Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 311 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cerowanie świata - S. Małgorzata Chmielewska

Cerowanie świata to zapiski z niezwykłej codzienności s. Małgorzaty Chmielewskiej – codzienności, której centrum jest "niewielka wieś w województwie świętokrzyskim, gdzie wrony zawracają". To książka, która otwiera oczy. Dzień po dniu, opowieść za opowieścią, wtapiamy się w ten dla większości z nas obcy świat - świat o istnieniu którego wolelibyśmy nie wiedzieć. A jednak trudno się od niego oderwać. Niemal wstrzymując oddech śledzimy opowieści kreślone przez siostrę z samego jądra ludzkiej ciemności i Boskiego światła - kreślone przez siostrę językiem: pełnym nadziei, pogody ducha i wreszcie zaskakującego poczucia humoru. Mądrość, miłosierdzie i niewyobrażalna miłość człowieka do człowieka, spływają z każdej strony tej książki. Oby po to, by zmieniać nasze serca…

Książka powstała w koedycji z Boską TV.

Opinie o ebooku Cerowanie świata - S. Małgorzata Chmielewska

Fragment ebooka Cerowanie świata - S. Małgorzata Chmielewska

© Copyright by Małgorzata Chmielewska, 2015

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze & Boska TV, 2015

Redaktor

Anna Wasiewicz

Korekta

Agnieszka Czapczyk, Magdalena Wojtaś

Redakcja techniczna

Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych

Jagna Wesołowska

Fotografia na okładce

Prywatne archiwum s. Małgorzaty Chmielewskiej

ISBN 978-83-7906-026-9

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I, 2015

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82

www.wdrodze.pl sprzedaz@wdrodze.pl

www.boskatv.pl

tel. 513 111 732

redakcja@boskatv.pl

o nadziei 11 października 2009

Był taki jeden dzień latem, kiedy przechodziłam przez nasze wiejskie podwórko i zobaczyłam szczęście. Dzieciaki szalejące w basenie, bezdomni mieszkańcy spokojnie pijący kawę po pracy razem z grupą młodych wolontariuszy, słońce, młoda rodzina z dziećmi na kocu w ogrodzie. Uchylony rąbek raju, błysk światła. Dzisiaj tych, którzy wtedy byli uczestnikami tej sceny, już w większości w naszym domu nie ma. Błąkają się po różnych ścieżkach, gnani ciemnością własnej przeszłości. Mam nadzieję, że ta chwila pokoju, jaką razem przeżyliśmy tego lata, będzie dla nich światłem w tunelu. Dla mnie jest. Po to tkwię w mojej małej wiosce, gdzie wrony zawracają.

nuuuuuda w szkole 12 października 2009

Odrabiam już wiele lat lekcje z dziećmi. Przerabiałam materiał od klasy pierwszej do matury, łącznie ze sławną prezentacją. Nawiasem mówiąc, pani od polskiego myślała, że uczeń sobie kpi, kiedy jako jedną z lektur do prezentacji wybrał „Złego” Tyrmanda. Takiej książki przecież nie ma, zawyrokowała. Nie dziwię się, że większość dzieci szkołę traktuje jako salę tortur. Przyroda – z podręcznika, na pamięć, fizyka, chemia, biologia – to samo. Zero doświadczeń, powiązania z realnym życiem, wprowadzania ucznia od małego w zaczarowany świat. Za czasów głębokiej komuny (nie tęsknię, proszę się nie obawiać) w małych wiejskich szkołach, choć nie było toalet, były pracownie, także zajęć praktycznych. Takie szkoły, dziś opuszczone, dostaliśmy od gmin na nasze domy. Starzy nauczyciele płakali, wywożąc zbierane latami eksponaty, odczynniki, narzędzia, książki. Dziś w większości szkół pracowni po prostu nie ma. Polski – wypełniamy okienka w ćwiczeniówkach, nawet nie ma możliwości wyrobienia sobie charakteru pisma. Cóż dopiero mówić o umiejętności formułowania myśli, jasnego przekazu, radości z tego, że przelało się na papier coś z siebie. Technika – z książki. Nawet nie chce się pani przynieść do szkoły bateryjki z żaróweczką, żeby obwód pokazać. Wychowanie obywatelskie – zero wypraw do gminy, powiatu, sądu, banku czy innych instytucji. Olewamy dzieci i młodzież. Oni to wiedzą. Puszą się uczeni w piśmie naukowcy od edukacji, a to takie proste. Dzieci są ciekawe świata. Robimy wiele, żeby tę ciekawość zabić. A nuda wieje ze szkolnych sal jak tornado.

To, co mnie przeraża, to efekt takiego biernego nauczania. Oprócz oczywiście powszechnej akceptacji niechlujstwa językowego, życiowego, myślowego, to przede wszystkim zabicie kreatywności. Konsumenci, a nie twórcy życia. No i de facto, mimo statystyk, bardzo niski poziom ogólnego wykształcenia. Spotykam młodych ludzi, którzy wierzą w zabobony rodem ze średniowiecza.

szkoła przetrwania 14 października 2009

Zima to dla nas szkoła przetrwania. Szczególnie na wsi. Zamknięci w ciasnej przestrzeni, jak zasypie – bez możliwości kontaktu ze światem: kilku bezdomnych, dzieci i 2–3 osoby ze Wspólnoty. Kiedy zabraknie prądu, to nie ma ani ogrzewania, ani wody, ani nawet telefonu. Dzisiaj była pierwsza próba, jeden samochód w rowie, chłopaki nie mogły wyjechać z Nagorzyc, naszego domu odległego od Zochcina o 11 km. Remontują tam pomieszczenia na świetlicę dla młodzieży ze wsi. Ksiądz Jacek wyruszył na żebry do Tych i utknął w zaspie kilometr od domu. Pan wójt dał się uprosić i na chwilę nas odkopano. Nawet światła zabrakło, chyba tytułem próby, bo po jakimś czasie włączyli. Pan pisarz, co chce o nas książkę napisać, szczękając zębami z zimna, pytał, co nam daje kaplica. Gdyby nie Jezus, to byśmy wszyscy stąd zwiali już dzisiaj. Do świata bezpieczniejszego i wygodniejszego. Ale tu żyją ludzie i oni nie mają dokąd uciec. Im też potrzebny jest Chrystus. A dzieciaki liczą na to, że jutro nie dowieziemy ich do szkoły.

wielki brat 17 października 2009

Niedawno do naszej noclegowni dla kobiet przyszła pani. Spędziła tam bodaj jedną noc. Okazało się, że to była przebrana dziennikarka. Taki teatr wzbudza mój sprzeciw z kilku powodów. Może to zabawne być nędzarzem na jedną noc, ale już mniej – na dłużej. To tak, jakby udawać, że się ma raka, i obserwować reakcję otoczenia. Ponadto podstawową zasadą ludzkich relacji jest prawda. Nasze mieszkanki rozmawiały między sobą swobodnie, zatem pani redaktor nadużyła ich zaufania. Ona wiedziała, kim one są, a one nie wiedziały, z kim rozmawiają. Pani redaktor – radzę na dłużej zostać bezdomną, przeżyć tę „przygodę” na serio. Zostawić rodzinę, mieszkanie, posadę. Żyć w niepewności co do jutra. Wtedy będzie pani miała prawo rozmawiać z naszymi mieszkankami i je oceniać. I więcej odwagi. Bez przebrania również można się dowiedzieć, że bezdomni to też ludzie. Ponadto jest nam pani winna 6,7 zł. Bo bez potrzeby skorzystała pani z noclegu, którego koszt wynosi właśnie tyle.

Mania podglądania, nagrywania rozmów, filmowania, donoszenia, szukania sensacji, żeby na chwilę zaistnieć. Nie po to przecież, żeby ludziom pomóc. A jeśli szukała pani haka na moich współpracowników, to najpierw radzę poświęcić służbie bezdomnym chociaż rok, a potem oceniać pracę tych, którzy poświęcili jej życie. Czekamy na 6,7 zł.

czy świat stał się lepszy? 20 października 2009

Całą noc pies szczekał jak oszalały, dopiero po drugiej wstałam i zagoniłam go do budy. Zadowolony ze zwolnienia z obowiązku szczekania, westchnął teatralnie i usnął. Ja też. Bez westchnienia. Pobudka o 6.30. O 7 pracownicy biorą z mojej kuchni klucze, które tylko tu nie giną. Biegiem do Nagorzyc włączyć piec CO, żeby dzieci w przedszkolu miały ciepło.

Ksiądz Jacek wyjeżdża walczyć z urzędami o pieniądze na utrzymanie dla samotnej, zaburzonej psychicznie matki. Wracam z Nagorzyc – zwycięstwo. Piec działa i udało mi się go zaprogramować. Chwila w kaplicy, a potem atak telefonów i sekretarki z papierami do pod- pisów.

Telewizja nagrywa program o ekonomii społecznej w przetwórni. Pracują sprawnie, bo muszę jechać do Jankowic na zebranie pracowników Fundacji. W Jankowicach kręcą naszą stolarnię i szwalnię, my się naradzamy, co chwila ktoś wychodzi, żeby odpowiedzieć na pytania ekipy. Temat zebrania: Co zrobić, żeby utrzymać warsztaty dające pracę najsłabszym, często utrzymującym za 940 zł całe rodziny. Nigdzie indziej nie znajdą pracy. Do zwolnienia 5 osób. Jutro trzeba im to powiedzieć.

Powrót o 16, po drodze kupuję w hurtowni środki czystości. Droga pani Ania została dłużej z dziećmi. Widząc moją wygłodzoną minę, odgrzewa pierogi. Artur zjada wszystkie, nie mam czasu szukać czegoś innego, bo telefony. Za chwilę wpadają współpracownicy. Ksiądz Jacek zrobił 200 km, żeby pozbierać niezbędne świstki dla Pomocy Społecznej, która mając je w ręku, przymuszona na przemian milutkim, na przemian stanowczym głosem księdza, godzi się wypełnić swoje ustawowe obowiązki. Kobieta może będzie miała z czego żyć. Jak mogła to sama załatwić?

Lekcje z dziećmi. Dziś technika, klasa VI. Patrz – mój post o szkole. Budowa żelazka. Z rysunku oczywiście. Termostat – objaśnić dziecku, bo pani nie miała czasu. Skorygować błędy merytoryczne w notatce, nie narażając autorytetu pani. Wdzięczne dziecko robi mi kolację, bo w czasie rodzinnej miałam telefony. Msza św. Wydać jedzenie na jutro.

W tym czasie w Warszawie odbywa się konferencja na temat ekonomii społecznej. W luksusowym hotelu ciągle ci sami ludzie dyskutują o tym, co my i inni podobni robimy. Nie wiem, za czyje pieniądze, ale na pewno są to pieniądze przynajmniej w części należne moim biedakom. Odmówiłam udziału.

Nie wiem, czy dzisiaj świat stał się trochę lepszy. Zrobiliśmy, cośmy mogli, i idziemy spać. Dobranoc.

władza i służba 21 października 2009

Jezus do Piłata: „Nie miałbyś władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry”. Ciągle musimy sobie przypominać te słowa. Od naszych decyzji zależy los, a czasem życie człowieka słabego, chorego, niezrównoważonego. Walka o władzę toczy się niekiedy w naszych domach. Kucharz to świetne stanowisko, bo może dać lepszy kąsek, więc stwarza sobie dwór uległych. Dlatego często wymieniamy kucharzy. Ktoś, kto wydaje odzież, też z czasem myli porządek i zachowuje się jak pan i władca. Tego nie lubię, dam mu gorsze, a kumplowi lepsze. Następnym razem staraj się, żebym cię polubił, to będziesz miał więcej.

Kiedyś w naszym domu w Zochcinie mieszkańcy się zbuntowali i stwierdzili, że pan Wojciech, inżynier-rolnik, który jest odpowiedzialny za całe gospodarstwo i budowy, jest niepotrzebny. Oni przejmą władzę. Powiedziałam: Świetnie. Ja mam mnóstwo innej roboty dla pana Wojtka. Od jutra: Krzysiu, wstaniesz o 6.30, o 7 rano rozdzielisz pracę na budowie, pojedziesz po materiały, załadujesz je własnymi rękoma na samochód, dopilnujesz, żeby zwierzęta miały co jeść, znajdziesz producenta lnu do przetwórni, ty, Józiu załatwisz okna, pojedziesz do piekarni po chleb… I tak przez pół godziny wymieniałam, co należy jutro zrobić. Na to jeden z chłopców mówi: Ale my kończymy pracę o trzeciej, nie zdążymy. Więc zapytałam: A o której kończy pracę inżynier? Chórem odpowiedzieli: W nocy. Władza to służba. I zrozumieli, że pan inżynier ma władzę wymagania od nich, bo sam służy im bez ograniczeń. A takiej władzy szybko im się odechciało. Minister to znaczy sługa.

PS Do noclegowni przyszła kobieta w ósmym miesiącu ciąży z pięcioletnim dzieckiem. Bez grosza oczywiście. Pochodzi ze Śląska. Chcieliśmy załatwić jej coś w pobliżu miejsca zamieszkania. Tamtejszy ośrodek interwencji kazał jej najpierw przyjechać… na rozmowę kwalifikacyjną. Z Warszawy. Nie pojechała sprawdzać, czy ma kwalifikacje na ofiarę przemocy.

Artur 22 października 2009

Mój przybrany syn Artur jest upośledzonym umysłowo autystykiem. Pewnie gdyby jego matka zrobiła 23 lata temu badania prenatalne*, nie byłoby go na świecie. Społeczeństwo nie ponosiłoby kosztów jego szkoły specjalnej, leczenia z padaczki, zresztą bezskutecznego, a teraz renty socjalnej.

Artur w atakach złości potrafi zdemolować mieszkanie, powrzucać do butelek po pepsi wszystko, co da się tam wepchnąć, zamknąć w samochodzie jedyne kluczyki, pociąć na kawałki każdy przedmiot akurat nam potrzebny. Właściwie nie mówi. Artur potrafi kochać. Kiedy nadchodzi wieczór, czeka z niecierpliwością, aż się położę. Czasami biedak musi czekać do późna w nocy. Wtedy przychodzi czas na niego. Wszyscy mądrzy, którym poświęcam cały dzień, wyszli. Nareszcie można o mnie zadbać. Wyciąga spod poduszki książkę, którą lubię i której przez cały dzień pilnował dla mnie, daje mi, ścisza telewizor (bez przerwy ogląda bajki), sprawdza, czy mam herbatę, i uspokojony zasypia. Nasz wieczorny rytuał.

Ludzie, którzy odwiedzili nasz dom choć raz, zawsze potem pytają przede wszystkim o Artura. Tajemnica z pozoru bezużytecznego istnienia. Przypomnienie, że prawdziwą wartość ma gest podania książki przez upośledzonego chłopca, który nie wie nic o polityce, Kościele, etyce, pieniądzach.

piękno i brzydota 25 października 2009

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu

nie należy zaniedbywać nauki o pięknie.

Te fragmenty wiersza Zbigniewa Herberta dedykuję dziś moim współpracownikom przygniecionym zalewem brzydoty zachowań niektórych ludzi. Zapominamy czasem, że życie jest zbyt krótkie, żeby je brzydko przeżyć. Bolesne piękno świata widać wyraźnie w śmierci krzyżowej Boga. Ale On zmartwychwstał i dał nam przez to siłę do przemiany tego świata. Chrześcijanin to przecież artysta z powołania. Twórca piękna. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, kiedy wyjmuje robaki z rany bezdomnego.

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru (…)

lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku

Tak smaku.

apostołowie, kot i pies 28 października 2009

Dzisiaj święto dwóch apostołów. Szymona i Judy Tadeusza. Byli pewnie okropnie dumni z wyboru przez Jezusa. Jakże się nacięli, kiedy okazało się, że wymarzone królestwo rzeczywiście nie jest z tego świata. Na tym świecie zaś obaj skończyli tragicznie.

Dzisiaj jeden ksiądz stał na targu parę godzin z Eweliną, matką dwójki dzieci, handlując używaną odzieżą. Drugi zjeździł pół województwa, załatwiając sprawy mieszkańców i domu. Apostołka Tamara, prowadząca nasz dom dla ludzi chorych w Jankowicach od kilku dni segreguje tony odzieży, jeździ na kiermasze, ogarnia sprawy domowe i dogląda szwalni. Apostoł inżynier skończył robotę koło 19: gospodarstwo, budowa, popsute samochody, i teraz gotuje dzieciom obiad na jutro. Apostoł Andrzej po całym dniu pracy w schronisku dla chorych w Warszawie przyjechał wieczorem na wieś, rano zamontował kilka kontaktów, zabrał towar i biegiem do Warszawy, bo samochód potrzebny na żebry żywności. A apostołka siostra Małgorzata od rana dłubała na stronie internetowej, odbierała telefony, usiłowała nadać wszystkiemu jakiś ład, kupowała z inżynierem wykładzinę do nowej świetlicy dla dzieci, a na koniec reperowała: najpierw nieustająco piec CO w Nagorzycach, a potem pilota od dekodera dla Artura.

Daleko stąd do królewskich splendorów i uczt. Jak mówią nasze dzieci, u nas wszyscy są trochę, no… szurnięci. Nawet pies husky, który jak tylko chłodniej na dworze, taranuje drzwi i wali się do łóżka, i kot, co przed jedzeniem myje łapy w miseczce z wodą. „Nie jest lekko”, powiedziała dzisiaj Tamara.

ekumenizm praktyczny 30 października 2009

W czasie, kiedy nie śniło mi się jeszcze, że będę matką dla dwojga rumuńskich dzieci, czyli w początku lat dziewięćdziesiątych, zadzwonił mój brat. Wrócił z Rumunii. Powiedział tylko: Musisz tam pojechać. I podał adres.

Dziewięć godzin na granicy węgierskiej w tłumie samochodów z pomocą humanitarną. Niemcy dają łapówkę, jedziemy za nimi naszym busem. Docieramy na południe. Ni miasteczko, ni wieś. W bloku, w trzypokojowym mieszkaniu wita nas rodzina prawosławnego księdza. Dzieci podają kapcie i zabierają buty na korytarz. W kuchni śpi zakonnica, piątka dzieci księdza na piętrowych łóżkach. Uczta kuchni wegetariańskiej. Rano nie możemy otworzyć drzwi od pokoju. Na korytarzu na podłodze śpi bowiem ksiądz, który odstąpił swoje łóżko komuś przejezdnemu w nocy. Jedziemy do sierocińca w parafii. Setki dzieci przygarnięte przez biedne rodziny z kilku wiosek. Przy biedniutkiej cerkwi duży budynek w budowie. Dzieci z dworców, porzucone, upośledzone. Niejedna rodzina żyjąca na skraju nędzy przygarnia po kilkoro. Czemu? Jedna z matek odpowiedziała: Ktoś musi je kochać. Ale ojcem dla wszystkich jest ksiądz. Żona pierze w rękach bieliznę po rzece gości. Następnym razem przywozimy pralkę automatyczną. Wiele razy jeszcze tam jeździłam. On z rodziną przyjeżdżał do Polski i zawsze byli na mszy katolickiej.

Ksiądz głosił najpierw kazania przeciwko aborcji, aż przyszły dwie kobiety z brzuchami pod nos i powiedziały: Nie zabiłyśmy, ale nie damy rady wychować. Odpowiedział: Biorę. Dziś ma ponad pięciuset wychowanków. Kilka lat temu moje dzieci znalazły się w Rumunii w dużych kłopotach. Oczywiście Padre Tanase wygrzebał je nocą, gdzieś w górach, Maria dopieściła, oprała. Współpracownik przywiózł do Polski.

Mój Padre jest na pewno święty, ale jeszcze bardziej święta jest Maria, jego żona. Która baba by to wytrzymała? A ona wzięła kilkoro dzieci do swoich pięciorga. Dzisiaj dzwonili, że przyjeżdżają jutro w sześć osób. Moja córka musi odstąpić swój pokój, który właśnie po raz pierwszy w życiu dostała, inne dzieci też się posuną. Tylko z wegetariańską kuchnią mam problem.

A teologowie niech dyskutują o filioque i prymacie papieży.

ekumenizm bezreligijny 1 listopada 2009

W pewnym bardzo dziwnym kraju, w jego stolicy, pewien bardzo znany pan, redaktor naczelny pewnego znanego czasopisma, które na pewno nie „propaguje wartości chrześcijańskich” z okazji swoich urodzin zaprosił gości i zażyczył sobie, żeby zamiast prezentów dla niego owi goście zrobili prezent dla ubogich dzieci będących pod opieką bardzo katolickiej Wspólnoty „Chleb Życia”. I sam pilnował, żeby goście nie zapomnieli dać kasy na ten prezent, czyli pomoc dzieciakom w edukacji.

gniew nieświętobliwy 3 listopada 2009

Kiedyś prosiłam kilka dni pod rząd, żeby myć porządnie toalety, bo śmierdzi w całym domu. Do codziennego sprzątania wyznaczane są osoby dyżurne. Jeden, drugi, trzeci dzień, grzecznie, że może by tak dwa razy dziennie, porządnie, chlorem. Sama pokazałam, jak to należy robić. Wreszcie, w czasie obiadu nie wytrzymałam zapachów z ubikacji. Odegrałam scenę przy użyciu słów powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite i dodatkowo zrzuciłam cały obiad ze stołu. Poszło kilka talerzy. Zrobiła się cisza, a potem odezwał się jeden z mieszkańców: Tego nam właśnie było potrzeba. Zdębiałam. Odpowiedziałam: Kimże jesteście, że trzeba aż w ten sposób przekonać was do mycia po sobie toalet? Zresztą minęło już kilka lat i wieść o konieczności mycia ubikacji przekazywana jest z ust do ust. Nie śmierdzi.

Była u nas rodzina Czeczenów. Matka z trójką dzieci. Z niewiadomych powodów pozostali mieszkańcy obrali ich sobie za cel złośliwości. Dzieci nie mogły zrobić kroku, wytykano im, że jedzą za dużo, ubliżano. Były to spokojne, miłe dzieciaki. Żadne prośby i tłumaczenia nie pomagały. Wreszcie miara się przebrała. Na zebraniu użyłam całej swojej wiedzy na temat słów alternatywnych, a darłam się tak, że sufit skakał. Dokuczanie przycichło. Jedni zrozumieli, inni zwyczajnie zaczęli się bać.

Podobne sytuacje zdarzają się często. Grzecznie powtarzane prośby o zrobienie lub też nierobienie czegoś są bez skutku. Dopiero podniesienie głosu, niecodzienne zachowanie, w tym podkreślenie wagi sytuacji mocnymi słowami, powoduje reakcję.

Łatwiej jest czasem pozbyć się kłopotliwego człowieka, niż szarpać się, żeby zrozumiał, co jest dla niego dobre.

przyjaciele Boga? 5 listopada 2009

Na wsi życie jest przyziemne i śmierdzi w naszym nowym przedszkolu. Piękny lokal, wyremontowany ogromnym wysiłkiem, dzięki pomocy wielu przyjaciół. Dzieciaki mają dobrą kadrę, rytmikę i angielski, a tu śmierdzi. Nie wiadomo, co i skąd. Walczymy, szukamy i nic. Jeszcze jutro jeden pomysł i zobaczymy, a właściwie powąchamy. I tu pomaga mi anegdota o św. Teresie z Ávili. Kiedy podczas koszmarnej podróży przez pustkowia w celu założenia nowego domu rozpadł się jej powóz, poskarżyła się Panu Jezusowi, że przesadził. Pan jej odpowiedział: Tak traktuję swoich przyjaciół. To dlatego masz ich tak mało – odparowała.

Kończymy też pomieszczenie pod świetlicę dla młodzieży. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu ruszy. Jak Polska długa i szeroka, jedyną na wsi świetlicą jest przystanek PKS albo sklep z alkoholem. Biegiem szykujemy pokój dla matki z dwójką dzieci. Przeżyła koszmar. Pomoc społeczna bardzo się zaangażowała. Słychać w słuchawce człowieka. Wynajęliśmy lokal na kiermasz używanej odzieży. Moje biedaki jeżdżą po wsiach i handlują, żeby zarobić na utrzymanie tego wszystkiego, ale teraz nie będą już marznąć i moknąć. Na dzisiaj mamy wszyscy dosyć, niektórzy nawet bardzo.

Czy znaczy to, że zasłużyliśmy na miano Jego przyjaciół? Mam taką nadzieję.

pokusa zgorzknienia 6 listopada 2009

Pamiętam młodego człowieka umierającego na raka w naszym schronisku dla chorych. Powiedział mi: Spaprałem sobie życie przez alkohol. Wiem, że umrę. Ale jestem szczęśliwy. Zgłupiałam, bo sytuacja była daleka od szczęścia. Potwornie spuchnięty, leżał prawie bez ruchu. On zrozumiał moje zażenowanie i powiedział: Pogodziłem się z rodziną.

Ogromna większość mieszkańców naszych domów to ludzie w gruncie rzeczy pogodni. Chyba nigdy nie słyszałam, żeby urągali bogatym, zazdrościli tym, co mają luksusy. Owszem, są osoby chore psychicznie, uzależnione, aroganckie i agresywne. Ale to co innego. Niektórzy walczą o godne życie, mimo swoich słabości. Niektórzy nie są w stanie. I często w kaplicy, wieczorem, mówimy sobie: Może jesteśmy bogatsi niż Bill Gates?

Doszliśmy, przynajmniej niektórzy, do zrozumienia, że nie mamy nic, a mimo to mamy wszystko. Nic nam się w życiu niby nie udało, a jednak jesteśmy spokojni. Mamy za sobą szukanie szczęścia tam, gdzie – już to wiemy – nie można go znaleźć. W alkoholu, seksie, pieniądzach, czasem władzy. I dziwię się ciągle, że ci, którzy nic nie mają, są mniej zgorzkniali niż ci, co ciągle mają całkiem sporo.

Zgorzknienie rodzi się wtedy, kiedy naszą nadzieję pokładamy w rzeczach przemijających, których ciągle możemy mieć więcej. Kiedy sens naszego życia upatrujemy w sukcesie, a swoją wartość mierzymy stanem posiadania. Wielu moich mieszkańców doszło do mądrości polegającej na tym, że wiedzą już, iż sens życia leży gdzie indziej. Wartość człowieka nie zależy od stanu posiadania. Gorzkniejemy, kiedy nie potrafimy pogodzić się ze sobą, ze światem, z ludźmi. Kiedy ciągle szukamy winnych naszej sytuacji. Pogodna akceptacja to początek nowego życia. Akceptacja nie oznacza zgody na zło. To mądrość, która pozwala zmienić to, co da się zmienić, a znosić z godnością to, czego zmienić się nie da. W ten sposób klęskę można zmienić w zwycięstwo. Wreszcie, uznanie, że jest Ktoś, kto mnie kocha takiego, jaki jestem, przywraca poczucie godności nawet w łach- manach.

* Same badania prenatalne mogą pomóc w diagnozie ciąży i stanu płodu, i pozwalają na wczesne leczenie w miarę potrzeby. I nie ma w nich nic złego. Natomiast eliminacja ludzi słabszych, upośledzonych, niepełnosprawnych jest zbrodnią bez względu na ich wiek. To już historia ćwiczyła. Proszę pamiętać, że nie daj Boże ktoś z Państwa bliskich może stać się niepełnosprawny. Zmierzamy ku cywilizacji, w której słabość nie jest tolerowana i silni nie mają ochoty dzielić się ze słabszymi. Zatem może się okazać, że, delikatnie ująwszy, zabraknie miejsca na tym świecie dla takiej osoby i trzeba ją będzie zutylizować jak niepotrzebny śmieć. Czy zabicie dziecka niepełnosprawnego nie jest tym samym? A jeśli nie, to czym?