Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło - Tomasz Nalewajk - ebook

Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło ebook

Nalewajk Tomasz

4,3

Opis

Życie Marka rozpada się na kawałki. Pali skręta za skrętem i zatraca się w widmowo-alkoholowym transie. Jego małżeństwo to udręka, nie może jednak dokonać rozliczeń i zniknąć, jak postąpiłby dawniej. Bo teraz jest Kajtek, chłopczyk, który potrzebuje miłości i wsparcia. Marek to rozumie, ale jest na krawędzi, naprawdę blisko. Nie wie, czy potrafi coś zmienić, pójść na terapię, odejść od Sylwii lub jakoś się z nią dogadać. Nęka go przeszłość, której nie da się przezwyciężyć. Alkohol, narkotyki, cień ojca – demony zamknięte w głowie. A może spokój nie jest dla niego? Może już skrzywdził synka?

W Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło zachwyca mnie odwaga i przenikliwość, z jaką autor ukazuje rozmaite psychologiczne powikłania swoich postaci, ich samooszukiwanie się, ich pragnienia i ambicje – i robi to równocześnie bez ogródek i z delikatnością.
Grzegorz Uzdański

Ten debiut ma taką siłę, że usprawiedliwia wszystkie frazesy w stylu: „Błyskotliwe i wciągające”. „Niezwykle poruszające”. „Zabawne”. Bo wyjątkowo tym razem to wszystko prawda.
Marta Szarejko

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 911

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (10 ocen)
4
5
1
0
0

Popularność




Tomasz Nalewajk

Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło

WYDAWNICTWO CYRANKA

Copyright © by Tomasz Nalewajk, 2019

WydanieI

Warszawa 2019

Dla Kasi

– No już, kochanie, już.

Przytulam Kajtka mocno, a on szarpie moje ucho. Podnoszę telefon, jest druga trzydzieści trzy. Obudził się kilka minut temu. Ze snu wyrwał mnie cichy płacz, który powoli narasta. Kajtek nieraz budzi się w nocy i najczęściej szybko zasypia, ale nie tym razem.

– Mama, do mamy – jęczy cały zgrzany.

– Syneczku, mamy nie ma. – Tulę go jeszcze mocniej i zaciskam zęby. – Jesteś tu ze mną.

– Do mamy. – Jego ciałko się wygina, odsuwa się ode mnie.

– Wiem, rozumiem, ale mamy nie ma.

Staram się być spokojny. Jeszcze mocniej łapie mnie za ucho, szarpie je, wykręca, ale wytrzymuję to.

Zapalam lampkę nocną. Kajtek ma wykrzywioną, czerwoną buzię, mokre policzki, spękane usta.

– Mama, mama, mama! – krzyczy, zaciskając powieki i piąstki.

– Kochanie, jestem ja, chodź, wszystko jest dobrze. – Chcę go przytulić, uspokoić, ale się wyrywa. Oddycham coraz szybciej. Znowu przyciągam go do siebie, Kajtek szarpie moje ucho, ciągnie je tak, jakby chciał mi je wyrwać.

– Aua! Kajtek, aua! To mnie boli!

Odkładam go gwałtownie na łóżko, skręca się wokół własnej osi, wyje. Stoję nad nim, wszystko się we mnie gotuje, mam ochotę walnąć się w twarz, ale tylko rytmicznie wciągam powietrze, aż świszczy. Zamykam oczy, żeby się uspokoić, zatykam uszy, chociaż na chwilę, słyszę, jak pulsuje mi krew, jak przetacza się w żyłach.

– Syneczku – kucam w końcu przy łóżku – wiem, że chciałbyś być teraz z mamą, wiem, ale to niemożliwe. Teraz już tak jest, proszę cię, proszę, nie płacz.

Co mam zrobić? Co mam zrobić? Czy zawsze tak już będzie? Czy od teraz będzie już zawsze uszkodzony? Będzie cierpiał przeze mnie? Przeze mnie? Co ja najlepszego zrobiłem? Znowu próbuję go przytulić, ale jest w spazmach, wtula się we mnie, a zaraz potem wyrywa. Jest purpurowy, napuchnięty. Nie mogę na to patrzeć, przytulam go mocno, łzy napływają mi do oczu, czuję kawał żelaza, który wtłacza się do klatki piersiowej, i słyszę, jak łkam, mocząc mu piżamę.

– Przepraszam, syneczku, przepraszam – szepczę w jego ramię. – Nie mogłem inaczej, nie mogłem, może to kiedyś zrozumiesz, przepraszam.

Może jednak do niej zadzwonię? Ale co ona zrobi? Przecież tu nie przybiegnie. A jeśli przybiegnie? Przecież nie chcę, żeby tu była. Jeszcze wykorzysta to przeciw mnie, że jestem złym ojcem; nie dość, że porzucił, to jeszcze nie potrafi zająć się synem. Co za masakra, zgrzytam zębami, łapie mnie skurcz w łydce, zagryzam wargę, a Kajtek cały czas wyje. Nie wiem, co mam zrobić, jak go uciszyć, więc tylko mocno go przytulam, a on się szarpie, rzuca.

– Już, już, syneczku, już, już, spokojnie, kochanie, już, już, tata cię kocha, kocham cię, kochanie, spokojnie, ciii, ciii, wszystko będzie dobrze, jakoś damy sobie radę, zobaczysz, zobaczysz, zobaczysz, kocham cię.

Tulę go jak bobasa, jak dwa lata temu, kiedy w pierwszych tygodniach życia płakał całymi nocami, bo miał kolki i bolał go brzuszek. Wtedy potrafiłem sobie z tym poradzić, wtedy wszystko miało sens.

Nie wiem, ile to trwa, sekundy są jak minuty, minuty jak godziny, tracę poczucie czasu i przestrzeni, mamroczę, tulę go, syneczku, Kajtusiu, kochanie, ciii, ciii, już dobrze, ciii, proszę, przepraszam, cii, maluszku, kochanie, aż w końcu powoli obaj przestajemy płakać. Szloch już tylko niemo szarpie jego gardłem i klatką piersiową. Wstaję, biorę go na ręce, w kuchni nalewam szklankę wody, on przeciera oczka i się przytula, wypija i głośno wzdycha. Kładziemy się, już lepiej, spokojniej, jeszcze się wzdryga, jeszcze wzdycha, ale rzadziej, już oddychamy, jesteśmy.

Budzę się po ósmej, w gardle tytoniowe gluty, ciężka głowa, pod powiekami żwir. Kajtek śpi spokojnie. Powoli sunę do toalety, patrzę tępo na żółty strumień moczu. Chciałbym jeszcze zasnąć, ale wiem, że już nie dam rady. Znowu będę obracał w głowie rozwiązania, możliwości, oskarżenia. Skręcam papierosa, dosypuję szczyptę zioła i wychodzę na balkon.

***

– Mareczku, synku, bo ja wiem, że ci tutaj tak truję, ale jesteś jeszcze młody, a wiem, jakie jest życie. Miałam ciężko, ja, trzy siostry, nie było nam łatwo. Dziadek Władek fedrował, ale potem miał nogę chorą i już nie mógł zjeżdżać na dół, stróżem został, babcia pracy nie miała, niekiedy może, przez chwilę, gdzieś tam w kiosku, ale albo się z kimś pokłóciła, albo coś, ona to nie była bardzo pracowita, nie chciało jej się, jak ja i siostry już większe byłyśmy, to wszystko się robiło, i ugotowało, i sprzątało, mama leżała, bo ją żylaki bolały, wstawała tylko, jak ojciec wracał, wtedy trzeba było stanąć przed nim w równym rządku, w cztery, i opowiedzieć, co w szkole było, a on jadł zupę. Zawsze nas pogłaskał, powiedział miłe słowo, często miał jakieś małe prezenty, czy to kawałek jabłka, czy cukierek, czy ptaszka złożonego z papieru, umiał takie ładne rzeczy zrobić, ale często też wracał pijany i się kłócili, oj, ciężko było. Często do pierwszego nie starczało, a też na półkach mało było. Cukier smażyłam siostrom na patelni, żeby cokolwiek zjeść. Nieraz głodne chodziłyśmy. Ty to nie wiesz, co to znaczy być głodnym, i teraz macie inne problemy, dzisiejsze czasy są zupełnie inne.

Siedzimy w dużym pokoju. Wpatruję się w falujące w oknach firanki i tak dobrze znane historie matki przelatują przeze mnie jak wiatr. Chciałbym już wyjść, ale wiem, że musi mi się teraz wygadać, że jak się wygada, to mi wybaczy to, o co ma do mnie pretensje, i będzie już prościej, będzie zadowolona, bo nie lubię, jak ona się martwi, chociaż to tak, jakby nie lubić, że woda gotuje się w stu stopniach.

– Chciałabym, żebyście wy mieli lepiej. My teraz biedy nie mamy ani głodu, to już się, mam nadzieję, daj Boże, nie zdarzy, ale też jest ciężko, nawet nie wiesz, jak mi jest ciężko z ojcem niekiedy, sam wiesz. Ale on was kocha, to musisz wiedzieć. Ja też was, synku, kocham, a ty musisz się uczyć, Marek, bo dzięki temu będziesz miał łatwiej, teraz to jest ważne, pójdziesz gdzieś na studia, ja nie wiem, sama nie wiedziałabym nawet, co ci doradzić, tylko dobrą szkołę jakąś żebyś zrobił, wybierzesz sobie sam, ja nigdy nie zrobiłam matury i żałuję, żałuję bardzo, ale teraz już za późno, ale ty możesz jeszcze, masz szansę, więc proszę cię, weź się w garść. My ci coś tam pieniędzy damy, nie ma dużo, wiesz, jak jest, ale na twoje studia się znajdzie, bo to musi być, żebyś ty potem miał więcej, dobrze zarabiał i się nie musiał jak my przejmować. Wiem, że ojciec cię goni, krzyczy, no ja też, ale to dla twojego dobra. Żebyś miał lepiej, spokojniej. Teraz jest inaczej niż za komuny, ty jesteś mądry chłopak i żeby ci się tylko chciało, bo przecież już za rok matura.

– Za półtora, mamo.

– No, zobaczysz, jak to szybko zleci, Mareczku. Ani się obejrzysz. Pamiętam, jak ty sam w piaskownicy nie chciałeś zostać, a teraz, zobacz, do domu nie chcesz wracać. Ja to rozumiem, tak to jest, tak ma być, ja też kiedyś byłam w twoim wieku, chociaż mnie wtedy ojciec i matka krótko trzymali, o dziewiątej musiałam zawsze być w domu. Ty już prawie dorosły jesteś, ale nie zniszcz sobie życia, Mareczku, nie pij jak ojciec, chcesz, to się napij, ale nie przesadzaj, pamiętaj, ucz się, żeby ci było łatwiej, skończysz studia, ułoży ci się. Trzeba się napracować, żeby coś potem mieć. Wiadomo, że życie też potrafi dać w kość, nawet nie wiesz kiedy, nie przewidzisz, można tylko o tym myśleć, pamiętać, żeby nie być zdziwionym potem. Studia zrobisz, zobaczysz. Ojciec też mógł studia zrobić, na kopalni mu proponowali, do Krakowa na Akademię miał jeździć w weekendy, teraz byłby już nie wiadomo gdzie, bo on inteligentny jest, ale wybrał wódkę i kolegów.

– Idę, mamo, bo się z Grześkiem umówiłem.

– Dobrze, idź. Tylko uważaj na siebie, synku. I wróć przed dziesiątą. Ojciec to nie wiem, czy będzie, mówił, że dzisiaj może później wrócić, na kopalni coś się tam dzieje, ścianę oddają, ale wiesz, jak z nim jest, czy to ściana, czy koledzy, nie wiem, nie wiem. A Grzesiek już wie, gdzie idzie do szkoły?

– Coś tam myśli. Nie wiem. Będę o tej dziesiątej. Nie martw się.

– No jak tu się nie martwić.

***

Z pracy wracam do domu pieszo. Strasznie rwą mnie nogi. Sam nie wiem, czy to z siedzenia tyle godzin, czy może ze stresu. Myślę, że spacerem to rozchodzę, ale tylko nabawiam się bólu pleców od ciężkiej torby. Zaraz po wejściu do mieszkania robię sobie kanapki i zjadam je, chodząc po moim jedynym pokoju. Aneks kuchenny jest zawalony talerzami z resztkami jedzenia, wszędzie porozrzucane są klocki i samochodziki Kajtka, moje i jego ubrania. Część z nich jest jeszcze w walizkach, które ostatnio odebrałem od Sylwii. Spodziewałem się wciśniętych wściekle koszulek, spodni, majtek, poprzetykanych moimi książkami, płytami, a dostałem poskładane w kostkę ubrania, talerze owinięte dokładnie w gazety. Robię sobie drugą kanapkę i zjadam ją, skręcając jointa. Wychodzę na balkon i zapalam. Naprzeciwko sąsiedzi, w wieku moich rodziców, oglądają telewizję, siedząc blisko siebie. Mężczyzna wyciąga rękę i obejmuje kobietę. Ona całuje go w policzek. Zaciągam się mocno i długo trzymam. Zastanawiam się, co takiego trzeba umieć, co takiego trzeba robić, żeby mieć szczęśliwe małżeństwo.

***

Stoimy z mamą w oknie. Kolejny raz czekamy na ojca. Zachód słońca odbija się w szybach wieżowców naprzeciw, na ulicy niewiele samochodów, na boisku trzech chłopaków gra w nogę. Na policzku czuję wyraźnie fakturę bluzki mamy. Przytula mnie mocno, położyła rękę na moim lewym uchu, a prawe przyciska do swojego brzucha, jakby chciała, żebym nie słyszał jej powstrzymywanego szlochu. Jej ciało jednak wyraźnie przewodzi każdy dźwięk.

Podnoszę twarz, chcę spojrzeć jej w oczy, ale zasłania się dłonią.

– Gdyby nie wy, to już bym się z nim dawno rozwiodła – mówi cicho, głos jej się załamuje. – Ale jak my sobie poradzimy, gdzie my pójdziemy?

– Przecież możemy iść do babci. – Przytulam ją mocno, głaszczę po ręce. Mam w gardle ogromną kulę strachu, ale staram się być dzielnym siedmioletnim chłopcem. Ściskam jej dłoń. – Mamo, chodź, damy sobie radę.

– Nie możemy, synku, nie możemy.

Odsuwa mnie delikatnie, głaszcze po głowie i idzie do kuchni. Ja za nią. Staje przy stole, wyciera chusteczką oczy, policzki, a potem odwija koc i wyciąga z niego garnek z ziemniakami, które czekały tam na ojca. Wyrzuca je w milczeniu do kosza na śmieci. Kilka z nich wypada na podłogę. Patrzy na nie i po chwili gwałtownie, z wściekłością je rozdeptuje, miażdży kapciem, bijąc powietrze zaciśniętymi w pięści dłońmi.

– Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę – syczy przez zaciśnięte zęby.

Stoję nieruchomo, serce mi wali. Chcę coś zrobić, ale nie wiem co. To jeszcze gorsze od tego, że ojciec wciąż nie wrócił.

***

Pamiętam, jak wielokrotnie czekaliśmy na ojca. Wybija piętnasta, potem piętnasta trzydzieści, a potem już szesnasta, a wiadomo, że jak ojciec nie wróci do szesnastej, bo wtedy właśnie ostatnie autobusy zwożą górników z pierwszej zmiany, to pije. Do piętnastej jest spokój, kolejne pół godziny to już nerwowe czekanie, przez kolejne pół jeszcze tli się nadzieja. Potem już na nic się nie czeka, bo wiadomo, że jak ojciec wróci, to będzie awantura, a w najlepszym przypadku ciężka i znacząca cisza.

Jeśli ojciec wraca pijany i jest w nastroju miłosnym, przynosi prezenty, a mama stara się robić jak najmniej rabanu, to kończy się nerwowym śmiechem i chrapaniem ojca przed telewizorem. Ale i mama bywa wojownicza. Wtedy wiele zależy od ojca. Jeśli jest spokojny, to kończy się tym, że zostaje zagoniony do sypialni, rolety idą w dół i po dłuższej chwili zaczyna dochodzić stamtąd miarowe chrapanie. Ten scenariusz ma swoją wariację, w której ojciec nie idzie do łóżka, tylko przed telewizor. Ogląda coś – cokolwiek – przez kilkanaście minut, a potem zasypia i nieraz spędza tak całą noc. Duży pokój staje się zakazanym rewirem. Najgorzej jest, kiedy oboje są nastawieni bojowo – wtedy kończy się to awanturą, on najczęściej wychodzi i wraca nad ranem. Bywa też tak, że totalnie pijany remontuje mieszkanie albo wraca z podbitym okiem czy wytarzany w błocie, albo gubi całą wypłatę.

Czekanie na niego to jak nasłuchiwanie nadchodzącej burzy. Siedzimy z bratem w pokoju, cicho, prawie bez słów, i tym razem się nie kłócimy, nie bijemy. Mama sprząta albo ogląda telewizję niewidzącym wzrokiem. Twarz pełna napięcia, nierzadko mokre oczy. Stara się odgrywać przy nas twardą, nie załamywać się, a ja udaję, że jej to wychodzi. W takich momentach coś ściska mi gardło, chce mi się płakać, ale nie pozwalam sobie na to, bo nie chcę, żeby mama i Jasiek to widzieli. Nie chcę jej dokładać jeszcze siebie, nie chcę, żeby młodszy brat się rozkleił. Kiedy długo go nie ma, mama najczęściej wybucha, krzyczy: „No i znowu pije!” i broda jej drży, oczy robią się szkliste, cieknie kilka łez. Podchodzę wtedy do niej i mówię, żeby się nie przejmowała, a ona mnie przeprasza, że nie powinna mnie tym obciążać, bierze Jaśka na ręce, a ja mówię, że przecież wszyscy w tym jesteśmy. Najczęściej jednak o tym nie rozmawiamy. Niekiedy tylko, kiedy ojciec pije prawie dzień w dzień i już nic nie pomaga, mama się rozkleja, żali się i płacze, a ja ją pocieszam. Mówię, że ma nas i że wszystko będzie dobrze. Gładzi mnie wtedy po głowie i przeprasza.

Raz ojciec wraca, ale tylko po to, żeby zabrać flaszkę z barku. Mama zaczyna krzyczeć, wyzywać go od pijaków, skurwysynów, zamykać przed nim drzwi. On na początku nic nie mówi, tylko stoi i patrzy przed siebie. Potem podchodzi do barku. Mama zaczyna szarpać go za ramię. On otwiera barek. Ona szarpie go mocniej, próbuje odciągnąć, obrzuca obelgami. On chwyta za drzwi barku i nagle, trach, urywa je. Mama zamiera bez słowa. Ojciec bierze flaszkę, trzaska drzwiami i już go nie ma. Drzwi barku trzymają się niepewnie na jednym zawiasie. Jak nasza rodzina.

Ale nie jesteśmy rodziną patologiczną. Rodzice chodzą do pracy, dzieci do szkoły, w domu jest ciepło i mamy co jeść, brudy pierze się w czterech ścianach. Zresztą wszędzie dookoła jest tak samo. Ojciec pije z kolegami, którzy mieszkają na tym samym osiedlu i mają dzieci w tym samym wieku. Kiedy jestem na podwórku, prawie codziennie widać jakiegoś ojca, który zataczając się, wraca do domu. Najgorzej, jak jest to mój ojciec. Ale nie króluje w statystykach. Inni mają gorzej. Niemcewicz z drugiej klatki to właściwie codziennie wraca na rauszu.

***

W szóstej klasie po raz pierwszy całuję się z dziewczyną. Nazywa się Magda, chodzi do równoległej klasy. To wysoka dziewczyna, jej mama pracuje w szkolnej stołówce. Odprowadzam ją dwa razy do domu. Potem mamy iść razem na urodziny Ilony, koleżanki z jej klasy.

Tydzień przed urodzinami Ilony, na szkolnej dyskotece, proszę Magdę do wolnego i przy Scorpionsach zbliżam się do niej na tyle, żeby czuć, jak jej piersi rozpłaszczają się na mojej chudej klatce. Od razu mi staje, dość boleśnie. Robię się cały czerwony i zaczynam się pocić. Na szczęście na dyskotece jest ciemno. Wokół tańczą inne pary i wszyscy spoglądają porozumiewawczo, chłopaki puszczają do siebie oko, a ja ze sterczącym fiutem patrzę w podłogę i modlę się, żeby piosenka skończyła się jak najszybciej. Mam jednocześnie ochotę uciec i przyciągnąć Magdę bliżej, ocierać się o jej udo. Wyobrażam sobie, że bierze mojego fiuta do ręki, ślini usta i patrzy na mnie lubieżnie oczami bohaterek z pornogazetek.

Bardzo się boję, że ktoś to zauważy. Nie chcę być jak Szymon, który kilka tygodni wcześniej został wywołany do tablicy i nie chciał podejść, siedział tylko z opuszczoną głową, a nauczycielka robiła się coraz bardziej zła i coraz mocniej go naciskała. Kiedy w końcu wstał, pierwsze zaczęły chichrać się dziewczyny siedzące w ławce przed nim. Jedna z nich krzyknęła na całą klasę: „Ale ma namiot!”. W sekundę po całej klasie rozniósł się szalony chichot. Ci, którzy nie mieli dobrego widoku, wstali, wyciągając szyje. A Szymon stał i tylko zasłaniał rękami krocze. Kilku chłopaków wyszło z ławek, żeby się lepiej przyjrzeć. W sali zapanował totalny chaos. Ktoś podbiegł do Szymona, próbując oderwać mu ręce od spodni.

Piosenka się kończy, mamroczę: „Dziękuję” i ukrywając erekcję, szybkim krokiem idę do toalety. Mam ochotę zwalić sobie konia w kabinie, ale w środku jest mnóstwo chłopaków, więc tylko podchodzę do umywalki i myję ręce, opłukuję twarz.

Na urodziny Ilony przychodzę punktualnie. Otwiera mi jej mama. Jest już sporo innych osób. Wręczam solenizantce prezent, zestaw trzech kaset z największymi przebojami Queen, i dosiadam się do grupki z mojej klasy.

Na imprezie są też osoby ze starszych klas, bo Ilona ma duży biust, którego się nie wstydzi. Zdarzało się, że któryś chłopak podbiegał do niej na przerwie, macał szybko jej piersi i uciekał. Albo kumpel popychał kumpla na Ilonę, a ten miał ułamek sekundy, żeby poczuć ich miękkość. Rozmawiają o tym głośno w szatni na wuefie albo na przerwie, siedząc pod kaloryferami. Ja o piersiach Ilony myślę, ale o nich nie mówię. Patrzę na nie z bezpiecznej odległości, ale nigdy nie zebrałbym się na odwagę, żeby ich dotknąć. Tym bardziej że Ilona jest wojownicza i nie boi się kopnąć chłopaka czy sprzedać mu mięśniówy. Ilona przewodzi paczce dziewczyńskiej. A Magda jest jej cichą zastępczynią, z tylko trochę mniejszym biustem. Nikt jej jednak nie dotyka, nikt się na nią nie rzuca z wyciem i dzikim śmiechem. Zawsze przecież może pobiec do kuchni przy stołówce i poskarżyć się mamie. Ale może prawdziwym powodem jest to, że Magda nie pręży klatki piersiowej jak jej najlepsza koleżanka, lecz kuli ramiona, opuszcza głowę, chowa się w przydługich swetrach. Dlatego właśnie łatwiej jest mi podejść do niej niż do głośnej Ilony. No i jako jedyny w klasie jestem od niej wyższy.

Po dwóch godzinach mama Ilony wychodzi. Ci ze starszego rocznika wyciągają z plecaków wino i piwo. Kacper i kilka innych osób z klasy podsuwają szklanki. Ja zostaję sam na sofie. Kiedy wracają, Kacper wyciąga w moim kierunku szklankę z czerwonym płynem.

– A ty co, nie pijesz? Napij się!

Magda patrzy na mnie. Ona nie pije, ale wszyscy wiedzą, że to dlatego, że jej ojciec bije ją nawet za najmniejsze przewinienia. Ma się uczyć i być grzeczna.

Do tej pory wino i wódkę podpijałem tylko z dna kieliszków, kiedy goście już wyszli po imieninach mamy i przy sprzątaniu udało mi się coś ukradkiem wypić. Piwa dostaję kiedyś od ojca na urodzinach cioci. Jest już późno. On i wszyscy wujkowie są pijani. Siedzę spięty i czekam, co się wydarzy. Matka kolejny raz mówi do ojca: „Nie pij więcej, idziemy do domu, masz już dość”, ale on zbywa ją swoim: „Emilka, nie denerwuj się, zaraz pójdziemy, tylko tu muszę skończyć” i polewa sobie i wujkom następnego. Siedzę z głową opartą na stole i w duchu błagam, żeby ojciec już skończył, żeby tym razem wstał i żebyśmy spokojnie poszli.

– Emilka, zobacz – pokazuje na mnie i śmieje się pijacko – może to Mareczek ma już dość?

Nie odzywam się, matka tylko prycha.

– Mareczek, a ty piłeś kiedyś wódkę? – artykułuje powoli wujek, starając się utrzymać w ryzach wszystkie słowa.

– Przecież on ma dwanaście lat, to jeszcze dziecko! – oburza się moja matka.

– Ja w jego wieku piłem z kumplami za garażami. – Wujek wzrusza ramionami i śmieje się chrapliwie.

– No akurat to o niczym dobrym nie zaświadcza – parska moja mama i się krzywi.

– Wódka to za dużo, jeszcze rośnie, ale piwa to mógłby się napić – włącza się ojciec do dyskusji.

– Ty już nie miej głupich pomysłów! Jakie piwo? Wystarczy, że tyś nawalony jak stodoła. – Matka aż wstaje z miejsca. – Będziesz mi tu jeszcze dziecko upijał.

– Od razu upijał! Piwa ma się napić z ojcem! Lepiej, żeby z ojcem się napił niż gdzieś z kolegami! – Mówiąc to, ojciec sięga po butelkę i nalewa mi pół szklanki. Patrzy na matkę.

– Nie waż mi się mu tego dawać. Zabraniam! – Matka wali pięścią w stół, aż brzęczą talerze i szklanki.

Robi się bardzo cicho. Ojciec powoli wypełnia szklankę do pełna i stawia ją przede mną.

– Napij się, Mareczku. Zobacz, jakie to niedobre. Ojciec się musi truć.

Wujkowie wybuchają śmiechem. Matka gwałtownym ruchem łapie talerz i rzuca nim w ojca. Ten się uchyla, talerz rozbija się z hukiem o ścianę, ale już po chwili matka trzyma w ręku szklankę.

– Emilia, przestań, Emilia, nie warto! – Siostra łapie ją za nadgarstek.

– Zabiję go, będzie mi dziecko rozpijał, pijaczyna jeden, jak jego mamusia, ja mu dam!

Zdążam opróżnić szklankę. Dobre.

– Lubię piwo – mówię cicho do Kacpra.

– Mam wino. Gorzkie, ale dobre.

Biorę od niego szklankę i upijam trochę.

– Niezłe.

– Na moje urodziny będę miał więcej. Mam takiego kolegę, który może nam kupić. Jego o dowód nigdy nie pytają. Albo zawsze można zapłacić menelowi pod sklepem, to też kupi.

Wypijam tylko pół szklanki, ale później trochę szumi mi w głowie. Cały wieczór Magda spogląda na mnie, a ja spoglądam na nią. Dziewczyny włączają muzykę i zaczynają tańczyć, ale żaden chłopak nie wychodzi na zaaranżowany w rogu pokoju parkiet. Kacper idzie palić papierosy z chłopakami ze starszej klasy, a gdy wraca, woła mnie do przedpokoju, gdzie stoi telefon.

– Będziemy dzwonić na losowe numery i mówić, że jesteśmy z elektrowni. – Klepie mnie w plecy, beka i śmieje się głośno.

– Ale ja tego nie znam – protestuję niewyraźnie.

– Spoko, pokażę ci. – Podsuwa mi książkę telefoniczną. – Wybierz numer. Zamknij oczy, otwórz na losowej stronie i wskaż numer.

Robię, jak chce, i już po chwili Kacper wykręca numer i mówi:

– Dzień dobry, dzwonię z elektrowni. Mieliśmy awarię prądu. Czy u pani jest prąd? Aha. Rozumiem. A czy jest pani pewna? Aha. Ale to nie znaczy, że jest w innych pokojach. Proszę iść do jakiegoś innego pokoju i tam włączyć światło. Tak. – Zasłania ręką słuchawkę. – Ale idiotka. Poszła. Tak. Działa? Naprawdę? No to ciekawe. Bo myślałem, że do idiotów nie dostarczamy!

Kacper śmieje się na całe gardło i rzuca słuchawką.

– No działa w każdym pokoju, proszę pana. – Kacper śmieje się głośno, przedrzeźniając kobietę, z którą przed chwilą rozmawiał. Śmieję się razem z nim i jednocześnie boję się, że zaraz będę musiał zrobić ten sam kawał. Na pewno nie wyjdzie mi tak dobrze jak jemu, a wtedy uzna, że jestem nudny, i przestanie się mną interesować. Kacper to twardy gość. Zadaje się z chłopakami z klasy specjalnej, czyli takimi, którzy nie zdali po dwa razy, którym grozi poprawczak za jakieś drobne przestępstwa, a przed lekcjami i po szkole piją tanie wina przy torach. Trochę się go boję, jest z nim dużo problemów w klasie, ale też wszyscy go lubią i znają.

Kacper przyciąga książkę telefoniczną i z zamkniętymi oczami powtarza całą procedurę. Rechocze.

– No dawaj, zobaczymy, czy u Henryka Jakubowskiego jest prąd.

W tym momencie w przedpokoju pojawia się Magda i zaczyna się ubierać. Spogląda na mnie i uśmiecha się delikatnie. Ona się zawsze uśmiecha tak, jakby było jej głupio, że się uśmiecha. Nie wiem, czy to kwestia wina, czy nagle poczułem, że to moja szansa na wywinięcie się z dzwonienia do Henryka Jakubowskiego, ale wstaję z krzesła i krzyczę na cały głos.

– Już idziesz, Magda?!

Patrzy na mnie trochę zdziwiona.

– Tak, muszę być o dziewiątej w domu.

– Oo, a która godzina? Ja muszę być o dziewiątej trzydzieści. A mam dalej.

– Za piętnaście dziewiąta.

– Kacper, muszę już iść.

Patrzy na mnie zawiedziony i wkurzony.

– No co ty? Teraz twoja kolej.

– Następnym razem. – Wzruszam ramionami i odwracam się od niego.

– Pójdę z tobą, mieszkasz po drodze do mnie – mówię do Magdy, nie patrząc jej w oczy.

Ona kiwa głową. Szybko wkładam buty.

Wychodzimy na ciepły wieczór. Do jej domu jest kilkaset metrów. Po drodze paplam coś nerwowo o Kacprze i o jego głupich żartach. Magda uśmiecha się miło. Idziemy wolno. W końcu już nie wiem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, więc idziemy bez słowa. Ramię w ramię. Jej ramię niekiedy dotyka mojego. Jest prawie tak wysoka jak ja. Patrzę na nią kątem oka, a kiedy ona odwraca głowę w moją stronę, przez chwilę spoglądamy sobie w oczy. Docieramy pod jej klatkę w głębi osiedla. Staję naprzeciwko niej. Chcę ją pocałować, ale nie potrafię się na to zdobyć. To ona pochyla się w moją stronę i szybko dotyka ustami moich ust. Jej wargi są suche. Przechodzi mnie dreszcz, czuję gorąco i robię się czerwony. Magda opuszcza oczy i mówi: „Cześć” do podłogi. Udaje mi się tylko cicho odpowiedzieć: „Cześć”, a ona już znika.

***

– Ja pierdolę, to jest na korek, macie otwieracz?

Stoimy w trzech, ja, Siwy i Grzesiek. W krzakach, w dole tory. Pierwsza klasa liceum. Wieje niemiłosiernie, nie mam szalika, bo kto by nosił szalik? Szalik jest dla starych facetów. Zimny wiatr wdziera mi się pod kurtkę, bluzę, koszulkę. Telepie mną. Kulimy się, palimy fajki. Pod nogami gnijąca trawa, a w dole tory, po których pociągi jeżdżą średnio cztery razy na dobę, rozwożąc górników po kopalniach.

– Kto robi jabole na korek, ja pierdolę.

Papieros parzy mi usta, wypluwam go. Na rękach mam skórzane rękawiczki. Skórzane rękawiczki, które śmierdzą fajkami. Gdy wracam do domu, starzy sprawdzają, czy nie paliłem. Matka każe mi chuchnąć, wąchają mi palce. Oddech to nie problem. Ojciec sam pali ponad paczkę dziennie, więc nie czuje, zresztą wkracza rzadko i wyłącznie na wyraźne naleganie matki: „Adam, on znowu palił, chodź tutaj, powąchaj go”. Ale matka często udaje, że nic nie czuje. Patrzy wtedy na mnie z wyrzutem, ale się nie odzywa. Zresztą odpowiedni miks gumy, mentosa i jakiegoś napoju oraz powstrzymywanie się od palenia na godzinę czy półtorej przed powrotem daje dość dobre efekty. Albo tak mi się wydaje. Gorzej z dłońmi. Zapach wsiąka głęboko, zwykłe mydło nie pomoże, a przecież jak wyleję na dłonie jakieś mocne perfumy czy coś, to od razu będzie wiadomo, że kombinuję. Przynajmniej myślę, że oni tak myślą. Próbuję przez jakiś czas cytrynowego kremu do rąk, ale w połączeniu z zapachem tytoniu moje dłonie pachną jak dom szczęśliwej starości. Za palenie mam szlabany i awantury. Skórzane rękawiczki to dla mnie wybawienie. Dopóki nie przesiąkną tak, że samo ich włożenie sprawia, że całe dłonie śmierdzą mi fajkami. Ale te mam dość świeże, kupiłem je niedawno na targu. Oszczędzam je, dlatego często trzymam peta w ustach. Wciągam dym jednym kącikiem, wypuszczam drugim. Nawet spoko to wygląda, chociaż niekiedy się duszę. Palę teraz i jestem zadowolony, chociaż wino jest cały czas zamknięte.

– Daj mi to, spróbuję kluczami. – Grzesiek wyrywa mi jabola z ręki.

– Gówno nimi zrobisz.

– Zamknij się. Zaraz zobaczysz. – Grzesiek wyciąga klucze i grzebie coś tam przy korku.

– Jakieś jaranie fajnie by było załatwić, wziąłem lufę. – Siwy wyciąga fifkę z kieszeni i pokazuje ją z uśmiechem, szczerząc swoje królicze zęby.

– Kurwa, nic nie mam, pytałem wczoraj, ale nie ma – mówię.

– A Wolna? – pyta Siwy.

– Kurwa, nie chcę cały czas jej pytać, przecież nie jest dilerem, ma trzydzieści lat.

– A nie mogłaby cię poznać ze swoim dilerem? Kurwa, to jakaś paranoja, że nie można tak normalnie kupić.

– Ona też ma od koleżanki, która dopiero ma od dilera. Te, daj, opalimy lufę. – Wyrywam ją Siwemu z ręki.

– Nic tam nie ma! Zostaw, bo tylko pęknie.

– Nie pierdol, ja coś wyciągnę.

Trzymam lufę w ręce i długo i cierpliwie opalam ją na całej długości zapalniczką. Słychać ciche pykanie, czuję przez rękawiczkę, że lufa jest gorąca, unosi się z niej dym.

– Widzisz, kurwa – rzucam triumfalnie do Siwego.

Wsadzam ją do ust, ale jest za bardzo rozgrzana. Parzy mi wargi. Wypluwam ją, spada na ziemię, akurat trafiając w kamień. Słychać tylko cichy brzęk.

– No kurwa, człowieku, co ty robisz?! – Siwy krzyczy i ja go rozumiem. Taka czarna lufa to skarb; zawsze jest nadzieja, że coś z niej opalisz.

– Sorry, stary, kurwa, nie chciałem, za gorąca była. Przez rękawiczkę nie czułem.

– Kurwa. – Siwy w złości aż pluje podczas mówienia. To pewnie wina tych jego wystających siekaczy.

– Nic z tego nie będzie, ja nie mam pomysłu, jak to otworzyć. – Grzesiek skończył gmerać przy butelce i stoi zrezygnowany. Wygrzebał kluczami trochę korka, ale nie na tyle, aby coś się polało. Odpala papierosa i stoi z nim w tej swojej pozie dandysa.

– Daj, upierdolimy szyjkę. – Łapię za butelkę i walę szyjką w drzewo, niestety nie działa to tak jak na filmach. Zamiast roztrzaskanej szyjki i eleganckiego tulipana z winem, mamy butelkę z dziurą, przez którą wylewa się wino. Obracam ją i trzymam poziomo, żeby nie tracić zawartości. – O ja pierdolę, co za jebana seria porażek.

Siwy podnosi z ziemi jakiś jednorazowy kubek. Patrzę na niego z obrzydzeniem.

– No co? Masz jakiś lepszy pomysł? Opłucz jabolem, przecież tam jest siara, to wybije cały syf.

Wzruszam ramionami i robię tak, jak mówi, a potem wypijamy jabola z tego jednego kubeczka, paląc papierosy. Mamy doskonały widok na piętrowy parking, dalej pawilony handlowe na osiedlu K, bloki wszelkiego sortu. Te niskie, trzy- i czteropiętrowe, w których sąsiedzi dekorują klatki obrazkami i roślinami, strzeżone dzień i noc przez domofony i jasno świecące lampy zewnętrzne. I ogólnodostępne wieżowce z wiecznie zatkanymi zsypami, zapachem moczu, ścianami pokrytymi graffiti i windami ze stopionymi zapalniczką guzikami pięter.

Nogi robią się miękkie, wiatr jakoś mniej wieje, jabol smakuje jabłkami, siarą, etykietką z cycami i odbija mi się po nim ohydnie. Wychodzimy z krzaków wprost do centrum miasta, chociaż w Tychach nie ma za bardzo centrum, więc idziemy prosto na centralną ulicę. Śmiejemy się, a może bardziej rechoczemy. Miasto jest nasze, buzuje w nas krew, zaznaczamy swoją przestrzeń dymem papierosów i z politowaniem patrzymy na ludzi, którzy patrzą z politowaniem na nas. Co oni mogą wiedzieć? Czy warto wiedzieć coś, czego nie wiemy? Wiemy wszystko, co warto wiedzieć, a najważniejsze, że wiemy, że oni chuja wiedzą. Nasi starzy tylko czekają na okazję, aby nas pouczać i robić wykłady, a sami mają rozpierdolone życia, na nauczycieli, tych nudnych nauczycieli, szkoda słów, a na ulicy dziady kręcące głową. My teraz idziemy, właśnie teraz, i w tym, jak idziemy, jest wszystko.

Pod teatrem tłum ludzi, kolejka, wjazd na koncert pięć zeta. Wszyscy chcą tu być, bo nareszcie coś się dzieje w mieście, w którym jeśli sam nic nie zrobisz, to nic się nie zdarzy. Zatrzymujemy się przy murku, siadamy, Siwy leci po browary do sklepu.

– Słuchaj, a może Rysek gdzieś tu będzie, co? – pytam Grześka. – On ma palenie.

– Może, może.

Jaramy papierosa. Chce mi się rzygać, więc zaciągam się tylko co drugi raz. Wraca Siwy z browarami. Krzywi się.

– Pizda nie chciała mi sprzedać. Ale pod sklepem był jakiś menel.

Kiwamy głową. Odpalamy browary. Kolejka się nie zmniejsza.

– Dzisiaj mój stary wrócił do domu i pyta się mnie, jak w szkole. Ja pierdolę. Jemu się tam przypomni raz na jakiś czas i się mnie tak pyta. – Siwy patrzy na buty. – Mówię mu, że w porządku. A ten mnie pyta, jak tam dziewczyny. Ale o co ci chodzi, mówię. Jakie dziewczyny? Dziewczyny jak dziewczyny. A ten się mnie, kurwa, pyta, czy fajne mamy dziewczyny. No mówię, że różne. Kiwa głową, kiwa i potem coś zaczyna mamrotać, że pamięta, jak był w liceum i te świeżutkie dziewczyny, wszystkie takie młode. Ja pierdolę, myślę i tylko patrzę na niego. On oczywiście wstawiony, bo przecież. Pytam, że co, i patrzę na niego, a ten do mnie, że, kurwa, nic i co się gapię. Wstał i poszedł.

– W takich momentach cieszę się, że mieszkam tylko z matką – kwituje Grzesiek.

– Patrzcie, Rysek. – Pokazuję palcem zakapturzoną postać po drugiej stronie. – Ej, Rysek. Rysek!

Zatrzymuje się. Podchodzi. Cześć, cześć. Co tam, co tam. Sztama, sztama. Oczywiście ma coś. Ma też lufę. Odchodzimy kawałek dalej, za murek. Tam jest ciemniej, pod nogami walają się puszki po browarach, szkło z rozbitych małpek. Rysek mówi mi, żebym wyciągnął rękę, wystawił dłoń przed siebie, wyprostowaną, wnętrzem do góry. Zanim to zrobię, wycieram dłoń o spodnie. Rysek wydobywa z kieszeni spodni małe zawiniątko, błyszczące srebrem. Wszyscy dobrze znamy ten kod, wiemy, co kryje sreberko, nieraz wielokrotnie zwinięte, żeby zatrzymać intensywny zapach. Ja swoje zioło w domu pakuję podobnie, albo i w mały słoiczek, najlepszy jest taki po koncentracie pomidorowym, nie zajmuje dużo miejsca, a świetnie blokuje wszelkie zapachy. Rysek odpakowuje ostrożnie zawiniątko z folii aluminiowej. Wyciąga woreczek i łapie jeden koniec wargami. Folię składa pieczołowicie i chowa do kieszeni. Nikt nic nie mówi, czekamy. Patrzę na woreczek dyndający mu z ust. Trzy na cztery, zamykany na żyłkę, w domu moja matka trzyma w takich guziki. Ten jest do połowy wypełniony zielonym, towarem, gandzią. Tylko moi starzy nazywają to marihuaną. Serce mi już trochę szybciej bije, nogi już robią się miękkie, przewidując, co się za chwilę wydarzy. Rysek wyjmuje woreczek spomiędzy warg. Dobry stuff, stwierdza ze znawstwem. Wierzymy mu.

Rysek jest kilka lat starszy. W tym roku ma kończyć budowlankę, już chyba drugi raz. Jeździ na rolkach, nosi spodnie z krokiem w kolanach i wiadomo, że ma dojście do jarania. Mieszka z matką i upośledzoną siostrą. Nie zawsze chce mu się chodzić do szkoły. Zostaje wtedy w domu i ciupie na kompie w jakieś strzelanki. Można wtedy do niego przyjść, posiedzieć. Ja nigdy nie byłem, ale słyszałem. Jak jest hajs, to Rysek może zawsze jaranie załatwić, ale nie wiadomo, od kogo kołuje. Pewnie przycina przy tym trochę towaru dla siebie, ale to zrozumiałe, nikt by się nie spodziewał czego innego. Kiedy ma, to ma i częstuje. Tak zawsze jest, że jak się ma, to się częstuje, i jak człowiek zna odpowiednich ludzi, to często coś się trafia.

Teraz zanurza dwa palce w woreczku i wyciąga szczyptę zioła. Rozsypuje na mojej dłoni. Potem dokłada jeszcze dwie szczypty. Oblizuje zielone czubki palców. Dajcie szluga, tylko błagam, nie mentola, mówi. Ktoś daje. Wprawnym ruchem, obracając w prawo i w lewo i delikatnie dociskając końcówkę papierosa w palcach, dosypuje trochę tytoniu na moją dłoń. Tyle samo co zioła. Co by jeszcze kontaktować – komentuje – to mocny skun. Miesza jedno z drugim na mojej dłoni, muskając ją. To prawie erotyczne doświadczenie. Nigdy bym się do tego nie przyznał, ale lubię to. Lubię to muskanie. Może lubię dlatego, że jest muskaniem. A może dlatego, że lubię zioło. Gdy leży na mojej skórze, to tak, jakby już było we mnie, tak niewiele dzieli je od krwiobiegu. Lubię jego dotyk na skórze. Gdy już zioło jest zmieszane z tytoniem, Rysek wprawnymi ruchami bierze trochę mieszanki w dwa palce, kciuk i wskazujący, i wpycha do lufy, za każdym razem lekko ubijając.

– Ubij, ubij dobrze.

– Tylko nie za dobrze, bo się nie rozpali.

Wszyscy już czekają.

– Kto chce zacząć? – pyta nonszalancko Rysek.

Nikt się nie wyrywa, bo nie wypada. To pytanie retoryczne, bo wiadomo, że zaczyna właściciel towaru, chyba że jest zrzuta, to wtedy faktycznie można się zgłosić. Niektórzy nie lubią zaczynać, bo rozpalić lufę też trzeba umieć i może się okazać, że jak ci nie wyjdzie, to nic nie buchniesz w swojej kolejce i jeszcze inni będą narzekać. Ja zawsze lubiłem rozpalać. Warto wziąć tego pierwszego macha, bo w nim najczęściej jest najwięcej grassu. Lufa ma to do siebie, że nigdy nie ma w niej dużo jarania, więc każdy mach się liczy.

Rysek bierze szkło w usta i odpala. Zaciąga się z wprawą, palenie żarzy się pomarańczowo. Wciąga głośno powietrze i przestaje oddychać. Trzyma. Oddaje mi lufę, stoję obok po prawej. Zawsze podaje się w prawo. Zaciągam się głęboko, wiem, że chyba za głęboko jak na pierwszy mach, jest ryzyko, że przesadzę i wszystko wykaszlę, tym bardziej że gardło drapie, mocne zioło, nawet tytoń nie łagodzi efektu. Zatrzymuję oddech. Wchodzi głęboko, od razu rozluźnia mi się ciało, nie wiem, czy to taki szybki efekt palenia, czy już tak mi ciało reaguje, że mach i buch – dobrze, jest dobrze. Przekazuję lufę dalej, robi kółko. Miękko, otula, nogi uginają się w kolanach. Grześkowi leci kometa. O kurwa! Język pewnie ma sparzony, ale trzyma twardo dym w płucach. Nie można dobrego macha marnować. Szkoda tylko zioła. Już koniec, ktoś jeszcze samą lufę opala, już jaramy papierosy, popijamy browarami. Śmiejemy się, gadamy, nie wiadomo o czym. To w sumie nie ma znaczenia, bo teraz jest dobrze. Skończyło się czekanie i teraz jest dobrze. Rysek dowala jeszcze jedną lufę. Zapalamy, teraz już spokojniej, zaspokoiliśmy pierwszy głód. Wpada mi do głowy jakaś myśl i zaraz wypada. Przez chwilę tego żałuję, ale niedługo, bo zapominam. Siwy zaczyna nas poganiać. Zapalamy jeszcze fajkę i zbieramy się do środka, chuj wie dlaczego od razu, ale Siwy tak ma, że naciska i namawia, i w końcu ulegamy, bo już nie można słuchać tego jęczenia.

– No chodźcie, chłopaki, bo nie wejdziemy, koncert się zacznie, a przecież po to tu przyszyliśmy. Kaliber 44, ka-li-ber czter-dzieści cztery! Bo już dawno nasze mózgi wypełnione są marią, o, o, o, no chodźcie, ja pierdolę, kończcie te jebane fajki, dopijać browary i idziemy.

To idziemy, stajemy w tej kolejce. Jest w chuj ludzi. Pocą mi się dłonie. Widzę na bramce dwóch ochroniarzy i jestem pewien, że zorientują się, że jestem totalnie zbakany. Nie wiem, co robić, myślę, żeby się wycofać, ale jak się wycofam, to tym bardziej udowodnię, że jestem zbakany. I dokąd pójdę, przecież jest w chuj zimno, a do domu nie wrócę, bo jak teraz, z tymi przekrwionymi oczami. Stoję więc, stoję zatem, stoję na przekór i ręce mi się pocą, ale stoję, coś tam nawet gadam z Grześkiem, nie wiem o czym, półsłówka, coś tam, nucę o mózgach wypełnionych marią, podchodzi do nas ten, jak mu tam, kurwa, zapomniałem, byłem kiedyś u niego w domu, jest trochę starszy, jest didżejem i ma spodnie nisko w kroku, jak Rysek, na pewno się znają, gra pewnie z nim w strzelanki i jeździ chyba na desce, i ja bym też chciał jeździć na desce, ale nie umiem, a jak miałem chyba dziesięć lat, czy coś koło tego, to próbowałem, ale tylko sobie głowę rozjebałem. Dotykam teraz miejsca, gdzie mam bliznę, trzy czy cztery szwy, no kurwa, jak on się nazywa, kiwa głową, cześć, cześć, znamy się z jakiejś imprezy, lubimy, kto wie, kurwa, ci ochroniarze na pewno widzą, ten didżej idzie, mija nas, wita się z kolesiem, który stoi na bramce i sprawdza bilety, sztama, sztama, wchodzi, no tak, nie spodziewałbym się niczego innego, a mnie nie wpuszczą, bo się zbakałem w chuj i teraz nic z tego nie będzie.

Wpuszczają nas. Nie ma problemu. Wchodzimy na górę, po schodach, już jest mnóstwo ludzi, rozpoznajemy się z niektórymi, z niektórymi witamy, bo to małe miasto, ale ogólnie to jestem zbakany i jest mi dobrze, i jest mi źle. Ale jest mi chyba lepiej, niż jak nie jestem. Chociaż jak jestem zbakany, to chcę już nie być, a jak nie jestem, to chcę już być. Pojawia się Wolna, jeszcze ktoś, idziemy do baru i pijemy browary, chyba dwa, zanim wychodzi Kaliber na scenę, która jest częścią korytarza; ludzie ich po prostu otaczają, oni mają kilkanaście metrów kwadratowych, po których teraz chodzą i rapują; Księga już jest otwarta i wszyscy się bujamy, i palimy fajki na tym korytarzu, i krzyczymy plus czy minus, a ja jestem najebany, bo jeszcze Siwy wyciągnął małą wódkę z jakiejś bocznej kieszeni, nie bałeś się, że ci na bramce ścisną, nie bał się, pijemy, Grzesiek też. Grzesiek zawsze pije. I potem tańczy. Kocham go, znaczy jak kumpla, szczególnie teraz, kiedy nasze mózgi wypełnione są marią i uśmiechamy się jak pojebani, bo jest nienudno, a nawet coś się dzieje.

O, o, o, bo już dawno nasze mózgi wypełnione, są ma-rią

O, o, o, bo już dawno nasze mózgi wypełnione są ma-rią

A potem mnie naciąga. Bekam i czuję jak mnie naciąga. Olewam to i bujam się dalej, ale naciąga mnie znowu. Zamykam oczy i jeszcze udaję, że nie wiem, co się wydarzy. Zły pomysł. Helikoptery, gdzie podłoga, gdzie sufit, wykrzywia mi soczewki, świat w krzywym zwierciadle, wszystko zwalnia i przyspiesza, to obok się nie dzieje i to w środku też nie, ale chyba się jednak dzieje. Rozglądam się, naciąga mnie, przepycham się między korpusami, głowami, łokciami, kurwa, zejdźże z drogi, człowieku, łapię się czyjegoś ramienia, odpycham od niego, ej, stary, nie patrzę tam, patrzę pod nogi, wciągam powietrze, ostatnia prosta, krok, schył, dwa, rzygam do ogromnej paprotki, stoi w rogu, jakaś laska odwraca się z niesmakiem, a mi jest dobrze, lepiej, chociaż leci mi też przez nos, potem nagle Grzesiek, za ramię, za łokieć, drzwi do kibla, ludzie, żarówki, ciągnie, zaciąga mnie do kibla, mnie zaciąga przy umywalkach, nie zdążam, rzygam, kurwa, do umywalki, czoło, zimna porcelana, palcem przepycham resztki czegoś, spłukuję, a potem opłukuję twarz, piję, piję, wsadzam głowę pod kran, smarkam i w nosie znajduję coś, jakieś pożywienie, Grzesiek się nachyla, widzę go kątem oka, w porządku, nie, ale muszę iść, muszę być w domu, bo starzy, nie wracaj, stary, jak to nie, wracam, najebany jesteś, rzygałeś, dojdę do siebie, mam dużo czasu, ściągnę kurtkę, jest zimno, orzeźwi mnie zimno, jak chcesz, ale to pojebane, ale ja idę, mam dość, to idę, idę, niezłomny, zdecydowany, już nie chce mi się rzygać, dalej jestem najebany i zbakany, a jak jestem, to królem jestem chociaż zdetronizowanym i sponiewieranym to wiem że nim jestem ludzie idę ściano stoję poręczy trzymam dziękuję ci że jesteś schody zdradliwe ochroń mnie ramię ręka dzięki nie trzeba moja twarz jest nos zęby są dziękuję dziękuję koncert tam na górze mówię mamroczę ślina w kąciku język kołek idę dalej nogi nie idą plączą się ja i mój najebany łeb wbijam wzrok wpycham ręce kieszenie gdzie pieniądze moje zataczam się nie widać uprzejmie żegnam dobranoc pani sprzątaczko niebieski fartuchu w białe kropki co tak patrzy patrzysz spode łba spode szmaty dzieciaki gówniarze dwie sprzątaczki nie jedna dwie drzwi kurwa a klamka no co no gdzie zimno dobre zimno papieros gdzie papieros mach oj nie niedobrze kwas rzyg nie oj niedobrze stój zostań w domu ja przecież do domu słuchawki tak koncert mój ja i już.

1996 rok usłysz mój głos

człowieku

papieros no zapalam bo chcę i chuj i idę krawężniku ten mach dalej i do pionu i rzeczywistości o krzaki ups śmiej się w głos na głos sam się śmieję śmiechem się odbiję śmietniki chodniki twarze wyśmieję i zwieszę głowę przyspieszę

twój ojciec chce wyleczyć cię

on jest popierdolony

nie daj się mówię ci

on nie wie

ile znaczy muzyka dla ciebie

bo ta muzyka jest nieuleczalna

bo ta muzyka to ułamek tarcia

między naszym ziemskim wymiarem a czymś więcej a czymś dalej

zamykam oczy otwieram boję się przystanek pojawia się omijam wracam przysiadam zwał zwał zwał i nie ma autobusu i nie mam szyi brody język gąbka zwieszam oddycham oddycham w paszczy fajki rzygi wódka ja czyli kto mach wypada z rąk toczy się ty chodniku podnieść nie podnieść położyć się zimna ławka dobra zimna ławka dobra bardzo jak dobrze mi robi ta dobra zimna ławka dobra ławka ławka

1996 rok usłysz mój głos

człowieku

***

Jest już po drugiej, a ja jeszcze nie śpię. Jutro znowu do pracy, pierdolę, pójdę na dziesiątą. Jeszcze jeden joint na dobranoc. Sąsiedzi już śpią, nie ma kogo podglądać. Kajtek u Sylwii. Pada deszcz. Chowam się pod wąskim daszkiem na balkonie. Orientuję się, że palę tego jointa jak zwykłego papierosa. Zastanawiam się, co teraz. Próbowałem już być szczęśliwy na tyle sposobów. Miałem piękne mieszkania, samochód, wakacje za granicą. Zakochania, nawet ślub, małżeństwo. W końcu dziecko, krew z krwi, synek. I nic. Wszystko wyparowało. Żaden sposób nie zadziałał. Zaciągam się mocno i trzymam długo. Na terapii ostatnio stwierdziłem, że szczęście to te drobne momenty, kiedy wstajesz rano i świeci słońce albo pijesz dobrą kawę. Teraz totalnie w to nie wierzę. Nie mam pomysłu. Chce mi się tylko wyć.

***

Po tym, jak nawalony zasnąłem na przystanku, wracam do domu nadal pijany. Rodzice mają gości, a ja się wtaczam i udaję, że wszystko jest totalnie OK. Całkowicie mi to nie wychodzi. Wszyscy jednak też udają, że niczego nie widzą, więc idę do swojego pokoju i zwalam się na łóżko. Wchodzi za mną ojciec, patrzy na mnie – albo mi się tak wydaje, bo leżę odwrócony tyłem do drzwi – i mówi: „Porozmawiamy jutro”.

Rano wysłuchuję litanii matki. Dostaję szlaban, zakaz wyjścia, ale potem jakoś mogę wychodzić. Spada śnieg, ale nadal chodzę w trampkach. Trampki się ślizgają i są cały czas mokre, ale nie mam zamiaru wkładać brzydkich butów, które kupiła mi matka. W przerwach, nawet na pięciominutówkach, wybiegamy na papierosa, palimy jednego na dwóch czy nawet trzech tak szybko, aż robi się długa, rozżarzona marchewa i nawet przez filtr papieros parzy usta. Grzesiek ma aparat, czarno-biały film i pstryka nam zdjęcia. Stoimy na tych zdjęciach zgarbieni, chudzi, ja w kapturze, smutne szare oczy. W tle przyszkolny lasek, za którym są stawy, nad stawami droga, na której wypluwamy płuca, biegając na wuefie na pięć kilometrów, a za laskiem piwiarnia Bonanza, gdzie barman udaje, że nie wie, ile mamy lat. Po drodze jeszcze atrakcje, niekiedy lokalny ekshibicjonista zamacha fiutem, a raz widzimy, jak jakaś para pieprzy się przy drzewie. Zdarza się, że na przerwie odwiedza nas matematyk, zapalony ornitolog i dziwak, i robi nam zdjęcia, pokrzykując, że pokaże je rodzicom, a my za pierwszym razem wiejemy w las, a z czasem zaczynamy w zawadiackich pozach prężyć się przed obiektywem.

W piątki chodzimy do Trójkąta albo do Tawerny. Na legitymacji długopisem zmieniłem datę urodzenia i nas wpuszczają. Jak już jesteśmy w środku, nikt o nic nie pyta. Gęsto od ludzi, gęsto od dymu. Z oszczędności, bo w sklepie taniej, pijemy browary lub wino przed wejściem. Zaczynamy na żłobku. To żłobkowy plac zabaw, na którym popołudniami już nikogo nie ma, a jest tam zadaszenie, są ławeczki. Nasz namiot, obóz spotkań, arena rozgrywek towarzyskich, nudy i planów. Żywa latem, wymarła zimą. Na ścianach i suficie hasła, wyznania, swobodna sztuka pozostawiania czarnych plam za pomocą zapałek. Kiedyś z nudów piszę swoje imię. Pluję na otynkowaną ścianę i maczam koniec zapałki, ten bez siarki, w rozpuszczonym tynku, tak aby na jej końcu zebrała się kulka białego. Następnie podrzucam mocno zapałkę, ona przykleja się do sufitu, wisząc siarką w dół, podpalam ją zapalniczką i obserwuję, jak czarny dym zostawia sadzę na suficie.

W ekipie oprócz mnie są Grzesiek, Siwy, Martyna, Ula, Robert i jeszcze kilka osób. Skład jest płynny. Najbliżej mi do Grześka. Nudzimy się sporo, wałęsamy w tej nudzie, kopiąc kamienie, gadając lub milcząc, odwiedzając się nawzajem. Omawiamy przeszłe i przyszłe imprezy. Zawsze się coś na nich dzieje, a jednocześnie nie dzieje się nic, ten z tą, tamta z tamtym, zgony, miksy, afery w szkole, kłótnie w domu, brak kasy, przypływ kasy.

Mieszkam na osiedlu H, Grzesiek na osiedlu L. Po drodze jest osiedle R. Dzwonimy do siebie na stacjonarny i zazwyczaj umawiamy się w połowie drogi, przy górce na osiedlu K. Dopóki jest ciepło, można iść na żłobek, a gdy robi się zimno, szukamy otwartych klatek i tam siedzimy, dopóki ktoś się nie pojawi, albo idziemy do kogoś i siedzimy u niego. Rodzice Martyny są ginekologami i długo pracują, więc często jesteśmy u niej, wyjadamy z lodówki, palimy fajki na balkonie i gramy godzinami w Dyna Blaster. Ten czas jest jak nasza meblościanka wypakowana książkami: monotonne grzbiety, w barku czekają niespodzianki, nikomu nie chce się ścierać kurzu, a za meblami umiera mój trzeci chomik. Pierwszy umarł dlatego, że wypadł z akwarium. Po tym, jak wypadł, jeszcze żył, ale po kilku godzinach z jego uszu pociekła krew. Miałem przykrywać akwarium, żeby nie uciekł. Ale nie przykryłem. Drugi zamarzł. Miałem posprzątać akwarium, ale nie posprzątałem, powiedziałem, że zrobię to jutro, śmierdziało, to wystawiłem na balkon. W nocy przyszły przymrozki. Trzeci zaklinował się za meblami. Ale najpierw wyrwał z dywanu wszystkie frędzle. Chciał sobie zrobić piękne gniazdko.

Chodzimy też z kumplami grać w Quake’a alboDooma. Spinamy kompy w sieć i gramy całą noc. To jednak zdarza się rzadko, bo wolę palić fajki z Grześkiem na klatkach i gadać o tym, skąd można skołować zioło, że chujowe i mało, i skąd szmal.

Więcej szmalu, nie ma szmalu!

Skąd go brać? Skąd mam brać? Nie mam jak!

***

W sobotę zawsze jest czas sprzątania. Każdy w domu ma przydzielone konkretne zadania, nad całością czuwa matka, upewniając się, że wszystko przebiega sprawnie i bez niepotrzebnych przestojów. Zawsze trzeba ogarnąć swój pokój, jakieś odkurzanie, raz na dwa tygodnie mycie garów po obiedzie, zdarza się mycie łazienki. Brat jest trzy lata młodszy i robi mniej, ojciec często w soboty zrywa się do piwnicy, żeby robić coś, co bardziej go interesuje.

Nie lubię tego sprzątania, ale po prostu je robię i tyle. Nie chcę słuchać narzekania. Nie chcę być tym, na którego się narzeka. Dobry synek.

Kiedy jestem w siódmej klasie, ojciec nie pali papierosów. Oficjalnie rzucił jakiś czas wcześniej. Nieoficjalnie pali pokątnie, w ukryciu. Zdarza mi się schodzić po niego do tej piwnicy, bo mama każe zawołać go na obiad, i wtedy już na klatce czuć dym. Pewnego dnia, nieświadom tego, że ojciec ściemnia z tym niepaleniem, schodzę tam, drzwi od piwnicy są zamknięte, i gdy krzyczę: „Tato, mama woła na obiad!”, ojciec nie odpowiada, a ja słyszę tylko, że coś tam robi, coś przesuwa. Po chwili otwiera, stojąc w chmurze papierosowego dymu. Żaden z nas się nie odzywa. Nie przychodzi mi do głowy spytać, czy pali, skąd ta chmura dymu papierosowego, bo wydaje mi się to jakieś głupie. Nic nie komentuję i wracam do mieszkania. Gdy idę po niego następnym razem, już na schodach klatki zapowiadam, że idę, pochrząkując i mówiąc swoją kwestię: „Tato, mama woła na obiad”. Nie chcę nas obu stawiać w głupiej sytuacji.

Pewnej soboty matka jedzie na zakupy, a ja i ojciec zasuwamy ze sprzątaniem. Od jakiegoś czasu coraz intensywniej myślę o tym, żeby zapalić papierosa, kusi mnie, chcę spróbować. Cały czas wraca do mnie ta myśl: zapalić, zapalić. W szkole koledzy w sumie tego nie robią, popalają jacyś goście z ósmej klasy, ale z mojej i z innych siódmych klas raczej nie. Na osiedlu podobnie, dużo starszych, to wiadomo, ale tacy w moim wieku już nie bardzo.

W tę sobotę coś się zmienia, już nie tylko myślę o tym, ale postanawiam też działać. Wiem, że ojciec pali i że ukrywa to przed matką, więc gdzieś te papierosy musi mieć. Kiedy myje podłogi, otwieram jego saszetkę, czarną, na pasku. W środku są mewy mentolowe w zielonym opakowaniu, cała paczka. Wyciągam jednego i wsuwam do majtek, bo boję się, że mi z kieszeni wypadnie. Łapię jeszcze z kuchni zapałki i mówię ojcu, że idę do kolegi i niedługo wrócę. Trochę oponuje, bo nie skończyłem sprzątać, ale obiecuję, zagaduję, przekonuję i idę. Na klatce wyciągam papierosa z majtek i wsadzam ostrożnie do kieszeni. Idę nad tory, kwadrans drogi z domu; to jedyne bezpieczne miejsce, na nieużytkach ciągnących się między osiedlami. Chowam się w krzakach. Zapalam papierosa i od razu się zaciągam. Pokasłuję może raz czy dwa, dym wchodzi bez problemu, jakby w moich płucach było na niego miejsce. Wypalam całego papierosa w kilka minut, nerwowo rozglądając się wokół. Kręci mi się w głowie, nogi robią się miękkie, szumi mi w całym ciele. Siedzę chwilę, żuję gumę dla zabicia zapachu. Wstaję i niepewnym krokiem, cały czas czując dym w głowie i płucach, wracam do domu. Coś tam pomrukuję do ojca, jestem trochę zamroczony, kładę się na łóżku i zasypiam. Śpię ponad godzinę. Gdy się budzę, ojca nie ma. Na stole znajduję kartkę, co mam jeszcze zrobić w domu.

***

Stoję przed lustrem i myję zęby. Kajtek, siedząc obok na nocniku, coś tam nawija w swoim narzeczu. Jednostajne buczenie szczoteczki elektrycznej mnie uspokaja.

Czemu nie zostałem sam przez dwanaście miesięcy, tak jak sobie wtedy obiecałem? Czemu po tylu latach związku z Niną od razu władowałem się w kolejny? Może gdybym wytrzymał w swoim postanowieniu, to lepiej bym sobie przemyślał, czego chcę? A może nie?

Myśli płyną jak woda z kranu. Kajtek klepie mnie po udzie. Jego krew płynie pod skórą. Moja krew płynie pod skórą. Ojciec i syn. Na zawsze.

Szczoteczka wibruje, dając znać, że już minutę myję zęby i jeszcze tylko drugie tyle.

Moje ciało nie zawibruje, gdy minie połowa życia.

Szczoteczka pulsuje dwa razy. Szczotkuję dalej, żeby uniknąć rzeczywistości.

***

Od tej ukradzionej ojcu mewy zaczyna się moje regularne palenie. Zbliża się koniec siódmej klasy, codziennie przychodzę przed szkołą po Jacę i Siwego. Idziemy do niej na skróty – przez garaże i tory. Tam można łatwo się ukryć.

Wieczorami podchodzę na palcach do wieszaka w przedpokoju, na którym ojciec ma zwyczaj zostawiać spodnie. Zwisają swobodnie na szlufce, a lewa kieszeń wypchana jest drobniakami. Z łomoczącym sercem zanurzam tam rękę i wybieram kilka złotych. Niekiedy muszę sięgnąć do wewnętrznej kieszeni marynarki, żeby uzbierać na fajki. Kupuję wave’y w czerwono-białym opakowaniu, bo są tanie i mocne. W kiosku pod domem kioskarka nie zadaje niepotrzebnych pytań.

Boję się nosić papierosy przy sobie, boję się zostawiać je w domu – moja matka potrafi podczas sprzątania zajrzeć do każdej dziury – więc trzymam je u Jacy. U niego w domu pali się cały czas, a rodzice nie są tak restrykcyjni i nie kontrolują go tak ostro jak mnie moi. Jaca jest niższy ode mnie o głowę, chudy, z wąską twarzą, szybkimi oczkami i ruchami. Lubię go, bo jest sprytny, odważny i można na niego liczyć. Od siódmej klasy trzymamy się razem, ja, wzorowy uczeń, i on, uczeń problematyczny. Jaca nigdy nie przejmował się za bardzo szkołą. Jego matka – tylko gdy wracała z wywiadówki; wtedy Jaca dostawał pasem. Siwy jest trochę przy kości, piegus z wystającymi zębami, którego wszystko bawi.

Ojciec Jacy ostro pije. Codziennie przed telewizorem, dwa, trzy razy w tygodniu z kolegami. Zdarza się, że Jaca znajduje go na przystanku autobusowym kilkaset metrów od domu albo na jakiejś ławce, gdzie ten leży kompletnie nieprzytomny, zaśliniony, zwiotczały, jak waleń na opuszczonej plaży. Jaca biegnie wtedy po matkę, a ta wybiega z domu w podomce i kapciach, drze się, szarpie nieprzytomnego męża, aż ten zaczyna się poruszać, coś tam mamrotać, w końcu ona wlecze go do domu. Ojciec Jacy jest wysoki i chudy jak patyk. Znacznie niższa żona chwyta go w pasie i ciągnie. W oknach pojawiają się sąsiedzi, śledzą tę scenę w milczeniu. Chłopaki, które przesiadują na ławkach, paląc fajki i plując łupinami słonecznika, śmieją się głośno i komentują: „Patrzcie, znowu stara ciągnie Świętochowicza do domu”. Jaca po takich akcjach zawsze znika z osiedla na kilka dni.

Raz na jakiś czas spotykamy się u Jacy, żeby pograć na komputerze i pooglądać pornosy jego ojca. W tapczanie w salonie wystarczyło zajrzeć pod koc, żeby znaleźć pudło, a w pudle same skarby: „Twój Weekend”, „Cats”, „Wamp”. Dwa pierwsze to pisma erotyczne, ale „Wamp” to hardcorowe zdjęcia z pornoli, a nawet komiksy o spółkowaniu. Siedzimy z wypiekami i oglądamy gazetki. Każdy ma swoją i pokazujemy sobie nawzajem co bardziej egzotyczne pozy czy fikuśne zdjęcia. „Eee, patrzcie”, „Ale ma cyce”, „Ta się nieźle rozkraczyła”. Niekiedy ojciec Jacy ma jakiegoś pornola na kasecie. Gdy już się wypełnimy pornolami, odpalamy commodore’a Jacy, którego dostał od cioci z Niemiec, i robimy turniej w Sensible Soccer.

W domu mam atari oraz opowiadania Grahama Mastertona. Kiedy dostałem atari, zmartwiłem się, bo wszyscy mieli już wtedy commodore’y. Trudniej było wyhaczyć jakąś dobrą grę. Ale mam River Raid, polskie gry z Avalona. Kręcę wytrwale śrubką, żeby ścieżka była wąska i gra się wgrała. Muszę się skupić, obserwować uważnie, czy wejdzie, czy nie wejdzie. Towarzyszą temu specyficzny pisk i chrobotanie. Niekiedy przestaje czytać kasetę pod sam koniec wgrywania. Potem jakoś wybłaguję commodore’a. Joysticki na gumki i Decathlon, w którym machając pałąkiem, biega się przez płotki, skacze wzwyż i w dal. A do tego pierwsze gry porno, w których pikselowi panowie posuwają pikselowe panie. Trzeba szybko zasuwać joyem. Mam wprawę, bo ta sama ręka marszczy freda, gdy tylko nadarzy się okazja. Gazetki też się boję trzymać w domu, żeby matka ich nie znalazła. Mam za to pod ręką Grahama Mastertona i jego Szał seksu, Moc seksu i Magia seksu, a w nich opowiadania o kogutach, łechtaczkach, wsadzaniu palców, sztywnych drągach i lizaniu cipki. Nie ma zdjęć, ale opisy wystarczają, żeby szarpać kutasa kilka razy dziennie, jeśli akurat jestem sam w domu.

Walę konia zawsze w pewnym pośpiechu, bojąc się, że zaraz ktoś wróci do domu i mnie na tym przyłapie. Albo chociaż się przekona, że drzwi wejściowe są jak nigdy zamknięte od środka. Nikt mi nie mówi, że masturbacja to zło, że będę się smażył w piekle, ale jednak wiem, że to coś wstydliwego, że nie ma się czym chwalić. Rodzice rozpoczynają i kończą moją edukację seksualną wręczeniem mi książki O chłopcach dla chłopców oraz stwierdzeniem, że jakbym miał pytania, to mam pytać. Oczywiście nie mam pytań, bo nawet jakbym je miał, to nie przeszłyby mi przez gardło. Za to gdy tylko zostaję sam, pędzę do biblioteczki starych, ostrożnie, żeby nie zaburzyć ułożenia innych książek, wyciągam ulubioną Magię seksu, otwieram na jednym z najgorętszych momentów, wsadzam rękę w majty i czytam, aż mi stanie, a wtedy przenoszę się do łazienki i walę konia, wyobrażając sobie te cipki, cycki, i ostatecznie spuszczam się do kibla. Zawsze w ciszy, bo wiem, jak od sąsiadów niesie, gdy ktoś urzęduje w ich łazience. Na dole mieszka rodzina Nawrockich: bardzo katolicka, na górze rodzina Zabulewskich – bardzo dziwna. Zaraz po spuszczeniu metodycznie sprawdzam, czy resztki spermy nie zostały czasem gdzieś na ścianie czy desce. Dokładnie myję ręce. Książkę odstawiam na miejsce, upewniając się, że grzbiety są tak samo ułożone, jak były. Potem otwieram zamek w drzwiach. Kilka razy wącham rękę, czy nie pachnie fiutem.

Gdy zaczynają się czasy wideo, dołączamy do powołanej oddolnie wypożyczalni spółdzielczej. Do zwykłego mieszkania w bloku przynosi się swoje dziesięć kaset z filmami i w zamian można raz na tydzień wypożyczyć pięć filmów. Wszystko jest skrupulatnie odnotowywane w zeszycie. Na każdej kasecie mieszczą się dwa, trzy filmy. Rambo, RoboCop, Indiana Jones. Chodzi się też z pustymi kasetami na targowisko, do panów w skórzanych kurtkach, z zeszytami pełnymi tytułów, z których wybiera się to, co się chce, i następnego dnia odbiera kasety wypełnione słodkim nektarem z Hollywood. Potem pojawiają się profesjonalne wypożyczalnie kaset z ich dusznymi zakątkami pełnymi cyców i póz. Interes ma się kręcić, więc obsługujący wypożyczalnię na pobliskim osiedlu przymyka oko na moją niepełnoletniość. Wypożyczam raz kosmitki, mają po trzy cyce, a faceci zielone długie fiuty. Śmieszne, ale nie ma jak walić do tego konia.

***

– Ale ten bieluń to nieźle ryje banię – mówię z papierosem w zębach, próbując wykrzesać ogień z neonowozielonej zapalniczki.

– Masz, odpal od fajki. – Grzesiek podaje mi peta i dodaje: – Mnie bieluń całkowicie zwolnił. Minuty trwały wieki, do tego wszystko wokół było wyostrzone.

– Powinniście, kurwa, wrzucić kwasa, ja pierdolę, to jest, kurwa, jazda. – Mrówa siedzi z nogą założoną na nogę, żuje gumę i zgniata właśnie niedopałek w popielniczce.

Ona akurat zawsze tak dogniata, żeby zgasł całkowicie i na amen. Od moich niedogaszonych petów nieraz w popielniczce zrobiła się zadyma i trzeba ją było zalewać browarem. Ale teraz jest początek wieczoru i się staram. Siedzimy w Tawernie przy stoliku na zewnątrz. Jeszcze nie ma dużo ludzi, jeszcze jesteśmy trzeźwi.

Z Mrówą poznaliśmy się na imprezie kilka tygodni temu. Jest niska, chuda, ma ostry nos. Nosi się po punkowemu, w glanach, ma łańcuch na szyi, przekłuty nos i język. Klnie, pluje na chodnik, łoi wódę i robi wszystko, co można uznać za konkretne i hardcorowe. Trochę mnie denerwuje, bo zawsze musi mieć rację, wykłóca się i drze pyska. Ale jest dwa lata starsza i potrafi zorganizować różne ciekawe wynalazki.

– A możesz ogarnąć? – Grzesiek wydaje się zainteresowany.

– No, kurwa, pewnie, ale to drogie i trochę może potrwać. Popytam. – Patrzy na mnie.

– Popytaj, pewnie, chuj tam, trzeba się bawić. Dobra, słuchajcie, kto idzie zrobić lufę? – Wstaję od stolika, patrząc na nich wymownie.

– A nie czekamy jeszcze na ludzi? – Grzesiek rozgląda się wokół. – Jeszcze parę osób miało wpaść. Siwy, Ula. Pusto jest.

– Chodź teraz, ja potem muszę się zawijać, mam, kurwa, znowu jakieś chore jazdy ze starymi. Muszę być jakoś koło dziesiątej na chacie.

– Poważnie? – dziwi się Grzesiek, choć zna historię moich rodzinnych przebojów. Tę niekończącą się serię szlabanów, które opadają ciężko i kategorycznie na moją młodość, kazań wygłaszanych w salonie przez zmartwioną matkę, procedur sprawdzających mój stan upojenia i czy spożywałem nikotynę, czy nie. Podejrzliwość przeplatana z prośbami, abym pomyślał, zastanowił się czy coś tam.

– O dziesiątej? Ja pierdolę! – Mrówa się śmieje. – No to nieźle cię trzymają, ja bym moim starym powiedziała, że ich chyba pojebało.

– Dobra, kurwa, idziemy czy nie? – rzucam zniecierpliwiony, wciskam ręce w kieszenie i wstaję.

Idziemy do lasku po drugiej stronie ulicy. W kieszeni mam już nabitą lufę. Wchodzimy między drzewa, potem głębiej. Idziemy ostrożnie, żeby uniknąć wdepnięcia w psią – albo i nie – kupę lub resztki czyjejś imprezy. Zatrzymujemy się przy skupisku trzech świerków, które dobrze zasłaniają nas od strony drogi. Wyciągam lufę i rozpalam. Każdy ściąga po dwa buchy i już jej nie ma. Nabijam jeszcze raz. Nabijamy sobie ziołem głowy, nabijamy sobie ziołem myśli, wszystko to zaczyna ulatywać w postaci słów. Śmiejemy się, przekrzykujemy. Grzesiek zaczyna naśladować moją matkę, gdy wracam do domu:

– Syneczku, chodź tutaj, daj rączki powąchać, czyś tam z kolegami papierosów nie popalał, czy może któryś znowu cię nie zmusił, żebyś mu trzymał papierosa, o, o, widzę, że dbasz o rączki, tak pięknie wysmarowane kremikiem, bardzo dobrze, musisz mieć gładkie rączki, tata twój łopatą machał bez kremiku i teraz ma takie odciski, a ty widzisz.

Mrówa trzyma się ręką drzewa, zanosi się śmiechem, cały lasek zanosi się jej śmiechem. Prawie się tarza z drzewami i krzakami w histerycznych podrygach. Ja na początku też się śmieję, ale potem już tylko się wkurzam.

– Jak będziesz smarował – podejmuje Grzesiek – to nigdy, przenigdy nie zrobią ci się odciski od lufy, super ten kremik i tak ładnie pachnie cytryną, to bardzo miły zapach.

Grzesiek robi miny, macha rękami, aktorzy na całego. Pijaczek, który wpadł do lasku spuścić z pęcherza, zapatrzył się na nas z rozdziawioną gębą.

– A weź ty mi tutaj jeszcze chuchnij, o tak, no nie bój się, trochę mocniej chuchnij, tak żebym dokładnie poczuła, bo wiesz, syneczku, że ja chcę dla ciebie tylko najlepiej, teraz masz szkołę i przecież to jest ważne, bo już za rok matura, nie możesz tak teraz życia marnować, to dla ciebie ważne, daj, mamusia pogłaszcze cię po główce…

Grzesiek próbuje mnie pogłaskać, ale odtrącam jego rękę.

– Spierdalaj – rzucam przez zaciśnięte zęby.

– Oj, syneczku, syneczku, jak ty się wyrażasz.

– Już mnie to nie śmieszy – mówię i czuję, że robię się czerwony. – Wracam.

– Przestań, stary, to przecież dla jaj, nie bądź taki sztywniak – mówi Grzesiek zwykłym głosem.

– Mnie to śmieszy! – krzyczy Mrówa, cały czas się chichrając.

Unoszę brwi i patrzę na Grześka.

– To się śmiejcie, a ja idę się napić. – Wzruszam ramionami. – Zaschło mi od tego jarania.

– Oj, nie idź – Mrówa zastawia mi drogę – zapalmy jeszcze fajkę.

– Słuchajcie – Grzesiek podnosi palec w teatralnym geście – słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie. Zarąbałem mojej matce likierek i tak się składa, że schowałem go nieopodal.

– Co? Tutaj schowałeś? – pytam.

– No pewnie. – Grzesiek uśmiecha się szeroko. – Czy szanowni państwo mają ochotę na kropelkę likieru czekoladowego?

– Czego, kurwa? Likieru? – ryczy Mrówa, którą teraz było w stanie rozśmieszyć wszystko. – Będziemy likierek pić? Pojebało was?

Czekam tylko, aż zacznie bić się z radości po udach.

– Gdzie ten likier? – pytam, nie zważając na zanoszącą się od śmiechu Mrówę.

Grzesiek kiwa na mnie i idziemy. Wyprawa jest krótka, bo Grzesiek ukrył likier pod starym tapczanem, w niewielkim jarze między sosnami. Wyciąga butelkę spod zaświnionego materaca, miejsca schadzek okolicznych playboyów o przepitych oczach z ich wybrankami o zmęczonych głosach i trzęsących się rękach.

– Likier, a jednak całe trzydzieści pięć procent – stwierdzam z uznaniem, patrząc na butelkę.

Grzesiek sprawnym ruchem pozbywa się zakrętki i podsuwa nam pod nos butelkę do powąchania. Mrówa bierze od niego butelkę i próbuje, a potem się krzywi.

– O kurwa, jakie to mdłe.

– Jak ci nie pasuje, to nie pij. – Biorę od niej butelkę i pociągam porządny łyk, a potem podaję ją Grześkowi. – Pyszne. Słodycz. A najważniejsze, że ryje banię.

Mrówa patrzy na nas trochę zniesmaczona, trochę rozbawiona i w końcu bierze duży łyk. Stoimy jeszcze jakiś czas, paląc gorzkie papierosy do słodkiego likieru, gadając, choć już nikt nie wie o czym, dopóki butelka nie jest pusta. Wokół robi się ciemno. Mrówa opiera się o mnie, śmiejemy się co chwilę, czuję jej ciepłe ramię. Nie wiem, czy dotyka mnie, bo jest pijana, spalona, czy robi to celowo. Tak czy inaczej, jej dotyk mnie podnieca. Myślę o nim. Mrówa nie podoba mi się jakoś bardzo, ale jestem nieźle najebany, więc podoba mi się bardziej. Jej oczy się świecą, ma ładne białe ząbki. Jest strasznie chuda, do tego ta punkowa stylówa, ale jest taka rogata, ma w sobie jakąś energię, która wiele obiecuje, i gdy trochę się rozluźnia, to naprawdę dobrze się z nią gada.

– Słuchajcie, wracajmy, bo robi się tłum, a my tam browary zostawiliśmy – proponuje Grzesiek. Ruszamy.

– Ja bym jeszcze się tutaj wysikała, bo w kiblu pewnie będą kolejki. Poczekacie na mnie? – rzuca Mrówa.

– To ja już pójdę i zobaczę, co z tymi browarami, a ty poczekaj na nią, dobra? – proponuje Grzesiek.

Kiwam głową i siadam ciężko na zwalonym pniu. Drzewa wirują, w ustach czuję fajki, czekoladę, ostry smak spirytusu. Nucę jakiś nieznany kawałek. Znowu jestem zrobiony, tak mi dobrze, gdy jestem zrobiony, świat nie jest wtedy taki zły. Ten lasek mógłby stać się moim domem. Tu bym miał salon, salon pod brzozami, z wygodnym fotelem ze ściółki, sypialnię tam, gdzie ten materac, mógłbym go przeprać czy coś, przybrać sobie liśćmi, mchem, a tam, gdzie właśnie kuca Mrówa, jest świetne miejsce na kibel. Nie musiałbym się nigdzie ruszać, przyjmowałbym gości, palił lufy i zapijał likierem, który zawsze byłby pod materacem, jego zapas nigdy by się nie kończył. Rano mógłbym wyskoczyć do kiosku po gazetę, bo kiosk jest tu niedaleko, a raz na jakiś czas wykąpać się w Paprocanach. Miałbym święty spokój i naturę i byłoby przyjemnie. Śmieję się na głos do swoich myśli, a od tego śmiechu mi się odbija, likier znajduje powrotną drogę z żołądka, przez przepalone gardło prosto do ust. Wypełnia je, ale udaje mi się to przełknąć. Czuję, że jak zaraz czegoś nie zrobię, to albo się zrzygam, albo zasnę, albo jedno i drugie. Patrzę na zegarek i cieszę się, że jest dopiero po siódmej. To jeszcze spokojnie mogę lufę zapalić. Wyciągam woreczek z ziołem. Wtedy obok mnie siada Mrówa.

– Hej, o, widzę, że jeszcze palimy?

– A czemu nie?! Kto nam zabroni?! – Śmieję się, trochę ciszej, mniej gwałtownie, bo boję się, że likier ponowi atak. – Wyciągnij rękę.

Mrówa wyciąga rękę. Odwracam ją tak, żeby dłoń była skierowana ku górze, otwieram jej palce, wysypuję na dłoń zioło, dosypuję tytoniu i mieszam. Chichocze.

– Trochę łaskocze.

– Jeszcze chwila.

– Spoko. Dam radę. Kurde, wiesz, sorry, że tak