Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 171 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka CH.W.D.A.B. Kroniki 2005-2006 - Luna Kosinski

CH.W.D.A.B. Kroniki 2005-2006” to częściowo autobiograficzne, brutalne w formie i treści zapiski autora, mieszkającego w Prokocimiu – odległej dzielnicy Krakowa. Książka dokumentuje świat widziany w perspektywy miejskiej prowincji – miejsca zamieszkania młodych, ambitnych ale już na starcie przegranych życiowo ludzi. Kluczem do historii rozgrywającej się na kartach książki jest los młodego mężczyzny, który wyrwał się z Prokocimia, wygrywając w loterii 14 mln złotych, na tym tle autor snuje opowieść dotyczącą także swojego własnego życia i osób ze swojego otoczenia. Mało jest pozycji, które – tak jak ta – jednocześnie są krańcowo wulgarne, realistyczne i pornograficzne a z drugiej strony wzruszające i dające do myślenia. Książka początkowo odrzucona przez duże wydawnictwa z powodu swojej drastyczności, robi karierę całkowicie „oddolnie” - rozpowszechniała się najpierw „pocztą pantoflową”, z czasem doczekała się premiery w wersji elektronicznej, później swojej wersji w postaci audiobooka, aktualnie zaś przygotowywana jest premiera sztuki teatralnej na podstawie tej książki. To jedna z tych pozycji, jakie nie dają o sobie zapomnieć przez długi czas.

 

Wersja audio, została znakomicie przygotowana przez krakowskiego aktora (m. in. Teatru Słowackiego) Grzegorza Sudera. Jego interpretacja to trwający 5 godzin karnawał wściekłości, rozpaczy i szaleństwa.

 

Luna Kosinski

Pisarz polski młodego pokolenia, związany z Krakowem. Według własnych deklaracji, syn znanego polsko-amerykańskiego pisarza Jerzego Kosińskiego, urodzony w Nowym Jorku około roku 1980. Deklaracje takie jednak należy uznać jedynie za symboliczne nawiązanie do postaci tego pisarza, zapowiedź dowolnego manipulowania wątkami autobiograficznymi w swojej twórczości, a także umieszczania w niej drastycznych opisów obyczajowych.

Pisarz nie udziela informacji na swój temat, ani nie zdradza rzeczywistego imienia i nazwiska. Jest autorem kilku książek, z których pierwszą napisaną i wydaną jest „CH.W.D.A.B. Kroniki 2005-2006”. Napisana bezpośrednim, wulgarnym językiem mieszanka pamiętnika i manifestu nienawiści wobec świata.

Cechą charakterystyczną całej twórczości Luny pozostaje umieszczanie w niej rzeczywistych zdarzeń i sytuacji w formie mocno zdeformowanej. Następne, przygotowane do wydania książki są już jednak zupełnie odmienne, jeśli chodzi o tematykę i język.

Opinie o ebooku CH.W.D.A.B. Kroniki 2005-2006 - Luna Kosinski

Fragment ebooka CH.W.D.A.B. Kroniki 2005-2006 - Luna Kosinski

LUNA KOSINSKI

CH.W.D.A.B. KRONIKI 2005-2006

© Copyright by Luna Kosinski, 2006

© Copyright for this edition by

Wydawnictwo internetowe e-bookowo, 2011

Grafika i projekt okładki: Luna Kosinski

ISBN 978-83-62480-63-0

Wydanie drugie, zmienione

Patronat medialny:

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości zabronione.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

O Autorze

Luna Kosinski– pisarz polski młodego pokolenia, związany z Krakowem. Według własnych deklaracji, syn znanego polsko-amerykańskiego pisarza Jerzego Kosińskiego, urodzony w Nowym Jorku około roku 1980. Deklaracje takie jednak należy uznać jedynie za symboliczne nawiązanie do postaci tego pisarza, zapowiedź dowolnego manipulowania wątkami autobiograficznymi w swojej twórczości, a także umieszczania w niej drastycznych opisów obyczajowych. Pisarz nie udziela informacji na swój temat, ani nie zdradza rzeczywistego imienia i nazwiska. Jest autorem kilku książek, z których pierwszą napisaną i wydaną jest „CH.W.DAB. Kroniki 2005-2006”. Napisana bezpośrednim, wulgarnym językiem mieszanka pamiętnika i manifestu nienawiści wobec świata. Cechą charakterystyczną całej twórczości Luny pozostaje umieszczanie w niej rzeczywistych zdarzeń i sytuacji w formie mocno zdeformowanej. Następne, przygotowane do wydania książki są już jednak zupełnie odmienne, jeśli chodzi o tematykę i język.

2005

2005-03-02   Odrąbana głowa krowy

Arek siedział w Main Office niemieckiego koncernu elektrotechnicznego i wpatrywał się na przemian w ekran swojego komputera i zegar ścienny, wskazujący godzinę 17. Co jakiś czas widok przesłaniał mu jego szef, chodzący po biurze w te i z powrotem, znudzony, wściekły nie wiadomo na co, bawiący się w przerzucanie fiuta z jednej nogawki spodni do drugiej. Upłynęła już godzina od teoretycznego końca pracy, jednak nikt nie opuścił posterunku, nikt nie wyłączył komputera, nikt nie oderwał oczu od kartek papieru A4. Wszyscy w Main Office byli specjalistami od obsługi danych — wpisywali literki i cyferki z faktur i zestawień do komputera, potem kserowali wszystko i wpinali do segregatorów. Każdy rachunek — w zależności od swojej wartości — mógł przejść nawet przez ręce i oczy trzech osób. Szef biura chodził w tę i z powrotem po biurze i obserwował pracowników. Co jakiś czas patrzył na zegar — bo też z przyjemnością poszedłby sobie już do domu. Ale nie mógł — praca trwała w najlepsze. Cyfry były przepisywane z papierowych kartek do komputerów i znowu drukowane na papierze.

Stukot klawiszy brzmiał jak grad uderzający o parapet. Arek zamknął na chwilę oczy i doznał oświecenia. Oświecenia tak olśniewającego jak oświecenie Buddy pod palmą: zobaczył swojego szefa na plantacji bawełny, przechadzającego się pośród czarnych niewolników.

Wielkie, czarne bokobrody, tłusty brzuch, oblana potem morda i pejcz w ręku. Dookoła niego, wśród bawełnianych badyli, uwijający się robotnicy, starający się ze wszystkich sił nie patrzeć na niego, nie sprowokować do gniewu. Tak, to była właśnie wcześniejsza inkarnacja szefa Arka. Stan Wirginia, rok 1821, plantacja bawełny „New World Heaven”. NIP plantacji: US382445655. Każda myśl Arka kończyła się numerem NIP. Każda firma i każdy człowiek musieli mieć w jego wyobraźni swój adres i numer NIP. Oświecenie przyszło nagle i nagle minęło. Znowu wszystko było tym, czym było wcześniej.

Arek od godziny nie pracował. Nie był w stanie skupić się na tyle, by nie popełniać błędów, wpisywał więc do komputera wymyślone adresy, NIP-y, kwoty i kody towarów, po czym wszystko kasował i wpisywał od nowa raz jeszcze. Musiał coś robić — nie mógł przecież siedzieć i nic nie robić, nie mógł przecież iść do domu. Wszyscy dookoła też tylko udawali, że coś robią. Niektórzy już od rana. Chaosem w biurze rządziły dwie proste zasady:

1. Im bardziej głupie i niepotrzebne czynności ktoś wykonywał, tym szybciej i mocniej uderzał w klawisze. Stukanie w klawiaturę non stop przez godzinę zawsze oznaczało około 10 minut pracy i 50 minut walenia bez sensu.

2. Ci, którzy nie mieli ochoty nic robić, patrzyli nieruchomo na rzędy cyfr i marszczyli czoło, jakby szukali jakiegoś błędu, co jakiś czas tylko kłapiąc w klawiaturę z tryumfalnym uśmiechem kogoś, kto uchronił firmę od bankructwa.

Czy nie było tam nikogo, kto robiłby coś potrzebnego? Nie. Wszystko, co było tam robione, nie miało żadnego sensu.

Arek podniósł głowę znad klawiatury, ogarnął wzrokiem prawie połowę biura i po raz drugi w ciągu pół godziny doznał oświecenia. Znów zobaczył czarnuchów zbierających bawełnę, włóczących się bez sensu po plantacji. Nierobiących nic, ale na tyle sprytnie, że ciągle wyglądało to na pracę. Byle nie dostać batem, byle dotrwać do końca dnia. I znów koniec wizji nastąpił tak szybko, jak szybko się zrodziła. Chociaż było już godzinę od teoretycznego końca pracy, nikt nie wychodził. Nikt nie chciał być pierwszy. Dobrowolne, nieodpłatne i nigdzie nie ewidencjonowane nadgodziny. Dookoła Arka byli sami czarni. Tacy sami czarni jak on, ale żaden z nich nie był jego bratem. Banda zdemoralizowanych, złamanych przez system czarnuchów. Nie można było nikomu z nich ufać i Arek im nie ufał. Za bardzo tragiczny był ich los, by mieli honor. Za przeniesienie z plantacji do kuchni każdy z nich by obdarł kolegę ze skóry. Kiedy życie jest zbyt nieznośne, znika szlachetność i honor. Szlachetność i honor nieprzypadkowo były wymyślone przez bogatych i nie przypadkowo tylko oni byli wobec siebie szlachetni i honorowi.

Było coraz później. Arek zamarzył o buncie: o ostentacyjnie wcześniejszym powrocie do domu. Ze zmęczenia było mu już wszystko jedno: zgasił komputer i wstał. Szef przestał na chwilę przerzucać jaja z nogawki, do nogawki i pokiwał mu głową na pożegnanie. Był to prawdziwy psychopata: nie krzyknął, nie przeklął, nawet się nie skrzywił — tylko pokiwał głową na pożegnanie.

Pokazał mu, że widział go. Strach jest gorszy od najgorszej kary. Dopiero teraz Arek poczuł falę krwi uderzającej do głowy, niosącej adrenalinę i strach. Ale nie było już odwrotu: wracał do domu. Była sobota, zbliżał się czas zabawy na całego. W teorii miały być to alkohol, panienki i głośna muzyka do rana. W praktyce były to zawsze telewizja, piwo Grunwald i wieczór z rodziną, którą setki razy zabił w swoich snach siekierą. Wychodząc, Arek zauważył, że dwie kolejne osoby zbierają się także do wyjścia. Skurwiele wyczekali, aż ktoś wstanie pierwszy. Nie pamięta się tego, kto był drugi. Tylko prowodyr wisi potem na szubienicy. Resztę się oszczędza, by miał kto tyrać.

Zimne powietrze uderzyło w płuca Arka. Oczy zaczęły boleć od widoku jasnej zieleni wiosennej trawy. Najbliższy autobus odjeżdżał za godzinę. O tej porze z Rybitw na Prokocim było najprościej dostać się pieszo. Droga prowadziła przez największe zadupia Krakowa: hurtownie materiałów budowlanych, błotniste dróżki, drewniane domki z psami w budach, bocznice kolejowe i kury biegające po rurach ciepłowniczych. Prawdziwy Kraków — nie ten z pocztówek, lecz ten, jaki widzą każdego dnia ludzie w nim mieszkający. 50 torów kolejowych, jeden obok drugiego, musiał przejść Arek idąc do swojego domu. Bo nie chciało mu się iść do kładki, by przejść ponad nimi. Gdzieś w okolicach 30 toru zobaczył nadjeżdżający elektrowóz, przebiegł przez jeszcze 2 tory i odwrócił się patrząc na wagony z węglem. Stał chwilę, odwrócił się i wtedy zobaczył: powoli, w całkowitej ciszy, właśnie na niego, jechał pojedynczy wagon-cysterna. To była śmierć. Śmierć nie jest kobietą z kosą. Śmierć nie jest grabarzem.

Czasami to po prostu jadący wolno wagon-cysterna. Arek stał tak przez ułamek sekundy, zapatrzony we własne przeznaczenie, jak jeleń oślepiony światłami samochodu. Zrobił krok w tył. Cysterna przetoczyła się tuż obok niego, uderzając miękko w inny wagon. Jego serce zacisnęło się tak, jak bezwiednie zaciska się pięści, gdy nie można zrobić już nic więcej. Żył dalej.

Ucieczka przed śmiercią nie wydaje się być niczym cudownym. Nie, jeśli twoje życie nie jest nic warte. Jednak Arek tym jednym krokiem w tył zdecydował, że chce żyć. Obudził się ze snu. Zaczął rozumieć swoje życie. Z zaciśniętymi pięściami Arek szedł naprzód, do domu, przekraczając jeden tor za drugim, omijając jedną budkę dróżnika za drugą, blok za blokiem, światła za światłami, drzewo za drzewem, nie czując nic, poza własnym zaciśniętym, stwardniałym sercem. Myślał o tym, jak pięć lat studiował, jak beznadziejnie zmarnował czas. O tym, jak wszystko miało być inaczej. Akademia Ekonomiczna w Krakowie — druga z najlepszych uczelni ekonomicznych w kraju. Wszystko miało być dzięki niej inaczej. Największą możliwą porażką wydawała się być przyszłość pracoholika, zarabiającego mnóstwo pieniędzy, wychodzącego z pracy zawsze dopiero wieczorem — ale za to prosto na kurwy. Okazało się jednak, że życiem rządzi jakaś przedziwna siła, która ma w pogardzie wykształcenie i trzy literki „mgr” przed nazwiskiem. Dostanie pracy lub nie, zależało od czynników, jakich istnienia nikt nie podejrzewał, zaczynając studia. Sprawa była prosta: trzeba było wiedzieć, z kim pić — i to kogo znałeś i z kim piłeś, decydowało w 100% o całej twojej karierze. Dziewczyny nie musiały pić, one miały tylko wiedzieć, komu dać dupy. Kryteria proste i jasne, ale nikt nas tego na studiach nie nauczył. A od tego zależało wszystko, całe późniejsze życie. Większość naszych kolegów po studiach skończyła marnie: w punktach ksero, w kioskach z gazetami albo w zimnej hurtowni, wypisując faktury za kostkę brukową. Ale były też inne przypadki. Marek tuż po studiach został wiceszefem marketingu pewnego producenta prętów zbrojeniowych. Szczęściarz? Nie. Arek już teraz wiedział, że to nie mogło być szczęście. Fala radości zalała jego serce, bo nagle zrozumiał. Marek był durniem, w dodatku durniem, który nie pił, a więc musiał w inny sposób zdobyć tę pracę. Zawsze był jakiś dziwny: chodził do fryzjera, nosił obcisłe spodnie i był podejrzanie przystojny. Po prostu był pedałem, tyko nikt tego wtedy nie dostrzegł. Depresja Arka minęła, gdy zobaczył w myślach rozerwane zwieracze swojego kolegi — cenę, jaką musiał zapłacić za wygodę posiadania wysokopłatnej i niewyczerpującej pracy. Zaciśnięte serce Arka krwawiło, ale powoli znów zaczynało bić.

Był już prawie u celu. Prokocim Nowy przywitał go najpierw smrodem, a zaraz potem widokiem odrąbanej, krowiej głowy leżącej na śmietniku. Magiczny Prokocim. Tu nigdy nie było wiadomo, kiedy i gdzie natknąć się można na coś, co zadziwiało. Przyzwyczajony do magii Prokocimia Arek zachwycił się, ale nawet nie spróbował zgadnąć, skąd wzięła się tam odrąbana głowa jakiegokolwiek zwierzęcia.

Kiedy dotarł do domu, cała jego rodzina świętowała sobotę. Siedzieli przed telewizorem, każde ze szklanką najtańszej, lurowatej herbaty w ręku i oglądali zapowiedzi programów na wieczór w telewizji. Rodzina Arka była okropna. Jak sam Arek twierdził: miał matkę idiotkę i ojca kretyna. O siostrze mówił, że jest małą, brzydką kurwą. W telewizji widać było Tomasza Camela. Mówił bardzo ciekawie i zarażał wszystkich entuzjazmem, opowiadając, jakie to wspaniałości czekają na wszystkich widzów tego wieczoru. Był elegancki i pachniał. Nie dało się tego wytrzymać. Za dużo piękna i elegancji w tym jednym człowieku. Widok Camela powodował wręcz rozpacz, piękno rozdzierało oglądającego go człowieka od środka. Camel skończył opowiadać o wieczornym filmie i rodzina odwróciła się do Arka, by go powitać uśmiechem i serdecznością. Ale nikt z nich nie umiał się uśmiechać, ani być serdecznym.

– Usiądź. Coś za chwilę będzie ciekawego.

Arek nie pytał, co. Wiedział, że sami nie wiedzą, co. Znał ten stan, w którym uważnie się słucha, ale kompletnie nic z tego nie pamięta. Zamknął oczy. Nie chciał spędzić tak samo kolejnego, sobotniego wieczoru, ale czuł, że jednak znowu tak się stanie. Ile razy chciał zrobić coś inaczej, niż zwykle — nie udawało się. Przypomniał sobie nagle: miał przecież dziewczynę. Na chwilę rozbłysła w jego głowie nadzieja, ale zaraz znów zgasła. Ewunia była dzisiaj do późna w pracy i nie było szans się z nią rypać. Miała jeszcze gorszą pracę od niego: była specjalistką do spraw obsługi klienta w supermarkecie. To znaczy, przekładała towary nad czytnikiem kodów paskowych i odbierała pieniądze. Wydawała też resztę. Ewunia — kasjerka z supermarketu. Połączyły ich zakupy tuż przed zamknięciem sklepu. To dla niego nie zamknęła kasy i sprzedała mu zgrzewkę piwa Grunwald, mimo, że od 15 minut sklep był nieczynny. I tak już zostali razem. Z rozpaczy. Wypili wtedy razem tą zgrzewkę piwa i ze łzami w oczach i śmiechem na ustach, pustką w głowie pieprzyli się na klatce schodowej wieżowca przy ulicy Wallenroda. Tak naprawdę, nie znali się. Spotykali się, uśmiechali, mówili sobie czułe słówka. On kupował jej kwiaty, ona dawała mu dupy. Ale nie znali się. Łączyła ich tylko rozpacz. Arek stał w progu swojego mieszkania i coraz wyraźniej rozumiał, że tej nocy nie będzie pierdolenia. Ewunia miała pracować do późna, a potem musiała jechać do domu przespać się, by zdążyć znów do kasy na niedzielny poranek. Arek zrezygnowany usiadł jak co tydzień, wśród rodziny gapiącej się w telewizor. Film był — jak co sobotę — bardzo ciekawy. Opowiadał o facecie, który w święta Bożego Narodzenia zakładał lampki na choinkę i poraził go prąd, po czym umarł i poszedł do nieba. Tam spotkał anioła i poprosił go o to, żeby mógł wrócić na ziemię. Anioł pozwolił mu wrócić i zmienić całe swoje życie, więc on powiedział, że chce teraz być bogaty i tak się stało. Wrócił do życia, miał pieniądze, ale stracił wtedy rodzinę. Jednak nie był szczęśliwy w takim układzie, zrozumiał, co w życiu najważniejsze i w pustym domu znowu dokręcił żarówkę na choince, żeby go prąd poraził. Tak się też stało, znowu umarł, znowu spotkał anioła i powiedział mu, że już nie chce być bogaty, chce znowu mieć rodzinę i chce być biedny, ale szczęśliwy.

– Bardzo ładny film! I doceńcie to, jaką rodzinę macie!

Tak film podsumowała mama Arka. Znudzeni domownicy spojrzeli po sobie skrzywieni i zawiedzeni tym, jak czas szybko uciekł, nie zostawiając im po sobie ani krzty zadowolenia. Serce Arka znowu zacisnęło się, łza spłynęła po jego policzku. Starł ją szybko ręką tak, by nikt nie zauważył i nie zaczął o nic pytać. To było jednak tylko złudzenie — na jego palcach nie było wilgoci. Arek nie umiał płakać. On nie oddałby nigdy pieniędzy za rodzinę. Oddałby rodzinę za darmo. Dopłaciłby za jej brak. Nie wiedział nawet, za co ich tak nienawidzi. Mieszkał z nimi za długo i chyba przez to nie wiedział już, dlaczego tak go denerwują. Nastąpiła zmiana kanału na Polsat. Losowanie Totolotka. Po kolei automat wysysał z bębna kolorowe kulki z numerami: 7, 9, 33, 44, 13 i 19.

2005-03-03   Wygrana

7 i 9 — bo Arek urodził się siódmego września;

33 — bo postanowił, że stanie się bogaty, zanim skończy trzydzieści trzy lata.

44 — bo liczba ta była użyta w okultystycznym poemacie Mickiewicza, który kojarzył się bardzo ze szczęściem;

13 — bo nie miał już pomysłów na inne numery i rzucił wyzwanie losowi, skreślając najbardziej pechową liczbę, jaką tylko umiał sobie wyobrazić;

19 — bo w przypływie romantycznych myśli, skreślił cyfrę będącą długością jego penisa.

Oczywiście była to długość nieprawdziwa, ale za to właśnie ta liczba została wylosowana, tego właśnie dnia. Kiedy rok wcześniej, drżącymi rękami przykładał centymetr krawiecki do swoich genitaliów, uparcie ściskał fiuta, starając się wycisnąć z niego dodatkowe milimetry, nie podejrzewał jeszcze, jakie to ma znaczenie. Wynik nie miał nic wspólnego z rzeczywistością, ale był marzeniem. Marzenia się spełniają, czasem w nieoczekiwany sposób. Zawsze, od tamtej pory wysyłał te same numery.

Arek poczuł falę gorącej krwi uderzającej do głowy. Przewidywana wygrana miała sięgnąć 14 milionów złotych. Nie mógł uwierzyć. Wytężał słuch, gdy powtarzano wylosowane numery, wściekły, że musi przebijać się krańcowym wysiłkiem koncentracji przez debilny dialog rodzinny o tym, na jaki kanał należy teraz przełączyć telewizor. Nie wierzył. Wstał z czerwoną od wściekłości twarzą i wyrwał matce pilota z ręki. Ignorując komentarze dotyczące dobrego wychowania, wygłaszane przez ludzi, którzy go wychowali, wcisnął klawisz telegazety i wpisał numer 112, po czym udając obojętność czekał, aż wyniki losowania pojawią się na ekranie.

– Już naprawdę nie macie się, o co kłócić? Nic nie ma w tej pieprzonej telewizji, a wy się kłócicie, nie wiadomo o co. Zamknijcie się, do jasnej cholery!

Zapadła cisza, a on nieruchomym wzrokiem czytał numery: 7, 9, 13, 19, 33 i 44. Arkadiusz Barański, urodzony dwadzieścia siedem lat wcześniej w Skawinie pod Krakowem, wygrał czternaście milionów złotych, kupując los w kolekturze, przy ulicy Teligi, obok kiosku z gazetami. Pięć kuponów na chybił-trafił i jeden skreślony własnoręcznie. I właśnie ten, skreślony własnoręcznie okazał się być szczęśliwy. Kurwa mać, jakież to było szczęście!

Arek miał ochotę wypierdolić telewizor przez okno, skopać ścianę, albo kogoś zabić. Ze szczęścia. Bo tak właśnie kojarzyło mu się szczęście. Ale widząc tępe, pełne pretensji za zabranie pilota spojrzenia, nie zrobił nic. Postanowił poczekać. Nie mówić nic. Ukarać ich opóźnieniem w tej radosnej nowinie. Jego mama nie podejrzewała nic.

– Co ci jest synku? Jesteś taki czerwony na twarzy. Masz może gorączkę? Dobrze się czujesz? To może być grypa — teraz wszyscy mają grypę.

Arek zacisnął zęby z wkurwienia.

– Tak, źle się czuję.

Ojciec też musiał, jak zwykle, powiedzieć swoje:

– A może wygrałeś w totka i nie chcesz się przyznać?

Wszyscy zachichotali. Wszyscy wiedzieli, że to niemożliwe, że siedzą tak tutaj co sobota, bo ta rodzina jest skazana na takie życie i nikt nigdy z nich nic nie wygra, nie dostanie spadku i nie wyrwie się sprzed telewizora.

– Tak, pewnie, tato.

Arek