaciółki.

– Miłe masz te koleżanki.

– W zasadzie są miłe. Tylko Jules ciągle usiłuje mnie wyautować.

– Dlaczego?

– Pojęcia nie mam. Sądzę, że uważa mnie za samicę alfa naszej sfory i że jeśli nie brać pod uwagę kanibalizmu, jest tu miejsce tylko dla jednej takiej osoby.

– Podtrzymując to twoje niesamowite porównanie z wilkami, mogę się założyć, że według ciebie ona pragnie stanąć na czele waszej watahy.

Wzruszyłam ramionami i patrzyłam, jak po drugiej stronie sali Jules bierze Claire pod rękę i coś jej opowiada.

– Tylko to przychodzi mi do głowy. I głównie z jej powodu chciałam, żebyś tu dziś był. Ona uważa, że je okłamuję. Wolałam nie dostarczać jej amunicji. I tak już za dużo na mój temat odkryła, żebym miała podsuwać jej coś więcej na srebrnej tacy.

Uniósł brwi – zdążyłam się już przekonać, że to lubił.

– Gdyby więc odkryła, że kłamiesz…?

– Dobra. Rozumiem. Teraz właśnie to robię, przedtem jednak nie. Chociaż ona uważa, że tak. I gdybym weszła tu bez ciebie, byłoby już po mnie.

– Nie wydaje ci się, że reszta twoich przyjaciółek lubi cię na tyle, że nie pozwoliłaby jej tego zrobić?

– Lubią mnie. Ona jednak pracuje nad tym od dwóch miesięcy. Naprawdę uznała, że coś na mnie ma. Uważa, że coś ukrywam. Potrzebny mi był ten dzisiejszy wieczór.

– Jeśli więc naprawdę jesteś samicą alfa, to czemu ty jej nie wykopiesz?

Wielokrotnie się nad tym zastanawiałam. Zazwyczaj dochodziłam do wniosku, że właściwie to nie mam takiej władzy, o jaką posądzała mnie Jules. Inną odpowiedzią, do jakiej przyznawałam się przed sobą tylko w najciemniejsze noce, było to, że gdybym zostawiła dziewczynom wolny wybór, wybrałyby ją. Obawiałam się, że choćby biła ode mnie pewność siebie, w głębi duszy wiedziałam, że ludzie mnie nie lubią. I że mogą mieć do tego podstawy. Tego jednak nie zamierzałam mu powiedzieć. Wystarczająco dużo się dziś naoglądał mojej słabości.

– Dlatego że jestem jeszcze mniej zła niż ona.

– Co takiego?

– Czasami nazywam Jules kimś częściowo złym. I o to chyba chodzi… Mam wrażenie, że nie chcę być taką dziewczyną. Taką, która musi wykopać inną ze swojej paczki. Miałam nadzieję, że jakoś to rozwiążemy, podpiszemy traktat pokojowy lub znajdziemy sobie neutralną płaszczyznę funkcjonowania, sama nie wiem. – I niezależnie od wszelkich innych powodów prawdą było też, że bałam się prowokować kłopoty. Chciałam jedynie, żeby wszystko się nam poukładało.

– Lubisz posługiwać się analogiami, prawda?

– Owszem, lubię. Słowa mają w sobie moc.

Przekrzywił głowę, jakby zaintrygowała go ta odpowiedź.

– Ale nadal czegoś nie łapię. Skoro widziały go na zdjęciach, czemu nie wierzą w jego istnienie?

Zaśmiałam się niewesoło.

– Bo to im nie wystarcza. Bo rzadko kiedy robiliśmy sobie zdjęcia. Nasz związek jest… był… na dystans. Dlatego Jules uważa, że poprosiłam jakiegoś przypadkowego gościa z ulicy, żeby ze mną zapozował.

Roześmiał się.

– Nie wiem, jak coś takiego mogło przyjść jej do głowy.

Zrobiłam się czerwona i wbiłam wzrok w podłogę.

– No tak.

To żałosne, że musiałam tu dziś przyjść z udawanym partnerem. Z partnerem, którego nie musiałabym ściągać, gdyby mój prawdziwy chłopak mnie nie rzucił.

– Wszystko w porządku? Przejmujesz się całą tą sprawą z Kapitanem Ameryką?

Nabrałam tchu przez nos dla pewności, że głos nie będzie mi się łamał, i odpowiedziałam:

– Nie. Nic mi nie będzie. Najwidoczniej między nami nie było aż tak poważnie. Jedynie krótkotrwały związek na dystans. Nic wielkiego. – Nie byłam pewna, czy tą przemową próbuję przekonać jego czy też samą siebie.

Tak długo milczał, że aż podniosłam wzrok, żeby zobaczyć, czy jeszcze mnie słucha. Przyglądał mi się, szukając czegoś, czego mogło we mnie wcale nie być. Piosenka dobiegła końca, ustępując miejsca szybkiemu kawałkowi. Czym prędzej cofnęłam się o krok.

– No dobra. Jak masz naprawdę na imię?

– Chyba nie możemy sobie dziś pozwolić na żadne wpadki. Jak dla ciebie naprawdę mam na imię Bradley. – W końcu przeniósł wzrok gdzieś indziej i mogłam znów oddychać. Wyciągnął do mnie rękę, a gdy ją chwyciłam, zakręcił mną w kółko i znów chwycił w ramiona, kołysząc się do rytmu.

– Jesteś w tym całkiem niezły.

– W czym? Chodzi o aktorstwo czy taniec?

– W sumie to o jedno i drugie, ale mówiłam o tańcu.

– To dlatego, że jesteś piątą dziewczyną, która poprosiła mnie o zastępstwo za jej partnera na balu maturalnym. Zmusiło mnie to do odkurzenia moich talentów tanecznych.

– Skoro tak mówisz.

– Jeszcze jedno, Gia Montgomery.

– Tak, bezimienny?

Zaśmiał się lekko chropawo.

– Wierzyć mi się nie chce, że oferowałaś mi za to pieniądze. Często proponujesz ludziom pieniądze za przypadkowe usługi?

– Nie. Zazwyczaj wystarczy mój uśmiech. – Przyznam, że trochę mnie zdziwiło, że tak ciężko było namówić mi go na wyjście z samochodu.

– Co takiego ci dotąd załatwił?

– Nie licząc ciebie w garniturze?

Przyjrzał się swojemu ubraniu, jakby wzmianka o garniturze przypomniała mu, co ma na sobie.

– To nie ze względu na twój uśmiech.

– A więc dlaczego?

Ogromnie mnie to ciekawiło. Wyglądało na to, że od próby podniesienia szyby do zgody, aby być moim partnerem, przeszedł na jednym oddechu.

– Gia! – Usłyszałam swoje imię i się odwróciłam; machała do mnie długowłosa blondynka. – Oddałam na ciebie głos!

Wskazała estradę, gdzie na stołku czekał na przyszłą królową roziskrzony diadem. Uśmiechnęłam się do niej i bezgłośnie podziękowałam. Gdy znów spojrzałam na mojego partnera, miał w oczach wesołe iskierki.

– Co znowu?

– Nie przypuszczałem, że tańczę z koronowaną głową.

– Jeszcze nikogo nie ukoronowano, więc to stwierdzenie jest absolutnie przedwczesne.

– Kto to był? – Wskazał gestem blondynkę.

– Jest w mojej grupie na historii.

Wziął mnie pod rękę i powiedział:

– Chyba będzie lepiej, jeśli wrócimy do twoich przyjaciółek.

Dziewczyny tymczasem przeniosły się już do obstawionego krzesłami ogólnego stołu i rozmawiały o tym, żeby urwać się wcześniej i zrobić coś bardziej ekscytującego. Usiłowały właśnie dojść do porozumienia, co może być tak „ekscytujące”. Ponownie zerknęłam na estradę, wiedząc, że nie wyjdę przed koronacją. Jules ta sprawa była obojętna. Prawdopodobnie dlatego chciała się urwać wcześniej. Gryzło ją, że nie została nominowana. Za nic by się do tego nie przyznała – to byłoby zbyt ostentacyjne – widziałam jednak, jak się krzywiła, ilekroć ktoś poruszył ten temat.

Gdy tylko do niej podeszłam, Laney szepnęła:

– Przepraszam.

Nie byłam pewna, za co przeprasza… Może za te miesiące, w których podważała istnienie Bradleya? Przesunęłam się na tył stołu, nadal mocno trzymając dłoń swojego partnera, i usiedliśmy twarzami do parkietu.

Jules wstała i uniosła telefon.

– Ścieśnijcie się wszyscy, chcę zrobić zdjęcie. – Spełniliśmy jej prośbę, a gdy doliczyła do trzech, poczułam, że mój udawany partner trochę się za mnie przesuwa, zapewne po to, by skryć się częściowo za moją twarzą. Jules przyjrzała się zdjęciu, ale nie poprosiła o powtórkę. Potem przeniosła uwagę na domniemanego Bradleya.

– A jak się bawią studenci? Jeśli nie liczyć podrywania licealistek?

Nawet nie drgnął na ten komentarz. Zapewne dlatego, że tak naprawdę go nie dotyczył.

– Cóż, my z Gią wybieramy się potem na imprezę, ale wstęp jest tylko na zaproszenia, więc nie pomoże wam to w ustaleniu planów na wieczór. Może jest tu gdzieś salon gier wideo czy coś innego, gdzie wszyscy moglibyście się wybrać? – Wypowiedział tę kwestię tak przemiłym tonem, że zabrzmiało to niemal tak, jakby usilnie starał się być uprzejmy. Pod stołem jednak złapał mnie za kolano, a ja musiałam zagryźć wargi, by nie wybuchnąć śmiechem. Chętnie uściskałabym go za tę odpowiedź. – Nie jestem stąd, więc nie bardzo wiem, co można tu robić.

Dałabym głowę, że Jules miała w sobie coś z psa gończego, jej zmysły ożywiała nawet kropla krwi. Kiedy dorośnie, powinna zostać detektywem, bo wychwytywała najdrobniejsze luki we wszelkich opowieściach.

– Ale skoro nie jesteś stąd, to czemu masz zaproszenie na imprezę tutaj?

Zastępczy Bradley nie zwlekał z odpowiedzią.

– Kto powiedział, że impreza jest gdzieś tutaj?

Patrzyli na siebie w taki sposób, że przypominało to pojedynek na spojrzenia. Jules pierwsza odwróciła wzrok, a ja odrobinę odetchnęłam. Musiałam jakoś przebrnąć przez ten wieczór. Jeśli miałaby dalej tak węszyć w poszukiwaniu problemów, prędzej czy później dojdzie do tego, że siedzący obok mnie facet nie jest tym, za kogo ma uchodzić.

Mój partner najwidoczniej dostrzegł malujący się na mojej twarzy niepokój, bo nachylił się blisko z tym rozkochanym wyrazem twarzy, o który go prosiłam, i delikatnie musnął wargami mój policzek. Ścisnęło mnie w gardle. Naprawdę był z niego świetny aktor.

– Aż tak się nie przejmuj – szepnął. – Bo nas zdradzisz. – Wsunął mi za ucho kosmyk włosów. – A teraz zachichocz, jakbym powiedział coś zabawnego.

Zrobiłam tak. Przyszło mi to bez trudu, ale akurat wtedy zobaczyłam na parkiecie coś, co zdławiło mi w krtani ten beztroski śmiech. Stała tam jego siostra. Patrząc prosto na nas.

Rozdział 4

Zmrużyła oczy zdezorientowana, a potem powiedziała coś do stojącego obok niej chłopaka. On też się przyjrzał, a potem przytaknął. Wtedy oboje ruszyli w naszą stronę.

– Nadchodzi – szepnęłam.

Spojrzenie zastępczego Bradleya podążyło w ślad za moim i zaraz się uśmiechnął, jakby nie była to żadna wielka sprawa.

– Zajmę się tym.

Wstał. Zastanawiałam się, czy powinnam pójść za nim, czy tylko siedzieć i patrzeć. Wybrałam opcję z siedzeniem i patrzeniem.

Kiedy podszedł do siostry, to ona odezwała się pierwsza, wskazując na jego ciuchy. Coś odpowiedział. Potem jej głowa gwałtownie skierowała się ku mnie, a na twarzy dziewczyny odmalowała się złość. Tyle w temacie łyknięcia.

– Co się dzieje? – syknęła Jules. Oczywiście pierwsza to zauważyła. Wszystko zaraz wyjdzie z hukiem na jaw. Wiedziałam o tym. I prawdopodobnie na to zasłużyłam. Zrobiłam coś głupiego, co wystarczyło na niecałą godzinę. Należało już na wstępie powiedzieć: „Bradley mnie rzucił”. Claire i Laney by to zrozumiały. Uwierzyłyby mi. Pewnie nawet wyciągnęłyby mnie na odganianie smutków lodami, jak zrobiłyśmy to w zeszłym roku, gdy Claire dostała kosza. Tyle że ja czułam się zbyt niepewnie.

Wstałam, spojrzałam na Jules i odpowiedziałam:

– Coś, co na pewno bardzo cię uszczęśliwi.

Nie czekałam na jej reakcję. Po prostu poszłam tam, gdzie mój partner wciąż przekonywał swoją siostrę, żeby się wycofała.

– Wyjdźmy, żeby o tym pomówić – powiedział, gdy podchodziłam.

Kiedy się do nich zbliżyłam, jego siostra zwróciła się ku mnie, z rękami na biodrach. Miała w sobie coś z lekka znajomego.

– Nie – oznajmiła. – Nie posłużysz się w ten sposób moim bratem. To porządny gość i za dużo w życiu oberwał przez podobne do ciebie samolubne dziewczyny.

– Bez przesady, Bec. Jedna była taka.

– Przepraszam – wtrąciłam, zwracając się do jego siostry, ale patrząc na niego. – Nie chciałam, żeby zrobiła się z tego afera. – Spojrzałam na nią. – Masz rację. Nie powinnam tak wykorzystywać twojego brata. To za fajny facet.

Kiwnęła głową, jakby zaskoczona, że tak szybko się z nią zgodziłam.

– Taki właśnie jest i nie musi się zadawać z kimś takim jak ty.

– Bec, nie uogólniaj. Nawet nie znasz Gii.

Słysząc to, Bec wybuchnęła śmiechem.

– Tak ci powiedziała? Że mnie nie zna? Klasyka.

– A ja cię znam? – zapytałam ogłupiała, ponownie przypatrując się jej twarzy.

– Nie. Nie znasz – odparła Bec, ja jednak odczułam, że miała na myśli coś całkiem przeciwnego. Usiłowałam ją sobie przypomnieć ze szkoły. Może byłam niemiła. Jako członek samorządu spotykałam masę ludzi, a szkoła jest naprawdę duża, co najmniej dwa tysiące uczniów. Mimo to powinnam bardziej starać się zapamiętywać imiona i twarze.

Wskazałam stół za sobą.

– Przepraszam. Strasznie dzisiaj namieszałam, ale zaraz to załatwię. Powiem im, jak to naprawdę było.

Zbliżała się chwila prawdy. Spojrzałam na przyjaciółki; wszystkie przypatrywały się nam z drugiej strony sali. Wybaczą mi albo i nie. Zrobiłam krok w ich stronę, ale ktoś mną szarpnął, chwytając za rękę.

– Nie. Nie rób tego. Masz rację. Jules jest w połowie diablicą. Ona cię rozjedzie.

– Wszystko gra. Sprawy się wyjaśnią. Reszta dziewczyn będzie trzymać ze mną. Ogromnie ci dziękuję za pomoc. Świetnie mnie wspierałeś. – Wspięłam się na palce, pocałowałam go w policzek i zaraz okręciłam się na pięcie, żeby nie zdążyć się rozmyślić.

Zanim doszłam do stołu, ułożyłam sobie wszystko, co powiem. Wiedziałam, że Jules będzie podważała każde prawdziwe słowo, które wypowiem, i na to się nastawiłam. Od miesięcy kontrowałam jej przytyki. Teraz też sobie poradzę. Skupiłam się na Claire, na tym, jak bardzo jest przejęta. Dodało mi to otuchy, gdy podchodziłam do stołu.

– Wszystko dobrze? – zapytała Claire.

– Nie, muszę wam coś powiedzieć. Wam obu – odparłam, patrząc na Laney, a potem znów na Claire.

W tej samej chwili podbiegł do mnie zastępczy Bradley.

– Gia, proszę, ona nic dla mnie nie znaczy.

Rozdziawiłam usta ze zdumienia.

– Wiem, jak to wygląda, ale proszę, daj mi szansę się wytłumaczyć.

Gdybym wiedziała, jak się naprawdę nazywa, zwróciłabym się do niego na głos po imieniu, pełnym potępienia tonem. Ale nie wiedziałam. I nie do końca wyglądało to na stonowane zerwanie, na jakie liczyłam. Nie dość, że wrobił mojego chłopaka w zdradę, to jeszcze zrywał ze mną w obecności połowy szkoły. Poczułam, że policzki pieką mnie z zażenowania.

– Nie trzeba. Daj spokój.

– Naprawdę? Mam dać ci spokój? Tyle jeśli chodzi o twoje uczucia? Chcesz, żebym sobie poszedł, jakbyś wcale nie istniała. A co ze mną, Gia? Co mam robić bez ciebie? – Stopniowo podnosił głos i pod koniec swojej tyrady już prawie krzyczał. Mnóstwo ludzi zwróciło uwagę na to zamieszanie. Musiałam się odwrócić plecami do przyjaciółek, bo czułam, że w gardle wzbiera mi nerwowy śmiech, niewątpliwie niezbyt odpowiednia reakcja na tę sytuację. W innym wykonaniu taka przemowa wydałaby się przegięta i sztuczna. Dzięki niemu jednak podziałała. Sprawiał wrażenie zdesperowanego. Zapewne tak samo jak ja wcześniej, w obecności Bradleya.

Położyłam mu dłoń na piersi i powiedziałam cicho:

– Nie rób tego.

Spojrzenie miał tak intensywne, że na moment zapomniałam, że to tylko gra.

– Widzę, że już się zdecydowałaś. Jeśli kiedyś zechcesz mnie wysłuchać, zadzwoń.

Opuścił głowę w poczuciu klęski, a potem zmył się urażony, jakbym naprawdę złamała mu serce. Jeżeli nie siedział w aktorstwie, zdecydowanie powinien się nim zająć. Widziałam, że siostra wyszła za nim, oglądając się na mnie z wściekłością. Zapewne nie chodziło jej o to, by uwiarygodnić tę historyjkę, ale do tego właśnie mimowolnie się przyczyniła. Stałam nieruchomo, ciężko przez chwilę dysząc i pragnąc, by moja rozgrzana twarz odzyskała normalną temperaturę, gdy ktoś mnie nagle objął. Zmysły zaatakował mi znajomy zapach perfum Claire, co sprawiło, że otrząsnęłam się z osłupienia.

– Tak mi przykro – powiedziała. – Co za palant. Naprawdę kręcił z tamtą dziewczyną?

– Nie, nie jest palantem. – I nawet się nie dowiedziałam, jak miał na imię.

– Nie broń go, Gia. I ani mi się waż do niego wracać. Zasługujesz na kogoś lepszego.

Odruchowo przytaknęłam, odczuwając przedziwną chęć, by za nim pobiec. Zamiast tego zdobyłam się na uśmiech przez łzy i odwróciłam w stronę przyjaciółek. Skąd u mnie taka reakcja? Nawet go nie znałam. Czemu więc miałam wrażenie, jakbym tego wieczoru dwukrotnie przeżyła rozstanie?

Potrząsnęłam głową. Miałam przyjaciółki i to się teraz liczyło. Objęłam Claire i zerknęłam na Jules. Co dziwne, nie patrzyła na mnie. Wzrok miała skupiony na drzwiach, przez które właśnie wyszedł zastępczy Bradley. Znałam ten wyraz twarzy; świadczył o tym, że coś sobie kalkuluje, i ciekawa byłam, co jej chodzi po głowie. Jednego mogłam być pewna – nie było to nic dobrego.

Rozdział 5

Rodzice jak zwykle na mnie czekali, gdy Claire i jej chłopak podrzucili mnie pod dom. Przedtem Claire próbowała mnie namówić, żebym jeszcze gdzieś z nimi skoczyła, ale nie miałam ochoty. Uznali, że to dlatego, że nie zostałam królową balu. Możliwe, że był to jeden z powodów. Podobnie jak to, że po ogłoszeniu wyników Jules przeszła od swojej zrzędliwości w stan szczęśliwości. Mogło to wpłynąć na mój nastrój, wolałam bowiem nie czuć, że czuję się tak przez jakiegoś głupiego chłopaka.

Mama wychyliła się ze swojego stałego miejsca na kanapie, żeby zajrzeć mi za plecy. Minęła chwila, zanim się połapałam, że wypatruje Bradleya.

– Nie ma go – wymamrotałam.

Mój tata podniósł się i ziewnął. Dotarłam do domu. Miał prawo się już położyć.

– Mógłby cię przynajmniej odprowadzić – stwierdził, ściskając mnie i całując w czubek głowy.

Nie miałam najmniejszej ochoty na odtwarzanie sobie całego tego wieczoru, chociaż wiedziałam, że uszczęśliwiłabym rodziców, gdybym im powiedziała, że rozstałam się z Bradleyem.

– Jestem zmęczona. Dzięki, że czekaliście.

Objęłam mamę, a potem zniknęłam w swoim pokoju. Rozpięłam sukienkę i pozwoliłam jej opaść na podłogę, nie zawracając sobie głowy jej powieszeniem. Nie wiązała się ze wspomnieniami, do których chciałabym wracać.

Przebrałam się w piżamę, a potem poczłapałam do łazienki dokonać reszty moich nocnych rytuałów, czyli umyć twarz i zęby. Gdy po powrocie do pokoju zobaczyłam sukienkę, pamięć podsunęła mi błysk błękitnych oczu. Zaskoczyło mnie, że mój umysł postanowił skojarzyć z sukienką właśnie to wspomnienie. Czemu właściwie ten chłopak zdecydował się wystąpić w roli mojego partnera? Powiedział, że to nie z powodu uśmiechu, ale przerwano nam, nim zdradził mi, o co naprawdę chodziło. Ciekawość nie dawała mi spokoju. Może uznał mnie za czarującą? Świetnie wyglądałam w tej sukience.

Podniosłam ją ostrożnie i przewiesiłam przez krzesło przy biurku. Czemu zastanawiałam się nad tym, czym się kierował? Przecież nie miało to znaczenia. Miałam przeciążony mózg. Potrzebowałam snu.

Ale mój umysł nie miał zamiaru się wyłączyć. Nadal wszystko analizował. Rozpamiętywał bal maturalny i to, jak połowa szkoły obejrzała pożegnalny spektakl niby-Bradleya. Jutro wszyscy będą o tym gadać. Nie potrzebowałam współczucia. Jak mogłabym to wyciszyć? Weszłam na Twittera.

„Zdaje się, że znów jestem wolna. Ktoś robi imprezę?”

I tyle. Teraz wszyscy będą wiedzieć, że czuję się świetnie. Bo tak się czułam. Świetnie. Wpatrywałam się w ekran, a w piersi narastała mi chęć usunięcia tego tweeta. Spać. Potrzebowałam snu. Do rana wszystko się ułoży.

***

Wcale się nie ułożyło. Mój mózg wolał całą tę noc wypełniać snami o bezimiennym chłopaku i jego zagadkowej decyzji. O chłopaku, do którego, gdybym chciała z nim jeszcze porozmawiać, dotrzeć mogłam jedynie przez dziewczynę nienawidzącą mnie do szpiku kości. Na pewno nie ułatwi mi kontaktu z bratem. On zresztą pewnie też nie chciałby ze mną mówić, skoro jedynym powodem tej rozmowy byłoby zaspokojenie mojej ciekawości.

Zeszłam do kuchni i zobaczyłam tatę przy stole, ze szkicownikiem w dłoniach. Wiedziałam, że lepiej mu nie przeszkadzać, gdy powracał do porzuconych marzeń. Niegdyś chciał pracować jako animator u Disneya. Cel ten okazał się w zasadzie nieosiągalny. Marzenie o lata świetlne odległe od biurka dyplomowanego księgowego, przy którym w końcu wylądował, wykorzystując jedynie lewą półkulę mózgu. Ołówek ślizgał mu się teraz po papierze z łatwością, jakiej nie było widać w przypadku innych aspektów jego życia. Był w tym naprawdę dobry.

Miski stały w szafce za jego krzesłem, zdecydowałam się więc na banana i właśnie zamierzałam zabrać go do siebie, gdy tata zatrzymał mnie słowami:

– Dzień dobry, Gia.

– Hej, tato. Mama na zakupach?

Kiwnął głową. W naszym domu wszystko chodziło jak w zegarku. Wszystko robiliśmy o odpowiedniej porze, mówiliśmy to, co należało, i dzień w dzień trzymaliśmy się tego samego rytmu, bez żadnych odstępstw. Miło było poddawać się takiej rutynie. Trzymać się swojego miejsca. Czuć się bezpiecznie.

– Siadaj i opowiedz mi o wczorajszym balu.

– Ale akurat jesteś w środku czegoś.

Machnął ręką na swój szkicownik, a rozluźnienie, jakie cechowało go jeszcze przed chwilą, ustąpiło miejsca bardziej zasadniczej postawie.

– Absolutnie nie jestem w środku. Raczej na końcu albo jeszcze dalej.

Usiadłam na krześle naprzeciwko niego, wiedząc, że nie odpuści, dopóki wszystkiego nie zrelacjonuję. A poza tym przyszła pora, żeby mu powiedzieć to, na co czekał od dwóch miesięcy.

– Bradley mnie rzucił.

W jego oczach pojawiło się zdumienie, potem radość, wreszcie współczucie, wszystko w niespełna sekundę.

– Na balu?

Wzruszyłam ramionami.

– Żadna tam afera.

– Mam pojechać na uniwerek i go sprać?

Uniosłam brwi.

– Masz rację, za duży jak dla mnie. Zostawię to twojemu bratu.

Roześmiałam się zgodne z jego oczekiwaniami, a potem odgryzłam kawałek banana, wiedząc, że gdyby nawet tata mówił teraz poważnie, Drew w życiu nikogo by dla mnie nie sprał. Nie byliśmy sobie aż tak bliscy.

Tata splótł ręce na blacie stołu.

– Głowa do góry. W morzu są jeszcze inne ryby. To wielki ocean. Czasem trzeba kilka złapać, a potem wypuścić, zanim znajdziemy tę, którą zatrzymamy. Nie wolno tylko przestać płynąć.

– Nie wydaje mi się, by ostatnia metafora była tu na miejscu.

– Wypiłem mineralną. Stąd wodne skojarzenia.

Uśmiechnęłam się, potem wstałam i wyrzuciłam skórkę od banana.

– Proszę jedynie, żebyście zaczekali, aż wyjdę z domu, zanim z tej okazji urządzicie z mamą imprezę.

Bardzo poważnie pokiwał głową, a ja wyszłam z kuchni. W porządku. Nie było źle. Mogłam już skreślić z listy powiadomienie moich rodziców o rozstaniu.

***

Reszta dnia upłynęła mi jak we mgle, na odpowiadaniu na tweety na temat mojego nowego statusu osoby wolnej i przewidzianych na ten weekend imprez, na których mogłam to uczcić. Bradley nie zareagował na tweet, że jestem wolna. Zapewne wkrótce przestanie mnie obserwować. Zastanowiłam się, czy to nie ja pierwsza powinnam zrezygnować z obserwowania jego profilu. Nie zrobiłam tego.

Tej nocy spałam twardo, bo żadne sny nie próbowały mi przypomnieć o balu maturalnym.

„Szkoła mogłaby być niezłą odskocznią”, pomyślałam sobie, wchodząc pod prysznic następnego ranka. Nie byłam pewna, ile czasu stałam pod strumieniem wody, możliwe też, że dwukrotnie nałożyłam na włosy odżywkę. Starannie wybrałam to, w co się ubiorę, wiedząc, że tego dnia będę na celowniku wielu osób, i stanęłam przed lustrem, żeby dokończyć dzieła.

Kiedy spojrzałam na telefon, uświadomiłam sobie, że poświęciłam za wiele czasu, by doprowadzić swój wygląd do perfekcji. Będę musiała odpuścić sobie śniadanie. Przelatując przez kuchnię, porwałam batonik musli.

– Pędzę, mamo – zawołałam, gdy odwróciła się, by ruszyć za mną przez kuchnię. Jej szeroko otwarte oczy świadczyły o tym, jaki przeżyła szok, że nie zjadłam z nią śniadania, jak zazwyczaj. – Zobaczymy się o piątej. Po szkole mamy zebranie.

– Okej. Kocham cię.

– Ja ciebie też.

Pozwoliłam, by drzwi zamknęły się za mną, i zanim wsiadłam do samochodu, wrzuciłam plecak pod fotel pasażera.

– Łał, wyglądasz rewelacyjnie.

– Dzięki.

Claire wskazała na ganek, z którego machała do nas moja mama. Uśmiechnęłam się i odmachałam.

– Słowo daję, twoi rodzice powinni trafić na jakiś billboard typu Idealna Rodzina czy coś w tym stylu. Jak to jest mieć najlepszych rodziców na świecie?

– Są dość niesamowici. Wydaje się, że wszystko robią książkowo.

– Według jakiej książki?

– Sama nie wiem, może 101 sposobów na rozmowę z dzieckiem? – Wzięłam głęboki oddech i odpakowałam swój batonik musli.

– Nie jadłaś śniadania?

– Nie było czasu.

Claire wyjechała z naszego podjazdu.

– Dobrze się czujesz? Przez cały ten weekend nie dawałaś znaku życia. Myślałam, że wczoraj wieczorem będziesz chciała gdzieś wyskoczyć.

Wzruszyłam ramionami.

– Nie, musiałam dokończyć zadanie domowe.

– Przykro, że nie wygrałaś.

– Że czego nie wygrałam?

– Korony królowej balu.

Parsknęłam cichym śmiechem.

– Myślisz, że zrezygnowałam z wyjścia, bo nie wybrano mnie królową balu?

– Nie wiem, albo z tego powodu, albo z powodu Bradleya. Nigdy jeszcze nie widziałam, żebyś tak się przejęła chłopakiem.

Zaczęłam zaprzeczać, że siedziałam przez cały weekend w domu z powodu Bradleya, ale w jakiś dziwaczny sposób tak właśnie było. Miało to w każdym razie związek z osobą, którą go zastąpiłam. Ten chłopak zaprzątał wszystkie moje myśli i sprawiał, że nie mogłam się skoncentrować. O co tu chodziło, skoro w zasadzie go nie znałam? Może w tym rzecz, że tamtego wieczoru mnie uratował, wcale mnie nie znając. I pragnęłam się dowiedzieć, dlaczego to zrobił.

– Masz rację. To właśnie przez niego.

– Dlatego że cię zdradził, pierwszy cię rzucił?

– Co?

– To ty zawsze zrywałaś pierwsza. Uprzedził cię.

– Ja…

Wesoło szturchnęła mnie w ramię.

– Nie zaprzeczaj.

Bradley. Rzucił mnie. Na samą myśl o tym znów poczułam w piersi ciężar. Nie, z nim już skończyłam. Zostawił mnie przed balem na parkingu. Przez niego nie będę już więcej cierpieć.

Claire złapała mnie za rękę.

– Przepraszam. Nie chciałam tego bagatelizować. Zachował się jak palant. Masz prawo być smutna. Powinnam zabrać cię na mlecznego shake’a czy coś w tym stylu. – Ścisnęła mi dłoń. – Nie możesz jednak pozwolić, by jakiś chłopak zniszczył twój starannie wykreowany image. Weź się w garść, a płakać będziemy na osobności.

– Racja. Tego byśmy nie chciały. – Czy tak właśnie pocieszałam ją w zeszłym roku po Peterze? – A w sobotę po balu dobrze się bawiliście? Gdzie w końcu wylądowaliście?

– Posiedzieliśmy w parku. Tyler uprawiał surfing na huśtawkach.

– Brzmi zabawnie.

– Było zabawnie. Prawie zniszczył sobie smoking.

Uśmiechnęłam się.

– A więc Tyler? Poznałaś go lepiej? Wydawał się fajny.

Wzruszyła ramionami.

– Sama nie wiem. Solidna klasa B, ale wciąż myślę, że mam jeszcze szansę u Logana. Ten to na pewno klasa A. Nie sądzisz?

Logan. Niejasno sobie przypominałam, że miesiąc temu, kiedy jeszcze nikt nie zaprosił Claire na bal maturalny, powiedziałam jej, że powinna celować w kogoś takiego, jak Logan. Był gwiazdą naszej drużyny futbolowej, do tego dobrze radził sobie w szkole. Ale potem zaprosił ją Tyler i zdaje się, że tak go polubiła, że na moje oko zapomniała o Loganie. Najwyraźniej jednak nie.

– Logan miał swoją szansę. Sądzę, że jeśli dobrze ci się układa z Tylerem, powinnaś się go trzymać.

– Nie o to chodzi. Wkrótce rozejdziemy się po koledżach. – Zagryzła wargi, powstrzymując uśmiech. – Wtedy będziemy musiały poszukać sobie chłopaków na uczelni. Facetów. O niebo lepszych od Bradleya.

– Racja. – Uporałam się z batonikiem musli, a papierek wepchnęłam do plecaka.

– A skoro o tym mowa, moja mama kupiła nam wycieraczkę pod drzwi.

– Pod nasz pokój w akademiku?

– Tak. Próbowałam jej wytłumaczyć, że nasz pokój będzie znajdował się w budynku i że w niczym nie przypomina mieszkania, ale się uparła.

– A jak ona wygląda?

– Nie uwierzysz. Jest na niej napis: „Nie jestem szmatą” – jęknęła.

Roześmiałam się.

– Myślisz, że usiłuje dać coś do zrozumienia naszym przyszłym gościom czy tylko próbuje być dowcipna?

– Nie sądzę, by łapała podwójne znaczenie. Według mnie myśli, że wycieraczka mówi, że nie jest szmatą, i to jej zdaniem jest zabawne.

– Wesoła ta twoja mama.

– Moja mama jest irytująca.

– Dobrze, że z tymi naszymi rodzicami nie musimy kupować sobie nic do akademika.

Uśmiechnęła się i zwinęła dłoń w żółwika, żebym przybiła.

– Jeszcze sto trzy dni i oficjalnie zostaniemy współlokatorkami.

– Już się nie mogę doczekać.

Zajechałyśmy na parking przy szkole. Zaraz potem zobaczyłam Laney i Jules; właśnie wysiadły z samochodu i szły w naszą stronę.

Przygotowałam się na atak. Jules miała cały weekend, by przeanalizować przebieg balu. Na pewno wyskoczy z czymś, co mogłoby mnie pogrążyć.

Rozdział 6

Laney i Jules dołączyły do nas przy samochodzie.

– Gia – powiedziała Laney – rozstrzygnij coś.

– Okej. – Zarzuciłam plecak na ramię i zatrzasnęłam drzwi auta.

– Który budynek jest według ciebie wyższy: Holiday Inn czy Centrum Konferencyjne?

– Hm… co takiego?

– Chłopacy rozmawiali o zjeździe z jednego z nich na linach. Oczywiście hipotetycznie.

– Które Holiday Inn? Przy plaży czy w centrum?

– Przy plaży.

– Centrum Konferencyjne. Bez dwóch zdań. Ale z Holiday Inn przy plaży byłoby łatwiej zjechać bez ryzyka złapania.

– A nie mówiłam? – stwierdziła Laney, zwracając się do Jules.

– Tak jakby Gia była autorytetem w kwestii wysokich budynków.

Rewelacja. Myślałam, że chodzi o spór między chłopakami. Nie przypuszczałam, że mierzę się z Jules. Zupełnie jakby zawsze była po przeciwnej stronie niż ja, czy o tym wiedziałam, czy nie.

– Ale mogę się mylić – stwierdziłam. – Nigdy ich nie mierzyłam.

Ruszyłam w stronę kampusu, a one poszły za mną.

– Sprawdzę to w Google – oświadczyła Jules.

Nieustannie coś guglowała, żeby dowieść, że ma rację. Problem w tym, że jeśli się przeliczyła, strasznie się wkurzała, zupełnie jakbyśmy osobiście wchodziły w Google i na złość jej zmieniały wszystkie odpowiedzi.

Wyciągnęła telefon.

– I jak już będę w necie, to chcę wstawić jakieś wredne komentarze na facebookowej stronie Bradleya za to, co ci zrobił. Przypomnij, jak ma na nazwisko?

Jej klasyczna zagrywka. Aż dziw, że tak długo z nią zwlekała.

– Nie ma go na Facebooku. Zresztą komu chce się jeszcze bawić w Facebooka? – W rzeczywistości miał tam konto, tego jednak za nic bym jej nie wyjawiła.

– A więc Instagram? Twitter? Już mi je pokazywałaś, ale nie pamiętam jego nicka – naciskała.

– My ze sobą zerwaliśmy, Jules. Nie chcę, żeby myślał, że jeszcze coś do niego czuję.

– Ale te komentarze będą ode mnie. – Wyciągnęła telefon, jakbym miała w tej chwili, po drodze do klasy, podać jej wszystkie namiary na Bradleya w mediach społecznościowych. Nie byłam pewna, czy liczyła, że na jednej z tych stron znajdzie coś, co mnie pogrąży, czy wiedziała, że chodziło o kogoś zupełnie innego. – Widziałaś nasze zdjęcie z balu, które wrzuciłam? Ma już czterdzieści lajków.

– Tak, widziałam.

Ale i tak podała mi telefon i spojrzałam na zdjęcie naszej siódemki, stłoczonej wokół stołu podczas balu maturalnego. Głowa mojego partnera była niemal całkiem schowana za moją i poczułam, że teraz tego żałuję. Zdusiłam w sobie wywołane przez tę myśl pełne frustracji westchnienie i oddałam jej telefon.

– Tak się zastanawiam… – powiedziała Jules.

„I bardzo niedobrze”, pomyślałam.

– To dosyć dziwne, że Bradley znał jeszcze kogoś z naszej szkoły. I nie tylko znał, ale i kombinował z nią za twoimi plecami. To chyba mało prawdopodobne?

Cholera. Nasza historyjka miała luki. I to wielkie. Chyba wszystkie analizowały teraz to pytanie, gdyż skierowały na mnie oczy, czekając na wyjaśnienie. Myślałam, że wszystko skończy się na jednym niegroźnym kłamstewku na balu maturalnym. Że tylko zmieniam kolejność zdarzeń. Lecz nadal kłamałam. Miałam wrażenie, że plotę jakąś sieć, i obawiałam się, że tylko ja w nią wpadnę.

– Zanim go poznałam, mieszkał tutaj. Zanim wyjechał do szkoły. Pewnie znał ją z tamtych czasów.

– A co to właściwie za jedna? – zapytała tym razem Claire. – Powinnyśmy ją znaleźć i z nią pogadać. Powiedzieć, żeby trzymała się z dala od Bradleya.

– Nie kojarzę jej. Możliwe, że nawet nie chodzi do naszej szkoły. Może przyszła na bal jako czyjaś partnerka.

Narastał we mnie niepokój, serce waliło mi jak szalone. Nie znosiłam kłamać. Na szczęście dołączył do nas Daniel Carlson, z miejsca mnie obejmując. Byłam mu wdzięczna, że nam przerwał; wiedziałam, że skieruje rozmowę na kwestie samorządu szkolnego, nad którymi pracowaliśmy przez kilka ostatnich tygodni. Przynajmniej sądziłam, że właśnie dlatego podszedł. O niczym innym dotąd nie rozmawialiśmy.

– Jesteś więc już wolna…

Albo i nie skieruje.

– Daniel, nie kręcą mnie powtórki.

Roześmiał się.

– Twoja strata.

– Owszem, i to jakże bolesna.

– No dobrze – ustąpił. – Pilna sprawa. Padło nagłośnienie w sali gimnastycznej. Pan Green nie wie, czy do piątku da się naprawić.

– Okej, omówimy to dziś na zebraniu.

– Jako wiceprzewodniczący uznałem, że trzeba cię o tym niezwłocznie powiadomić, jestem wszak tylko sługą waszej wysokości.

Strzeliłam go biodrem.

– Dobra, dobra. Widzimy się po szkole.

– Mogę już odejść, szefowo?

Uśmiechnęłam się.

– Spadaj.

Odbiegł, by dołączyć do innej grupy dziewczyn przed nami. Claire i Laney zostały kilka kroków w tyle, omawiając zadanie domowe z analizy matematycznej, za to Jules nadal mnie nie odstępowała.

– Ale przecież sugerował, że nie bardzo zna naszą dzielnicę. Zapytał, czy mamy salon gier wideo – stwierdziła.

Zamrugałam zaskoczona.

– Co takiego?

– Bradley. Powiedziałaś, że przedtem tu mieszkał, twierdził jednak, że nie za bardzo zna naszą dzielnicę.

Coś we mnie pękło. Nie zamierzałam tego dłużej znosić. Od miesięcy starałam się być miła, bojąc się, że będą ją bardziej lubiły ode mnie. Teraz jednak gotowa byłam zaryzykować, bo czułam się już zmęczona tym, że w trakcie każdego spotkania z przyjaciółkami muszę się bronić. Dlatego cicho i głosem tak srogim, na jaki tylko potrafiłam się zdobyć, oznajmiłam:

– Koniec tematu. Poznałaś Bradleya. Niewątpliwie istnieje. Jeżeli będziesz dalej prowadziła te swoje gierki, zabieram przyjaciółki i po sprawie.

Ręce mi się trzęsły, więc czym prędzej wepchnęłam je do kieszeni, żeby nie widziała, ile nerwów kosztowały mnie te słowa. Zakładałam, że tamtego wieczoru powiedziałam zastępczemu Bradleyowi prawdę – że według Jules jestem liderką naszej paczki. Jeżeli rzeczywiście tak uważała, ta ostra zagrywka powinna zadziałać.

Zmrużyła oczy i odrobinę przekrzywiła głowę, jak lwica oceniająca swój najbliższy posiłek.

– Nie bardzo wiem, o co ci chodzi – powiedziała, choć całą sobą pokazywała: „Gramy dalej”.

– W porządku. W takim razie jestem przewrażliwiona. – Wbiegłam po schodach do budynku C, wyprzedzając resztę paczki. – Widzimy się na obiedzie.

Odpowiedziały mi wszystkie naraz, co zabrzmiało jak potrójne echo. Zniknęłam w budynku, podczas gdy one zapewne szły już do następnego. Przywarłam plecami do ściany, odliczyłam dziesięć głębokich oddechów, zanim roztrzęsienie ustąpiło, a potem ruszyłam do klasy.

Klapnęłam na swoje miejsce, a dziewczyna przede mną, normalnie siedząca po drugiej stronie sali, odwróciła się, żeby podać mi test, który pani Rios właśnie zaczęła rozprowadzać po klasie.

– Dzięki – rzuciłam zirytowana, że pani Rios wybrała na kartkówkę poniedziałek po balu maturalnym. Wyciągnęłam telefon i szybko puściłam tweeta: „Komunikat specjalny: kartkówka z nauk politycznych”. Powinnam zdobyć w ten sposób kilka punktów u obserwujących. Od razu poczułam się lepiej, bo po tym, co właśnie powiedziałam Jules, zrobiłam teraz coś miłego. Westchnęłam i schowałam telefon.

– Kiepski dzień? – zapytała dziewczyna przede mną.

Spojrzałam jej w oczy, jak zawsze podkreślone grubą czarną kreską, i dech mi zaparło. To była siostra zastępczego Bradleya.

Rozdział 7

Bec? – zapytałam.

Tylko się skrzywiła i zaraz znów się odwróciła, by wyjąć z plecaka ołówek.

– To nie w porządku – powiedziałam. – Na balu wyglądałaś zupełnie inaczej. – Gestem wskazałam jej ubiór, czerń skomponowaną z kolejnymi warstwami czerni, a potem na jej twarz, pokrytą niemal tak grubym makijażem, w jakim moja babcia pokazywała się na wieczorach bingo.

– To był eksperyment socjologiczny. Zawaliłaś. – Bec się zawahała. – Albo ci się powiodło, bo wykazałaś, że mamy rację. Jak tam uważasz.

– Jesteś więc na mnie wściekła za to, że cię nie poznałam, choć celowo mi to uniemożliwiłaś.

– Gdyby to był twój najgorszy występek, uważałabym się za szczęściarę.

Zrobiłam jej coś jeszcze? Coś gorszego?

Pani Rios chrząknęła.

– Dziewczęta, żadnych rozmów. Jest kartkówka.

Ten ranek niedobrze się zaczął. Zastępczy Bradley mógłby mi powiedzieć, że jego siostra normalnie nosi się jak członek kapeli heavymetalowej. Może bym ją sobie przypomniała. Chodziła do nas dopiero kilka miesięcy – przeniosła się w połowie roku. Na ile sobie przypominałam, zamieniłam z nią nie więcej niż dwa słowa, nie byłam więc pewna, co takiego mogłam jej zrobić.

Przez całą kartkówkę byłam tak rozproszona, że ledwie rozumiałam pytania, nie mówiąc już o udzielaniu na nie inteligentnych odpowiedzi. Postarałam się, jak mogłam, a przez resztę lekcji wpatrywałam się w potylicę Bec, czekając na okazję, żeby z nią porozmawiać. Kiedy zabrzmiał dzwonek, chwyciłam za plecak tak szybko, jak ona swój i równo z nią wypadłam za drzwi.

– Co jest? – warknęła, gdy byłyśmy już na korytarzu.

Chciałam zapytać, jak jej brat ma na imię, nie mogłam się jednak przyznać, że mi nie powiedział.

– Potrzebny jest mi numer do twojego brata.

– Po co?

– Chciałabym po prostu wysłać mu esemesa z podziękowaniem.

Pewnie. Esemesa z podziękowaniem. Byłoby to zapewne coś w stylu: „Drogi zastępczy Bradleyu, dziękuję Ci za to, że dla mnie kłamałeś i oszukiwałeś moje przyjaciółki, udając mojego chłopaka. Czy możesz mi wreszcie powiedzieć, czemu zdecydowałeś się pójść ze mną na bal maturalny? Czemu chciałeś mi pomóc? Czemu podczas tańca obdarzyłeś mnie takim superintensywnym spojrzeniem, jakbyś dojrzał we mnie coś, o czym sama nie mam pojęcia? Dzięki temu może uda mi się wybić sobie Ciebie z głowy. Jeszcze raz dziękuję”.

– Gdyby chciał, żebyś znała jego numer, toby ci go podał. – Odniosłam wrażenie, że powiedziała to z rozkoszą.

– Zrobiłby to, ale po całej tej udawanej sprzeczce musiał raptownie wyjść.

Jęknęła, jakby właśnie sobie przypomniała, jak bardzo go wykorzystałam.

– Jeżeli podam ci swój numer, przekażesz mu go?

– A jeśli rzucę się z tych schodów, zostawisz mnie w spokoju?

Wyszłyśmy już z budynku i znalazłyśmy się u szczytu betonowych schodów. Na dole stał chłopak nie mniej niż ona zrobiony na punka i się w nas wpatrywał. Nie czekając na moją odpowiedź – równie dobrze mogłam potwierdzić, co zaprzeczyć – po prostu zeszła do niego.

– Hej, Gia – powiedział, gdy dogoniłam ich już na dole.

Porządnie mu się przyjrzałam i odkryłam, że to chłopak, który na balu był partnerem Bec.

– Cześć. Przepraszam. Nie pamiętam, jak masz na imię.

Wzruszył ramionami.

– Przez ostatnie trzy lata chodziliśmy razem tylko na cztery kursy. Czemu miałabyś pamiętać?

Zaczerwieniłam się. Naprawdę tak było? Przyjrzałam mu się jeszcze uważniej. Naprawdę z niczym mi się nie kojarzył, jeśli nie liczyć balu maturalnego. Chodziliśmy do publicznej szkoły – klasy były tu liczne.

– Uważaj – powiedziała Bec – bo twoje tak popularne przyjaciółki zauważą, że z nami idziesz.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że Claire i Laney spieszą do mnie najkrótszą drogą. Prawdopodobnie nie rozpoznały Bec, ale miała rację, bo gdyby ją ujrzały i uświadomiły sobie, że to dziewczyna z balu, wszystko ległoby w gruzach. Zmieniłam kierunek, zostawiając w tyle Bec i jej chłopaka.

– Cykorantka – stwierdziła Bec, gdy byłam z dziesięć kroków od niej. Lekko się potknęłam, ale to mnie nie zatrzymało.

– Znasz ich? – zapytała Laney, gdy doszłam do niej i Claire.

– Ona jest ze mną na zajęciach z nauk politycznych. Mieliśmy kartkówkę. Kto robi kartkówki w poniedziałek po balu? Nasza profesorka to po prostu diabeł.

Chyba nie zauważyły, że całkiem zbyłam ich pytanie, zmieniając temat.

– No, widziałam tego twojego tweeta. Ludzie przesyłali go sobie na maksa.

– Gia! – zawołał jakiś koleś, przechodząc obok. – Dziękuję za komunikat. Jesteś bohaterką dnia.

Laney wybuchnęła śmiechem.

Claire pociągnęła mnie za ramię, żebym znowu zwróciła na nią uwagę.

– Nadal wojujesz z Jules?

Kolejne pytanie, którego wolałabym uniknąć.

– Od dwóch miesięcy czepia się mnie o Bradleya i wciąż nie chce odpuścić.

– Ale przecież wszystkie go poznałyśmy. Co jeszcze mogłaby mieć do powiedzenia?

Miałam wrażenie, że język nie mieści mi się w ustach. Najwyraźniej przyszła pora, żeby wszystko wyjaśnić, powiedzieć, do czego Jules mogłaby się dokopać i jaka byłam durna, że je okłamywałam. Wtedy już niczego by na mnie nie miała.

Laney chwyciła mnie za rękę.

– Spróbuj tylko być dla niej miła. Ona wiele przeszła.

– Jasne, chodzi jedynie… – Mój telefon zadzwonił i odruchowo spojrzałam na ekran.

Claire chyba zaglądała mi przez ramię, bo powiedziała:

– Nawet się nie waż do niego dzwonić.

Wciąż jeszcze nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To był esemes od Bradleya: „Myślałem o tamtym wieczorze przed balem… Zadzwoń do mnie, jak będziesz w domu”.

***

Byłam w domu, wpatrywałam się w telefon i nie dzwoniłam do Bradleya. Powiedziałam Danielowi prawdę – powtórki mnie nie kręcą. Ale Claire też miała rację – to ja zawsze zrywałam z facetem. Zerwanie z Bradleyem przyszło nagle i nie byłam na nie przygotowana. Możliwe, że nastąpiło przedwcześnie. Starałam się pamiętać, że porzucił mnie na środku parkingu przed balem maturalnym. Nie chciałam, żeby do mnie wrócił. Ale nie zaszkodziłoby zadzwonić, zamknąć sprawę w lepszym stylu. Może gdybym powiedziała mu, jak czuje się ktoś porzucony w ten sposób na parkingu tuż przed balem, sama poczułabym się lepiej. Może pomogłoby mi to szybciej się z całą sprawą uporać, bo ilekroć o nim myślałam, nadal czułam w gardle tę głupią gulę.

Trzeba było tylko się połączyć. Wszystkie cyfry były już na ekranie, czekały na ten prosty gest. Co mnie powstrzymywało? Nic.

Dotknęłam ikonki „Połącz”. Serce mi przyspieszyło, gdy w telefonie rozległ się sygnał. Doprowadzę do tego. Zakończę tę historię na dobre. Czemu więc poczułam ulgę, kiedy włączyła się poczta głosowa? „Heeej – powitała mnie nagrana wiadomość. – Nie udało ci się na mnie trafić. Ale mam twoje dane i numer, więc oddzwonię, jeśli zechcę z tobą pomówić”.

Pośmiałam się trochę. Bradley był zabawny. Miałam wrażenie, jakbym nie słyszała jego głosu od wieków, chociaż minęło zaledwie kilka dni. Rozłączyłam się bez pozostawienia wiadomości, potem rzuciłam telefon na łóżko i kilka następnych godzin spędziłam w sąsiednim pokoju na robieniu zadań domowych.

Kiedy wróciłam do sypialni, na ekranie telefonu widniało kilka nieodebranych wiadomości od Claire i nieodebrane połączenie od Bradleya. Odpisałam na esemesy, a co do Bradleya podjęłam ważną decyzję. Rozmowa z nim musiała zaczekać, bo potrzebowałam czasu, żeby odzyskać spokój. Nie chciałam, żeby moje uczucia mówiły coś innego niż rozum. Zanim to nastąpi, powinnam też zobaczyć się jeszcze raz z zastępczym Bradleyem. Musi mi odpowiedzieć na jedno proste pytanie: dlaczego to zrobił? W normalnych okolicznościach dowiedziałabym się tego tuż po balu maturalnym. Byłby w swojej nerdowskiej koszulce i ze zmierzwioną czupryną. A potem mogłabym zakończyć sprawy z oboma Bradleyami i ruszyć naprzód.

Taki sobie ułożyłam plan i za wszelką cenę chciałam wcielić go w życie. Zaczęłam od otwarcia szafy i zgarnięcia z górnej półki szkolnych kronik z minionych lat.