Wydawca: Amber Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 415 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 11 godz. 27 min Lektor: Jerzy Radziwiłowicz

Opis ebooka Chemia śmierci - Simon Beckett

 

Manham. Małe spokojne miasteczko. "Krajobraz pozbawiony zarówno życia, jak i konkretnych kształtów. Płaskie wrzosowiska i upstrzone kępami drzew mokradła".

To tu doktor David Hunter szuka schronienia przed okrutną przeszłością. Sądzi, że przeżył już wszystko to, co najgorszego może przeżyć człowiek. Sądzi, że wie o śmierci wszystko.

Ale śmierć, „ów proces alchemii na wspak, w którym złoto życia ulega rozbiciu na cuchnące składniki wyjściowe", wdziera się do Manham. I to w niewyobrażalnie wynaturzonych formach.

Jeszcze nie wiemy, dlaczego wybitny antropolog sądowy doktor Hunter zaszył się tu jako zwykły lekarz. Dlaczego odmawia pomocy policji, skoro potrafi określić czas i sposób dokonania każdej zbrodni.

Wiemy tylko, że się boimy. Razem z mieszkańcami Manham czujemy odór wszechobecnej śmierci. Giną młode kobiety, dzieci znajdują makabrycznie okaleczone zwłoki, ktoś podrzuca pod drzwi martwe zwierzęta, ktoś zastawia sidła na ludzi.

Spokojne miasteczko rozsadza strach i nienawiść.

Każdy może być ofiarą...

I każdy może być zwyrodniałym mordercą...

Opinie o ebooku Chemia śmierci - Simon Beckett

Fragment ebooka Chemia śmierci - Simon Beckett

Korekta

Elżbieta Steglińska

Projekt graficzny okładki

według koncepcji Stephena Mullaheya/TW

Małgorzata Cebo-Foniok

Ilustracja na okładce

Hans Doddema/istockphoto.com

Zdjęcie autora

Copyright © Peter Dench

Tytuł oryginału

The Chemistry of Death

Copyright © 2006 by Simon Beckett

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2005 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-3977-4

Warszawa 2011. Wydanie IV

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-652 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Rozdział 1

Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś, co było kiedyś siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz. Już martwe, ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much. Muchy składają jaja, z jaj wylęgają się larwy. Larwy zjadają bogatą w składniki pokarmowe pożywkę, następnie migrują. Opuszczają ciało w składnym szyku, w zwartym pochodzie, który podąża zawsze na południe. Czasem na południowy wschód lub południowy zachód, ale nigdy na północ. Nikt nie wie dlaczego.

Do tego czasu zawarte w mięśniach białko zdążyło się już rozłożyć, wytwarzając silnie stężony chemiczny roztwór. Zabójczy dla roślinności, niszczy trawę, w której pełzną larwy, tworząc swoistą pępowinę śmierci ciągnącą się aż do miejsca, skąd wyszły. W sprzyjających warunkach – na przykład w dni suche i gorące, bezdeszczowe – pępowina ta, ten pochód tłustych, żółtych, rozedrganych jak w tańcu czerwi, może mieć wiele metrów długości. Jest to widok ciekawy, a dla człowieka z natury ciekawskiego cóż może być bardziej naturalne niż chęć zbadania źródła tego zjawiska? Właśnie tak dzieci Yatesów znalazły to, co pozostało po Sally Palmer.

Neil i Sam natknęli się na pochód larw na brzegu lasu Farnhama, na skraju mokradeł. Był drugi tydzień lipca i zdawało się, że to nietypowe lato trwa już od wieków. Nieustający upał wysysał kolory z drzew, spiekał ziemię na kość. Chłopcy szli do Sadzawki pod Wierzbą, porośniętego trzciną stawu, który uchodził tu za basen kąpielowy. Mieli spotkać się tam z kolegami i spędzić niedzielę, skacząc do zielonej wody z rosnącego nad brzegiem drzewa. Tak przynajmniej myśleli.

Byli pewnie znudzeni i apatyczni, odurzeni upałem i zniecierpliwieni swoim towarzystwem. Jedenastoletni Neil, trzy lata starszy od Sama, szedł przodem, żeby zademonstrować bratu swoje rozdrażnienie – tak to sobie wyobrażałem. Idzie przodem, ma w ręku patyk i smaga nim krzaki i gałęzie mijanych po drodze drzew. Sam wlecze się z tyłu, pociągając nosem. Nie, nie jest przeziębiony – ma katar sienny i mocno zaczerwienione oczy. Pomógłby mu łagodny lek przeciwhistaminowy, ale on jeszcze o tym nie wie. Latem zawsze pociąga nosem, tak po prostu jest. Wiecznie w cieniu starszego brata, idzie ze spuszczoną głową, dlatego to właśnie on, a nie Neil, zauważa pochód larw.

Przystaje, żeby się mu przyjrzeć, a potem woła brata. Neil nie ma ochoty zawracać, ale wyczuwa, że Sam coś znalazł. Udaje, że nie robi to na nim żadnego wrażenia, lecz falujący pochód czerwi intryguje go tak samo jak Sama. Obydwaj kucają i odgarniając z czoła ciemne włosy, krzywią się od zapachu amoniaku. I chociaż potem nie będą mogli sobie przypomnieć, który z nich wpadł na pomysł, żeby sprawdzić, skąd larwy idą, myślę, że zaproponował to Neil. To nie on zauważył je jako pierwszy, dlatego na pewno zechciałby ponownie objąć dowództwo. Tak więc to on rusza przodem w stronę kęp pożółkłej bagiennej trawy, a Sam idzie za nim.

Czy już wtedy poczuli smród? Prawdopodobnie tak. Musiał być na tyle silny, że mimo zapalenia zatok poczuł go nawet Sam. I prawdopodobnie wiedzieli, co ten smród oznacza. Nie byli mieszczuchami, dobrze znali cykl życia i śmierci. Ich uwagę musiały też zwrócić muchy, somnambulicznie brzęczące w upale. Ale wbrew temu, czego oczekiwali, nie zobaczyli tam ścierwa owcy ani jelenia czy nawet psa. Nagie, lecz wciąż rozpoznawalne zwłoki Sally Palmer były studium rozedrganego ruchu, siedliskiem kłębiącego się pod skórą robactwa, które wypełzało z jej ust, nosa i z pozostałych otworów ciała. Czerwie zbijały się na ziemi w gromadę, dołączały do pochodu i znikały w trawie.

Nie ma znaczenia, który z chłopców uciekł stamtąd pierwszy, ale myślę, że był to Neil. Sam, jak zwykle naśladując brata, próbował go dogonić i ścigali się tak aż do domu. Z domu poszli na policję.

I w końcu trafili do mnie.

Oprócz łagodnego środka uspokajającego dałem Samowi coś na katar sienny. Ale do tego czasu nie tylko on miał zaczerwienione oczy. Odkryciem wstrząśnięty był i jego brat, chociaż jak na młodego chłopaka przystało, zaczynał już odzyskiwać zimną krew. Dlatego to właśnie on opowiedział mi, co się stało, powoli nadając surowym wspomnieniom bardziej przystępną formę opowieści, którą można w nieskończoność odtwarzać i powtarzać. Jako odkrywca zwłok, od których to wszystko się zaczęło, miał ją opowiadać jeszcze przez wiele lat, długo po tragicznych wydarzeniach tamtego upalnego lata.

Rzecz w tym, że koszmar nie zaczął się wcale od odkrycia zwłok Sally Palmer. Po prostu nie wiedzieliśmy wtedy – i do wtedy – co wśród nas żyło.

Rozdział 2

Przyjechałem do Manham trzy lata wcześniej, późnym popołudniem w deszczowym tamtego roku marcu. Wysiadłem na stacji – małej platformie w szczerym polu – by ujrzeć tonący w deszczu krajobraz, pozbawiony zarówno życia, jak i konkretnych kształtów. Z walizką w ręku stałem tam, chłonąc scenerię i nie zwracając uwagi na ściekający za kołnierz deszcz. Jak okiem sięgnąć, aż po horyzont rozciągały się płaskie wrzosowiska i upstrzone kępami drzew mokradła.

Nigdy przedtem nie byłem w Broads ani w ogóle w Norfolk. Tak, okolica była spektakularnie obca. Ogarnąłem wzrokiem rozległą, otwartą równinę, odetchnąłem chłodnym, wilgotnym powietrzem i poczułem, że zaczynam się trochę rozluźniać. Choć dość odstręczające, Manham nie było Londynem i to mi wystarczyło.

Nikt nie wyszedł mi na spotkanie. Nie zamówiłem taksówki ani żadnego innego środka transportu. Moje plany nie sięgały tak daleko. Sprzedałem samochód oraz całą resztę i zupełnie nie zastanawiałem się, jak dotrę ze stacji do miasteczka. Wtedy jeszcze nie myślałem zbyt trzeźwo. Gdybym pomyślał – z typową dla mieszczucha arogancją – założyłbym pewnie, że będą tam taksówki, sklep czy w ogóle cokolwiek. Tymczasem nie było tu ani żadnej taksówki, ani nawet budki telefonicznej. Przez chwilę żałowałem, że wraz z rzeczami sprzedałem komórkę, a potem wziąłem walizkę i ruszyłem w stronę drogi. Gdy tam doszedłem, stanąłem przed wyborem: skręcić w lewo czy w prawo? Skręciłem w lewo. Bez wahania i bez powodu. Kilkaset metrów dalej było skrzyżowanie, a przed skrzyżowaniem stał wyblakły, drewniany mocno pochylony drogowskaz, wydawało się więc, że wskazuje coś ukrytego w rozmokłej ziemi. Ale dowiedziałem się przynajmniej, że idę w dobrym kierunku.

Zanim doszedłem do miasteczka, zapadł już zmierzch. Po drodze minęło mnie parę samochodów, ale żaden się nie zatrzymał. Nie licząc samochodów, pierwszymi oznakami życia było kilka przydrożnych, oddalonych od siebie gospodarstw. Nieco później w gasnącym świetle dnia zobaczyłem wieżę na wpół wrośniętego w ziemię kościoła; tak to przynajmniej wyglądało. Zaraz potem pojawił się chodnik, wąski i śliski od deszczu, mimo to lepszy niż trawiaste pobocze i żywopłoty, przez które musiałem się przedtem przedzierać. Za kolejnym zakrętem wyrosło samo Manham ukryte tak dobrze, że zobaczyłem je dopiero wtedy, gdy do niego dotarłem.

Nie należało do miasteczek jak z widokówki. Było za bardzo przytulne, za bardzo rozciągnięte, żeby pasować do obrazu typowej angielskiej prowincji. Na skraju stało kilka przedwojennych kamienic, ale te szybko ustąpiły miejsca kamiennym domom ze ścianami upstrzonymi kawałkami krzemienia. Im bliżej centrum, tym domy były starsze, tak więc z każdym krokiem coraz bardziej cofałem się w przeszłość. Błyszczące od deszczu tuliły się do siebie, a ich martwe okna gapiły się na mnie z nieskrywaną podejrzliwością.

Nieco dalej na ulicy pojawiły się zamknięte sklepy, a za sklepami kolejne domy ginące w mokrym zmierzchu. Minąwszy szkołę i pub, dotarłem do miejskiego skweru. Skwer jarzył się od żonkili. W ponurym ciemnobrązowym świecie ich kiwające się na deszczu żółte trąbki były szokująco barwne. Nad skwerem górował olbrzymi kasztanowiec z nagimi, czarnymi rozłożystymi gałęziami. Za kasztanowcem, pośrodku cmentarza pełnego omszałych nagrobków stał normandzki kościół, którego wieżę widziałem z drogi. Podobnie jak ściany domów na skraju miasteczka, jego ściany też wyłożono kawałkami twardego, odpornego na pogodę krzemienia. Ale tynk, w którym tkwił krzemień, był stary i zwietrzały, a drzwi i okna lekko wypaczone, gdyż z upływem stuleci fundamenty kościoła coraz bardziej zapadały się w ziemię.

Przystanąłem. Dalej były domy, a za nimi kolejne. Dotarło do mnie, że to już całe Manham. W niektórych oknach paliło się światło, lecz poza tym nigdzie nie dostrzegłem ani śladu życia. Stałem na deszczu, nie wiedząc, dokąd iść. Nagle usłyszałem jakiś hałas i zobaczyłem dwóch ogrodników na cmentarzu. Nie zwracając uwagi ani na pogodę, ani na porę dnia, wyrywali i grabili trawę między starymi kamiennymi nagrobkami. Gdy podszedłem bliżej, nie przerwali pracy ani nawet na mnie nie spojrzeli.

– Przepraszam, gdzie tu jest przychodnia? – spytałem z twarzą spływającą deszczem.

Dopiero wtedy podnieśli wzrok i mimo dzielącej ich różnicy wieku trudno było nie poznać, że są to dziadek i wnuk. Obydwaj mieli takie same spokojne i obojętne twarze, takie same modre oczy. Ten starszy ruchem głowy wskazał wąską, wysadzaną drzewami uliczkę biegnącą wzdłuż skweru.

– Tam. Prosto przed siebie.

Jego akcent, spiralne zbitki samogłosek tak obce moim miejskim uszom, był kolejnym potwierdzeniem tego, że nie jestem już w Londynie. Podziękowałem im, ale oni już powrócili do pracy. Wszedłem w uliczkę i szum ściekającego z gałęzi drzew deszczu przybrał na sile. Po chwili stanąłem przed szeroką bramą strzegącą dostępu do wąskiego podjazdu. Na słupie bramy wisiała drewniana tabliczka z napisem: „Bank House”, pod nią zaś była mosiężna z napisem: „Dr H. Maitland”. Wysadzana cisami alejka pięła się łagodnie pod górę przez starannie utrzymany ogród, a potem opadała, by skończyć się na podwórzu okazałego gregoriańskiego domu. Potarłem butami o błyszczącą, mocno zużytą sztabę kutego żelaza z boku frontowych drzwi i oskrobawszy błoto z butów, głośno zastukałem ciężką kołatką. Już miałem zastukać ponownie, gdy drzwi się otworzyły.

W progu stanęła pulchna kobieta w średnim wieku o nienagannie uczesanych szarych włosach.

– Tak?

– Ja do doktora Maitlanda.

Kobieta zmarszczyła brwi.

– Gabinet już zamknięty. I boję się, że pan doktor nie chodzi na tak późne wizyty.

– Nie, nie, chciałem powiedzieć, że jestem umówiony. – Nie zareagowała. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak muszę wyglądać po godzinnym spacerze w deszczu. – Ja w sprawie pracy. Nazywam się Hunter. David Hunter.

Natychmiast rozjaśniła jej się twarz.

– Och, bardzo pana przepraszam. Nie wiedziałam, myślałam, że… Proszę, proszę wejść. – Przepuściła mnie przodem. – Boże święty, przemókł pan do suchej nitki. Długo pan szedł?

– Godzinę, ze stacji.

– Ze stacji? Przecież to kilometry stąd! – Już pomagała mi zdjąć płaszcz. – Dlaczego pan nie zadzwonił i nie powiedział, o której pan przyjeżdża? Ktoś by pana odebrał.

Nie odpowiedziałem. Szczerze mówiąc, po prostu nie przyszło mi to do głowy.

– Proszę dalej, do saloniku. Rozpaliłam w kominku. Nie, walizkę niech pan zostawi – dodała, odwracając się od wieszaka. Uśmiechnęła się i dopiero wtedy zauważyłem, jak bardzo ściągniętą ma twarz. To, co wziąłem przedtem za oschłość i lapidarność, było po prostu zmęczeniem. – Nikt jej tu nie ukradnie.

Zaprowadziła mnie do dużego, wyłożonego drewnem pokoju. Przed kominkiem, w którym żarzył się stos polan, stała stara, wytarta skórzana kanapa. Dywan był perski, też stary, lecz wciąż piękny; leżał na podłodze z brunatnoczerwonych desek. Wszędzie unosił się przyjemny zapach sosny i dymu z kominka.

– Proszę, niech pan usiądzie. Powiem doktorowi, że pan przyjechał. Napije się pan herbaty?

Kolejny znak, że byłem już na wsi. W mieście zaproponowano by mi kawę. Podziękowałem i gdy wyszła, zapatrzyłem się w ogień. Po panującym na dworze zimnie, od gorąca zrobiłem się senny. Za oknem było już zupełnie ciemno. W szybę bębniły krople deszczu. Kanapa była miękka i wygodna. Powoli opadały mi powieki. Gdy zaczęła opadać głowa, ogarnięty paniką, szybko wstałem. Wstałem i od razu poczułem się do cna wyczerpany, fizycznie i psychicznie wypluty. Ale strach przed zaśnięciem był jeszcze większy.

Gdy wróciła, wciąż stałem przed kominkiem.

– Proszę tędy. Doktor jest w gabinecie.

Poskrzypując bucikami, zaprowadziła mnie do drzwi na końcu korytarza. Przystanęła, cicho zapukała i nie czekając na „proszę”, swobodnym, poufałym ruchem ręki przekręciła klamkę. Uśmiechnęła się i stanęła z boku.

– Zaraz przyniosę herbatkę – szepnęła, zamykając drzwi.

Biurko, za biurkiem jakiś mężczyzna. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. Był wysoki, nawet siedząc. Miał wyrazistą, pooraną zmarszczkami twarz i gęste włosy, może nie siwe, ale kremowe. Lecz jego czarne brwi były zaprzeczeniem jakiejkolwiek słabości, a osadzone pod nimi oczy spoglądały czujnie i przenikliwie. Patrzyły, oceniały, ale co we mnie dostrzegły, tego nie umiałem powiedzieć. Nie wyglądałem najlepiej i po raz pierwszy ogarnął mnie lekki niepokój.

– Boże, człowieku – warknął. – Aleś pan przemókł! – Głos miał szorstki, lecz przyjazny.

– Szedłem piechotą aż ze stacji. Nie było taksówek.

– Witamy w naszym cudownym Manham – prychnął. – Powinien był pan mnie uprzedzić, że przyjedzie pan dzień wcześniej. Ktoś by na pana czekał.

– Dzień wcześniej? – powtórzyłem.

– No, tak. Spodziewałem się pana jutro.

Zamknięte sklepy – dopiero teraz to do mnie dotarło. Była niedziela. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo wypaczyło mi się poczucie czasu. Gafa wprawiła mnie w zakłopotanie. Udał, że tego nie widzi.

– Nie szkodzi. Najważniejsze, że pan już jest. Będzie pan miał więcej czasu na aklimatyzację. Henry Maitland. Miło mi.

Wyciągnął do mnie rękę, ale nie wstał. Dopiero wtedy zauważyłem, że jego fotel ma kółka. Nachyliłem się, żeby uścisnąć mu dłoń, lecz tuż przedtem lekko się zawahałem. Maitland uśmiechnął się gorzko.

– Teraz już pan rozumie, dlaczego dałem to ogłoszenie.

Zamieścił je w „Timesie”, w dziale „Praca”, ogłoszenie tak małe, że łatwo je można było przeoczyć. Ale ja nie wiedzieć czemu od razu je zobaczyłem. Wiejska przychodnia poszukiwała lekarza pierwszego kontaktu na umowę okresową. Na pół roku; mieszkanie zapewnione. Najbardziej uderzyła mnie lokalizacja. Nie żebym bardzo chciał pracować w Norfolk, ale Norfolk leży daleko od Londynu. Odpowiedziałem na ogłoszenie bez ekscytacji i wielkich nadziei, dlatego gdy tydzień później przyszedł list, otwierałem go, spodziewając się grzecznej odmowy. Ale zamiast odmowy znalazłem konkretną propozycję. Musiałem przeczytać list dwa razy, żeby w końcu to do mnie dotarło. W innych okolicznościach pomyślałbym pewnie, że musi tkwić w tym jakiś haczyk. Ale w innych okolicznościach nigdy nie odpowiedziałbym na ogłoszenie.

Odpisałem, że przyjmuję propozycję.

A teraz patrzyłem na mojego nowego chlebodawcę, poniewczasie zastanawiając się, w co właściwie wdepnąłem. Maitland jakby czytał w moich myślach. Klepnął się po udach i rzucił:

– Wypadek samochodowy – powiedział to bez zażenowania czy użalania się nad sobą. – Jest nadzieja, że z czasem odzyskam częściową władzę w nogach, ale na razie nie daję sobie rady sam. Przez rok brałem na zastępstwo miejscowych, ale mam tego dość. Jednego tygodnia jedna gęba, drugiego druga. To nikomu nie służy. Wkrótce się pan przekona, że tu nie lubią zmian. – Wziął fajkę i kapciuch z biurka. – Przeszkadza panu dym?

– Nie, jeśli nie przeszkadza panu.

– Dobra odpowiedź – odparł ze śmiechem Maitland. – Ale ja nie jestem pańskim pacjentem. Niech pan o tym pamięta.

Przytknął zapałkę do cybucha.

– No, dobrze – powiedział, pykając z fajki. – Po pracy na… na uniwersytecie, tak? Po pracy na uniwersytecie przeżyje pan tu nielichy szok. No, a poza tym Manham to nie Londyn. – Zerknął na mnie znad cybucha i myślałem, że spyta mnie o doświadczenie zawodowe. Ale nie spytał. – Jeśli ma pan jeszcze jakieś wątpliwości, to odpowiednia chwila, żeby je wyłuszczyć.

– Nie, nie mam.

Zadowolony kiwnął głową.

– Dobrze. Tymczasem zamieszka pan tutaj. Janice pokaże panu pokój. Porozmawiamy przy kolacji. Może pan zacząć już jutro. Przyjmujemy od dziewiątej.

– Mogę o coś spytać?

Maitland uniósł brwi. Czekał.

– Dlaczego mnie pan zatrudnił?

Nie dawało mi to spokoju. Nie na tyle, żeby odrzucić propozycję, jednak wciąż dręczyła mnie mglista niepewność.

– Bo uznałem, że się pan nadaje. Dobre kwalifikacje, znakomite referencje, no i chęć pracy na odludziu za psi grosz.

– Myślałem, że najpierw przeprowadzi pan ze mną rozmowę.

Lekceważąco machnął fajką, oplatając się strużką dymu.

– Rozmowy trwają, a ja chciałem przyjąć kogoś, kto mógłby zacząć natychmiast. Poza tym mam dobrego nosa.

Jego pewność siebie dodała mi otuchy. Dopiero dużo później, kiedy nie było już wątpliwości, że zostanę, wyznał mi ze śmiechem przy którejś tam szklaneczce słodowej whisky, że byłem jedynym kandydatem.

Ale wtedy tak oczywista odpowiedź nie przyszła mi do głowy.

– Uprzedzałem pana, że nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w leczeniu ogólnym. Skąd pewność, że dam sobie radę?

– A da pan?

Chwilę trwało, zanim odpowiedziałem, bo w sumie zastanawiałem się nad tym pierwszy raz. Wyjechałem z Londynu prawie bez namysłu. Po prostu uciekłem od ludzi i miejsc zbyt dla mnie bolesnych. No i świetnie zacząłem. Nie dość że przyjechałem dzień wcześniej, to jeszcze przemokłem do suchej nitki. Nie miałem nawet na tyle rozumu, żeby skryć się gdzieś przed deszczem.

– Tak – odparłem.

– No to nie mam pytań – rzucił z surową, jednocześnie lekko rozbawioną twarzą. – Poza tym to tylko pół roku. No i będę miał na pana oko.

Wcisnął guzik na biurku. W głębi domu zadzwonił dzwonek.

– Jeśli pacjenci nie dopisują, kolacja jest zwykle o ósmej. Może pan teraz odpocząć. Ma pan bagaż czy przyślą?

– Mam walizkę. Zostawiłem ją pod opieką pańskiej żony.

Zaskoczony uśmiechnął się dziwnie zażenowanym uśmiechem.

– Janice to moja gosposia – odparł. – Jestem wdowcem.

Zdawało się, że wchłonąłem całe zawarte w pokoju ciepło.

– Ja też.

I tak zostałem lekarzem w Manham. I właśnie dlatego, że nim zostałem, trzy lata później jako jeden z pierwszych dowiedziałem się o odkryciu Neila i Sama Yatesów. Oczywiście nikt nie wiedział, czyje to zwłoki, jeszcze nie wtedy. Były w takim stanie, że chłopcy nie potrafili nawet powiedzieć, czy są to zwłoki kobiety, czy mężczyzny. Teraz, gdy wreszcie poczuli się bezpiecznie, nie byli nawet pewni, czy są nagie, czy nie. W pewnym momencie Sam wymamrotał nawet, że mają skrzydła, ale zaraz potem stracił pewność siebie i zamilkł. Natomiast Neil patrzył na mnie z tępym wyrazem twarzy. Cokolwiek tam widzieli, musiało to wykraczać poza wszelkie znane im dotychczas punkty odniesienia, dlatego pamięć broniła się przed tym i wzdragała. Zgadzali się jedynie co do tego, że leży tam człowiek i że człowiek ten jest martwy. I chociaż z tego, że na zwłokach roi się od robactwa, wynikało, iż odniósł jakieś rany, dobrze wiedziałem, że martwych stać na wiele różnych sztuczek. Nie było powodu, żeby zakładać najgorsze.

Jeszcze nie wtedy.

Tym dziwniej zabrzmiały słowa ich matki. Linda Yates siedziała w małym saloniku, bez przekonania oglądając coś na jaskrawym ekranie telewizora i tuląc do siebie przygaszonego syna. Jej mąż, rolnik, nie wrócił jeszcze z pracy. Zadzwoniła do mnie, kiedy synowie przybiegli do domu zdyszani i rozhisteryzowani. W miasteczku tak małym i odciętym od świata jak to, dyżur miało się nawet w niedzielę.

Wciąż czekaliśmy na przyjazd policji. Najwyraźniej uznali, że nie ma po co się spieszyć, mimo to czułem się w obowiązku zostać. Dałem Samowi środek uspokajający, łagodny jak placebo, i niechętnie wysłuchałem opowieści jego brata. Próbowałem nie słuchać. Dobrze wiedziałem, co mogli tam widzieć.

I nie chciałem do tego wracać.

Okno było szeroko otwarte, ale do pokoju nie wpadał najmniejszy powiew wiatru. Z podwórza biła oślepiająca jasność, rozpalona niemal do białości przez popołudniowe słońce.

– To Sally Palmer – powiedziała ni z tego, ni z owego Linda.

Popatrzyłem na nią zaskoczony. Sally mieszkała samotnie na małej farmie tuż za miastem. Była atrakcyjną kobietą w wieku trzydziestu, trzydziestu pięciu lat i przyjechała do Manham kilka lat przede mną, odziedziczywszy gospodarstwo po wujku. Wciąż miała kilka kóz, a dzięki wujkowi – nie ma to jak więzy krwi – w oczach miejscowych uchodziła co prawda za autsajderkę, lecz nie taką, jaką byłaby osoba zupełnie obca, a już na pewno nie taką jak choćby ja, nawet teraz, po tylu latach. Jednakże zarabiała na życie jako pisarka i to stawiało ją poza nawiasem społeczności, gdyż większość sąsiadów patrzyła na nią z pełnym szacunku podziwem, ale i z podejrzliwością.

Nie słyszałem plotek, że zaginęła.

– Skąd pani wie?

– Bo mi się śniła.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwałem. Zerknąłem na jej synów. Sam, teraz już spokojniejszy, chyba nie przysłuchiwał się naszej rozmowie. Ale Neil przez cały czas patrzył na matkę i wiedziałem, że gdy tylko wyjdzie z domu, rozpowie wszystko po całym mieście.

Ponieważ milczałem, pomyślała, że jej nie wierzę.

– Stała na przystanku autobusowym i płakała. Spytałam, co się stało, ale nie odpowiedziała. Potem spojrzałam na drogę, a kiedy się odwróciłam, już jej nie było.

Nie wiedziałem, co powiedzieć.

– Takie sny nie śnią się bez powodu – ciągnęła. – Ten też nie.

– Niech pani przestanie, nie wiemy jeszcze, kto to jest. To może być każdy.

Posłała mi spojrzenie, które mówiło, że się mylę, ale nie zamierzała ze mną polemizować. Ucieszyłem się, kiedy do drzwi wreszcie zapukała policja.

Przyjechało ich dwóch i obydwaj byli świetnym przykładem wiejskiego policjanta. Starszy miał rumianą twarz i podczas rozmowy co chwilę wymownie mrugał. W tych okolicznościach było to zupełnie nie na miejscu.

– A więc znaleźliście trupa, tak? – zaczął wesoło, spoglądając na mnie ze znaczącą miną, jakby ponad głowami chłopców chciał wciągnąć mnie do jakiejś zabawy. Podczas gdy Sam tulił się do matki, zastraszony obecnością umundurowanej władzy, Neil mamrotał pod nosem, odpowiadając na pytania.

Nie trwało to długo. Ten starszy, rumiany, zamknął notes i powiedział:

– Dobra. Chodźmy to obejrzeć. Który z was pokaże, gdzie to jest?

Sam wtulił głowę w piersi matki. Neil milczał, lecz bardzo pobladł. Rozmowa to jedno. Powrót na skraj mokradeł to drugie. Linda spojrzała na mnie niespokojnie.

– To chyba nie jest dobry pomysł – odparłem. Szczerze mówiąc, był zupełnie poroniony. Ale miałem do czynienia z policją na tyle często, by wiedzieć, że dyplomacją można wskórać z nimi znacznie więcej niż otwartą konfrontacją.

– To jak znajdziemy to miejsce, skoro nie znamy terenu? – spytał.

– W samochodzie mam mapę. Pokażę wam, gdzie to jest.

Ten rumiany nie próbował nawet ukryć niezadowolenia. Wyszliśmy na dwór, mrużąc oczy w oślepiającym blasku słońca. Dom Lindy stał na samym końcu szeregu małych kamiennych domów. Nasze samochody parkowały po drugiej stronie ulicy. Wziąłem mapę z land rovera i rozłożyłem ją na masce. Maska była zniszczona i gorąca, bo prażyło w nią słońce.

– To niecałych pięć kilometrów stąd. Będziecie musieli zaparkować na skraju mokradeł i dojść piechotą do lasu. Z tego, co mówili Sam i Neil, zwłoki powinny być gdzieś tu.

Postukałem palcem w mapę. Rumiany chrząknął.

– Mam lepszy pomysł. Jeśli nie chce pan, żeby szli z nami chłopcy Lindy, to może pan z nami pójdzie? – Uśmiechnął się ze ściągniętymi ustami. – Widzę, że dobrze zna pan teren.

Po jego minie poznałem, że nie da mi wyboru. Kazałem im jechać za mną, wsiadłem i odpaliłem silnik. W samochodzie pachniało rozgrzanym plastikiem. Otworzyłem okna, na ile się dało. Kierownica parzyła w dłonie. Zacisnąłem na niej palce tak mocno, że zbielały mi kłykcie, i odprężyłem się nieco, dopiero wtedy gdy to zauważyłem.

Drogi były wąskie i kręte, ale do lasu mieliśmy niedaleko. Zaparkowałem na zrytym koleinami placku spieczonej ziemi, ocierając drzwiczkami o uschnięty żywopłot. Tuż za mną zakołysał się i zatrzymał radiowóz. Policjanci wysiedli i ten starszy naciągnął spodnie na brzuch. Młodszy, mocno opalony i z wysypką po goleniu, trzymał się z tyłu.

– Tam jest ścieżka – powiedziałem. – Dochodzi do samego lasu. Idźcie cały czas prosto. To najwyżej kilkaset metrów stąd.

Rumiany otarł spocone czoło. Pachy jego białej koszuli były ciemne i mokre. Bił od niego ostry, kwaśny zapach. Popatrzył na odległy las, zmrużył oczy i pokręcił głową.

– Za gorąco dziś. To co? Nie pójdzie pan z nami i nie pokaże? Na pewno?

Powiedział to na wpół kpiąco, na wpół z nadzieją w głosie.

– Wiem tyle samo co wy. Musicie dojść do skraju lasu i się rozejrzeć. Szukajcie larw.

Ten młodszy parsknął śmiechem, ale gdy rumiany łypnął na niego spode łba, natychmiast przestał się śmiać.

– Nie powinni tego robić ci z dochodzeniówki? – spytałem.

Rumiany pogardliwie prychnął.

– Nie podziękowaliby nam za wezwanie do jeleniego ścierwa. Bo to najczęściej znajdują.

– Neil i Sam mówią, że to co innego.

– Pozwoli pan, że najpierw sam to obejrzę. – Dał znak młodszemu koledze. – Chodźmy. Skończmy tę zabawę.

Patrzyłem, jak przechodzą niezdarnie przez dziurę w żywopłocie i idą w stronę lasu. Rumiany nie kazał mi zaczekać, zresztą czekanie nie miało sensu. Doprowadziłem ich najdalej, jak mogłem, reszta zależała od nich.

Ale nie odjechałem. Wróciłem do samochodu i wyjąłem butelkę wody spod przedniego fotela. Woda była ciepła, ale zaschło mi w ustach. Założyłem okulary przeciwsłoneczne i, spoglądając na las, oparłem się o zielony, zakurzony błotnik. Policjantów pochłonęły już zarośla. Stojące nad płaskimi mokradłami powietrze, duszne i stężałe w upale, pachniało czymś metalicznym. Wszędzie brzęczały, bzyczały i cykały owady. Tuż obok mnie tańczyły dwie ważki. Wypiłem jeszcze jeden łyk wody i spojrzałem na zegarek. Kolejnego pacjenta miałem dopiero wieczorem, za dwie godziny, ale stać tu i czekać tylko po to, żeby dowiedzieć się, co znalazło w lesie dwóch wiejskich policjantów? Miałem ciekawsze rzeczy do zrobienia. Zresztą, pewnie mieli rację. Neil i Sam mogli zobaczyć tam martwe zwierzę. Po prostu. Reszty dokonały wyobraźnia i panika.

Mimo to ani drgnąłem.

Jakiś czas później zobaczyłem, że już wracają. Ich białe koszule to pokazywały się, to znikały w wysokiej, pożółkłej trawie. Byli bardzo bladzi; spostrzegłem to już z daleka. Ten młodszy miał plamę po wymiocinach na piersi, ale chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. Bez słowa podałem mu butelkę. Przyjął ją z wdzięcznością.

Rumiany unikał mojego wzroku.

– Szlag by to, nie ma zasięgu – mruknął, idąc z komórką do radiowozu. Próbował być szorstki i gburowaty tak jak przedtem, ale mu nie wychodziło.

– A więc jednak to nie jeleń – powiedziałem.

Posłał mi ponure spojrzenie.

– Nie będziemy już pana zatrzymywali.

Zaczekał, aż wsiądę do samochodu, i dopiero wtedy sięgnął po mikrofon radiostacji. Ten młodszy gapił się na swoje buty; w ręku dyndała mu butelka.

Postanowiłem jechać prosto do przychodni. W głowie brzęczało mi od myśli, ale już dawno temu ustawiłem tam coś w rodzaju siatki, która zatrzymywała je jak muchy. Próbowałem oczyścić umysł siłą woli, mimo to muchy wciąż szeptały coś podświadomości. Dojechałem do drogi prowadzącej do miasteczka. Moja ręka odruchowo powędrowała do dźwigni kierunkowskazu i zamarła. Zupełnie nie myśląc, podjąłem decyzję, której skutki miały rozbrzmiewać echem jeszcze przez wiele tygodni. Która miała odmienić życie moje i innych.

Pojechałem prosto przed siebie. Na farmę Sally Palmer.

Rozdział 3

Z jednej strony farmy rosły drzewa, z drugiej ciągnęły się mokradła. Jechałem zrytą koleinami drogą i spod kół land rovera biły tumany kurzu. Zaparkowałem na nierównym bruku – tylko tyle pozostało tu z podwórza – i wysiadłem. W upale drżała szopa z blachy falistej. Sam dom był pomalowany na biało. Wyblakła farba łuszczyła się już i odpadała, lecz w słońcu wciąż była oślepiająco jaskrawa. Po obu stronach drzwi wisiały jasnozielone skrzynki na kwiaty, jedyne plamy koloru w tym wypłowiałym świecie.

Kiedy Sally była w domu, jej owczarek szkocki zaczynał ujadać, zanim goście zdążyli zapukać do drzwi. Zwykle, ale nie tamtego dnia. Przez okna też nie dostrzegłem żadnego śladu życia, ale to nie musiało nic znaczyć. Podszedłem do drzwi i zapukałem. Teraz, gdy już tu byłem, powody mojego przyjazdu wydały mi się beznadziejnie głupie. Czekając, patrzyłem na horyzont i zastanawiałem się, co jej powiem. Zawsze mogłem powiedzieć prawdę, ale prawda byłaby równie irracjonalna jak sny Lindy Yates. Poza tym Sally mogłaby to źle zrozumieć, odebrać moją wizytę jako coś więcej niż tylko dręczący niepokój, którego nie potrafiłem logicznie wyjaśnić.

Mieliśmy kiedyś może nie romans, ale na pewno łączyło nas coś więcej niż tylko zwykła znajomość. Był taki czas, kiedy widywaliśmy się dość często. I nic dziwnego: obydwoje byliśmy autsajderami, obydwoje mieszkaliśmy kiedyś w Londynie. Poza tym Sally była bardzo towarzyska, odpowiadała mi wiekowo i łatwo nawiązywała nowe znajomości. No i była ładna. Kilka razy spotkaliśmy się na drinku w pubie i miło to wspominałem.

Ale dalej się nie posunęliśmy. Gdy wyczułem, że chciałaby czegoś więcej, natychmiast się wycofałem. Początkowo była zaskoczona, ale ponieważ nic nie zdążyło się między nami rozwinąć, nie miała do mnie pretensji ani żalu. Ilekroć na siebie wpadaliśmy, zawsze ucinaliśmy krótką pogawędkę, ale na tym się kończyło.

Bardzo tego pilnowałem.

Zapukałem ponownie. Pamiętam, że poczułem nawet ulgę, kiedy nie otworzyła. Musiała gdzieś wyjść, co oznaczało, że nie będę musiał wyjaśniać jej powodów mojego przyjazdu. Bo szczerze mówiąc, nie znałem ich nawet ja sam. Nie należałem do ludzi przesądnych i w przeciwieństwie do Lindy Yates nie wierzyłem w złe przeczucia. Tylko że Linda nie miała złych przeczuć, w każdym razie niezupełnie. Lindzie coś się przyśniło. A dobrze wiedziałem, jak mylące mogą być sny. Jak mylące i niebezpieczne.

Odwróciłem się od drzwi i od miejsca, do którego zmierzały moje myśli. Dobrze, że jej nie ma, pomyślałem poirytowany. Co mi odbiło? To, że na skraju lasu umarł jakiś turysta czy obserwator ptaków, to jeszcze nie powód, żeby dać się ponieść wyobraźni.

Ale w połowie drogi do samochodu przystanąłem. Coś nie dawało mi spokoju i chociaż ponownie odwróciłem się w stronę domu, wciąż nie wiedziałem, co to jest. Chwilę trwało, zanim zaskoczyłem. Skrzynki. Rosnące w nich kwiaty były brązowe, uschnięte.

Sally nigdy by do tego nie dopuściła.

Zawróciłem. Ziemia w skrzynkach była sucha jak pieprz i twarda jak kamień. Kwiatów nikt nie podlewał i to co najmniej od kilku dni. Zapukałem jeszcze raz i zawołałem. Nie słysząc odpowiedzi, przekręciłem klamkę.

Drzwi były otwarte. Możliwe, że zamieszkawszy w Manham, Sally wyzbyła się nawyku zamykania ich na klucz. Ale tylko możliwe, bo tak samo jak ja, wychowała się w mieście, a stare nawyki trudno wykorzenić. Drzwi utknęły, zablokowane stertą leżących za nimi listów i przesyłek. Pchnąłem je mocniej i pokonawszy lawinę korespondencji, wszedłem do kuchni. Wyglądała tak, jak ją pamiętałem: wesołe cytrynowe ściany, solidne wiejskie meble i kilka delikatnych akcentów, które wskazywały na to, że Sally nie potrafiła tak do końca zapomnieć o wielkim mieście: elektryczna wyciskarka do soków, błyszczący ekspres do kawy i duży, dobrze zaopatrzony stojak na wino.

Nie licząc pliku listów, na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Ale wszędzie unosił się ten charakterystyczny stęchły zapach długo niewietrzonego domu, wymieszany ze słodkawym zapachem gnijących owoców. Ten ostatni dochodził z glinianej miski na starym, sosnowym kredensie, gdzie zobaczyłem stężałe memento mori, martwą naturę ze sczerniałych bananów, jabłek i pokrytych białą pleśnią pomarańczy. Z wazonu na stole bezwładnie zwisały martwe i nierozpoznawalne już kwiaty. Szuflada pod zlewem była otwarta, jakby Sally coś z niej wyjmowała, gdy jej przeszkodzono. Chciałem ją odruchowo zamknąć, lecz nie zamknąłem.

Mogła wyjechać na urlop; tak to sobie tłumaczyłem. Mogła być za bardzo zajęta, żeby zawracać sobie głowę zgniłymi owocami i uschniętymi kwiatami. Istniało wiele prawdopodobnych wyjaśnień. Ale myślę, że podobnie jak Linda, wiedziałem już swoje.

Zastanawiałem się, czy nie zajrzeć do pozostałych pomieszczeń, ale uznałem, że lepiej nie. Już wtedy zacząłem traktować jej dom jak miejsce zbrodni i nie chciałem przypadkowo zatrzeć śladów. Dlatego wyszedłem na dwór. Za domem było ogrodzenie, a za ogrodzeniem Sally trzymała kozy. Coś było nie tak, wystarczyło jedno spojrzenie. Kilka osłabionych i wychudzonych kóz jeszcze stało, ale większość leżała nieruchomo. Były albo nieprzytomne, albo martwe. Wyskubały całą trawę, do ostatniego źdźbła, a gdy podszedłem do koryta, okazało się, że jest zupełnie suche. Za korytem leżał wąż, którym najwyraźniej je napełniano. Oparłem go o ściankę i poszukałem kranu. Gdy chlusnęła woda, parę kóz przytruchtało bliżej i zaczęło pić.

Postanowiłem, że gdy tylko zawiadomię policję, ściągnę tu weterynarza. Wyjąłem telefon, ale nie mogłem złapać zasięgu. W Manham zawsze mieliśmy z tym trudności, dlatego komórki często zawodziły. Gdy odszedłem trochę dalej, wskaźnik pola ożył i już miałem wybrać numer, gdy za rdzewiejącym pługiem zobaczyłem coś małego i ciemnego. To dziwne, ale wiedziałem, co to jest. Spięty ruszyłem w tamtą stronę.

W wysokiej, suchej trawie leżała Bess, owczarek szkocki Sally. Ze zmierzwioną, zakurzoną sierścią wyglądała jak maleństwo. Odpędziłem muchy, które napadły mnie, zwietrzywszy świeższy posiłek, i się odwróciłem. Ale tuż przedtem zobaczyłem, że pies ma prawie odciętą głowę.

Nagle zrobiło mi się jeszcze goręcej. Nogi odruchowo zaniosły mnie do samochodu. Zwalczyłem pokusę, żeby wsiąść i czym prędzej odjechać. Zamiast uciec jak najdalej, zadzwoniłem na policję. Czekając, aż ktoś podniesie słuchawkę, patrzyłem na zieloną smugę lasu, z którego niedawno wróciłem. Nie, tylko nie to. Nie znowu. Nie tutaj. Po chwili zdałem sobie sprawę, że z telefonu dochodzi cichutki głos. Odwróciłem wzrok i powiedziałem:

– Chcę zgłosić zaginięcie.

Inspektor – najwyżej parę lat starszy ode mnie – był przysadzisty i zadziorny. Nazywał się Mackenzie. Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem, było to, że ma nienaturalnie szerokie bary. Dolna część jego ciała, a zwłaszcza króciutkie nogi i absurdalnie drobne stopy, zupełnie do nich nie pasowała. Wyglądałby jak komiksowy kulturysta, gdyby nie zarys brzucha i bijąca z twarzy niecierpliwość, która wymownie ostrzegała, że lepiej traktować go poważnie.

Ja zostałem przy samochodzie, a on i jego ubrany po cywilnemu sierżant poszli obejrzeć psa. Widać było, że im się nie spieszy, że robią to niemal niefrasobliwie. Jednakże fakt, że zamiast mundurowych przyjechał tu główny inspektor wydziału śledczego, był znakiem, że sprawę potraktowano poważnie.

Mackenzie wrócił, a sierżant wszedł do domu, żeby rozejrzeć się po pokojach.

– Dobrze, a więc jeszcze raz. Dlaczego pan tu przyjechał?

Pachniał płynem po goleniu i delikatnym zapachem mięty. Spod jego rzadkich rudych włosów prześwitywała mocno opalona skóra głowy, ale jeśli dokuczało mu słońce, niczym tego nie okazywał.

– Byłem w pobliżu. Pomyślałem, że wpadnę.

– Towarzyska wizyta?

– Chciałem po prostu sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Nie zamierzałem wciągać w to Lindy Yates, chyba że w ostateczności. To, co mi powiedziała, powiedziała w zaufaniu, jako lekarzowi, poza tym nie sądziłem, żeby policjant wierzył w sny. Ja też nie wierzyłem. Sęk w tym, że bez względu na to, czy myśleliśmy racjonalne, czy nie, Sally gdzieś przepadła.

– Kiedy widział ją pan ostatni raz? – spytał Mackenzie.

Wróciłem do teraźniejszości.

– Jakieś dwa tygodnie temu.

– Mógłby pan to trochę zawęzić?

– Pamiętam, że widziałem ją w pubie na letnim grillowaniu dwa tygodnie temu. Na pewno tam była.

– Z panem?

– Nie. Ale rozmawiałem z nią. – Rozmawiałem bardzo krótko. „Cześć, jak się masz? Świetnie. No to na razie, do zobaczenia”. „Do zobaczenia”. Słowa te nie miały żadnego znaczenia, były po prostu słowami, niczym więcej. Nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości.

– I po dwóch tygodniach niewidzenia nagle pan do niej przyjechał, tak?

– Słyszałem, że znaleziono czyjeś zwłoki. Chciałem sprawdzić, czy nic jej nie jest.

– Skąd pan wie, że są to zwłoki kobiety?

– Nie wiem. Ale uznałem, że nie zaszkodzi tu zajrzeć.

– Co pana z nią łączy?

– Chyba przyjaźń.

– Bliska?

– Nie bardzo.

– Sypia pan z nią?

– Nie.

– A sypiał pan?

Miałem ochotę powiedzieć mu, żeby nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. Bo właśnie to robił. Ale w sytuacjach takich jak ta prywatność się nie liczyła. Dobrze o tym wiedziałem.

– Nie.

Patrzył na mnie bez słowa. Ja patrzyłem na niego. Po chwili wyjął z kieszeni paczkę miętówek. Gdy niespiesznie wkładał jedną do ust, zauważyłem pieprzyk na jego szyi. Pieprzyk miał dziwny kształt.

Schował miętówki, nawet mnie nie poczęstowawszy.

– A więc to nie był zażyły związek. Tylko przyjaźń, tak?

– Znaliśmy się, to wszystko.

– Mimo to odczuwał pan nieodpartą potrzebę sprawdzenia, czy nic jej nie jest. Nikomu innemu, tylko jej. Tak?

– Mieszka tu sama. To odludzie nawet według naszych standardów.

– Dlaczego pan do niej nie zadzwonił?

Tu mnie miał. Fakt, dlaczego?

– Nie przyszło mi to do głowy.

– Ona ma komórkę? – Odparłem, że ma. – Zna pan numer?

Był w moim telefonie. Szukałem go, wiedząc, o co mnie zaraz spyta i czując się bardzo głupio. Ale naprawdę o tym nie pomyślałem.

– Zadzwonić do niej? – rzuciłem, zanim zdążył otworzyć usta.

– Właśnie, gdyby pan zechciał.

Czekałem na połączenie, czując na sobie jego wzrok. Zastanawiałem się, co powiem, jeśli Sally odbierze. Ale nie sądziłem, żeby odebrała.

Otworzyło się okno. Sierżant wychylił się za parapet.

– Panie inspektorze, komórka dzwoni w torebce.

Nawet z tej odległości słyszeliśmy cichutki, elektroniczny świergot. Wcisnąłem guzik. Świergot ustał. Mackenzie kiwnął głową.

– Dobra, to tylko my. Rób swoje.

Sierżant zniknął. Mackenzie potarł policzek.

– To niczego nie dowodzi – powiedział.

Milczałem.

Mackenzie westchnął.

– Chryste, ten cholerny upał… – Po raz pierwszy dał po sobie poznać, że mu przeszkadza. – Zejdźmy ze słońca.

Stanęliśmy w cieniu domu.

– Zna pan kogoś z jej rodziny? – spytał. – Kogoś, kto mógłby wiedzieć, gdzie ona jest?

– Nie. Odziedziczyła tę farmę, ale o ile wiem, nie ma tu nikogo.

– Przyjaciół też nie? Nie licząc pana.

Mógł w tym tkwić jakiś haczyk, ale trudno było powiedzieć.

– Na pewno kogoś tu zna, ale naprawdę nie wiem.

– Ma kochanka? – Uważnie mi się przyglądał, chcąc sprawdzić, jak zareaguję.

– Nie wiem. Przykro mi.

Mackenzie chrząknął i spojrzał na zegarek.

– Co teraz? – spytałem. – Porównacie próbki DNA z tych zwłok z próbkami zebranymi w domu?

Mackenzie zmrużył oczy.

– Widzę, że się pan na tym zna.

Poczułem, że się czerwienię.

– Nie, niezupełnie.

Ucieszyłem się, że przestał drążyć temat.

– Jeszcze nie wiemy, czy jest to miejsce zbrodni, czy nie. Mamy kobietę, która zaginęła albo i nie zaginęła, to wszystko. I żadnych dowodów na to, że coś łączy ją z tymi zwłokami.

– A pies?

– Mogło go zagryźć jakieś zwierzę.

– Z tego co widziałem, ma poderżnięte gardło. Poderżnięte, nie przegryzione. Przecięte czymś ostrym.

Znowu otaksował mnie spojrzeniem i gdybym mógł, dałbym sobie kopa w tyłek za to, że tyle gadam. Byłem teraz lekarzem. Zwykłym lekarzem, nikim więcej.

– Zobaczę, co powiedzą ci z sądówki. Ale nawet jeśli jest tak, jak pan mówi, mogła zabić go sama.

– Przecież pan w to nie wierzy.

Już miał się odciąć, ale zmienił zdanie.

– Nie. Nie wierzę. Ale nie zamierzam też wyciągać pochopnych wniosków.

Otworzyły się drzwi i wyszedł sierżant.

– Nic. Ale w korytarzu i w saloniku pali się światło.

Mackenzie kiwnął głową, jakby się tego spodziewał. Ponownie przeniósł wzrok na mnie.

– Nie będziemy pana dłużej zatrzymywać, doktorze. Ktoś przyjedzie do pana spisać zeznania. I byłbym wdzięczny, gdyby nikomu pan o tym nie mówił.

– Oczywiście. – Nie musiał mnie o to prosić; próbowałem stłumić w sobie złość. Mackenzie już się odwracał, już mówił coś do sierżanta: ruszyłem przed siebie i nagle przystanąłem.

– Jeszcze jedno. – Spojrzał na mnie rozdrażniony. – Ten pieprzyk na pańskiej szyi. To pewnie nic takiego, ale na wszelki wypadek niech pan pójdzie z tym do lekarza.

Gapili się na mnie, gdy szedłem do samochodu.

Wracałem odrętwiały. Droga biegła brzegiem Manham Water, płytkiego jeziora, a raczej bagnistego jeziorka, które co roku robiło się mniejsze, przegrywając walkę z agresywną trzciną. Jego powierzchnia była gładka jak lustro i zburzyło ją dopiero stadko dzikich gęsi, które tam wylądowały. Ani jezioro, ani przecinające mokradła wąziutkie, częściowo zarośnięte strumyki nie nadawały się do żeglugi, a ponieważ w pobliżu nie było żadnej rzeki, turyści i motorowodniacy, od których latem roiło się w Broads, omijali Manham szerokim łukiem. Chociaż od sąsiedniego miasteczka dzieliło nas ledwie kilka kilometrów, zdawało się, że mieszkamy w zupełnie innej części Norfolk, w części starszej i zdecydowanie mniej gościnnej. Otoczone lasami, bagniskami i źle osuszonymi mokradłami Manham było dosłownie zaściankiem. Nie licząc ornitologów amatorów, nie odwiedzał nas praktycznie nikt, dlatego miasteczko coraz bardziej izolowało się od świata niczym stary, stetryczały samotnik.

Ale jakby na przekór temu wszystkiemu tego wieczoru wyglądało niemal wesoło. Klomby przed kościołem i na skwerku wyglądały w słońcu jak barwne plamy, plamy tak jaskrawe, że gdy popatrzyłem na nie dłużej, rozbolały mnie oczy. Skrupulatnie pielęgnowane przez George’a Masona i jego wnuka, ogrodników, których spotkałem pierwszego dnia na cmentarzu, były dumą wszystkich mieszkańców Manham. Girlandami kwiatów ozdobiono nawet stojący na skwerze pomnik Męczennicy. Dzieci z miejscowej szkoły robiły to co roku, żeby uczcić pamięć kobiety, którą w XVI wieku ukamienowali sąsiedzi. Legenda głosiła, że kobieta ta wyleczyła śmiertelnie chore niemowlę tylko po to, żeby uznano ją za czarownicę. Henry żartował, że tylko w Manham można ukamienować kogoś za dobry uczynek, i twierdził, że obydwaj powinniśmy wyciągnąć z tego stosowne wnioski.

Nie miałem ochoty wracać do domu, więc pojechałem do przychodni. Często bywałem tam nawet wtedy, gdy nie musiałem. W domu czułem się samotnie, podczas gdy w przychodni miałem chociaż wrażenie, że pracuję. Wszedłem bocznymi drzwiami, które prowadziły do małej, lecz niezależnej i samowystarczalnej poradni. Stara oranżeria, zielona i wilgotna od kwiatów, starannie pielęgnowanych przez Janice, służyła teraz za recepcję i poczekalnię. W kilku pokojach na parterze mieszkał Henry. Ale pokoje te znajdowały się na drugim końcu domu, który był wystarczająco duży, żeby pomieścić nas wszystkich. Ja przejąłem jego stary gabinet i gdy zamknąłem za sobą drzwi, natychmiast uspokoił mnie kojący zapach starego drewna i woskowej pasty do podłóg. Chociaż od przyjazdu pracowałem tu niemal codziennie, w gabinecie wciąż wyczuwało się obecność Henry’ego: stary obraz – scena myśliwska – biurko z żaluzjowym zamknięciem, wielki skórzany fotel. Półki były wypełnione starymi księgami medycznymi, czasopismami i książkami, które rzadko kiedy widuje się u wiejskiego lekarza: pracami Kanta i Nietzschego oraz książkami psychologicznymi; te ostatnie zajmowały całą półkę, ponieważ psychologia była jego konikiem. Moim jedynym wkładem w umeblowanie gabinetu był komputer cicho szumiący na biurku; Henry zgodził się na tę innowację – bardzo niechętnie zresztą – dopiero po wielomiesięcznych perswazjach.