Charlie. Autysta wspaniały - Vrede Romana - ebook

Charlie. Autysta wspaniały ebook

Vrede Romana

0,0
26,00 zł

lub
Opis

Charlie jest dorastającym chłopcem z autyzmem oraz niepełnosprawnością intelektualną. Książka Romany Vrede to szczere wyznanie matki, obawiającej się o przyszłość syna. Pełna miłości, lęku opowieść o zwykłym, niezwykłym codziennym życiu.


„«Mój syn jest przede wszystkim sobą», zdaje się mówić matka Charliego. By możliwie najlepiej przygotować swoje dziecko do życia, trzeba zobaczyć w nim konkretnego człowieka. Nie jego autyzm. Nie jakąkolwiek niepełnosprawność. Idąc od ponad 20 lat podobną ścieżką, co Romana Vrede, polecam tę książkę każdemu, kto jest gotów odrzucić schematy, obudzić w sobie ciekawość. Polecam każdemu!” – Dorota Próchniewicz, matka Piotra z autyzmem, dziennikarka, autorka bloga dorotaaprochniewicz.blogspot.com

 

„Charlie jest zawsze tu i teraz. Nie umie mówić, ale potrafi się porozumiewać za pomocą serca i duszy. Charlie ma autyzm i niepełnosprawność intelektualną. Ta książka to pełne czułości i bezwarunkowej miłości wyznanie jego matki. Mądra i prawdziwa opowieść o smakowaniu życia, cierpliwości, dawaniu, cierpieniu i akceptacji. O próbie zrozumienia i spojrzenia na świat innymi oczami. Jeśli po nią sięgniesz, na długo pozostanie w Twojej pamięci” – Jacek Hołub, autor książki „Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 240

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Copyright © 2020 by Romana Vrede

Translation copyright © 2021 Linia sp. z o.o.

Tytuł oryginału: De nobele autist

Pierwsze wydanie: Uitgeverij De Arbeiderspers, Amsterdam 2020

Publikacja tej książki była możliwa dzięki finansowemu wsparciu

Nederlands Letterenfonds.

Tłumaczenie: Robert Pucek

Redakcja:Krzysztof Środa

Korekta:Beata Wydrych

Okładka: Agnieszka Woźniak

Skład: Ania Dąbrowska

Linia sp. z o.o.

www.wydawnictwolinia.pl

Seria: Biała Plama

ISBN: 978-83-66667-08-2 (EPUB); 978-83-66667-08-2 (MOBI)
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Ufać. Ufać.– Charlie
Prolog

Drogi Charlie,

poproszono mnie, żebym napisała książkę. O tobie. O twoim życiu, o tym, jak je widzę, i jak według mnie się ono potoczy. Zacznę od twojej śmierci, bo myślę, że mnie już wtedy nie będzie, co zresztą łamie mi serce. Nawet jak będziesz już umierał, chciałabym przy tym być i cię wspierać. Dziecko potrzebuje matki we wszystkich ważnych chwilach. Śmierć jest właśnie taką chwilą, a ty nigdy nie przestaniesz być moim dzieckiem. O narodzinach napisano dużo i pięknie – że nagle jesteś z rodzicami, a przynajmniej z matką – ale śmierć to coś, co przeżywamy w samotności. Nie jestem w stanie opowiedzieć ci o śmierci ani o innych ważnych sprawach. Po części dlatego, że trudno ci się skoncentrować, ale przede wszystkim dlatego, że nigdy nie zadajesz pytań. Stąd ta książka. Żebyś mógł ją „przeczytać” albo żeby ktoś tobie mógł ją przeczytać, kiedy w dalekiej przyszłości wybije twoja godzina. Zatem teraz daję ci moją obecność w drukowanych słowach.

Zanim umrę, muszę koniecznie poprosić Joëla, żeby był przy tobie w chwili twojej śmierci. Jemu i lekarzom możesz zaufać. Możesz się wyluzować, poprosić o środki uspokajające, jeśli będziesz chciał, albo po prostu leżeć tam i patrzeć w okno. Gdybyś był wtedy sam w domu, to mam nadzieję, że po prostu zaśniesz. Co stanie się po śmierci, to chyba wiesz lepiej niż ja, bo często wiesz lepiej. Dla mnie śmierć jest czymś, na temat czego mogę jedynie zgadywać. Moja matka mówiła, że po śmierci siedzimy u stóp Boga przez całą wieczność. Nawet gdy byłam dzieckiem, ta perspektywa kojarzyła mi się raczej z zimnym piekłem.

Osobiście uważam, że będzie dobrze, że dostaniesz tam dokładnie to, czego ci potrzeba. I że będzie rozmaicie. Czasami święto, czasami odpoczynek. Czasami przyroda, jaką znamy tu na ziemi, czasami pokazy fajerwerków jak w sylwestra na Łabędziu, moście Erazma w Rotterdamie. Trochę tak jak w twoim życiu tutaj, tylko bez żadnych niedogodności. Na przykład nie będzie tam poobdzieranych skórek przy paznokciach, które mógłbyś zerwać. Dzisiaj – kiedy piszę te słowa – tak długo skubałeś, aż zerwałeś sobie całkiem paznokieć z małego palca. Widziałam żywe ciało pod spodem. Kochany chłopcze, pomyślałam, to musi cię strasznie boleć. Tego typu rzeczy sprawiają, że robi mi się słabo, ale nie potrafię cię powstrzymać. Nawet nie chcesz, żebym na to patrzyła, nie mówiąc już o dotykaniu.

Pierwszy raz, kiedy poczułem, że jestem silniejszy niż ból. Na ścieżce leży żwir. Biegnę naprzód, poślizgnąłem się. Mam na sobie krótkie spodenki. Mam trzy lata i nagle rozwalam kolano. Nie jest dobrze, bo jest rozcięte i czerwone, a nasz dom z wodą, żeby je przemyć, i z plastrami jest daleko. W moim kolanie siedzą maleńkie kamyczki. Ty, Matko, głośno krzyczysz, jesteś przerażona. Twoja twarz tuż przy moim spuchniętym, czerwonym kolanie jest wykrzywiona. Przełykasz ślinę. Wciągasz ją między zębami do gardła, jakbyś smakowała moją ranę. Jak wąż, który syczy do środka. Trzymasz mnie mocno za ramiona. Twoje oczy, ściskające mnie dłonie, kolano – wpadam w panikę. Za dużo tego jest. Chcę, żeby już się skończyło. Przestań na mnie patrzeć i puść mnie. Uderzam się mocno w kolano. Trę mocno ranę, jakby można ją było zetrzeć niczym kredę. To nie jest moja rana. Warczę na ciebie, rozmazując krew i wcierając do środka kamyki. Rana powiększa się i coraz bardziej boli, ale moja wola jest jeszcze silniejsza niż ból. Zwyciężę. Wciąż mocno trę. Jesteś teraz bardziej przestraszona. Nie poznajesz mnie. „Co ty robisz?” – pytasz, krzyczysz piskliwym głosem. „Przestań, Charlie!” Jakby to była moja wina. Dość. Przestań się gapić. Twoje rozwarte usta, rozwarta rana, twoje przerażone oczy. Przestań już. Biję cię. Wszystko ma się skończyć. Teraz!

W niebie z pewnością nie ma bólu. Nie będzie cię bolał brzuch jak wtedy, gdy zjadłeś cały słoiczek witamin, bo smakowały jak cukierki. Włosy nie będą wrastać w skórę po wewnętrznej stronie ud, a ja nie będę musiała ich wyciskać, mimo że tego nie lubisz. Na podeszwach stóp nie wyrastają kurzajki, którymi lekarze już dawno przestali się przejmować.

– Tak, to kurzajka, proszę pani. Nie możemy nic zrobić. Podejrzewamy, że nie boli. Gdyby bolało, to by nam powiedział.

– Raczej nie... Raczej by nie powiedział, pani doktor.

Żadnych krzyków, żadnych bąbli, kiedy trzeba rozchodzić nowe buty ortopedyczne. Zawsze dzielnie maszerowałeś, nie skarżąc się, i dopiero w domu odkrywałam wielkie bąble na twoich piętach. Jesteś prawdziwym żołnierzem. Żadnych wyprutych nici, żadnych nici z szalika czy kurtki, które mógłbyś zjeść, jak w tej scenie ze spaghetti w Zakochanym kundlu, gdzie jest tylko jedna para sztućców. W twoich kupach znalazłam tyle włóczki i nici, jakbyś był wielorybem z brzuchem pełnym plastyku.

W każdym razie chciałabym jakoś zapobiec twojej panice, kiedy nadejdzie czas i będziesz umierał. Chciałabym wtedy być przy tobie, żeby cię pocieszać, trzymać mocno za rękę, całować. Najbardziej przeraża mnie wizja, że umierasz w samotności jak kotka Sabiny, która najprawdopodobniej zdechła, utknąwszy w uchylnym oknie sąsiedniego domu. Powoli i cierpiąc. Jej cztery łapy nie mogły chwycić żadnej powierzchni i wisiała miedzy ościeżnicą a uchylonym oknem. Właściciele domu byli na wakacjach. Była głodna, spragniona i nie mogła się uwolnić. Jej łapy nie mogły niczego dosięgnąć, wiosłowały w pustce i nikt nie słyszał jej miauczenia. Pewnie w końcu usnęła i wtedy to się stało.

Kiedy będą ci to czytać, chciałabym, żebyś leżał gdzieś spokojnie. Najlepiej byłoby, żebym była wtedy przy tobie, a jeśli mnie już nie będzie, żeby to był Joël i inni przyjaciele.

Ta kotka, podobnie jak ty, nie wiedziała, czym jest śmierć, ale ty nie jesteś kotem, jesteś człowiekiem, a człowiek zasługuje na to, żeby coś takiego wiedzieć. Człowiek wie, że umrze. A zatem, kochany Charlie, słuchaj uważnie: umrzesz kiedyś. Tak jak ta kotka, jak każdy i jak wszystko. Umieramy. Dasz radę. Po prostu trzeba to kiedyś zrobić.

Ale żeby opisać twoją śmierć, muszę opowiedzieć o twoim życiu, Charlie. Bez życia nie ma śmierci. A zatem opowiem ci, jak twoje życie wyglądało do tej pory i jak najprawdopodobniej będzie toczyło się dalej.

Oczywiście ja jeszcze nie umarłam. Jeszcze przez to nie przeszłam, ale wydaje mi się, że potrafię ci to wytłumaczyć. Jestem twoją matką, a matka może wszystko. Jestem przy tobie teraz, kiedy jesteś zdrów jak ryba i masz szesnaście lat, a za sprawą tej książki będę także przy tobie, kiedy będziesz już stary i będziesz umierał.

Pamiętaj: trzymam cię za rękę i przeczesuję palcami twoje włosy.

To nastąpi, to musi się stać, Charlie. Ty umrzesz.

***

Powiedzmy, że na zewnątrz jest jasno. Wiosna. Słoneczny dzień, sobotni poranek, powiedzmy, że dopiero po siódmej. Ty, kochanie, leżysz w łóżku. Jesteś już starym człowiekiem. Szpitalny pokój wypełnia cały kadr. Wokół ciebie krząta się trzech pielęgniarzy. Dwóch dużych mężczyzn stoi po tej stronie sali. Widać tylko ich plecy, które poruszają się płynnie niczym fale. Trzeci stoi przy oknie. Pochylił się nad tobą i majstruje coś przy twojej twarzy, więc z tej strony widać go tylko z boku. Być może głaszcze cię po policzku. To miłe. Pielęgniarze nie mają twarzy, są bladozieloną masą.

Joël stoi spokojnie przy drzwiach. Tak myślę. Nie widzisz go, stoi poza zasięgiem twojego wzroku, ale czujesz jego zapach. Pachnie Omo. Wszystkie ubrania, jakie kiedyś dostałeś od niego, te, z których już wyrósł, pachniały proszkiem Omo.

Jesteś sam na sali. Załóżmy, że to ten sam szpital, w którym przyszedłeś na świat. Okno wychodzi na parking. Jest zatłoczony. Samochody z ludźmi, którzy właśnie zachorowali lub wyzdrowieli, podjeżdżają i odjeżdżają. Cała sala pomalowana jest na biało, z wyjątkiem podłogi, która jest różowa. Oczywiście linoleum. Joël podwyższył łóżko na wypadek, gdybyś, obudziwszy się, chciał wyglądać przez okno. Teraz bierze krzesło i siada przy drzwiach, wciąż w kurtce. Jest zmęczony, bo nie chce się rozpłakać. Powstrzymywanie łez jest męczące. Nigdy nie płaczemy, gdy to ma znaczenie, gdy powinniśmy, gdy sytuacja tego wymaga. Płaczemy później, kiedy cały ból i nadzieja już ustąpiły. Wszystko krzyczy, ale ten krzyk zostaje wchłonięty przez nasze panowanie nad sobą. Bladozielone plamy już kończą się krzątać wokół ciebie. Pielęgniarz przy oknie ma na sobie żółte skarpety, które wyglądają tu trochę nie na miejscu.

Nie patrzysz na nich, ponieważ twoja rodzina nie jest zbyt dobra w nawiązywaniu kontaktu wzrokowego. Jedną z pierwszych rzeczy, których musiałeś się nauczyć, było: „Charlie nawiązuje kontakt wzrokowy na minimum trzy sekundy”. Nagle w pomieszczeniu robi się cicho jak makiem zasiał. Dopiero wtedy, gdy ludzie, którzy nie są częścią naszego życia, wychodzą, zdajemy sobie sprawę, jacy jesteśmy cisi.

A zatem nie słyszy pan? Nie słyszy pan tego przerażającego głosu, który krzyczy aż po horyzont, a który ludzie zwykle nazywają ciszą?

– Lenz w Lenzu Georga Büchnera[*1]

Jesteś taki piękny. Zawsze kiedy śpisz, jesteś piękny. Twoje usta mają kształt serca. Kiedy patrzę z góry na twoje czoło, nos i usta, każda część twojej twarzy przypomina mi małe serduszkowate jabłuszko. Nos, policzki, usta, podbródek. Czysta doskonałość.

Oddychasz spokojnie. Joël przyniósł czekoladki. Zanim ta bladozielona grupa weszła do środka, trzymał cię czule za rękę i gładził tę grubą poduszeczkę na końcu twojego kciuka. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby to robił, nawet wtedy, gdy pewnego razu w święta powiedziałam:

– Jo, kup mi kiełki fasolowe do zupy arachidowej, okej? I weź Charliego, to się trochę przewietrzycie. Ale pamiętaj, Jo, jesteś najstarszy ze wszystkich kuzynów, więc jesteś odpowiedzialny za Charliego. Uważaj na niego.

Poszliście wszyscy: Joël, Noah, Sion i Charlie. Z balkonu widziałam, że Joël trzyma cię za rękę, nie z miłości, ale dlatego, że takie otrzymał zadanie. Już wtedy wiedziałam, że nigdy cię nie puści. Byłeś zachwycony, aż popiskiwałeś. Podskakiwałeś, skakałeś i szedłeś przodem i tyłem, patrząc na chmury, co utrudniało mu trzymanie cię za rękę. Ale on cię nie puścił. Jo nie puszcza. Dopiero kiedy wróciliście do domu, oddał ci twoją rękę. Było ci przykro, bo ta zabawa, która dla niego wcale nie była zabawą, właśnie się skończyła. Jeszcze przed chwilą trzymał delikatnie twoją dłoń w swojej, jego dłoń była miseczką, w której leżała twoja dłoń. Kciukiem gładził wnętrze twojej dłoni, linię miłości i linię życia, które razem tworzyły literę M, a potem cię zostawił.

Uśmiecham się, patrząc na nogi twojego łóżka, metalowe nogi, i zastanawiam się, ilu ludzi zmarło na tych nogach, a ilu w tym łóżku przyszło na świat. A może w szpitalach mają oddzielne łóżka do umierania i do rodzenia się? Może są pościele, których używa się tylko wtedy, gdy ktoś umiera, i takie, których używa się, gdy ktoś się rodzi?

– Jak się obudzisz, dostaniesz coś do jedzenia i picia – mówi Joël i wypełnia twoją szpitalną kartę obiadową.

Powiedzmy, że w szpitalu leżysz już od kilku dni. Być może trafiłeś tu nagle, być może nie. Być może przywieźli cię pielęgniarze z ThuisBest i zadzwonili po Joëla. Zjawił się po kilku godzinach, a zanim wszedł do pokoju, rozmawiał jeszcze o tobie w korytarzu z pielęgniarzami i lekarzami. Być może byłeś wtedy przytomny i leżałeś sam, nucąc jakąś monotonną pieśń. Najprawdopodobniej miałeś smutek w oczach, unosiłeś szyję i wysuwałeś dolną szczękę do przodu, żeby lepiej wydobyć dźwięk z brzucha. To była niespokojna pieśń, żałobna.

Tak mówię dzisiaj do przyszłego ciebie:

– Posłuchaj, Charlie. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.

Jeżeli to cię nie uspakaja i nie odprężyłeś się w wystarczającym stopniu, mówię jeszcze:

– Coś w tobie musi teraz mnie słuchać.

Tak mówię zawsze wtedy, gdy obawiam się, że moje słowa do ciebie nie docierają. Tak mówię do aniołów stróżów, którzy nad tobą czuwają. W mojej wyobraźni są to cztery niebinarne istoty emanujące światłem, jak w ostatniej scenie Sztucznej inteligencji. Te anioły, podobnie jak ty, nie posługują się mową, ale niczym delfiny komunikują się za pomocą fal dźwiękowych. Są wysokie i szczupłe. „Posłuchajcie mnie. Powiedzcie mojemu synowi, że musi się zatrzymać na czerwonym świetle. Porozmawiajcie z nim. Powiedzcie, że nie może bić ludzi. Czuwajcie nad nim. Powiedzcie, że musi żuć, aby się nie udławił. Wspierajcie go”.

Czasami mam koszmary, które się dobrze kończą, bo twoje anioły są przy tobie i cię chronią. Stoisz nad urwiskiem, a za plecami masz wielki las. Jest nie do przejścia. Ziemia zasłana jest uschniętymi gałęziami, które mogą cię pokaleczyć. Zginąłbyś, próbując tamtędy przejść, a roztrzaskałbyś się, gdybyś spróbował zejść z urwiska. Ja stoję po drugiej stronie doliny i krzyczę:

– Zostań! Idę do ciebie.

Słyszysz mnie, ale nie rozumiesz, robisz krok w kierunku urwiska. Boisz się, bo nie jesteś głupi. Kiwasz na mnie, żebym przyszła. Chodź, chodź. Chcesz, żebym nad tą doliną do ciebie przefrunęła niczym Kikker w Kikker en zijn vriendjes, który „wykonywał tak dalekie skoki, że wydawało się, iż może latać”. Ale ja nie jestem żabą, jestem matką, a więc muszę całą drogę przejść na piechotę. Ponownie daję ci znak, żebyś zaczekał. Posłuchajcie mnie, myślę. Wy, którzy nad nim czuwacie, dopilnujcie, żeby mój syn pozostał tam, gdzie jest.

– Charlie, zostań! Nie ruszaj się!

Wiatr porywa mój głos i rozprasza go w powietrzu. Nie jestem na ciebie zła, mówię tylko, co masz robić. Lamentujesz, a echo powtarza twój głos, wreszcie siadasz na pupie. Muszę zejść w dolinę, a po twojej stronie ponownie się wspinać. Na nogach mam japonki, więc się ślizgam, kaleczę stopy, wykręcam kostki. Japonki przecierają się na ostrych kamieniach i rozpadają. Część palcowa całkiem odpada. Według mnie w tym koszmarze mam na sobie cienką sukienkę, która czepia się wszystkiego i sprawia, że jestem jeszcze bardziej bezbronna. To wspaniała scena filmowa.

Rozglądając się podczas schodzenia, zanim jeszcze zniknę w ciemnych zaroślach, widzę, jak wstajesz, żeby wyjść mi naprzeciw.

– Nie – mówię cichutko. Mam cię zignorować, żebyś za chwilę usiadł z powrotem na tyłku, czy jeszcze raz krzyknąć? – Zostań, Charlie! – krzyczę, ale niezbyt głośno, a do aniołów szepczę: – Niech on tam zostanie.

Za sprawą zarośli tracę cię z oczu. To porządny las. Moja wędrówka będzie trwała trzy godziny i na trzy godziny stracę cię oczu. Powinnam ci zaufać, zaufać im, że zostaniesz tam, gdzie jesteś.

Mój koszmar kończy się tak, że pojawiam się za tobą, po twojej stronie urwiska. Umęczona, ale zadowolona. Ty na szczęście znów usiadłeś. Patrzę na twoje plecy, bawisz się źdźbłem trawy, które rośnie tuż obok. Wciąż wyśpiewujesz swoje skargi. Słońce schodzi niżej i staje się czerwone. Drżę i zapominam, że powinnam do ciebie podjeść. Zapominam cię objąć i przytulić. A może nie zapominam, ale wiem, że to by ci się nie spodobało.

– Chodź już – mówię.

Wstajesz i idziemy z powrotem tam, gdzie jest bezpiecznie. Milczymy. Ty, ponieważ nie potrafisz mówić, ja, ponieważ nie wiem, co powiedzieć.

Kiedy tamtego wieczoru kładę cię do łóżka, zastanawiam się, co ty właściwie robiłeś tam przez te trzy godziny. Wiedziałeś, że przyjdę? Czułeś się opuszczony? Widziałeś jakieś zwierzę? Jelenia albo jeża? A może widziałeś owada. Wlazł na ciebie? Nie miałeś nic przeciwko temu? A może miałeś, ale i tak pozwoliłeś mu po sobie łazić? Może wciąż siedzi w nogawce spodni? Czujesz, że tam jest? Wymyślałeś sobie jakieś historie, czy po prostu siedziałeś i oddychałeś? Bo życie jest niczym więcej jak tym właśnie: byciem gdzieś i oddychaniem. Być może wiedziałeś, że wszystko się dobrze skończy.

Wy, którzy czuwacie nad Charliem, posłuchajcie mnie. Kiedy mój syn będzie umierał, powiedzcie mu, że musi być ufny. Powiedzcie mu, że nie jest sam. Powiedzcie tak: „Być może lekarz poprawi twój stan zdrowia lekami”. Być może nawet będą cię operować, ale to znasz, te operacje. Pamiętasz, że musisz dostać narkozę, jak wtedy, kiedy plombowali ci zęby. Założyli ci maseczkę, a znieczulenie śmierdziało, ale tę maseczkę musiałeś mieć, ponieważ to dzięki niej zasnąłeś. Wszystko będzie dobrze. Wszystko jest w porządku.

Nie czekałeś długo na Jo, ale jeszcze zanim się pojawił, rozluźniłeś się i zdrzemnąłeś. Rozmawiając w korytarzu z lekarzami i pielęgniarzami, zauważył, że zasnąłeś. Buzia ci się zamknęła, dolna szczęka się rozluźniła i cofnęła do tyłu. Leżałeś spokojnie i czekałeś. Tak jak w moim koszmarze czekałeś po swojej stronie doliny.

Zielona masa medyków odpłynęła z korytarza i przyniesiono kartę dań. Joël przygląda się swoim dłoniom. Skóra jest wyschnięta, a on nie ma przy sobie kremu Nivea ani wazeliny. W twojej kosmetyczce szuka czegoś do posmarowania rąk. Ty masz oczy otwarte i patrzysz obok niego przez okno. Najprawdopodobniej widzisz tylko chmury. Twoje łóżko jest zbyt wysoko, żebyś mógł widzieć parking.

– Hej – mówi Joël, który zauważył, że otworzyłeś oczy.

Tak naprawdę jeszcze się nie obudziłeś, więc on dalej szpera w twojej kosmetyczce.

Ja w tym momencie zapytałabym, jak się czujesz, ale Jo tego nie robi. Obaj milczycie. Jego milczenie jest złotem, twoje jest naturalne. Kiedy jesteście razem, trudno zauważyć, że nie możesz mówić, ponieważ Jo najchętniej milczy. Teraz znajduje mały słoiczek wazeliny i wraca na swoje krzesło przy drzwiach, żeby delikatnie wsmarować ją w dłonie.

I tak płynie czas. Teraz, kiedy i tak musicie czekać na śmierć – bo takie jest życie, trochę zabawy i oczekiwanie na śmierć – zadam może kilka pytań, żebyście się nie zanudzili.

Na początek: jakie było nasze życie, zanim się pojawiłeś?

W ziemi początków żyli nienarodzeni wraz z duchami.

Mogliśmy przybierać rozmaite kształty i świętowaliśmy.

Bawiliśmy się nad złotą rzeką. Byliśmy wolni.

[...]

Nikt z nas nie chciał się urodzić.

Nie podobało się nam istnienie.

Obawialiśmy się ludzkiej bezduszności.

Wszyscy od urodzenia niewidomi, tylko nieliczni nauczyli się widzieć.

Im bliżej narodzin, tym byliśmy szczęśliwsi.

Przysięgaliśmy, że wrócimy do świata duchów jak najszybciej.

Nazywali nas Abiku.

– Ben Okri, Droga bez dna[*2]

Twój ojciec i ja siedzimy w kuchni. Nasza kuchnia jest przytulna. Wykonane domowym sposobem zasłony z materiału w biało-czerwoną kratę, który kupiliśmy na targu. Żółta ściana pomalowana przeze mnie aż do samej listwy przypodłogowej. Stary stół ciotki twojego ojca. Czarno-biała wykładzina podłogowa, którą sam położył.

Jest wiosna. Odkąd poznaliśmy się z twoim ojcem, zawsze jest wiosna, najwyżej czasami zdarza się zimny wiosenny dzień. Wtedy zakładam zimową kurtkę na letnią sukienkę. Od czasu do czasu urywamy się – André z pracy, ja ze swojej szkoły. W takie dni chodzimy do parku z termosem czarnej kawy. Na mleko nie mamy pieniędzy, często jesteśmy całkowicie spłukani. Ja studiuję, a on pracuje w sklepie. Pewnego razu znajdujemy na ulicy sto guldenów i idziemy do knajpki coś zjeść – saté z frytkami na wielkim talerzu.

– Na co masz ochotę? – pytam go.

– Na coś, czego jest dużo.

Innym razem byliśmy tak biedni, że twój ojciec o pieniądze prosił wszechświat, albo Boga, jeżeli wolisz, po czym znalazł dziesiątkę w wewnętrznej kieszeni. Twój ojciec jest takim właśnie farciarzem. A ja jestem taką szczęściarą. Słuchamy jego ulubionej muzyki: Captain Beefheart, Dr. John, The Staple Singers. If you’ll be my Dixie chicken, I’ll be your Tennessee lamb, z gramofonu śpiewa Lowell George. Twój ojciec gra na gitarze i zapomina o mojej obecności, tak pochłania go jego muzyka. Kiedy się kochamy, jest czasem tak dobrze, że myślę sobie, iż jemu w tej sytuacji też mogłoby być cudownie, zapominając, że on przecież bierze w tym udział. Nie ma żadnej różnicy między jego a moim ciałem. Kiedy jesteśmy razem, zdaję się jedna i kompletna. Twój ojciec jest pełen muzyki, pełen przyjaciół, pełen miłości. Jest nieskończenie cierpliwy. I jest jak pitbull, nigdy nie puszcza. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi. Jest mi dobrze i śmieję z jego niemądrych żartów.

André strzepuje okruszki ze stołu i mówi:

– Powinnaś już chyba mieć okres?

Śmieję się, czuję się przyłapana. Jakiś czas temu postanowiliśmy, że powołamy cię do życia, więc już od roku nie palę, ale planowałam cię zataić aż do chwili, gdy to będzie widoczne. Tak, żebym mogła powiedzieć: „Spójrz na mój brzuch”. Ale on wiedział, zanim mogłam to powiedzieć. Śmieję się, moja niespodzianka została odkryta. W brzuchu mam maleństwo. Czuję się delikatna i zdrowa, krągła i przy nadziei.

PSYCHÉ:

jestem zakochana.

PAN:

skąd wiesz?

PSYCHÉ:

(kładąc dłoń na brzuchu)

czuję to tutaj.

PAN:

to zabawne.

bo właśnie tam

kryje się podróżny.

PSYCHÉ:

(odsuwa dłoń i spogląda na swój brzuch)

co?

PAN:

tak.

samorodek magii, z którego w tej właśnie chwili ugniata się człowieka,

dzieciątko

– Jeroen Olyslaegers, Bloedmooi en zielsongelukkig[*3]

Jesteśmy tacy młodzi i piękni. Mili, pełni humoru, tacy, jacy potrafią być młodzi dorośli koło trzydziestki. Cały świat leży u naszych stóp, a teraz jeszcze jestem w ciąży, teraz naprawdę.

Kilka lat wcześniej, na drugim roku szkoły teatralnej, a w pierwszym roku naszego związku, myślałam, że jestem w ciąży z twoim ojcem. Poszliśmy razem do mojego lekarza domowego w Arnhem. Twój ojciec był szczęśliwy i uspokojony, że jestem taka wyluzowana, jak powiedział. Jeżeli tak było, to tak było, jeżeli nie, to nie. Tego lekarza nie widziałam nigdy w czasie dwóch lat studiów w Arnhem. Nigdy nie było takiej potrzeby, ponieważ byłam młoda i zdrowa. Gabinet znajdował się poza miastem, w ogromnym budynku z tablicami, daleko na wschodzie kraju, w bogatej dzielnicy, na zalesionym obszarze z alejami. Spacerowaliśmy zrelaksowani, czekając na wyniki. Było nam dobrze. Między drzewami przeświecało słońce.

Dawniej, kiedy nie miałam jeszcze dwudziestu lat i okazało się, że jestem w ciąży z moim pierwszym chłopakiem, nie świeciło słońce i nie widziałam drzew. Unikając ćpunów, rowerowym tramwajem jechałam sama do lekarza w głąb getta. W drodze myślałam, że tego nie chcę. W drodze powrotnej, po otrzymaniu wyniku pozytywnego, pomyślałam: „Ależ chcę, damy radę”. W domu mój chłopak powiedział:

– Nie.

Jak dziecko znów zmieniłam zdanie.

– Okej, masz rację – powiedziałam.

Skrobanka. Mój chłopak trzymał mnie mocno za rękę. Jego twarz wyrażała współczucie, ale uznałam, że kiepsko udaje. Już wtedy umiałam rozpoznawać kiepskie aktorstwo. Trzy lata później usłyszałam o szkole aktorskiej i zaczęłam myśleć o takim zawodzie.

Skrobanka bolała, ale... nie tak bardzo jak wtedy, gdy byłam w ciąży z IJsbrandem, dwadzieścia lat później. Miałam wówczas trzydzieści osiem lat. Twój ojciec i ja już od lat nie byliśmy razem, ty miałeś osiem lat, a ja miałam banalny romans z filozofem, który mieszkał ze swoją matką. Marieke, moja najlepsza przyjaciółka, była tego dnia ze mną. Zbliżały się właśnie twoje urodziny, które tego roku świętowałeś ze swoim ojcem. Przypominam sobie, że Marieke moim dużym samochodem przebiła się przez poranne godziny szczytu i zaparkowała go niczym profesjonalny kierowca na moim podziemnym parkingu. Kiedy inni ludzie prowadzili mój samochód, zwykle musiałam udzielać im licznych wskazówek, żeby udało im się grubą mazdę 626 wcisnąć w niewielkie podziemne miejsce parkingowe. Ale nie jej, ona wstawiła go tyłem, nie pozostawiając najmniejszego zadraśnięcia. Chciałam, żeby mnie pogłaskała po głowie, jakbym była dzieckiem, po tym, jak lekarz zgwałcił mnie swoimi narzędziami. Tak ona widziała ten zabieg, powiedziała mi to potem, i teraz ja, patrząc wstecz, też tak go widzę. Lekarz poruszał we mnie tłokiem trzymanym na wysokości bioder. Marieke nie lubiła głaskania po głowie, powiedziała mi kiedyś, że uważa to za zbyt protekcjonalne, ale ja chciałam poczuć swoją twarz.

Ale wtedy z André wyszliśmy na podjazd domu lekarza. Wynik testu był negatywny, nie byliśmy w ciąży, niemniej jednak śmieliśmy się tak samo swobodnie, jak przedtem, kiedy udawaliśmy się z wizytą. Z André wszystko było wiosną. Z tym André, który pół roku później dał sobie wytatuować moje imię na ramieniu. Z tym André, który chciał pobić mojego nieżyjącego już ojca chrzestnego, ponieważ ten zgwałcił mnie na Kruiskade, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. André gitarzystą, który kochał muzykę całym sercem. The Band. Little Feat. Robert Johnson, Red Hot Chili Peppers. Van Morrison. Mój prawiczek. Ojciec moich dzieci.

Tak myślałam już wtedy, gdy ujrzałam go po raz pierwszy wchodzącego po schodach podczas imprezy, na którą żadne z nas nie było zaproszone. Miałam dwadzieścia trzy, a on dwadzieścia cztery lata. Siedziałam na kanapie z Marcelem, moim przyjacielem. Nogę przerzuciłam ponad jego nogami, tak jak byśmy byli partnerami. Na tej imprezie Marcel i ja byliśmy zdani na własne siły. Jeszcze wszystko mogło się wydarzyć. Kilka godzin wcześniej siedzieliśmy na tarasie w mieście i tam usłyszeliśmy, jak jacyś ludzie przy stoliku obok rozmawiają o imprezie, na którą właśnie się wybierają. Marcel powiedział mi, że wie, gdzie to jest, i że był tam już kiedyś.

– Moi przyjaciele znają ludzi, którzy tam mieszkają.

Był to wówczas wystarczający powód, żeby czuć się zaproszonym. Impreza była odlotowa, bo wszyscy byliśmy młodzi i jakoś związani ze sztuką. Twój ojciec wszedł po schodach – długie włosy jak u Jima Morrisona, skóra spalona słońcem, bystre oczy, dżinsy i stare kowbojki – a ja już wiedziałam, wiedziałam na poważnie, że to on, ojciec moich dzieci. Twój ojciec.

Wtedy zacząłeś istnieć po raz pierwszy, jeszcze jako myśl, ale wiedziałam, że możesz obrócić się w ciało i że tak się stanie. Ponieważ byłam absolutnie pewna, że twój ojciec jest moim mężem, uznałam, że nie muszę go podrywać. Wcześniej polowałam na swoje miłości, flirtowałam jakby z obowiązku. Teraz chciałam spokojnie siedzieć i po raz pierwszy w życiu poczekać na uwagę i zaloty. Wyczuwałam, że Steven, bo wtedy myślałam, że tak ma na imię, nie jest facetem, który zaczepia panie, zważywszy jednak, że on również wiedział, iż jestem jego żoną, przejęcie inicjatywy uznał za jak najbardziej właściwe. Wiedziałam, że to będzie dla niego pewne wyzwanie, ale w mojej głowie miało to być dowodem na to, że wszechświat jest po naszej stronie. Twój ojciec zrobił ten krok. Bohater. Zajęło mu to całą godzinę. Przysiadł na kanapie obok mnie, udając, że jest wyluzowany, ale już wtedy znałam go dość dobrze, by wiedzieć, że strasznie gra. Jego wystudiowany chłód był bardzo kruchy – nigdy czegoś takiego nie widziałam – i wydał mi się przepiękny. Nie miał odwagi na mnie patrzeć, więc musiałam mu trochę pomagać. Miałam już dość dowodów, żeby wiedzieć, że będziemy razem na wieki, zaczęłam rozmowę. Twój ojciec wciąż nie nawiązywał kontaktu wzrokowego i uśmiechał się do drewnianej podłogi i swoich kowbojskich butów. Przez cały wieczór wciskałam jego imię do każdego zdania, a czasami nawet nim kończyłam.

– André, też tak myślisz, czy nie, André?

Takie zachowanie sprawia, że ludzie stają się onieśmieleni i zakłopotani, ale ja chciałam po prostu sprawić, żeby jego imię stało się moje. Opuściłam imprezę nieco wcześniej niż on i kiedy schodziłam po schodach, zawołałam ze dwadzieścia razy:

– Cześć, André!

Uśmiechał się do swojego piwa, a jego przyjaciele spoglądali już to na niego, już to na mnie. Każdy myślał: „Tak to jest, kiedy spotyka się miłość swojego życia”. I to wszystko w Rotterdamie.

Dwa tygodnie później twój ojciec przyszedł na moje urodziny. Przyniósł kwiaty. Mój pierwszy chłopak, który pozwolił mi samej jechać na rowerze do lekarza w getcie, był tam również i przyniósł ogromny bukiet kwiatów, wśród których było dużo egzotycznych. Strelicje królewskie i storczyki. André wybrał żółte frezje. Zapowiadał wiosnę. Był taki piękny, taki zdenerwowany i taki rozpromieniony.

Jak to było być z tobą w ciąży?

Nie chciałeś przyjść, wciąż byłam w ciąży. W ostatnim miesiącu przybywał mi kilogram dziennie. Nasz dom był słoneczny, ale na zewnątrz było zimno. Była już jesień. Po trzydziestu jeden tygodniach i trzech dniach wydostali cię. Wyższe łóżko do niczego się nie przydało. Im dłużej czekamy, mówili, tym ciaśniej robi ci się w brzuchu. Piątego listopada pojechaliśmy do szpitala. Z torbą pełną dziecięcych ubranek. Całkowicie surrealistyczne – kiedy będziemy wychodzić przez te drzwi, to z dodatkowym człowiekiem. Podczas porodu twój ojciec obgryzał sobie skórki przy paznokciach. Jego kanapka z serem strasznie śmierdziała.

Dopiero przed dwoma tygodniami skończyłam trzydzieści lat, urodziny, których nie chciałam obchodzić. Nie chciałam, ponieważ byłam beczułką, która nigdzie się nie wybiera i siedzi na kanapie z czekoladą i sokiem pomarańczowym w zasięgu ręki. Zjadałam torbę pomarańczy dziennie i dwieście gramów czekolady Côte d’Or. Oglądałam telewizję i spałam wyprostowana na siedząco z powodu zgagi. (Myślę teraz, że pomarańcze i czekolada raczej nie pomagały). Podobało mi się bycie w ciąży, byliśmy wtedy zespołem. Czasami przychodził ktoś z mojej rodziny, ciotka Thea z Joëlem albo wuj Eric ze swoją rodziną, i wtedy również przez cały czas siedziałam na kanapie. Według mnie wyglądałam jak obżerający się czekoladą i pomarańczami Budda – warkocze jak ananas na głowie, okulary na czubku nosa, bladoróżowa koszula, która nie zakrywała już całkowicie mojego brzucha, pozycja lotosu. Na brzuchu miałam ciemną smugę. Nie byłam tym zmęczona i mogłam trwać w tym stanie, ale twój ojciec zaśmiał się i powiedział:

– Teraz chciałbym zobaczyć moje dziecko. – Pochylił się nad moim brzuchem i krzyknął: – Hej, ty, wyłaź już!

Jak przyszedłeś na świat?

Miałeś być duży, silny i zdrowy. To widzieliśmy już na USG.

Poród był znośny, dopóki nie musiałam przeć. Porozrywałeś mnie. Kiedy położono cię na moich piersiach, byłam zupełnie wykończona. Myślałam, że z tego powodu, iż nie czuję bezpośredniego kontaktu.

Pierwszej nocy w szpitalu poszłam cię szukać. Mieli przynieść cię o trzeciej do karmienia. O trzeciej w nocy się obudziłam, po tym, jak nakarmiłam cię o jedenastej. Wygrzebałam się z łóżka i chwiejąc się na nogach, poczłapałam do ciebie, jakbym chciała cichaczem zobaczyć prezenty pod choinką. Sala z noworodkami była w drugim końcu korytarza. Zaglądałam w łóżeczka innych niemowląt, które spały lub drzemały, po czym znalazłam ciebie i zamurowało mnie. Miałeś szeroko otwarte oczy i patrzyłeś na mnie, tak naprawdę nie patrząc. Patrzyłeś przeze mnie. Nie wiedziałam, co robić. Uśmiechnęłam się do ciebie, żadnej reakcji, żadnego zdziwienia. Poczułam się niepewnie i z uśmiechem zastygłym na twarzy opuściłam twoje pole widzenia. Pomyślałam, co było komiczne, że jeżeli będę się poruszała powoli, to mnie nie będziesz widział.

Ta scena wciąż jest obecna w mojej pamięci i wciąż mnie niepokoi. Ja, która ciebie nie podniosłam, ty, który mnie właściwie nie zauważasz. Czy inne noworodki podobnie reagują na swoje matki? Co w takiej chwili robią zwyczajne matki? Nie spiesząc się, wróciłam do łóżka, a po kwadransie położna przyniosła cię do nakarmienia. Później domyśliłam się, że widziała przez kamery, jak się skradałam. Być może istnieje jeszcze ten kawałek filmu, być może jest gdzieś przechowywany. Wtedy mogłabym sprawdzić, czy moje wspomnienie się zgadza.

Kiedy się rodziłeś, w chwili, w której wychodziłeś ze mnie, czułam to tak, jakby pięść przeciskała się przez dziurkę od klucza albo, po prostu, noworodek przez cipkę. Kazali mi przeć.

– Dobrze – mówili.

Nie, nie, to nie będzie on, pomyślałam. Nie zgadzało się.

– Jeszcze raz! Przyj! – krzyczeli.

Kiedy zrobiłam, co chcieli, pomyślałam, że nadchodzi moja śmierć. Że umrę. Moje życie za twoje. Wtedy rozstałam się z tym, kim byłam. Musiałam przeć. A zatem to już po wszystkim. To było życie. Było piękne. Nie będę już starsza. Trzydzieści lat. To naprawdę było piękne życie, niczego nie żałuję.

Zapytali twojego ojca, czy chce patrzeć.

– Nie! – zawołaliśmy chórem.

Ja, ponieważ miałam wprawdzie umrzeć, ale chciałam to zrobić jakoś przyzwoicie. On, ponieważ tego terenu działań wojennych, tam na dole, tego pola, nie chciał widzieć. Pojawiłeś się po szóstym parciu. Bardzo duży i bardzo owłosiony.

Byłam zadowolona, szczęśliwa, zaspokojona. Tak było dobrze. Wszystko, czego sobie życzyłam, miałam, ale, jak okazało się później, nie tak, jak sobie wyobrażałam. Skończyła się niedzielna laba i pojawił się dzień, jakiego jeszcze nigdy nie było. Wielki dzień. Dzień jubileuszowy. Jak rok jubileuszowy. Wszystko, o czym myślałam, że wiem, przestało istnieć.

Rodzę się i wszystko jest rozświetlone.

Wygląda na to, że już nie jestem płynny, ale zestalony. W moim brzuchu, przez moje gardło, w moich ustach przelewa się słodycz. Potem frunę na cudzych rękach przez świeżą przestrzeń, czuję powiew chłodnego powietrza na pupie.

Głaszczą mnie po plecach. Jestem siny i włochaty. Dużo ważę. Włosy rosną mi na głowie i na karku, i jeszcze na grzbiecie. Aż do pośladków. Wyglądam jak Marokańczyk, żartuje ona. Później, zimą przypominam surową niebieskawą krewetkę.

– Napij się, chłopcze – powiedział twój ojciec.

Uśmiechał się do ciebie i zachęcał. Był dumny z twojej siły. Ssałeś mocno moją pierś, jak zwierzę. Ślepy i spragniony, jakbyś umierał z głodu, jakbyś czekał na to całymi miesiącami. Byłam zawiedziona, bo nie byłeś bezradny. Byłeś brutalny. Ssałeś z całej siły, a ja nie czułam żadnego wzruszenia. Było tak, jakby ktoś nie szanował moich fizycznych granic. Twoje ssanie było odruchem i nie zważałeś na rosnącą wrażliwość moich piersi. W tej grze nie było jeszcze miłości.

Narodziłam się jako matka i nic już nie było tak jak wcześniej. To był mój Rok 1984.

Stworzyłam cię razem z twoim ojcem. Ty stworzyłeś nas. Jesteś naszym stworzeniem.

Porządek jest dla idiotów.

Geniusz panuje nad chaosem.

– Einstein[*4]

Powiadam wam, trzeba mieć chaos w sobie, by porodzić gwiazdę tańczącą.

– Friedrich Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra[*5]

Widzę twojego