Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 710 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chemik - Stephenie Meyer

Powiedzmy, że ma na imię Alex. Tożsamość i imiona zmienia jak rękawiczki – pracuje dla amerykańskiej agencji rządowej, która jest tak tajna, że nawet nie ma nazwy. Alex zajmowała się przygotowywaniem substancji pomagających śledczym wydobywać zeznania od podejrzanych. Określenie „nowoczesne metody tortur” byłoby tu na miejscu…

Po zamachu na życie Alex, w którym ginie jej przyjaciel i zarazem współpracownik, kobieta zaczyna się ukrywać. Po kilku latach zgłasza się do niej kolega z departamentu, powierzając jej kolejne zadanie. Czy to zasadzka, czy też rzeczywiście od wyjątkowych umiejętności Alex zależy życie wielu  ludzi? Postanawia zaryzykować i zgodnie z otrzymanymi wytycznymi porywa mężczyznę, który działając na zlecenie mafii narkotykowej, zamierza wywołać epidemię. Najbardziej wymyślne tortury nie pomagają jednak zmusić rzekomego przestępcy do zeznań – zupełnie jakby był niewinny…. Alex zaczyna dostrzegać kolejne nieścisłości w przedstawionej historii. Instynkt podpowiada jej, że prawda może być zupełnie inna. Czy przeczucie jej nie myli?

Opinie o ebooku Chemik - Stephenie Meyer

Fragment ebooka Chemik - Stephenie Meyer

Okładka

Strona tytułowa

Książkę tę dedykuję Jasonowi Bourne’owi i Aaronowi Crossowi

(oraz Asyi Muchnick i Meghan Hibbett, które wytrwale mi sekundują)

ROZDZIAŁ I

Zadanie, które czekało ją tego dnia, było dla Chris Taylor – bo tak się teraz nazywała – chlebem powszednim. Wstała o wiele wcześniej, niżby miała na to ochotę, rozebrała i schowała swoje standardowe nocne zabezpieczenia. Składanie wszystkiego wieczorem tylko po to, aby z samego rana znów to demontować, było okropnie uciążliwe, ale uznała, że nie warto ryzykować życia dla chwili błogiego lenistwa.

Uczyniwszy zadość tej codziennej rutynie, Chris wsiadła do samochodu – sedan miał już swoje lata, ale jego zaletą był brak poważniejszych uszkodzeń, które zapadałyby w pamięć – i wyruszyła w wielogodzinną podróż. Przekroczyła trzy główne granice, przecięła niezliczone drobniejsze linie na mapie i choć była już wystarczająco daleko od kryjówki, ostrożnie wybierała docelowe miasto: to było za małe, tamto było kompletną dziurą, jeszcze inne wyglądało, jakby tak rzadko pojawiali się w nim przyjezdni, że nie było szans, aby nie rzuciła się komuś w oczy pomimo niezwykle starannej zwyczajności jej kamuflażu. Zapamiętała kilka miejsc, do których być może chciałaby wrócić innego dnia: sklep ze sprzętem spawalniczym, punkt sprzedaży demobilu i targ rolny. Rozpoczął się sezon na brzoskwinie; powinna zrobić zapasy.

Późnym popołudniem dotarła do gwarnego miasteczka, w którym nigdy wcześniej nie była. Nawet w bibliotece panował spory ruch.

Chętnie korzystała z wypożyczalni książek, gdy tylko miała okazję. To, co darmowe, trudniej było wytropić.

Zaparkowała po zachodniej stronie budynku, z dala od oka jedynej kamery, umieszczonej nad wejściem. Wszystkie komputery w środku były zajęte, a obok kręciło się kilka zainteresowanych osób, więc postanowiła się rozejrzeć za jakąś ciekawą lekturą w dziale biografii. Okazało się, że przeczytała już wszystko, co mogłoby jej się przydać. Wybrała więc najnowsze dzieło swojego ulubionego autora powieści szpiegowskich, byłego oficera sił specjalnych amerykańskiej marynarki. Ściągnęła z półki jeszcze kilka stojących obok tytułów i zaczęła wypatrywać wygodnego miejsca, gdzie mogłaby usiąść i zaczekać. Nagle targnęło nią silne poczucie winy; kradzież z biblioteki była taka żałosna. Wyrobienie karty bibliotecznej nie wchodziło jednak w grę z kilku powodów, a przecież istniała szansa, że coś, co wyczyta w tych książkach, poprawi jej bezpieczeństwo. Kwestia bezpieczeństwa zawsze skutecznie zagłuszała wyrzuty sumienia.

Miała świadomość, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach działanie to było bezcelowe – prawdopodobieństwo, że jakakolwiek zmyślona historia naprawdę przyda jej się w praktyce, było niemal równe zeru. Jednak już dawno przejrzała wszelkie dostępne materiały oparte na faktach. Z braku doskonałych źródeł, w których mogłaby poszperać, zadowoliła się tymi poślednimi. Kiedy nie miała żadnego materiału do analizy, czuła jeszcze większą panikę niż zwykle. Poza tym w swojej ostatniej zdobyczy znalazła pewną całkiem praktyczną wskazówkę, którą włączyła do codziennych rytuałów.

Usadowiła się w wypłowiałym fotelu w kącie, skąd miała dobry widok na stanowiska komputerowe, i udawała, że czyta książkę, którą wzięła ze szczytu swojego stosu. Spojrzała na rzeczy rozłożone na blatach – jedna z osób nawet zdjęła buty – i stwierdziła, że trochę potrwa, nim jakiś komputer się zwolni. Najbardziej obiecujące miejsce zajmowała nastolatka o udręczonej twarzy, ze stertą materiałów źródłowych pod ręką, która nie przeglądała serwisów społecznościowych, tylko uważnie spisywała z wyszukiwarki tytuły i nazwiska autorów. Chris pochyliła głowę nad książką, którą ułożyła w zgięciu lewego łokcia. Schowaną w prawej dłoni żyletką starannie odcięła pasek magnetyczny przyklejony taśmą do grzbietu woluminu, a następnie ukryła go w szparze między siedziskiem a podłokietnikiem fotela. Z obojętną miną zabrała się za następną książkę ze stosu.

Gdy nastolatka opuściła stanowisko, by poszukać innych źródeł, Chris była gotowa; ogołocone z kodów książki leżały w plecaku. Niespiesznie, unikając gwałtownych ruchów, wstała z fotela i po chwili siedziała już przed komputerem, zanim ktokolwiek z pełnych nadziei oczekujących zdążył się zorientować, że przegapił swoją szansę.

Dzień e-maili zawsze się przeciągał. Po sprawdzeniu poczty, które zwykle zajmowało jej około trzech minut, miała mniej więcej cztery godziny – pod warunkiem że nie wybrała okrężnej drogi – na powrót do tymczasowego domu. Na końcu oczywiście czekało ją ponowne zmontowanie zabezpieczeń, zanim wreszcie mogła położyć się spać.

Chociaż nic nie łączyło jej obecnego życia z tym kontem e-mailowym – żaden stały adres IP, żadna wzmianka o miejscach czy nazwiskach – gdy tylko skończyła czytać wiadomości, a czasem także odpowiadać na nie, już siedziała w samochodzie i wciskała gaz do dechy, aby szybko znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Na wszelki wypadek.

„Na wszelki wypadek” stało się mimowolną mantrą Chris. Jej codzienność kręciła się teraz wokół przesadnych przygotowań, ale, co często sobie powtarzała, bez tych zabiegów już by nie żyła.

Miło byłoby nie musieć podejmować tego ryzyka, ale wiedziała, że pieniądze kiedyś się skończą. Zwykle udawało jej się znaleźć posadę pomocy w małej rodzinnej firmie, najlepiej takiej z rejestrem prowadzonym długopisem w zeszycie, ale zarobki w takich miejscach pokrywały tylko podstawowe potrzeby: jedzenie i czynsz. Nigdy nie wystarczały na poważniejsze wydatki, takie jakie jak fałszywe dowody tożsamości, aparatura laboratoryjna czy rozmaite składniki chemiczne, które skrzętnie gromadziła. Nie mogła więc zrezygnować z internetu – znajdowała tu klientów, którzy płacili, i robiła wszystko, co w jej mocy, aby to zajęcie nie ściągnęło na nią uwagi tych, którzy pragnęli, aby przestała istnieć.

Ostatnie dwa dni e-mailowe były bezowocne, ucieszyła się więc na widok czekającej na nią wiadomości. Radość trwała mniej więcej dwie dziesiąte sekundy – tyle, ile zajęło jej przetworzenie w myślach adresu nadawcy.

l.carston.463@dpt11a.net

Po prostu tam był – jego prawdziwy adres e-mailowy, po którym z łatwością można było trafić do jej byłych pracodawców. Adrenalina gwałtowną falą rozlała się w jej żyłach „Uciekaj! Uciekaj!” – sygnał był oczywisty, lecz znieruchomiała w niedowierzaniu. Co za arogancja! Nigdy nie pojmie zdumiewającej beztroski, do jakiej są zdolni.

„Nie mogliby dotrzeć tu tak szybko”, tłumaczyła sobie spanikowana, omiatając wzrokiem bibliotekę w poszukiwaniu mężczyzn o barkach za szerokich na ich ciemne garnitury, wojskowych fryzur czy kogokolwiek, kto zmierzałby w jej kierunku. Spojrzała przez okno na swój samochód. Chyba nikt przy nim nie majstrował, ale w końcu nie pilnowała go zbyt dobrze, prawda?

A więc znów ją znaleźli. Tylko skąd mogliby wiedzieć, gdzie postanowiła sprawdzić pocztę? Przecież zawsze wybierała miejsca, z którymi nic jej nie łączyło.

W tej chwili, gdzieś w jakimś schludnym szarym biurze rozległ się alarm, może nawet zaczęły błyskać czerwone światła. To oczywiste, że zlecono wyśledzenie tego adresu IP. Za chwilę zmobilizują oddziały. Ale nawet gdyby użyli helikopterów – a mogli to zrobić – miała jeszcze kilka minut. Dość czasu, by sprawdzić, czego chciał Carston.

Tytuł e-maila brzmiał: „Zmęczona ucieczką?”.

Drań.

Kliknęła, aby otworzyć wiadomość. Nie była długa.

Zmiana polityki. Jesteś nam potrzebna. Czy nieoficjalne przeprosiny załatwiają sprawę? Możemy się spotkać? Nie prosiłbym o to, ale stawką jest życie. Wielu, wielu osób.

Zawsze lubiła Carstona. Na tle wielu innych facetów w ciemnych garniturach, zatrudnionych w ich departamencie, wydawał się jej bardziej ludzki. Niektórzy z nich, zwłaszcza ci umundurowani, byli wprost przerażający. Ta myśl zahaczała o hipokryzję, biorąc pod uwagę jej dawne zajęcie.

Nic dziwnego, że to właśnie Carstona nakłonili, aby się z nią skontaktował. Wiedzieli, że jest samotna i przerażona, więc wysłali starego znajomego, przy którym poczułaby się miło i bezpiecznie. Pewnie wystarczyłby zdrowy rozsądek, by przejrzała ten fortel, ale nie zaszkodziło, że tę samą sztuczkę wykorzystano w powieści, którą wcześniej ukradła.

Pozwoliła sobie na głęboki oddech i trzydzieści sekund koncentracji. Teraz powinna się skupić na następnym kroku – by jak najszybciej opuścić tę bibliotekę, to miasto, ten stan – i zastanowić, czy taka ucieczka wystarczy. Czy jej obecna tożsamość nadal była bezpieczna? A może nadszedł czas na kolejną zmianę?

Jednak podstępna oferta Carstona zmąciła to skupienie.

A co, jeśli…

Co, jeśli dzięki temu naprawdę mogłaby ich zmusić, by zostawili ją w spokoju? Co, jeśli jej pewność, że to pułapka, zrodziła się z paranoi i lektury zbyt wielu książek szpiegowskich?

Jeżeli ta robota była dla nich ważna, może w zamian odzyskałaby swoje życie?

Mało prawdopodobne.

A jednak nie było sensu udawać, że e-mail Carstona gdzieś się zapodział.

Odpowiedziała w sposób, na który jej zdaniem liczyli, chociaż nakreśliła tylko bardzo podstawowy zarys planu.

Zmęczona mnóstwem rzeczy, Carston. Tam, gdzie się poznaliśmy,zatydzieńoddziś, w południe. Jeśli kogokolwiek przy Tobie zobaczę, znikam, itepe, itede,napewno wiesz, jaktodziała. Bez wygłupów.

Chwilę później wychodziła z biblioteki sprężystym krokiem, który opanowała do perfekcji, mimo krótkich nóg. Wydawał się o wiele bardziej swobodny, niż naprawdę był. Odliczała w głowie sekundy, starając się oszacować, ile czasu zajmie dotarcie tu helikopterem z Waszyngtonu. Oczywiście mogli ostrzec miejscowych, ale nie było to w ich stylu.

Cała ta akcja nie była w ich stylu, a jednak… Dręczyło ją nieuzasadnione, lecz coraz bardziej nieprzyjemne poczucie, że być może dotychczasowy styl już ich znużył. Nie przynosił efektów, których oczekiwali, a nie należeli do cierpliwych ludzi. Przywykli do tego, że dostają to, czego chcą, dokładnie wtedy, gdy tego zapragną. A jej śmierci pragnęli od trzech lat.

Ten e-mail z pewnością wskazywał na zmianę polityki. Jeśli rzeczywiście był pułapką.

Musiała założyć, że nią był. Dzięki takiemu podejrzliwemu podejściu do życia jeszcze oddychała. Niewielka część jej umysłu czuła jednak głupią nadzieję.

Wiedziała, że gra o niewielką stawkę. Tylko jedno życie. Jej życie.

A to życie, które zachowała wbrew tak przytłaczającym przeciwnościom, było tylko tym i niczym więcej: życiem. Najbardziej podstawową z podstawowych rzeczy. Jedno bijące serce, jedna para płuc, które rozszerzały się i kurczyły.

Żyła, owszem, i zawzięcie walczyła, aby tak pozostało, ale czasem, w ciemniejsze noce, zastanawiała się, o co tak naprawdę walczy. Czy jakość jej życia była warta tego zachodu? Czy nie przyniosłoby jej wytchnienia, gdyby zamknęła oczy i nie musiała ich znów otwierać? Czy czarna nicość nie była nieco przyjemniejsza niż bezustanne przerażenie i ciągły trud?

Tylko jedno powstrzymywało ją od odpowiedzi „tak” i wyboru jakiegoś spokojnego i bezbolesnego ostatecznego rozwiązania – była to nadzwyczajna żądza rywalizacji. Przydała się jej na medycynie, a teraz tylko dzięki niej nadal oddychała. Nie zamierzała dać im wygrać. Nie było szans, aby pozwoliła im na tak łatwe rozwiązanie ich problemu. Pewnie w końcu ją dopadną, ale niech ich szlag, będą musieli się postarać, a ona upuści im trochę krwi.

Siedziała już w samochodzie, sześć przecznic od najbliższego zjazdu na autostradę. Krótkie włosy schowała pod ciemną czapką z daszkiem, męskie okulary przeciwsłoneczne w szerokich oprawkach zasłaniały większą część jej twarzy, a obszerna bluza maskowała szczupłą figurę. Przypadkowy obserwator mógłby ją pomylić z nastoletnim chłopakiem.

Ludzie, którzy pragnęli jej śmierci, już stracili trochę krwi. Złapała się na tym, że mimowolnie uśmiechnęła się podczas jazdy na to wspomnienie. Dziwne, jak łatwo przychodziło jej ostatnio zabijanie ludzi i jaką satysfakcję jej przynosiło. Stała się bezlitosna, co było ironią, zważywszy na sytuację. Spędziła sześć lat pod ich kuratelą i w tym czasie nie zdołali jej złamać ani sprawić, by polubiła swoją pracę. Trzy lata ucieczki przed nimi jednak wiele zmieniły.

Wiedziała, że nie cieszyłoby jej zabicie niewinnego człowieka. Była pewna, że tej granicy nie przekroczyła i nigdy nie przekroczy. Niektórzy w jej branży – jej dawnej branży – byli prawdziwymi psycholami, ale ona uważała, że właśnie dlatego jej koledzy nie byli tak dobrzy jak ona. Mieli niewłaściwą motywację. Nienawiść do tego, czym się zajmowała, dawała jej siłę, aby wykonywała swoją pracę jak najlepiej.

Teraz, w tym życiu, zabijała, by wygrać – nie całą wojnę, a tylko jedną małą bitwę. Czyjeś serce przestawało bić, a jej biło dalej. Ktoś chciał ją dopaść, lecz zamiast ofiary znajdował drapieżnika. Samotną pajęczycę, niewidoczną za pułapką jej sieci.

Tym się przez nich stała. Zastanawiała się, czy byli dumni ze swojego osiągnięcia, a może tylko żałowali, że nie zdeptali jej dość szybko.

Gdy już przejechała kilka mil autostradą międzystanową, poczuła się lepiej. Miała popularny model samochodu, na drodze było z nią teraz tysiąc identycznych pojazdów, a kradzione tablice rejestracyjne zamierzała zmienić, gdy tylko znajdzie bezpieczne miejsce na postój. Nic nie wiązało jej z miasteczkiem, które właśnie opuściła. Minęła dwa zjazdy i wybrała trzeci. Gdyby chcieli ustawić blokadę, nie wiedzieliby, gdzie to zrobić. Nadal pozostawała w ukryciu. Nadal była bezpieczna, przynajmniej na razie.

Oczywiście powrót prosto do domu nie wchodził już w grę. Przez sześć godzin kręciła się po różnych większych i mniejszych drogach, nieustannie sprawdzając, czy nikt jej nie śledzi. Gdy w końcu wróciła do swego małego wynajętego domu – architektonicznego odpowiednika jej gruchota na kołach – już na wpół spała. Zastanawiała się, czy nie zaparzyć kawy, rozważając korzyści, jakie mógłby jej przynieść zastrzyk kofeiny w obliczu ciężaru dodatkowego zadania, lecz ostatecznie postanowiła wykonać je mechanicznie, na oparach energii.

Wtaszczyła się po dwóch sfatygowanych schodkach werandy, automatycznie omijając przegniłe miejsce po lewej na pierwszym stopniu, i otworzyła podwójne zasuwy stalowych drzwi antywłamaniowych, które zamontowała w pierwszym tygodniu pobytu w tym domu; ściany – drewniane słupy szkieletowe, karton-gips, dykta i winylowa okładzina – nie zapewniały bezpieczeństwa na tym samym poziomie, ale, statystycznie biorąc, intruzi najpierw kierowali się do drzwi. Kraty w oknach też nie były przeszkodą nie do pokonania, ale wystarczyły, aby zmotywować przeciętnego włamywacza do wyboru łatwiejszego celu. Zanim przekręciła gałkę, zadzwoniła dzwonkiem. Trzy szybkie ostre naciśnięcia, które z daleka można by uznać za jedno długie. Cienkie ściany tylko lekko tłumiły dźwięk westminsterskich kurantów. Szybko przekroczyła próg, na wszelki wypadek wstrzymując oddech. Żadnego cichego chrzęstu potłuczonego szkła. Odetchnęła, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi.

Zabezpieczenie domu było jej pomysłem. Profesjonaliści, na których wzorowała się na początku, mieli własne metody. Żaden z nich nie mógł się pochwalić podobnym zestawem specjalistycznych umiejętności. Nie mieli ich także autorzy rozmaitych powieści, z których teraz korzystała – jako mało wiarygodnych instrukcji. Resztę potrzebnej wiedzy mogła z łatwością znaleźć na YouTubie. Wystarczyło kilka elementów starej pralki, zamówiony przez internet mikrokontroler, nowy dzwonek do drzwi i parę innych nabytków, i złożyła sobie z tego porządną minę-pułapkę.

Zamknęła za sobą zasuwy i nacisnęła włącznik najbliżej drzwi, aby zapalić światło. Był on osadzony w panelu z dwoma innymi przełącznikami. Środkowy był tylko atrapą. Trzeci przycisk, najdalej od drzwi, podłączony był do tego samego przewodu sygnałowego, co dzwonek do drzwi. Podobnie jak instalacja i drzwi, panel przełączników był o parę dekad młodszy od reszty małego pomieszczenia, będącego połączeniem salonu, jadalni i kuchni.

Wszystko wyglądało tak, jak to zostawiła: minimalistyczne, tanie meble – nic dość dużego, żeby mogła się za tym schować dorosła osoba – puste blaty i stół, żadnych ozdób ani obrazków. Sterylnie. Nawet z winylową podłogą w barwach awokado i musztardy oraz sufitem typu baranek wnętrze nieco przypominało laboratorium.

Może przez ten zapach. Pokój był tak pedantycznie wysprzątany, że intruz pewnie przypisałby tę basenową woń środkom czyszczącym. Pod warunkiem że dostałby się do domu, nie naruszając założonych przez nią zabezpieczeń. Gdyby uruchomił system, nie miałby czasu na zauważenie zbyt wielu szczegółów wnętrza.

W pozostałej części domu mieściły się tylko niewielka sypialnia i łazienka, w prostej linii od drzwi wejściowych do przeciwległej ściany. Po drodze nie było nic, o co mogłaby się potknąć. Zgasiła światło, by oszczędzić sobie powrotu.

Chwiejnym krokiem weszła przez jedyne drzwi do sypialni i niczym lunatyczka przeszła przez kolejne elementy swojej rutynowej ścieżki. Minirolety przepuszczały dość światła z czerwonych neonów stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy, by nie musiała zapalać lampy. Najpierw przełożyła dwie długie poduszki z pierza na szczyt podwójnego materaca, który zajmował większość miejsca w pokoju, i uformowała je w kształt ludzkiego ciała. Następnie włożyła do poszewek na poduszki plastikowe worki wypełnione sztuczną krwią. Z bliska krew nie wyglądała zbyt przekonująco, ale worki przeznaczone były dla napastnika, który zbił szybę, odsunął rolety i strzelił z tamtego miejsca. W słabym świetle neonów nie dostrzegłby różnicy. Dalej głowa – maska była kolejnym nabytkiem z wyprzedaży po Halloween, karykaturą jakiegoś przegranego polityka, o dość realistycznym odcieniu skóry. Wypchała ją, aby mniej więcej odpowiadała rozmiarowi jej własnej głowy, i doszyła do niej ciemnobrązową perukę. Maleńki kabel, przepleciony między materacem i ramą łóżka, został ukryty w nylonowych pasmach. Identyczny kabel przebiła przez poduszkę, na której spoczywała głowa. Poderwała prześcieradło, potem koc, uklepała we właściwy kształt, a następnie skręciła wolne końce obu przewodów. Było to bardzo wątłe połączenie. Gdyby tylko lekko dotknęła głowy albo potrąciła ułożoną z poduszek sylwetkę, druty rozsunęłyby się.

Cofnęła się i jeszcze raz obrzuciła przynętę spojrzeniem spod wpółprzymkniętych powiek. Nie było to jej najlepsze dzieło, ale jednak dawało złudzenie, jakby ktoś spał w łóżku. Nawet gdyby intruz nie uwierzył, że to Chris, musiałby asekuracyjnie spacyfikować śpiącą postać, aby ruszyć na dalsze poszukiwanie.

Zbyt zmęczona, by przebrać się w piżamę, po prostu rozpięła luźne dżinsy i pozwoliła, aby zsunęły się na podłogę. To jej wystarczyło. Wzięła do ręki czwartą poduszkę i wyciągnęła spod łóżka śpiwór; wydawały się bardziej pękate i cięższe niż zazwyczaj. Zaniosła je do niewielkiej łazienki, wrzuciła do wanny i zabrała się do podstawowych ablucji. Żadnego mycia twarzy tego wieczoru, tylko zęby.

Broń i maska przeciwgazowa były pod umywalką, schowane pod stosem ręczników. Naciągnęła maskę na twarz i wyregulowała paski, następnie zasłoniła dłonią zawór filtra i wciągnęła powietrze przez nos, aby sprawdzić szczelność. Maska porządnie przyssała się do jej twarzy. Zawsze tak się działo, ale nie pozwalała, aby przyzwyczajenie czy wyczerpanie sprawiły, że pominęła ten element zabezpieczeń. W zasięgu ręki, na mydelniczce przykręconej do ściany nad wanną, położyła broń. Nie przepadała za nią – Chris nieźle strzelała w porównaniu do zupełnie nieprzeszkolonego cywila, ale daleko jej było do zawodowca. Ta opcja była jej jednak potrzebna; pewnego dnia wrogowie rozgryzą jej system, a ludzie, którzy po nią przyjdą, też będą mieli maski przeciwgazowe.

Szczerze mówiąc, dziwiła się, że jej sztuczka tak długo ją chroniła.

Z zamkniętym pojemnikiem z pochłaniaczem chemikaliów, zatkniętym za ramiączko biustonosza, powłócząc nogami, cofnęła się o dwa kroki do łazienki. Uklękła obok kratki wentylacyjnej w podłodze po prawej stronie łóżka, którego nigdy nie używała. Pokrywa nie była tak zakurzona, jak powinna być, górne śruby były wkręcone tylko do połowy, a dolnych brakowało, ale była pewna, że nikt, kto zajrzałby przez okno, nie zauważyłby tych szczegółów ani nie zrozumiał, co oznaczały, nawet gdyby je dostrzegł; Sherlock Holmes był chyba jedyną osobą, której zamachu na jej życie się nie obawiała.

Poluzowała górne śruby i podniosła kratkę. Kilka rzeczy natychmiast rzuciłoby się w oczy komuś, kto zajrzałby do środka. Po pierwsze, otwór wentylacyjny w głębi był zasłonięty, więc nie spełniał już swojej funkcji. Po drugie, spory biały kubeł i duża paczka baterii raczej nie powinny się tam znajdować. Zdjęła pokrywę kubła i natychmiast powitała ją ta sama chemiczna woń, która wypełniała frontowy pokój – tak znajoma, że prawie nie zwracała już na nią uwagi.

Sięgnęła w ciemność za kubłem i wyjęła stamtąd najpierw małe dziwaczne ustrojstwo składające się ze zwoju, metalowych ramion i cienkich drucików, następnie szklaną ampułkę wielkości mniej więcej jej palca, a na końcu – gumową rękawicę do sprzątania. Ustawiła solenoid – urządzenie, które wygrzebała z wyrzuconej pralki – tak, aby wychodzące z niego ramiona były na wpół zanurzone w bezbarwnym płynie wypełniającym wiadro. Dwa razy mocno mrugnęła powiekami, aby oprzytomnieć; teraz musiała działać delikatnie. Włożyła rękawicę na prawą dłoń, a zza ramiączka biustonosza wyciągnęła pojemnik, który trzymała w gotowości w lewej dłoni. Dłonią w rękawicy ostrożnie umieściła ampułkę między otworami, które specjalnie w tym celu wywierciła w metalowych ramionach. Ampułka spoczywała tuż pod powierzchnią kwasu, znajdujący się w niej biały proszek był obojętny i nieszkodliwy. Gdyby jednak prąd biegnący w kablach umocowanych tak wątle na łóżku został przerwany, solenoid zamknąłby się gwałtownie, a szkło rozprysło. Biały proszek przekształciłby się w gaz, który nie byłby już ani obojętny, ani nieszkodliwy.

Był to w zasadzie taki sam układ, jak we frontowym pokoju, tyle że tutaj instalacja była prostsza. Pułapkę zastawiała tylko na czas snu.

Odłożyła na miejsce rękawicę i pokrywę wentylatora, a potem z uczuciem, które nie było dość optymistyczne, by można nazwać je ulgą, chwiejnym krokiem wróciła do łazienki. Drzwi, podobnie jak wentylator, mogłyby ostrzec kogoś tak skupionego na szczegółach jak pan Holmes – miękkie gumowe uszczelki wokół wszystkich krawędzi nie były standardowym wykończeniem. Nie zapewniały idealnej izolacji, ale podczas ataku dałyby jej więcej czasu na obronę.

Zanurzyła się w miękki śpiwór. Już dawno przyzwyczaiła się do spania w masce, więc teraz nawet o niej nie myślała, gdy wreszcie z ulgą zamknęła oczy.

Wtuliła się w kokon z puchu i nylonu, wiercąc się, aż twardy kwadrat iPada ułożył się odpowiednio przy jej krzyżu. Był podłączony do przedłużacza, który pobierał prąd z instalacji we frontowym pokoju. Gdyby obieg został przerwany, iPad zacząłby wibrować. Wiedziała z doświadczenia, że to wystarczy, aby ją obudzić, nawet jeśli była tak zmęczona, jak tego wieczoru. Wiedziała też, że była w stanie otworzyć i przykręcić pojemnik – który nadal trzymała w lewej dłoni, przytulony mocno do jej piersi jak pluszowy miś – do maski przeciwgazowej w mniej niż trzy sekundy, nawet jeśli było ciemno, a ona na wpół spała i wstrzymywała oddech. Ćwiczyła to tyle razy, a potem udowodniła sobie podczas trzech sytuacji awaryjnych, które już nie były ćwiczeniami. Przetrwała. System działał.

Mimo wyczerpania jej mózg, pracując już na zwolnionych obrotach, wciąż jeszcze przetwarzał wydarzenia kończącego się dnia. Świadomość, że znów ją znaleźli, była straszna. Nie była zadowolona ze swojej odpowiedzi na tamten e-mail. Zbyt impulsywnie wymyśliła plan, by mogła na nim polegać. W dodatku wymagał on, aby działała szybciej, niż lubiła.

Znała teorię – czasem, jeśli pobiegniesz prosto na gościa z bronią, uda ci się go zaskoczyć. Jej ulubionym ruchem zawsze była ucieczka, ale tym razem nie mogła sobie wyobrazić takiego rozwiązania. Może jutro, kiedy jej zmęczony mózg się zrestartuje.

Otoczona swoją siecią, zasnęła.

ROZDZIAŁ II

Siedząc i czekając na Carstona, rozmyślała o sytuacjach, gdy departament próbował ją zabić.

Barnaby – doktor Joseph Barnaby, jej mentor i ostatni przyjaciel – przygotował ją na pierwszą próbę. A jednak mimo jego przezorności, szczegółowego planowania i głęboko zakorzenionej paranoi to właśnie łut szczęścia w postaci dodatkowej filiżanki czarnej kawy ocalił jej życie.

Źle spała. W owym czasie miała już za sobą sześć lat współpracy z Barnabym, a mniej więcej na początku czwartego roku powiedział jej o swoich podejrzeniach. Z początku nie chciała wierzyć, że mógłby mieć rację. Wykonywali tylko swoją robotę, zgodnie z wytycznymi, i robili to dobrze. „Lepiej nie przyzwyczajaj się do tej sytuacji”, upierał się, chociaż od siedemnastu lat pracował w tym samym wydziale. „Ludzie tacy jak my, którzy wiedzą o rzeczach, o których nikt nie chce, aby wiedzieli, w końcu stają się niewygodni. Nie musisz zrobić nic złego. Możesz być w pełni godna zaufania. To im nie wolno ufać”.

Tyle, jeśli chodzi o pracę dla tych dobrych.

Jego podejrzenia nabrały konkretów, a potem przeobraziły się w plany, które wyewoluowały w praktyczne przygotowania. Barnaby głęboko wierzył w przygotowania – choć koniec końców na niewiele mu się zdały.

W ostatnich miesiącach, w miarę jak zbliżała się data wyjazdu, stres zaczął się nasilać, nic dziwnego więc, że miała problemy ze snem. Tamtego kwietniowego poranka potrzebowała dwóch filiżanek kawy zamiast jednej, żeby rozruszać umysł. Ta dodatkowa filiżanka, w połączeniu z mniejszym niż przeciętny pęcherzem, znajdującym się w jej mniejszym niż przeciętne ciele, spowodowała, że zamiast siedzieć przy swoim biurku, pani doktor, tak bardzo się spiesząc, że nie zdążyła się wylogować, pobiegła do toalety. I tam właśnie była, gdy zabójczy gaz przesączył się przez kratki wentylacyjne do laboratorium. Barnaby za to był dokładnie tam, gdzie miał być.

Jego krzyki były jego ostatnim darem dla niej, ostatnim ostrzeżeniem.

Oboje byli pewni, że jeśli atak nastąpi, nie dojdzie do niego w laboratorium. Zbyt wiele komplikacji. Trupy zazwyczaj budziły zdziwienie, więc mordercy starali się trzymać tego rodzaju dowody jak najdalej od siebie. Nie nachodzili ofiary w jej własnym salonie.

Powinna pamiętać, aby nigdy nie lekceważyć arogancji ludzi, którzy pragnęli jej śmierci. Oni nie przejmowali się prawem. Łączyła ich zbytnia poufałość z tymi, którzy to prawo pisali. Powinna była też docenić moc czystej głupoty, by atakować sprytną osobę zupełnie z zaskoczenia.

Trzy kolejne próby były prostsze. Zawodowi zabójcy, jak przypuszczała, biorąc pod uwagę to, że każdy z nich działał sam. Dotąd sami mężczyźni, chociaż nie mogła wykluczyć pojawienia się w przyszłości kobiety. Jeden z nich próbował ją zastrzelić, drugi – dźgnąć nożem, jeszcze inny – rozłupać jej czaszkę łomem. Żadna z tych prób nie powiodła się, bo obrywały tylko poduszki. A potem napastnicy umierali.

Niewidzialny, lecz bardzo żrący gaz bezgłośnie wypełniał niewielkie pomieszczenie – mijały mniej więcej dwie i pół sekundy, zanim połączenie między przewodami zostało zerwane. Potem zabójca miał jeszcze jakieś pięć sekund życia, w zależności od jego wzrostu i wagi. I nie było to przyjemne pięć sekund.

Jej domowa mieszanka niewiele się różniła od tej, której użyli przeciwko Barnaby’emu. Był to najprostszy znany jej sposób na zlikwidowanie kogoś szybko i bezboleśnie. I w przeciwieństwie do wielu z jej narzędzi walki były to zasoby odnawialne. Potrzebowała tylko porządnego zapasu brzoskwiń i sklepu z wyposażeniem basenów. Nie były to zakupy, które mogły naprowadzić zabójców na jej ślad.

Była naprawdę wściekła, że znowu ją znaleźli.

Poprzedniego dnia była zła już od chwili, gdy otworzyła oczy, a w miarę, jak mijały kolejne godziny przygotowań, czuła tylko coraz większy gniew.

Zmusiła się do drzemki, a potem przez całą noc jechała samochodem wypożyczonym na mało wiarygodny dowód osobisty wystawiony na niejaką Taylor Golding. Zapłaciła za to niedawno zdobytą kartą kredytową na to samo nazwisko. Wcześniej tego ranka przybyła do miasta, w którym nie miała najmniejszej ochoty się znaleźć, a to dodatkowo podkręciło jej rozdrażnienie. Zwróciła samochód do Hertza przy lotnisku Ronalda Reagana, a potem przeszła na drugą stronę ulicy do innej firmy, gdzie wynajęła nowe auto z tablicami rejestracyjnymi Dystryktu Kolumbii.

Sześć miesięcy wcześniej postąpiłaby inaczej. Zabrałaby swoje rzeczy z niewielkiego domku, który wynajmowała, sprzedała obecny pojazd na craigslist, kupiła nowy za gotówkę od jakiegoś prywatnego obywatela, który niczego nie spisywał, a potem ruszyłaby w drogę i jechała bez celu przez parę dni, dopóki nie znalazłaby średniej wielkości miasta, które wyglądałoby, jak trzeba. Tam od początku rozpoczęłaby proces utrzymywania się przy życiu.

Lecz teraz pojawiła się ta głupia, zwariowana nadzieja, że Carston mówił prawdę. Bardzo anemiczna nadzieja. Pewnie sama dla siebie nie stanowiłaby wystarczającej motywacji. Było coś jeszcze – drobna, lecz irytująca obawa, że zaniedbała swój obowiązek.

Barnaby uratował jej życie. I to wiele razy. Za każdym razem, gdy udało jej się przeżyć kolejną próbę zabójstwa, działo się tak, bo to on ją dokształcił, przygotował, ostrzegł.

Jeśli Carston ją okłamywał – a w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach była tego pewna – i przygotował zasadzkę, wszystko, co powiedział, było kłamstwem. Łącznie z tym, że była im potrzebna. A jeśli jej nie potrzebowali, oznaczało to, że znaleźli do tej roboty kogoś innego, kogoś tak dobrego, jak kiedyś ona.

Być może zastąpili ją dawno temu, może wymordowali już cały zastęp pracowników, ale wątpiła w to. Choć departament miał pieniądze i dojścia, zawsze brakowało im jednego – personelu. Pozyskanie tak cennego pracownika jak Barnaby czy ona wymagało czasu. Musieli znaleźć odpowiednią osobę, wykształcić ją i wyszkolić. Ludzie z takimi umiejętnościami nie rośli w próbówkach.

Ona miała Barnaby’ego, który ją ocalił. A kto miał uratować głupiego dzieciaka, którego zatrudnili na jej miejsce? Nowy na pewno był wybitnie zdolny, tak jak ona, ale mógł być ślepy na najważniejszy element. Zapomnij o „służbie dla ojczyzny”, zapomnij o „życiu niewinnych”, zapomnij o „najnowocześniejszych urządzeniach” i „przełomowych odkryciach naukowych” czy „nieograniczonym budżecie”. Zapomnij o siedmiocyfrowej pensji. Co powiesz na to, by nie dać się zamordować? Bez wątpienia ten, kto zajmował teraz jej dawne stanowisko, nie miał pojęcia, że jego bezpieczeństwo – a nawet życie jako takie – stało pod znakiem zapytania.

Chciałaby móc w jakiś sposób ostrzec tego człowieka. Nawet jeśli nie mogła poświęcić na to tyle czasu, ile Barnaby przeznaczył na pomaganie jej. Nawet gdyby była to tylko jedna krótka rozmowa: „Tak nagradzają ludzi takich my. Przygotuj się”.

Ale to nie wchodziło w grę.

Poranek poświęciła na kolejne przygotowania. Zameldowała się w Brayscott, małym luksusowym hotelu, na nazwisko Casey Wilson. Dokument tożsamości, którym się posługiwała, nie był o wiele bardziej przekonujący od tego wystawionego na nazwisko Taylor Golding, ale gdy się meldowała, dzwoniły telefony na dwóch liniach, a zajęta recepcjonistka nie zwracała uwagi na szczegóły. Poinformowała ją, że o tak wczesnej godzinie pokoje są dostępne, ale Casey musiałaby dopłacić za dodatkową dobę, ponieważ mogła się zameldować najwcześniej o trzeciej. Casey zgodziła się na ten warunek bez skargi. Recepcjonistka wyglądała, jakby poczuła ulgę. Uśmiechnęła się do Casey i tym razem naprawdę na nią spojrzała. Casey opanowała wzdrygnięcie. Nie miało znaczenia, czy ta dziewczyna zapamięta jej twarz; i tak w ciągu następnej godziny miała dać wystarczająco dużo powodów, aby ją zapamiętano.

Specjalnie wybierała takie androgyniczne imiona. Była to jedna ze strategii zaczerpniętych z akt spraw, którymi karmił ją Barnaby – właśnie tak postępowali prawdziwi szpiedzy. Podpowiadał to również zdrowy rozsądek, co odkryli także powieściopisarze. Logika wskazywała, że gdyby ktoś szukał w tym hotelu kobiety, zacząłby od wyraźnie kobiecych imion na liście, takich jak Jennifer i Cathy. Być może dopiero w następnej rundzie dotarłby do tych o imieniu Casey, Terry czy Drew. Musiała wykorzystać każdą okoliczność, która pozwalała jej zyskać na czasie. Dodatkowa minuta mogła uratować jej życie.

Casey potrząsnęła głową w stronę gorliwego gońca hotelowego, który podszedł do niej, aby zaoferować swoje usługi, i pociągnęła jedyną walizkę na kółkach do windy. Przez cały czas odwracała twarz od kamery umieszczonej nad panelem przycisków. W pokoju otworzyła walizkę i wyjęła z niej dużą teczkę i czarną torbę, zapinaną u góry na suwak. Poza tymi dwiema rzeczami w walizce nie było nic innego.

Zdjęła żakiet, który nadawał jej cienkiemu szaremu swetrowi i prostym czarnym spodniom profesjonalny wygląd, i odwiesiła go. Sweter spięła wcześniej na plecach, aby był obcisły. Wyjęła agrafki i opuściła sweter luźno wzdłuż ciała, dzięki czemu wydawała się teraz nieco drobniejsza, może trochę młodsza. Zmyła szminkę i większość makijażu oczu. Przejrzała się w dużym lustrze nad komodą, aby ocenić efekt. Młodsza, bezbronna; workowaty sweter sugerował, że się w nim ukrywała. Uznała, że tak może zostać.

Gdyby miała się spotkać z menedżerką hotelu, rozegrałaby to nieco inaczej; może spróbowałaby domalować sztuczne sińce niebieskim i czarnym cieniem do oczu, ale nazwisko na wizytówce w recepcji brzmiało William Green, więc uznała, że nie potrzebuje się już bardziej starać.

Plan nie był doskonały; martwiło ją to. Wolałaby mieć jeszcze tydzień na samo przemyślenie wszystkich możliwych reperkusji. Ale był to najlepszy wariant, jaki mogła wcielić w życie w czasie, którym dysponowała.

Zadzwoniła do recepcji i poprosiła o połączenie z panem Greenem. Odebrał po krótkiej chwili.

– William Green, w czym mogę pomóc?

Głos był życzliwy i przesadnie serdeczny. Od razu wyobraziła sobie mężczyznę w typie morsa, z sumiastymi wąsami.

– Cóż, tak… Mam nadzieję, że panu nie przeszkadzam…

– Ależ skąd, panno Wilson. Z radością pani pomogę, jeśli tylko będę mógł.

– Rzeczywiście, potrzebuję pomocy, ale może to zabrzmieć nieco dziwnie… Trudno to wytłumaczyć.

– Proszę się nie przejmować, z pewnością będę mógł pani pomóc.

Wydawał się niezwykle pewny siebie. Zaczęła się zastanawiać, na jakie dziwne prośby odpowiadał wcześniej.

– Ojej – zatroskała się. – Może łatwiej będzie osobiście? – zakończyła znakiem zapytania.

– Oczywiście, panno Wilson. Na szczęście za kwadrans będę wolny. Moje biuro mieści się na pierwszym piętrze, tuż za rogiem przy recepcji. Czy to pani odpowiada?

– Tak, ogromnie panu dziękuję – odparła z ulgą, drżącym głosem.

Odłożyła torby do szafy i starannie przeliczyła banknoty, które wyjęła z zapasów schowanych w dużej aktówce. Przełożyła je do kieszeni i odczekała trzynaście minut. Zeszła po schodach, aby uniknąć kamer w windzie.

Gdy pan Green zaprosił ją do swego pozbawionego okien biura, z rozbawieniem stwierdziła, że jej wyobrażenie nie odbiegało aż tak bardzo od rzeczywistości. Nie miał wąsów – właściwie jedynym owłosieniem na jego głowie były siwe brwi – ale poza tym naprawdę bardzo przypominał morsa.

Nie miała problemu z udawaniem wystraszonej. W połowie opowieści o agresywnym chłopaku, który ukradł jej rodzinne pamiątki, wiedziała, że go ma. Najeżył się w bardzo męski sposób, jakby zaraz miał wygłosić tyradę o damskich bokserach bijących drobne kobietki, ale przez większość czasu zachował spokój, poza kilkoma pełnymi dezaprobaty cmoknięciami i zapewnieniami w rodzaju: „Dobrze się panią zajmiemy, u nas jest pani bezpieczna”. Pewnie pomógłby jej bez hojnego napiwku, jaki mu dała, ale pieniądze z pewnością nie mogły zaszkodzić. Przysiągł, że powie jedynie członkom obsługi, których obejmował jej plan, a ona serdecznie mu podziękowała. Życzył jej wszystkiego dobrego i zaoferował, że włączy do tego policję, gdyby miało to w czymś pomóc. Casey z wielkim smutkiem wyznała, jak nieskuteczna okazała się dotychczas policja i zakazy zbliżania się wydane przez sąd. Zasugerowała, że poradzi sobie sama, jak długo będzie mogła liczyć na pomoc silnego mężczyzny, takiego jak pan Green. Mile połechtany popędził, aby wszystko przygotować.

Nie pierwszy raz zagrała tą kartą. Barnaby zasugerował takie rozwiązanie, kiedy ich plan ucieczki dotarł do etapu ostatecznych szlifów. Z początku zjeżyła się, w jakiś niejasny sposób urażona tym pomysłem, ale Barnaby zawsze myślał praktycznie. Była drobna i kobieca; w głowach wielu ludzi ustawiało ją to na przegranej pozycji. Dlaczego by nie wykorzystać tego założenia na jej korzyść? Udawać ofiarę, aby nią się nie stać.

Casey wróciła do pokoju i przebrała się w to, co miała w aktówce. Zamieniła sweter na obcisły czarny T-shirt z głębokim dekoltem w serek i dodała gruby, czarny, misternie haftowany skórzany pasek. Wszystko, co zdjęła, musiało się znów zmieścić w aktówce, bo walizkę zostawiała w hotelu, do którego nie zamierzała wracać.

Była już uzbrojona; nigdy nie wychodziła bez jakichś zabezpieczeń. Teraz wybrała wersję ochrony osobistej adekwatną do stanu podwyższonej gotowości i uzbroiła się dosłownie po zęby – a właściwie ząb; założyła fałszywą koronkę wypełnioną substancją o wiele mniej bolesną niż cyjanek, lecz równie śmiercionośną. Czasem ostatnim ruchem obrony było wyrwanie się na zawsze z rąk wrogów.

Duża czarna torba miała u szczytu paska na ramię dwa ozdobne drewniane elementy. W torbie znajdowała się specjalna biżuteria w wyściełanych pudełeczkach.

Każda z tych błyskotek była wyjątkowa i niezastąpiona. Casey wiedziała, że okazja, by nabyć takie ozdobne narzędzia, już się nie powtórzy, więc bardzo dbała o swoje skarby.

Trzy pierścionki: jeden z różowego złota, jeden z żółtego i jeden srebrny. Wszystkie miały maleńkie kolce ukryte pod sprytnie przekręcanymi klapkami. Kolor metalu wskazywał, jaką substancją pokryto kolec. Bardzo proste rozwiązanie – pewnie tego się po niej spodziewano.

Dalej były kolczyki, z którymi zawsze obchodziła się bardzo delikatnie. Nie ryzykowałaby zakładania ich na tę część podróży; wolała zaczekać, aż znajdzie się bliżej celu. Gdy już miała je w uszach, musiała poruszać głową bardzo świadomie. Wyglądały jak zwykłe szklane kule, ale szkło było tak cienkie, że mogło się rozprysnąć pod wpływem wysokiego dźwięku, zwłaszcza że od wewnątrz rozpierało je odpowiednie ciśnienie. Gdyby ktokolwiek chwycił ją za szyję lub głowę, szkło pękłoby z cichym pyknięciem. Wstrzymałaby oddech – bez problemu mogła wytrzymać minutę i piętnaście sekund – i zamknęła oczy. Napastnik nie wiedziałby, że to strategia konieczna, by przeżyć.

Na szyi miała spory srebrny medalion. Rzucał się w oczy i zwróciłby uwagę każdego, kto wiedział, kim naprawdę była. Nie zawierał jednak nic śmiercionośnego; odwracał tylko uwagę od prawdziwego niebezpieczeństwa. W środku znajdowała się fotografia ślicznej dziewczynki o puszystych słomkowych włosach. Pełne imię dziecka było zapisane odręcznie z tyłu zdjęcia; coś takiego mogłaby nosić matka lub ciotka. Jednak ta konkretna dziewczynka była jedyną wnuczką Carstona. Casey miała nadzieję, że gdyby dla niej było już za późno, jej ciało znalazłby prawdziwy gliniarz, który z braku możliwości identyfikacji byłby zmuszony poszperać w dowodach i naprowadzić sprawę jej zabójstwa na właściwy tor. Pewnie nie zaszkodziłoby to dotkliwie Carstonowi, ale z pewnością przysporzyłoby mu dyskomfortu; może poczułby się zagrożony albo zaniepokoiłby się, że przekazała ważne informacje gdzie indziej.

Wiedziała bowiem wystarczająco dużo o ukrytych katastrofach i utajnionych potwornościach, aby móc zrobić o wiele więcej, niż tylko narobić kłopotów Carstonowi. Jednak nawet teraz, trzy lata od pierwszego wyroku śmierci, jaki na nią wydano, nie oswoiła się z ideą zdrady ani bardzo realną możliwością wywołania paniki. Nie było sposobu, aby przewidzieć potencjalne szkody, które wynikłyby z ujawnienia przez nią informacji. Trudno też oszacować krzywdę, jaką mogłoby to wyrządzić niewinnym obywatelom. Wystarczyło jej więc, by Carston myślał, że postąpiła tak lekkomyślnie; może ten niepokój przyprawiłby go o tętniaka. Ładny mały medalion wypełniony sosem zemsty, aby uczynić przegraną nieco bardziej strawną.

Sznur, na którym zawiesiła medalion, był śmiercionośny. Miał wytrzymałość na rozciąganie właściwą linie kolejki, proporcjonalnie do jego rozmiaru, i był dość mocny, aby dało się nim udusić człowieka. Zamiast zatrzasku Casey wybrała zapięcie na magnes; nie miała ochoty, aby złapano ją na lasso jej własną bronią. W drewnianych ozdobach na pasku torby były otwory, w których mieściły się końce linki; gdy linka została umocowana na miejscu, drewniane elementy przeobrażały się w uchwyty garoty. Fizyczna siła nie była jej pierwszym wyborem, ale nikt by się jej po niej nie spodziewał, więc dawała jej chwilową przewagę nad napastnikiem.

Wewnątrz misternego wzoru w czarnym skórzanym pasku ukryła kilka strzykawek. Mogła wyciągać je pojedynczo albo jednym ruchem uruchomić mechanizm, który odsłoniłby wszystkie ostre końce naraz, gdyby napastnik przywarł do jej ciała. Mieszanka różnych substancji nie wpłynęłaby korzystnie na jego organizm.

W kieszeniach ukryła skalpele, których ostrza owinęła taśmą.

Standardowe noże miała w butach; jeden wysuwał się do przodu, drugi do tyłu.

Dwie puszki z napisem GAZ PIEPRZOWY w torbie – jedna zawierała właśnie to, druga coś o wiele trwalej osłabiającego.

Śliczna buteleczka perfum z gazem zamiast płynu.

W kieszeni coś, co przypominało pomadkę ochronną do ust.

Do tego kilka innych fajnych opcji, na wszelki wypadek. Plus drobiazgi, które wzięła na wypadek mało prawdopodobnego wyniku starcia – sukcesu. Jaskrawożółta miękka buteleczka w kształcie cytryny, zapałki, niewielka gaśnica. I mnóstwo gotówki. Schowała kartę hotelową do torby; nie wróci już do Brayscott, lecz jeśli wszystko pójdzie dobrze, zrobi to ktoś inny.

W tym pełnym uzbrojeniu musiała się poruszać ostrożnie, ale miała dość wprawy, aby iść pewnym krokiem. Pocieszała ją świadomość, że gdyby ktokolwiek zmusił ją, aby jej ruchy były mniej płynne, to on miałby gorzej.

Opuściła hotel, skinąwszy głową do recepcjonistki, która ją wcześniej zameldowała, z aktówką w dłoni i czarną torbą na ramieniu. Wsiadła do swojego samochodu i pojechała do zwykle zatłoczonego parku niedaleko centrum. Zaparkowała po północnej stronie galerii handlowej i poszła do miejskiego ogrodu.

Dość dobrze znała to miejsce. W południowo-wschodnim rogu znajdowała się toaleta, do której teraz zmierzała. Tak jak się spodziewała, w tygodniu, przed południem było tam pusto. Z aktówki wyjęła kolejny zestaw ubrań, zwinięty w rulon plecak i kilka drobiazgów. Przebrała się i odłożyła poprzedni strój do aktówki, którą następnie schowała wraz z torbą do dużego plecaka.

Gdy wyszła z łazienki, nie od razu dawało się rozpoznać w niej kobietę. Przygarbiona, na lekko ugiętych kolanach, starając się nie kołysać biodrami, skierowała się w stronę południowego krańca parku. Chociaż teraz raczej nikt na nią nie patrzył, zawsze mądrzej było zachowywać się tak, jakby była obserwowana.

W porze lunchu w parku zaroiło się od ludzi. Nikt nie zwracał uwagi na androgynicznego dzieciaka siedzącego na ławce w cieniu, zawzięcie piszącego SMS-y na smartfonie. Nikt nawet nie podszedł dość blisko, aby zauważyć, że telefon był wyłączony.

Po drugiej stronie ulicy naprzeciwko ławki znajdowało się ulubione bistro Carstona, gdzie jadał lunch. Nie było to miejsce spotkania, które wcześniej zasugerowała. W dodatku pojawiła się tu o pięć dni za wcześnie.

Zza męskich okularów przeciwsłonecznych omiatała wzrokiem chodniki. To może się nie udać. A jeśli Carston zmienił zwyczaje? Nawyki były w końcu ryzykowną rzeczą. Jak oczekiwanie bezpieczeństwa.

Wcześniej z różnych porad dotyczących przebrań, znalezionych w literaturze faktu i powieściach, wybrała te zdroworozsądkowe. Nie wciskaj sobie na głowę peruki w kolorze platynowego blondu i nie wkładaj wysokich obcasów tylko dlatego, że jesteś niską brunetką. Nie myśl o przeciwieństwach; wybieraj to, co nie rzuca się w oczy. Zastanów się, co przyciąga uwagę – jak blond i szpilki – i unikaj tego. Graj swoimi atutami. Czasem to, co uważasz w sobie za nieatrakcyjne, może uratować ci życie.

Kiedyś, w normalnych czasach, nie znosiła swojej chłopięcej sylwetki. Teraz ją wykorzystywała. Jeśli włożysz workowatą bluzę i o rozmiar za duże wytarte dżinsy, wzrok osoby szukającej kobiety pewnie od razu prześlizgnie się po tobie. Miała krótką chłopięcą fryzurę, łatwą do ukrycia pod czapką z daszkiem, a zrolowane skarpety w za dużych reebokach nadawały jej stopom wygląd szczenięcych łap typowego nastolatka. Ktoś, kto przyjrzałby się jej twarzy, być może zauważyłby pewne nieścisłości. Ale dlaczego ktokolwiek miałby jej się przyglądać? Park wypełniał się ludźmi w każdym wieku, obojga płci. Nie wyróżniała się, a nikt, kto by ją ścigał, nie spodziewałby się jej tutaj. Nie wróciła do Waszyngtonu od czasu pierwszej próby zamordowania jej na zlecenie departamentu.

To nie była jej mocna strona – zwykle nie opuszczała swojej sieci, nie wychodziła na polowanie. Ale przynajmniej przemyślała to wcześniej. Większość codziennych spraw angażowała tylko niewielką część jej uwagi i intelektu. Pozostałe rejestry jej umysłu nieustannie analizowały możliwości, wyobrażały sobie scenariusze. Teraz dodawało jej to pewności siebie. Działała według mentalnej mapy tworzonej od wielu miesięcy.

Carston nie zmienił nawyków. Dokładnie kwadrans po dwunastej usiadł przy okrągłym metalowym stoliku przed swoją ulubioną kawiarnią. Tak jak się spodziewała, wybrał ten ustawiony pod kątem, aby cień parasola osłaniał go w całości. Carston był kiedyś rudy. Dziś nie miał już zbyt wielu włosów, ale delikatna karnacja mu pozostała.

Kelnerka pomachała do niego, kiwnęła głową w stronę notesu, który trzymała w dłoni, i wróciła do środka. A więc zamówił to, co zawsze. Kolejny zwyczaj, który mógł ściągnąć na niego śmierć. Gdyby Casey chciała zabić Carstona, mogłoby jej się to udać, a on nawet by się nie zorientował, że tam była.

Wstała, schowała telefon do kieszeni i zarzuciła plecak na ramię.

Chodnik ciągnął się za wzniesieniem i kępą drzew. Carston nie mógł jej tu zobaczyć. Czas znów się przebrać. Zmieniła postawę. Zdjęła czapkę i bluzę, narzuconą na T-shirt. Zacisnęła pasek i podwinęła nogawki dżinsów. Reeboki zamieniły się miejscami z wsuwanymi sportowymi balerinami, które wyjęła z plecaka. Zrobiła to swobodnie, jakby było jej gorąco i chciała się trochę rozebrać. Pogoda to uwiarygodniła. Przechodnie mogli się zdziwić na widok dziewczyny pod męskim strojem, ale wątpiła, czy ktokolwiek by to zapamiętał. Tego dnia w parku było dużo znaczniej bardziej ekstremalnych typów. W Waszyngtonie słońce zawsze wywabiało na powierzchnię różnych dziwaków.

Torba znów powędrowała na jej ramię. Gdy nikt nie patrzył, rzuciła plecak za rosnące na uboczu drzewo. Nawet gdyby ktoś go znalazł, w środku nie było nic, bez czego nie mogłaby się obejść.

Prawie pewna, że nikt jej nie widział, dodała jeszcze perukę, a w końcu ostrożnie założyła kolczyki.

Mogłaby stanąć przed Carstonem w chłopięcym stroju, ale po co miałaby zdradzać swoje sekrety? Dlaczego miałaby pozwolić, aby skojarzył ją z osobą, która go obserwowała? O ile w ogóle zauważył tego chłopaka. To wcielenie mogło jej się niedługo przydać, więc nie chciała go teraz marnować. Mogła też zaoszczędzić trochę czasu i przebrać się wcześniej w hotelu, ale wtedy jej wizerunek uchwycony przez kamery hotelowej ochrony można by z łatwością powiązać z nagraniami z dowolnych publicznych czy prywatnych kamer, które teraz ją rejestrowały. Dzięki temu, że poświęciła trochę więcej czasu, przerwała tak wiele tropów, jak tylko mogła; gdyby ktoś próbował odnaleźć chłopaka albo bizneswoman, bądź kogoś, kto akurat przechodził przez ten park, tak jak ona teraz, musiałby prześledzić bardzo skomplikowany układ.

W damskim stroju było jej chłodniej. Pozwoliła, aby lekki wiatr osuszył pot, który zebrał się pod nylonową bluzą, i wyszła na ulicę.

Zaszła go od tyłu, tą samą drogą, którą on przyszedł tam zaledwie kilka minut wcześniej. Dostał już jedzenie – kurczaka w parmezanie – i wydawał się całkowicie pochłonięty konsumpcją. Wiedziała jednak, że Carston potrafił udawać o wiele lepiej od niej.

Padła na krzesło naprzeciwko niego bez fanfar. Podniósł wzrok, z ustami pełnymi kanapki.

Wiedziała, że jest dobrym aktorem i pewnie pokaże te emocje, które chciał pokazać, zanim ona zdąży zauważyć tę pierwszą, prawdziwą reakcję. Ponieważ w ogóle nie wydawał się zdziwiony, uznała, że go zaskoczyła. Gdyby się jej spodziewał, udałby zszokowanego jej nagłym przybyciem. Ale to nieruchome spojrzenie ponad stołem, nierozszerzone oczy, metodyczne żucie – wszystko to wskazywało, że starał się opanować zdziwienie. Była tego niemal pewna.

Nic nie powiedziała. Tylko odwzajemniła jego beznamiętne spojrzenie, gdy skończył przeżuwać kęs kanapki.

– Chyba zbyt łatwo byłoby spotkać się zgodnie z planem – skwitował.

– Twojemu snajperowi z pewnością. – Powiedziała to lekko, równie głośno, co on. Gdyby ktoś przypadkiem usłyszał te słowa, wziąłby je za żart. Ale dwie inne grupki rozmawiały i śmiały się hałaśliwie przy lunchu; przechodnie na chodniku mieli słuchawki w uszach i telefony. Nikogo poza Carstonem nie obchodziło, co mówiła.

– Nigdy nie miałem z tym nic wspólnego, Juliano. Musisz to wiedzieć.

Teraz to ona udała, że nie jest zdziwiona. Minęło już tak wiele czasu, od kiedy ktokolwiek zwrócił się do niej, używając jej prawdziwego imienia, że zabrzmiało ono obco. Po początkowym szoku poczuła lekkie zadowolenie. Dobrze, że jej imię wydało jej się obce. To oznaczało, że jej taktyka się sprawdzała.

Przeniósł wzrok na oczywistą perukę – właściwie całkiem przypominała jej prawdziwe włosy, ale teraz mógł zacząć podejrzewać, że ukrywała coś zupełnie innego. Zmusił się, aby znów spojrzeć jej w oczy. Czekał na jakąś reakcję, ale milczała, więc ciągnął dalej, starannie dobierając słowa.

– Frakcje, które… hmm… zdecydowały, że powinnaś… odejść… popadły w niełaskę. Od początku nie była to popularna decyzja, ale teraz ci z nas, którzy nigdy się z nią nie zgadzali, nie są już pod ich kontrolą.

To mogła być prawda. Pewnie nią nie była.

Odpowiedział na jej sceptyczne spojrzenie.

– Czy doświadczyłaś jakichś… nieprzyjemności w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy?

– A już myślałam, że nauczyłam się bawić w chowanego lepiej od ciebie.

– To koniec, Julie. Dobro wygrało z siłą.

– Uwielbiam szczęśliwe zakończenia – zakpiła.

Skrzywił się, zraniony jej sarkazmem. A może tylko udawał.

– Nie tak szczęśliwe, jak można by chcieć – powiedział powoli. – Szczęśliwe zakończenie oznaczałoby, że nie skontaktowałbym się z tobą. Miałabyś spokój do końca życia. I byłoby ono długie na tyle, na ile byłoby to w naszej mocy.

Kiwnęła głową, jakby się zgadzała, jakby mu wierzyła. Dawniej zawsze zakładała, że Carston był dokładnie taki, jakim się wydawał. Przez długi czas był twarzą tych dobrych. Teraz było to nawet dziwnie zabawne, niczym jakaś gra, gdy próbowała odszyfrować znaczenie poszczególnych, wypowiadanych przez niego słów.

Ale słyszała też cichy głosik, który pytał ją: „A jeśli to nie jest gra? A gdyby to była prawda… gdybyś mogła odzyskać wolność?”.

– Byłaś najlepsza, Juliano.

– Doktor Barnaby był najlepszy.

– Wiem, że nie chcesz tego słuchać, ale on nigdy nie miał twojego talentu.

– Dziękuję.

Uniósł brwi.

– Nie za komplement – wyjaśniła. – Dziękuję, że nie próbujesz mi wmówić, że jego śmierć była wypadkiem. – To też powiedziała lekkim tonem.

– To był kiepski wybór, motywowany paranoją i brakiem lojalności. Osoba, która zdradziłaby własnego partnera, zawsze uważa, że jej partner knuje dokładnie tak samo. Nieuczciwi ludzie nie wierzą w istnienie uczciwych.

Zachowała kamienną twarz.

Nigdy w ciągu trzech lat ciągłej ucieczki nie wydała żadnej tajemnicy, którą jej powierzono. Ani razu nie dała swoim prześladowcom powodu, aby uznali ją za zdrajczynię. Nawet gdy próbowali ją zabić, pozostała lojalna. Ale to ani trochę się nie liczyło dla jej departamentu.

Mało co się dla nich liczyło. Na chwilę jej myśli odbiegły ku wspomnieniu, jak blisko była tego, czego szukała, miejsca, do którego być może dotarłaby już na ścieżce badawczej, gdyby jej nie przeszkodzono. Okazało się, że tamten projekt też nie miał dla nich żadnego znaczenia.

– Ale teraz to oni muszą się wstydzić swojej nielojalności – ciągnął Carston. – Ponieważ nigdy nie znaleźliśmy nikogo tak dobrego, jak ty. A niech to, nigdy nie znaleźliśmy nawet nikogo w połowie tak dobrego jak Barnaby. Dziwi mnie, jak chętnie ludzie zapominają, że prawdziwy talent jest ograniczonym dobrem.

Czekał z wyraźną nadzieją, że ona się odezwie, o coś zapyta, zdradzi choćby cień zainteresowania. Ona jednak tylko patrzyła na niego uprzejmie, jak ktoś, kto patrzyłby na obcą osobę nabijającą jej zakupy na kasę.

Westchnął i pochylił się ku niej, nagle skupiony.

– Mamy problem. Potrzebujemy odpowiedzi, które tylko ty możesz nam dać. Nie mamy nikogo innego do tej roboty. A nie możemy jej spieprzyć.

– Wy, nie my – powiedziała wprost.

– Wiem, co naprawdę myślisz, Juliano. Przecież leży ci na sercu dobro niewinnych.

– Kiedyś tak było. Można by rzec, że ta część mnie została zamordowana.

Carston znów się skrzywił.

– Przepraszam cię, Juliano. Zawsze żałowałem tego, co się stało. Próbowałem ich powstrzymać. Poczułem taką ulgę, gdy prześlizgnęłaś się im między palcami. Za każdym razem czułem ulgę.

Jego wyznanie zrobiło na niej wrażenie. Żadnego wypierania się, żadnych wymówek. Niczego w stylu: „To był tylko nieszczęśliwy wypadek w laboratorium”, czego mogła się spodziewać. Żadnego: „To nie my, to wrogowie państwa”. Żadnych zmyślonych historyjek. Po prostu się przyznał.

– A teraz wszyscy żałują. – Zniżył głos i musiała się wsłuchiwać, żeby zrozumieć jego słowa. – Bo nie mamy ciebie, Juliano, a zginą ludzie. Tysiące ludzi. Setki tysięcy.

Tym razem dał jej chwilę. Kilka minut zajęło jej przeanalizowanie wszystkich możliwych punktów widzenia.

Ona też mówiła teraz cicho, ale starała się, aby jej głos nie zdradził zainteresowania ani emocji. Tylko czyste stwierdzenie oczywistych faktów dla podtrzymania rozmowy.

– Znasz kogoś, kto posiada niezbędne informacje.

Carston przytaknął.

– Nie możesz tej osoby zlikwidować, bo inni dowiedzieliby się, że o nich wiesz. Co przyspieszyłoby bieg spraw, a tego byś nie chciał.

Znów skinął głową.

– Mówimy tu o czymś paskudnym, tak?

Westchnienie.

Nic nie denerwowało departamentu tak, jak terroryzm. Zwerbowano ją, zanim jeszcze opadł do końca emocjonalny pył otaczający dziurę po bliźniaczych wieżach WTC. Zapobieganie terroryzmowi zawsze było głównym elementem jej pracy – i jej najlepszym usprawiedliwieniem. Zagrożeniem terrorystycznym tak manipulowano, przekręcano je i wypaczano, aż w końcu przestała wierzyć w to, że jej praca rzeczywiście była aktem patriotyzmu.

– I jakiejś sporej bombie – powiedziała. To nie było pytanie. Największym postrachem było zawsze to, że w pewnym momencie ktoś, kto naprawdę nienawidzi Stanów Zjednoczonych, położy rękę na jakiejś nuklearnej zabawce.

Ludzie tacy jak ona pilnowali, aby podobne sytuacje nie przerodziły się w ogromne ludzkie tragedie. Handel wymienny. Horror na małą skalę zamiast hurtowej rzezi.

Carston potrząsnął głową i nagle w jego oczach pojawiła się udręka. Mimowolnie wzdrygnęła się lekko w środku. Istniały tylko dwa tak wielkie powody do strachu. Chodziło o ten drugi.

„Biologiczna”. Nie wypowiedziała tego słowa, jedynie bezgłośnie poruszyła wargami.

Niewesoły wyraz twarzy Carstona dał jej odpowiedź.

Na chwilę spuściła wzrok, analizując wszystkie jego reakcje i ograniczając je do dwóch kolumn, dwóch list możliwości w jej głowie. Kolumna pierwsza: Carston był zdolnym kłamcą, mówiącym rzeczy, które jego zdaniem mogły ją skłonić do odwiedzenia miejsca, gdzie ludzie byli lepiej przygotowani, aby wyeliminować Julianę Fortis raz na zawsze. Improwizował, by trafić w jej najczulsze miejsca.

Kolumna druga: Ktoś miał broń biologiczną masowego rażenia, a władze nie wiedziały, gdzie ona jest ani kiedy zostanie użyta. Ale znali kogoś, kto to wiedział.

Próżność lekko przeważyła szalę. Wiedziała, że jest dobra. Raczej nie znaleźli nikogo lepszego.

A jednak obstawiałaby pierwszą kolumnę.

– Jules, ja nie chcę twojej śmierci – rzekł cicho, jakby odgadł jej myśli. – Nie skontaktowałbym się z tobą, gdyby tak było. Nie prosiłbym o spotkanie. Bo jestem pewien, że w tej chwili masz przy sobie przynajmniej sześć możliwości, aby mnie zabić, i mnóstwo powodów, by skorzystać z jednej z nich.

– Naprawdę sądzisz, że miałabym tylko sześć? – spytała.

Nerwowo zmarszczył czoło, po czym postanowił się roześmiać.

– Otóż to. Nie jestem samobójcą, Jules. Mówię, jak jest.

Przyjrzał się uważnie medalionowi na jej szyi, a ona stłumiła uśmiech.

Wróciła do lekkiego tonu.

– Wolałabym, gdyby zwracał się pan do mnie doktor Fortis. Etap zdrobnień chyba mamy już za sobą.

Zrobił zranioną minę.

– Nie proszę o wybaczenie. Powinienem był zrobić więcej.

Skinęła głową, choć znów nie po to, by się z nim zgodzić; jedynie podtrzymywała rozmowę.

– Proszę, abyś… aby mi pani pomogła. Nie, nie mnie. Niewinnym ludziom, którzy zginą, jeśli pani tego nie zrobi.

– Jeśli zginą, nie będzie to moja wina.

– Wiem, Ju… doktor Fortis. Wiem. To będzie moja wina. Ale dla nich nie będzie miało żadnego znaczenia, kto jest winny. Będą martwi.

Patrzyła mu prosto w oczy. Nie zamierzała mrugnąć pierwsza.

Wyraz jego twarzy zmienił się; pojawiło się w nim coś niepokojącego.

– Chciałaby pani usłyszeć, co się z nimi stanie?

– Nie.

– To może być za wiele nawet dla pani żołądka.

– Wątpię. Ale to naprawdę nie ma znaczenia. To, co może się wydarzyć, jest sprawą drugorzędną.

– Chciałbym się dowiedzieć, co może być ważniejsze od życia setek tysięcy Amerykanów.

– Zabrzmi to strasznie samolubnie, ale oddychanie właściwie wzięło górę nad całą resztą.

– Martwa nam pani nie pomoże – oznajmił prosto z mostu. – Wyciągnęliśmy wnioski. Będzie nam pani potrzebna jeszcze nie raz. Nie popełnimy znów tego samego błędu.

Nie mogła znieść tego, że to kupuje, ale jedna z szal przechylała się coraz bardziej. To, co mówił Carston, naprawdę miało sens. Z pewnością nieobce jej były zmiany polityki. A jeśli to wszystko było prawdą? Mogła udawać obojętną, ale Carston dobrze ją znał. Trudno by jej było dalej żyć ze świadomością tak ogromnej katastrofy, gdyby myślała, że istniała jakakolwiek szansa, że mogła coś zrobić, by do niej nie dopuścić. Właśnie w ten sposób zwabili ją na początku do prawdopodobnie najgorszej pracy na całym świecie.

– Nie ma pan przypadkiem ze sobą akt, prawda? – spytała.

ROZDZIAŁ III

Tego wieczoru miała na imię Alex.

Potrzebowała oddalić się nieco od Waszyngtonu. Wylądowała w małym motelu na północnych obrzeżach Filadelfii, jednym z kilku położonych przy międzystanowej na wylocie z miasta. Gdyby ktoś chciał ją znaleźć, przeszukanie ich wszystkich zajęłoby mu trochę czasu, nawet jeśli w jakiś sposób ograniczyłby jej obecność do tej okolicy. Nie zostawiła żadnych śladów, które zwabiłyby łowcę nawet do Pensylwanii. Mimo to zamierzała tej nocy spać w wannie, jak zwykle, gdy się ukrywała.

W małym pokoju nie było stołu, więc rozłożyła wszystkie akta na łóżku. Na sam widok poczuła się wycieńczona. Carston musiał się nieźle nagimnastykować, żeby przesłać jej te papiery FedExem.

Powiedział jej, że informacje były już gotowe wcześniej. Miał nadzieję, że spotka się z nim, i gdyby spodziewał się jej przyjścia, miałby je przy sobie. Uparła się przy wydrukach, a on się zgodził. Poinstruowała go, jak ma je dostarczyć.

Trudność polegała na zerwaniu połączenia z obu stron.

Nie mogła na przykład poprosić, aby Carston po prostu wrzucił akta do jakiegoś śmietnika. Gdyby najęła kogoś, aby je stamtąd dla niej wyjął, z pewnością byłby śledzony. Jej człowiek mógłby zabrać akta do innej dziupli, zanim ona się do niej zbliży, ale ktoś już obserwowałby to miejsce. W pewnym momencie pakunek musiałby znaleźć się na dość długo z dala od oczu obserwatorów, aby mogła zrobić małe skomplikowane przetasowanie.

Tak więc zgodnie z instrukcją Carston zostawił dla niej pudełko w recepcji hotelu Brayscott. Pan Green był gotowy. Myślał, że Carston jest przyjacielem, który wykradł jej rodzinne pamiątki agresywnemu byłemu chłopakowi, który na pewno go śledził. Podał jej hasło, aby mogła oglądać na żywo obraz z kamer hotelowej ochrony w kawiarence internetowej wiele mil dalej. Fakt, że nie widziała nikogo, kto śledziłby Carstona, nie oznaczał, że nikogo tam nie było, ale wyglądało na to, że tylko dostarczył pudełko i odszedł. Menedżer dobrze się spisał; zastosował się do wszystkich jej wskazówek, najprawdopodobniej dlatego, iż wiedział, że się mu przygląda. Pudełko trafiło prosto do windy serwisowej i zjechało do pralni, gdzie przełożono je na wózek pokojówki i dostarczono do jej pokoju, a kurier, któremu dała kartę do pokoju i pięćset dolarów, schował je do jej niczym niewyróżniającej się czarnej walizki. Kurier wybrał okrężną trasę zgodnie ze wskazówkami, których udzielała mu przez tani telefon na kartę – już się go pozbyła – a w końcu zostawił pudełko u zdezorientowanej dziewczyny z obsługi punktu ksero naprzeciwko kawiarenki po drugiej stronie ulicy.

Miała nadzieję, że tajniacy nadal czekali w hotelu, aż Alex wyjdzie głównymi drzwiami. Pewnie byli bystrzejsi, ale nawet gdyby było ich dziesięciu, nie wystarczyłoby, aby upilnować każdą obcą osobę, opuszczającą hotel. Gdyby jeden z nich przyczepił się do jej posłańca, trudno byłoby mu za nim nadążyć. Mogła tylko trzymać kciuki, aby nikt jej teraz nie obserwował.

Musiała działać szybko. Następna godzina była najbardziej niebezpieczną częścią jej planu.

Oczywiście wiedziała, że w materiałach będzie ukryty jakiś lokalizator. Powiedziała Carstonowi, że sprawdzi je pod kątem takiej sztuczki, ale może domyślił się, że nie miała technicznych możliwości, by to zrobić. Najszybciej jak mogła sporządziła komplet kolorowych kopii. Zajęło jej to piętnaście minut, o wiele za długo. Duplikaty trafiły do walizki, a oryginały do papierowej torby, którą dała jej dziewczyna za ladą. Pudełko wyrzuciła do kosza na śmieci w punkcie ksero.

Teraz czas naprawdę działał na jej niekorzyść. Wzięła taksówkę i poleciła kierowcy, aby pojechał do szemranej dzielnicy, a sama rozglądała się za najbliższym miejscem, które zapewniłoby jej tak potrzebną prywatność. Nie miała czasu na wybrzydzanie, więc ostatecznie poprosiła taksówkarza, aby zaczekał na nią w małej podejrzanej uliczce. Takie zachowanie z pewnością by zapamiętał, ale machnęła na to ręką. Już i tak mogli ją obserwować. Pobiegła na koniec ślepej uliczki – świetne miejsce, by dać się złapać! – i stanęła za śmietnikiem.

Usłyszawszy szmer za plecami, wzdrygnęła się i gwałtownie odwróciła. Dłoń trzymała na grubym czarnym pasku w talii; jej palce już automatycznie szukały ukrytej w nim cienkiej strzykawki.

Zdezorientowany mężczyzna, leżący na łóżku z kartonu i szmat, patrzył na nią z drugiej strony uliczki jak zahipnotyzowany, ale nic nie powiedział i nie wykonał żadnego ruchu wskazującego na to, że zamierza odejść albo się do niej zbliżyć. Nie miała czasu na zastanawianie się, co mógł zobaczyć. Kątem oka nadal obserwując bezdomnego, skupiła się na torbie z oryginałami dokumentów. Wyciągnęła z torebki buteleczkę w kształcie cytryny i wycisnęła z niej jakąś ciecz do papierowej torby. Otoczyła ją woń benzyny. Wyraz twarzy mężczyzny nie zmienił się. Zapaliła zapałkę.

Ostrożnie przyglądała się płomieniom. W dłoniach trzymała gaśnicę, którą wzięła z hotelu – w razie gdyby ogień zaczął się rozprzestrzeniać. Bezdomny wydawał się znudzony tą częścią nieoczekiwanego spektaklu. Odwrócił się do niej plecami.

Odczekała, aż każdy najmniejszy skrawek papieru obróci się w popiół, zanim dogasiła ogień. Nie wiedziała jeszcze, co zawierają akta, ale z pewnością były to bardzo wrażliwe informacje. Nigdy nie pracowała nad projektem, który miałby inny charakter. Czubkiem buta roztarła czarnoszary popiół na chodniku. Upewniła się, że ogień strawił wszystkie papiery. Rzuciła piątaka bezdomnemu i pobiegła z powrotem do taksówki.

Potem zaliczyła serię innych taksówek, dwie przejażdżki metrem i pokonała kilka przecznic na piechotę. Nie miała żadnej pewności, że ich zgubiła. Mogła tylko robić, co w jej mocy, by mylić tropy i być przygotowana na atak. Kolejna taksówka zawiozła ją do Alexandrii, gdzie wynajęła trzeci samochód, za który zapłaciła trzecią nowiutką kartą kredytową.

A teraz była pod Filadelfią, w tym tanim pokoju hotelowym, gdzie woń mocno perfumowanego odświeżacza powietrza ścierała się z zapachem stęchłego dymu papierosowego, i wpatrywała się w równe stosy papierów na łóżku.

Obiekt nazywał się Daniel Nebecker Beach.

Miał dwadzieścia dziewięć lat. Wysoki, przeciętnie zbudowany, o jasnej karnacji i średniej długości lekko falowanych włosach w kolorze popielatego brązu. Ich długość z jakiegoś powodu zaskoczyła ją, może dlatego, że najczęściej miała do czynienia z wojskowymi. Piwne oczy. Urodził się w Alexandrii jako syn Alana Geoffreya Beacha i Tiny Anne Beach, z domu Nebecker. Miał brata, Kevina, starszego o osiemnaście miesięcy. Większość dzieciństwa spędził z rodziną w Maryland, poza krótkim okresem w Richmond w Wirginii, gdzie przez dwa lata chodził do liceum. Daniel studiował pedagogikę na Uniwersytecie Towsona, a jako drugi kierunek wybrał anglistykę. Rok po ukończeniu studiów stracił rodziców w wypadku samochodowym. Kierowca, który w nich uderzył, też zginął; we krwi miał ponad dwa promile alkoholu. Pięć miesięcy po pogrzebie brat Daniela został skazany za narkotyki – wyrób metamfetaminy i sprzedaż nieletnim – na dziewięcioletnią odsiadkę w więzieniu w Wisconsin. Rok później Daniel się ożenił, by po dwóch latach małżeństwa się rozwieść. Jego była ponownie wyszła za mąż, gdy tylko pospieszny rozwód się uprawomocnił. Sześć miesięcy po ślubie urodziła spłodzone z nowym mężem – prawnikiem – dziecko. W tym wypadku nie było trudno czytać między wierszami. W tym samym roku brat Daniela zginął w więziennej bójce. Bardzo długi trudny okres.

Obecnie Daniel uczył historii i angielskiego w liceum w cieszącej się złą sławą dzielnicy Waszyngtonu. Był też trenerem dziewczęcej drużyny siatkówki i nadzorował szkolny samorząd. Dwa razy z rzędu zdobył przyznawaną przez uczniów nagrodę Nauczyciela Roku. Przez ostatnie trzy lata po rozwodzie Daniel spędzał lato na pracy dla organizacji dobroczynnej Habitat for Humanity, najpierw w Hidalgo w Meksyku, potem w Al-Minji w Egipcie. W trzecim roku podzielił czas pomiędzy oba te miejsca.

Żadnych fotografii zmarłych rodziców ani brata. W aktach znalazło się jedno zdjęcie byłej żony – oficjalny portret ślubny ich dwojga razem. Uderzająca uroda ciemnowłosej kobiety przyciągała wzrok. On wydawał się za nią niemalże cieniem, chociaż jego szeroki uśmiech był bardziej szczery niż wyraz jej twarzy.

Alex wolałaby, aby informacje były pełniejsze, ale wiedziała, że z jej drobiazgową naturą czasem oczekiwała zbyt wiele od mniej obsesyjnie nastawionych do pracy analityków.

Z pozoru Daniel był zupełnie czysty. Porządna rodzina (autodestrukcyjny cykl, który doprowadził do śmierci brata, był dość zrozumiały w kontekście wypadku ich rodziców). Ofiara rozwodu (dość często zdarzało się, że współmałżonek nauczyciela-społecznika po pewnym czasie zdawał sobie sprawę, że belferska pensja nie wystarczy na rozrzutny styl życia). Ulubieniec dzieciaków z trudnych środowisk. W wolnym czasie altruista.

Z akt nie wynikało, co jako pierwsze zwróciło uwagę władz, ale gdy już drasnęli powierzchnię, zaczęły wypływać różne ciemne sprawki.