Challenge Accepted! - Celeste Barber - ebook
Opis

Znają ją wszyscy, którzy mają profil na Instagramie. Szturmem podbiła Internet, publikując na swoim koncie ironiczne parodie zdjęć celebrytów. Beyonce, Celine Dion, Justin Bieber czy rodzina Kardashianów… Lista jest naprawdę długa. Jej profil na Instagramie obserwuje niemal 6 milionów osób. Celeste Barber, niekwestionowana królowa Instagramu wydała pierwszą książkę!

Znany na całym świecie projekt #CelesteChallengeAccepted rozpoczął się w 2015 roku. Prosta forma – kolaż złożony ze zdjęcia Celeste oraz jednej z gwiazd podkreśla absurdalność wizerunku kreowanego na Instagramie. Autorka kpi ze wszystkich: od Gigi Hadid, Miley Cyrus czy Gwyneth Paltrow po Jennifer Lopez.

Celeste w swoich zdjęciach nie idzie na kompromisy. Nie idzie na nie także w swojej książce. Jest szczera do bólu i niezwykle zabawna. „Challenge Accepted!” rozprawia się z niedorzeczną obsesją na punkcie sławy i „idealnego życia” prezentowanego w mediach społecznościowych. Zdradza własne sekrety na udane małżeństwo i opowiada o tych prawdziwych wyzwaniach, czyli: macierzyństwie, przyjaźni i miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Challenge Accepted!

Przekład z angielskiego: Agata Pryciak

Projekt okładki: Mark Campbell, HarperCollins Design Studio

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik

Zdjęcia: Corrie Bond, Vivien’s Creative

Fryzury: Brad Mullins, Vivien’s Creative

Makijaż: Filomena Patoli, Vivien’s Creative

© Celeste Barber 2018

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1201-0

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Dla Jojo, Marka i Nicka.

Wróćcie do mnie, szybko, muszę Wam tyle opowiedzieć.

Odcinek pilotażowy

Witajcie, wredne kocmołuszki… Dziękuję, że kupiłyście moją książkę (ewentualnie dziękuję, że udawałyście mile zaskoczone, kiedy wręczyła ją wam bratowa, która pewnie kupiła ją w ostatniej chwili, biegając w popłochu po lotnisku i usiłując nie spóźnić się na święta w rodzinnym ciepełku).

Założę się, że właśnie myślicie: „Och, znalazłam bratnią duszę!” – tyle tylko, że na widok okładki dotarło do was, że całkiem mi się we łbie poprzewracało. Co więcej, jestem pewna, że moja nauczycielka z podstawówki – nazwijmy ją po prostu Panią Liść Senesu – myśli sobie teraz: „O Boże, jeśli temu dziewuszysku udało się wydać książkę, to wszystko jest możliwe”. I ma Pani rację, wszystko jest możliwe, mimo że traktowała mnie Pani jak analfabetkę, a przecież było jasne, że miałam tylko dysleksję i zaburzenia koncentracji uwagi.

Ta książka bardzo dużo dla mnie znaczy, nie tylko dlatego, że dochody z niej pozwolą mi zapanować nad odrostami, ale również dlatego, że tylu życzliwych, przekochanych ludzi mnie wspierało. I do tego jeszcze kupiło książkę. (Lepiej, jeśli się wreszcie zamknę – rozklejam się już na samym początku).

Kiedyś już prawie napisałam książkę – na przerwach w podstawówce, które zazwyczaj spędzałam, przepisując zdanie: „Nie będę pyskować nauczycielowi. Nie będę pyskować nauczycielowi”. Szybko zapełniałam kolejne strony, dlatego mam nadzieję, że tym razem będzie podobnie.

Uwielbiam pisać. Może nie jestem literatką z prawdziwego zdarzenia, zapisuję słowa tak, jak wpadną mi w ucho, i chociaż autokorekta nie jest w stanie poprawić jakichś 98% tego, co napiszę, od zawsze wyrażanie siebie za pomocą kartki i długopisu sprawiało mi radość. Było tak do chwili, kiedy zaczęłam pisać tę książkę, a teraz jestem tak nieprawdopodobnie zestresowana, że mam ochotę schować głowę pod poduszkę i krzyczeć. Ale za to okładka jest super, co nie?

I jeszcze coś dla tych z was, które myślą: „O rany, wydałam pieniądze na książkę baby, której jedynym talentem jest robienie sobie wyjątkowo niekorzystnych zdjęć”. Bez obaw! Podejmę tu jeszcze wiele istotnych kwestii, zaczynając od tego, jak bardzo bogaty jest tak naprawdę Bill Gates, aż do tego, dlaczego laserowe usuwanie owłosienia jest bardziej skuteczne w przypadku ciemnych włosów niż jasnych[1]. Poniżej znajdziecie pięć powodów, dla których zakup tej książki był strzałem w dziesiątkę:

1. Wybrałaś się po nią do księgarni, juhu! Ktoś, kto udaje mądralę, ma większe szanse na potencjalne bzyknięcie. Jeśli kupiłaś ją przez Internet, po zakupie możesz po prostu spokojnie wrócić do oglądania Pornhuba[2] i sobie ulżyć – dla każdego coś miłego.

2. Jeśli już doszłaś do wniosku, że to totalna beznadzieja, możesz książkę oddać komuś w prezencie. Na przykład Grażynce w średnim wieku. One uważają, że jestem naprawdę spoko.

3. Kupując tę książkę, przyczyniłaś się do zakupu butów do szkoły dla moich dzieci. One również ci za to dziękują.

4. Twoi znajomi uznają, że jesteś feministką, a wszyscykochają feministki. Zapytaj Germaine Greer[3].

5. Jeśli Brandi Glanville (wygoogluj ją, będzie zachwycona) może napisać bestseller „New York Timesa”, to ja też mogę.

Rozdział o tym, jak myślałam, że wywinę się na drugą stronę

Nigdy specjalnie długo nie zastanawiałam się, w jaki sposób zaczyna się pisać książkę, zwłaszcza kiedy zaczyna się spisywać swój własny memuar. A już najmniej interesowały mnie memuary trzydziestosześciolatek. Może się to wydawać nieco dziwne, biorąc pod uwagę, że moja gwiazda wciąż nie rozbłysła, a ja dalej nie mogę zdecydować się na karierę w stylu nieco mniej cycatej Michelle Visage. Pomyślałam więc, że zacznę po prostu od jednej z moich ulubionych historii. Oto ona, opowieść o dniu, w którym pierwszy raz ujrzałam mojego syna, a moja niegdyś kształtna pochwa zmieniła się w wielką dziurę.

***

Czy ktokolwiek tak naprawdę planuje ciąże? Tak na serio? Śmiem twierdzić, biorąc pod uwagę własne doświadczenie, że zawsze są one cholerną niespodzianką. Na dodatek nie w stylu „kurier puka do mych drzwi z zapomnianą paczką, którą zamówiłam przez Internet kilka tygodni temu”, tylko raczej zaskoczeniem z rodzaju „przykro nam, ale właśnie skończył się bekon” w knajpce ze śniadaniami dwie ulice od domu. Na początku trochę nas to wytrąca z równowagi, ale wiadomo, że na dłuższą metę to najlepsze, co może nam się przytrafić.

Mam czwórkę dzieci. Dwóch własnych chłopców, którzy wydarli się na świat prosto z mojego wnętrza, plus dwie dziewczynki odziedziczone w pakiecie z moim mężem, Apim. Kiedy się poznałyśmy, Sahra miała dwa latka, a Kyah cztery. Jestem macochą, od kiedy miałam dwadzieścia jeden lat.

Mój pierwszy syn, Lou, przyszedł na świat w małym miasteczku w Australii. Api kupił dom na Wybrzeżu Środkowo-Północnym Nowej Południowej Walii, kiedy urodziła mu się pierwsza córka, a kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, przeprowadziłam się do niego. Te z was, które jednak wolą grać u siebie niż na wyjeździe, i które nie mają pojęcia, o czym ja w ogóle gadam, informuję, że Wybrzeże Środkowo-Północne to obszar położony na wschodnim skraju Australii, oddalony około 45 minut na południe od podstawowych wygód sanitarnych i jakąś godzinę dwadzieścia na północ od miejsca, w którym umierają wszelkie źródła inspiracji. Wyobraź sobie Paryż, wymaż całą kulturę, sztukę, fantastyczne jedzenie, metropolię tętniącą życiem oraz miejski zgiełk. Teraz dodaj drzewa, plażę, nastoletnie matki, dwie małoletnie pasierbice, ciasnotę umysłową, jedną jedyną sieć supermarketów i już tu jesteś!

Na Wybrzeżu Środkowo-Północnym nie dzieje się nic. Absolutnie nic. Jest to pociągająca wizja dla ogromnej rzeszy ludzi, ale ja do niej nie należę. Ja potrzebuję jakiegokolwiek zajęcia. Mieszkałam na totalnym zadupiu, byłam w ciąży i wychowywałam dwie dorastające dziewczynki. Moje hormony szalały jak wściekłe i musiałam skupić uwagę na czymkolwiek, byle tylko nie zacząć pakować walizek i nie oddalić się ociężałym krokiem, jak najdalej od tej naprawdę przesranej sytuacji. Dotarło do mnie, że nie wystarcza mi do szczęścia zwyczajne bycie w ciąży – postanowiłam wkręcić się w ciążę tak bardzo, żeby nie mieć już czasu na cokolwiek innego niż zajmowanie się chwalebnym aktem kreacji, a co mi tam!

Zapisałam siebie i Apiego do szkoły medytacji prenatalnej i szybko staliśmy się jedną z tych par, które zachowują się, jakby to one wynalazły połóg. Szkoła medytacji prenatalnej przypomina połączenie szkoły hipnozy prenatalnej oraz szkoły aktywnego porodu i jest super. To program edukacji okołoporodowej, który ma za zadanie przygotować przyszłych rodziców pod względem psychologicznym, emocjonalnym i fizycznym.

Szkoła medytacji prenatalnej uczy, jak podczas porodu skupić całą uwagę na samej sobie oraz na partnerze oraz jak doświadczyć porodu w czystej postaci – odrzucając strach i myślenie, że potrzebne są nam osoby trzecie i pomoc z zewnątrz. Pozwala nam uwolnić wiarę w samych siebie i wzmacnia wiarę we własne siły. Podejrzewam, że to wymysł Beyoncé.

Wiedziałam, że moje ciało zdoła dokonać wszystkiego tego, co konieczne przy narodzinach dziecka, obawiałam się tylko, że mój nadpobudliwy umysł dokona sabotażu na moich dobrych intencjach. Chciałam tak naturalnego porodu, jak to tylko możliwe, ale okazało się, że nie jestem wystarczająco wolną duchem hippiską, żeby to zrealizować. Kiedy moja położna zapytała mnie, jak wyobrażam sobie poród, odpowiedziałam: – Najlepiej, gdybym mogła urodzić w dziewiczym lesie Amazonii. Mówiąc „dziewiczy las Amazonii”, miałam na myśli „miejsce, w którym nie potrzeba lekarstw i wszystko przebiega w naturalny sposób w harmonii z otaczającymi drzewami i rozkosznymi oposami”, tyle tylko, że wyobrażałam to sobie jako pachnący kulturą las z ogrzewaniem i miłym gwarem dobiegającym z zewnątrz. W dodatku las powinien być wyposażony w automatycznie otwierające się drzwi prowadzące do sali operacyjnej pełnej lekarstw i wszystkich znieczulających dobrodziejstw tego świata, na wypadek gdybym miała zmienić zdanie. Okej?

Najbliższy szpital, w którym odbywały się moje wizyty kontrolne, był mikroskopijnym miejscem w pobliskim mieście i nie znalazłam w nim wystarczającej ilości lekarstw ani podgrzewanych podłóg, liczba oposów też była znikoma, a przede wszystkim brakowało w nim drzwi prowadzących do sal operacyjnych. Był to po prostu dziewiczy las Amazonii, zimny dziewiczy las Amazonii. A nikt nie chciałby rodzić w zimnym lesie. Nikt. A ze względu na moje problemy sercowe – teraz już pewnie nie możesz się oderwać od tej historii! – lekarze obawiali się, że cały ten wysiłek podczas porodu może sprawić, że serce zwyczajnie mi wybuchnie (przysięgam, to dokładne słowa lekarzy). Zostałam więc sklasyfikowana jako przypadek wysokiego ryzyka i nie dostałam pozwolenia na poród w Szpitalu Dziewiczego Lasu Amazonii. Musiałam jechać do większego szpitala, Szpitala Pełnego Lekarstw, zaopatrzonego w pierwszorzędną morfinę i wszelkiej maści dragi czekające w pogotowiu.

Szpital Pełen Lekarstw znajdował się godzinę drogi od nas, postanowiliśmy więc odbyć wszystkie wizyty poprzedzające narodziny w Szpitalu Dziewiczego Lasu Amazonii, a Szpital Pełen Lekarstw zostawić sobie na czas darcia ryja i wypruwania flaków.

***

W obliczonym dniu rozwiązania obudziłam się rano i zaczęłam rodzić. Odbębniliśmy ceremonialny spacer, sesję jogi dla ciężarnych, zjedliśmy chilli con carne, Api sugerował seks, ja w odpowiedzi usiłowałam zabić go wzrokiem – zrobiliśmy wszystko to, co jest wskazane w przypadku próby przyspieszenia porodu. Api zniknął z deską uroczyście posurfować, moja mama rozmasowała mi plecy… Standardowe czynności z serii „Chyba rodzę”.

Po całym dniu pod hasłem „Kurde, rodzę!” zdecydowaliśmy się wyruszyć do Szpitala Dziewiczego Lasu Amazonii. Musiałam zapytać lekarza, czy rzeczywiście rodzę, czy to tylko gazy (cóż, nie po raz pierwszy myślałam, że rodzę, tyle tylko, że zawsze okazywało się, iż po prostu odbija mi się przetrawioną fasolą z wczorajszego burrito).

Jak już mówiłam, Szpital Dziewiczego Lasu Amazonii był zimny i cichy. Nienawidzę zimna i ciszy. Zimno i cisza nie działają na mnie uspokajająco, przerażają mnie do granic możliwości. Kiedy planuję trzydzieste urodziny bądź zamierzam wydać na świat człowieka, rozglądam się za ciepłem i gwarem. Od razu pociesza mnie myśl, że wokół mnie będzie się dużo działo. Lubię, kiedy jest tłoczno; łatwiej jest mi się zrelaksować i „zajrzeć w głąb siebie”. Żadna liczba lawendowych świec nie potrafi zrelaksować mnie w taki sposób jak fluorescencyjne światło i pudrowy błękit szpitalnej koszuli nocnej, w akompaniamencie krzyków: „TERAZ PRZYJ!”, dochodzących z sąsiadujących sal porodowych.

Brenda, położna w Szpitalu Dziewiczego Lasu Amazonii, była do niczego. Wszystko mnie bolało, byłam przerażona i było mi potwornie zimno, a ona miała to zupełnie gdzieś. Może i nie jestem pierwszą rodzącą osobą na świecie, i sama nie wpadłabym na takie rozwiązanie – wszyscy wiemy, że poród został wynaleziony przez Tinę Knowles, matkę Beyoncé – ale się bałam i liczyłam na jakiekolwiek pocieszenie bądź zrozumienie. No i chociaż na filiżankę herbaty z mlekiem i miodem w osobnych dzbanuszkach. #labourdiva (divanaporodówce). Cóż, Brendzie najwyraźniej to zwisało.

Zaraz po moim przyjeździe zapytała, czy odszedł mi już „korek”. W odpowiedzi przeszłam natychmiast do trybu „ustawienie domyślne” – kiedy czuję się niekomfortowo, nie potrafię powstrzymać się od głupich żartów. Api od razu wiedział, co się szykuje.

Ja: Cóż, zależy, jaki korek ma pani na myśli.

Pielęgniarka: Co takiego?

Api: O Boże…

Ja: Czy po drodze były korki, kiedy ostatnio wyciągałam korek z butelki wina…

Api: Przestań, proszę.

Pielęgniarka: Słucham?

Ja: Jednego takiego korka też tu ze sobą przyprowadziłam…

Api: Nienawidzę cię.

Pielęgniarka: Czy znalazła pani duży fragment śluzu na bieliźnie? Czop śluzowy? KOREK?!

Ja: A… To nie.

Pielęgniarka: Cóż, wobec tego muszę panią zbadać, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście zaczął się poród.

Ja: Ale jestem akurat pewna, że…

I w tej właśnie chwili wepchnęła mi do środka dwa paluchy w gumowej rękawiczce. Wyciągnęła rękę i pomachała mi palcami przed nosem – została na nich resztka mojej godności i poczucia własnej wartości oraz coś, co wyglądało jak ostryga. Oznajmiła: – Tu ma swój korek. Następnie wyszła z sali, zamykając za sobą drzwi.

Spojrzałam na Apiego i zanim jeszcze zdążyłam mu zasugerować, żebyśmy natychmiast stąd spieprzali, już pakował moje rzeczy. Pomógł mi się stoczyć z łóżka i kazał obiecać, że nigdy, przenigdy już nie będę próbowała stroić sobie żartów w szpitalu, na co oświadczyłam, że w sytuacji, kiedy kobieta o imieniu Brenda właśnie wsadziła mi pięść w dupę, nie mogę mu składać żadnych obietnic.

Wróciliśmy do domu, gdzie moja matka w huraganowym tempie zebrała nasze rzeczy, zapakowała je i nas do samochodu i wysłała do Szpitala Pełnego Lekarstw. Podróż trwała 353837 godzin i wszystko było winą Apiego. Na tylnym siedzeniu brakowało miejsca, wina Apiego. Skurcze były bolesne, wina Apiego. Byłam w ciąży, wina Apiego. Kryzys w Syrii? To. Wina. Apiego.

Dojechaliśmy w końcu do Szpitala Pełnego Lekarstw, gdzie było zimno i cicho. Jezu, o co chodzi z tymi zimnymi i cichymi szpitalami?! Musieliśmy nacisnąć kilka dzwonków i przedrzeć się przez kilka par drzwi, aby wejść do środka, ale kiedy udało nam się dotrzeć do sali porodowej, bo wszystko wyglądało jak w oku ukrytej kamery, nareszcie poczułam ulgę. Położne biegały pomiędzy salami, opuszczeni, zagubieni i zmęczeni mężczyźni łazili bezcelowo po korytarzach, dzwoniły telefony i wszyscy naprawdę głośno gadali. BUM! Byłam bezpieczna, wreszcie zrozumiałam, że dam radę! Wciąż nie było tak ciepło, jak liczyłam, że będzie, ale przecież nie będę rozmieniać się na drobne – za kilka chwil mieli mnie rozpruć z południa na północ. Znalazła nas nasza położna, Wendy, a kiedy wręczyłam jej plan porodu, wykazała pełne zrozumienie dla wytycznych szkoły medytacji prenatalnej i gorąco pochwaliła naszą decyzję o rodzeniu w wodzie. Wiem to, ponieważ powiedziała: „W pełni rozumiem wytyczne szkoły rodzenia i naprawdę gorąco popieram waszą decyzję o rodzeniu w wodzie”. Wcale nie tęskniłam za Brendą, fanką fistingu, o nie. Wendy w jednej chwili zmieniła się w mojego adwokata i zaczęła dyktować Apiemu, czego się po nim spodziewamy, zanim jeszcze w ogóle weszliśmy do sali porodowej.

Wendy: W porządku, tatku, mama będzie potrzebowała w trakcie tego cudownego wydarzenia twojego wsparcia, więc żadnego dotykania ani zagadywania jej podczas skurczów, jasne?

Api: Jasne.

Wendy: Jasne. A teraz, mamo, pamiętaj, żebyś…

Poczułam, jak nadchodzi kolejny skurcz, było mi zimno i nie byłam w nastroju na żarciki Wendy.

Ja: Wendy, muszę przerwać ci już w tej chwili. Doskonale wiem, o czym należy pamiętać, w dodatku z mojej cipki za chwilę wystrzeli ludzka istota, więc proszę, DAJCIE MI TROCHĘ PRZESTRZENI!

Koniec skurczu. Możliwość dozgonnej przyjaźni z Wendy poważnie nadszarpnięta.

Po kilku kolejnych skurczach, które minęły nam w podobnej atmosferze, Wendy musiała opuścić naszą salkę na chwilę, żeby zająć się oddziałem pełnym piętnastolatek, którym też było widać już główki. Całe szczęście. Dzięki temu mogliśmy pobyć przez chwilę we dwoje i zająć się tym, co było nam w tamtej chwili najbardziej potrzebne, to znaczy Api poszedł spać, a ja krążyłam po pokoju jak słonica, która próbuje coś udowodnić światu.

Przez następne pięć godzin zajmowałam się głównie chodzeniem, krzyczeniem, wrzeszczeniem, podskakiwaniem na piłce porodowej, kopaniem piłki, wchodzeniem pod prysznic, wychodzeniem spod prysznica, zepsuciem prysznica, wchodzeniem na piłkę, Api natomiast spał. Wendy zajrzała do mnie jeszcze kilka razy z telefonem wciśniętym między bark i ucho, zajęta rozmowami z ciężarnymi nastolatkami. Okazuje się, że Wybrzeże Środkowo-Północne to ruchliwe miejsce obfitujące w przerwane błony dziewicze i dojrzewające szyjki macicy.

Po siedmiu godzinach skurczów Wendy wróciła, a ja MIAŁAM DOSYĆ.

Ja: Wendy, nie dam rady.

Wendy: Zdaje się, że to już ostatnia prosta, kochana.

Ja: O czym ty mówisz?

Wendy: Kiedy zbliża się moment parcia, większość kobiet mówi, że nie da rady, ale ty dasz radę, dasz radę, kochanie.

Ja: Słuchaj, rozumiem i zdaję sobie sprawę, że większość osób mówi, że nie da rady, ale w końcu daje radę, i mówią tak dlatego, że się boją, ale ty musisz zrozumieć, że ja nie dam rady! Dlatego Api, zbieraj manatki, bo jedziemy do domu. API, OBUDŹ SIĘ, WYNOSIMY SIĘ STĄD!

Okazuje się, że Wendy miała wtedy rację. Zabawne… Naprawdę byłam na ostatniej prostej i niedługo miałam ujrzeć swoje dziecko. Rety! W ogóle mnie to nie pocieszyło. Wiedziałam, że za daleko już to zaszło i nie mam szansy na żaden z długiej listy szpitalnych prochów, więc szybko do mnie dotarło, że jedynym sposobem na przeciągnięcie tego dzieciaka na drugą stronę jest odprawienie pochwowego egzorcyzmu.

Naprawdę chciałabym powiedzieć, że myśl o kołysaniu mojego maleństwa w ramionach sprawiała, że ulatniał się ze mnie cały strach, który trzymał mnie za gardło i napełniała mnie wolą walki, dodając otuchy i sił. Tak nie było. Byłam skamieniała z bólu, piekielny, ognisty krąg rozpierał mnie od środka i brałam pod uwagę możliwość, że będę parła tak mocno, że rozsadzi mi tyłek!

Wendy kazała mi położyć się na łóżku, żeby sprawdzić rozwarcie. Po cichu i taktownie kopnęłam Apiego w tyłek, żeby się wreszcie – do cholery – obudził i żeby mógł potowarzyszyć mi w już drugiej sesyjce fistingu tego pięknego dnia. Owszem, Wendy miała rację, rozwarcie wynosiło osiem centymetrów, a ja byłam gotowa, by zanurzyć się w letniej kąpieli i na dobre się rozedrzeć.

Wendy zajmowała się wanną, Api krążył wokół mnie nieco ogłupiały – bądźmy jednak szczerzy i przyznajmy, że trudno jest wstać prawą nogą z popołudniowej drzemki. A ja kombinowałam, jak uciec przez otwarte drzwi.

Weszłam do wanny i nic się nie zmieniło. Jeszcze wtedy byłam przekonana, że wszystkie moje problemy znikną jak zły sen, kiedy znajdę się w wodzie, bo na nagraniach z narodzin właśnie tak mówią wszystkie kobiety. Jedna nawet miała orgazm podczas porodu. Kazałabym im wszystkim spadać na drzewo. Woda nie zmieniła niczego. Wciąż wszystko mnie bolało, było mi tak samo niewygodnie jak wcześniej, a teraz w dodatku byłam mokra – i zdecydowanie nie tak mokra jak tamta pani od orgazmu.

Wciąż jeszcze nie odeszły mi wody i zaczynałam powoli świrować ze strachu. Wanna stała w rogu łazienki i wyposażona była w czerwony sznurek zwisający pośrodku na wypadek nagłych sytuacji. Wystarczyło pociągnąć, żeby powiadomić władze szpitala i już po chwili na moją porodówkę wpadłaby cała obsada z Chirurgów.

Wendy znowu musiała wybiec, żeby doglądać pozostałych szyjek macicy, ja natomiast czułam, jak niesamowite ciśnienie rozpycha mi te miejsca, w których można się spodziewać niesamowitego ciśnienia podczas przechodzenia do kolejnych faz porodu.

Jezu Chryste, ja pierdolę, zaraz ze mnie wyskoczy, moje dziecko wyrwie się ze mnie, zanim jeszcze zacznę przeć! Czyżby licealne plotki o tym, że puszczam się na prawo i lewo, teraz zbierały swoje żniwo????!

I wtedy poczułam ten boski przypływ… – Kurwa, Api! – wykrzyknęłam. – Idź po nią, idź po Wendy, ja rodzę!

Api skoczył na równe nogi i szarpnął za czerwony sznurek nad wanną z taką siłą, że wyrwał to całe ustrojstwo z sufitu. Kiedy usiłował wyplątać swoją idealną twarz ze zwojów sznurka, dotarło do mnie, że dziecko jeszcze wcale nie wychodziło na zewnątrz, tylko odeszły mi wody. TAK! Możecie mi naskoczyć, szmaty z ósmej klasy!

Po tym, jak odeszły mi wody, Wendy zajrzała do naszej sali, żeby upewnić się, czy z Apim wszystko w porządku, ja zaś potraktowałam jako punkt honoru ułożenie się w jak najwygodniejszej pozycji. Wierna Wendy postanowiła zasugerować mi kilka możliwości.

Wendy: Spróbuj ukucnąć.

Ja: Nie.

Wendy: Może podeprzesz się na łokciach i oprzesz nogi o krawędź wanny?

Ja: Nie.

Wendy: Niektórym kobietom pomaga ułożenie się na boku i podparcie się na łokciu. Partner podtrzymuje ich nogi w powietrzu, jakby miały złożyć się do strzału z przewrotki.

Ja: Nie. Proszę, nie mów niczego w stylu „strzał z przewrotki”.

Wendy: W porządku, wobec tego ustawimy cię na czworaka.

Api: He, he, właśnie tak się tu znaleźliśmy.

Ja: CZY TY MÓWISZ POWAŻNIE?

Api: Przepraszam, próbowałem tylko trochę rozluźnić atmosferę.

Ja: Chodź no tu tylko, wyrwanie ci fiuta na pewno trochę rozluźni atmosferę!

Następnie ustawiłam się na czworaka, zagryzłam zęby na metalowej obudowie wanny i zaczęłam przeć. Podobno należy całe ciśnienie skoncentrować w tyłku, co sprawia, że czujesz się, jakbyś robiła wielką kupę.

Cóż, Wendy miała wszystko pod kontrolą. Parłam od jakichś czterdziestu pięciu minut i usiłowałam koncentrować całe ciśnienie w tyłku, natomiast Wendy, moja kochana Wendy, pochyliła się nade mną i powiedziała mi, jak ważne jest to, abym naprawdę skupiła się na parciu w sposób, „jakbym robiła kupę”.

Wendy: Jesteśmy już blisko, już prawie skończyliśmy.

Ja: DUPA CYCE FIUT KUPA JAJCA KURWA GÓWNO!

Wendy: Świetnie sobie radzisz, mamuśka!

Ja: AAARRRRRRRRGGGGHHHHHHHHH!!!!

Wendy: Teraz skup się na parciu przez pupę. Nie martw się, jeśli naprawdę zrobisz małą kupkę, mam tu taką poręczną paletkę do sprzątnięcia jej.

Żeby zobrazować swoje słowa, zaprezentowała mi poręczną paletkę w kształcie nabieraczki i pokazała mi ją z dumą, jak Mufasa chwalił się Simbą w Królu Lwie. Pomachała mi nią przed nosem, pokazała Apiemu, następnie zademonstrowała mi jeszcze raz – dla pewności.

Wszystko to miało miejsce, gdy byłam pomiędzy jednym skurczem a drugim. Obróciłam się – to znaczy moja głowa odwróciła się o 180 stopni, a ciało pozostało dokładnie w tym samym miejscu. Rzuciłam jej pełne nienawiści spojrzenie przekrwionych oczu i warknęłam zza zaciśniętych zębów: „Nie interesuje mnie paletka na kupę, Wendy. Mam to gdzieś, jeśli zesram ci się na ręce. Tylko. Już Go wyciągnij”.

Api był przerażony, położna-stażystka stała w rogu, gapiąc się na mojego nagiego od pasa w górę #seksownegomęża w wannie, była przerażona, nawet ja się samej siebie bałam. Ale Wendy nawet nie drgnęła. Nie spuściła ze mnie wzroku, powoli odkładając paletkę. Teraz myślę, że mogła mi wtedy powiedzieć, żebym natychmiast stuliła pysk i przestała się szarogęsić, ale jako profesjonalistka puściła mi to płazem. Wizja dozgonnej przyjaźni Celeste i Wendy staje się bardziej realna!

Po godzinie parcia Wendy oznajmiła, że muszą zacząć monitorować pracę mojego serca, ponieważ nie chcą go przeciążać przez zbyt długi czas. Okazuje się, że poród trwający osiem godzin jest zupełnie okej, ale kiedy tylko dojdziesz do ośmiu godzin i pięciu minut, wszyscy dookoła ciebie zaczynają panikować.

Mniej więcej wtedy płonąca obręcz rozsadzająca mnie od środka przeszła do pełnego natarcia, a Wendy wyczuła czubek główki mojego dziecka. FUJ! Zapytała, czy chcę sięgnąć dłonią między nogi i dotknąć główki, żebym mogła w pełni uczestniczyć w tej chwili.

W PEŁNI UCZESTNICZYĆ W TEJ CHWILI? Ja jestem tą chwilą. Gdyby nie ja, nie byłoby żadnej dziecięcej główki między nogami, #seksownymąż nie płakałby w kąpieli, nie byłoby paletki na kupę. NIE MA ŻADNEJ PIEPRZONEJ CHWILI! A jednak dopadł mnie ostry atak FOMO[4] i w związku z tym, że nie chciałam przegapić narodzin mojego własnego syna, sięgnęłam ręką do krocza i było to dokładnie tak obleśne, jak sobie wyobrażałam. Poczułam coś lepkiego, włochatego i zajebiście dziwnego.

Obiecałam sobie trzymać się zasady: „Rączki na kołdrę” i wróciłam do stękania.

Przy kolejnym mocarnym pchnięciu główka mojego syna wyskoczyła na zewnątrz. Byłam w pozycji na czworaka i nic nie widziałam, ale Api go zobaczył, powiedział, że wygląda dokładnie tak jak on, i natychmiast zaczął płakać. Byłam jak kot, który usiłuje ułożyć się wygodnie na skórzanej kanapie – usiłowałam się wygiąć, żeby zobaczyć moje dziecko, ale cała reszta jego ciała była wciąż we mnie, a moje ciało nie było tak zwinne, jak się spodziewałam. Musiałam po prostu zaufać Apiemu.

Mała ciekawostka na temat porodu w wodzie: noworodki mogą godzinami siedzieć pod wodą, zanim przypomni im się, że muszą wziąć swój pierwszy oddech. Kiedy więc mój syn nurkował przez pełną minutę pomiędzy momentem wypchnięcia jego główki (fuj!) a kolejnym skurczem, podczas którego cała reszta jego ciała wystrzeliła na zewnątrz, a ja krzyczałam wniebogłosy, przekonana, że tonie, okazało się, iż wszystko jest w porządku.

Kiedy mój syn w całości ze mnie wyskoczył, złapałam go, przytuliłam do piersi, odsunęłam pępowinę, pragmatycznie owijając ją wokół swojego uda i postanowiłam już nigdy go nie wypuścić z rąk.

Nazwaliśmy go Lou.

Mam teraz dwóch wspaniałych chłopców, Lou i Buddy’ego. Są zdecydowanie najlepszą rzeczą, jaka przydarzyła mi się w życiu, zaraz po dniu, w którym spotkałam Mel C ze Spice Girls.

Rozdział o tym, jak odkryłam Ritalin, mojego (nie tak bardzo) zmyślonego przyjaciela z dzieciństwa

Pochodzę z niewielkiej rodziny: jest nas tylko czwórka – mama Kath, tata Nev, moja starsza siostra Olivia i ja.

Moi rodzice są niesamowicie zgraną drużyną. Mama ma wybuchowy temperament, a tata najbardziej na świecie uwielbia doprowadzać ją do białej gorączki. W pełen miłości sposób, oczywiście. Mama to naprawdę kreatywna kobieta – z powodzeniem prowadziła trzy firmy zajmujące się projektowaniem wnętrz, a u progu swojej trzeciej młodości, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat, postanowiła wystartować ze swoją własną marką świec sojowych, Flame Candles, i dostarczać hurtowo świece do sklepów w całej Australii. Mój tata to najsprytniejszy i najmądrzejszy mężczyzna na świecie. Jest zabawny, cierpliwy i potrafi naprawić każdą rzecz. Wspólnie wybudowali dwa domy, które mama zaprojektowała, a tata postawił, dorobili się dwóch córek i włożyli mnóstwo wysiłku w wymyślanie imion dla swoich zwierząt, jak gdyby byli bezdzietną parą i zwierzątka były całym ich światem. Kiedy się urodziłam, byli posiadaczami australijskiego silky teriera o imieniu Phoebe Josephine, następnie mieliśmy sznaucera Lucindę May oraz kolejnego silky teriera, Isabellę Bronte. Obecnie mama zajmuje się drugim sznaucerem, Cloverem Lee, niczym cudownym i niezrozumianym przez nikogo dzieckiem.

Liv i ja miałyśmy szczęśliwe dzieciństwo, zawsze żyłyśmy w dostatku. Mogłyśmy jeść ser, kiedy tylko miałyśmy na niego ochotę, miałyśmy swoje własne pokoje, a kiedy za bardzo dawałyśmy się we znaki, nasi rodzice wyrzucali nas z domu na zewnątrz, żebyśmy mogły się wykrzyczeć – było tam dość miejsca, żeby okładać się nawzajem gałęziami i nie wyrządzić nikomu ani niczemu większej krzywdy.

Nie szło mi najlepiej w szkole, po prostu nie byłam stworzona do nauki. Od czasu do czasu udawałam, że zapadam w głęboką śpiączkę, więc kiedy mój tata wchodził do mojego pokoju o 6:55 KAŻDEGO CHOLERNEGO PORANKA, żeby obudzić mnie do szkoły, zaciskałam z całej siły powieki i leżałam sztywno jak deska, do złudzenia przypominając pacjenta w śpiączce, byle tylko nie musieć ruszyć się z domu.

Zwyczajnie nienawidziłam szkoły. Uczenie się sprawiało mi trudność, nie mogłam się skupić, szybko się nudziłam i ponad wszystko chciałam zajmować się czymkolwiek innym niż siedzenie w bezruchu. Okazało się, że cierpiałam na zaburzenia koncentracji uwagi, a mała prywatna katolicka szkoła na dalekim Północnym Wybrzeżu stanu Nowa Południowa Walia nie była najlepszym miejscem wykluwania się tego rodzaju symptomów.

Uwielbiam rozśmieszać innych – niech śmieją się z mojego powodu, ze mnie, ze mną, wszystko mi jedno! Jeśli tylko ludzie się śmieją, a powodem ich rozbawienia jestem ja – wystarczy mi to do szczęścia. W szkole zawsze wygrywałam w kategorii kozła ofiarnego, a jako że moim ulubionym zajęciem było wiercenie się bez żadnego określonego celu, trudno było o lepszą ofiarę dla nauczycieli. I oni muszą się czasem na kimś wyżyć.

Matma, angielski, wf – w zasadzie każdy przedmiot, który nie wymagał używania mikrofonu, automatycznie lądował na ostatnim miejscu mojej osobistej listy szkolnych faworytów. Pamiętam, że biologia dała mi się najbardziej we znaki.

Przed każdą lekcją biologii musieliśmy ustawiać się w rządku pod klasą. Plecaki należało kategorycznie zostawić na zewnątrz, dlatego wyciągaliśmy książki i pojedynczo mijaliśmy naszą nauczycielkę stojącą przy drzwiach i pilnującą porządku. Jeśli maszerowaliśmy wystarczająco wyprostowani, pozwalała nam wejść do środka. Przesuwaliśmy się gęsiego, a Pani Biologia obserwowała uważnie każdego z nas.

Zazwyczaj stawałam na samym końcu rzędu, razem z moimi dwoma niczego niepodejrzewającymi partnerami w zbrodni – Seanem i Dougiem. Ściskali swoje książki w rękach gotowi do wymarszu, zwłaszcza Sean – z którego był naprawdę mądry koleżka, a ja i Doug zawsze się z niego po przyjacielsku nabijaliśmy. Głównie po to, żeby samemu poczuć się lepiej.

Tamtego wyjątkowego dnia byłam sobą, Miss Chaosu, i po raz setny usiłowałam pożyczyć ołówek od jednej dziewczynki, która już miała mnie po dziurki w nosie. W dodatku byłam głucha na wszystko, co działo się wokół mnie. Ustawialiśmy się gęsiego, a kiedy nadeszła moja kolej, Pani Biologia zatrzymała mnie wyciągniętą ręką. Myślałam, że chciała przybić mi piątkę albo chociaż przywitać mnie żółwikiem, ale szybko dotarło do mnie, że ma zupełnie inne zamiary. Ona próbowała do mnie dotrzeć.

– Celeste, proszę, żebyś zaczekała na zewnątrz – powiedziała, nie nawiązując kontaktu wzrokowego.

– Na co mam czekać? – zaprotestowałam.

– Chcielibyśmy, żeby dzisiejsza lekcja przebiegła bez zakłóceń – odpowiedziała i zamknęła za sobą drzwi.

Do środka weszli już pozostali uczniowie, w tym Sean i Doug, których odprowadziłam tęsknym wzrokiem, zupełnie jak Rose patrząca na końcu Titanica na Jacka, zsuwającego się z dryfujących drzwi w głębiny na samym środku Oceanu Atlantyckiego.

Było mi straszliwie głupio, a w dodatku odkryłam, że już wkrótce wejdzie to mojej nauczycielce w nawyk. Zrozumiałam, że muszę ukierunkować swój wstyd.

Ale serio. Zakłócenia? Myślisz, że jeśli nie pozwolisz mi wejść do klasy, zostawisz przed drzwiami, razem z plecakami wszystkich dzieciaków, zaraz za dzielącą nas szklaną szybą, przez którą WSZYSCY mnie widzą, zdołasz powstrzymać mnie od zakłócania pracy na lekcji? Oj, chyba nie wszyscy odrobili swoją pracę domową…

Wyrzucić początkującą aktorkę komediową przed lekcją biologii za drzwi klasy z powodu ryzyka wystąpienia zakłóceń pracy na lekcji, to tak jak zaproponować Billowi Cosby’emu opakowanie rohypnolu i apartament w hotelu Plaza. Wystarczyło tylko znaleźć się w polu widzenia Seana i Douga, i wtedy zaczynała się prawdziwa jazda.

W przypadku tak niespodziewanych wystąpień miałam w zanadrzu kilka podstawowych gagów. Wśród klasyki gatunku było udawanie windy zjeżdżającej w dół albo że coś ściąga mnie siłą ze sceny – zawsze udawało mi się kogoś rozśmieszyć. Publiczność reagowała entuzjastycznie również na scenkę, w której atakowała mnie niewidzialna pszczoła. A jeśli zdołałam ściągnąć na siebie czyjąś uwagę, kiedy Pani Biologia stała tyłem, zgrywałam się, udając, że zadaję klasie pytanie zza okna, a kiedy odpowiadali, sylabizowałam: „Nie słyszę was”. Moi widzowie szaleli z uciechy.

Główną atrakcją była jednak sztuczka, w której rozpływałam się w powietrzu. Kiedy Pani Biologia odwracała się, żeby sprawdzić, z czego wszyscy się śmieją, rzucałam się na ziemię, znikając z pola widzenia, i kryłam się pośród leżących na posadzce plecaków. Jedyne, co z tego miałam, to porzucone bez opieki kanapki innych dzieci.

Nie byłam niegrzecznym dzieckiem; cykory takie jak ja boją się być niegrzeczne. Byłam tylko głośna – hałaśliwa i zabawna – a większość moich nauczycieli zupełnie tego nie kumała. Jakoś sobie z tym radziłam. Pomogło mi to przetrwać lata szkolnej ławy. Dzięki temu dołożyłam wszelkich starań, żeby być jeszcze zabawniejszą młodą damą, silniejszą i bardziej odporną.

Stwierdzenie u mnie zaburzeń koncentracji uwagi (czy też ADHD, nie do końca pamiętam, bo akurat miałam kłopot ze skupieniem się) było najlepszym, co mogło mi się przydarzyć. No, może poza zakupem biletów na światową trasę Janet Jackson z albumem Velvet Rope w ’98. (Niektórzy mówią, że Rhytm Nation to jej najlepszy krążek, ale nie dajcie się zwieść. Velvet Rope ma wszystko – kozackie beaty, ckliwe ballady i taką ilość Auto-Tune’a, że nawet najbardziej zagorzała heteryczka zacznie przychylnym okiem patrzeć na inne dziewczyny).

Miałam dobre zamiary. Zawsze. Przygotowywałam się jak najpilniejszy kujon. Moi rodzice zostali zmuszeni do wydzielenia miejsca do nauki dla mnie i mojej siostry, w którym każdy długopis leżał równolegle do szkolnych podręczników. Mój kalkulator znajdował się dokładnie w miejscu na kalkulator, a ja rozpisywałam skrupulatnie grafik nauki, używając każdego kolorowego długopisu, który znalazł się w moim posiadaniu. Czerwony do matmy, różowy do kółka teatralnego, a cała reszta nieszczególnie mnie obchodziła. Grafik lądował na ścianie dokładnie naprzeciwko mojego krzesła.

Na biurku stała w gotowości szklanka wody o temperaturze pokojowej, chwytałam za długopis, pełna zapału do nauki i wtedy… i wtedy wiedziałam już, że to koniec. Od razu coś rozpraszało moją uwagę, cokolwiek. Przechodzący pies, zmięty ręcznik w rogu pokoju, kichanie mojej matki dochodzące z salonu sąsiadów, wszystko było w stanie przyciągnąć moją uwagę i moje skupienie odfruwało na dobre. To, moi drodzy, w branży nazywa się „klasycznym symptomem zaburzeń koncentracji uwagi”. Pomimo moich najszczerszych chęci do nauki i siedzenia nad książkami, całej radości, jaką sprawiało mi kupowanie zeszytów i spinaczy, po prostu nie byłam w stanie się uczyć.

Mama i tata zabrali mnie do specjalisty, kiedy miałam szesnaście lat, w nadziei, że zdołają uzyskać jakiekolwiek odpowiedzi na swoje pytania. Mimo że cycki urosły mi do całkiem pokaźnych rozmiarów i miesiączkowałam od jakichś dwóch lat, w dalszym ciągu musiałam odbyć wizytę u pediatry. W poczekalni zabawki walały się w każdym kącie, a na stołach zalegały książeczki o przygodach pieska Spota. Na ścianach wisiały plakaty z literami alfabetu i odpowiadającymi im obrazkami: A jak arbuz, B jak banan itd.

Przyglądałam się literkom, które stanowiły nieoczekiwaną atrakcję w poczekalni pełnej szpitalnego zapachu, i wszystko nagle zdawało się mieć sens – tak, H jak helikopter, I jak igła – aż dotarłam do J. Zaraz obok literki znajdowało się niepozorne zdjęcie łódki. Niebieskiej łódki z białymi wstawkami. Poniżej widniała krągła litera J, a ja nie mogłam wpaść na to, jaka łódka zaczyna się na J. Odwróciłam się do taty i zapytałam: – Co to za łódź, Ja-cy-hy-ty?”.

Recepcjonistka zerknęła na mojego ojca zza biurka z wymowną miną oznaczającą „niech Bóg ma was w opiece, wychowanie tak trudnej córki musi być prawdziwą torturą”. Tata spojrzał na mnie, i krztusząc się ze śmiechu, powiedział: – Tam jest napisane: jacht.

– To dlaczego po prostu tego nie napisali?

– Dobre pytanie, Księżniczko. Nie wiem. – Mój tata jest moim największym fanem, zaraz po mojej mamie, która niewiele przegrywa z moją siostrą.

Gdyby lekarz podsłuchał naszą rozmowę, zaoszczędziłoby to rodzicom wielu pieniędzy wydanych na wizyty u specjalistów. Z miejsca dostałabym tabletki i brnęłabym beztrosko przez życie, pałaszując kanapki z Ritalinem.

Kiedy weszłam do gabinetu, mama i tata zajęli miejsca na trzech krzesłach ustawionych w równym rządku. Moje krzesło znajdowało się najbliżej lekarza, bo to ja byłam główną atrakcją spotkania. Tamtego dnia dowiedziałam się, że zaburzenia koncentracji uwagi są dziedziczne i zazwyczaj przechodzą w prostej linii z ojca na dziecko.

Kurde, wreszcie wszystko zaczynało mieć sens! Jaki ojciec, taka córka! Zastanawiałam się, czy ta informacja rozwścieczy mojego tatę. Spojrzałam na niego i zobaczyłam, że wodził wzrokiem za muchą trzepoczącą się pomiędzy szybą a siatką na owady w oknie. Zrozumiałam, że nie będzie miał nic przeciwko temu, że odziedziczę po nim ten szczególny przywilej.

Mama odbębniła prawie całą gadkę podczas wizyty, do mnie natomiast skierowano masę pytań. Pomimo że byłam raczej towarzyską szesnastolatką, za każdym razem zerkałam na mamę, desperacko poszukując odpowiedzi.

Posypał się na mnie grad pytań:

P: Czy koncentracja sprawia ci trudności?

O: Może pan powtórzyć pytanie, myślałam o czymś innym.

P: Czy masz trudności w czytaniu, pisaniu i ortografii?

O: Nie wiem, nieszczególnie.

P: Czy masz trudności w utrzymaniu uwagi i czy łatwo się rozpraszasz?

O: Czasami, ale… O! Niech pan zobaczy, kłaczek z pana marynarki właśnie spadł na podłogę!

P: Czy twoje problemy w szkole wynikają z problemów związanych ze zwlekaniem z pracą i trudności w jej zakończeniu?

O: Nie powiedziałabym.

Po wizycie lekarz kazał mi zaczekać na zewnątrz, żeby porozmawiać z moimi rodzicami o krokach, które należy podjąć, żeby „pójść naprzód”. Myślę, że musiał chwilę się zastanowić nad wyborem jednego z prochów, które miał do dyspozycji, bo nietrudno było się domyślić, że trzeba zmienić mi ustawienia fabryczne!

Rozsiadłam się na krześle w poczekalni, ciesząc się obecnością pięciolatków, które nazywały mnie „pszepani” i nie zastanawiając się za bardzo nad tym, co właśnie się wydarzyło. Drzwi do gabinetu lekarza były lekko uchylone – pewnie chciał wyjść na luzaka, który „jest do dyspozycji pacjenta” nawet w chwili, kiedy wypisuje receptę na leki, które nie dałyby spać przez czterdzieści osiem godzin spasionemu kierowcy ciężarówki. Słyszałam całą rozmowę.

Mama: Chcemy, żeby wciąż była sobą.

Lekarz: Te lekarstwa jej nie zmienią, tylko jej pomogą.

Mama: To dobrze. Wiemy, że jest głośna i nabuzowana, ale nam się to podoba. Problemem nie jest jej osobowość, tylko trudności w utrzymaniu koncentracji. To dlatego nie idzie jej w szkole.

Ojciec: Jak myślicie, od jak dawna ta mucha już tam jest?

Lekarz: Ritalin nie wpływa na osobowość, po prostu pomoże jej się skupić.

Mama: Ok, świetnie. Chcę tylko, żeby łatwiej było jej w szkole.

Ojciec: Myślicie, że ta mucha ma rodzinę, która teraz się o nią martwi?

Mama: Neville!

Ojciec: Przepraszam.

Mama: Będziemy stosować to lekarstwo, pod warunkiem że pomoże jej pogodzić się z samą sobą, taką, jaka jest.

Lekarz: Jestem przekonany, że to najlepsze rozwiązanie dla Celeste, przyniesie wyłącznie pozytywne skutki.

Mama: OK, świetnie.

Ojciec: Jestem głodny.

Nigdy nie zapomnę tej rozmowy. Jako głośna, nabuzowana, przeciętnie wyglądająca dziewczyna, odebrałam to, że moja matka tak mocno naciskała, żebym była sobą, jako ogromnie znaczące dla mnie wsparcie. Czasem też wspominam tę muchę.

Kiedy dotarliśmy do domu, od razu wkręciłam się w leki. To był naprawdę dobry towar. Dawały niezłego kopa – a o to chodzi w prochach z najwyższej półki. Usiadłam na kanapie, otworzyłam podręcznik na rozdziale „Jak żyć z zaburzeniami koncentracji uwagi” i przeczytałam rodzicom jeden akapit na głos. Brzmiało to mniej więcej tak:

Dziecięce symptomy ADD (zaburzeń koncentracji uwagi) to między innymi słaba kontrola impulsów, hiperaktywność (np. nieumiejętność siedzenia w jednym miejscu), trudności w skupieniu się na pilnych zadaniach oraz nieradzenie sobie z prostymi instrukcjami. Dzieci nadpobudliwe i impulsywne często napotykają trudności w nawiązywaniu i utrzymywaniu przyjaźni oraz otrzymują niskie oceny z zachowania związane z nieumiejętnością właściwego postępowania w szkole. Mogą sprawiać wrażenie obojętnych na społeczne normy towarzyskie, wielokrotnie przerywając toczące się rozmowy i odzywając się niepytane[5].

Wyjrzałam zza książki i zobaczyłam, że mama i tata płaczą. W tamtej chwili pewnie byli dumni ze swojej rodzicielskiej decyzji, której obiecujące efekty były widoczne jak na dłoni.

– Nie mogę uwierzyć, że właśnie to przeczytałaś, nigdy nie byłaś w stanie usiedzieć tak długo i przeczytać czegokolwiek – wykrztusiła mama przez łzy.

Okazuje się, że przeczytanie pierwszej strony Klubu Babysitterek, przerzucenie pokaźnej większości stron i przekartkowanie ostatniego rozdziału to wciąż niewystarczające, by móc powiedzieć, że przeczytało się książkę. Czepianie się szczegółów.

Co roku jeździliśmy pod namiot z grupą przyjaciół rodziny. Składało się na nią sześć rodzin, wszyscy znali się w różnym stopniu. Rodzice z jednej z rodzin pracowali oboje jako nauczyciele. Bardzo surowi, zdawali się niezbyt przepadać za dziećmi, co rozumiem i szanuję. Dzieci potrafią być gówniakami z prawdziwego zdarzenia, zwłaszcza kiedy siedzisz z nimi w jednej klasie i cię nie znoszą.

Na wypadzie pod namiot jeszcze przed diagnozą (która brzmi jak tytuł kinowego przeboju: „Jeszcze tego lata – «Diagnoza» – w rolach głównych Celeste Barber i Winona Ryder”) zachowywałam się jak ostatni gówniak, a moi rodzice byli już u kresu sił.