Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić - Kent McDill - ebook

Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić ebook

Kent McDill

4,1

Opis

Historie prosto z szatni legendarnych Byków.
Zajrzyj za kulisy najlepszej drużyny w historii NBA!

Wyobraź sobie, że znajdujesz się w szatni Chicago Bulls tuż po zdobyciu przez Byki mistrzostwa. Że w kasynie w Las Vegas grasz w kości z samym Dennisem Rodmanem. Że rozmawiasz przy piwie z Michaelem Jordanem, który przed chwilą zdobył 69 punktów. Że widzisz, jak Scottie Pippen w trakcie meczu rzuca krzesłem.

To wszystko przeżył autor tej książki. Jako akredytowany dziennikarz towarzyszył Bykom przez 11 lat – miał dostęp do ich szatni, spotykał się z zawodnikami prywatnie, z niektórymi nawet się zaprzyjaźnił. Stał się niemal częścią legendarnej drużyny, która w latach 1991–1998 aż sześć razy sięgała po mistrzostwo NBA i trwale zapisała się w historii koszykówki.

W tej książce Kent McDill dzieli się opowieściami, które nie ujrzały dotychczas światła dziennego. Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić ukazuje legendarny zespół Chicago Bulls z zupełnie nowej, nieznanej perspektywy. I pozwala zrozumieć, na czym polegał jego fenomen.

Żaden fan koszykówki nie może przejść obok tej lektury obojętnie!

 

Wydawać by się mogło, że nic więcej nie da się napisać na temat czasów świetności drużyny z Wietrznego Miasta. Nic bardziej mylnego! Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić to książka pełna anegdot, ciekawostek i wszelkiego rodzaju smaczków, które mogą wprawić w osłupienie nawet najwierniejszych kibiców jednej z najbardziej rozpoznawalnych drużyn w historii NBA.
Michał Górny, „MVP Magazyn”

Wiele razy marzyłem o tym, by móc posłuchać rozmów koszykarzy Chicago Bulls w szatni. Chciałem się na własnej skórze przekonać, jak Michael Jordan ruga kolegów z drużyny. Byłem ciekaw, jak Phil Jackson motywuje swoich graczy.  Zastanawiałem się, jak można poskromić Dennisa Rodmana i jak Scottie Pippen znosił bycie w cieniu MJ-a. Książka Kenta McDilla dała wyczerpujące odpowiedzi na nurtujące mnie przez lata pytania. Nie przeczytać – grzech. Przeczytać – obowiązek.
Tomasz Gawędzki, NBAHistoria.pl

Ta książka stanie się świętością na półkach wielu kibiców NBA w Polsce. Bulls z Michaelem Jordanem byli zjawiskiem daleko wykraczającym poza sport.  Autor zabiera nas w niedostępne wcześniej miejsca, pokazuje kulisy zdarzeń, których echa docierały do nas przez lata. Do tej pory nie było publikacji, która wyszła spod pióra człowieka tak blisko związanego z tym klubem.
Karol Śliwa, blog Karol Mówi…

Kent McDill miał pracę marzeń – podróżował z drużyną NBA jako dziennikarz. Poznał zawodników i trenerów, zwyczaje oraz zasady panujące w najlepszej lidze świata. A 25 lat temu była ona zupełnie inna niż ta, którą znamy dziś z Facebooka i YouTube’a. Dzięki tej książce poznacie z bliska legendarny zespół Chicago Bulls i Michaela Jordana. Wielu z Was wrócą wspomnienia z lat dzieciństwa, kiedy tak pasjonowaliśmy się NBA.
Michał Pacuda, ProBasket

BIOGRAM
Kent McDill – dziennikarską przygodę rozpoczął w 1978 roku. Dziennikarz „Daily Herald” oddelegowany do pisania o Chicago Bulls, który w latach 1988–1999 miał codzienny dostęp do drużyny Byków. Jako jedyny był w tej roli świadkiem wszystkich sześciu mistrzowskich tytułów NBA, które drużyna Chicago Bulls zdobyła w latach 90.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 263

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dedykuję tę książkę mojej żonie Janice, która opiekowała się czwórką moich dzieci – Haley, Danem, Lindsey i Kyle’em – kiedy podróżowałem razem z Bulls.

Przedmowa

Stare powiedzenie głosi, że „w życiu najważniejszy jest odpowiedni timing”. Ocena dokonywanych przez nas wyborów – dobra bądź zła – często zależy tylko od momentu, w którym je podejmujemy.

Kiedy opowiadasz dowcip, kiedy przyrządzasz suflet, albo kiedy rzucasz do kosza – co jest najważniejsze?

Odpowiednitiming.

Gdy Kent poprosił mnie o napisanie przedmowy do jego książki, pomyślałem, jak dużo miałem szczęścia, że trafiłem do Bulls właśnie w takim momencie. Byłem we właściwym wieku i nie brakowało mi motywacji, żeby stać się częścią czegoś wyjątkowego. Miałem 31 lat i po dziewięciu wyczerpujących latach gry w New York Knicks byłem gotowy na zmianę. Nowy Jork to poważny sprawdzian charakteru dla każdego zawodowego sportowca. Jego mieszkańcy są zazwyczaj twardymi wielkomiejskimi obywatelami świata. Nie boją się wypowiedzieć swojego zdania, niezależnie od tego, czy kogoś ono interesuje. Są po prostu cholernie krytyczni, zwłaszcza kiedy mówią o sporcie.

Media odzwierciedlają i potęgują taki sposób myślenia. Albo trafiasz na szczyt, albo na ostatnią stronę „New York Post”, z nagłówkiem „Sprzedajcie go”. Dziennikarze bywają naprawdę podli. Mają jeden cel – upokorzyć cię. I szukają tylko mankamentów.

Kiedy więc pojechałem na wakacje na Hawaje po zakończeniu sezonu 1987/88 i zadzwonił do mnie Jerry Krause, dyrektor generalny Chicago Bulls, który poinformował mnie o transferze, odetchnąłem z ulgą. Pochodzimy z żoną z Sacramento, więc Środkowy Zachód był nam bliższy niż Wschodnie Wybrzeże. Mieliśmy nadzieję, że Chicago może nam dać coś, czego Nowy Jork nie był w stanie zaoferować.

Już po kilku godzinach szefostwo Bulls przywitało mnie na lotnisku, po czym przewieziono mnie do hotelu Knickerbocker na spotkanie z Jerrym. Rozmawialiśmy o drużynie i o moim miejscu w jej składzie. Jako starszy zawodnik miałem odgrywać rolę jednego z przywódców.

Wkrótce poznałem chicagowskich dziennikarzy, między innymi młodego Kenta McDilla. W ciągu dziewięciu lat spędzonych w Nowym Jorku nauczyłem się nieufności w stosunku do dziennikarzy, ale szybko się zorientowałem, że Kent i jego kumple nie mają złych zamiarów. Chcieli po prostu opisywać to, co dzieje się w Bulls. Byli raczej pomocni, niż szkodliwi, a ich pytania dotyczyły przede wszystkim drużyny i tego, jak zamierzam się w nią wpasować. Była tam grupa zawodników, która miała się stać rdzeniem zespołu – Scottie Pippen, Horace Grant, Michael Jordan, John Paxson i ja. Na ławce siedzieli Sam Vincent, Craig Hodges, Charles Davis, Brad Sellers i Dave Corzine. Nasz trener, Doug Collins, miał fantastyczny sztab szkoleniowy. Collins, Johnny Bach, Tex Winter, Phil Jackson i Jim Cleamons wnosili do niego wiele lat doświadczenia, koszykarską wiedzę i kreatywność. Doug uwielbiał doświadczonych graczy, przyjął mnie zatem z otwartymi ramionami i dał mi swobodę działania.

Chicago było dla mnie i dla mojej drużyny dużo lepszym miejscem do życia – zarówno na parkiecie, jak i poza nim. Podobały nam się Instytut Sztuki, Muzeum Historii Naturalnej, zoo w Parku Lincolna, centrum wystawiennicze McCormick Place, Akwarium Shedda i Oceanarium Abbotta. No i ludzie. Mieszkańcy Chicago są uprzejmi i mają raczej pozytywne nastawienie. Jeśli jesteś po ich stronie, to będą cię bronić.

Podobne podejście charakteryzowało dziennikarstwo sportowe. Wszyscy koszykarze nawiązują z mediami relację opartą na mieszaninie miłości i nienawiści. Dziennikarze chicagowscy pragną tego samego, co nowojorscy – chcą opisywać sensacyjne historie, które zainteresują ich czytelników, i chcą się w te historie zagłębiać. Nie wiem, czy dziennikarze z Chicago wykazują więcej empatii niż ich koledzy po fachu z Nowego Jorku, ale z pewnością są od tamtych bardziej odpowiedzialni. Zwłaszcza ci, którzy zajmują się opisywaniem tylko jednego klubu. Kent należał właśnie do takich dziennikarzy – towarzyszył drużynie zarówno podczas wszystkich delegacji, jak i meczów rozgrywanych na własnym parkiecie. Kiedy go lepiej poznałem, byłem w szoku. To facet godny zaufania, potrafiący słuchać, skromny, radosny, taki, z którym po prostu fajnie się pracuje. Jak to w ogóle możliwe, żeby dziennikarz sportowy miał wszystkie te wspaniałe cechy?

Jako zawodnik chcesz, żeby dziennikarz zadawał ci interesujące pytania, które pomogą mu spojrzeć na daną historię z różnych perspektyw. Możesz jedynie mieć nadzieję, że dziennikarz będzie na tyle uczciwy, by pamiętać również o twoim interesie. Szukasz w nim partnera, któremu będziesz mógł zaufać w szczerej rozmowie. A że tak wielu dziennikarzy zawiodło już twoje zaufanie, wcale nie jest to takie łatwe.

Ale Kent okazał się właśnie takim gościem. Był jedną z osób, dzięki którym lata spędzone w Chicago wspominam z przyjemnością. Był uczciwy, a kiedy trzeba – ostry, ale nawet po gorszym meczu nie musiałem się martwić, że przeczytam następnego dnia coś jednostronnie negatywnego albo bolesnego. A kiedy nasza drużyna grała coraz lepiej, moja więź z Kentem pozostała silna. Po prostu poznaliśmy się w idealnym momencie.

Mówiąc inaczej – timing nie mógł być lepszy.

Bill Cartwright

Maj 2014

Wstęp

W 1988 roku miałem 32 lata i byłem wydawcą działu sportowego w United Press International w Chicago. Raptem dziesięć lat po skończeniu studiów miałem najwspanialszą pracę, jaką mogłem sobie wymarzyć – byłem sprawozdawcą wszystkich dyscyplin sportu w Chicago, sam podejmowałem decyzje, o których meczach napisać samemu, a jakie artykuły zlecić niezależnym dziennikarzom. Przygotowywałem felietony i reportaże, nadzorując relacje sportowe w ośmiu stanach na Środkowym Zachodzie USA.

Ale UPI borykała się z problemami finansowymi, musiałem więc spędzać mnóstwo czasu na użeraniu się z freelancerami, którzy nie otrzymywali za swoją pracę wynagrodzenia, martwiąc się przy okazji tym, czy ja sam dostanę na czas własną pensję. Co chwila pojawiały się obniżki wynagrodzeń, co chwila ktoś rezygnował z pracy. Czułem się trochę jak kapitan tonącego statku.

Kiedy więc Tim Sassone, mój kolega z dziennika „Daily Herald” z Arlington Heights w Illinois, poinformował mnie, że jego gazeta zamierza zainwestować w dział sportowy, i zasugerował, żebym wysłał swoje CV na stanowisko dziennikarza piszącego o jednym z klubów w Chicago, to oczywiście byłem tą propozycją zainteresowany. Dorastałem, czytając „Heralda”, i byłem pewien, że jestem na tyle dobry, by skutecznie rywalizować z reporterami innych chicagowskich gazet – „Tribune” i „Sun-Timesa”. Wielu moich kolegów pracowało jako dziennikarze przydzielani do drużyn z Chicago.

Znałem „Heralda”, bo dorastałem na północno-zachodnich przedmieściach Chicago, które z czasem zaczęły być przez pracowników redakcji nazywane „miastem »Heralda«”. Kiedy byłem dzieckiem, na łamach gazety można było nawet sprawdzić aktualne menu z naszej szkolnej stołówki, a gdy uczyłem się w liceum, czasami odnajdywałem swoje nazwisko w relacji z biegów przełajowych organizowanych w Conant High School.

Podczas rozmowy rekrutacyjnej z wydawcą sportowym, Jimem Cookiem, dowiedziałem się, że mają dwa wakaty: dla dziennikarza zajmującego się w pełnym wymiarze Chicago Bulls i reportera opisującego sporty uniwersyteckie – koszykówkę i futbol amerykański. Pierwsza posada wymagała ciągłych wyjazdów w delegacje po całych Stanach i relacjonowania koszykówki zawodowej. W ramach tej drugiej pracowałbym głównie na Środkowym Zachodzie i relacjonował mecze futbolowe uniwersytetów Northwestern, Illinois i Notre Dame oraz koszykarskie uczelni Illinois w Chicago, DePaul i Loyola.

Bardziej odpowiadało mi to drugie zajęcie.

Był rok 1988 i przez poprzednie trzy lata pisałem o Chicago Bulls.

Michaela Jordana znałem dość powierzchownie, z trenerem Dougiem Collinsem też miałem niezbyt bliskie relacje. Wiedziałem, że popularność NBA rośnie, ale należałem do szerokiej grupy osób, które nie były do końca pewne tego, jaka przyszłość czeka Byki i Jordana.

Przed przeprowadzką do Chicago w 1967 roku, kiedy miałem 11 lat, mieszkałem w Indianapolis i kibicowałem drużynie koszykówki Indiana University. Trener Indiany, Bob Knight, był dla mnie jak Bóg, a koszykówkę uniwersytecką uważałem za najlepszą dyscyplinę sportu na świecie.

Zanim przeniesiono mnie służbowo do Chicago, zaraz po ukończeniu w 1978 roku studiów na Uniwersytecie DePauw w Greencastle w Indianie, zostałem w UPI w Indianapolis wydawcą działu sportowego i relacjonowałem mecze Indiana Pacers. Moja opinia o zawodowej koszykówce tylko się wtedy potwierdziła – uważałem ją za wypaczoną wersję tej wspaniałej dyscypliny sportu, którą znałem i tak bardzo kochałem. Co to, do cholery, znaczy „faul przy rzucie”? Jakim cudem sędziowie odgwizdują takie faule po przypadkowym kontakcie z obrońcą, ale nie gwiżdżą przy brutalnych przepychankach, które trwają pod koszem praktycznie przy każdej akcji?

Poza tym relacjonowanie sportów uniwersyteckich było wspaniałym przeżyciem. Duch walki, niewinność, poczucie, że każdy mecz ma znaczenie – nie sposób było nie wciągnąć się w tę cudowną atmosferę. Mecze futbolowe były wielkimi wydarzeniami, a ja po pięcioletnim relacjonowaniu spotkań Indiany, Purdue czy Notre Dame wciąż byłem absolutnie napalony na relacjonowanie rozgrywek uczelnianych.

A koszykówka uniwersytecka była, jak już wspomniałem, sportem nad sportami. Nie było niczego lepszego niż relacjonowanie uczelnianych turniejów regionalnych. Nie mogłem się tego doczekać. Szefostwo „Heralda” rozmawiało równolegle z innym dziennikarzem, którego uważano za prawdziwego wymiatacza. Był to Bob Logan, który przez kilkadziesiąt lat pracował w „Tribune” i był pierwszym reporterem akredytowanym przy Bulls, po powstaniu klubu w 1966 roku. Nie miałem wątpliwości, że szefostwo gazety również powierzy mu pisanie o Bykach, żeby mógł wykorzystać swoje kompetencje i podzielić się wiedzą z czytelnikami z przedmieść Chicago. Pozycję miał już zbudowaną.

Ale kiedy „Herald” zatrudnił go w 1988 roku, Logan przekroczył już pięćdziesiątkę. Relacjonowanie poczynań Bulls było równoznaczne z koniecznością wyjazdu na 41 delegacji, zazwyczaj dwudniowych, rocznie. Wiedział już, czym to pachnie, robił to w przeszłości i nie miał ochoty do tego wracać.

Ja byłem dla odmiany młodym singlem (choć byłem już partnerem swojej przyszłej żony, którą miałem za dwa lata poślubić).

Zaproponowali mi więc pracę przy Bulls.

Oznaczało to większe pieniądze, szansę na to, żeby poznać organizację Bulls od wewnątrz, a także na wspólne, w dodatku opłacane, podróże z Jordanem i Bykami. Była to propozycja nie do odrzucenia. Powiedziałem więc: tak.

Choć w rzeczywistości marzyłem o relacjonowaniu sportów uniwersyteckich.

Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że koniec końców wszystko się jakoś ułożyło.

1. Pierwsze dni

Kiedy zacząłem pracę w „Daily Herald”, musiałem poradzić sobie z drobnym problemem.

Kilka tygodni wcześniej, zanim przyjąłem tę pracę, pojawiła się informacja, że Jordanowi urodziło się dziecko. Jego dziewczyna Juanita urodziła mu synka, ale PR-owcom Michaela udało się utrzymać to w tajemnicy przed opinią publiczną. W końcu sekret zdradził jeden z lokalnych dziennikarzy. Był to gość, który pisał o Bulls do „Heralda” w poprzednim sezonie, zanim szefostwo gazety podjęło decyzję o pełnej obsłudze dziennikarskiej wszystkich meczów, łącznie z wyjazdowymi, i zatrudniło do tego mnie.

Ktoś przekazał mi, że Jordan wściekł się, kiedy jego sprawy osobiste trafiły do mediów. Uznałem, że pewnie jest zły na dziennikarza, który o tym napisał. Nie chciałem źle zacząć naszej znajomości tylko dlatego, że pracuję w tej samej firmie, co tamten gość.

Ale zamierzałem też w odpowiednim stopniu dbać o dobre imię „Heralda”. Informacja nie została przecież zmyślona, a to, co zrobił Jordan, nie było nielegalne. Ale ludzie, którzy reprezentowali jego interesy z niespotykaną wcześniej w świecie sportu pasją, uznali, że lepiej będzie, jeśli informacja nie ujrzy światła dziennego.

Nie jestem człowiekiem, który pozwala tego typu problemy zamiatać pod dywan. Wolę od razu posprzątać brudy. Z doświadczenia wiem, że rzadko kiedy sytuacja wygląda tak źle, jak się ją przedstawia. I tym razem okazało się, że miałem rację.

Już przed pierwszym meczem, który miałem relacjonować, spotkałem się w szatni hali Chicago Stadium z Jordanem i przegadałem to z nim. Michael był bardzo miły. Z pewnością pomogło mi to, że pamiętał mnie z pracy dla UPI. I nawet jeśli wciąż miał pretensje do tego poprzedniego dziennikarza, to wobec mnie zachowywał się w porządku. Kto wie, może nawet mu ulżyło, że informacja ujrzała w końcu światło dzienne. Utrzymywanie w tajemnicy narodzin dziecka z nieprawego łoża nie jest łatwe. Zresztą wkrótce Michael ożenił się z Juanitą, mieli potem jeszcze dwoje dzieci, Jeffreya i Jasmine. Ich małżeństwo rozpadło się dopiero w 2006 roku.

Ja tymczasem musiałem pozyskać względy wszystkich członków sztabu szkoleniowego – trenerów, asystentów, fizjoterapeutów, specjalistów odpowiedzialnych za sprzęt, a nawet sekretarek. Pracując w UPI, w ogóle tych osób nie znałem, moje relacje z klubem były raczej powierzchowne. Ale jako reporter przypisany do drużyny musiałem zbliżyć się do wszystkich potencjalnych źródeł informacji. Na szczęście dzięki znajomościom z UPI nawiązałem już kontakty z ludźmi od PR-u. To okazało się przydatne – ci ludzie naprawdę wiedzieli wszystko o wszystkim, no i czasami uchylali mi rąbka tajemnicy. Nie wypuszczali na zewnątrz żadnych informacji, które mogłyby ich doprowadzić do utraty pracy, ale czasami dzięki tym drobiazgom udawało się opowiedzieć fajne historie.

Czułem, że muszę się jakoś uwiarygodnić. Pięć lat spędziłem, pisząc o koszykówce w Indianie, więc miałem do opowiedzenia kilka historyjek o trenerze uniwersyteckim, Bobbym Knighcie (byłem na przykład świadkiem, jak rzucił krzesłem na parkiet hali Assembly Hall w Bloomington[1]). Przez te pięć lat pisałem też o Indiana Pacers. I relacjonowałem mecze koszykarskie rozgrywane w hali Hinkle Fieldhouse na kampusie Uniwersytetu Butlera. Widziałem w akcji wielu przyszłych zawodowców, kiedy byli jeszcze w liceum albo na studiach.

Denerwowałem się wtedy tym wszystkim, ale jednocześnie byłem zdeterminowany, by udowodnić, że się do tej pracy nadaję. Przecież pisałem o koszykówce. Co, chłopak z Indiany miałby sobie z tym nie poradzić?

Skoro kontrowersję z Jordanem należało już uznać za przeszłość, byłem gotów do rozpoczęcia najwspanialszej przygody mojego życia: relacjonowania losów Chicago Bulls. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zabierze mi to 11 następnych lat życia.

2. Kręgle

Kiedy Byki zaczęły zdobywać tytuły mistrzowskie, wszystko się zmieniło. Zawodnicy przestali być tak dostępni, częściowo, żeby chronić ich przed ludźmi żerującymi na cudzej sławie, a częściowo chyba dlatego, że tak się po prostu dzieje ze sławnymi osobami.

Ale zanim zdobyli swój pierwszy mistrzowski tytuł w 1991 roku, byli tacy sami jak koszykarze z innych drużyn. Zabiegali o uwagę mediów. Łaknęli popularności wśród kibiców. Musieli być mili dla sponsorów. W latach osiemdziesiątych, przy okazji meczów przedsezonowych, Bulls musieli poświęcić jeden z wieczorów na spotkanie z finansującymi ich przedsiębiorcami i wziąć udział we wspólnych atrakcjach. Przez kilka lat z rzędu największą z nich były kręgle. Zaczęło się w 1988 roku – Bulls wynajęli klub Brunswick Lanes w Deerfield, w pobliżu swojego ośrodka treningowego. Każdy tor miał swojego sponsora, osobnego komentatora, reprezentanta mediów, a zawodnicy i trenerzy zmieniali się pomiędzy kolejnymi torami.

Z uwagi na wzrost kręgle nie są naturalną dyscypliną sportu dla koszykarzy. Ale obrońcy radzili sobie całkiem nieźle.

Jak pewnie się domyślacie, Michael Jordan radził sobie bardzo dobrze. W jednej z rund zaliczył strike’a, strącając wszystkie kręgle rzutem pomiędzy nogami. Twierdził, że rywalizuje w tej dyscyplinie po raz pierwszy w życiu.

Ale to nie on był największą gwiazdą wieczoru, tak przynajmniej uważał mój poprzednik w „Daily Herald”, Jim O’Donnell, który tak opisywał ten wieczór w 1988 roku: „Niekwestionowaną gwiazdą wieczoru był nowy reporter »Daily Herald«, Kent McDill, który zaliczył sześć strike’ów[2] z rzędu i zdobył 207 punktów, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo w rywalizacji dziennikarzy”.

I co ty na to, Michaelu Jordanie?

Nagrodą za zwycięstwo był sprzęt kręglarski oraz kręgiel podpisany przez wszystkich zawodników. Dzięki temu posiadam swój jedyny autograf Michaela Jordana i Sama Vincenta. À propos – Sam Vincent. Były obrońca uczelni Michigan State grał w Bulls przez dwa lata – od 1987 do 1989 roku, ale wtedy, w 1988, odmówił udziału w zawodach w kręgle. Nie był przy tym niemiły. Poświęcił swój czas sponsorom. Ale miał też bardzo dobry powód, żeby odmówić gry.

„Kręgle nie są częścią mojego dziedzictwa kulturowego” – powiedział.

3. Najbardziej niesamowita anegdota o Michaelu Jordanie

Kiedy w 1995 roku rozgrywający Randy Brown dołączył do Bulls (przy okazji – wydarzyło się to tego samego dnia, kiedy ogłoszono podpisanie kontraktu z Dennisem Rodmanem), trafił tu po pięciu sezonach spędzonych we wlokących się w ogonie ligi Sacramento Kings. Miałem na jego temat wyrobioną opinię.

Kiedy kilka dni po konferencji prasowej, na której został zaprezentowany jako nowy nabytek zespołu, miałem okazję po raz pierwszy pogadać z Brownem, zadałem mu tylko jedno pytanie:

„Randy, jeżdżę na mecze Bulls od 1988 roku, więc byłem w Sacramento siedem razy i nigdy nie znalazłem tam niczego ciekawego. Co byś mi zatem zaproponował?”

„Nic” – odpowiedział ze śmiechem Brown, po czym zaczął tłumaczyć, że Sacramento jest największą trupiarnią spośród wszystkich miast NBA, wliczając w to nawet Charlotte, którego ulice na początku lat dziewięćdziesiątych, po dołączeniu Hornets do ligi, pustoszały już około dziewiątej wieczorem.

Ale dowiedziałem się, że przy okazji podróży do Sacramento można było zrobić jedną rzecz: pojechać do oddalonego o dwie godziny Reno w stanie Nevada. I tak oto, podczas siedmiomeczowej serii meczów wyjazdowych na Zachodnie Wybrzeże w sezonie 1992/93, korzystając z wolnego dnia, który wypadł nam w Sacramento, zamierzaliśmy razem z byłym reporterem „Sun-Timesa”, Mikiem Mulliganem, odwiedzić Reno.

1 lutego Bulls grali z Utah Jazz w Salt Lake City. Po meczu rozmawiałem z Michaelem Jordanem przed szatnią w hali Delta Center. Bulls wtedy wygrali, więc koszykarz był w dobrym humorze.

Zapytaliśmy się, co zamierza robić przez dwa dni w Sacramento (Bulls mieli zagrać z Kings dopiero 3 lutego wieczorem), a on zaczął przewracać lekceważąco oczami, żeby pokazać, co sądzi o tamtejszych atrakcjach.

„A wy co będziecie robić?” – zapytał.

„Jedziemy jutro do Reno” – odpowiedział Mulligan.

Michaelowi zaświeciły się oczy. Przez te wszystkie lata pewnie wiele słyszeliście o uzależnieniu Jordana od hazardu, ale być może nigdy dotąd nie rozumieliście, jak bardzo to lubił. Myślę, że dopiero teraz naprawdę to zrozumiecie.

„Masz – powiedział, przekazując Mulliganowi banknot studolarowy. – Postaw to za mnie w blackjacka[3]”.

Tyle. Koniec rozmowy.

I tak następnego dnia, po napisaniu relacji z popołudniowego treningu Bulls, pojechaliśmy razem z Mulliganem z Sacramento do Reno. Pamiętam z tamtej przejażdżki kilka rzeczy: ja prowadziłem samochód, a po drodze Mulligan usiłował wytłumaczyć mi, na czym polega europejski futbol (nie wiedziałem jeszcze wtedy, że za sześć lat rozpocznę własną podróż do futbolowej strefy kibica). Ale też sporo gadaliśmy na temat tego studolarowego banknotu. Pojawiły się pytania, na które nie znaliśmy odpowiedzi.

„A co zrobimy, jeśli będziemy musieli podwoić stawkę?” – zapytał Mulligan. Kiedy w pierwszych dwóch kartach dostajesz 10 lub 11, a krupier ma poniżej siedmiu punktów, możesz podwoić stawkę. Jest to raczej standardowa procedura, więc zdecydowaliśmy, że w takiej sytuacji dorzucimy stówę.

„A co, jeśli dostanie asy albo ósemki?” – zapytałem. Zwyczajowo dzieli się wtedy swoją kartę na dwie ręce, niezależnie od tego, ile punktów zdobył krupier. I znów dotarło do nas, że będzie to kosztowało dodatkowe 100 dolarów.

Aż wreszcie wpadliśmy na najlepszy pomysł, którego ostatecznie nigdy nie wykorzystaliśmy.

„A gdybyśmy tak postawili te 100 dolarów na czerwone 23 w ruletce? – zaproponował Mulligan. – Jeśli wygramy, zarobimy 3500 dolarów. Powiemy Michaelowi, że wygrał z krupierem w blackjacka, oddamy mu 200 dolarów, a resztę pieniędzy podzielimy między siebie”.

Pomysł był znakomity, ale nieuczciwy i niewłaściwy. Powiedziałem to Mulliganowi, który niechętnie przyznał mi rację. To było ponad 20 lat temu, a on wciąż jest niezadowolony, że się ze mną zgodził.

Przyjechaliśmy do Reno i weszliśmy do kasyna Harrah’s. Ponieważ Jordan przekazał swoje pieniądze Mulliganowi, to on nimi zarządzał.

Mulligan ma nosa do hazardu. Nie zamierzał postawić otrzymanej od Jordana stówy, zanim sam nie rozegra z krupierem kilku partyjek, by poczuć, że trafił na kogoś, kto przynosi mu szczęście.

Ale zanim zasiedliśmy do blackjacka, pierwszym stołem, na który natrafiliśmy, był stół do ruletki. Lubię ruletkę, więc przekonałem Mulligana, żeby usiadł razem ze mną i rozegrał kilka rundek. Pobraliśmy żetony, rozłożyliśmy je przed sobą i zaczekaliśmy na pierwszy obrót koła.

Oczywiście kulka zatrzymała się na polu czerwonym, na numerze 23.

Myślałem, że Mulligan padnie z wrażenia. A potem mnie zabije. Nikt z siedzących przy stole nie miał pojęcia, z czego się śmiejemy, ale nie byliśmy w stanie się powstrzymać.

Przez długi czas nie wyciągnęliśmy stówy Jordana. Mulligan zagrał w kości, potem w wideopokera i jeszcze trochę w blackjacka. Tamtej nocy szło mi przy stole blackjackowym fantastycznie, w pewnym momencie krupier powiedział: „Wygrał pan już ze mną 13 razy z rzędu, wie pan?”. Wiedziałem, że dobrze mi idzie, ale byłem tym dosyć zaskoczony. Nigdy wcześniej nie miałem w hazardzie takiej passy.

W końcu uznaliśmy, że nadszedł czas, by znaleźć stół, przy którym będziemy mogli obstawić pieniądze Jordana.

I ja, i Mulligan lubiliśmy siedzieć na końcu stołu, więc ja zająłem miejsce numer 1, a on ostatnie. Rozegraliśmy kilka, może kilkanaście rozdań, aż w końcu Mulligan spojrzał na mnie i powiedział: „No dobra, jedziemy”. Kiedy weszliśmy do kasyna, wymieniliśmy 100 dolarów od Jordana na czarny żeton, żeby jakoś odróżnić jego pieniądze, i wreszcie postanowiliśmy włączyć ten czarny żeton do gry.

Karty zostały rozdane. Spojrzałem na pierwszą z nich, rozejrzałem się po stole i zobaczyłem, że Mulligan wyciągnął króla. Wziąłem drugą kartę i zacząłem się zastanawiać nad kolejnym ruchem, kiedy mój towarzysz powiedział do mnie: „Kent, spójrz”.

W rękach Mulligana znajdowała się piękna kombinacja króla i asa, gwarantująca 21 punktów i blackjacka.

Mulligan odebrał wygraną Jordana, czyli 250 dolarów, trochę jeszcze pograliśmy, po czym udaliśmy się w podróż powrotną do Hyatta w Sacramento.

Ponieważ to Mulligan wygrał, zgodziliśmy się, że sam opowie Jordanowi, co się wydarzyło. Od tego momentu historia robi się trochę straszna. Rankiem 3 lutego, idąc do siłowni, natknąłem się w sklepie z pamiątkami w hotelowym lobby na Jordana.

Przygotowywał się do wyjścia na poranny trening.

„Hej, Kent – powiedział. – Jak wam poszło wczoraj w nocy?”

Przysięgam, że się nie wygadałem. Obiecałem Mulliganowi, że nie puszczę pary z ust i tego nie zrobiłem. Ale Jordan był bardzo dociekliwy.

„Wygrałem? Czy przegrałem?” – dopytywał.

„Obiecałem Mike’owi, że to on ci powie” – odparłem.

Jordan podszedł do mnie bardzo blisko, pochylił się, żeby móc spojrzeć mi w oczy. Po czym powoli się odwrócił i powiedział: „Miałem blackjacka”.

Nic mu nie powiedziałem i Mulligan miał potem przyjemność przekazać mu 250 dolarów. Ale ten koleś to wiedział. On już to wiedział.4

4. Zwycięstwo 108:101 nad Lakers i pierwszy tytuł mistrzowski

Inglewood, Kalifornia. 13 czerwca 1991 roku

Wszystko ma swój początek. I mistrzowska passa Byków zaczęła się właśnie wtedy.

Po raz pierwszy w swojej 25-letniej historii Chicago Bulls zostali mistrzami NBA. Zawładnęli halą Great Western Forum w Los Angeles i zadali kłam teorii, że żadna drużyna nie zdobędzie tytułu mistrzowskiego w swoim pierwszym występie w finałach.

Pokonując Los Angeles Lakers, przeciwstawili się też opiniom, że są drużyną jednego zawodnika. Scottie Pippen pokonał w pojedynku strzeleckim Michaela Jordana 32:30, a obrońca John Paxson trafił w czwartej kwarcie pięć z sześciu rzutów. Bulls wygrali finałową serię 4-1.

„Każdy sportowiec marzy o czymś takim – powiedział Paxson, który zakończył mecz ze zdobyczą 20 punktów. – To coś niebywałego. Najwspanialsze jest to, że zwyciężyliśmy jako drużyna. Wciąż słyszeliśmy, że jesteśmy zespołem jednego zawodnika. Ale myślę, że zdobycie mistrzostwa położy temu kres, przynajmniej do czasu rozpoczęcia kolejnego obozu treningowego”.

„Od jakiegoś czasu próbujemy pozbyć się tego piętna – mówił Jordan. – Niektórzy z was twierdzili, że to moja wina, że to przez mój styl gry w ataku. Ale teraz przed kamerami cały kraj był świadkiem tego, jak zdobywamy mistrzostwo jako drużyna”.

Telewizja pokazała też nietypowe pomeczowe świętowanie. Bulls zebrali się w szatni hali Great Western Forum i pod przewodnictwem trenera Phila Jacksona odmawiali modlitwę. Korki butelek od szampana wystrzeliły dopiero potem.

„Przez cały sezon byli bardzo skupieni – powiedział Jackson. – I chyba teraz właśnie mogą to sobie wynagrodzić”.

Jordan zdobył nagrodę MVP dla najbardziej wartościowego zawodnika finałów, kolejną po nagrodzie MVP dla najlepszego zawodnika sezonu zasadniczego.

„Nie dbam o to w ogóle – powiedział. – Cała drużyna powinna ją dostać”.

Mecz rozstrzygnął się w czwartej kwarcie, która zaczęła się od wyniku 80:80. Ostatni remis pojawił się przy stanie 93:93. Przerwał go Paxson, trafiając z niespełna sześciu metrów na trzy minuty i 54 sekundy przed końcem. Sam Perkins, który zdobył w czwartej kwarcie 12 punktów dla Lakers, spudłował rzut z półdystansu, a Paxson trafił z pięciu i pół metra w lewym rogu, dając Bulls na trzy i pół minuty przed końcem prowadzenie 97:93.

Perkins naciskany przez Paxsona spudłował za trzy punkty, a piłka znów trafiła do rozgrywającego Bulls, który trafił łatwy layup i na trzy minuty i trzy sekundy przed końcem podwyższył wynik na 99:93.

Lakers zmniejszyli jeszcze dystans do 103:101 na minutę i 13 sekund przed końcem, ale w kolejnej akcji Paxson znów trafił z półdystansu. Na 35 sekund przed końcem Perkins ponownie spudłował za trzy punkty i Bulls mogli rozpocząć świętowanie.

Ani James Worthy, ani Byron Scott nie byli w stanie zagrać w decydującym meczu sezonu. Trener Lakers Mike Dunleavy nie miał wyjścia – musiał wystawić w pierwszej piątce A.C. Greena, byłego uczestnika Meczu Gwiazd, i Terry’ego Teagle’a.

„Żeby zachować szansę na zdobycie tytułu, cała pierwsza piątka musiała być w znakomitej dyspozycji i dostać jeszcze wsparcie od kogoś z ławki – mówił Dunleavy. – Kiedy jednak rozpoczęła się rywalizacja, posypaliśmy się”.

Lakers prowadzili przez większość pierwszej kwarty, w połowie było 16:11. Bykom udało się odrobić straty i na ponad minutę przed końcem po wsadzie Jordana doprowadzić do remisu 23:23.

Dunleavy szybko posłał na parkiet jedynych dwóch rezerwowych, którzy zagrali tego wieczoru – Eldena Campbella i Tony’ego Smitha. Campbell zdobył w pierwszej połowie 13 punktów, a Smith trafił trzy ważne rzuty w drugiej kwarcie, wyprowadzając Lakers na prowadzenie 49:48 do przerwy. Pippen trafił w pierwszej połowie tylko jeden z dziewięciu rzutów, ale zaliczył cztery przechwyty.

Trzecia kwarta wyglądała podobnie – prowadzenie zmieniało się jeszcze siedmiokrotnie, aż w końcu Pippen wszedł pod kosz i trafił layup na osiem minut przed końcem kwarty, wyprowadzając Bulls na prowadzenie 62:60. Po niecelnym rzucie Teagle’a Scottie trafił po raz kolejny po podaniu Jordana, a Byki podwyższyły wynik na 64:60.

Prowadzenie urosło do stanu 70:62 po tym, jak Jordan trafił z półdystansu, a Pippen odebrał piłkę Johnsonowi i na sześć minut przed końcem zdobył punkty wsadem. Ale Lakers (a dokładniej Sam Perkins i Magic Johnson) trafili dwa razy za trzy punkty i znów dogonili rywali.

5. Ja i Michael Jordan

Istnieje popularny filmik z 1994 roku, w którym Michael Jordan idzie korytarzem na niższym poziomie hali Chicago Stadium, osaczony przez dziennikarzy, którzy chcą nagrać jakąś jego wypowiedź. Jordan był wtedy „na pierwszej emeryturze”. Odwiedził stare śmieci, żeby zobaczyć, jak Byki radzą sobie bez niego. Trenował wtedy, żeby rozpocząć karierę baseballisty, jego dalsza przygoda z koszykówką była tylko marzeniem i już jakiś czas temu zniknął z radaru mediów.

Na wideo można obejrzeć uśmiechniętego Jordana, idącego pewnym krokiem przez tunel, otoczonego przez wianuszek kamerzystów i reporterów. Próbuje znaleźć bezpieczne miejsce, z dala od przedstawicieli mediów.

Potrzebował czegoś, dla odwrócenia uwagi. I wtedy dostrzegł mnie.

Byłem reporterem dziennika „Daily Herald” i od 1988 roku relacjonowałem występy Jordana, jeździłem z Bykami na wszystkie mecze wyjazdowe. Opisywałem zdobycie trzech tytułów mistrzowskich w 1991, 1992 i 1993 roku. Znałem Michaela i on mnie znał.

Nie próbowałem wtedy stworzyć o nim kolejnego artykułu. Stałem z boku i obserwowałem ten cyrk medialny, którego zazwyczaj starałem się unikać. Wiedziałem, że jeśli będę czegoś od niego potrzebował, to pewnie uda mi się to załatwić potem, kiedy tłum się przerzedzi.

Ale to Jordan mnie potrzebował. Kiedy więc zobaczył, że stoję obok, ruszył w moim kierunku, razem ze wszystkimi tymi kamerami, próbując uciec przed falangą otaczających go dziennikarzy. Objął mnie i przywitał. Potem odsunął mnie i pociągnął za sobą, jakby chciał udowodnić, że robi coś więcej, a nie tylko próbuje uwolnić się od hordy reporterów.

Ewidentnie mnie wykorzystywał. Na filmie widać, że niekoniecznie mam ochotę znaleźć się w oku kamer. Ale szliśmy tak razem, aż dotarliśmy do szatni.

W ciągu jedenastu lat wspólnych podróży z Bulls nawiązałem relacje ze wszystkimi członkami zespołu. Więź z Jordanem nie należała do najsilniejszych. Ale nie zmieniało to faktu, że czuł się ze mną bezpiecznie, bo wiedział, że nie próbuję rzucać mu kłód pod nogi ani grzebać w jego życiu osobistym. Szanował to i często poświęcał mi czas, po prostu dlatego, że rzadko zadawałem mu pytania.

W tej książce znajdziecie wiele historii o mnie i o Michaelu Jordanie.

Znajdowałem się blisko największej sportowej historii tamtego dziesięciolecia z jej najważniejszym bohaterem w centrum wydarzeń.

6. Scottie Pippen

Kiedy Scottie Pippen i Horace Grant zostali wybrani w pierwszej rundzie draftu latem 1987 roku, pracowałem jeszcze w UPI.

Obaj mieli ostatecznie odegrać ogromną rolę w sukcesach drużyny i zdobyciu wszystkich tytułów mistrzowskich (trzech dla Granta, sześciu dla Pippena). Ale na powitalnej konferencji prasowej największą atrakcją był Pippen. Choć został wybrany z numerem piątym przez Seattle SuperSonics i od razu sprzedany do Bulls, nikt poza ścisłym gronem wtajemniczonych nie miał pojęcia, kto to taki. Grał w koszykówkę na Uniwersytecie Central Arkansas, zrzeszonym w NAIA[4]. Nie była to silna drużyna nawet w strukturach tego stowarzyszenia. Dopiero pod koniec swojej kariery uniwersyteckiej młody koszykarz stał się obiektem zainteresowania skautów NBA.

Potem dowiedziałem się o dzieciństwie Pippena spędzonym w Arkansas w malutkim domku bez podłogi, z dziewięciorgiem rodzeństwa i ojcem poruszającym się na wózku inwalidzkim. Pippen przybył do świata, w którym biedni koszykarze afroamerykańscy musieli dostosować się do zupełnie nowego stylu życia, pełnego dużych pieniędzy i sławy. A możliwe, że sam był najbiedniejszy z nich wszystkich.

I podobnie jak nigdy nie zapominałem, jak trudne relacje miał z klubem Jerry Krause, którego wszyscy zawodnicy szczerze nienawidzili, tak nie mogłem nie mieć na uwadze pochodzenia Pippena, kiedy przyglądałem się, jak radzi sobie ze sławą i bogactwem.

Z koszykarskiego punktu widzenia najważniejsze było ciało Scottiego. Był chudziuteńki, żylasty, miał długie ręce, długie nogi i długie palce, jakby składał się tylko z kończyn. Krause, który w dniu prezentacji dwóch nowych zawodników Chicago przeżywał być może swoje najlepsze chwile w roli dyrektora zarządzającego Bulls, nie potrafił się powstrzymać i wciąż mówił o Pippenie i budowie jego ciała.

Kiedy Scottie trafił do ligi, nie miał jeszcze oczywiście pojęcia, jak się mają jego warunki fizyczne do standardów NBA. Dopiero na obozie odbywającym się tuż przed draftem, kiedy stanął naprzeciwko uniwersyteckich wielkoludów, okazało się, że radzi sobie z nimi całkiem nieźle.

Bardzo szybko doszedłem do wniosku, że chciałbym zbliżyć się do Pippena, co z pewnością ma jakieś głębokie uzasadnienie psychologiczne. Na początku nie grał nawet w podstawowej piątce – ówczesny trener Doug Collins wolał wystawiać byłą gwiazdę uczelni Ohio State, Brada Sellersa. Uważał, że Pippen jest zbyt chudy i zbyt wysoki jak na niskiego skrzydłowego. Ale ja czułem, że szybko przebije się do pierwszego składu. Drużyny nie wybierają w drafcie zawodników z piątym numerem, żeby trzymać ich potem na ławce.

Zakumplowałem się więc z nim. Podczas gdy inni gromadzili się wokół Jordana, którego szafka znajdowała się w szatni Chicago Stadium naprzeciwko tej Pippena, ja przywykłem do zagadywania Scottiego po każdym meczu. Wiedziałem, że i tak zdobędę wypowiedzi Jordana – zawsze stał i cierpliwie wysłuchiwał pytań, aż sami dziennikarze mieli już dość. Ale kiedy potrzebowałem wypowiedzi kogoś innego niż Michael, to moim celem był zawsze Pippen.

Scottie to doceniał. Zawsze się cieszył, kiedy mnie widział. Bez niechęci odpowiadał nawet na trudne pytania. Chyba dostrzegał, że w trakcie relacjonowania występów drużyny traktowałem go tak samo poważnie jak Jordana.

Sytuację, kiedy w szatni albo przy zejściu z boiska treningowego sportowiec rozmawia z dużą grupą dziennikarzy, nazywamy w języku dziennikarskim gangbangiem[5]. Nie jesteśmy dumni z tej części naszej pracy. Bo choć zdarza się, że z gangbangu udaje nam się wycisnąć jakieś fajne cytaty, to przecież wiemy, że korzystają z nich również wszyscy inni uczestnicy orgii.

Jako reporter miałem za zadanie wyciągać informacje, których nie uzyskał nikt inny. Po kilku latach nauczyłem się, że warto czasem odczekać do końca gangbangu, i zdarzało mi się namówić Jordana albo Pippena na rozmowę indywidualną, pod warunkiem, że ograniczę się do dwóch, trzech pytań. Moje pytania bywały dość dziwne, bo próbowałem uzyskać zwariowane wypowiedzi.

Pippen i Jordan wiedzieli też, że mogą mi zaufać i zacytuję ich bez przeinaczeń. Że na pewno nie wyrwę ich wypowiedzi z kontekstu i nie postawię w niezręcznej sytuacji.

Stało się to dla nas swego rodzaju rytuałem. Moja praca była dzięki temu łatwiejsza, a ja sam zacząłem się wyróżniać.

Któregoś dnia, po wyjątkowo długim i wyczerpującym gangbangu w hali Berto Center, która była ośrodkiem treningowym Bulls, Pippen wyszedł i zobaczył mnie, czekającego cierpliwie z boku na swoją kolej do zadawania pytań.

„Dlaczego właściwie to robisz? – zapytał z uśmiechem. – Zawsze stoisz z boku i na mnie czekasz”.

„Chcę po prostu poświęcić chwilę na rozmowę tylko z tobą” – odpowiedziałem.

Uśmiechnął się. Rozpoczęliśmy wywiad. A potem przez lata jeszcze setki kolejnych.

7. MVP

Kiedy pisałem tę książkę, w NBA trwał sezon 2013/14. Kevin Durant z Oklahoma City Thunder był głównym faworytem do zdobycia nagrody MVP sezonu, której laureatem w czterech z pięciu ostatnich lat był skrzydłowy Miami Heat, LeBron James. Jedynym odstępstwem od normy był sezon 2010/11, kiedy Derrick Rose z Chicago Bulls ogłosił się kandydatem do tego lauru, po czym rozegrał najlepszy sezon w karierze. Dziennikarze, którzy są jurorami konkursu i lubią opowiadać, na kogo głosowali, wybrali Rose’a, a nie Jamesa, choć przecież LeBron grał wtedy równie dobrze, jak w dwóch poprzednich latach, i kończył właśnie swój pierwszy sezon w barwach Miami Heat.

Dziennikarzom zdarza się głosować na kogoś tylko po to, żeby nie zagłosować na kogoś innego. O to właśnie oskarżono mnie w sezonie 1996/97, kiedy Michael Jordan stracił nagrodę MVP na rzecz Karla Malone’a z Utah Jazz. Jordan wygrał swoją pierwszą nagrodę MVP w 1988 roku, zanim jeszcze zostałem reporterem akredytowanym przy Bulls. Kolejne zdobywał w 1991 i 1992 roku, kiedy już mogłem na niego głosować i z tej możliwości skorzystałem. Nie wygrał w 1993 roku, kiedy to Charles Barkley w pojedynkę wprowadził Phoenix Suns do finałów NBA i był o włos od zdobycia mistrzostwa, ale przegrał z Jordanem i prowadzonymi przez niego Bulls.

Minęły trzy kolejne lata i Jordan sięgnął w 1996 roku po następną nagrodę po tym, jak zrezygnował z gry na dwa lata, żeby poukładać sobie wszystko w głowie. Zdobył wtedy swój czwarty tytuł mistrzowski.

W sezonie 1996/97 Bulls i Utah Jazz zderzyli się ze sobą w finałach play-offów. Liderem Jazz był wtedy Karl Malone, który zdobywał średnio 27,4 punktu na mecz i trafiał ze skutecznością 55 procent z gry.

Malone był fenomenalnym koszykarzem, a w ciągu pierwszych 13 sezonów spędzonych w NBA opuścił tylko pięć meczów. Zasługiwał na podziw, ale czy zasługiwał na nagrodę MVP?

Okazało się, że chyba zasługiwał, bo w tamtym sezonie zdobył tę nagrodę, a Jordan zajął w głosowaniu drugie miejsce. Michael zdobywał średnio 29,6 punktu – po raz pierwszy od trzeciego sezonu w NBA miał na koncie poniżej 30 punktów na mecz. Trafiał z gry ze skutecznością 48,6 procent, co było również jednym z jego najniższych wyników w karierze.

Bulls zakończyli sezon z lepszym bilansem od Utah – wygrali 69 meczów, a Jazz 64, ale Jordan grał w drużynie z innym przyszłym członkiem Hall of Fame, Scottiem Pippenem. Co prawda, podobnie było z Malone’em, który miał u boku Johna Stocktona. Tyle że Bulls i Jordan mieli do dyspozycji jeszcze Dennisa Rodmana, a Jazz – no cóż – Jazz nie mieli Dennisa Rodmana.

Oddałem więc głos, napisałem na ten temat felieton do swojej gazety i go opublikowałem. Potrafiłem uargumentować swój wybór i naprawdę wierzyłem, że Utah bez Malone’a byliby znacznie gorsi, niż Bulls bez Jordana. Chętnie opowiadałem o tym w wywiadach radiowych.

Po czym nastąpiło coś nieoczekiwanego. Malone wygrał głosowanie, a Chicago eksplodowało.

Pomysł, że nagrodę MVP może otrzymać ktoś inny niż Jordan, zwłaszcza po triumfalnym powrocie do gry w sezonie 1995/96, kiedy poprowadził Byki do czwartego tytułu, był po prostu śmieszny. Kibice dopytywali, kto, do cholery, zagłosował na Malone’a?

Tydzień po oddaniu głosów i dwa tygodnie przed ogłoszeniem wyników konkursu popołudniówka z Salt Lake City, „Deseret News”, zrobiła sondaż wśród wszystkich jurorów i poprosiła ich, żeby przyznali się, na kogo głosowali. Zanim jeszcze zrobiła to NBA, dziennikarze gazety ogłosili, że to Malone będzie zwycięzcą.

Ale ludzie z „Deseret News” poszli krok dalej. Kiedy z wyprzedzeniem ogłosili zwycięzcę, poinformowali też świat, że cała trójka reporterów z Chicago – ja, Terry Armour z „Chicago Tribune” oraz John Jackson z „Chicago Sun-Timesa” – oddała swoje głosy na Malone’a. Wieść poszła w świat. Uznano nas za zdrajców. Stwierdzono, że jesteśmy z jakiegoś powodu uprzedzeni do Jordana. I że zagłosowaliśmy na Malone’a, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Wcale tak nie było, przynajmniej w moim przypadku, choć trzeba przyznać, że udało mi się bardzo zwrócić na siebie uwagę. Wiem, że Armour starał się swój wybór ukryć, a Jackson napisał o nim felieton, kiedy wieści już się rozeszły.

Dzień po ogłoszeniu newsa wystąpiłem w The Score, sportowej stacji radiowej z Chicago. Zapytali mnie, czy jestem gotów odbierać telefony od kibiców. Zgodziłem się. Nie wpłynęło to zbyt dobrze na moją samoocenę.

Trener Bulls, Phil Jackson, publicznie potępił wyniki głosowania, ale darował mi i nie wymienił mojego nazwiska.