Chaos. Nowy porządek świata - Marek Orzechowski - ebook
Opis

 

Po lekturze tej książki, przestaniemy wierzyć w bezpieczny świat i szczęśliwe życie naszej i przyszłej generacji.

Czy czujemy się jeszcze bezpiecznie? W pięciu regionach świata, na obrzeżach Europy, toczą się walki, każdy z konfliktów może przerodzić się w biblijną Apokalipsę. Islamski terror, chociaż nadal groźny, przestał być jedynym czynnikiem zagrożenia, znacznie groźniejsza od niego jest trwała i głęboka dekonstrukcja świata muzułmańskiego. Jeszcze nigdy od 1945 nie prowadzono tylu wojen co dziś. Dotychczasowy globalny porządek po zakończeniu Zimnej Wojny ustąpił miejsca chaosowi. Geopolityka powróciła na scenę wydarzeń i do głów władców. Doktryna „uzachodowienia” świata poniosła dotkliwą porażkę. USA utraciły przywództwo świata, Europę destabilizują kryzysy, Rosja chce odzyskać pozycję supermocarstwa, Chiny szykują się do panowania. Masowa migracja, której nie da się powstrzymać, jest ucieczką nie tylko od wojen, lecz także od biedy i bezalternatywnie niszczy spójność systemów socjalnych, gwarantujących dotychczasowy porządek i poczucie osobistego bezpieczeństwa. Systemy demokratyczne tracą walor wewnętrznej stabilizacji. Rozdźwięk między elitami a społeczeństwami pogłębia się. Zamiast faktów nasze życie opisują fake newsy. Nic nie zapowiada, że będzie lepiej. Przeciwnie – świat w szybkim tempie szykuje się do nowej wojennej konfrontacji, tym razem ostatniej. Chaos na świecie przeraża ludzi i wzmacnia ich poczucie narodowej wspólnoty, która coraz częściej przybiera postać nacjonalizmu. Tym łatwiej o konfrontację.

Dlaczego tak się dzieje? Kto ponosi winę za chaos? Marek Orzechowski, wieloletni korespondent radiowy i telewizyjny w Bonn i Brukseli, w swojej najnowszej książce opowiada najnowsze dzieje Chaosu i jego wielostronne zagrożenia, które mogą doprowadzić do ostatecznego kataklizmu – nie pozostawia żadnych złudzeń: na chaos i jego skutki jesteśmy skazani, bowiem Chaos – to Nowy Porządek Świata w XXI wieku. Bez gwarancji, że go przeżyjemy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 790

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Redakcja:Halina Hałajkiewicz

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna i wersja elektroniczna: Robert Fritzkowski

Korekta i przygotowanie indeksu: Katarzyna Głowińska (Lingventa)

Fotografia wykorzystana na okładce

© Peshkov/Shutterstock

© by Marek Orzechowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-0993-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Stoimy u progu globalnej transformacji.Wszystkim, czego teraz potrzebujemy,jest prawdziwy, wszechogarniający kryzys,a narody zaakceptują Nowy Porządek Świata.

DAVID ROCKEFELLER

Z wystąpienia przed Komitetem Gospodarczym ONZ, 1994

(…) gdyby prasa nie istniała,lepiej byłoby jej nie wynajdywać, ale istnieje, żyjemy nią.

HONORÉ DE BALZAC

Stracone złudzenia. Dwaj poeci

przeł. Tadeusz Boy-Żeleński

Kto żyje ze zwalczania wroga,zainteresowany jest tym, aby wróg jak najdłużej istniał.

FRIEDRICH NIETZSCHE

Menschliches-Allzumenschliches.Ein Buch für freie Geister (1878–1880)

Witajcie w chaosie

And, of course, stability isn’t nearly so spectacular as instability, „No i, rzecz jasna, stabilność nie jest tak efektowna jak niestabilność”, napisał w 1932 Aldous Huxley w Brave New World (Nowy wspaniały świat, Muza, Warszawa 2008), ponad osiemdziesiąt lat temu, po Wielkiej Wojnie i przed kolejną, jeszcze większą, na długo przed doświadczeniami współczesnego świata i jego obowiązującą nieznośną narracją, że żyjemy w najbardziej stabilnym, pokojowym okresie w jego dziejach. Tymczasem bliżej lub dalej od nas rządzi chaos i chaos urasta do rangi jedynego porządku zdolnego dziś skutecznie zapanować nad światem. Koniec historii nie nastąpił po upadku radzieckiego imperium, jak zapowiadał w 1992 amerykański politolog Francis Fukuyama w swojej książce The End of History and the Last Man (Koniec historii, Znak, Kraków 2009). Historia i wojna powróciły w dwójnasób silniejsze i z takim rozmachem, że jedyna dostępna dziś stabilizacja jest osiągalna wyłącznie wewnątrz chaotycznego otoczenia.

Po przezwyciężeniu trwającego prawie pół wieku konfliktu Wschód–Zachód na świecie panowało przekonanie, że nastanie wieczny pokój a wszystkie państwa zajmą się wyłącznie zapewnieniem ludzkości bezpieczeństwa i dobrobytu. Od tego czasu minęła zaledwie jedna generacja, i tyle wystarczyło, aby dostrzec, że ogłoszone wtedy braterstwo i optymizm miały krótki termin ważności. Rzeczywistość, w której żyjemy, wykreowała zupełnie inny wizerunek naszych czasów. Boimy się tego wizerunku. Wojna w roli narzędzia zdobywania pozycji mocarstwowych i rozstrzygania sporów, tak charakterystycznej dla XVIII i XIX wieku, przez lata uważanej za relikt, na powrót wkroczyła na scenę – z rozmachem, wielką siłą rażenia, nieograniczoną mocą najnowszych technologii i rzadko spotykaną brutalnością. Tak jak niegdyś, silne państwa napadają na słabsze, wymuszają wymianę rządów i władców, stosują naciski i groźby, gwałcą ustanowione wspólnie prawo międzynarodowe. Niewidoczne w sferze polityki światowej koncerny bez pytania kogokolwiek o zdanie narzucają kierunek zmian, globalny rynek finansowy ponad głowami narodów decyduje o ich losach. Instytucje porządku międzynarodowego zamieniły się w kluby marionetek, zwykli ludzie ze zdumieniem konstatują, że udźwignąć nowych ciężarów nie są w stanie. Wszyscy – świat i my wraz z nim – żyjemy w czasach niepokoju, zagrożenia, strachu, nieobliczalnej przemocy; zjawisk w wielu wypadkach całkowicie anonimowych, tym dotkliwiej odczuwanych, że do niczego nie dają się przypisać.

Być może dawniej także nie było inaczej, może było jeszcze gorzej, ale to już przeszłość. Trzęsienia ziemi sprzed dwóch tysięcy lat, przykre jak każde nieszczęście, nas nie dotyczą. Tsunami sprzed wieku także nas już nie boli, rany po zakończonej wojnie goją się na cudzym ciele. Tym razem jednak chodzi o nas, nasze życie i życie naszych dzieci. I musi nas niepokoić świat na naszych oczach wyrywany z fundamentów – jedyny, jaki mamy. Natłok kryzysów i konfliktów wybuchających w różnych miejscach w tym samym czasie, nieobliczalność uczestniczących w nich aktorów i bezradność wobec faktu, że środki zastosowane, aby im zaradzić, stają się ich promotorem – to współczesny paradoks, od którego, jak sądzimy, nie ma ucieczki. Straż pożarna już nie gasi pożarów, swoją akcją sama wznieca je i podtrzymuje.

Jesteśmy świadkami spychania świata w otchłań chaosu z taką determinacją, jakby to była nieuchronna faza zaprowadzania obiecywanego nam lepszego nowego porządku: z globalnym rządem, narzuconym światowym przywództwem, ambitnymi organizacjami międzynarodowymi zorientowanymi nie tylko na matkę Ziemię, ale i na Wszechświat, ze zintegrowanymi systemami społecznymi i politycznymi, jedną walutą w jednej wielkiej światowej federacji. Koncepcji nie brakuje, ich realizacji doświadczamy na własnej skórze. Jak dotąd, udało się już doprowadzić do ekspansji nieporządku, wywoływania niepokojów, zachwiania równowagi.

Demontaż porządku światowego nie jest wyłącznie, nie głównie, skutkiem działania obłąkanych reżimów – te nie mają ani wystarczającej siły, ani możliwości współdecydowania o jakości życia w szerszej przestrzeni. To uniwersalistyczna polityka upowszechniania własnych wartości bez względu na otoczenie i jego warunki setkom milionów przyniosła nieszczęście, milionom – śmierć. Demokratyzacja jako jedyne lekarstwo na bolączki świata doznała porażki. Próby podporządkowania innych zachodnim regułom prawa i normom moralnym od samego początku skazane były na niepowodzenie, ponieważ ich głosiciele nie są bardziej moralni i prawi od swoich ofiar.

Optymiści – sam mimo wszystko do nich się zaliczam – są zdania, że żyjemy w okresie przejściowym, że chaos któregoś dnia jednak zniknie i ustąpi miejsca prawdziwemu porządkowi. Na razie ulegamy mu i jesteśmy jego niewolnikami, bo to on rządzi światem. I o tym jest ta książka. Nie wiemy, jak będzie wyglądał świat, który na koniec ma się stąd wyłonić. Pod tym względem pesymiści są w lepszej sytuacji. Nie mają wątpliwości, że świat utonie w chaosie, a rozstrzygnięcie będzie bezalternatywne, bolesne, niszczące i ostateczne. No i jeszcze ci przeświadczeni, że oni na pewno przetrwają ostateczne skutki – są wprawdzie w mniejszości, ale to właśnie ta mniejszość prowadzi nas ku katastrofie.

Czym jest porządek? Angielski filozof Thomas Hobbes zdefiniował go niegdyś w opozycji do „stanu natury”, kiedy każdy „używa swej własnej mocy wedle swej własnej woli dla zachowania własnej istoty”, co prowadzi do „wojny wszystkich przeciw wszystkim”. Ograniczenie „praw przyrodzonych” jednostki ludzkiej jest według niego ceną, jaką trzeba zapłacić za ład społeczny, za zapewniane przezeń bezpieczeństwo, pokój i wygodę (Leviathan, 1651, pojęcia cytowane z przekładu C. Znamierowskiego, PWN, Warszawa 1954).W przeciwnym razie pojawią się nieobliczalność, a w ślad za nią eskalacja przemocy. Taką eskalacją przemocy – wobec ludzi i porządkujących ich życie struktur, wobec organizacji państwa, które zapewnia im bezpieczeństwo – jest chaos. Chaos rozumiany jako powrót do Hobbesowskiego „stanu natury”.

Jego źródeł nie znajdziemy w miejscach, które już wziął w posiadanie. Tam ziarna chaosu zasiała wymyślona daleko polityka narzucania całemu światu, wbrew jego woli, wzorców trudnych do zaadaptowania. Klęska tej polityki, jeszcze zanim jej promotorzy zdążyli w notesach zapisać, że przegrali, wznieciła pożar i u nich, i u nas. I o tym także jest ta książka. O chaosie, nowym porządku świata, jedynym, jaki teraz znamy. Witajcie w chaosie, on nieprędko nas opuści.

Martwe miasto

Rien ne va plus! Wszyscy znają pewnie ten okrzyk krupiera, jeśli nie z autopsji, to z filmów o kasynach. Gra już się toczy, koło ruletki się kręci, kulka podskakuje w przeciwnym do jego ruchu kierunku, nie wiadomo, gdzie się zatrzyma, nic już nie można zmienić, trzeba czekać na finał. Krupierskie zawołanie paraliżuje na chwilę dłonie graczy. Wstrzymują oddech, śledząc tańczącą w środku tarczy kulkę. Za chwilę ktoś wygra, ktoś przegra, może nie wygra nikt, może wszyscy stracą. Zadecyduje los. Nic już nie mogą zrobić. Zastygli w bezruchu. Czekają w napięciu. Za ten moment paraliżującej niepewności niektórzy oddaliby, i czasem oddają, życie. W filmie Claude’a Chabrola z 1997 Francuska ruletka świat graczy kręci się wokół wysokich stawek, oszukańczych miłostek i uwodzicielskiej Betty; mężczyznom jej widok zapiera dech równie skutecznie jak okrzyk krupiera. Ale w ruletce, tej filmowej i tej w kasynach, stan zawieszenia nie trwa długo. Zresztą to tylko gra, ryzykowna, czasem wciągająca w otchłań hazardu, ale tylko gra.

To nie to samo co Rien ne va plus! wpisane z nagła w rzeczywistość miasta otwartego na tysiące przyjezdnych, krótkich wizyt służbowych, na sightseeing tysięcy ciekawskich, beztroskich turystów. Miasta, które z tej otwartości czerpie siły życiowe, takiego jak Bruksela, gdzie Rien ne va plus! wylało się na ulice nie z sal licznych tutejszych kasyn. I nie na chwilę. Napięcie, to widoczne, boleśnie odczuwalne, trwało kilka dni, niewidoczne, ale dotkliwe, nadal jest obecne. Czwarty, najwyższy stopień zagrożenia terrorystycznego, ogłoszony pod koniec listopada 2015 po zamachach w Paryżu, i zaraz potem, w marcu następnego roku, trzy zamachy samobójcze wyhamowały tempo życia, odebrały mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa, przestraszyły przyjezdnych, sparaliżowały miasto i cały kraj. I nieodwracalnie je zmieniły. Już teraz i na przyszłość. Rien ne va plus! Nic nie da się z tym zrobić.

Na kilka dni Bruksela zastygła w przerażeniu. Brukselczycy ukryli się w domach i mieszkaniach. Widoczni pozostali tylko ci, którzy musieli – ulice i place zapełnili uzbrojeni po zęby, gotowi do strzału belgijscy spadochroniarze, żandarmi i policjanci. Miasto należało wyłącznie do nich. Miasto puste i bez życia. Zamachy na lotnisku i w metrze odcięły je od tkanki życiowej, wpędziły w stan komy.

Dopóki w narożnej piekarni można było kupić poranną bagietkę i rogaliki, dopóki można było beztrosko wyjść z domu i pędzić do metra, życie biegło obok, niezauważalne. Dopiero kiedy trzeba zostać w domu, brakuje jego rytmu. Jak wygląda bez nas? Czym się stało na długie, męczące dni? Lista zmian jest długa jak nasze do życia przywiązanie. Drastyczne środki bezpieczeństwa w komunikacji miejskiej, w dojazdach do dworców, na autostradach. Blokady ulic i tuneli w centrum miasta. Zamknięta La Monnaie, opera. Zamknięte Palais des Beaux-Arts (Bozar), Atomium, wszystkie muzea, biblioteki, Parlamentarium, centrum wizyt w Parlamencie Europejskim, kina, Serres Royales de Laeken, ogrody królewskie w Laeken, Parc de Bruxelles, le Théâtre Molière, teatry Varia i Marni, Cirque Royal, bary w centrum miasta, centrum kultury Flagey, dyskoteki. Odwołane koncerty muzyki klasycznej, bale, występy piosenkarzy, między innymi Johnny’ego Hallydaya, spotkania skautów, wyścigi i mecze. Zamknięte centra handlowe, księgarnie, kluby nocne, targi na placach, ciągi ulic handlowych, brokanty, supermarkety, pływalnie publiczne, restauracje w strefach zagrożenia. Zamknięte kościoły. Wszystko jednocześnie. Nawet jeżeli do teatrów chodzimy rzadko, jeszcze rzadziej do muzeów, nawet jeżeli podziwiamy mistrzów malarstwa flamandzkiego albo idziemy do kościoła tylko raz w roku, to kiedy wszystko zamknięte i nigdzie nie wolno, naraz tego wszystkiego brakuje. Czujemy się uwięzieni i uwięzienie w domu odbieramy niezwykle osobiście jako złośliwy rabunek naszej wolności.

Co się w mieście dzieje, nawet w sąsiedniej dzielnicy, wiemy tylko z komunikatów medialnych, bez świadectwa własnych oczu. Normalna tkanka żywego miasta w jednej godzinie zostaje podziurawiona zakazami, blokadami, restrykcjami. Policja czuwa. Policja jest aktywna. Przeszukania mieszkań w wielu dzielnicach, nie tylko w „tych” muzułmańskich, rewizje, wielogodzinne akcje grup antyterrorystycznych dodatkowo paraliżujące i tak już okaleczone życie. Alert w instytucjach unijnych, w NATO. Odwołane wszystkie spotkania, konferencje, seminaria. Zamknięte metro, wstrzymane pociągi podmiejskie, komunikacja autobusowa. Manneken Pis, Siusiający Chłopiec, podziwiany każdego roku przez dziewięć milionów turystów, teraz załatwia swoją potrzebę bez żadnego ciekawskiego oka.

I zaraz refleksja. Jeździłem jak tysiące innych akurat tą linią metra, akurat na tej stacji z reguły wysiadałem. Na lotnisku w Zaventem byłem dziesiątki razy, przechodziłem dokładnie obok miejsca eksplozji, tamtędy szedłem do samolotu. Ból po anonimowej śmierci przypadkowych ofiar, ale i radość, że to nie ja. I wstydliwe uczucie, że za rzadko zaglądałem do muzeów, że częściej mogłem chodzić do kina, bo przecież nie wiadomo, czy kina będą jeszcze kiedykolwiek bezpieczne. Może strach już nigdy mnie nie opuści?

Rien ne va plus! Nowa nienormalna normalność. Nowy porządek świata. Tego mojego, wokół mnie. Przecież nie ma wojny, gazety nadal wychodzą, telewizja i radio nadają, nad miastem nie słychać pomruku nadlatujących bombowców, syreny alarmowe milczą, na słupach ogłoszeniowych nie pojawiły się plakaty mobilizacyjne. A jednak gdzieś czai się przeciwnik, wróg, w mieście ukryli się złoczyńcy, ich obecność jest namacalna, czujemy ich oddech. Może to mój sąsiad? Może sąsiad sąsiada? Znajomy znajomego? Przypadkowo spotkany, okazyjnie widziany w metrze?

Wojsko na ulicach Brukseli, wyprowadzone z koszar wkrótce po zamachu na redakcję francuskiego tygodnika „Charlie Hebdo”, jest na ulicach Brukseli już od stycznia 2015 roku. Ogłoszony wtedy w całej Belgii trzeci stopień zagrożenia terrorystycznego przeszedł w stan trwały i stał się równie niezauważalny jak kasztanowce na Avenue de Tervuren. Były, są, będą. Czwarty, ostatni, po kolejnym zamachu w Paryżu? Cóż za różnica. Po zamachach w Brukseli skala alertu się skończyła? Cóż za różnica. I bez tego strach wędruje pustymi ulicami. Według Petera Neumanna, profesora King’s College in London, eksperta od terroru islamskiego, stan taki i sceny, jakich jesteśmy świadkami w zachodnich miastach, zapowiadają to, co będzie naszym krajobrazem, naszą codziennością w niedalekiej przyszłości. W niedalekiej? To co powiedzieć o teraźniejszości? No więc uzupełniam: w Europie terror umościł sobie gniazdo, wkroczył do naszego życia, sparaliżował naszą wolność. Ale my jesteśmy tylko pierwszymi ofiarami. Wkrótce zniewoli całą następną generację. I nie jest to książkowa prognoza. To smutna, bolesna rzeczywistość.

Mówi się nam, rzekomo dla uspokojenia nadszarpniętych nerwów, że więcej osób ginie w wypadkach samochodowych niż w zamachach terrorystycznych. Że nie mamy wyjścia, że musimy się pogodzić. Jest jednak różnica: stracić życie przez nieuwagę w pędzącym samochodzie albo zostać z czyjejś woli rozszarpanym w wybuchu bomby czy zastrzelonym na ulicy. Zaczynamy się więc oswajać z naszym nowym nieodłącznym towarzyszem – strachem i jego nosicielami. Bez spacerów można się obyć, bez codziennych zakupów, jak się okazuje, również. Bez zaglądania na Grand Place też. To zresztą miejsce szczególnie niebezpieczne. Nie tylko dlatego że gromadzi o każdej porze tysiące turystów, że zamach samobójczy uśmierciłby na tym pięknym rynku setki osób. Tuż za ratuszem, w gęstwinie wąskich uliczek, znanych jako siedlisko kolorowych gay-clubs, w strefie nieograniczonej – dotychczas – wolności, policja regularnie poluje na terrorystów. Dokładnie tam, gdzie krzyżują się szlaki światowych smakoszy udających się, po wyczerpujących oględzinach starego miasta, do sławnych restauracji na rue de Bouchers, rue de la Fourche, rue de Chapeliers… Brukselskie moules marinières z frytkami, przysmak serwowany we wszystkich ulokowanych wokół rynku restauracjach – w niewoli. Pierwszej w historii. A wraz z nimi i my.

Kto by się spodziewał? Dziesiątki, jeżeli nie setki razy oprowadzałem przyjaciół i znajomych po tych urzekających zaułkach, wyjętych jakby wprost ze starych albumów, i przecież myśl, że nieopodal fasad urokliwych kamieniczek czają się groźni złoczyńcy, nigdy wcześniej nie przeszła mi przez głowę. Schowany między wiekowymi kamieniczkami Théâtre Royal de Toone, teatr kukiełkowy pod królewskim patronatem, z wieloletnią tradycją, także zamknięty na cztery spusty, a przecież nawet nazistowscy okupanci pozwolili na przedstawienia lalkowe, bezbronne wobec jakiejkolwiek przemocy. Ale terror ma teraz inne oblicze, przed którym pochowały się nawet drewniane marionetki. Rząd, śledzący ruch kulki w terrorystycznej ruletce, rozkazał zamknąć wszystkie miejsca, gdzie gromadzą się ludzie. Zniknęły korki, szerokie brukselskie avenues i tętniące wcześniej życiem wąskie uliczki starego miasta opustoszały jak podczas gwałtownej letniej burzy. Miasto, jakie znaliśmy, gdzieś się podziało, przepadło, pozostały dekoracje. Zadziwiające, jak szybko, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, żywe, wielkie miasto ogarnięte paraliżem strachu sztywnieje, zamiera i w swojej bezradności zanika. Dla nas i dla innych.

Do Brukseli wybierał się były minister obrony Niemiec Volker Rühe, aby podyskutować z ekspertami unijnymi o udziale Bundeswehry w akcjach, nomen omen, zwalczania terroryzmu, no, ale Rien ne va plus! – lotnisko w Zaventem wyłączone z ruchu, pociągi nie kursują. I tak pozostał w Berlinie. Nie on jeden. Dziesiątki tysięcy innych również. European Policy Center, jeden z czołowych unijnych think tanków, zapraszał właśnie na debatę o dobijających się do drzwi Europy migrantach i nie dowiedzieliśmy się już niestety, jakie przygotował propozycje rozwiązań tego problemu, dziś najważniejszego dla Unii tuż po terrorze. Nie porozmawialiśmy również w Brukseli o Polsce – trzydziestego listopada 2015 miała się odbyć wielka debata „Rzecz o Polsce”, prawdziwa rzadkość w Brukseli, szczególnie ciekawa po ostatnich wyborach, obwieszczali organizatorzy, frekwencja zapowiadała się rekordowa. Ta także została odwołana. Jak wszystkie inne.

Dla stolicy Belgii rezygnacja z tych wszystkich spotkań, nawet w jakimś ograniczonym czasie, to poważna, bolesna i bardzo konkretna strata. W normalnych czasach każdy gdzieś się śpieszy, biegnie ze spotkania na spotkanie, spóźnia się na kolejną konferencję, nie nadąża, wszystkie wydają się ważne i potrzebne, chociaż Europa i bez nich pewnie by przeżyła. Ale to konieczny rytuał. Bruksela jest stolicą nie tylko Unii, to także europejska stolica kongresów, debat, konferencji, spotkań. Miliony rocznie przegadanych godzin, tysiące deklaracji, konkluzji, press release i statements, setki tysięcy zmian bielizny w siedmiuset hotelach miasta, miliony euro wydane na organizację debat o ratowaniu Europy i świata. Rocznie ma tu miejsce blisko siedemnaście tysięcy takich eventów – żyją z nich tysiące tłumaczy, setki firm konsultingowych, dziesiątki think tanków, hotele, restauracje, piekarze, ciastkarze, browarnicy, czekoladnicy, frytkarze, taksówkarze i wiele osób, obojga płci, do miłego towarzystwa. A teraz, po zamachach? Przez kilka dni miasto całkowicie wymarłe jak po epidemii dżumy, miasto duchów, z przetrąconym kręgosłupem, z trudem podnoszące się po ataku strachu. Rien ne va plus! Nowość, która stanie się naszą codziennością? Ville fantome?

Na razie stan zawieszenia. Po czterech dniach kompletnego paraliżu ruszyło metro, zresztą tylko na wybranych odcinkach, obradujący w permanencji specjalny urząd kryzysowy OCAM (L’organe de coordination pour l’analyse de la menace) zezwolił na otwarcie szkół i wysłał w ich okolice uzbrojonych żandarmów. Podobni do uczniów liceum młodzi żołnierze w kamizelkach kuloodpornych, z zasłoniętymi twarzami, w większości mikrego wzrostu, z wielkimi karabinami, obwieszeni groźnie wyglądającym uzbrojeniem przy szkolnych furtkach. I tuż za rogiem pancerne samochody. Już sam ten widok wystraszył rodziców, zwłaszcza że nie wolno im było wchodzić do szkoły razem z dziećmi. Smutna antyterrorystyczna rzeczywistość. Szkolne dzieciństwo w cieniu załadowanych ostrą amunicją karabinów.

Nie bardzo było wiadomo, czego się trzymać. Jak długo się bać, siedzieć w domach, wyjadać resztki z lodówek, szukać odpowiedzi na niebie: czy niebezpieczeństwo już minęło? Najprostsze rozwiązanie – pozostać w zawieszeniu, przeczekać, zająć się sobą, odkryć na nowo urok domowego zacisza. Instytucje, zwłaszcza te nad nami, zawsze sobie jakoś poradzą, nasze dzielne NATO z pewnością nie struchlało ze strachu, ale my? Co z nami? Przecież to o nas idzie cała ta sprawa, to nas groźny alert chronić ma przed ślepym trafem terrorystycznej ruletki, to my, mieszkańcy miasta, jesteśmy jej zakładnikami. A więc Rien ne va plus!, mówią nam, dla naszego dobra, i musimy im wierzyć, i tak nie mamy wyjścia.

Widok wozów pancernych na ulicach, obecność uzbrojonych po zęby spadochroniarzy i żandarmów z bronią gotową do strzału robi wrażenie. Na każdym. I jest potwierdzeniem, że niebezpieczeństwo mieszka między nami, jest naszym niechcianym towarzyszem. Czy mamy się przyzwyczaić, jak podpowiada nam profesor Neumann? Uznać za normalne? Przyjąć za własne opinie ekspertów, że nie ma czegoś takiego jak stuprocentowe bezpieczeństwo, że trzeba liczyć się z przypadkową utratą życia, cudzego, ale i własnego? Tak ma wyglądać nasza codzienność? Zagrożona, chaotyczna i całkiem w swojej nienormalności odmieniona przez systematyczną redukcję naszych praw i rozszerzającą się kontrolę? Mamy się już na zawsze pogodzić z byciem ofiarą, i to podwójnie? Raz, gdy chcą nam zrobić krzywdę, i drugi, kiedy zabiera się nam wolność, aby nas chronić?

To zaskakujące, jak niewidoczna i bezcielesna jest wolność. Jej obecność staje się odczuwalna dopiero wówczas, gdy zaczyna być ograniczana, gdy każdy nasz krok napotyka przeszkody, gdy żadna decyzja nie zależy wyłącznie od nas samych. Anonimowo nie kupimy karty do telefonu komórkowego ani nie będziemy podróżować szybką koleją – trzeba będzie podać nazwisko jak przy zakupie biletu lotniczego i przejść przez bramki security check jak na lotnisku. Rewizje w domach będą mogły być przeprowadzane o każdej porze dnia i nocy, bez uprzedzenia, bez nakazu sądowego, podobnie bez decyzji prokuratora przedłużone zostanie do trzech dni zatrzymanie policyjne. Można machnąć na to ręką, zapomnieć, że przez całe lata było inaczej, że podróż pociągiem była osobistą, wręcz intymną sprawą. Teraz do Amsterdamu, Paryża, Kolonii czy Londynu podróżować z nami będzie również państwo.

Po restrykcje sięgnęła również Unia. Układ z Schengen, swobodny przepływ ludzi, ten najbardziej czytelny dla mieszkańców Unii fundament wspólnoty, jest poważnie zagrożony, krok po kroku redukowany. Najważniejsze są granice zewnętrzne, kontrola obejmuje więc już wszystkich, także obywateli Unii, w końcu większość zamachowców tak jak my ma unijne obywatelstwo i unijne paszporty. Ale i na wewnętrznych granicach nie ma spokoju. Niekontrolowany napływ migrantów postawił otwarte granice między poszczególnymi krajami członkowskimi pod znakiem zapytania. Aby je ratować, przynajmniej prowizorycznie, Bruksela chce powołać liczący półtora tysiąca ludzi oddział interwencji granicznej. Brzmi jak żart, skoro do Europy dobijają się setki tysięcy. Nowi funkcjonariusze mają odstraszać terrorystów, przemytników i nielegalnych migrantów, jak gdyby ci, którzy już masowo dotarli do Europy, przybyli do niej legalnie. Koordynowana ma być na szczeblu unijnym deportacja osób, które nie otrzymają azylu, chociaż nie bardzo wiadomo dokąd, skoro wielu z nich nie ma żadnych dokumentów poświadczających, skąd pochodzą, i żaden z domniemanych krajów tego pochodzenia nie chce ich przyjąć. Oto nowy porządek świata.

Ale to, co się robi, podobno dla skuteczniejszej ochrony granic, jest przekazem adresowanym zresztą wyłącznie do nas – ma nas uspokoić, abyśmy nie myśleli codziennie o rosnącym zagrożeniu – a nie do kolejnych zdecydowanych przemierzyć morza i ich szmuglerów – oni nie boją się brukselskich ustaleń. Obostrzenia także w pierwszej kolejności dotkną nas samych. To my będziemy sprawdzani szczegółowo w policyjnych bazach danych, nie oni, ich tam jeszcze nie ma i długo nie będzie. Całkiem logiczne, skoro islamiści są obywatelami Unii, przemieszczają się nie tylko między Europą a strefami infrastruktury terrorystycznej na Bliskim Wschodzie, ale i między Brukselą, Paryżem, Sztokholmem, Berlinem… Aby dało się ich zidentyfikować, każdy musi być podejrzany. Profesor i uczeń, kucharz i piłkarz. Matka i ojciec, ciotka i wujek. I da Bóg, że przy okazji także terrorysta.

Wkrótce po aresztowaniach w muzułmańskiej dzielnicy Molenbeek w Brukseli zwolniono z pracy kilkudziesięciu kierowców autobusów wyznania muzułmańskiego, u których służby stwierdziły skłonność do radykalizmu. Przeprowadzono weryfikację maszynistów prowadzących pociągi metra. Dopiero wtedy. I wprowadzono jeszcze kilka innych zarządzeń, których szczegółów nie znamy. Belgia nie będzie już nigdy żyła jak przed zamachami w Paryżu i Brukseli. Tamten świat należy nieodwołalnie do przeszłości. Ale czy tylko w Belgii, czy tylko we Francji?

Terror w Europie nie jest zjawiskiem zupełnie nowym. Nowa jest tylko przyniesiona do nas z Bliskiego Wschodu formuła. W początkach lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia – to tylko trzydzieści kilka lat temu – we wszystkich obiektach publicznych w Niemczech: na stacjach benzynowych, w bankach, na przystankach autobusowych, dworcach, przed kościołami, wisiały plakaty policji niemieckiej z informacjami o kilkunastu terrorystach Frakcji Czerwonej Armii (RAF). Z nazwiskami, twarzami, charakterystyką postaci. Intensywnie poszukiwani przez wszystkie możliwe służby członkowie RAF znani byli mieszkańcom Niemiec na pamięć. A mimo to opanowanie zagrożenia z ich strony zajęło policji ponad dwadzieścia lat. Wystarczyło bowiem stosunkowo niewielkie grono sympatyków zapewniających terrorystom schronienie i wsparcie logistyczne, aby ukrywali się skutecznie i od czasu do czasu dokonywali ataków.

Z punktu widzenia dzisiejszych doświadczeń można by rzec, że byli to terroryści normalni, znani z nazwiska i życiorysów. Gotowi do podejmowania wyzwań intelektualnych anarchiści, filozofowie, wykształceni, z dobrych domów, czasami z wyższych sfer, o antysystemowym nastawieniu wyniesionym z uczestnictwa w ruchach kontestacyjnych rewolty studenckiej z 1968 i cieszący się największą sympatią w tym właśnie środowisku. Kiedy w 1983 opowiadałem w gronie niemieckich dziennikarzy o aresztowaniach, internowaniach i ukrywaniu się wielu działaczy podziemnej Solidarności, niektórzy z emocjonalnym zaangażowaniem porównywali akcje stanu wojennego z polowaniem na członków RAF. Nie ukrywali swojej sympatii, nie do stosowanego przez nich terroru, ale do ich nieprzejednanego sprzeciwu wobec państwa, do ich odwagi w starciu z olbrzymią machiną niemieckich służb i policji. Terroryści niemieccy przedstawiali samych siebie jako „wyzwolicieli” uciskanej klasy robotniczej, ale ta, przekupiona rosnącym dobrobytem i stabilizacją cudu gospodarczego, nie była zupełnie zainteresowana ofertą zmiany systemu. Co innego niespokojne i pobudzone intelektualnie środowiska niemieckiej lewicy, zwłaszcza uniwersyteckiej. Poprzedzające rewoltę ’68 lata pięćdziesiąte swoim skostnieniem wręcz prowokowały wchodzącą w życie generację powojennych dzieci do łamania przestarzałych konwencji i schematów społecznych, w których cieniu skrywali się współodpowiedzialni za wojenny dramat, nie do końca rozliczeni, ojcowie niepokornych spadkobierców przeszłości.

Jak zawsze, na początku także i tej rebelii chodziło najpierw o manifestację odmienności i kontestację zastanej estetyki – poprzez odmienny sposób ubierania się, inną muzykę, eksperymentowanie z seksem czy narkotykami – jednym słowem, o łamanie krępujących moralnie i społecznie norm. Dopiero później wykształcił się polityczny ruch sprzeciwu stawiający sobie za cel generalną przebudowę społeczeństwa. Odrzucał on kapitalizm i jego agresywną formułę światowego imperializmu, ale i dystansował się od autorytarnego socjalizmu praktykowanego w państwach bloku wschodniego. Tę absolutnie świadomą prowokację wobec zastanego świata wspierali tacy filozofowie jak: Jean-Paul Sartre, Theodor W. Adorno czy – najważniejszy dla umysłowego kośćca aktywistów nowego porządku – francuski filozof Herbert Marcuse. Było tylko kwestią czasu, kiedy ów pierwszy powojenny ruch sprzeciwu, kolorowy, wielowarstwowy, nierzadko wewnętrznie sprzeczny – gromadził nie tylko doktrynerów i bojowników, ale i tysiące anonimowych zwolenników niekoniecznie zainteresowanych debatami ideologicznymi – ześlizgnie się w stronę krwawej przemocy. I chociaż niewielka to pociecha dla ofiar, ówczesny europejski i niemiecki terror wyrastał z kręgów intelektualnych, nie ze środowisk pustogłowych, zaślepionych fanatyków religijnych. Ale jak każdy terror, pozostawił po sobie krwawy ślad zabójstw, zamachów i rozbojów.

Zaczęło się od okupacji niezamieszkanych domów i podpaleń supermarketów, drobnych incydentów, które zwracały uwagę głównie swoją bezsensownością i tym, że się nasilały. Później terror nabrał rumieńców. W 1970 dziennikarka Ulrike Meinhof i bezrobotny Andreas Baader utworzyli pierwszą komórkę RAF. Fala antysystemowego terroru osiągnęła swoje apogeum w 1977: siódmego kwietnia zastrzelony został w służbowym samochodzie w Karlsruhe prokurator generalny Bundesrepublik Siegfried Buback, trzydziestego lipca zginął w zamachu we własnym domu w Oberursel (Taunus) szef Dresden Bank Jürgen Ponto, piątego września terroryści uprowadzili w Kolonii (niedaleko ambasady PRL) prezydenta Związku Pracodawców Hansa-Martina Schleyera (zastrzelony osiemnastego października, odnaleziony dzień później w bagażniku samochodu w alzackim mieście Mulhouse, Miluza, na pograniczu z Niemcami), trzynastego października porwany został samolot Lufthansy, odbity tydzień później w somalijskim Mogadiszu przez specjalną jednostkę GSG-9. Do 1993 z rąk RAF zginęli między innymi: boński dyplomata Gerold von Braunmühl, szef Deutsche Bank Alfred Herrhausen i szef Niemieckiego Urzędu Powierniczego, odpowiedzialny za zmiany własnościowe w byłej NRD, Carsten Rohwedder. Kilka innych zamachów było nieudanych. Do czasu samorozwiązania organizacji w 1998 terroryści RAF zastrzelili trzydzieści cztery osoby, ponad dwieście ranili. W czerwcu 1993 na terenie byłej NRD aresztowana została ostatnia terrorystka Birgit Hogefeld, pozostali nieliczni już członkowie RAF, zdaje się, że trójka, ukrywają się, od czasu do czasu napadają na małe kasy oszczędnościowe, supermarkety i transporty pieniędzy (potrzebują gotówki, kont bankowych nie mają) i nadal są oficjalnie ścigani przez policję Niemiec i całej Europy.

Do europejskich kontestatorów inspiracja dotarła z Ameryki Łacińskiej. Fidel Castro na Kubie, Carlos Marighella w Brazylii, Che Guevara tu i tam, w różnych krajach, nie tylko rozwijali strategię walki wyzwoleńczej, ale i bardzo konkretnie z bronią w ręku ją praktykowali. Minimanual do Guerrilheiro Urbano (Minipodręcznik miejskiego partyzanta) Marighelli, przetłumaczony na wiele języków świata, stał się dla zachodnich bojowników walki z kapitalizmem nieodzowną biblią. Marighella uważał, że kapitalizm należy obalać w miastach, Castro i Gevara upatrywali sojusznika w największym jego przeciwniku – wiejskim ludzie. I mieli sporo racji, zaledwie bowiem Marighella wyruszył do zbrojnej akcji, aby na miejskich ulicach przekuć swoją teorię w czyn rewolucyjny, został w São Paulo w 1969 zastrzelony przez policję. Więcej szczęścia miał Gevara, a Castro nie tylko obalił reżim Batisty, ale i zbudował państwo oparte na swojej doktrynie. Niezależnie od tych różnic wspólną taktyką walki małych grup oporu były spektakularne akcje mające na celu wywołanie nadreakcji „systemu” na tyle przesadnej, aby ujawniła jego prawdziwą, według terrorystów, autorytarną naturę. Za nieustraszonymi bojownikami, zwłaszcza Gevarą, ciągnął się przy tym porywający rewolucyjny nimb, uzewnętrzniający się głównie w obu Amerykach i Europie poprzez naśladowanie jego sposobu ubierania się, fryzury, noszenia brody czy „rewolucyjnego” stylu bycia. T-shirty z wizerunkiem Gevary można nabyć jeszcze i dziś, pół wieku po jego śmierci, państwo Castro dawno utraciło dynamikę i przestało być symbolem zmian klasowych, a Marcusego nikt już nie czyta. W kręgach muzułmańskich jest, rzecz jasna, w ogóle nieznany, o Gevarze nigdy tam nie słyszeli.

Terroryści zachodnioniemieccy również strzelali, ale nie do każdego. Ich akty terroru nie były ani przypadkowe, ani ślepe. Wymierzone w establishment państwa miały szerzyć strach w elicie władzy. W starciu z wielkim, dobrze zorganizowanym państwem niemieckim chodziło w tej konfrontacji o rzucone mu przez powojenną generację wyzwanie, przez kilka lat – śmiertelne wyzwanie. Egzekucjami wybitnych przedstawicieli tego państwa terroryści RAF chcieli wymusić zmianę obranego przezeń kierunku polityki. Ukarać jego protagonistów za uprawiany przez nich imperializm. A przy tym był to rodzaj sporu w rodzinie. Na celowniku buntowników znalazła się bowiem generacja splamionych zbrodniami wojennymi ojców. Dzieci wykonywały wyroki na skażonych nazizmem ojcach.

Niemcy doświadczyły wówczas życia w terrorze, nazwijmy go, wykwalifikowanym. Ataki, w których uczestniczyły niewielkie grupy wtajemniczonych, były skuteczne, bolesne, precyzyjne, dobrze zorganizowane. Bundesrepublik musiała się zmierzyć z partyzantką miejską – zupełna nowość nie tylko nad Renem. RAF dbała o hermetyczność swoich szeregów, ale mogła liczyć na wsparcie. Po latach liczbę zdeklarowanych sympatyków udzielających wtedy Frakcji Czerwonej Armii skutecznego wsparcia oblicza się na trzydzieści tysięcy. Całkiem sporo w sytuacji, gdy wymagało to odwagi i determinacji, ale niewiele w porównaniu z siedemdziesięcioma milionami mieszkańców. Tysiące jawnych i skrytych zwolenników RAF znalazło przystań w opozycji pozaparlamentarnej, Ausserparlamentarische Opposition, w skrócie APO, w kontestacyjnych grupach oporu, głównie maoistowskiej proweniencji, w różnych „bazach” i sektach (to również między innymi studencki życiorys Joschki Fischera, polityka partii Zielonych, byłego ministra spraw zagranicznych Niemiec z okresu kanclerstwa Gerharda Schrödera). W tamtym okresie w Niemczech nie tylko jednak strzelano, kraj również zawzięcie dyskutował. Wielu Niemców nosiło się z myślą o wsparciu generalnych zmian, nie było też przeciwnych użyciu broni w celu ich wymuszenia. Był to okres znaczących przemian w świadomości społeczeństwa niemieckiego, dla których punktem wyjścia stała się trauma niewybaczalnej wojennej winy. Niemiecki terror miał twarz historycznego buntu rozliczeniowego, nie był konfesyjny, choć jego zwolennicy pochodzili z dobrych katolickich lub protestanckich rodzin. Nie uderzał ślepo, nie był samobójczy, nie wysadzał pociągów metra ani nie wpędzał całych miast w paniczny strach jak terror islamski. Nie czerpał również ze źródeł biedy, niedostosowania, społecznego wykluczenia. Jego uczestnicy sami świadomie wykluczali się z zastanej społeczności, chcieli ją od fundamentów zmienić.

Systemu oczywiście nie zmienili, chociaż swoje życie tak – uczynili to skutecznie i na zawsze. Ci, którzy odeszli po latach więzienia od terroru, są dziś cichymi emerytami, w większości żyjącymi w odosobnieniu i bez przyjaciół. Tylko nieliczni po wyjściu z więzień wrócili do w miarę normalnego życia, coś robią, mają spokojną starość i nienękani już przez policję czekają na śmierć. Większość nie ma pracy, mieć nie może, żaden pracodawca nie chce ryzykować, ówcześni bohaterowie z pierwszych stron gazet i nieugięci bojownicy żyją więc dziś z pomocy socjalnej państwa, które krwawo zwalczali. W najgorszej sytuacji są byłe terrorystki. W więzieniach bezpowrotnie straciły swoje najlepsze lata. Podczas gdy ich starzejący się koledzy jeszcze w więziennym odosobnieniu nie narzekali na brak zainteresowania ze strony urzeczonych ich bezkompromisowością młodszych kobiet, otrzymywali od nich listy, niektóre regularnie ich odwiedzały, oferowały małżeństwo, uwięzione członkinie RAF były same i po wyjściu na wolność także zostały same.

Potem nastąpiła cisza, społeczeństwo Bundesrepublik zajęło się pomnażaniem dobrobytu, po pewnym czasie odkryło drogę ku moralności ekologicznej i dokonało na tej drodze prawdziwych cudów. Żaden inny kraj na świecie nie segreguje tak pilnie śmieci jak Niemcy, w żadnym innym niedociągnięcia w tym względzie nie są obłożone tak wielkim ostracyzmem społecznym i kodeksowymi karami. Wyrzucenie torebki po herbacie do zwykłego kosza na śmieci stało się narodowym grzechem ciężkim. Bio, natura, ochrona środowiska, praktykowane na co dzień, tak bardzo zmieniły Niemców i ich preferencje, że żadna partia nie ma szans wyborczych, jeżeli nie opowiada się otwarcie za restrykcyjnym prymatem przyrody nad przemysłem, roweru nad samochodem. Program CDU, partii przecież konserwatywnej, ostoi niemieckiego kapitalizmu, nie różni się dziś od programu partii Zielonych, a w niektórych projektach nawet ją wizjonersko wyprzedza.

Kiedy przyszedł upadek Muru Berlińskiego w listopadzie 1989 roku, Niemcy zajęły się przede wszystkim sobą, jednoczeniem i zespoleniem dwóch nieznanych sobie społeczeństw w jeden naród. Ta operacja trwa do dziś, łącznie z budową zapowiadanych przez kanclerza Kohla kwitnących krajobrazów na wschodzie kraju. Przynosi jednak tak wielkie wyzwania, iż zwykli ludzie nie nadążają za zmianami modernizacyjnymi w starych dekoracjach, przyniesionymi z zachodniej części kraju. Do dziś Niemcy na zachód od Hanoweru traktują wschód swojego kraju jak obszar w fazie rozwoju kolonialnego. Niemiecki przypadek udowadnia zresztą, że mimo bilionowych nakładów łatwiej zmienić krajobraz niż ludzi.

Na świecie przez ten czas działo się wiele, ale wyzwania zewnętrzne szczęśliwie Niemcy omijały. Mogło się wydawać, że tak już pozostanie. Światowa partyzantka terrorystyczna wprawdzie nie zapominała o Niemczech – akcje na terenie kraju przeprowadzały i wywiad libijski, i Al-Fatah Jasira Arafata, później Organizacja Wyzwolenia Palestyny (PLO), Kurdowie (Partia Pracy Kurdystanu, PKK) i sam król światowego terroru Abu Nidal. W krajach ościennych też nie brakowało zagrożeń. We Francji straszyła Action Direct (Akcja Bezpośrednia), we Włoszech strzelały Brigate Rosse (Czerwone Brygady), w Irlandii wojnę prowadziła IRA, w Hiszpanii baskijska ETA i nawet w małej Belgii dawały o sobie znać zapomniane już dziśCommunist Combatant Cells (CCC) – Walczące Komórki Komunistyczne. Ale z punktu widzenia Niemiec wpisywały się one na listę konfliktów zewnętrznych, Niemcy były dla nich tylko sceną. Nękający je wówczas terror „gościnny” był dziełem odległych szaleńców, obcych samozwańczych naprawiaczy świata, fanatyków lub indoktrynowanych ideologicznie do walki z imperializmem zachodnim. Nawet po apokaliptycznym wręcz, decydującym dla nowego porządku świata zamachu na nowojorski World Trade Center we wrześniu 2001, gdy terror stał się religijnym, a ściślej islamskim wirusem postmodernizmu, skutki nie dotyczyły bezpośrednio Niemiec. Przez piętnaście lat Niemcy oglądali terror daleko od domu – w Nowym Jorku, Bagdadzie, Londynie, Paryżu, na Bliskim Wschodzie, w Madrycie, Turcji – właściwie na dystans dalekowidza. Nie zauważyli więc nawet, kiedy młodzi „niemieccy” salafici wyjechali z Hamburga, Berlina czy Dortmundu do tak zwanego Państwa Islamskiego, i to wcale nie na zawsze. I dziś terror islamski już Niemiec nie omija, są one obok innych państw Europy Zachodniej na celowniku. I są podobnie narażone na ataki terrorystów islamskich z obywatelstwem niemieckim, o przyjezdnych „dostarczonych” w ramach akcji „otwartych drzwi” już nie mówiąc.

Fakt, że dzisiejsi uczestnicy terroru nie dążą do wymuszenia zamachami strukturalnych zmian systemu jak niegdysiejsi „jeźdźcy Apokalipsy”, ale włączyli do konfrontacji swojego Boga, dociera do społeczeństw zachodnich, również niemieckiego, z wielkim oporem, wręcz niechętnie. Nie jestem pewien, czy Zachód w ogóle rozumie, chce zrozumieć, potrafi zrozumieć ten nowy właściwy mu wymiar, wymiar dominującej w nim transcendencji, wobec którego jest w gruncie rzeczy w swojej bezgranicznej sekularności bezradny. To nie tylko wygoda życia dzisiejszych ludzi i ich niechęć do dostrzeżenia narastających zagrożeń, do przyznania, że ich przeżywanie świata nie jest jedynym możliwym. To często również celowa wręcz ślepota. A przede wszystkim łatwowierność i naiwność wobec zjawisk nieprzystających do współczesnych doświadczeń świata zachodniego. Jak w przypadku pracujących w Brukseli niemieckich rodziców, których córka aktywnie zaangażowana w pomoc dla przybyszów została zgwałcona i zamordowana przez nastoletniego imigranta z Afganistanu na południu Niemiec. Kiedy zniknęła, obwiniali wszystkich poza środowiskiem, z którego pochodził zabójca. A kiedy dramatyczna prawda wyszła na jaw, jej tragiczna śmierć, tak głosili, stała się dla nich „moralnym zobowiązaniem” do zwiększania wysiłków na rzecz integracji młodych imigrantów. Tak bardzo ta zbrodnia nie przystawała do wizerunku świata, jaki propagowali. Ludziom nie mieści się po prostu w głowie, że ktoś, przed kim otwierają drzwi, czyha na ich życie, słuchając przed atakiem głosu Boga i łamiąc wszystkie możliwe moralne kodeksy cywilizowanego świata.

Dzisiejsi terroryści islamscy, chociaż są naszymi sąsiadami, nie mają dla nas twarzy, nazwisk, życiorysów, są anonimowi, podobnie jak przybysze, którzy nie mają dokumentów i zawsze podają się za niepełnoletnich, kiedy stają przed sądem. Jak wyglądali i kim byli, jaka droga doprowadziła ich do terroru, dowiadujemy się dopiero, kiedy już nie żyją, kiedy wysadzili się w powietrze, pociągając za sobą niewinne ofiary, a po tygodniach badań ślady DNA pozwalają wreszcie ustalić ich tożsamość. Albo wtedy, gdy policja jest na ich tropie, lub też zostali w końcu pojmani. Ich wizerunki poznajemy często post factum przez przypadek, po weryfikacji nagrań z kamer obserwacyjnych, po identyfikacjach w prowadzonych po zamachach śledztwach. I wówczas czytamy w komunikatach policyjnych ich imiona: Bilal, Salah, Mohamed, Samy, Omar, Foued, Ahmad, Abdelhamid, Brahim, Assaut, Hasna, Jawad, Abdoullah, Lazez, Ali, Abdeilah, Samir. Nie: Jacques, Marcel, Martin, Guy, Serge, Michel i nie: Hans, Jürgen, Günter, Rolf. I nie Marek… O tym, kim byli i skąd się wzięli, dowiadujemy się, kiedy już staniemy się ich ofiarami.

Jak w przypadku Gelela Attara, aresztowanego w Maroku pod koniec stycznia 2015 mieszkańca Molenbeek, bliskiego kolegi terrorystów paryskich, podejrzanego przez władze o współudział w planowaniu zamachów. Albo Ayouba el-Chazzaniego, zamachowca z pociągu „Thalys”, znów starego znajomego z Molenbeek, mieszkającego tam w spokoju u swojej siostry. El-Chazzani wsiadł do pociągu na brukselskiej stacji Gare-Midi, musiał więc, dźwigając torbę z całym swoim niemałym arsenałem, przemierzyć autobusem i metrem pół miasta. Albo kolejnego nieznanego znanego Mehdiego Nemmouche’a, zabójcy z brukselskiego muzeum żydowskiego. Ponoć kochał francuskie piosenki, nucił je codziennie, a kiedy ich nie śpiewał, ćwiczył torturowanie ludzi, przygotowywał się do mordów. „Moją misją jest zabijanie Żydów”, wyznał belgijskim śledczym po ekstradycji z Francji, gdzie go złapano na południu kraju po ucieczce z Belgii. Ale wcześniej Mehdi Nemmouche mijał nas na brukselskich ulicach, może nawet dobiegała nas paryska chanson, kiedy nucił. W swoich morderczych zamiarach był bardzo ambitny. Chciał być lepszy od Mohammeda Meraha, członka Al-Kaidy, bezwzględnego terrorysty, który był dla niego niedościgłym wzorem. Jedenastego marca 2012 Merah zamordował we francuskiej Tuluzie żołnierza, trzy dni później w Montauban dwóch kolejnych, a po czterech następnych na cel zamachu wybrał żydowski collège. Zastrzelił: nauczyciela, rabina i dwójkę jego dzieci oraz córkę dyrektora. Zbrodnie Meraha postawiły Francję w stan najwyższego alarmu, pierwszego od kilkudziesięciu lat. Odnaleziony wreszcie w swoim mieszkaniu w Tuluzie, stawiał policji opór przez trzydzieści godzin. W końcu trafiony został precyzyjnymi strzałami strzelców wyborowych.

Dla przeciętnego człowieka – tak chętnie sugerują zwolennicy poprawności politycznej – oba zabójstwa dokonane przez „francuskiego” dżihadystę Meraha i „belgijskiego” islamistę Nemmouche’a nie miały ze sobą związku, dzieliły je przecież czas i odległość. Ale nie dla brukselskiego terrorysty. Pierwszy, Mohammed Merah, szkolił się w Pakistanie i Afganistanie, drugi w Syrii. Zbrodniczy szlak Meraha i ostateczny krwawy finał nie były dla Nemmouche’a przestrogą, przeciwnie, właśnie jego „męczeńska” śmierć stała się dlań zachętą i zobowiązaniem. Jeden sprawny, skuteczny i gardzący życiem islamista klonuje bowiem kolejnego. A przy tym nic nie dzieje się przez przypadek. Aby zatrzeć swój ślad, po powrocie z Syrii Nemmouche odbył wyjątkowo długą i wyczerpującą podróż – przez Malezję, Singapur, Tajlandię i Niemcy. Wszędzie tam przenikał przez granice, miał pieniądze, kontakty, posługiwał się paszportem unijnym, występował w roli wolnego człowieka korzystającego z dobrodziejstw Wspólnoty Europejskiej. Jego szlak z Syrii do Belgii pokazał jak na dłoni, że islamiści europejscy tak właśnie podróżują i zacierają za sobą ślady, kiedy planują zamachy. W ich wypadku policja zapewne również nie była głucha i ślepa, być może gdzieś odezwały się dzwonki alarmowe, ale tak to już jest w państwie prawa, że sama podróż, nawet najdłuższa, nie jest przestępstwem. Jeszcze nie, chociaż islamiści krwawo pracują nad zmianą tego obyczaju.

W przeciwieństwie do bojowników starego terroru europejskiego czy niemieckiego islamiści tacy jak Nemmouche czy Abdeslam mogą liczyć na wsparcie nie tylko ekskluzywnej grupy fanatyków wyznających hermetyczną ideologię o ograniczonym, siłą rzeczy, kręgu zwolenników, ale praktycznie całej własnej społeczności religijnej, tej na pozór cichej, zwyczajnej na zewnątrz, dla nas nieczytelnej, ale zobowiązanej więzami islamu do pomocy lub przynajmniej przyzwalającego odwrócenia głowy. Wsparcia i ochrony mogą oczekiwać na całym świecie. Dzięki temu mogą mieć każdy rodzaj dokumentu, wpisać do niego każde możliwe nazwisko, podać się, za kogokolwiek zechcą. Mogą z tymi dokumentami, autentycznymi, choć fałszywymi, swobodnie przekraczać otwarte granice albo przemycić się wraz z falą tysięcy nielegalnych migrantów, przyjmowanych z szerokim gestem miłosierdzia. Graniczy wręcz z cudem, że w tym oceanie niezidentyfikowanych ludzi służbom i policji udaje się mimo wszystko wyłowić jeszcze jakieś konkretne źródła zagrożenia. Mapa zagrożeń powiększa się z każdym dniem i nie ogranicza się to oczywiście do Belgii i Brukseli.

Kiedy kilka tygodni po listopadowym alercie leciałem z Frankfurtu nad Menem do Brukseli, na lotnisku w rękawie przy wejściu do samolotu pilnowali nas uzbrojeni policjanci niemieccy. Wcześniej przy bramce dokładnie sprawdzili w komputerze listę pasażerów – w skupieniu, skrupulatnie, w napięciu. Nazwisko po nazwisku. Z pewnością dla naszego bezpieczeństwa, patrzyliśmy więc na nich z nutą niewypowiedzianej wdzięczności, ale i obawy, że coś nam grozi. Potem, już podczas lotu, każda najmniejsza turbulencja, rzecz przecież normalna, wywoływała ukłucie niepokoju. Czy to już? Nie bez powodu pilnowali nas przecież podczas wchodzenia do samolotu. Mogli coś przeoczyć. Wzmocnione kontrole na lotniskach i niepokój nie są oczywiście wynalazkiem ostatnich dni, ale teraz, w tym stanie permanentnej niepewności stają się szczególnie czułym barometrem, precyzyjnie informującym o stopniu zagrożenia terrorystycznego. Podróż samolotem staje się aktem bezgranicznego osobistego bohaterstwa? Na przekór terrorystom? Niestety tak. Od dawna i już na zawsze.

Pasażerowie linii lotniczych muszą mieć szczególnie mocne nerwy i dużo cierpliwości. To przecież oni sami stwarzają dla siebie największe ryzyko. To oni, czyli my, podróżujący jeszcze samolotami, jak twierdzą eksperci, stanowimy w ruchu lotniczym największe zagrożenie, i to tak poważne, że dla własnego bezpieczeństwa najprościej byłoby nas do samolotów w ogóle nie wpuszczać. Chociaż przypadek dwudziestoośmioletniego Andreasa Lubitza, pilota linii Germanwings, który dwudziestego czwartego marca 2015 celowo rozbił lecący z Barcelony do Düsseldorfu samolot, przekonuje, że równie groźni dla naszego bezpieczeństwa mogą być i piloci. Podlegają wprawdzie drobiazgowym kontrolom przed wejściem na pokład samolotu, no, ale elektroniczne bramki nie skanują jeszcze i nie ujawniają samobójczych myśli. Lubitz, według ustaleń śledztwa, od kilku lat cierpiący na depresję, swoim morderczym czynem wprowadził do ruchu lotniczego inny rodzaj niebezpieczeństwa, przenosząc zagrożenie na jeszcze wyższy poziom. Pociągnął za sobą w otchłań śmierci stu czterdziestu dziewięciu pasażerów i otworzył nowy rozdział w naszym nerwowym i niebezpiecznym życiu – pilot, osoba obdarzana bezdyskusyjnym zaufaniem, stał się równie groźny jak sam pasażer. Prawdziwa postmodernistyczna schizofrenia.

Na lotniskach jesteśmy przezroczyści od dawna. Pierwsze restrykcje wobec podróżujących samolotami wprowadzono jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku, po porwaniu w 1977 przez czwórkę palestyńskich terrorystów lecącego z Majorki do Frankfurtu nad Menem samolotu niemieckiej Lufthansy „Landshut”. Warunkiem uwolnienia jego pasażerów miało być wypuszczenie z więzienia w Stammheim, dzielnicy Stuttgartu, przywódców RAF, między innymi jej założyciela Andreasa Baadera. Odyseja „Landshuta”, w trakcie której zginął kapitan samolotu Jürgen Schumann, trwała osiem dni. Dopiero w stolicy Somalii Mogadiszu samolot został odbity dzięki śmiałej i bezprzykładnej akcji niemieckich antyterrorystów – była to również godzina narodzin jednostki specjalnej GSG-9. Kolejne restrykcje wobec pasażerów i ich bagażu pojawiły się po przeprowadzonym przez wywiad libijski zamachu na samolot Pan American w 1988, kiedy eksplozja przemyconej na pokład bomby rozerwała lecącą z Londynu do Nowego Jorku maszynę, a jej szczątki spadły na szkocką wioskę Lockerbie. Zginęło dwieście siedemdziesiąt osób, w tym jedenastu mieszkańców tej miejscowości. Odtąd kontrola bagażu stała się jeszcze bardziej szczegółowa, a pasażerów bez wyjątków wzięto pod lupę.

Ostatnia kulminacja nadeszła po atakach na World Trade Center w Nowym Jorku (2001). Kontrole na lotniskach, i nie tylko, są systematycznie rozszerzane i udoskonalane. Słynne stało się, stosowane zwłaszcza na lotniskach amerykańskich, zdejmowanie butów niezależnie od statusu podróżnego, procedura prawdziwie upokarzająca dla każdego, ale szczególnie dla różnej maści VIP-ów: ministrów, biskupów, artystów, sportowców, którym wydaje się, że mają większe od innych przywileje. Doszło do tego, że niektóre rządy czują się zmuszone prosić przed podróżami swoich oficjalnych wysłanników do USA odpowiednie władze amerykańskie o odstąpienie od tej poniżającej kontroli. Uchwalone przez Kongres USA dwudziestego szóstego października 2001, a więc krótko po jedenastym września, Patriot Act i Homeland Security Act zniosły w niespotykanym dotąd zakresie gwarancje polityczno-prawne swobód obywatelskich i rozszerzyły, wręcz rozdmuchały, uprawnienia rządu amerykańskiego. Nie tylko tempo legislacyjne – członkowie Kongresu nie otrzymali nawet projektów ustaw, nad którymi procedowali – ale także zakres uprawnień przyznanych władzom były bezprzykładne w historii USA. Telefoniczne podsłuchy, kontrola komunikacji elektronicznej, nieograniczona ingerencja w sferę życia prywatnego to tylko wierzchołek góry lodowej. Władze uzyskały, na przykład, prawo dostępu do danych osób wypożyczających książki i inne materiały w bibliotekach publicznych.

Nikogo już nie dziwi skanowanie soczewek czy pobieranie odcisków palców, to dziś za Atlantykiem normalna procedura. Któż pamięta w codziennym zgiełku, że wciąż ponawiane są próby opartego na technologii fal milimetrowych skanowania całego ciała. Przepuszczany przez skaner człowiek jest dla obserwatora nagi i przezroczysty, pozbawiony wszelkiej intymności. Nie pamiętamy również o No Fly List, szczególnie dotkliwej czarnej liście, prowadzonej i na bieżąco uzupełnianej przez amerykański urząd Terrorist Screening Center (TSC), na którą trafia się oficjalnie, ale bez wiedzy dotkniętego restrykcją. Jeszcze w 2011 znajdowało się na niej niecałe dziesięć tysięcy nazwisk, dwa lata później, w 2013, już czterdzieści cztery tysiące, a w 2016 ponad sto tysięcy. Każdego miesiąca przybywa średnio dwieście, trzysta nazwisk. Jest to lista osób, które nie tylko nie zostaną wpuszczone na pokład samolotów, ale nie kupią nawet biletów. Istnieje jednak jeszcze inna lista, lista podejrzanych i obserwowanych – Terrorist Watch List – zawierająca nazwiska osób w jakiś udowodniony, jak należy przyjąć, i bezpośredni sposób kojarzonych przez władze amerykańskie z terroryzmem. Ta jest znaczenie dłuższa, a trafienie tam ma bardzo poważne życiowe skutki. W 2009 znalazło się na niej ponad milion osób z całego świata, w 2016 już dwa i pół miliona. Terrorist Watch List jest podobnie jak No Fly List uzupełniana każdego dnia.

W gruncie rzeczy wszystko to są wysoce niepokojące liczby. Można by oczywiście podziwiać przezorność i skrupulatność urzędów amerykańskich, gdyby chodziło wyłącznie o realne zagrożenie. Nierzadko jest jednak inaczej. Ofiarami No Fly List były i są osoby przypadkowe, wpisane tam z nadgorliwości lub niechlujstwa, ponieważ źle skojarzono jakieś podejrzane nazwisko. Trafili na nią, na przykład, zmarły w sierpniu 2009 roku brat byłego prezydenta USA senator Edward Ted Kennedy, kongresmen John Lewis, jego kolega Donald Young, znany kanadyjski dziennikarz telewizyjny Patrick Martin (podejrzany omyłkowo o członkostwo w irlandzkiej IRA), były piosenkarz Cat Stevens po przejściu na islam, a przy okazji i senator Ted Stevens, skojarzony z nim przez zbieżność nazwisk, i wielu, wielu innych, w tym oficerowie armii amerykańskiej pełniący służbę za granicą albo otwarci krytycy wojny w Iraku. Obecność na takiej liście, jeżeli prowadzi się interesy, to praktycznie śmierć cywilna, dla wszystkich pozostałych zaś swego rodzaju areszt domowy. Oto nowy porządek świata.

Dotknięty nadgorliwością urzędników senator Ted Kennedy, postać przecież nietuzinkowa, powszechnie w USA znana, potrzebował ponad trzech tygodni, aby doprowadzić do skreślenia go z listy, a i tak stało się to w miarę szybko dzięki jego pozycji, stosunkom i niemałym możliwościom. Wystąpił w swojej sprawie oficjalnie w Senacie. Wytknął władzom, że w podobnej sytuacji znalazło się co najmniej siedem tysięcy Amerykanów, używających jak on zdrobnienia Ted zamiast pełnego imienia Edward przy nazwisku Kennedy, bo jakiś Ted Kennedy był na celowniku czujnego urzędu. Można sobie wyobrazić temperaturę wielu scen na lotniskach, kiedy brat byłego prezydenta Johna F. Kennedy’ego i jeden z najbogatszych Amerykanów bezpardonowo zostaje cofnięty od bramki, ponieważ nieubłagany komputer wyrzuca informację, że jest na liście podejrzanych o terroryzm i ma zakaz podróżowania samolotami.

Szczególnie przy tym niepokoi fakt, że coraz bardziej wymyślne kontrole wprowadzane są bez większego rozgłosu, poza debatą publiczną, co wprawdzie nadal nas bulwersuje, ale już nawet specjalnie nie dziwi; tak jak na przykład zarządzone całkiem niedawno przez Komisję Europejską badanie podróżnych pod kątem ich kontaktu z materiałami wybuchowymi. Nowość, która staje się już smutną rutyną. Przy bramkach na lotnisku spotykamy więc personel z niewielkim urządzeniem w rękach. Na zasadzie przypadku, widzimisię lub uznania urzędnika poszukują oni na dłoniach, nogach i ubraniu podejrzanie wyglądających pasażerów niebezpiecznych śladów, jakie pozostawiają różne środki wybuchowe, nawet kilkanaście dni po kontakcie z nimi i po wielokrotnym myciu rąk. Drobinki z detektorów wędrują następnie do analizy do stojących tuż obok niewielkich skrzynek. I dopiero negatywny wynik kontroli pozwala na dalszą podróż. Pozytywny definitywnie wyklucza i otwiera przepaść długotrwałych tłumaczeń. Niewykluczone, że w rezultacie znajdziemy się na No Fly List.

Specjaliści od tej nowej formy przedlotniczej wiwisekcji twierdzą, że skrzynka jest tak czuła, iż potrafiłaby odnaleźć ślady przysłowiowej kostki cukru rozpuszczonej w basenie. Ów prawdziwy cud techniki sprawia, że poza zwyczajowymi oględzinami na lotniskach dodatkowym kontrolom podlega od dziesięciu do piętnastu procent więcej podróżnych, co o tyle samo wydłuża czas oczekiwania w kolejkach. Mała niepozorna skrzyneczka, wielkości kartonu z butami, odczytująca najdrobniejsze nawet ślady substancji wybuchowych kosztuje mniej więcej tyle, ile dobry samochód średniej klasy, na razie więc nie każde lotnisko na nią stać. Na razie, ale to żadna pociecha.

Rocznie przemieszczają się po świecie w samolotach cztery miliardy ludzi, więcej niż co drugi Ziemianin, a tendencja jest wciąż wzrostowa. Samolot, niegdyś luksus dla niewielu, stał się dziś zapchanym autobusem, spóźniającym się pociągiem, brudną taksówką, regionalną podwodą. W pierwszych latach alarmu antyterrorystycznego poszukiwano na lotniskach bomb wyglądających jak bomby. Dziś mogą to być: szminka do ust, długopis, laptop, but, grzebień, spinka do włosów, pasek do spodni, kosmetyk, lekarstwo, puszka piwa. Terroryści zmienili taktykę i dostosowali się do nowych warunków, to znaczy nowych, czułych skanerów.

Ten swoisty wyścig Zła z Dobrem o to, kto kogo przechytrzy we wniesieniu na pokład niebezpiecznej substancji lub przedmiotu, prowadzi również do sytuacji kuriozalnych. Podczas gdy w USA, Kanadzie, Unii Europejskiej czy Izraelu, w państwach, które na to stać, podlegamy coraz bardziej wymyślnym kontrolom, gdzie indziej, tam, gdzie biedniej, luki w zapewnieniu bezpieczeństwa stają się coraz większe. I łańcuch pęka. Cóż nam po wysokich standardach kontroli w domu, kiedy na przykład wszystkie inne lotniska poza obszarem Unii (z wyjątkiem już wymienionych państw) traktowane są jako unclean airports, mało bezpieczne. W podróżach między USA a Unią czy Izraelem, a także kilkoma innym państwami obowiązuje wprawdzie zasada one stop security – restrykcyjne kontrole na lotniskach są respektowane przez drugą stronę – ale kiedy przylatujemy z „nieczystego” lotniska, choćby z Ankary do Frankfurtu, i chcemy lecieć dalej, do Amsterdamu lub Brukseli, podlegamy kolejnej kontroli, można powiedzieć, że tej właściwej, aby broń Boże nie wymieszać się z pasażerami, którzy są „czyści” według restrykcyjnych przepisów. Takimi wątpliwymi pod względem standardów bezpieczeństwa lotniskami są, obok setek innych, wszystkie w krajach typowo wypoczynkowych, takich jak: Tunezja, Maroko, Dominikana, Kuba czy Egipt, masowo odwiedzanych przez turystów.

Tymczasem, jak uczy ostatni przypadek rosyjskiego samolotu rozerwanego nad Synajem pod koniec października 2015, zagrożenie nie pochodzi dziś wyłącznie czy przede wszystkim od pasażerów, choć oczywiście ich bierze się pod lupę w pierwszej kolejności. To personel lotnisk jest coraz bardziej niepewny i podejrzany, ma bowiem najwięcej okazji i możliwości ominięcia wyszukanych barier i punktów kontroli. W przygotowaniach do lotu zaangażowanych jest średnio ponad dwieście osób z różnych służb pomocniczych. Ich pracownicy przechodzą w różnych strefach lotniska wielokrotne kontrole, sprawdzani są regularnie przez służby specjalne, ustawicznie weryfikowani, wymieniani, co z jednej strony świadczy o przezorności, ale z drugiej, co o wiele smutniejsze, o bardzo realnym zagrożeniu płynącym właśnie z ich strony. Życiorysy zamachowców belgijskich są z tego punktu widzenia wręcz podręcznikowe. Na lotnisku w Zaventem w obsłudze naziemnej pracuje bardzo wielu muzułmanów i właśnie spośród nich rekrutowali się złoczyńcy.

Jeżeli nawet kontroli bagaży i cateringu dokonują wysoko wyspecjalizowane maszyny, reagujące na minimalne nawet ślady środków wybuchowych, to weryfikacji tych ustaleń dokonuje człowiek, a ten – poza celowym działaniem – może się po prostu mylić lub nie być w stanie, z uwagi na brak wystarczającej wiedzy, na przykład z chemii, właściwie rozpoznać zagrożenia. Można sobie więc wyobrazić, że terrorystom, tak jak w Belgii, bardziej zależy dziś na przeniknięciu właśnie w szeregi obsługi naziemnej niż na przemyceniu ładunku wybuchowego w niedopitych butelkach wody mineralnej, masowo odbieranych podróżnym na lotniskach podczas wstępnej selekcji, nie mówiąc już o innych napojach, paście do zębów, dezodorantach, perfumach czy kremach wrzuconych do torebek przez zwykłe roztargnienie, co wywołuje ustawiczne protesty podróżnych.

Czasem są sytuacje naprawdę groteskowe. Pamiętam, jak podczas jednej z wizyt grupy brukselskich korespondentów zagranicznych w Warszawie przed odlotem z lotniska Chopina odebrano nam prezenty otrzymane od rządu polskiego – pamiątkowe butelki żubrówki w pięknych drewnianych skrzyneczkach z grawiurą potwierdzającą, że ten tradycyjny gift pochodzi od Polish government. Wręczono nam je w ostatniej chwili już na lotnisku, nie było czasu schować ich do bagażu, mieliśmy je przy sobie w torebkach, zatem powędrowały, mimo protestów kolegów, do kosza. Był to oczywiście kompletny bezsens, każdy wiedział i widział, że jest to tylko polska wódka, kontrolerzy – wówczas jeszcze ze Straży Granicznej – byli jednak nieubłagani, a może i bezradni: to przecież „wy tam w Brukseli” wydaliście takie zarządzenie, odpowiadali zbulwersowanym dziennikarzom, usiłującym jeszcze walczyć o skromny rządowy upominek, tak rzadki w stolicy Unii, przypominając, że to nie media decydują o kontrolach na lotnisku. Protesty zdały się na nic. Butelki powędrowały do koszy, a gdzie dalej – Bóg raczy wiedzieć, może z powrotem do rządowego magazynu… A przy okazji: na lotniskach zachodnich mała butelka wody mineralnej oferowana w stoiskach tuż przy bramce kosztuje pięć euro! Dlaczego? Dlatego że wyjątkowo dużo czasu i energii pochłaniają kontrole produktów i towarów dostarczanych do sklepów w strefach tylko dla pasażerów, za co w ostatecznym rachunku płacą właśnie oni, kupując bilety i sięgając po napój przed podróżą. Cóż za wyzysk. Można się jedynie pocieszyć, że to woda „bezpieczna”, można pić, ile dusza zapragnie.

Ale restrykcyjne kontrole na lotniskach mają przynajmniej ten skutek, że czynią z nich obiekty dla potencjalnych terrorystów coraz mniej interesujące, chociaż w wypadku sukcesu, jak na brukselskim lotnisku w Zaventem, skutki bywają, niestety, niezwykle groźne i spektakularne. Skoro trudno przeniknąć do samolotów, terroryści wysadzają się na lotniskach; złowieszczy symptom, i w gruncie rzeczy nie do opanowania. Gromadzimy się bowiem nie tylko na lotniskach, nie tylko w kinach, na ulicach, w metrze, także na dworcach, w kościołach, na przystankach, w pociągach, tramwajach czy na stadionach. Terrorystom wystarczą: place, restauracje, muzea, targi uliczne, sale widowiskowe. Właściwie każde takie skupiające ludzi miejsce nadaje się do ataku. I do tego, aby umrzeć.

Krąg podejrzanych staje się coraz szerszy i tak już, niestety, zostanie. W 2016, na długo przed zwycięstwem Donalda Trumpa, nadeszła z Waszyngtonu wiadomość o wyłączeniu z amerykańskiego programu bezwizowego Visa Waiwer Programm,VWP, wszystkich tych, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat podróżowali do Iraku, Iranu, Syrii, Sudanu, i to niezależnie od celu podejmowanych podróży. Wykluczeni z niego zostali również posiadacze podwójnego obywatelstwa, jeżeli to równoległe pochodzi z jednego z wymienionych państw. Program VWP umożliwiał dotychczas w miarę bezrestrykcyjne przyjazd i pobyt – do dziewięćdziesięciu dni – obywatelom pięćdziesięciu państw, w tym większości krajów unijnych korzystających wcześniej z ruchu bezwizowego. Wprowadzono go dla złagodzenia ograniczeń będących skutkiem alertu antyterrorystycznego. Już więc za prezydenta Baracka Obamy sytuacja uległa drastycznej zmianie na niekorzyść, a kłopoty z uzyskaniem zezwolenia na wjazd do USA mają od tego czasu również dziennikarze, z małymi wyjątkami dyplomaci i członkowie sił zbrojnych, a także pracownicy i wolontariusze organizacji humanitarnych, jeżeli przebywali w tych czterech państwach także wtedy, gdy udali się tam służbowo lub w oficjalnych misjach. Każdy przypadek rozpatruje indywidualnie US Department of Homeland Security. A ponieważ zły pieniądz wypiera dobry, restrykcje rodzą restrykcje, przyszła kolej na następne ograniczenia zarządzone w 2017 przez prezydenta Trumpa. Media, które go nie lubią, nie wspominają o wcześniejszym dekrecie Obamy, koncentrując się wyłącznie na „antymuzułmańskich” wysiłkach obecnego prezydenta.

Trudno się dziwić Amerykanom, skoro obywatele krajów europejskich ćwiczą się w mordowaniu w Syrii i Iraku. Belgom także. Jeszcze przed marcowymi zamachami opinia publiczna bez większej ekscytacji przyjęła do wiadomości zapowiedź belgijskiego ministra spraw wewnętrznych, że pod koniec 2016 na stołecznym lotnisku w Zaventem wprowadzone zostanie obowiązkowe skanowanie twarzy wszystkich podróżnych udających się do krajów pozaeuropejskich i przybywających stamtąd do Belgii – niezależnie od tego, czy podróżny jest obywatelem Unii ze strefy Schengen, czy nie. W końcu terroryści europejscy legitymują się takimi samymi jak nasze paszportami. Mordercze zamachy potwierdziły tylko słuszność tej decyzji. Procedurą objętych zostanie około pięćdziesięciu tysięcy osób dziennie. Na razie. Niebawem może się okazać, taka jest bowiem logika walki z terrorem, a więc i odpowiadająca jej tendencja, że kontroli tego rodzaju będą poddani wszyscy, również dzieci i starcy. Pierwszych bowiem łatwo namówić, drugim jest wszystko jedno.

Kolejnym ograniczeniem swobody jest objęcie kontrolą na zewnętrznych granicach obywateli Unii przyjeżdżających spoza jej obszaru. W końcu terroryści są jej obywatelami, mają jej paszporty, jak potrzeba, to nawet kilka, nierzadko tak zwane prawdziwe fałszywe. Nasi współmieszkańcy z Molenbeek i innych podobnych dzielnic nie zapisali się jakimikolwiek osiągnięciami w polityce zbliżania narodów, nie zabiegali o zniesienie granic ani o wolny przepływ osób w granicach Unii, wnoszą jednak swój wielki wkład w ich likwidację. Tak właśnie, krok po kroku, mieszkańcy równoległego świata, dezorganizują nasze życie i pozbawiają nas swobód. Nowy porządek świata.

Wróćmy do Brukseli. Poszukiwany przez wszystkie możliwe służby Salah Abdeslam, kolega zabitego w akcji policji francuskiej Abdelhamida Abaaouda, przywódcy grupy terrorystów w stolicy Francji, nasz współmieszkaniec z Molenbeek, stał się najbardziej znaną twarzą w kraju. Zanim został po czterech miesiącach poszukiwań zatrzymany, ludzie „widzieli” go wszędzie, nawet w Niemczech i Holandii. Abdeslam brał udział w zamachach przy paryskim stadionie Stade de France, gdzie miało dojść do niewyobrażalnej rzezi, ale ostatecznie zrezygnował. Dlaczego, nie wiadomo, nadal milczy. Jego kolega z Molenbeek Bilal Hafdi – Abdeslam działał z nim w parze – zdążył wysadzić się w powietrze przed stadionem, aby nie wpaść w ręce policji.

Matka Hafdiego odpowiedzialnością za śmierć syna obciążyła naturalnie społeczeństwo belgijskie. Sobie nie miała nic do zarzucenia. Jak mówiła, wychowała go dobrze, na porządnego człowieka, ale zły świat zewnętrzny sprawił, że stał się ofiarą obcego społeczeństwa, które go odrzuciło. Sama zresztą również nie czuje się jego częścią. To mantra ukuta przez niepoprawnych humanistów i chętnie przez środowiska muzułmańskie powtarzana: nie morderca jest winien, lecz ofiara. Równie typowa jest „niewiedza” o tym, co dzieje się we własnej rodzinie, Hafdi bowiem oszukał matkę, jak przyznała. Kiedy miał zniknąć na długo, powiedział jej, że jedzie na wakacje do Maroka, a tymczasem przez dziewięć miesięcy szkolił się wśród braci dżihadystów w Syrii. Matka dowiedziała się ponoć o synu terroryście dopiero, gdy go straciła – jak my wszyscy. Taka wersja czyni ją na równi z nami ofiarą, podobnie jak i wszystkich jego bliskich i dalszych kuzynów. Bilal Hafdi miał tylko dwadzieścia lat – w tym wieku więzy w islamskiej rodzinie są niezwykle silne – i razem z Salahem Abdeslamem wybrał się do Paryża na wojnę z nami, niewiernymi. Jego „męczeńska”, samobójcza śmierć otworzyła drzwi do raju całej rodzinie, ale o tym matka Bilala dziennikarzom nie wspomniała.

Bliscy znajomi terrorysty mówili reporterom, że również Abdeslam uległ zepsuciu „w grzesznym świecie”, czyli w naszym otoczeniu wiadomo, jedyne czyste i święte jest ich własne i zanim wszedł na drogę życiowej poprawności, powracając do islamu, niewiele sobie robił z jego rygorów, pił i palił, zażywał nawet narkotyki, leniuchował, no i podrywał łase na muzułmanów chrześcijanki. Picie alkoholu jest oficjalnie w Koranie zakazane, zresztą żaden Kościół nie popiera opilstwa, ale całkowita rzekomo muzułmańska abstynencja to często zwykła hipokryzja. Bezpośrednio przed zamachami w Paryżu Abdeslam zabawiał się w gejowskim klubie w Brukseli i flirtował z mężczyznami. To oczywiście również, nic szczególnego, wielu Marokańczyków to robi, mają powodzenie. Tyle że do takiego stylu życia, wydawałoby się, nie pasuje za bardzo pas szahida, owa VIP-owska ścieżka do raju, ten szczególny rodzaj religijnego uświęcenia. Nie pasuje oczywiście przed wejściem na drogę „męczeńskiej” śmierci, ale po przejściu odpowiedniej indoktrynacji religijnej zwerbowany do walki z niewiernymi staje się innym człowiekiem, gotowym do zmycia i odkupienia grzechów. I taka przemiana stała się udziałem również Abdeslama.

„Belgia jest wylęgarnią terrorystów islamskich”, piszą zachodnie gazety z jakąś nieskrywaną złośliwą satysfakcją, jakby ten niewielki, wielojęzyczny, kolorowy i wielokulturowy kraj odpowiedzialny był za całe islamskie zło i nie radził sobie z nim, bo – w podtekście – nie za bardzo wie jak i nie za bardzo chce. Prasa francuska twierdzi, jak zwykle ironicznie, że Belgia przygotowana jest do walki z terroryzmem islamskim w takim samym stopniu, a nawet gorzej, jak Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Podobnie piszą inni, zwłaszcza ci daleko od Europy. To przygnębiająca konkluzja.

Skoro bowiem Belgia, ta Europa w pigułce, baza niezliczonych służb i wywiadów, nie radzi sobie z zagrożeniem, to problem ma również Europa duża, gdzie to nasycenie jest nieco mniejsze. I w rezultacie poszerza się przestrzeń chaosu. Stan zagrożenia, okresowo podwyższany, staje się czymś normalnym, by nie powiedzieć, że naturalnym. Strzelają w Paryżu, poszukują w Brukseli, zamykają stadion w Hanowerze, główny dworzec w Monachium, boją się w Warszawie. Terrorysta atakuje w Sztokholmie, włoscy karabinierzy chwytają za broń. I jeszcze gorzej. Terroryści wysadzają się na lotnisku w Brukseli, a cały kraj, dosłownie cały – sparaliżowany. „Sytuacja dramatycznie się zmieniła, teraz nie wiem już, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem”. „Po raz pierwszy w życiu boję się”. „Ostatnia noc pokazała, w jakim świecie teraz żyjemy”. Niemieckie gazety cytowały te wypowiedzi mieszkańców Monachium po alercie antyterrorystycznym w noc sylwestrową w 2015. A przecież akurat tam nie wybuchła żadna bomba, alert ogłoszono na wszelki wypadek. Tym bardziej warto te zdania raz jeszcze powtórzyć, bo świadczą o ludzkim strachu i chaosie. Zanotowane zostały w Monachium, ale mogły paść w miastach wielu innych krajów europejskich i wszędzie brzmiałyby podobnie.

Wydarzenia w stolicy Bawarii są szczególnie symptomatyczne, wręcz wzorcowe dla życia w przestrzeni nowego groźnego porządku – strach nie jest tylko belgijski. Przez dwa dni na przełomie 2015 i 2016 główny dworzec miasta i jeden z najważniejszych podmiejskich został zamknięty, ewakuowano okoliczne budynki. Spodziewano się zamachów. Policja bawarska postawiła na nogi swoje najlepsze oddziały, uruchomiono sztab kryzysowy, tysiące ludzi nie mogły wyruszyć w drogę, mieszkańcy miasta ograniczyli spacery i zakupy, wszyscy czekali na dramat, na dokonanie się oczekiwanego lub na uwalniający od strachu komunikat. Po trzech dniach alert odwołano, policja podjęła poszukiwania siedmiu niezidentyfikowanych mężczyzn, których obecność sparaliżowała miasto, określanych między wierszami jako imigranci z Iraku zamierzający dokonać zamachów.

Czekano na te zamachy, obawiano się ich, miasto zamarło. A kiedy żadna bomba nie wybuchła i mogło podnieść się z omdlenia, pojawiło się pytanie, skąd w ogóle przyszedł sygnał ostrzegawczy, komu miasto zawdzięczało trzydniowy paraliż i związane z wielogodzinnym niebytem koszty. Policja i służby wskazywały najpierw na siebie, potem na zagraniczne źródło – miały nim być zaprzyjaźniona służba francuska czy bliżej nieokreśleni konfidenci „na południu Niemiec”. Życie wprawdzie uczy, że takim szczątkowym wyjaśnieniom nie można za bardzo ufać, dezinformacja jest przecież skuteczną formą walki, ale kolejna wiadomość o przecieku z Iraku wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie prasy, ponieważ sugerowała sprawność pracy operacyjnej. Ostatecznie do kraju napłynęły przecież setki tysięcy niezidentyfikowanych osobników, polityka otwartych drzwi ogłoszona przez kanclerz Merkel zaczynała przynosić swoje zepsute owoce, zbagatelizować więc zagrożenia nie było wolno. Wkrótce okazało się jednak, że alarm ogłoszono w wyniku niezbyt podejrzanego zdarzenia, co świetnie ilustruje naszą nową codzienność i nienormalną normalność życia w chaosie.

Co stało się źródłem paraliżu Monachium? Otóż w okresie świąt bożonarodzeniowych pewien przebywający w Niemczech Irakijczyk zadzwonił do policji w Badenii-Wirtembergii, kilkaset kilometrów od stolicy Bawarii, z informacją, że w drodze do Monachium są zamachowcy, jedni z tych witanych na dworcach kubkami kawy, i że jego brat mieszkający w Iraku zna ich nazwiska i dokładne miejsca planowanych ataków samobójczych. Powiedział też, że zostaną one przeprowadzone w okolicach święta Trzech Króli. Wyznaniom tym z początku nie bardzo chciano dać wiarę, ale terror islamski to nie są bajki ani majaczenia, to przecież megaterror, policja musi być nad wyraz czujna. Ostatecznie więc odpowiednie służby zadzwoniły do Iraku do brata informatora dobroczyńcy i odbyły z nim rozmowę, podczas której, jak się zdaje, uzyskały potwierdzenie. Daleki brat musiał brzmieć w miarę wiarygodnie, skoro służby, nie znając człowieka ani nie dysponując żadnymi innymi elementami potrzebnymi do właściwej oceny sytuacji, postanowiły mieć się na baczności i pobrać z magazynów ostrą amunicję. W efekcie Monachium zastygło w oczekiwaniu na zaplanowaną w dalekim Iraku terrorystyczną zbrodnię.

Łatwo sobie wyobrazić tę rozmowę prowadzoną, za pośrednictwem satelitów i tłumaczy, przez niemieckich agentów z mieszkańcem dalekiego Iraku, śpieszącym ostrzec gościnnych Bawarczyków przed terrorystami. Zapewne zdołano ustalić i potwierdzić jakoś jego tożsamość, postarano się o jakieś dowody jego wiarygodności, skoro wyciągnięto takie a nie inne wnioski. Czy była też i druga informacja od tak zwanej zaprzyjaźnionej służby, potwierdzająca wyznania tak bardzo przyjaznego Niemcom Irakijczyka, nie ma większego znaczenia. Wszystko bowiem, co wydarzyło się w związku z alertem antyterrorystycznym w Monachium, potwierdza, że chodziło o prawdziwy fałszywy alarm, celowe wprowadzenie w błąd władz miasta, jego mieszkańców i policji. O epidemię strachu i trzydniowe wyłącznie z obiegu. Wprawdzie podjęto poszukiwania terrorystów-fantomów o podanych przecież policji nazwiskach, ale już bez przekonania – co nie dziwi – i bez rezultatów.

Jakby tego było mało, tydzień po nerwowych nocach w Monachium turecka gazeta „Hurriyet Daily News” podała, że to akurat wywiad turecki, a nie żaden inny, udaremnił w sylwestrową noc zamach w Monachium i że miał on być tylko jednym z wielu. Kolejne samobójcze ciosy terrorystów spaść miały w Belgii, we Francji, w Wielkiej Brytanii, Austrii oraz w samej Turcji. Według tureckiej gazety trzydziestego grudnia (prawie tydzień po rewelacjach Irakijczyka) policja w Ankarze aresztowała dwóch członków tak zwanego Państwa Islamskiego. W komputerze znalezionym w mieszkaniu jednego z nich śledczy odczytali zapisy poczty elektronicznej, z których miało jednoznacznie wynikać, że w drodze do sześciu europejskich miast wśród rzekomych migrantów jest trzynastu zamachowców samobójców. Wszyscy mieli wysadzić się w powietrze wśród świętujących Nowy Rok radosnych tłumów. Gazeta twierdziła, że wywiad turecki na szczęście w porę powiadomił swoich partnerów. W porę, czyli na dwadzieścia cztery godziny przed planowanymi rzekomo zamachami.

Bajka ta jest nie tylko naiwna, jest też bardzo niebezpieczna. Żadne bowiem służby, i to jednocześnie w sześciu stolicach europejskich, nie są w stanie w ciągu dwudziestu czterech godzin zapobiec takim atakom, chyba że informacja o nich jest blagą, jak w tym przypadku. Ale niestety, tego rodzaju niebezpieczny fakenews potrafi wpędzić w trwały niepokój i taki właśnie jest jego niszczycielski cel. Pokazuje też, jak łatwo cudze zasługi przypisać sobie, uczynić się niezbędnym partnerem w walce z terroryzmem, zagrać na strachu innych. A fakty? Alarm miał miejsce jedynie w Monachium, w pozostałych stolicach panowała cisza, nie ma śladów, aby dotarły do nich jakieś tureckie ostrzeżenia. Przeczytali o nich wszyscy kilka dni później w tureckiej gazecie. Chodziło więc o Niemcy, o chaos w Niemczech, konkretnie w Monachium. I to się udało.

Kilka dni później sprawa oficjalnie przycichła, ale strach wśród mieszkańców pozostał. Poczucia bezpieczeństwa i spokoju nie da się przywrócić, włączając po prostu zielone światło. Jak widać, życie w dużym mieście można w prosty sposób sparaliżować, czujność policyjną w prosty sposób wymusić, i to nawet bez opuszczania kryjówek. Niepotrzebny jest zamach bombowy jak w Brukseli. Wystarczy w miarę wiarygodna intryga lub informator trudny do weryfikacji. I tak właśnie było w tym przypadku. Informacja o zamachowcach to był zwykły fałszywy alarm, a dzielny Irakijczyk, jak się okazało, były konfident służb amerykańskich (stąd założenie, że jest wiarygodny) i stary hochsztapler usiłował jeszcze wyłudzić od Niemców sporo pieniędzy za swoje ostrzeżenie. Dowiedzieliśmy się o tym, czytając między wierszami oczywiście. Policja i służby nie miały się czym chwalić, a straszący przy tej okazji apokalipsą eksperci natychmiast zapadli się pod ziemię. I o to właśnie chodziło. O chaos. Uprzejmy Irakijczyk nie był tylko naciągaczem i fantastą. Nie można bowiem wykluczyć, że za tym fałszywym alarmem stało Państwo Islamskie.

Pozbawić życia nasze miasta w nowym porządku świata można na wiele sposobów. Nie muszą być bezpośrednio zaatakowane jak Paryż czy Bruksela. Monachium umarło na trzy dni bez eksplozji bomby. Strach przed terrorem, raz zapoczątkowany, szerzy się sam, bez wielkiego wysiłku i logistycznych przygotowań. Wszyscy znamy powiedzenie, że strach ma wielkie oczy. I już sam strach wystarczy w dużych miastach, aby miasta przestały funkcjonować.