CHARLES BUKOWSKI. Wspomnienia Scarlet - Pamela Wood - ebook

CHARLES BUKOWSKI. Wspomnienia Scarlet ebook

Pamela Wood

4,5

Opis

Zaczęło się pod wpływem impulsu – przelotna znajomość pomiędzy ikonicznym Charlesem Bukowskim a jego słynną muzą, Pamelą „Cupcakes” Wood, która doprowadziła do dwuletniego związku, opisywanego przez Wood w tym pamiętniku bez zbędnego owijania w bawełnę. Jest to orzeźwiająco prostolinijna historia ich pełnego absurdów, lecz i czaru związku.

To spełniony sen entuzjastów Bukowskiego – pełne zanurzenie się w jego życie u boku niezależnej i rezolutnej Scarlet, kobiety, o której pisał w książce pod tymże tytułem, jak również w wielu wierszach. W powieści Bukowskiego Kobiety pojawia się ona jako Tammie.

Kim jest Scarlet? Skąd wzięła się tak silna chemia pomiędzy Bukowskim a kobietą, której tożsamość wielu intrygowała? Niniejsza książka to wciągająca i błyskotliwa historia ich wspólnego życia: pełna miłości i dowcipu, skomplikowana, a czasem skandaliczna. Widzimy Buka jako niepozbawionego wad geniusza, dostrzegamy jego utajoną gwałtowność, wychodzącą na jaw pod wpływem alkoholu, ale i doceniamy jego prawdziwą, wrażliwą i współczującą naturę.

Świetnie napisana, żywa i poruszająca książka. Czytając ją, miałem wrażenie, że siedzę z Pamelą Wood i z Bukowskim w jednym pokoju.

Dan Fante, pisarz

Scarlet przypomina czytelnikowi, za co podziwiamy Bukowskiego, pogłębia zrozumienie jego nietuzinkowej i mimo wszystko uroczej osobowości.

Howard Sounes, biograf Bukowskiego

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (11 ocen)
7
2
2
0
0

Popularność




Tytuł oryginału

BUKOWSKI’S SCARLET

Copyright © 2010 by Pamela WoodCopyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Korekta

Ewelina Chodakowska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-34-8

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Niniejsza książka zadedykowana jest dwóm najważniejszym osobom w moim życiu: siostrze Tracey oraz córce Stacey.

1

JEDEN

„Bukowski to, kurwa, największy z żyjących pisarzy!” – krzyczała do każdego, kto chciał słuchać, czyli wyłącznie do mnie.

Zaczęło się to wszystko pod wpływem chwili. Skończyło się tak samo. Pomiędzy tymi chwilami spędziłam z Charlesem Bukowskim prawie dwa lata. W swej twórczości czasem mnie adorował, czasem ganił. Wywyższał mnie jako swoją muzę i brakujący fragment siebie. Zainspirowałam całe tomy prozy i poezji, peanów na moją cześć, na cześć Scarlet. Potem oskarżał mnie o nieszczerość i oziębłość. Zakochał się we mnie do obłędu i do obłędu go doprowadziłam.

Był 10 listopada 1975 roku; przepiękny, jesienny wieczór w Los Angeles. Większość tego wieczoru spędziłam, włócząc się po barach z przyjaciółką, Georgią. Były to jej trzydzieste drugie urodziny, a ona chciała je uczcić na klasyczną modłę Bukowskiego: zaliczając każdy bar w Hollywood. Dwie krnąbrne, roztańczone, czarujące dziewczyny z niepełnym wykształceniem, imprezujące z meliniarzami, poczynając od melin po wschodniej stronie miasta, a kończąc pozachodniej.

Poszukiwanie przyjemności było jedną z niewielu rzeczy, w których byłam naprawdę dobra. W wieku dwudziestu trzech lat harowałam jako podrzędna kelnerka, bez szczególnych widoków na znalezienie lepszego sposobu na utrzymanie. Byłam samotną matką z sześcioletnią córką na utrzymaniu, znalezienie czasu i pieniędzy na uzupełnienie wykształcenia nie wchodziło w grę. Podobnie jak wielu w tamtych czasach, byłam zagubiona, żyłam z dnia na dzień, ale nigdy nie traciłam nadziei, że czeka na mnie coś ekscytującego. Nie wiedziałam, co to jest ani gdzie tego szukać, ale wiedziałam, że istnieje.

Ale dopóki tego nie znalazłam, albo to nie znalazło mnie, miałam zamiar kontynuować moją codzienną pogoń za natychmiastowym spełnieniem. Do diabła z tym całym planem na pięć lat, byłam zbyt zajęta życiem chwilą. Nie brałam ani siebie, ani życia szczególnie na serio i generalnie łatwo było mnie zadowolić. Po swojej stronie miałam młodość i atrakcyjny wygląd. Dopóki miałam pełną paczkę papierosów, dobrą muzykę do słuchania oraz butelkę taniego szampana, dzień zaliczałam do udanych.

Tak jak u Alicji z Krainy Czarów, moja impulsywna, awanturnicza natura często sprowadzała mnie na kręte ścieżki, przez co czasami gubiłam drogę.

Tego wieczoru ów głód włóczęgi miał zaprowadzić mnie na trasę wzdłuż ulicy o nazwie Carlton Way. Skręciłam tam w lewo i spotkałam Charlesa Bukowskiego – a moje życie odmieniło się.

Byłyśmy z Georgią już u ostatniej stacji naszej podróży – w huczącym od rock’n’rolla klubie pod nazwą Barney’s Beanery w Zachodnim Hollywood. Georgia uparła się, by tam pójść, ponieważ niegdyś przesiadywała tam jej idolka, Janis Joplin. Wedle legendy Janis właśnie tam spędziła swój ostatni wieczór, kiedy umarła pięć lat wcześniej.

Siedziałyśmy przy barze i zbliżała się pora zamknięcia. Wypiłam więcej niż parę stingerów, podczas gdy Georgia, idąc w ślady Janis, upijała się southern comfortem. Kiedy czekałyśmy na następną kolejkę, zaczęła głośno bełkotać coś o swym najnowszym bohaterze – pisarzu, niejakim Charlesie Bukowskim. Przy każdym kieliszku whiskey wznosiła toast za „laureata Poetyckiej Nagrody Śmietnikowej”.

– Bukowski to, kurwa, największy z żyjących pisarzy – krzyczała do każdego, kto chciał słuchać, czyli wyłącznie do mnie. – Za Bukowskiego! – powiedziała, po czym odchyliła głowę do tyłu i wlała sobie zawartość kieliszka do gardła.

– Czy to nie jest aby ten gość, który pisze ten cykl we „Freep”, Zapiski starego świntucha? – zapytałam.

– Tak, to on. Mówię ci, Pam, ten facet to pieprzony geniusz.

Nie licząc jego cotygodniowej kolumny w „Los Angeles Free Press”, nie wiedziałam właściwie nic o Bukowskim, jego twórczości ani rosnącej literackiej reputacji. Przeczytałam parę z tych kolumn i nie byłam pod wielkim wrażeniem. Jego styl wydawał się prostacki i wulgarny, pełen ostentacyjnego brudu, obliczony na wywołanie szoku. Nie byłam pruderyjna – podobały mi się sprośne, bezkompromisowe utwory Henry’ego Millera i Huberta Selby’ego Juniora. Ale w kontekście tej odrobiny twórczości Bukowskiego, jaką poznałam, trudno mi było zrozumieć tak gigantyczny entuzjazm przyjaciółki.

– No nie wiem, George… To, co on pisze, wydaje się takie prostackie, prymitywne – spróbowałam, gdy barman podawał następną kolejkę.

– Och, proooszę, Święta Abdelo – powiedziała, przeszywając mnie spojrzeniem zielonych, kocich oczu. – Zwyczajnie nie rozumiesz. Gość pisze wszystko: prozę, poezję… Jest, kurwa, niesamowity. Przeczytaj którąś z jego książek.

Choć byłam młoda i nie całkiem jeszcze wykształcona, kochałam czytać i polegałam na rekomendacjach starszych, bardziej intelektualnych znajomych. Georgia była jedną z moich bardziej ekscentrycznych przyjaciółek, ale zarazem jedną z najbardziej oczytanych osób, które znałam. Uznałam, że wiem zbyt mało o jego twórczości, by polemizować. Stwierdziłam, że skoro ona go lubi, gość musi być dobry.

– Bukowski jest nieuchwytny. Jego rzeczy są tak surowe, tak prawdziwe… I do tego jest kurewsko zabawny. Uwielbiam tego sukinsyna! – powiedziała, z każdą kolejką podnosząc głos.

– Musisz mi pożyczyć którąś z jego książek.

– Kuuurde, za każdym razem, jak sobie jakąś kupię, jakiś skurwiel mi ją podpierdala.

Nie budziło to zdziwienia, bowiem hollywoodzki dom Georgii był magnesem na dziwaków i barwnych przedstawicieli bohemy, którzy żywcem urwali się z filmu Andy’ego Warhola. Na jej chacie ciągle toczyła się jakaś szalona impreza, przeważnie z użyciem alkoholu i narkotyków. Czasami Georgia dodawała do tej mieszanki stroboskopowe światła albo generator dymu. Kradzież książki Bukowskiego byłaby jednym z pomniejszych ekscesów, jakie przydarzyły się pod jej dachem.

– Mówiąc szczerze, George, trudno mi zrozumieć twoje zaaferowanie tym całym Bukowskim. Chyba będę musiała przeczytać którąś z jego książek, to, co czytałam w prasie, zwyczajnie mi nie podchodzi – powiedziałam, osuszając szkło.

– Słuchaj… Przeczytaj jakąś jego książkę, a potem powiedz mi, czy nie jest najzajebistszym pisarzem. Nie ma drugiego takiego jak on. – Wlała w siebie następny kieliszek, po czym powiedziała: – Chciałabym poznać tego skurwysyna.

W mojej głowie zaświtał pomysł, i jeśli jest coś takiego jak przeznaczenie, to było właśnie to. Wiedziałam, że nie mogę wskrzesić Janis, ale mogłam zrobić coś prawie równie dobrego.

– Chodźmy – powiedziałam, zeskakując ze stołka.

Kręciło mi się trochę w głowie, nie mogłam sobie przypomnieć, ile kolejek wypiłam. Sięgnęłam do torebki Georgii i szperałam w niej, aż znalazłam dexi. Wrzuciłam go do ust i połknęłam.

Georgia była chodzącą apteką. Póki się przyjaźniłyśmy, nigdy mi nie mogło zabraknąć. Panował wówczas inny klimat – za modne uznawane było eksperymentowanie z różnymi psychotropami. Ale moim faworytem była amfetamina. Nałóg zaczął się niewinnie. Chciałam tylko zrzucić parę kilo. Ale, choć straciłam na wadze, nadal brałam pigułki. Uwielbiałam, jaka po nich czułam się nieustraszona, jak wszystko zdawało się być pod kontrolą. Uznałam, że mogę rzucić, kiedy tylko zechcę – nie było żadnego syndromu odstawienia, którym można by się przejmować, co najwyżej prześpię parę dni – prawda?

Głowa Georgii pochylała się coraz niżej i niżej nad barem. Szarpnęłam ją za ramię.

– Zbudź się, George, pora ruszać.

– Nawet jeszcze nie zamykają – wymamrotała.

Obejrzałam się na gościa za mną i zerknęłam na jego zegarek. Była prawie druga. Odwróciłam się z powrotem do Georgii, ale koleś od zegarka miał inny pomysł. Włożył dłonie w tylne kieszenie moich dżinsów i przyciągnął mnie ku sobie.

– Jak masz na imię, piękna? – wyszeptał mi do ucha, po czym wysunął dłonie z moich kieszeni i przeczesał mi włosy. – Nie mogę się oprzeć rudowłosym – powiedział.

– A ja z kolei nie mogę się oprzeć dżentelmenom – powiedziałam. Po czym spojrzałam mu w oczy i dodałam: – Daj mi znać, jak jakiegoś zobaczysz.

Zmrużył oczy, zastanawiając się, czy powinien się obrazić. Ale potem obejrzał mnie od stóp do głów i uśmiechnął się. Nie mógł się oprzeć magii rudych włosów, nawet po tym, jak mu ubliżyłam.

Nie uważałam się za klasyczną piękność, ale z biegiem lat przyzwyczaiłam się do efektu, jaki wywierałam na mężczyznach. Może to te długie, ogniste włosy. Może to moja filigranowa figura o wymiarach 96-60-90. Ludzie często mówili mi, że wyglądam jak skrzyżowanie Ann-Margret i Susan Sarandon. Był to jakiś wrodzony, potężny seksapil, który potrafił mnie wpędzić w wiele kłopotów – i z wielu kłopotów mnie wyratować.

Kiedy odwróciłam się do Georgii, jej głowa spoczywała już na barze. Do tej pory wypiła już jakąś połowę southern comfortu, więc nie byłam zaskoczona, że odpłynęła. Ale ja miałam misję do wykonania. Miałam zamiar podarować jej noc, której nigdy nie zapomni.

– Proszę, George, zbudź się – powiedziałam, potrząsając ją za ramię. – Dam ci najlepszy prezent urodzinowy w życiu.

Otwarła oczy, ale nie podniosła głowy z baru.

– Wezmę twarz bogini i cycki do kompletu – wybełkotała.

Georgia miała obsesję na punkcie swego wyglądu. Chciała być piękna i szczupła. Niedawno zrzuciła ponad pięćdziesiąt kilo, więc osiągnęła połowiczny sukces. Ale nie była atrakcyjną kobietą. Jej twarz była długa, prawie końska, a jej rysy zdawały się przesadzone. Miała wydatny nos z zadartą końcówką, jak narta, zwieńczony parą wielkich nozdrzy. Jej usta były nieprzeciętnie szerokie, podkreślone głębokimi zmarszczkami od śmiechu. Choć miała dopiero trzydzieści dwa lata, zaczynała okazywać oznaki starzenia się – zapewne od gwałtownej straty wagi i folgowania narkotykom. Nie, żeby jej wygląd, czy raczej jego brak, przeszkadzał jej w przyciąganiu uwagi mężczyzn. Miała te piękne, zielone oczy i długie, jedwabiste, kruczoczarne włosy. Mężczyźni kochali jej osobowość nie z tej planety, bystry intelekt i kocie usposobienie. Była koneserką męskiego rodu i jedynie najatrakcyjniejsi z nich byli jej godni – i niemal zawsze dostawała to, czego chciała.

– No chooodź, George, nie żartuję! – powiedziałam. – Umrzesz, jak zobaczysz, co zrobię!

– Słuchaj no, Bubbles McGee, czy jak tam nazywał cię ten twój chłopak. Wszyscy kiedyś umrzemy. Nikt nie wyjdzie stąd żywy – mruknęła.

– Cupcakes O’Brien – poprawiłam ją. – A teraz chodźmy!

Jakoś udało mi się wyciągnąć Georgię z baru i doprowadzić do budki telefonicznej koło parkingu. Oparłam ją o budkę i sięgnęłam do kieszeni dżinsów, by wydobyć dziesięciocentówkę.

– Jeśli dzwonisz po Billa [imię nieprawdziwe], daj sobie spokój – powiedziała Georgia, odnosząc się do chłopaka, który z nią mieszkał. – Powiedziałam mu, że nie wrócimy przed świtem.

Wrzuciłam monetę do aparatu, położyłam palec na zerze i zakręciłam tarczą.

– Jak się pisze Bukowski? – zapytałam Georgii, wystawiając głowę z budki.

– Jeśli dzwonisz do biblioteki – powiedziała – to jest, kurwa, zamknięta.

– Po prostu mi przeliteruj – odparłam.

– Pisze się tak, jak się wymawia – powiedziała, po czym oderwała się od budki i polazła w stronę baru, by wysępić papierosa od jakiegoś atrakcyjnego faceta, który go opuszczał.

Nie pamiętałam nawet, jak się wymawia „Bukowski”, a co dopiero pisze. BU-kowski? BOO-kowski? BUCK-owski?

Kiedy w końcu odebrała operatorka, powiedziałam:

– Poproszę numer do Charlesa Bukowskiego, Los Angeles.

Nie zapytała mnie, jak to się pisze ani pod jakim adresem mieszka. Od razu wyterkotała numer telefonu.

– Mogłaby pani powtórzyć? – poprosiłam, szperając po torebce w poszukiwaniu czegoś do pisania. Znalazłam ołówek do brwi Maybeline i naskrobałam numer na lewej dłoni.

Gdy odwiesiłam słuchawkę, pobiegłam do Georgii, wciąż zajętej podrywaniem swej młodej ofiary.

– Mam! – zapiszczałam, machając dłonią przed jej twarzą.

Zmrużyła oczy, wpatrując się przez chwilę w numer i z trudem trzymając pion. Po czym odwróciła się do młodego i powiedziała:

– Wybacz na sekundę, kotku. – Po czym znowu do mnie: – Jeśli dzwonisz do AA, to mnie w to nie mieszaj.

– To numer Bukowskiego – powiedziałam, prowadząc ją z powrotem do budki. Oparłam ją znów o ścianę, wrzuciłam dziesięciocentówkę do szczeliny i wykręciłam numer z mojej dłoni.

– Halo? – wyszeptał męski głos z drugiej strony linii.

– Halooo – powiedziałam, starając się brzmieć seksownie. – Czy to Charles Bukowski?

– Taa – odparł, jakby pytanie go znudziło.

– Och, cześć… Mmm… Moja przyjaciółka ma dziś urodziny i jest twoją wielką fanką. Jesteśmy przy Barney’s Beanery i zastanawiałyśmy się, czy może mogłybyśmy wpaść do ciebie, żeby się poznać?

– Dobra – powiedział tym samym znudzonym tonem. – Dawajcie.

– Och… dobrze – powiedziałam, nie pomyślawszy, że to będzie takie proste. – Jaki masz adres?

– Jestem przy Carlton Way 5437. To pomiędzy Hollywood a Bulwarem, w bok od Zachodniej Alei. Przedni dom z prawej.

Zapisałam adres obok jego numeru.

– Znajdziemy – powiedziałam, zerkając na Georgię, która ześliznęła się po ścianie budki.

– Przynieście sześciopak – rzekł, po czym dodał: – Och, już po drugiej – odnosząc się do zakazu sprzedaży alkoholu w Los Angeles po tej godzinie.

– Zdziwiłbyś się, co potrafi zdziałać para cycków – powiedziałam.

– Niespecjalnie – odparł.

Odwiesiwszy słuchawkę, obejrzałam się na Georgię, która siedziała już na chodniku. Twarz miała rozciągniętą w głupim uśmiechu, a jej zielone oczy lśniły. Podniosła na mnie wzrok. Jej usta były otwarte.

– I załatwione! Poznamy twojego kochasia! – zakrzyknęłam, podając jej dłoń.

– Załatwione jak chuj – odparła sarkastycznie, otrzepując swoją mini. Po czym zrobiła pauzę i powiedziała: – Robisz mnie w ciula? Lepiej, żeby to nie była ściema, Pam.

– Nie ściemniam. Sama słyszałaś, jak z nim rozmawiam.

Potoczyłyśmy się bulwarem Santa Monica, by odnaleźć moje czerwone camaro z 1967 roku. Georgia na swoich wielkich koturnach, a ja na szpilkach.

– Jak brzmiał? – spytała Georgia.

– Ma dziwny głos… miękki… prawie kobiecy. Brzmi trochę jak ten bohater z kreskówek, Snagglepuss, tylko w depresji. Nie mogę uwierzyć, że o tej porze jeszcze nie śpi.

– A kto śpi?

Gdy wędrowałyśmy wzdłuż ulicy, Georgia zaczęła śpiewać na nutę hitu Janis Joplin Mercedes Benz.

– O Panie, pomóż znaleźć mi, moje camarooo! Moja kumpela to świrka z rudą fryzurooo!

Tak naprawdę to było camaro mojej matki. W wieku dwudziestu trzech lat wciąż nie miałam własnego samochodu, ani nawet prawa jazdy. Matka pozwalała mi brać wóz, kiedy tylko potrzebowałam. Myślę, że się cieszyła, mając mnie z głowy – a może podświadomie liczyła, że zginę w wypadku, wybawiając ją z całego tego piekła, które sprawiałam jej przez ciągłe poszukiwania nowych podniet. Wciąż się kłóciłyśmy i nigdy nie zmarnowała okazji, by mi powiedzieć, jak bardzo się na mnie zawiodła. Ale trudno mi ją winić. Choć pracowałam i miałam własne mieszkanie, każdy powód był dla mnie dobry do nowej nocnej awantury. Kiedy nie potrzebowałam jej dla samochodu, do niańczenia dziecka, ciągłego pożyczania pieniędzy albo, czasami, dla kąta do spania, nie chciałam mieć z nią nic do czynienia. Dziś została z moją sześcioletnią córką, Stacey. Urodziłam ją, kiedy miałam szesnaście lat. Wiedziałam, że powinnam być w domu i się nią zajmować, ale moje pragnienie ucieczki było silniejsze od poczucia winy. Miałam zbyt wiele obowiązków, kiedy byłam młodsza, więc teraz desperacko poszukiwałam tych straconych lat.

Georgia wbiła mi łokieć pod żebro.

– Hej, Lucy, tam jest ta czerwona gablota!

– Dobra robota, Ethel!

Wskoczyłyśmy do wozu, podkręciłyśmy radio i podjechałyśmy do całodobowego safewaya przy Bulwarze Zachodzącego Słońca. Georgia czekała w wozie, żebym bez przeszkód mogła użyć swej magii rudych włosów dla pozyskania sześciopaku po dozwolonej godzinie.

Zrobiłam, co mogłam, by oczarować sprzedawcę, błyskając uśmiechem i pozwalając mu złapać parę ujęć moich 96D. Miałam na sobie swój typowy strój menelki z wyższych sfer – obcisłe dżinsy, wysokie obcasy, głęboko wycięty top i schludną, tweedową kurteczkę z łatami na łokciach. Choć oczy sprzedawcy mówiły „tak”, jego głowa kręciła się na „nie”.

– Nie mogę – powiedział.

– Och, proszę – zamruczałam swym najlepszym kocim głosem.

Potrząsnęłam rudą grzywą i spojrzałam mu w oczy. Był młodym dzieciakiem, może jeszcze przed dwudziestką, widziałam jego rozterkę. Chciał być fajnym gościem i pomóc uroczej dziewczynie, ale coś mu nie pozwalało.

– Chciałbym – powiedział, i wiedziałam, że nie kłamie. – Ale po prostu nie mogę.

– No daj spokój… proszę – zamiauczałam, pochylając się w jego stronę.

– No… dobra – wyszeptał – ale nie mogę teraz, bo mój szef stoi zaraz za nami. Kończę za godzinę. Spotkajmy się przed wejściem, na parkingu. Wyniosę piwa pod kurtką. Co ty na to?

– Nie, to nie wyjdzie. Naprawdę potrzebuję na zaraz – powiedziałam, wydymając usta.

– Dobra, zrobimy tak… Spotkajmy się w dziale z nabiałem za pięć minut…

Wtedy jego szef krzyknął:

– Steven, możesz tu podejść na sekundę?

– Jasne, panie Phillips. Już idę.

Zadanie robiło się zbyt skomplikowane. Postanowiłam dać sobie spokój z biednym chłopakiem i wróciłam z pustymi rękami.

Kiedy dotarłam do wozu, Georgia drzemała. Dźgnęłam ją w żebra, a ona podskoczyła do pionu, rozglądając się wielkimi oczami.

– Już dojechałyśmy? – zapytała.

Ruszyłam, rozpędzając się, wzdłuż Bulwaru Zachodzącego Słońca. Z radia rwało Rhiannon zespołu FleetwoodMac. Georgia zawodziła razem z nim, zupełnie mieszając słowa i zagłuszając melodyjne tony Stevie Nicks. Jej głowa toczyła się w tył i w przód, w lewo i w prawo, jak u lalki, gdy gnałyśmy ulicą. Zastanawiałam się, czy zażyła więcej tabletek, kiedy byłam w sklepie.

Kiedy pięć lat wcześniej poznałam Georgię, miała gigantyczną nadwagę i wyglądała jak zaniedbana kura domowa z przedmieścia. Eksperymentowała już z narkotykami, ale tylko rekreacyjnie. Zapaliła sobie marihuany, wypiła parę drinków i od czasu do czasu wzięła jakiś barbiturat albo dwa.

Nie miałam od niej żadnych wieści, odkąd trzy lata wcześniej wyjechała z Los Angeles do swojego rodzinnego Bradford w Pensylwanii – skąd też pochodzili moja matka i ojciec. Więc kiedy weszła do restauracji, gdzie pracowałam, by mnie zaskoczyć, nie poznałam jej. Zmieniła się diametralnie, odkąd widziałam ją po raz ostatni. Ale wciąż miała ten swój nonszalancki, nieskrępowany styl i sardoniczny humor, które mnie zawsze strasznie bawiły.

Ale teraz, jak podejrzewałam, dojrzała już do twardych narkotyków. Nie wiedziałam, jak często używała heroiny, ale byłam pewna, że przekroczyła już granicę tego niebezpiecznego terytorium. Uznałam, że im mniej wiem, tym lepiej. Pod wieloma względami byłyśmy kompletnymi przeciwieństwami, w tym odnośnie preferencji w odmienianiu stanów świadomości; ja lubiłam być pobudzona i mieć wszystko pod kontrolą, a ona wolała się znieczulać.

Pędziłyśmy teraz niemal pustymi ulicami. Ale gdy dotarłam do Zachodniej Alei, ruch zrobił się gęstszy – pod każdym względem. Znalazłyśmy się w sercu dzielnicy czerwonych latarni. Samochody pełzły wzdłuż parady dziwek, męskich i żeńskich, dobijano targu, ludzie wskakiwali do wozów albo z nich wyskakiwali.

Na Western skręciłam w lewo i przejechałam kilka przecznic w stronę Bulwaru Hollywoodzkiego. Sex shopy, kluby ze striptizem i salony masażu reklamowały swoje towary szyldami obramowanymi jasnymi, migającymi żarówkami. Wahadło moralności dotarło do drugiego ekstremum, w porównaniu z represją lat pięćdziesiątych. Granice cenzury rozciągano do samego limitu.

Gdy zbliżyłyśmy się do Bulwaru Hollywoodzkiego, pojęłam, że musiałam minąć ulicę Bukowskiego. Zawróciłam na środku Zachodniej Alei i znów pojechałam w stronę Bulwaru Zachodzącego Słońca. Georgia masakrowała teraz słowa piosenki Eaglesów, Lyin’ Eyes, co pogłębiało moją frustrację.

– Może dał ci fałszywy adres – powiedziała Georgia.

– Nikt nie daje ci fałszywego adresu, kiedy zamawia sześciopak.

Georgia majstrowała teraz przy czarnych nylonach, które marszczyły się jej na kolanach. Odkąd tak bardzo straciła na wadze, nie mogła znaleźć niczego, co by na nią pasowało. Po latach noszenia ciążówek i elastycznych gaci wreszcie zaczęła się stroić. Tyle że nie wiedziała, co jest modne, więc stworzyła własną modę. Uznała, że modna kobieta ubiera się jak ulicznica – miniówki, siatkowe pończochy (na pasku), ultra skąpe bluzeczki i koturny. Czasami dodawała do tego boa z piór albo kabaretową opaskę na szyję, bo tak robiła Janis.

Georgia miała później zdobyć pewną popularność, gdy została sfotografowana z Charlesem Bukowskim na tle jego lodówki. Na tym sławnym zdjęciu wygląda jak narąbana prostytutka. I tak też mniej więcej wyglądała tej nocy.

Gdy tak jechałyśmy na południe Zachodnią Aleją zaczęłam się zastanawiać, czy Georgia czasem nie miała racji co do tego fałszywego adresu. Miałam wrażenie, jakbyśmy jeździły w kółko.

– Gdzie my, do diabła, jesteśmy? – narzekała Georgia.

– Cholera, to musi być gdzieś tutaj. Znajdziemy tego twojego geniusza, choćby miało to zająć całą noc!

I wtedy, jak na zawołanie, dostrzegłam znak z nazwą Carlton Way. Skręciłam w lewo i znalazłam miejsce do zaparkowania dokładnie naprzeciw kompleksu, gdzie mieszkał Bukowski.

Georgia poprawiła pończochy i wytoczyła się z wozu. Przeczesałam dłońmi włosy i wyprostowałam grzbiet, szykując się na spotkanie z wielkim pisarzem.

2

DWA

Georgia podniosła wzrok i zauważyła, że Bukowski ją obserwuje. Ponieważ była fanką jego twórczości, zapewne wiedziała, co Bukowski myśli o kobiecych nogach. Może to dlatego rozłożyła się tak szeroko na tej kanapie. A może była zbyt naćpana, żeby się tym przejmować.

Stałyśmy przed dwoma rzędami pospolitych, pudełkowych, beżowych bungalowów, zwróconych ku sobie – trzy po lewej, jeden po prawej. Pomiędzy nimi znajdowało się niewielkie podwórko z chodnikiem pośrodku, prowadzącym do piętrowego budynku na końcu, gdzie mieściły się cztery mieszkania – jedne nad drugimi, przodem do ulicy. Najbliższy bungalow po prawej stał dużo dalej od chodnika niż reszta – to tam mieszkał Bukowski. Razem osiem mieszkań w tym zupełnie tuzinkowym kompleksie.

Zbliżyłyśmy się do jego bungalowu; był tam ganek w typie galeryjki, zajęty w większości przez starą kanapę. Musiałam się nad nią pochylić, by sięgnąć do dzwonka.

W górnej połowie frontowych drzwi znajdowało się okienko, zasłonięte zwichrowanymi żaluzjami. Żaluzje rozchyliły się i ujrzałam tam gapiące się na nas oko.

– Kto tam? – dobiegło warknięcie.

– To my – powiedziałam. – Pam i Georgia, urodzinowe dziewczyny.

Drzwi uchyliły się minimalnie.

– Jesteście same? – zapytał, spoglądając za nasze plecy.

– To tylko my, sikoreczki – powiedziała Georgia.

Upewniony, że jesteśmy same, otworzył drzwi i zaprosił nas do środka. Był dość wysoki i dość stary, z wielką głową i zniszczoną twarzą. Po jednym spojrzeniu odwróciłam oczy. Nie chciałam go urazić, gapiąc się na jego pobliźnioną, podziurawioną skórę. Rany, pomyślałam, gość miał ciężkie życie. Wyglądało to, jakby na jego twarzy wydrukowano mapę piekła.

Bukowski obrócił się nieco, wtedy zobaczyłam, że za plecami trzyma nóż. Nie czułam się zagrożona. Od razu zrozumiałam, że nóż ma do samoobrony, gdybyśmy spróbowały go obrobić. Widząc, jakie ma sąsiedztwo, w ogóle mnie to nie zaskoczyło. Spojrzałyśmy po sobie z Georgią, ale nie powiedziałyśmy nic.

Jego oczy przesunęły się z mojej twarzy na biust, a potem na puste ręce.

– Masz cycki, ale nie masz sześciopaku – powiedział.

Georgia uniosła dłoń. Nosiła dziesięciocentymetrowe koturny, więc jej twarz była na tym samym poziomie, co twarz Bukowskiego – jakieś metr osiemdziesiąt. Spojrzała mu prosto w oczy.

– Jestem Georgia – powiedziała, wystawiając dłoń.

– Mów mi Hank – odparł tym samym tonem Snagglepussa, przeciągając zgłoski.

W mojej głowie pojawiło się zdanie: Zejście ze sceny po lewej. Szybko odsunęłam głupią myśl i przedstawiłam się.

– Jestem Pam, ale przyjaciele mówią mi Cupcakes, Cupcakes O’Brien.

Było to pieszczotliwe miano, nadane mi przez ostatniego chłopaka, kreatywnego scenarzystę, i nigdy nie zawiodło w wywoływaniu pożądanego efektu.

Na twarzy Bukowskiego pojawił się delikatny uśmiech. Pisarz spojrzał jeszcze raz na mój biust, po czym skinął głową.

– Siadajcie, moje panie – powiedział, wskazując na sofę.

Georgia klapnęła na siedzenie i zapaliła papierosa. Rozglądała się po pokoju z ekstazą na twarzy, jakby znalazła się w Kaplicy Sykstyńskiej. Siedziała w końcu w mieszkaniu swojego idola.

Wnętrze apartamentu Bukowskiego przy Carlton Way (dzięki uprzejmości Thomasa Schmitta)

Usiadłam na sofie obok niej. Próbowałam spojrzeć na otoczenie jej oczami, ale jego czar mi umykał. Była to najbardziej zapuszczona melina, jaką widziałam: stara sofa z narzuconym na nią wypłowiałym, czerwonym kocem; naprzeciwko rozdęty, zużyty, poplamiony fotel w brązowe i musztardowe prążki; pośrodku okrągły, niski stolik, zbyt wielki jak na ten pokój i zawalony odpadkami, głównie przepełnionymi popielniczkami i pustymi butelkami; chodnik był brudny i zaśmiecony, wszędzie kurz i walające się gazety. Po prawej miałam wejście do kuchni. Ścianka działowa była częściowo pomalowana na czekoladowo. Wyglądało to, jakby ktoś się zmęczył i nie dokończył roboty. Po lewej było wejście do sypialni. Na tyle, na ile widziałam, oba te pomieszczenia wyglądały równie źle, co to. Całe mieszkanie miało jakieś czterdzieści pięć metrów kwadratowych i pięćset mil do bohemy. Było zwyczajnie zasyfione.

– Panie się czegoś napiją? – zapytał.

– Masz może szampana? – odparłam.

– Jezusz – powiedział, sepleniąc lekko. – Czy wam się wydaje, że to klub nocny?

– Wszystko jedno – powiedziała Georgia, strzelając we mnie promieniami śmierci z oczu. – Cokolwiek tam masz, chłopie.

Poczłapał do kuchni. Usłyszałyśmy, jak woła:

– Hej, panie, macie szczęście.

Wrócił do pokoju, trzymając butelkę szampana i trzy pucharki.

– Zapomniałem, że to mam – powiedział. – Musiało zostać po mojej ostatniej ulubionej.

Kiedy otwierał butelkę, przyjrzałam mu się po raz pierwszy. Nosił biały T-shirt, za mały o dwa numery, więc wystawał spod niego kawałek jego piwnego brzucha. Miał na sobie też workowate, niebieskie dżinsy, które kończyły się dobrze powyżej kostek, oraz stare, czarne skarpetki, ale żadnego obuwia. Jego gęsta, falista czupryna, przywodząca na myśl sól z pieprzem, była raczej dłuższa niż krótsza i przylizana do tyłu, zapewne z użyciem wody albo brylantyny (Parę kropel i jesteś gotów!). Ewidentnie to była jedyna rzecz, którą zrobił, by przygotować się na naszą wizytę.

Na jego zniszczonej twarzy tkwił wielki, bulwiasty nos. Miał zabawne usta, które nadawały mu wygląd muppeta, dół twarzy pokrywała starannie przycięta broda. Na ile dojrzałam jego oczy, ukryte pod wiecznie opuszczonymi powiekami, miały piękny, blady, niebieskozielony kolor. Nie licząc niewielkiego brzuszka, był atletycznie zbudowany. Wydawał się być w bardzo dobrej formie jak na swój wiek.

Nalał szampana, stuknęliśmy w szkło.

– Wszystkiego najlepszego, Georgio – powiedział Bukowski.

– Dziś już nie są moje urodziny – powiedziała. – Były dziewiątego. Co mamy dzisiaj… jedenastego listopada?

– To dzień, na który zawsze czekałem, kiedy pracowałem na poczcie – powiedział Bukowski. – Dzień Weterana. To święto.

Georgia roześmiała się.

– Czytałam twoją książkę, Listonosz – powiedziała. – Czy całe to gówno naprawdę ci się przydarzyło?

– Niestety tak – powiedział.

Georgia zadała Bukowskiemu jeszcze kilka pytań o jego pisanie. Bałam się, że zapyta mnie o którąś ze swych książek czy kolumn w prasie – i dowie się, że nie wiem właściwie niczego o jego twórczości.

Kiedy rozmawiali, zawędrowałam do kuchni, która mieściła się zaraz przy salonie. Pod ścianę wciśnięty był stół kuchenny w stylu lat pięćdziesiątych, z chromowanymi nogami i laminowanym, plastikowym blatem. Na stole spoczywała stara, czarna maszyna do pisania, obok niej tranzystorowe radio. Małe, pojedyncze, chromowane krzesło z winylowym siedzeniem stało wepchnięte pod stół bezpośrednio pod starym royalem. Na lewo od stołu znajdował się wysoki kosz na śmieci, pełen butelek po piwie i zwitków papieru.

Musiałam się naprawdę głęboko zamyślić, bo następne, co pamiętam, to Bukowski przed otwartą lodówką, wyciągający z niej piwa. Rozejrzał się po pokoju i wyszczerzył zęby.

– Nie tego się spodziewałaś, co?

– Nie wiem, jak tu możesz pisać – powiedziałam. – Nie wygląda to zbyt wygodnie.

– Myślałaś, że pewnie mam przytulną samotnię literacką z buzującym ogniem?

– Coś pomiędzy tym a tym tutaj – powiedziałam mu.

Podał mi piwo, ale w odpowiedzi podniosłam wciąż pełny pucharek szampana.

– Lepiej wypij – powiedział – zanim wydudlimy wszystko z twoją przyjaciółką.

Obrócił na mnie swoje zmęczone oczy i zdawało się, jakby patrzył prosto we mnie. Z jego wyrazu twarzy nie wyglądało, żeby to, co zobaczył, mu się spodobało.

Byłam skonfundowana. Nie pamiętałam ostatniego razu, kiedy mężczyzna nie poczuł natychmiastowego pożądania na mój widok. A ten tutaj wydawał się mnie wręcz nie lubić. W mojej obecności nie opuszczał gardy i zachowywał dystans. Był to szok dla mojejsamooceny.

Weszliśmy z powrotem do salonu. Usiadł na swym prążkowanym tronie, a ja na sofie, obok Georgii. Przeglądała się w dużym srebrnym lusterku, które trzymała w swej niewymiarowej torebce. Znając Georgię, pewnie otwarła torebkę, by wziąć jakieś pigułki, po czym zawiesiła się i zaczęła gapić na swoje odbicie. Kiedy dostrzegła, że na nią patrzymy, chwyciła za ołówek do brwi i zaczęła je podmalowywać. Przyglądaliśmy się jej z Bukowskim, jakby była artystką malującą interesujący detal jakiejś rzeźby.

Jej nogi leżały teraz rozłożone na kanapie. Spódniczka podjechała do góry, pokazując podwiązki. Niedługo miałam się dowiedzieć, że był on prawdziwym koneserem nóg. Nigdy przedtem ani potem nie spotkałam mężczyzny, który podziwiałby kobiece nogi tak, jak Bukowski. Miał fioła na ich punkcie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wielbiciele nóg to często maminsynki, którzy w dzieciństwie odnajdywali poczucie komfortu i bezpieczeństwa, trzymając się łydek matki. Nogi Georgii były długie i chude, a pończochy miały luz na kolanach. Ogólnie nadawało jej to raczej wygląd szmaty niż seksownej dziewczyny. Ale Bukowskiemu zdawało się to nie przeszkadzać.

– Nienawidzę rajstop – powiedziała. – Skurwysyn, który je wymyślił, powinien zawisnąć za jaja. Pewnie to był jakiś brzydzący się kobietami homoś.

– Zgadzam się w zupełności – powiedział Bukowski.

Georgia kontynuowała malowanie brwi oraz narzekanie:

– W rajstopach twoja cipka nie może oddychać, więc kończysz z kałużą maślanki w kroku.

Bukowski roześmiał się, odrzucając głowę do tyłu. Zobaczyłam dziury po brakujących zębach po bokach jego szczęki.

– Pam nosi rajstopy – powiedziała Georgia, odkładając lusterko i ołówek do brwi.

Choć byłyśmy z Georgią przyjaciółkami, nigdy całkowicie jej nie ufałam. Za każdym razem, gdy miała okazję, nie omieszkała wsadzić mi szpili albo dwóch. Pewnie uznała, że to zniosę. Podziwiałam cierpki, nieuznający świętości dowcip Georgii, ale czasami te szpile bolały, choć nigdy tego nie okazywałam. Uznałam, że zazdrości mi uwagi ze strony płci przeciwnej. Ale teraz to ona przyciągała większość tej uwagi.

– Muszę je nosić w pracy – wyjaśniłam. – To część mojego uniformu.

– Uniformu? – zapytał Bukowski. – Nie mów mi, że pracujesz na poczcie.

Georgia wydała z siebie koński śmiech, w komplecie z parskaniem.

Próbowałam obmyślić jakąś ciętą ripostę, ale uznałam, że wobec tej dwójki, cokolwiek powiem, wypadnie słabo.

– Jestem kelnerką w Alpine Inn przy Bulwarze Hollywoodzkim – powiedziałam z nadzieją, że to zamknie temat.

– Nosi dyrdle – powiedziała Georgia.

– Dirndl – sprostowałam.

– Urodziłem się w kraju dirndli – powiedział Bukowski – ale niewiele z tego pamiętam.

– Może powinieneś przyjść do Alpine Inn – odparłam – i odświeżyć sobie pamięć. Możesz założyć swoje lederhosen.

Georgia skrzywiła na mnie usta. Było tak, jakbyśmy rywalizowały o jego uwagę. Nie byłam nim szczególnie zainteresowana i nie wydawało mi się, by on był zainteresowany mną – przynajmniej nie w romantycznym sensie. Ale uznałam, że to jej noc, więc nie miałam nic przeciwko, by to ona była w centrum uwagi.

Georgia znów pociągnęła za swoje czarne pończochy. Jej spódniczka była w górze, odsłaniając podwiązki. Teraz próbowała naciągnąć nylony.

– Może pomóc? – zapytał Bukowski, wstając i podchodząc do sofy.

Siadł między nami. Postanowiłam przenieść się na podłogę. Georgia przerzuciła nogi przez uda Bukowskiego, a ten zaczął delikatnie wygładzać jej pończochy.

– To łaskocze – roześmiała się.

Uśmiechnęłam się. Zdecydowanie podarowałam Georgii najlepsze urodziny jej życia.

Poszły następne kolejki. Teraz wszyscy leżeliśmy na podłodze, a Bukowski, pośrodku, psotnie gładził nogi Georgii oraz moje. Jakimś sposobem jego prawa stopa znalazła się w torebce Georgii, która także leżała na podłodze. Przewrócił się na bok, a na dywan wysypały się buteleczki z pigułkami.

– Co tam trzymasz, kobieto? Wygląda, jakbyś obrobiła aptekę.

Usiadł i chwycił parę buteleczek, potrząsając nimi jak marakasami.

– Powiedz, czego pragniesz, kotku, a ja to mam – powiedziała. – Chcesz trochę?

– Pewnie, czemu nie? – odparł tym swoim przeciągłym, powolnym głosem.

Potem miałam się dowiedzieć, że zawsze wszystkiego raz próbował. Nigdy na poważnie nie słuchał niczyich rad, nie osądzał z góry, musiał wszystkiego dowiedzieć się sam. Miał wysoką odporność na próby i błędy. Ale kiedy w grę wchodziły piguły czy dowolne inne narkotyki, Bukowski zwykle kończył chory, żałując, że przeprowadził eksperyment.

Połknął pigułkę i powiedział:

– Dobra, dziewczyny, czas na zabawę!

Byłam zaskoczona, jak bardzo zmienił się jego nastrój. Ostrożny, defensywny, smutny mężczyzna z nożem za plecami zniknął, a w jego miejsce pojawił się wesoły facet, gotów na cokolwiek. Byliśmy już wówczas wszyscy w niezłych humorach.

Bukowski wrócił na swój prążkowany fotel. Georgia rozwaliła się na kanapie, a ja zostałam na podłodze, siedząc obok Bukowskiego. Ten wskazał na Georgię i powiedział:

– Ty masz duszę. – A potem spojrzał w dół, na mnie, i dodał: – Ty masz wygląd.

Pociągnął długi łyk piwa, a jego oczy zwróciły się ku sufitowi, jakby był głęboko zamyślony.

– Chciałbym połączyć was obie w jedną osobę – powiedział nam. – Wygląd i duszę. Wtedy miałbym kobietę idealną.

Spojrzałam na Georgię, zastanawiając się, czy poczuła się równie urażona, co ja. Był to z jego strony dziwaczny, dwuznaczny komplement i/lub obelga.

– Hej, kotku, potwór nie potwór, ale jest otwór – rzuciła Georgia.

– Je, je, je – zanuciłam, w intencji rozładowania sytuacji.

Zaczęłam wkładać buteleczki pigułek z powrotem do torebki Georgii. Dała Bukowskiemu dexi.

– Nie zaśnie pan dziś, panie Bukowski – powiedziałam.

– Dlaczego? Zrobimy trójkącik?

Spojrzałam na Georgię w poszukiwaniu pomocy, ale ta zaczęła już odpływać od alkoholu i antydepresantów.

Będąc podchmielona i w nastroju do zabawy, powiedziałam:

– Jeśli mnie chcesz, to będzie kosztować.

– Ile?

– Och… przynajmniej stówę – drażniłam się.

– Dobra.

Obawiając się, że wziął mnie na serio, roześmiałam się.

– Hej, żartowałam tylko.

– Więc ile to będzie kosztować?

Jego zniszczona twarz powoli zaczynała wyglądać mniej odpychająco. Na zewnątrz był gburowaty, ale pod tym kryła się wrażliwość, która mi się spodobała. Nie byłam pewna, czy to działanie alkoholu, ale zaczął mi się wydawać dziwnie seksowny, na swój szorstki sposób.

Spojrzałam mu zachęcająco w oczy, jednocześnie uśmiechając się nieśmiało.

– O nie, Cupcakes – powiedział. – Nie sądzę, bym mógł znowu zapłacić taką cenę.

Teatralnie zaciągnęłam się papierosem i powoli wypuściłam dym.

Po czym powiedziałam moim najlepszym głosem Laurane Bacall:

– Oczywiście, że możesz.

Przyjrzał mi się, przechylając głowę na bok, po czym powiedział:

– Jesteś niebezpieczna, Ruda.

Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Opuszczał gardę, a ja czułam ulgę. Minęło wiele czasu, odkąd jakikolwiek mężczyzna opierał się tak długo rudym czarom.

– Podobają mi się twoje kolczyki – powiedział, wskazując na wielkie, złote obręcze, które nosiłam.

– Chcesz je? – powiedziałam, zaczynając jeden zdejmować.

– Lepiej wyglądają na tobie – odparł.

Przekomarzaliśmy się tak dalej, śmiejąc się i popijając. Dobrze się bawiłam w jego towarzystwie. W ogóle nie zachowywał się tak, jakby miało to być jedynie preludium do wygibasów w sypialni.

Po jakimś czasie zbudziła się Georgia. Była już prawie piąta rano.

Gdy stałyśmy w drzwiach, gotowe do wyjścia, Bukowski powiedział:

– Dzięki, dziewczyny. Wpadajcie, kiedy chcecie.

Gdy ruszyłyśmy chodnikiem przez podwórko, z bungalowu Bukowskiego dobiegł mnie stukot maszyny do pisania.

– To jest dopiero, kurwa, pisarz – powiedziała Georgia, gramoląc się do camara.

Podwiozłam Georgię do jej mieszkania w Hollywood, gdzie żyła z opieki społecznej razem ze swym chłopakiem, Billem, i dwiema córeczkami. Potem pojechałam na stancję, którą wynajmowałam jakieś dziesięć minut jazdy stamtąd w Los Feliz. Moja córka spała u mojej matki. Ponieważ był to Dzień Weterana, obie miały wolne. Zamierzałam ją odebrać po południu.

Kiedy wgramoliłam się do łóżka, pomyślałam sobie, jaka to interesująca noc, nie podejrzewając, że kiedykolwiek jeszcze zobaczę tego starszego mężczyznę.

– Ale jazda – powiedziałam do siebie, zanim zasnęłam.

Ciąg dalszy w wersji pełnej