Central park - Guillaume Musso - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

8 rano. Alice i Gabriel budzą się na ławce w Central Parku skuci ze sobą kajdankami. Nie znają się i nie pamiętają, żeby się kiedykolwiek spotkali. Poprzedniej nocy Alice bawiła się z przyjaciółkami na Polach Elizejskich, a Gabriel grał na pianinie w dublińskim  klubie. Niemożliwe? A jednak… Jak wplątali się w tę niebezpieczną historię? Plamy czyjej krwi znajdują się na koszulce Alice? Dlaczego w jej broni brakuje jednego pocisku?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Alice i Gabriel nie pamiętają wczorajszej nocy…Ale długo o niej nie zapomną…

Nowy Jork, 8.00 rano. Alice i Gabriel budzą się na ławce w Central Parku skuci kajdankami. Nie znają się i nie pamiętają, żeby się kiedykolwiek spotkali. Poprzedniego wieczoru Alice bawiła się z przyjaciółkami na Polach Elizejskich, a Gabriel grał na pianinie w dublińskim klubie.

Niemożliwe? A jednak… Jak wplątali się w tę niebezpieczną historię? Plamy czyjej krwi znajdują się na koszulce Alice? Dlaczego w jej broni brakuje jednego pocisku?

Alice i Gabriel nie mają wyjścia – muszą połączyć siły, aby wyjaśnić to, co im się przydarzyło, aby wrócić do normalności. Ale to, co odkryją, wywróci ich życia do góry nogami.

GUILLAUME MUSSO

Autor od lat utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy, absolwent ekonomii, z zawodu nauczyciel. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Jego druga powieść, Potem…, zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, sprzedała się we Francji w nakładzie pół miliona egzemplarzy. W 2008 r. miał premierę film nakręcony na jej podstawie, z Johnem Malkovichem, Evangeline Lilly i Romainem Durisem w rolach głównych. W planach są trzy następne ekranizacje prozy Musso. Pisarz robi światową karierę. Łączny nakład jego powieści Uratuj mnie, Będziesz tam?, Ponieważ cię kocham, Wrócę po ciebie, Kim byłbym bez ciebie?, Papierowa dziewczyna, Telefon od anioła, 7 lat później…, Jutro, Central Park i Ta chwila – przełożonych na 36 języków, przekroczył 20 milionów egzemplarzy.

www.guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM…URATUJ MNIEBĘDZIESZ TAM?PONIEWAŻ CIĘ KOCHAMWRÓCĘ PO CIEBIEKIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?PAPIEROWA DZIEWCZYNATELEFON OD ANIOŁA7 LAT PÓŹNIEJ…JUTROCENTRAL PARKTA CHWILA

WkrótceDZIEWCZYNA Z BROOKLYNU

Tytuł oryginału:CENTRAL PARK

Copyright © XO Éditions 2014All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2015

Redakcja: Ewa Pawłowska

Zdjęcia na okładce:© Plainpicture/Glasshouse/J.Calvo, © Hepatus/Getty Images,© Joe Josephs Photography/Getty Images

Projekt graficzny okładki: R. Pépin 2014

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-422-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em.eu

Rzeczy, które nam umykają, mają dla nas większe znaczenie niż te, które się posiadło.

WILLIAM SOMERSET MAUGHAM

Część pierwszaPrzykuci do siebie

1Alice

Myślę, że w każdym z nas żyje ktoś drugi. Nieznajomy, Konspirator, Spryciarz1.

STEPHEN KING, Czarna bezgwiezdna noc

Najpierw czuje na twarzy żywy, ostry powiew wiatru.

Potem słyszy lekki szelest liści. Odległy szum strumienia. Dobiegające zewsząd ćwierkanie ptaków. Zza przymkniętych powiek odczuwa pierwsze promienie słońca.

Jeszcze później dociera do niej trzask łamanych gałęzi. Zapach mokrej ziemi, rozkładających się liści. Silna woń szarego mchu pachnącego mokrą korą.

A z jeszcze większej oddali dochodzi do niej jakieś dziwne brzęczenie, odgłos jak ze złego snu.

*

Alice Schäfer z trudnością otworzyła oczy. Światło dzienne ją oślepiło, ubranie było mokre od porannej rosy. Drżała z zimna, zlana lodowatym potem. Czuła suchość w gardle, a w ustach smak popiołu. Stawy ją bolały, była zesztywniała i otumaniona.

Gdy się wyprostowała, zobaczyła, że leżała przedtem na ławce zbitej z surowych desek, ale nie sama: opierał się o nią całym ciężarem jakiś masywnie zbudowany facet.

Zdusiła okrzyk strachu. Serce podeszło jej do gardła. Starając się wysunąć spod przylegającego do jej pleców mężczyzny, spadła na ziemię. Niemal od razu zerwała się na równe nogi. Wówczas spostrzegła, że jej prawa ręka przyczepiona jest kajdankami do lewego nadgarstka nieznajomego. Cofnęła się gwałtownie. Mężczyzna nie zareagował.

Cholera!

Serce wciąż łomotało jej w piersi jak oszalałe. Rzuciła okiem na swój stary zegarek marki Patek Philippe: miał porysowaną tarczę, ale wciąż chodził i jego wieczny kalendarz wskazywał godzinę ósmą rano, ósmego marca.

Cholera! Gdzie ja jestem?! – pomyślała spanikowana, wycierając rękawem pot z twarzy.

Rozejrzała się wokoło. Znajdowała się w samym sercu lasu pełnego złotolistnych jesiennych drzew. Poszycie było świeże, porośnięte różnorodną roślinnością. Ławka stała na dzikiej, cichej polanie wśród dębów i gęstej krzewiny, spomiędzy której gdzieniegdzie można było dostrzec występy skalne. W pobliżu ani żywego ducha. Biorąc pod uwagę sytuację, z pewnością tak było lepiej.

Alice spojrzała do góry. Piękne, łagodne, prawie nierealne światło przenikało skrzącymi się promieniami poprzez listowie ogromnego ognistego wiązu, którego korzenie dziurawiły dywan z wilgotnych liści.

Las w Rambouillet? Fontainebleau? Lasek Vincennes? – zaczęła zgadywać w myślach.

Scena jak z obrazu impresjonistów, jak z pogodnej pocztówki… Z wyjątkiem tego absurdalnego przebudzenia obok jakiegoś obcego faceta.

Nachyliła się ostrożnie, żeby przyjrzeć się jego twarzy. Facet mógł mieć trzydzieści pięć – czterdzieści lat. Miał lekki zarost i jasnobrązowe potargane włosy.

Nie żyje?

Uklękła i przyłożyła trzy palce do jego szyi, po prawej stronie jabłka Adama. Puls, który wyczuła, naciskając tętnicę szyjną, uspokoił ją. Mężczyzna był nieprzytomny, ale nie martwy. Przez chwilę patrzyła na niego. Może go zna? Może to jakiś bandyta, którego wsadziła za kratki? Zapomniany przyjaciel z dzieciństwa? Nie… Jego rysy twarzy nie mówiły jej absolutnie nic.

Odgarnęła kilka jasnych kosmyków z czoła, które zasłaniały jej oczy, i przyjrzała się metalowym kajdankom. Był to standardowy model z podwójnym zabezpieczeniem, używany zarówno przez policjantów, jak i prywatne służby ochrony. To mogły być nawet jej własne kajdanki. Alice pogrzebała w kieszeni dżinsów w nadziei, że znajdzie tam kluczyk.

Kluczyka nie było, ale za to w wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki wyczuła zarys lufy. Myśląc, że znalazła swój służbowy pistolet, z ulgą zacisnęła na nim palce. Jednak to nie był sig sauer używany przez policjantów z brygady kryminalnej. To był jakiś obcy pistolet, Glock 22 z polimeru. Chciała sprawdzić magazynek, ale z jedną ręką w kajdankach… Zaczęła się wykręcać na wszystkie strony – nie chciała obudzić nieznajomego – i w końcu jej się to udało. Najwyraźniej brakowało jednej kuli. Kiedy oglądała pistolet, zobaczyła na kolbie zaschniętą krew. Rozpięła kurtkę do końca. Jej koszula z obu stron również była poplamiona krwią.

Do diabła! Co ja narobiłam?!

Wolną ręką przetarła oczy. W skroniach poczuła pulsujący migrenowy ból. Miała wrażenie, że głowę ściska jej niewidzialne imadło. Odetchnęła głęboko, chcąc przegonić strach. Musi się skupić!

Poprzedniego wieczoru z trzema koleżankami robiły rundkę po barach na Champs Élysées. Odwiedziły po kolei Moonlight, Treizième Étage, Londonderry… Dużo wypiła. Koło północy rozstały się i ona poszła do swego samochodu, zaparkowanego na podziemnym parkingu przy avenue Franklin Roosevelt, a potem…

No właśnie, a potem co? Nic, czarna dziura… Czuła się otumaniona, jej umysł chyba się zawiesił. Pamięć, jakby sparaliżowana, zachowała tylko ten ostatni obraz.

No, zrób wysiłek, do cholery! Co było potem???

Widziała, jak stoi przy automatycznych kasach, następnie jak schodzi na trzeci poziom. Było oczywiste, że zbyt dużo wypiła. Potykając się, podeszła do swego małego audi, otworzyła drzwi, usiadła za kierownicą i…

I – pustka.

Mimo że bardzo starała się skoncentrować, wspomnienia ukryły się jakby za ścianą z białej cegły, za nieprzeniknionym Murem Hadriana, albo gorzej: Wielkim Murem Chińskim. Nie była się w stanie przez niego przebić.

Przełknęła ślinę. Ogarniająca ją panika wzrosła o jeden stopień. Las, zakrwawiona koszula, cudzy pistolet… To nie był tylko kac po szalonej nocy. Jeśli nie mogła sobie przypomnieć, w jaki sposób tu dotarła, to z pewnością ktoś nafaszerował ją narkotykami. Może jakiś psychol wrzucił jej do kieliszka pigułkę gwałtu! Nie było to niemożliwe, jako policjantka dość często miała ostatnio do czynienia z wypadkami, w których posłużono się tym właśnie narkotykiem. Chwilowo przestała o tym myśleć i zabrała się do opróżniania kieszeni: znikł jej portfel, ulotniła się też legitymacja policyjna. Nie miała przy sobie ani dowodu osobistego, ani pieniędzy, ani komórki.

Do strachu dołączyła się rozpacz.

Zatrzeszczała złamana gałąź, płosząc stadko gajówek, które wzbiły się w górę. Kilka pożółkłych liści zakręciło się w powietrzu, muskając twarz Alice. Młoda kobieta przytrzymała brodą górną część kurtki i lewą ręką podsunęła suwak. Wtedy zauważyła na wewnętrznej stronie dłoni numer wypisany bladym atramentem długopisu; był to ciąg cyfr zanotowanych w pośpiechu, jakby szkolna ściągawka, która zaraz miała zniknąć.

2125558900

Co to mogło oznaczać? Czy to był jej własny zapis? Możliwe, ale wcale nie takie pewne, osądziła, przypatrując się pismu.

Zbita z tropu i przestraszona, na chwilę przymknęła oczy.

Nie wolno jej się poddać! Najwyraźniej tej nocy zdarzyło się coś poważnego. Jednakże nawet jeśli ona niczego nie pamięta, jest przecież ten facet, z którym są spięci kajdankami. Sprawa zaraz się wyjaśni. Przynajmniej taką miała nadzieję.

Czy to przyjaciel, czy wróg?

Tego nie wiedziała, odciągnęła więc zamek magazynka i odbezpieczyła glocka, celując wolną ręką w towarzysza niewoli. Dopiero teraz potrząsnęła nim gwałtownie.

– Ej! Pobudka!

Mężczyzna z trudnością dochodził do siebie.

– Obudź się, człowieku! – Alice szarpnęła go za ramię.

Mężczyzna poruszył powiekami i zdusił ziewnięcie, z trudem się prostując. Kiedy całkowicie otworzył oczy, cofnął się gwałtownie, zdumiony widokiem lufy wycelowanej kilka centymetrów od jego skroni.

Popatrzył na Alice wytrzeszczonymi oczami i zaczął się rozglądać, skonsternowany widokiem otaczającego ich lasu. Po kilku sekundach przełknął ślinę i spytał po angielsku:

– Kim pani jest, do diabła, co my tu w ogóle robimy?!

2Gabriel

W każdym z nas drzemie złowieszczy nieznajomy…

BRACIA GRIMM

Nieznajomy odezwał się z silnym akcentem amerykańskim, prawie nie wymawiając „r”.

– Gdzie my jesteśmy, do cholery?! – powtórzył, marszcząc brwi.

Alice zacisnęła palce na kolbie glocka.

– To raczej pan powinien mi powiedzieć, gdzie jesteśmy! – odpowiedziała po angielsku, zbliżając lufę do jego skroni.

– Tylko proszę się uspokoić, dobrze? – zaproponował, podnosząc ręce. – I niech pani opuści pistolet, to niebezpieczna zabawka…

Wciąż jakby nierozbudzony do końca wskazał brodą na swój ściśnięty kajdankami nadgarstek.

– Dlaczego mnie pani tym spięła? Co zrobiłem tym razem? Pobiłem się z kimś? Upiłem się i awanturowałem na ulicy?

– To nie ja panu założyłam kajdanki – odrzekła Alice, przyglądając się mu dokładniej. Miał na sobie ciemne dżinsy, conversy, niebieską zmiętą koszulę i taliowaną marynarkę od garnituru. Jego jasne łagodne oczy były zmęczone i opuchnięte.

– Nie jest tu za ciepło… – jęknął i skulił się. Popatrzył na nadgarstek, żeby sprawdzić godzinę na swoim zegarku, ale zegarka nie było.

– Ożeż…! Która godzina?

– Ósma rano.

Z trudem zaczął wywracać kieszenie marynarki.

– Wszystko mi pani zabrała! Forsę, portfel, telefon…

– Niczego panu nie zabrałam! – zapewniła go Alice. – Moje rzeczy też gdzieś znikły.

– Mam porządnego guza! – zauważył, macając tył głowy wolną dłonią. – To też nie pani sprawka, prawda? – jęknął, nie oczekując żadnej odpowiedzi.

Spojrzał na nią kątem oka. Alice, smukła blondynka około trzydziestki, miała na sobie dżinsy rurki i skórzaną kurtkę, spod której wystawały poły zakrwawionej koszuli. Jej upięte w kok włosy wysuwały się spod spinek i spadały na twarz o surowych, lecz regularnych rysach, wysokich kościach policzkowych, delikatnym nosie i bladej cerze. Jej oczy, w których odbijały się miedziane kolory jesiennych liści, błyszczały intensywnie.

Uczucie ćmiącego bólu biegnącego wzdłuż przedramienia oderwało go od rozmyślań o niej.

– Co znowu? – westchnęła Alice.

– Bardzo mnie boli… Jakbym miał tu ranę! – Skrzywił się.

Kajdanki nie pozwalały mu zdjąć marynarki ani podciągnąć rękawów koszuli, ale wykręcając się na wszystkie strony, zauważył, że ramię miał ściśnięte bandażem. Był to świeży opatrunek, a spod niego wyciekał strumyczek krwi, który docierał aż do nadgarstka.

– Dość już tych bzdur! – zdenerwował się. – Gdzie my właściwie jesteśmy, w Wicklow?

Młoda kobieta potrząsnęła głową.

– Wicklow? – zdziwiła się. – A gdzie to jest?

– To las na południe… – westchnął mężczyzna.

– Na południe od czego?

– Żartuje sobie pani ze mnie czy co? Na południe od Dublina.

Alice popatrzyła na niego okrągłymi ze zdziwienia oczami.

– Naprawdę pan myśli, że jesteśmy w Irlandii?

Mężczyzna westchnął.

– Bo gdzie niby mielibyśmy być?

– No raczej we Francji! Niedaleko Paryża. Powiedziałabym, że to las w Rambouillet albo…

– Co za bzdury! – przerwał jej mężczyzna. – A poza tym kim pani właściwie jest?!

– Jestem dziewczyną, która trzyma w ręku spluwę, więc to ja zadaję pytania.

Mężczyzna spojrzał na nią wrogo, ale zrozumiał, że to nie on jest panem sytuacji. Zapadła cisza.

– Nazywam się Alice Schäfer, jestem kapitanem paryskiej policji kryminalnej. Spędzałam wieczór z przyjaciółkami na Champs Élysées. Nie wiem, gdzie jesteśmy i jak znaleźliśmy się tutaj, spięci razem kajdankami. I nie mam pojęcia, kim pan jest. Teraz pan.

Po kilku sekundach wahania nieznajomy postanowił wyjawić swoją tożsamość.

– Jestem Amerykaninem. Nazywam się Gabriel Keyne, jestem pianistą jazzowym. Mieszkam w Los Angeles, ale często bywam w rozjazdach z powodu koncertów.

– Ostatnie wydarzenie, które pan zapamiętał! – przycisnęła go Alice.

Gabriel zmarszczył brwi i na dowód wielkiego skupienia zamknął oczy.

– No więc… Wczoraj wieczorem grałem z kolegami, z gitarzystą basowym i saksofonistą, w Brown Sugar… To taki klub jazzowy w dzielnicy Temple Bar, w Dublinie.

W Dublinie… Ten facet jest wariatem.

– Po koncercie usiadłem przy barze i pewnie wlałem w siebie sporo Cuba Libre… – Gabriel otworzył oczy.

– A potem?

– Potem…

Twarz Gabriela przebiegł grymas i mężczyzna zagryzł wargi. Najwyraźniej, podobnie jak ona, miał trudności z przypomnieniem sobie, jak skończył się wieczór.

– Niech pani posłucha… Nie wiem. Wydaje mi się, że miałem drobny zatarg z jakimś facetem, któremu nie podobał się mój sposób gry, potem zaczepiałem jakieś dziewczyny, ale byłem zbyt napruty, żeby wyrwać jakąś laskę.

– Klasa! Bardzo elegancko, naprawdę!

Mężczyzna machnął ręką i wstał, zmuszając Alice do tego samego. Szarpnęła ramieniem. Z powrotem opadli na ławkę.

– Wyszedłem z klubu około północy. Ledwo trzymałem się na nogach… Gdzieś na Aston Quay zacząłem szukać taksówki. Minęło kilka minut, w końcu zatrzymał się jakiś samochód i…

– I co?

– Nie wiem! – przyznał. – Pewnie podałem adres mojego hotelu i zasnąłem…

– A potem?

– Nie wiem, mówię pani, że nie pamiętam!

Alice opuściła pistolet i zamilkła. Trzeba było dłuższej chwili, żeby przetrawiła te złe nowiny. No cóż, ten facet raczej nie pomoże jej w rozwiązaniu zagadki, wręcz przeciwnie.

– Zdaje pan sobie sprawę, że wszystko to, co mi pan opowiedział, to kompletne bzdury? – westchnęła po chwili milczenia.

– A to czemu?

– Przecież jesteśmy we Francji!

Gabriel spojrzał na otaczający ich las: pełno dziko rosnących roślin, gęste krzewy, ściany skalne porośnięte bluszczem, złote kopuły jesiennego listowia. Spojrzeniem pobiegł w górę zniszczonego pnia ogromnego wiązu. Dwie wiewiórki skakały z gałęzi na gałąź w pogoni za błękitnym drozdem amerykańskim.

– Jestem gotów założyć się o duże pieniądze, że nie jesteśmy we Francji! – rzucił, drapiąc się w głowę.

– Tak czy inaczej, jest tylko jedna metoda, żeby to sprawdzić! – zdenerwowała się Alice, chowając pistolet i zmuszając Gabriela do wstania z ławki.

Opuścili łąkę i weszli pomiędzy gęstwinę drzew i zarośli. Złączeni z sobą minęli pagórkowaty lasek, weszli na pnącą się w górę ścieżkę, potem zeszli w dół skalną drogą. Przeskakiwali przez strumyki, maszerowali krętymi ścieżkami i zajęło im dobrych dziesięć minut, żeby wydostać się z tego leśnego labiryntu. W końcu wyszli na wąską asfaltową alejkę obrośniętą drzewami, których korony tworzyły nad nimi liściaste sklepienie. W miarę jak posuwali się naprzód, coraz wyraźniej docierały do nich odgłosy cywilizacji.

I nagle niezidentyfikowany do tej pory szmer zmienił się w znajomy odgłos wielkiego miasta.

Pchana dziwnym przeczuciem Alice pociągnęła Gabriela ku słonecznemu prześwitowi w listowiu. Światło przyciągało ich jak magnes. Po chwili znaleźli się nad obrośniętym trawą brzegiem jeziora.

Wtedy to zauważyli.

„To”, czyli łuk dużego żeliwnego mostu z gracją przerzuconego nad rozlewiskiem.

Był to długi kremowy most zdobiony arabeskami, z subtelną dekoracją w formie ukwieconych waz.

Ten most widzieli w setkach filmów.

Bow Bridge.

To nie był ani Paryż, ani Dublin.

To był Nowy Jork.

Central Park.

3Central Park West

Pragniemy prawdy, a znajdujemy w sobie tylko niepewność.

BLAISE PASCAL, Myśli

– O Boże! – westchnął Gabriel. Na twarzy Alice malowało się zdumienie.

Nawet jeśli było to niewiarygodne, teraz nie mieli już wątpliwości. Obudzili się w samym środku Ramble, gęstego lasu, rozciągającego się na piętnastu hektarach z północnej strony jeziora, najdzikszego zakątka Central Parku.

Ich serca biły jednym rytmem jak oszalałe. Na alejce, do której doszli, panował zwykły poranny ruch. Zgodnie dzielili ją amatorzy joggingu, adepci tai-chi i mieszkańcy okolic, którzy jak zwykle wyprowadzali na poranny spacer psy. Nagle charakterystyczne odgłosy wielkiego miasta – szum przejeżdżających samochodów, klaksony, syreny wozów strażackich i policyjnych – prawie ogłuszyły Gabriela i Alice.

– To jakieś szaleństwo… – wyszeptała młoda kobieta.

Skonsternowana zaczęła się zastanawiać nad ich przedziwną sytuacją. Zgoda, z pewnością spędzili z Gabrielem mocno zakrapianą noc, do tego stopnia, że urwał im się film. Jednak wydawało się wręcz nie do pomyślenia, by ktoś wpakował ich na pokład samolotu bez ich zgody. Alice nieraz była na wakacjach w Nowym Jorku ze swoim kolegą z pracy i najlepszym przyjacielem, Seymourem. Wiedziała, że lot na trasie Paryż–Nowy Jork trwa ponad osiem godzin, i że trzeba jeszcze odjąć dwie godziny z powodu różnicy czasu. Seymour rezerwował najczęściej miejsca w samolocie, który wylatywał z lotniska Charles’a de Gaulle’a o ósmej trzydzieści rano, a lądował w Nowym Jorku o dziesiątej trzydzieści czasu miejscowego. Pamiętała również, że ostatni lot transatlantycki z Paryża jest trochę przed dwudziestą. A przecież poprzedniego wieczoru o ósmej była jeszcze w Paryżu. Musieli więc przylecieć tutaj prywatnym samolotem. Nawet jeśli wsadzono by ją do samolotu wylatującego z Paryża o drugiej w nocy, znalazłaby się w Nowym Jorku o czwartej nad ranem. Dostatecznie wcześnie, żeby obudzić się w Central Parku o ósmej rano. Teoretycznie to nie było niemożliwe. Ale rzeczywistość to inna historia. Nawet jeśli przylatywało się prywatnym odrzutowcem, skomplikowane formalności na granicy USA trwały bardzo długo. Coś tu się zdecydowanie nie zgadzało.

– Ups! Przepraszam! – Usłyszeli. Potrącił ich jakiś chłopak na łyżworolkach, rzucając jednocześnie podejrzliwe spojrzenie na kajdanki, którymi byli skuci.

W głowie Alice zapaliło się światełko alarmowe.

– Nie możemy tak stać tutaj pośród tych wszystkich ludzi – zdenerwowała się. – Za chwilę zatrzyma nas policja.

– Co pani proponuje?

– Proszę mnie wziąć za rękę, szybko! – rzuciła.

– Co?

– Proszę wziąć mnie za rękę, żebyśmy wyglądali jak para zakochanych, i szybko przejdźmy przez most! – zarządziła Alice, gwałtownie pociągając go za sobą.

Posłuchał jej i weszli na Bow Bridge. Powietrze było rześkie i suche. Trochę dalej odcinały się od czystego nieba sylwetki wspaniałych budynków Central Park West: dwóch bliźniaczych wież San Remo, mitycznej fasady Dakota Building i luksusowego apartamentowca Majestic z secesyjnymi oknami.

– Tak czy inaczej, musimy zgłosić się na policję! – powiedział Gabriel.

– Akurat sami pchalibyśmy się w paszczę lwa!

– Tak nakazuje zdrowy rozsądek, kotku!

– Jeszcze raz się pan do mnie tak zwróci, a uduszę pana tymi kajdankami! Zacisnę je na szyi i będę trzymać tak długo, aż pan wyzionie ducha! Nieboszczyk robi o wiele mniej głupstw, przekona się pan.

Zignorował tę groźbę.

– Ponieważ jest pani Francuzką, proszę przynajmniej zgłosić się do swojej ambasady!

– Najpierw muszę zrozumieć, co się naprawdę wydarzyło tej nocy.

– Ja nie zamierzam grać roli uciekiniera! Gdy tylko wyjdziemy z parku, idę prosto na komisariat i mówię, co mi się przydarzyło.

– Naprawdę jest pan taki głupi czy tylko udaje? Może pan nie zauważył, ale jesteśmy skuci razem kajdankami! Jesteśmy nierozłączni i nierozdzielni, wbrew naszej woli zdani na siebie. Więc tak długo, jak jesteśmy razem, będzie pan robił to samo co ja.

Bow Bridge łagodnie łączył z sobą dzikie zarośla Ramble i pięknie uporządkowane ogrody na południu jeziora. Po drugiej stronie weszli na ścieżkę, która biegła wzdłuż brzegu akwenu aż do granitowej kopuły fontanny Cherry Hill.

– Dlaczego nie chce pani pójść ze mną na policję? – nie ustępował Gabriel.

– Bo niech pan sobie wyobrazi, że wiem, jak ona działa.

Muzyk się zdenerwował.

– Jakim prawem wciąga mnie pani w swoje ciemne sprawki?!

– W jakie ciemne sprawki? Możliwe, że wdepnęłam w gówno, ale pan wdepnął w nie razem ze mną, i to aż po szyję!

– Nie, to mnie nie dotyczy, nie mam sobie nic do zarzucenia!

– Ach tak? Skąd ta pewność? Myślałam, że nie pamięta pan nic z minionej nocy…

Gabriel jakby stracił pewność siebie.

– Nie ufa mi pani?

– Absolutnie nie. Pańska historia z barem w Dublinie nie trzyma się kupy, Keyne.

– Pani historia z barami na Champs Élysées jest równie nieprawdopodobna! A poza tym to pani ma zakrwawione ręce, pistolet w kieszeni i…!

– Zgadza się, to ja mam broń! – przerwała mu Alice. – W związku z tym zamknij się i rób, co każę, okay?

Wzruszył ramionami i westchnął zirytowany.

Przełykając ślinę, Alice poczuła palenie za mostkiem, jakby do jej przełyku dostał się kwas. Stres. Zmęczenie. Strach.

Jak wydobyć się z tej matni?

Starała się zebrać myśli. We Francji było wczesne popołudnie. Koledzy z jej wydziału, zauważywszy jej nieobecność, powinni już zacząć się niepokoić. Seymour z pewnością dzwonił na jej komórkę. To z nim powinna się przede wszystkim skontaktować, jego poprosić o pomoc. Stopniowo powstawała w jej głowie lista rzeczy do zrobienia: po pierwsze, należało zdobyć nagrania z kamer nadzorujących parking na avenue Franklin Roosevelt, po drugie, zrobić spis wszystkich prywatnych samolotów, które po północy wyleciały z Paryża w kierunku Stanów, po trzecie, trzeba znaleźć miejsce, w którym porzucono jej audi, po czwarte, trzeba sprawdzić tożsamość tego Gabriela Keyne’a i dowiedzieć się, czy ten facet mówi prawdę…

Perspektywa tego zajęcia uspokoiła ją trochę. Od dawna w życiu motywowała ją głównie adrenalina, której dostarczała jej praca. Była jak narkotyk, który w przeszłości zrujnował jej życie, ale teraz jako jedyny potrafił zmusić ją do wstania rano z łóżka.

Głęboko wciągnęła w płuca chłodne powietrze Central Parku.

Ulżyło jej, gdy poczuła, że natura policjantki bierze nad nią górę. Zaczęła przemyśliwać nad metodą śledztwa: Seymour będzie je prowadził pod jej kontrolą we Francji, a ona zajmie się sytuacją na miejscu.

Wciąż trzymając się za ręce, Alice i Gabriel szybko dotarli do trójkątnego ogrodu Strawberry Fields, przez który wychodziło się z parku od zachodniej strony. Alice spoglądała ukradkiem na Gabriela. Musi koniecznie się dowiedzieć, kim naprawdę jest ten mężczyzna. Czy to ona nałożyła mu kajdanki? A jeśli tak, to dlaczego?

Gabriel spojrzał na nią zaczepnie.

– Co pani proponuje?

– Zna pan kogoś w tym mieście? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Tak, mam nawet tutaj dobrego przyjaciela, to saksofonista Kenny Forrest, ale niestety źle się składa, bo jest teraz na tournée w Tokio.

Alice sformułowała pytanie w inny sposób:

– Więc nie zna pan żadnego miejsca, w którym moglibyśmy zdobyć narzędzia, żeby uwolnić się od tych kajdanków, wziąć prysznic i przebrać się?

– Nie! – przyznał. – A pani?

– O ile pan pamięta, mieszkam w Paryżu…

– „O ile pan pamięta, mieszkam w Paryżu…” – powtórzył za nią, wykrzywiając się. – W takim razie nie wiem, czy uda nam się nie pójść na policję: nie mamy forsy ani ubrań na zmianę, ani dokumentów, które poświadczyłyby naszą tożsamość…

– Niech pan przestanie jęczeć! Najważniejsze w tym momencie to zdobyć w jakiś sposób komórkę…

– Nie mamy ani grosza, przecież pani mówię! Jak to zrobić?

– To bardzo proste, trzeba ukraść.

4Przykuci do siebie

Z każdej trudnej sytuacji jest jakieś wyjście.

ALBERT EINSTEIN

Alice i Gabriel wyszli z publicznego parku prosto na Central Park West, szeroką aleję biegnącą wzdłuż niego. Już po kilku krokach poczuli wciągającą atmosferę metropolii. Wokół rozbrzmiewały klaksony żółtych taksówek, które pędziły ku Midtown, krzyki ulicznych sprzedawców hot dogów, huk młotów pneumatycznych robotników reperujących kanalizację…

Nie mamy ani sekundy do stracenia – pomyślała Alice i zmrużyła oczy, żeby przyjrzeć się dokładniej okolicy. Po przeciwnej stronie ulicy zobaczyła ogromną piaskową fasadę Dakota Building, domu, przed którym trzydzieści trzy lata wcześniej zamordowano Johna Lennona. Gotycka sylwetka gmachu na tle manhattańskiego nieba, z wieżyczkami, frontonami, świetlikami i balkonami, odcinała się zdecydowanie od reszty zabudowy.

Średniowiecze w dwudziestym pierwszym wieku… – pomyślała Alice.

Na chodniku reklamował swój towar nielegalny handlarz, wpychając turystom T-shirty i plakaty ze zdjęciami eks-Beatlesów.

Uwagę Alice przyciągnęła grupa nastolatków stojących jakieś dziesięć metrów od nich: byli to hałaśliwie zachowujący się Hiszpanie, którzy fotografowali się przed Dakota Building. Trzydzieści lat później mit wciąż był żywy.

Po kilku sekundach obserwacji Alice wybrała swój „cel” i szybko opracowała skrótowy plan działania. Brodą wskazała Gabrielowi grupę młodzieży.

– Widzi pan tego chłopaka, który gada przez telefon?

Gabriel podrapał się w szyję.

– Którego? Prawie wszyscy trzymają komórki przy uszach.

– Ten niski grubas w okularach, ostrzyżony na garnek, w koszulce klubu FC Barcelona.

– Niezbyt to odważne rzucać się na dziecko…

– Nie rozumie pan chyba, w jak dramatycznej sytuacji się znaleźliśmy! – wybuchła Alice. – Keyne, ten typ ma co najmniej szesnaście lat, poza tym nie chodzi o to, żeby na niego napadać, tylko pożyczyć od niego komórkę!

– Jestem głodny, czy nie moglibyśmy raczej podwędzić hot doga? – jęknął Gabriel.

Alice rzuciła mu mordercze spojrzenie.

– Niech pan się przestanie wygłupiać i lepiej mnie posłucha. Będziemy szli przytuleni do siebie. Kiedy znajdziemy się obok tego chłopaka, popchnie mnie pan na niego, a jak tylko chwycę komórkę, musimy natychmiast zwiewać.

Gabriel pokiwał głową twierdząco.

– Łatwizna.

– Łatwizna? Zobaczy pan, jak łatwo jest uciekać z rękami zakutymi w kajdanki.

Dalszy ciąg zdarzeń rozegrał się tak, jak Alice to przewidziała: wykorzystując zaskoczenie smarkacza, łatwo wyrwała mu jego komórkę.

– Teraz w nogi! – rzuciła do Gabriela.

Zielony napis WALK migał na sygnalizacji ulicznej. Wykorzystali to, żeby przejść na drugą stronę alei, po czym dali nura w pierwszą prostopadłą uliczkę. Biec razem, gdy się jest spiętym kajdankami, okazało się gorsze, niż to przewidywała Alice. Mało tego, że musieli synchronizować kroki, to jeszcze, będąc różnego wzrostu, szarpali za kajdanki, które za każdym ruchem boleśnie wrzynały im się w ciała.

– Biegną za nami! – krzyknął Gabriel, rzuciwszy wzrokiem do tyłu.

Alice odwróciła się i zobaczyła grupę hiszpańskich nastolatków, jak biegną za nimi.

A to pech…

Kiwnęła głową i przyspieszyli. Siedemdziesiąta Pierwsza Ulica była spokojna, typowa dla Upper West Side, zabudowana eleganckimi domami z różowego gresu. Nie spacerowali po niej turyści, chodniki były szerokie. Szybko przebiegli nią do drugiej szerokiej alei. Pościg zbliżał się, młodzi Hiszpanie nawoływali przechodniów, wzywając ich na pomoc.

Columbus Avenue.

Znów ruch: podnoszono zasunięte na noc żaluzje sklepów, kafejki wypełniały się klientami, z niedalekiej stacji metra wychodzili na ulicę studenci.

– W lewo! – krzyknął Gabriel, skręcając gwałtownie.

Nagła zmiana kierunku zaskoczyła Alice. Ledwo utrzymała równowagę. Krzyknęła z bólu, gdy obręcz kajdanków wbiła jej się w skórę.

Biegli na południe, rozpychając przechodniów, przewracając stragany, nawet o mało co nie stratowali miniaturowego yorka.

Za dużo ludzi…

Zawrót głowy. Alice dusiła się. Żebra wbijały jej się w ciało. Żeby uniknąć tłumu, spróbowali zbiec z chodnika w kierunku jezdni.

Fatalny pomysł…

Prawie rozjechała ich taksówka. Kierowca zatrzymał się z piskiem hamulców, wcisnął klakson i puścił za nimi wiązkę przekleństw. Starając się biec po brzegu chodnika, Alice źle postawiła stopę na krawędzi. Znów w ciało wbiły jej się kajdanki. Nie umiejąc wyhamować, przewróciła się, pociągając za sobą Gabriela i wypuszczając z dłoni komórkę, której zdobycie tyle ich kosztowało.

Cholera!

Szybkim gestem Gabriel podniósł telefon.

Wstawaj! – rozkazała sobie w myślach Alice.

Podnieśli się oboje i spojrzeli za siebie. Grupa ścigająca ich rozpadła się najwyraźniej, ale dwóch młodych Hiszpanów wciąż za nimi biegło. Chłopcy chcieli wygrać ten pościg po Manhattanie, żeby później chwalić się przed koleżankami.

– Szybko biegną gówniarze! – wysapał Gabriel. – Za stary jestem na takie wygłupy!

– Jeszcze chwila! – zawołała Alice, zmuszając go do dalszego biegu.

Każdy następny krok był torturą, ale się nie poddali. Biegli, trzymając się za ręce. Dziesięć metrów, pięćdziesiąt, sto! Przed oczami migały im kratki kanalizacyjne dymiące parą uciekającą ku niebu, żeliwne drabinki zwisające z balkonów ceglanych fasad, wykrzywione twarze dzieciaków widoczne za oknami szkolnych autobusów. Wciąż te budynki ze szkła i betonu, te neony, te billboardy.

Śmignęły przed oczami mijane ulice: Sześćdziesiąta Siódma, Sześćdziesiąta Szósta…

Nadgarstki mieli zakrwawione, z trudem oddychali, ale wyrównali tempo. Dzięki napędzającej ich adrenalinie, przeciwnie do goniących ich smarkaczy, złapali drugi oddech. Stawiali pewniej kroki, biegli w jednym rytmie. Na gigantycznym skrzyżowaniu Broadway z Columbus spotykały się trzy czteropasmowe arterie. Spojrzeli na siebie.

– Teraz albo nigdy! – zdecydowali i rzucili się na oślep przez skrzyżowanie wśród pisku hamujących opon i wycia klaksonów.

Całą zachodnią część Broadwayu między ulicami Sześćdziesiątą Piątą i Sześćdziesiątą Drugą zajmuje Lincoln Center, wielki kompleks muzyczny, zbudowany wokół Metropolitan Opera. Alice spojrzała w górę. Wielopiętrowy gigantyczny statek ze szkła i stalowej siatki sięgał swoim ostrym dziobem aż do środka szerokiej alei. To audytorium Juilliard School! Była tu wcześniej z Seymourem! Za przezroczystą fasadą zobaczyła ćwiczące baletnice oraz wnętrza kabin, w których przygotowywali się muzycy.

– Podziemny parking pod operą! – rzuciła, wskazując na betonową rampę prowadzącą w dół.

Gabriel skinął głową. Wślizgnęli się na asfaltowy podjazd, starając się wymijać samochody, które wyjeżdżały na ulicę. Na pierwszym poziomie pod ziemią ostatkiem sił przebiegli przez całe piętro i dotarli na jedną z klatek schodowych, która wychodziła trzy ulice dalej, w małej enklawie Damrosch Park.

Kiedy w końcu wyłonili się na powierzchnię, zauważyli z ulgą, że grupa pościgowa znikła.

*

Wsparci o okalający esplanadę murek stali, ciężko dysząc. Byli zlani potem i obolali.

– Niech pan mi poda telefon! – wysapała Alice.

– Cholera… Chyba go zgubiłem! – wykrzyknął Gabriel, wkładając dłoń do kieszeni.

– Niemożliwe! Co za oferma…

– Żartowałem! – powiedział, wręczając jej smartfona.

Alice rzuciła mu mordercze spojrzenie i zamierzała rzucić jeszcze jakimś przekleństwem, kiedy nagle poczuła w ustach metaliczny smak. Zakręciło jej się w głowie. Po chwili ogarnęły ją mdłości. Nachyliła się nad pojemnikiem z kwiatami i zwróciła trochę żółci.

– Musi się pani napić wody.

– Muszę coś zjeść!

– Mówiłem, że powinniśmy zwinąć hot doga!

Ostrożnie podeszli do pobliskiego publicznego ujęcia wodnego, żeby się napić. Damrosch Park, okolony budynkiem New York City Ballet i szklanymi łukami ogromnej Metropolitan Opera, był wystarczająco tłoczny, żeby nikt na nich nie zwrócił uwagi. Na wielkim dziedzińcu kręcili się robotnicy, rozstawiając namioty i montując podia na jakiś pokaz.

Napiwszy się kilka łyków wody, Alice wzięła telefon, sprawdziła, że nie był chroniony żadnym pinem, i wykręciła numer Seymoura.

Czekając na połączenie, umieściła aparat między uchem a szyją i zaczęła sobie masować kark. Serce wciąż waliło jej jak młotem.

Odezwij się, Seymour, odezwij się…

Seymour Lombart był jej zastępcą w wydziale śledczym, którym ona kierowała. „Grupa Schäfer” złożona z pięciu jeszcze innych policjantów zajmowała cztery małe biura na trzecim piętrze pod trzydziestym szóstym numerem quai des Orfèvres.

Alice popatrzyła na zegarek, żeby sprawdzić różnicę czasu. W Paryżu było popołudnie, dwadzieścia minut po drugiej.

Seymour zgłosił się po trzech dzwonkach, ale wokół niego panował taki harmider, że trudno im było się porozumieć. Jeśli jej zastępca nie był w terenie, na pewno jeszcze jadł lunch.

– Seymour?

– Alice? Gdzie ty, do diabła, jesteś?! Zostawiłem ci mnóstwo wiadomości.

– Jestem na Manhattanie.

– Drwisz sobie ze mnie?!

– Musisz mi pomóc, Seymour.

– Bardzo źle cię słyszę.

Ona też słyszała go bardzo słabo. Połączenie było beznadziejne, wciąż coś je przerywało. Słowa Seymoura docierały do niej zdeformowane i z metalowym pogłosem.

– Gdzie jesteś, Seymour?

– W Caveau du Palais, przy place Dauphine. Zaczekaj chwilę, wrócę do biura i za pięć minut do ciebie oddzwonię, dobrze?

– No dobrze. Wyświetlił ci się mój numer?

– Tak.

– Super! I pospiesz się, mam dla ciebie robotę.

Zawiedziona Alice rozłączyła się i podała komórkę Gabrielowi.

– Jeśli chce pan do kogoś zadzwonić, to teraz. Daję panu na to pięć minut. I proszę się sprężyć.

Gabriel popatrzył na nią dziwnie. Mimo grożącego im niebezpieczeństwa i braku czasu nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Zawsze zwraca się pani do innych tym autorytatywnym tonem?

– Och, niech mi pan nie zawraca dupy! – ofuknęła go Alice. – Chce pan ten telefon czy nie?

Gabriel chwycił aparat i chwilę się zastanawiał.

– Zadzwonię do przyjaciela, Kenny’ego Forresta… – rzekł w końcu.

– Do tego saksofonisty? Przecież mówił pan, że on jest w Tokio.

– Może będziemy mieli szczęście i okaże się, że zostawił klucze od swojego mieszkania sąsiadowi albo dozorczyni. Wie pani może, która jest teraz godzina w Japonii? – zapytał ją, wystukując numer.

Alice zaczęła liczyć na palcach.

– Wydaje mi się, że koło dziesiątej wieczorem…

– Niedobrze, w takim razie na pewno jest w samym środku występu.

Rzeczywiście Gabrielowi odpowiedziała automatyczna sekretarka. Zostawił wiadomość, informując przyjaciela, że jest w Nowym Jorku i zadzwoni później. Zwrócił aparat Alice. Ta spojrzała na zegarek i westchnęła.

Sprężaj się, Seymour! – jęknęła w myślach, ściskając smartfona w dłoni. Już miała znów dzwonić do swego zastępcy, gdy spostrzegła na wewnętrznej stronie swojej dłoni rządek cyfr wypisanych długopisem. Krople potu powoli je rozmywały.

– Coś to panu mówi? – spytała Gabriela, podsuwając mu dłoń pod oczy. – Zauważyłam to dziś rano, kiedy się obudziłam. Zupełnie nie pamiętam, żebym coś takiego zapisywała.

Gabriel popatrzył na cyfry.

2125558900

– To wygląda mi na numer telefonu. Proszę mi pokazać jeszcze raz… No tak! – wykrzyknął. – Dwieście dwanaście to kierunkowy Manhattanu. Na pewno jest pani policjantką?

Jak mogłam tego nie skojarzyć… – pomyślała Alice, nie zwracając uwagi na sarkazm w głosie Gabriela. Od razu wybrała numer. Uzyskała połączenie po pierwszym sygnale.

– Dzień dobry, tu Greenwich Hotel. Mówi Candice. W czym mogę pomóc?

Hotel?

Alice zaczęła gorączkowo myśleć. Co to za hotel? Może kiedyś się w nim zatrzymała? To nie miało sensu, ale…

– Czy może mnie pani połączyć z pokojem Alice Schäfer? – poprosiła recepcjonistkę.

Kobieta przez chwilę milczała.

– Wydaje mi się, że nie mamy gościa o takim nazwisku… – odrzekła w końcu.

– Wydaje się pani czy jest pani pewna? – nie ustępowała Alice.

– Jestem pewna. Bardzo mi przykro, proszę pani.

Alice nie miała czasu się rozłączyć, gdy na ekranie smartfona pojawił się numer Seymoura. Natychmiast odebrała, nie żegnając się nawet ze swoją rozmówczynią.

– Jesteś już w biurze? – spytała niecierpliwie.

– Już dochodzę! – wysapał Seymour. – Powiedz mi… ta historia z Nowym Jorkiem to żart?

– Niestety nie. Mam niewiele czasu i dramatycznie potrzebuję twojej pomocy!

W niecałe trzy minuty opowiedziała mu wszystko, co zdarzyło się jej od poprzedniego wieczoru: najpierw rundka po barach przy Champs Élysées z koleżankami, następnie o tym, jak urwał jej się film, bo nie wiedziała, jakim cudem znalazła się na parkingu, potem, jak odzyskała świadomość w Central Parku, spięta kajdankami z jakimś nieznajomym facetem, i w końcu, jak ukradła komórkę, z której do niego dzwoniła.

– Zgrywasz się, Alice! Co to za wygłupy? Bez tego mamy mnóstwo pracy! Prokurator chce się z tobą spotkać. Nie zgadza się na podsłuch w sprawie Sicarda. A Taillandier…

– Zamknij się na chwilę i posłuchaj mnie! – ryknęła Alice do telefonu. Oczy miała pełne łez i była na granicy załamania nerwowego. Seymour musiał to wyczuć nawet przez ocean. – To nie żarty, do kurwy nędzy! Grozi mi wielkie niebezpieczeństwo i mogę liczyć tylko na ciebie!

– Już dobrze, uspokój się. Dlaczego nie chcesz zgłosić się na policję?

– Dlaczego? Bo w kieszeni kurtki mam broń, która nie należy do mnie, Seymour! Bo moja bluzka jest poplamiona krwią. Bo nie mam przy sobie żadnych dokumentów! Z miejsca wsadzą mnie za kratki!

– No nie, jeśli nie ma żadnych zwłok… – zaprotestował Seymour.

– Tego właśnie nie jestem pewna… Najpierw muszę odkryć, co mi się przydarzyło. I znajdź jakiś sposób, żebym mogła się pozbyć tych kajdanków!

– Jak niby mam to zrobić?

– Przecież twoja matka jest Amerykanką! Masz tu rodzinę, znajomych…

– Doskonale wiesz, że moja matka mieszka w Seattle. W Nowym Jorku mam tylko tę cioteczną babkę, mało kontaktową staruszkę, która mieszka na Upper East Side. Pamiętasz, odwiedziliśmy ją podczas naszej pierwszej wspólnej wizyty na Manhattanie. Ma dziewięćdziesiąt pięć lat, nie sądzę, żeby trzymała w domu piłkę do metalu. To nie u niej trzeba szukać pomocy.

– W takim razie u kogo?

– Zaczekaj, niech pomyślę. Mam pewien pomysł, ale najpierw muszę coś sprawdzić, żeby nie wysłać cię pod zły adres…

– W porządku, ale błagam cię, pospiesz się!

Alice przerwała połączenie i zacisnęła pięści. Gabriel poszukał wzrokiem jej spojrzenia. Od razu wyczuł emanujące z niej złość i zwątpienie.

– Kto to jest właściwie ten Seymour? – zapytał.

– Mój zastępca w wydziale śledczym i również mój najbliższy przyjaciel.

– Jest pani pewna, że można mu zaufać?

– Absolutnie!

– Nie za dobrze znam francuski, ale miałem wrażenie, że niezbyt się spieszył, żeby pani pomóc…

Alice milczała.

– A ten hotel? Nic z tego nie wyszło?

– Przecież pan słyszał, że nie!

– Trudno, żebym nie słuchał pani rozmów z tej odległości… Biorąc pod uwagę naszą sytuację, proszę wybaczyć mój brak dyskrecji! – bronił się drwiącym tonem Gabriel. – No a poza tym, jak mi to pani uprzytomniła, nie tylko pani jest w fatalnym położeniu…

Rozdrażniona Alice odwróciła wzrok, żeby nie patrzeć na Keyne’a.

– Cholera, niech pan przestanie wreszcie tak się na mnie gapić! Nie ma pan jeszcze do kogo zadzwonić? Kogoś uprzedzić? Żonę, koleżankę?

– Nie. „Nowa dziewczyna w każdym mieście”, to moja dewiza. Jestem wolny jak ptak. Jak dźwięki muzyki unoszące się nad moim fortepianem.

– Taaa… Wolny, ale samotny. Znam mnóstwo takich facetów jak pan.

– A pani? Czeka na panią we Francji mąż? Może przyjaciel?

Alice niby obojętnie pokręciła głową, ale Gabriel poczuł, że dotknął czułego punktu.

– Teraz już poważnie pytam, Alice… Jest pani zamężna?

– Odpierdol się, Keyne.

– Aha, znaczy, że pani jest… – odpowiedział sobie Gabriel. Ponieważ Alice nie reagowała, brnął dalej: – Dlaczego nie zadzwoni pani do męża?

Alice znów zacisnęła pięści.

– Nie za bardzo możecie się porozumieć, co? Nic dziwnego, z pani charakterem…

Alice popatrzyła na niego tak, jakby nagle dźgnął ją nożem w brzuch, ale po chwili jej bolesne zaskoczenie zmieniło się we wściekłość.

– Mój mąż nie żyje, ty skończony idioto!

*

Strapiony swoją niezręcznością Gabriel spuścił głowę. Nie zdążył odpowiedzieć, bo powietrze rozdarł nagle okropny dźwięk, przedziwna mieszanina salsy z muzyką elektroniczną.

– Słucham cię, Seymour!

– Alice, mam pomysł! Pamiętasz Nikki Nikovski?

– Nie, pomóż mi…

– Kiedy przyjechaliśmy do Nowego Jorku podczas ostatniego Bożego Narodzenia, odwiedziliśmy grupę współczesnych artystów…

– W takim wielkim budynku niedaleko nabrzeża?

– Tak, w dzielnicy Red Hook. Długo rozmawialiśmy wtedy z taką babką, która robiła sitodruki na aluminiowych i stalowych blachach.