Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chemia łez - Peter Carey

PRZENIKLIWA I WIELOWYMIAROWA POWIEŚĆ DWUKROTNEGO LAUREATA BOOKERA.

Jak zobaczyć to, co jest nieprawdopodobne?

Czy da się przewidzieć nieprzewidywalne?

Jak osiągnąć prawdziwy spokój i ukojenie?

Catherine, specjalistka od konserwacji zegarów, pogrąża się w żałobie po śmierci  swego kochanka i współpracownika Matthew. Ból i żal koi wódką, kokainą i lekturą zapisków Henry'ego Brandlinga z 1854 roku. Opisał w nich swoją fascynującą podróż do Niemiec w poszukiwaniu geniusza, który stworzy dla jego śmiertelnie chorego syna "zabawkę doskonałą". Zdezelowana mechaniczna kaczka, którą Cathrin ma za zadanie zrekonstruować, kryje w sobie nie tylko kilka nieodkrytych tajemnic z przeszłości, ale staje się również wehikułem czasu między dwojgiem samotnych ludzi.

Opinie o ebooku Chemia łez - Peter Carey

Fragment ebooka Chemia łez - Peter Carey

Dla Frances Coady

Catherine

1

Umarł, a mnie nikt nic nie powiedział. Gdy przechodziłam obok jego biura, jego asystentka zalewała się łzami.

– Co się stało, Felicjo?

– Nie słyszała pani? Pan Tindall nie żyje.

Zrozumiałam: „Pan Tindall nie przyjdzie” i pomyślałam: na Boga, kobieto, weź się w garść.

– Gdzie teraz jest? – To było nieostrożne pytanie. Matthew Tindall od trzynastu lat był moim kochankiem, lecz utrzymywaliśmy nasz związek w tajemnicy. W prawdziwym życiu unikałam jego asystentki.

Miała rozmazaną szminkę, a jej pomarszczone usta wyglądały jak brzydka, zwinięta skarpeta.

– Gdzie teraz jest? – wyszlochała. – Co za okropne, okropne pytanie.

Nic nie rozumiałam, zapytałam więc jeszcze raz.

– Catherine, on nie żyje – odpowiedziała i znów zalała się łzami.

Wmaszerowałam do jego biura, jakby chcąc jej udowodnić, że się myli. To nie było rozsądne z mojej strony. Mój sekretny ukochany był grubą rybą – kustoszem kolekcji metali. Na biurku stało zdjęcie jego dwóch synów, a na półce leżał kretyński tweedowy kaszkiet. Sama nie wiem, dlaczego go zabrałam.

Oczywiście widziała, że go ukradłam, ale nic mnie to nie obeszło. Zbiegłam schodami Philipsa na parter budynku. W to kwietniowe popołudnie w georgiańskich wnętrzach Muzeum Swinburne pośród tysiąca codziennie je zwiedzających osób i osiemdziesięciorga pracowników nie było ani jednej duszy w pełni świadomej tego, co tak naprawdę się stało.

Wszystko wydawało się takie, jak zazwyczaj. Nie mogłam uwierzyć, że Matthew już tu nie ma, że nie czeka na mnie z jakąś niespodzianką. Miał bardzo charakterystyczny wygląd, mój najdroższy. Po lewej stronie wydatnego nosa twarz przecinała mu pionowa zmarszczka. Miał gęste włosy i duże, miękkie, zawsze czułe usta. Oczywiście był żonaty. Oczywiście, oczywiście. Kiedy po raz pierwszy zwróciłam na niego uwagę, miał czterdzieści lat, a kochankami zostaliśmy po kolejnych siedmiu. Dobiegałam wówczas trzydziestki i wciąż byłam dziwolągiem, czyli pierwszą kobietą zegarmistrzem, jaka kiedykolwiek pracowała w muzeum.

Trzynaście lat, całe moje życie. Żyliśmy wówczas w cudownym świecie. Muzeum Swinburne, kod pocztowy SW1, było jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic Londynu. Mogło się pochwalić całkiem sporym działem poświęconym horologii[1], w którym zebrana była znana na całym świecie kolekcja zegarów, zegarków, automatów i innych nakręcanych urządzeń. Jeżeli przypadkiem byłeś tam 21 kwietnia 2010 roku, być może widziałeś mnie, nieco dziwaczną, lecz elegancką wysoką kobietę, kurczowo ściskającą w ręku tweedowy kaszkiet. Może wyglądałam na szaloną, a może nie odbiegałam zbytnio wyglądem od moich kolegów – rozmaitych kustoszy i konserwatorów – którzy przemierzali galerie muzeum w drodze na spotkanie, do pracowni lub do schowka, gdzie wkrótce mieli się zająć przesłuchaniem starożytnego przedmiotu; miecza, kapy lub muzułmańskiej klepsydry. Byliśmy ludźmi muzeum, uczonymi, księżmi, specjalistami od napraw i polerowania, naukowcami, hydraulikami, mechanikami – na dobrą sprawę trainspotterami – o wąskich specjalizacjach w zakresie metali, szkła, tkanin czy ceramiki. Jak sami lubiliśmy podkreślać, stanowiliśmy zbieraninę różnych typów, lecz mimo to w skrytości ducha wierzyliśmy, że pewne stereotypy są prawdziwe. Na przykład zegarmistrzem nie mogła być młoda kobieta o zgrabnych nogach, lecz tylko niewysoki mężczyzna – najwyżej 168 centymetrów – w typie szalonego naukowca, strachliwy, trochę zdziwaczały, z rzadkimi włosami w kolorze blond, z trudem zmuszający się do nawiązania kontaktu wzrokowego. Można go dostrzec, gdy przemyka jak myszka galeriami na parterze muzeum, z nieodłącznym pękiem kluczy pobrzękującym u boku, niczym stróż komnaty tajemnic. Tak naprawdę każdy z pracowników Swinburne znał jedynie część tutejszych labiryntów. Nasze terytoria przypominały wybiegi dla szczurów – ograniczone do tras, którymi poruszaliśmy się niezmiennie, gdy chcieliśmy gdzieś dotrzeć. Dzięki temu niezwykle łatwo było tu prowadzić tajemne życie i odczuwać perwersyjną przyjemność, jaką takie życie daje.

W obliczu śmierci te wnętrza stały się prawdziwym koszmarem. Niby były takie same, lecz jednak jaśniejsze, ostrzejsze. Wszystko wydawało się jednocześnie bardziej wyraziste i odległe. Jak umarł? Jak mógł umrzeć?

Szybko wróciłam do swojego gabinetu i wstukałam w Google nazwisko „Matthew Tindall”, ale w sieci nie było nic o żadnym wypadku. Za to w skrzynce mailowej znalazłam wiadomość, na widok której podskoczyło mi serce, ale tylko na moment, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że wysłał ją o czwartej po południu poprzedniego dnia. „Całuję twoje paluszki”. Zaznaczyłam ją jako nieprzeczytaną.

Nie miałam odwagi zwrócić się o pomoc do nikogo. Postanowiłam pracować, bo właśnie to zawsze robiłam w sytuacjach kryzysowych. Do tego właśnie przydają się zegary, ich zawiłości i osobliwa zagadkowość. Usiadłam przy stole w warsztacie i przystąpiłam do prób naprawy wyjątkowo fanaberyjnego osiemnastowiecznego francuskiego zegara. Narzędzia leżały obok, na miękkiej szmatce z zielonej irchy. Zaledwie dwadzieścia minut wcześniej podobał mi się ten francuski czasomierz, lecz teraz wydał mi się próżny i przesadnie ozdobny. Schowałam twarz w kaszkiecie Matthew. Użylibyśmy słowa „niuchać”. „Niucham cię”. „Niucham twój kark”.

Mogłam iść do Sandry, mojej bezpośredniej przełożonej. Zawsze była dla mnie bardzo miła, ale nie mogłabym znieść niczyjej, nawet jej, ingerencji w moje prywatne sprawy, rozkładanie ich na stole i przesypywanie jak paciorków z rozerwanego naszyjnika.

Hej, Sandra, może wiesz, co się stało panu Tindallowi?

Mój dziadek Niemiec i mój bardzo angielski ojciec byli zegarmistrzami. Żaden nie osiągnął spektakularnego sukcesu – najpierw prowadzili zakład w Clerkenwell, potem w centrum, a później znów w Clerkenwell, wyrabiając porządne, solidne angielskie zegarki z pięcioma kółkami zębatymi – lecz zawsze darzyłam ich zawód niemal religijnym szacunkiem. Już jako mała dziewczynka uważałam, że jest to zajęcie bardzo kojące, które daje spełnienie. Od lat szczerze wierzyłam w to, że konstruowanie zegarów jest w stanie ukoić każdy zamęt w duszy i sercu. Tak mocno w to wierzyłam i tak bardzo się myliłam.

Biurowa herbaciarka przyniosła mi swój przygnębiający napar. Przyglądałam się kłaczkom lekko zwarzonego mleka, krążącym po powierzchni napoju, jak sądzę, w oczekiwaniu na Matthew. Kiedy więc poczułam na ramieniu dotyk ręki, całe moje ciało jakby rozpadło się na kawałki. Zdawało mi się, że to Matthew, ale on nie żył, a zamiast niego stał obok mnie Eric Croft, kustosz działu horologii. Zaczęłam wyć jak zranione zwierzę i nie mogłam przestać.

Nie mogłam sobie wybrać gorszego świadka swojej rozpaczy.

Crafty Crofty był, najprościej to ujmując, mistrzem wszystkiego, co tyka i cyka, uczonym, historykiem i znawcą. Ja sama w porównaniu z nim byłam jedynie dobrze wykształconym mechanikiem. Zasłynął pracą naukową na temat orientalnych ślicznotek – misternie zdobionych wizerunkami egzotycznych zwierząt i budynków pozytywek, często umieszczanych na kunsztownie wykonanych podstawkach, które z takim sukcesem eksportowano w osiemnastym wieku do Chin, a które były wyrazem kompletnego braku zrozumienia kultury Orientu. Tak to już było w naszym fachu. Budowaliśmy nasze rozchwiane życie na właśnie takich rzeczach. Zwierzęta poruszały oczami, uszami i ogonami, pagody powstawały i upadały, wysadzane klejnotami gwiazdy migotały, a obracające się wokół własnej osi szklane pręciki bardzo wiarygodnie udawały strumienie wody.

Wyłam i wyłam, i teraz to moje usta przypominały pacynkę ze skarpetki.

Podobnie jak do potężnie zbudowanego prezesa klubu rugby nie pasowałby piesek chihuahua trzymany pod pachą, tak samo Eric w niczym nie przypominał swoich chińskich cacek, które raczej mogłyby stanowić pasję szczupłego geja o wyszukanym guście. Cechował go ten specjalny rodzaj heteroseksualnego zapału, który kojarzy się raczej z ludźmi pracującymi „w metalach”.

– Nie, nie! – zawołał. – Cicho.

Cicho? Nie był bynajmniej szorstki. Otoczył mnie mocnym, twardym ramieniem, podprowadził do wyciągu laboratoryjnego i włączył go, wyciąg hałasował niczym dwadzieścia suszarek do włosów pracujących naraz. Wydało się, pomyślałam.

– Nie – powiedział. – Przestań.

Wyciąg był bardzo ciasny, przeznaczony dla jednego konserwatora podczas oczyszczania starożytnych przedmiotów toksycznym rozpuszczalnikiem. Crofty gładził mnie po ramieniu, jakbym była koniem.

– Zajmiemy się tobą – powiedział.

Ciągle rycząc, wreszcie zrozumiałam, że Crofty znał moją tajemnicę.

– Na razie idź do domu – rzekł cicho.

Pomyślałam, że nas zdradziłam, że Matthew będzie wkurzony.

– Spotkajmy się w knajpie – zaproponował. – Jutro o dziesiątej? Naprzeciwko Aneksu. Dasz radę? Nie masz nic przeciwko temu?

– Dobrze – odpowiedziałam, myśląc, że o to właśnie chodzi. Zamierzają mnie wywalić z głównego budynku muzeum, zamknąć w Aneksie. Wygadałam się.

– W porządku – uśmiechnął się szeroko, a zmarszczki w kącikach ust nadały jego twarzy koci wyraz. Wyłączył wyciąg i nagle poczułam zapach jego płynu po goleniu. – Najpierw wyślemy cię na zwolnienie. Razem stawimy temu czoło. Mam dla ciebie specjalne zadanie – powiedział. – Naprawdę śliczny przedmiot. – To charakterystyczne dla ludzi ze Swinburne: na zegar mówią przedmiot.

Pomyślałam, że wysyła mnie na wygnanie, grzebie za życia. Aneks znajdował się na tyłach Olympii, tam mój żal mógł pozostać w ukryciu tak jak moja miłość.

Tak więc był dla mnie miły, ten dziwny macho Crofty. Pocałowałam go w szorstki, pachnący drzewem sandałowym policzek. Spojrzeliśmy na siebie ze zdumieniem, po czym uciekłam na wilgotne ulice i pognałam w kierunku Albert Hall z uroczym, kretyńskim kaszkietem Matthew w dłoni.

2

Dotarłam do domu, wciąż nie wiedząc, jak zmarł mój ukochany. Wyobrażałam sobie, że upadł i uderzył się w głowę. Nie znosiłam jego nieustannego bujania się na krześle.

Teraz będzie pogrzeb. Rozdarłam na sobie koszulę i poszarpałam jej rękawy. Przez całą noc wyobrażałam sobie, jak zginął: pod kołami samochodu, zmiażdżony, ugodzony nożem, wepchnięty na szyny. Każda wizja była nowym szokiem, rozdarciem, szlochem. Czternaście godzin później, przyszedłszy do Olympii na spotkanie z Erikiem, wciąż byłam w tym stanie.

Nikt nie lubi Olympii, to okropne miejsce. Ale to właśnie tam znajduje się Aneks Muzeum Swinburne, gdzie miałam być zesłana, niczym wdowa, którą czeka spalenie żywcem. Cóż, śmiało podpalajcie ten stos pogrzebowy, pomyślałam, bo nie ma bólu większego niż ten, który już odczuwam.

Chodniki na tyłach centrum wystawienniczego były nienaturalnie gorące i wąskie, a alejki kręte. Ciężarówki pędzące z zawrotną prędkością wzbijały tumany kurzu i niedopałki papierosów zaściełające ulicę, przy której czekał na mnie Aneks. Nie było to więzienie – na nim bowiem znajdowałaby się odpowiednia tablica informacyjna – lecz u szczytu wysokiej bramy biegła girlanda drutu kolczastego.

Wielu konserwatorów pracujących w Swinburne spędziło w Aneksie jakiś czas, pracując nad przedmiotem, którego konserwacji nie można było przeprowadzić w głównym budynku muzeum. Niektórzy twierdzili, że było to miłe doświadczenie, lecz ja nie mogłam sobie wyobrazić oderwania od Swinburne, mojego muzeum, mojego życia, gdzie każda klatka schodowa i każdy korytarz, każdy płatek tynku i każda cząsteczka acetonu skrywała w sobie moją miłość do Matthew i moje opustoszałe serce.

Naprzeciw Aneksu znajdowała się George’s Café, z drzwiami szeroko otwartymi na nietypowy dla tej pory roku upał.

Można by pomyśleć, że autor dzieła Bilans płatniczy. Handel orientalnymi ślicznotkami z Chin w XVIII wieku będzie się wyróżniał na tle czterech spoconych policjantów siedzących w głębi kawiarni, kierowców z Olympii i listonoszy z urzędu w West Kensington, którym najwyraźniej pozwolono nosić krótkie spodenki. Nie był to trafiony pomysł, ale cóż. Gdyby szacowny kustosz nie podniósł się z miejsca (z pewną niezręcznością, gdyż małe stoliki nie ułatwiały potężnie zbudowanym mężczyznom takich manewrów), nie zauważyłabym go nawet.

Crofty z upodobaniem mawiał, że jest doskonałym nikim. Lecz pomimo zwodniczo silnego akcentu i gruchoczącego kości uścisku dłoni, który został wypracowany w dzieciństwie przypadającym na męskie lata pięćdziesiąte, bywał na koktajlach u ministra kultury, podczas których, gdyby udało ci się zdobyć zaproszenie, mógłbyś usłyszeć, że poprzedni weekend spędził na polowaniu w Szkocji u Ellswortha (dla maluczkich Sir Ellisa Crispina). Wyglądało na to, że ten wpływowy mężczyzna zamierza otoczyć mnie teraz opieką.

Zwróciłam uwagę na jego oczy, pełne zastraszającego współczucia. Zrobiłam trochę zamieszania z parasolką, po czym położyłam na stoliku notes, a on przykrył moją dłoń swoją – wielką, suchą i ciepłą, jak swoisty inkubator do wylęgu jajek.

– Co za straszna historia – powiedział.

– Ericu, powiedz mi, proszę, co się stało?

– O Chryste – mruknął. – Przecież ty nic nie wiesz.

Nie mogłam na niego patrzeć. Zabrałam rękę i ukryłam ją na kolanach.

– Zawał serca, rozległy. Tak mi przykro. To się stało w metrze.

Metro. Całą noc je sobie wyobrażałam, z jego ciemną, gorącą gwałtownością. Złapałam kartę i zamówiłam fasolkę w sosie i dwa jajka w koszulkach. Czułam na sobie spojrzenie łagodnych, wilgotnych oczu Erica. Wcale a wcale mi to nie pomagało. Zaczęłam gwałtownie przekładać sztućce.

– Wynieśli go na stacji Notting Hill.

Myślałam, że powie: „dobrze, że umarł tak blisko domu”, ale tego nie zrobił. Nie mogłam znieść myśli, że zabrali go do niej.

Ona, wielka projektodawczyni małżeńskiego „porozumienia”, odgrywała teraz rolę zrozpaczonej wdowy.

– Pogrzeb pewnie będzie na cmentarzu w Kensal Green? – zapytałam. Wystarczy przejść kawałek Harrow Road, pomyślałam, bardzo wygodnie.

– Tak, jutro.

– Nie, to niemożliwe.

– Jutro o piętnastej. – Teraz to on nie potrafił się zmusić do spojrzenia na mnie. – Nie wiem, co zamierzasz zrobić.

No tak, oczywiście, będą tam wszyscy: jego żona, synowie, koledzy. Powinnam pójść, ale nie byłam w stanie. Nie potrafiłabym dochować tajemnicy.

– Nie grzebie się ludzi tak szybko – powiedziałam. – Ona próbuje coś ukryć. – Pomyślałam, że chce go schować pod ziemią, z dala ode mnie.

– Nie, nie, moja droga, nic z tych rzeczy. Nawet zołzowata Margaret nie byłaby do tego zdolna.

– Próbowałeś kiedyś zorganizować pogrzeb? Pochówek mojego ojca zajął mi dwa tygodnie.

– W tym przypadku zwolnił się termin.

– Co takiego?

– Zwolnił się termin.

Nie wiem, które z nas roześmiało się pierwsze. Może ja, bo zajęło mi chwilę, zanim się opanowałam.

– Zwolnił się termin? Ktoś postanowił jednak nie umrzeć?

– Nie wiem, Catherine, może inny cmentarz okazał się tańszy. Tak czy owak, pogrzeb jest jutro o trzeciej. – Przesunął w moim kierunku złożoną kartkę.

– Co to?

– Recepta na tabletki nasenne. Zajmiemy się tobą – powtórzył.

– My?

– Nikt się nie dowie.

Siedzieliśmy w ciszy nad stertą jedzenia, która pojawiła się przede mną. Eric roztropnie zamówił jedno jajko na twardo.

Obserwowałam, jak rozbija skorupkę i obiera jajko, odsłaniając miękkie i lśniące białko.

– Co będzie z jego mailami? – zapytałam, bo o tym też myślałam całą noc. Nasze życie osobiste było zachowane na muzealnym serwerze w pozbawionym okien budynku w Shepherd’s Bush.

– System padł.

– System padł czy je skasowałeś?

– Nie, nie, cały system muzeum padł z powodu tej fali gorąca. Podobno zawiodła klimatyzacja.

– Czyli nie są skasowane.

– Cat, posłuchaj.

Pomyślałam, że „Cat” nie jest kimś zdolnym do przetrwania w przestrzeni publicznej. Cat to mała, naga, delikatna osóbka, rozdarta i cierpiąca. Proszę, nie nazywaj mnie Cat.

– Powiedz mi, proszę, że nie pisywaliście do siebie na służbowe adresy.

– Owszem, i nie chcę, żeby nasze maile czytali obcy ludzie.

– To już załatwione – odparł.

– Skąd wiesz?

Zdawało mi się, że obraziłam go tym pytaniem, gdyż przybrał bardziej dyrektorski ton.

– Pamiętasz aferę z Derekiem Peabodym i dokumenty, które chciał sprzedać do Yale? Wrócił do biura, żeby zabrać swoje rzeczy, a jego skrzynka już nie istniała. Po sprawie.

Nie miałam pojęcia o żadnej aferze z Peabodym.

– Na dobre skasowano mu skrzynkę?

– Oczywiście – odparł bez mrugnięcia okiem.

– Ericu, nie życzę sobie, by ktokolwiek miał dostęp do tych maili, ani dział IT, ani ty, ani jego żona, nikt.

– Doskonale, Catherine, mogę cię zapewnić, że twoje życzenie już zostało spełnione.

Pomyślałam, że jest kłamcą. On pomyślał, że jestem suką.

– Przepraszam – powiedziałam. – Kto jeszcze wie?

– O tobie i Matthew? – Zawahał się na moment, jakby mógł mi udzielić wielu różnych odpowiedzi. – Nikt.

– Jestem zdumiona, że w ogóle ktoś wie. – Zauważyłam, że poczuł się urażony. – Przykro mi, jeśli to tak zabrzmiało.

– Nie ma sprawy. Załatwiłem ci krótkie zwolnienie lekarskie. Gdyby ktoś pytał, masz zapalenie oskrzeli. Wydaje mi się jednak, że chciałabyś wiedzieć, że masz przed sobą przyszłość. Może powinnaś rzucić okiem na przedmiot, który będzie czekał na ciebie, gdy znów wrócisz do pracy.

Czyli nie zamierzał nalegać, żebym poszła na pogrzeb. Powinien, ale tego nie zrobił. Jego spojrzenie nabrało innego wyrazu. Na własne oczy widziałam, jak budzą się w nim nowe emocje wywołane przez ten „przedmiot”, który, jak podejrzewałam, był jedną z tych okropnych orientalnych ślicznotek. Pasjonaci już tacy są. Nawet śmierć współpracownika nie jest w stanie zatrzeć radości płynącej z nowego znaleziska.

Nie czułam się specjalnie obrażona. Jeśli byłam zła, to dlatego, że wykluczono mnie z pogrzebu, lecz oczywiście zdawałam sobie sprawę, że jestem zbyt niezrównoważona, by stawić się w Kensal Rise. Dlaczego miałabym tam stać z nimi? Nie znali go. Absolutnie nic o nim nie wiedzieli.

– Możemy wrócić do tego później? – zapytałam i od razu się połapałam, że nie było to grzeczne. Zrobiło mi się głupio, nie chciałam sprawić mu przykrości. Zdjął nakrętkę zatkanej solniczki i usypał kopczyk soli, po czym zanurzył w nim jajko.

– Oczywiście – odrzekł, ale był wyraźnie urażony.

– Czyżby wypłynął na powierzchnię? – podsunęłam.

W podziękowaniu za okazany cień zainteresowania obdarzył mnie kocim uśmiechem. Wybaczono mi, choć byłam niemiła.

Pomyślałam, że kiedy ku Matthew skradał się zawał serca, Eric grzebał w starych muzealnych katalogach. Znalazł w nich skarb, o którym nie wiedział żaden z kustoszy, coś dziwacznego i brzydkiego, co mogło się stać przedmiotem książki.

Zastanawiałam się, czy owo urządzenie było obsesją kogoś wysoce postawionego, czy też konikiem ministra albo członka zarządu. Mogłam o to uprzejmie zapytać, ale szczerze mówiąc, nic mnie to nie obchodziło. Zegar to zegar, ale chińska pozytywka może być prawdziwym koszmarkiem ze szkła, ceramiki, metalu albo tkaniny. Jeśli tak, będę musiała współdziałać z konserwatorami zajmującymi się tymi wszystkimi materiałami. Nie miałam ochoty na współpracę z nikim. Od razu zaczęłabym wyć i łkać, i wszystko by się wydało.

– Przepraszam – powiedziałam w nadziei, że odkupię tym swoje przewinienie. Zachowałam się paskudnie, bo przecież Eric był dla mnie niezwykle miły.

Wyszliśmy z knajpy, przed którą zaparkowany był błyszczący czerwony mini minor. Nie był to ten tak dobrze mi znany samochód, ale wyglądał identycznie i zorientowałam się, że Eric ma ochotę porozmawiać o tym zbiegu okoliczności. Jednak za żadne skarby nie mogłam o tym mówić. Uciekłam na drugą stronę ulicy i schroniłam się w najpilniej strzeżonym z londyńskich budynków muzealnych.

Jak łatwo zgadnąć, gości z ochrony wcale nie interesowała horologia. Woleliby z okrzykami na ustach objeżdżać North Circular na swoich harleyach. Ku mojemu zdumieniu wiedzieli, kim jestem, i odnieśli się do mnie z zaskakującą serdecznością, co od razu nastawiło mnie podejrzliwie.

– Pani pozwoli, złociutka, odbiję za panią kartę.

Przechodząc przez pierwsze zbrojone drzwi, nadal byłam wzburzona widokiem czerwonego mini. Czułam potężną rękę Erica o parę centymetrów od moich pleców. Chciał mnie tylko pocieszyć, ale byłam jak oszalała. Bliskość jego ręki była dla mnie obelżywa, gorsza nawet niźli faktyczny kontakt fizyczny. Opędziłam się od niej jak od muchy i zorientowałam się, że wcale jej tam nie ma.

Na czwartym piętrze pozwolono mi odbić kartę samodzielnie. Ruszyliśmy zimnym, pozbawionym okien korytarzem oświetlonym jarzeniówkami i wyłożonym kafelkami, w większości białymi. Poczułam, jak jeżą mi się włosy na głowie.

Miałam w torebce połówkę półmiligramowej tabletki lorazepamu, ale nie mogłam jej znaleźć – pewnie ugrzęzła wraz z kurzem gdzieś przy szwie.

Eric zamaszystym gestem otworzył drzwi jednego z pokojów. W środku przy maszynie do szycia siedziała wystraszona drobna kobietka w okularach.

Następne drzwi, te właściwe, nie chciały się otworzyć, wreszcie, mocno szarpnięte, z hukiem uderzyły o ścianę omal nie wypadając z zawiasów. Pozostałam nieruchoma, podobnie jak cała niewzruszona betonowa konstrukcja Aneksu. Specjaliści od horologii nie znoszą obcych wibracji, dlatego pewnie założono, że to dla mnie dobre miejsce. Poczułam zbliżający się atak klaustrofobii.

W pokoju były trzy wysokie okna zalane porannym słońcem. Idąc za głosem rozsądku, nie podniosłam rolet.

Pod oknem, wzdłuż ściany, stało osiem skrzyń po herbacie i cztery długie, wąskie drewniane kufry.

Czyżbym była pierwszym w historii świata konserwatorem, który nie miał ochoty otworzyć skrzyni?

Zamiast tego otworzyłam kolejne drzwi. Okazało się, że mój gabinet ma prywatną łazienkę. Wyraz twarzy mojego opiekuna wyraźnie wskazywał, że powinno mnie to ucieszyć. Znalazłam fartuch ochronny i owinęłam się nim.

Kiedy wróciłam do pokoju, Eric stał przy skrzynkach po herbacie. Nagle nabrałam pewności, że kryje się w nich paskudne stadko małpek wydmuchujących dym. Sir Kenneth Claringbold miał okropną kolekcję mechanicznych urządzeń, nakręcanych figurek Chińczyków i rozmaitych śpiewających panienek. Moje pierwsze zlecenie dla Swinburne dotyczyło właśnie jego daru dla muzeum: mechanicznej małpki.

Muszę przyznać, że nawet miała w sobie pewną elegancję, pomijając sposób, w jaki wykrzywiała usta w uśmiechu, ale dla osoby wychowanej na surowej, racjonalnej elegancji czasomierzy była szczytem szkaradzieństwa. Dostawałam od niej bólu głowy i ataków astmy. Żeby dokończyć konserwacji, musiałam zakrywać jej główkę papierową torebką.

Później trafił nam się palący Chińczyk, już nie tak okropny, ale tak czy owak w tych przedmiotach naśladujących życie było coś wyjątkowo niesmacznego. Z rosnącą irytacją zaczęłam więc obwąchiwać swój nowy gabinet, w obawie, że Eric postanowił mnie uraczyć właśnie czymś takim – w końcu osiem drewnianych skrzyń to zbyt wiele, by pomieścić jeden zegar.

– Nie chcesz zobaczyć, co to jest?

Wydało mi się, że dostrzegłam w jego sposobie mówienia jakąś tajemniczość, ledwo zauważalne drgnienie ukryte pod wąsem.

– Czy w grę wchodzą tkaniny? – zapytałam.

– Może rozpakujesz prezenty?

Mówił do Catherine Gehrig, którą tak dobrze znał od tylu lat. Widział mnie w różnych stresujących (a w świecie muzealnym wręcz niebezpiecznych) sytuacjach i nigdy nie dałam się poznać z innej strony niż jako osoba spokojna i racjonalnie myśląca. Podobało mu się to, że nigdy nie tracę opanowania. On sam uwielbiał wielkie emocje, groteskowe efekty, orientalne ślicznotki, operę. Jedyną rzeczą, za jaką mnie krytykował, była nadmierna ostrożność.

Drogi Eric nie zdawał sobie sprawy, że adresatka jego dobrych intencji zamieniła się w rozedrganą, szaloną maszynę, podobną do dążącej do samozniszczenia rzeźby Jeana Tinguely’ego.

Chciał, bym obejrzała jego upominek. Nie pojmował, że nie byłam w stanie.

– Ericu, proszę, nie mogę.

Ponad kołnierzykiem na jego szyi i twarzy zaczął się rozlewać rumieniec. Był na mnie zły. Jak to możliwe?

I nagle, pod jego palącym spojrzeniem, zrozumiałam, że musiał pociągnąć za wiele sznurków i wkurzyć wiele osób, żeby umożliwić nikomu nieznanej dziewczynie schronienie w miejscu, gdzie jej emocje byłyby bezpiecznie ukryte przed światem. Opiekował się mną ze względu na Matthew, ale również ze względu na dobro muzeum.

– Ericu, przykro mi, naprawdę.

– Cóż, obawiam się, że musisz przejść przez ochronę, jeśli chcesz wyjść na papierosa. Nadal palisz?

– Powiedz mi tylko, że to nie małpka – odrzekłam.

Oczy zaszły mi łzami. Ty poczciwy kretynie, powiedziałam w duchu, najlepiej po prostu sobie pójdź.

– O mój Boże – jęknął. – To wszystko jest takie okropne.

– Jesteś taki kochany – odpowiedziałam. – Naprawdę.

Na moment z jego twarzy zniknęło całe opanowanie, ale na szczęście powściągnął emocje. Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

3

W środku nocy zawieruszyłam gdzieś kaszkiet Matthew. Wpadłam w panikę, rozbebeszyłam łóżko i przewróciłam lampkę nocną w poszukiwaniu zguby. Gdy go znalazłam, połknęłam pigułkę, nalałam sobie whisky i zjadłam kromkę chleba. Włączyłam komputer. Muzealny e-mail znów działał.

„Całuję twoje paluszki”.

Irracjonalny lęk przed pracodawcami powstrzymał mnie od odpowiedzi. Zaznaczyłam wiadomość jako nieprzeczytaną.

Zawinęłam się w jego koszulę, wzięłam kaszkiet, z powrotem się położyłam i zanurzyłam w nim nos. Kocham cię. Gdzie jesteś?

Potem nadszedł ranek, a on nadal nie żył. Serwer znów nie działał, a Matthew odszedł na zawsze. Jego ciało leżało gdzieś w tym okropnym upale. Nie, raczej w chłodni, z zawieszką na dużym palcu stopy. A może już jest zamknięty w trumnie. Pogrzeb zaplanowany był na piętnastą.

Byłam na zwolnieniu lekarskim i miałam tabletki nasenne, ale wiedziałam, że sama tu oszaleję – nie mam kościoła, rodziny, nikogo, z kim mogłabym podzielić się prawdą, nic poza Swinburne, do którego nieroztropnie ograniczyłam całe moje życie. Gdy nadeszło południe, byłam już w klaustrofobicznym metrze. Po dwóch przesiadkach wynurzyłam się spod ziemi przy Olympii. Miałam brudne włosy. W powietrzu unosiła się żółtawa mgiełka.

Moi koledzy z głównego budynku muzeum zapewne byli już ubrani odpowiednio na pogrzeb. Jeszcze było za wcześnie, by wyruszyć, więc siedzieli, jak sądzę, w swoich warsztatach, otoczeni osobistymi drobiazgami przypominającymi o prawdziwym życiu, portretami dzieci i bliskich osób, zdjęciami z wakacji. Moja pracownia nic mi nie powiedziała o jej poprzedniej właścicielce. Na korkowej tablicy przyczepiłam fotografię drzewa z Southwold i pustej ulicy w Beccles. Prawdziwe znaczenie tych obrazów było znane tylko nam dwojgu. Tylko nam jednej.

Ściany mojego starego gabinetu były kremowe, a wykładzina brązowa. Tamten pokój był dla mnie jak stary, pełen uroku, lekko wyszczerbiony dzbanek. Moja pracownia w Olympii, dla odmiany, miała błyszczącą betonową posadzkę i zasłonięte okna, gdyż widok za nimi był zbyt przygnębiający. Na myśl przyszli mi dziewiętnastowieczni więźniowie eskortowani do cel z workami na głowie, przykuci do krosien i pracujący bez przerwy, nie wiedząc nawet, gdzie się znajdują. W moim wypadku zamiast krosien były skrzynki po herbacie.

Na blacie leżał nowiutki Mac Apple’a. Gmail działał bez problemów, ale muzealny serwer, jak można się było spodziewać, znów cierpiał z powodu „ekstremalnych warunków pogodowych”.

W głowie miałam mętlik, czułam ucisk w klatce piersiowej, ale mimo to ułożyłam na blacie w równym rządku, niczym instrumenty chirurgiczne, swoje narzędzia – kombinerki, obcinaki, piłkę, pilniki, przeciągacze, młotek, pęsety antymagnetyczne, drut mosiężny i stalowy, gwintowniki, ręczne imadełko, w sumie około dwudziestu przyrządów oznaczonych kropelką jaskrawoniebieskiego lakieru do paznokci. Pomysł Matthew.

Co robić? Trzeba żyć dalej. Otworzyłam pierwszą skrzynkę i znalazłam w niej groch z kapustą, wszystko zawinięte w gazetę „Daily Mail”, na której pierwszej stronie dostrzegłam kopułę katedry św. Pawła i chmury dymu. Czyli przedmiot zapakowali jacyś amatorzy podczas nocnych nalotów Luftwaffe na Londyn i wysłali go na bezpieczną wieś.

Westchnęłam: Boże, żeby to tylko nie były ubrania ani żadne inne tekstylia. W tej okropnej palącej małpce, oprócz paskudnego grymasu odsłaniającego zęby, najbardziej nie cierpiałam jedwabnego aksamitu, którym była pokryta – wypłowiałego, zetlałego, pomiętego i wytartego. Gdy mechanizm zaczynał się obracać, to właśnie nędzny stan materiału pokrywającego ten nie do końca nieożywiony przedmiot wzbudzał we mnie tak silne przerażenie.

Naprawdę, każdy, kto kiedykolwiek obserwował rzeczywiście udane urządzenie mechaniczne, widział jego niepokojąco realistyczne ruchy, spoglądał w mechaniczne oczy, każdy z nas pamięta to wyjątkowe poczucie lęku i zatarcia granic pomiędzy tym, co żywe, a tym, co nie może się narodzić. Kartezjusz powiedział, że zwierzęta są maszynami, a moim zdaniem tylko lęk przed torturami powstrzymał go przed rozszerzeniem tego stwierdzenia na istoty ludzkie.

Nie mieliśmy czasu na dusze, ani ja, ani Matthew. Poczucie, że jesteśmy niezwykle skomplikowanymi maszynami napędzanymi reakcjami chemicznymi, nigdy nie zmniejszyło naszego podziwu i szacunku dla Vermeera, Moneta i naszych ciał unoszących się w słonej wodzie, naszej ulotnej radości o zachodzie słońca.

Teraz słońce już zaszło. Za godzinę będzie się już dusić w czeluściach ziemi. Pogrzebałam w kłębie zmiętych gazet i natrafiłam na zwykłą puszkę po tytoniu. Była żółta, brązowy napis na niej głosił „Sam’s Own Mixture”, a zdobiący wieko obrazek przedstawiał psa, zapewne Sama, pięknego labradora, z miłością zadzierającego pysk do góry. Powinnam sprawić sobie psa. Nauczyłabym go, żeby ze mną spał i zlizywał mi łzy z twarzy.

Wysypałam zawartość puszki na metalową tacę. Każdy by się zorientował, że są to mosiężne śrubki, ale biegłe oko specjalisty mogło dostrzec więcej, jak na przykład to, że większość z nich została wyprodukowana przed rokiem 1841. Te późniejsze, a było ich około dwustu, miały standardowe gwinty Whitwortha z nachyleniem 55 stopni. Czy naprawdę byłam w stanie zauważyć te 55 stopni? O tak, nawet przez łzy. Nauczyłam się tego, mając dziesięć lat, siedząc ramię w ramię z dziadkiem w jego warsztacie w Clerkenwell.

Od razu więc wiedziałam, że ów „przedmiot” wykonano w połowie XIX wieku, kiedy gwint Whitwortha stał się obowiązującym standardem, lecz wielu zegarmistrzów nadal samodzielnie wyrabiało śrubki. Różne typy gwintów powiedziały mi, że prace nad „przedmiotem” Crofty’ego prowadzono w wielu różnych warsztatach. Część procesu rekonstrukcji będzie polegała na dopasowaniu śrubek do otworków, co może się wydawać niezwykle monotonne, lecz właśnie to podobało mi się w pracy zegarmistrza. Dziadek Gehrig nauczył mnie cenić absolutny i skończony spokój, płynący z tego zajęcia.

Kiedy rozważałam studia w akademii sztuk pięknych, wydawało mi się, że tak się właśnie czuła na przykład Agnes Martin, malując swoje obrazy. Nie przyszło mi nawet do głowy, że mogła cierpieć na depresję.

Mam nadzieję, że mojemu ojcu w młodości nie było obce to szczęście, choć obecnie w to powątpiewam. Z pewnością utracił je, zanim poznałam nasz rodzinny sekret: ojciec był alkoholikiem. Spadał z taboretu, a ja nie rozumiałam, co się dzieje. Niespodziewane wyjazdy „za granicę” maskowały kolejne ciągi alkoholowe albo odtrucia. Czy wtedy w ogóle istniały ośrodki odwykowe? Czy kiedyś się dowiem? Biedny, nieszczęśliwy, kochany tata. Uwielbiał zegarmistrzostwo, lecz do upadku doprowadziła go postępująca degradacja tego zawodu. Nie znosił prostaków, którzy zachodzili do jego warsztatu, by wymienić baterie w zegarku.

Wynoście się stąd razem ze swoimi bateriami.

Mój ojciec utracił to, czym zawsze cieszył się Matthew – bezgraniczny spokój płynący z metalowych wyrobów. Z punktu widzenia nauki to oczywiście bzdura – metale rozluźniają się dopiero wtedy, gdy są zardzewiałe lub oksydowane. Dopiero wówczas mogą odpoczywać w pokoju. A wtedy ktoś pokroju Erica Crofta postanawia je wypolerować i ukazać gawiedzi w pełnej krasie nagie, odarte ze skóry, wystawione na działanie raniącego powietrza.

Nie tylko Eric był taki. Gdy zaczęłam się spotykać z Matthew, pomogłam mu oczyścić jego mini aż do gołego metalu. Kto by pomyślał, że to też może być miłość?

Zdejmując drżącymi rękami cienkie sklejkowe wieka kolejnych skrzynek, odkryłam mnóstwo zakrzywionych szklanych pręcików, co świadczyło wyraźnie o tym, że tajemniczy przedmiot raczej nie jest małpką.

Zaczęłam gwałtownie przeszukiwać kolejne skrzynie, w sposób absolutnie nieprzystający profesjonaliście. Odkryłam paskudny automat na monety z lat pięćdziesiątych i kilka szkolnych zeszytów związanych rafią.

Zaniosłam je na stół i zamknęłam skrzynię.

Dokładnie w tym momencie, jakieś trzydzieści minut przed piętnastą, zaczęłam zbaczać z właściwej drogi. Zgodnie z protokołem nie powinnam była nawet dotykać papieru, dopóki panna Heller (która mnie nie lubiła) nie zaniesie zeszytów do „ludzi od papieru”. Nie wolno by mi było przeczytać ani słowa. Musiałabym poczekać – to by jej się spodobało – co najmniej tydzień, a może i dwa, póki nie zostaną zeskanowane. Przedtem każda stronica byłaby wystawiona najpierw na agresywną ochronę panny Heller, a później na zabiegi konserwatorskie – natarcie silnego białego światła (o temperaturze dokładnie 3200 stopni w skali Kelvina), znanego jako „ostateczna zniewaga”.

Jego ciało pewnie było już w karawanie.

Kondukt pogrzebowy był już w drodze, zmierzając Harrow Road w kierunku północnym. Usiadłam. Zauważyłam, że zeszyty pochodzą z „werku”[2] niejakiego Wm. Froehlicha z miasta Karlsruhe w Niemczech.

Podczas gdy mego ukochanego wnoszono do labiryntu cmentarza Kensal Rise, trzymałam w rękach jedenaście zeszytów, każdy gęsto zapisany tym samym charakterem pisma. Każdą linijkę zapisano od brzegu do brzegu, a linijki były równiutkie jak fabryczny dach szedowy. Nie pozostawiono nawet skrawka marginesu.

Oczywiście byłam w stanie wielkiego napięcia i przenosiłam swoje emocje na innych, lecz ten osobliwy charakter pisma wzbudził we mnie falę współczucia, uznałam bowiem, że autor zapisków postradał zmysły. Nie wiedziałam jeszcze, że nazywał się Henry Brandling, lecz już wiedziałam ponad wszelką wątpliwość, że był mężczyzną. Współczułam mu, zanim przeczytałam choćby jedno słowo.

[1] Horologia – nauka o badaniu czasu oraz o budowie przyrządów służących do jego mierzenia (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Z niemieckiego: warsztat, zakład produkcyjny, fabryka.

Henry

1

Dwudziesty czerwca 1854

Niezależnie od okoliczności, jakie zmuszają nas do podróży za granicę, zawsze miło obudzić się w blasku wstającego słońca i dostrzec swój sakwojaż i kuferek podróżny bezpiecznie spoczywające na przykład na krześle w hotelowym pokoju w Niemczech. Przyjemność ta wzrośnie jeszcze, gdy sobie przypomnisz, że przetrwałeś inspekcję przeprowadzoną przez celnika, który wbił sobie do swojego tępego niemieckiego łba, że przemycasz plany nie wiadomo czego. Może jakiegoś komicznego narzędzia do zabijania?

Cudowny poranek.

Ruszyłem do Niemiec zapewniany przez rodzinę, że jedynie wieśniacy nie mówią tu biegle po angielsku. Po spotkaniu z celnikiem doszedłem do wniosku, że w kraju tym żyją głównie wieśniacy, nabyłem więc na stacji podręcznik gramatyki niemieckiej.

Przechadzając się następnego ranka po cichej białej izbie, spróbowałem nauczyć się trochę niemieckiego. Języki nie są moją mocną stroną, ale w końcu jestem Brandlingiem i nawet zmuszony do porozumiewania się za pomocą cyrkowej pantomimy, zamierzałem wrócić do domu, przywożąc trofeum, po które tu przybyłem.

Mój syn cierpiał, poddawany zabiegom wodoleczniczym. Nie mogłem znieść jego krzyku i świadomości, że oto znów jego trawione gorączką ciałko owijane jest zimnymi, mokrymi prześcieradłami i zaczyna się kolejny dzień kuracji.

Od czasu pierwszego zapalenia oskrzeli, które przeszedł dwa lata temu, moja żona była gotowa na najgorsze. Śmierć naszej pierworodnej odcisnęła na niej okrutne piętno. Jej ostrożne nastawienie do Percy’ego pokazywało jasno, że boi się pokochać malca. A ja? Zareagowałem w sposób typowy dla siebie, nic na to nie mogłem poradzić. Niezmiennie pozostawałem optymistą, czego przykrą konsekwencją stało się to, że ta słodka dziewczyna, która pokochała mnie z całego serca, najpierw stała się poirytowana, a później wręcz wściekła. Ostatecznie przeniosła się do osobnej sypialni w ponurej, północnej stronie domu.

Robiłem wszystko, co mogłem, by sprawić jej przyjemność. To ja zleciłem panu Masiniemu namalowanie jej portretu i nalegałem, by przyprowadzał do nas swojego asystenta i wszelkiego autoramentu rozrywkowych przyjaciół. Nie zawiodłem się. Nasza biblioteka już wkrótce stała się popularnym salonem, a prace nad portretem postępowały pośród gwaru rozmów. Hermione jest atrakcyjną kobietą.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

Dostępne w wersji pełnej

Henry

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

Henry

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

Henry i Catherine

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

Henry

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

Spotkanie w sprawie procedur

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

Dostępne w wersji pełnej

Catherine i Henry

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

Henry

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

Henry

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

Catherine i Henry

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

Dostępne w wersji pełnej

Catherine i Henry

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

Henry

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

Henry i Catherine

Dostępne w wersji pełnej

Catherine

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

THE CHEMISTRY OF TEARS

Projekt okładki Krzysztof Rychter

Zdjęcia na okładce Yamada Taro/GettyImages/FlashPressMedia Diane Diederich/iStockphoto Playingwitbrushers/Flickr

Redakcja

Ewa Rojewska-Olejarczuk

Korekta

Justyna Żebrowska

Jadwiga Przeczek

All rights reserved © Peter Carey, 2012

Copyright © for the translation by Edyta Basiak, 2013

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Illustrations copyright:

© Bettmann/Corbis

Karlsruhe © Staatliche Kunsthalle Karlsruhe Kupferstichkabinett

© Faber & Faber

© The Bowes Museum

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53, 02-953 Warszawa

www.WielkaLitera.pl

ISBN 978-83-63387-83-9

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl