Cenny motyw - Małgorzata Rogala - ebook

15 osób właśnie czyta

Opis

Celina Stefańska powraca!

 

Aleksandra otrzymuje od swojego kochanka drogocenny pierścionek. Wkrótce zostaje zamordowana. Czy zbrodnia ma coś wspólnego z wyjątkową biżuterią? Celina Stefańska – prywatna detektyw, która przypadkowo trafia na miejsce morderstwa postanawia wszcząć dochodzenie.

 

Śledcza stawia przed sobą jeszcze jedno trudne zadanie. Wobec nieudolności policji, postanawia odnaleźć morderców swoich rodziców i raz na zawsze zamknąć tę trudną sprawę. Czy Celinie uda się dotrzeć do bolesnej prawdy? Czy odkryje, kto stoi za traumą, z którą musi się borykać?

 

Nowa powieść mistrzyni kryminału psychologicznego!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Małgorzata Rogala, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Monika Orłowska

Korekta: Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: Kaspars Grinvalds | Shutterstock

Zdjęcie autorki na skrzydełku: Anika Nojszewska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-55-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Jackowi, za widok z mostu Karola.

Gdy w wielkim świecie, w tańcu, zewsząd się wyłania

Ostry, drwiący szmer kruszców i drogich kamieni,

Wpadam w zachwyt; uwielbiam aż do zwariowania

Każdy przedmiot, co dźwięcząc zarazem się mieni.

(Charles Baudelaire, Klejnoty–

tłum. Mieczysław Jastrun)

ROZDZIAŁ 1

Miłe złego początki. Dowód miłości.

Xavier martwi się o Celinę.

Małżeństwo doskonałe? Rodzinny klejnot.

Tamtego dnia, gdy Maciej powiedział jej o pierścionku, Aleksandra spędziła wieczór na rozmyślaniach i oglądaniu zdjęć dawnej biżuterii. O północy uznała, że taka okazja może nigdy się nie powtórzyć, zatem postąpiłaby niezgodnie ze swoimi zasadami, gdyby nie spróbowała zdobyć klejnotu.

Zaczęło się od tego, że poprosiła Maćka o sąsiedzką pomoc w naoliwieniu skrzypiących drzwi, a później, w rewanżu, poczęstowała go kawą. Zanim usiedli, mężczyzna zauważył zegar szafkowy, obejrzał go z ciekawością, zadał kilka pytań. Następnie podszedł do fotela z połowy dziewiętnastego wieku i pogładził oparcie, a gdy Aleksandra zaprosiła go do stołu, od razu zwrócił uwagę na filiżanki z porcelany miśnieńskiej.

– Lubisz zabytkowe przedmioty – uznał, sięgając po srebrną cukiernicę.

– Ty chyba też – odpowiedziała.

Doceniała u ludzi zainteresowanie antykami; już na początku znajomości ustawiała ich wyżej w swoim osobistym rankingu niż tych, których wzrok obojętnie prześlizgiwał się po wazonie ze szkła warstwowego, nie mówiąc o tych, którzy przyklejali gumę do żucia do brzegu fajansowego talerza.

– Dorastałem w takich klimatach – powiedział Maciej. – Moja babcia otaczała się starociami i kochała zabytkową biżuterię.

– O, to miałabym o czym z nią rozmawiać. – Ożywiła się, jak zawsze, gdy była mowa o jej ulubionej gałęzi rzemiosła artystycznego. – Uwielbiam klejnoty, które mają przeszłość i z którymi wiąże się jakaś romantyczna albo tragiczna historia. – Aleksandra pokazała bransoletkę otaczającą jej nadgarstek. – Zeszłoroczny prezent urodzinowy, siostra znalazła ją dla mnie w antykwariacie.

– Moja babcia miała trochę błyskotek, a po jej śmierci rozeszły się po rodzinie. – Mężczyzna podniósł filiżankę do ust. – Poza pierścionkiem, który dostałem w dniu ślubu z Lilą.

– Ty dostałeś? – W głosie Aleksandry zabrzmiało zdumienie. – Nie twoja żona? To sygnet?

– Nie, normalny kobiecy pierścionek. Rodzinna pamiątka, która przechodziła z pokolenia na pokolenie, liczy sobie chyba ze sto lat. – Uśmiechnął się. – Teraz jest u mnie, a ja przekażę go następnej osobie. Kiedyś. Na razie o tym nie myślę.

– Sto lat? W takim razie to na pewno biżuteria z niejedną historią – powiedziała Aleksandra, z trudem panując nad emocjami. – Opowiesz coś więcej?

– A co jeszcze mógłbym dodać? – Maciej wzruszył ramionami. – Szczerze mówiąc, na co dzień zapominam, że go mam.

– A twoja żona nie chciała nosić tego pierścionka? – zdziwiła się Aleksa. – Biżuteria jest jak dom, musi być używana, wtedy żyje.

– Nigdy nawet nie proponowałem Lili, pierścionek jest dość oryginalny, a moja żona lubi prostą, nowoczesną biżuterię.

– Oryginalny? – Aleksandra ze wszystkich sił próbowała zachować spokój. Rozmowa przy kawie, na którą zaprosiła sąsiada, żeby zrewanżować się za naoliwienie drzwi, zmierzała w nieoczekiwanym kierunku.

– Tak. To nie jest zwykły pierścionek typu obrączka z oczkiem – wyjaśnił Maciek. – W miejscu oczka znajduje się masa różnych elementów, całość przypomina mikroskopijny obraz ze scenką rodzajową czy coś tego typu. Naga kobieta w muszli i dookoła niej jakby gałęzie.

Aleksandra poczuła, że robi jej się słabo.

– Trochę tu duszno. – Otwieranie okna i powrót do stołu wykorzystała na wyrównanie oddechu. – Mówisz, że macie go w rodzinie od stu lat?

– Chyba trochę dłużej. – Uśmiechnął się. – Ty pewnie byś doceniła tę błyskotkę, skoro lubisz stare rzeczy, chociaż nie sądzę, żeby to było coś cennego. Po prostu pamiątka po wcześniejszych pokoleniach, ma wartość sentymentalną. Jak wpadniesz do nas któregoś dnia, pokażę ci – obiecał. – Muszę tylko odgruzować szufladę.

Maciek dopił herbatę i pożegnał się, a ona spędziła wieczór na oglądaniu zdjęć w albumie i katalogu oraz czytaniu opisów. Niewiedza sąsiada z jednej strony porażała, ale z drugiej działała na jej korzyść. Poza tym Aleksandra zauważyła, że wpadła mężczyźnie w oko; wcześniej bawiły ją przeciągłe spojrzenia Maćka, jednak teraz jego zauroczenie i słabość mogły stać się jej siłą.

Zwabienie sąsiada do łóżka nie sprawiło jej trudności, a gdy już go sobie owinęła wokół małego palca, zaczęła wywierać nacisk. Był tchórzem, jak przypuszczała. Na wzmiankę, by spędził z nią święta Bożego Narodzenia, a później sylwestra, wił się i prosił o zwłokę, mówił, że potrzebuje trochę więcej czasu. Udawała nadąsaną, mówiła, że jej nie kocha.

– Kocham cię – zapewniał. – Szaleję za tobą.

– Udowodnij – prowokowała kilka tygodni po Wielkanocy. – Daj mi coś, co przekona mnie, że mówisz prawdę. Kolejne święta za nami, a ty dalej mnie zwodzisz.

– Udowodnię ci – obiecał.

– Za kilka dni są moje urodziny. Wyjedź ze mną i powiedz wreszcie o nas swojej żonie – zażądała.

Teraz, w czwartkowy poranek, dwa dni przed weekendem, który dla wielu szczęściarzy stanowił początek wyjątkowo długiej majówki, Aleksandra, leżąc jeszcze w pościeli, zastanawiała się, co tym razem powie Maciek, jaką wymówką się posłuży, o ile dni zwłoki poprosi. Traciła cierpliwość i była gotowa przycisnąć go tak, żeby nie mógł złapać oddechu. Przesunęła nieco datę swoich urodzin, które w rzeczywistości obchodziła po majówce, żeby ukierunkować jego myślenie; jeżeli i tym razem nie dotrze do niego, co powinien zrobić, będzie musiała przejąć inicjatywę i zacząć działać.

* * *

– Już coraz bliżej piłkarskie mistrzostwa świata dwa tysiące osiemnaście – obwieścił radiowy sprawozdawca. – Na przełomie czerwca i lipca rozpocznie się futbolowe święto, na które czekaliśmy przez cztery lata.

Podkomisarz Ksawery Perrault, dla ojca Francuza – Xavier, spojrzał przez szybę, żeby ocenić intensywność padającego deszczu.

– Niedługo na rosyjskich stadionach trzydzieści dwa piłkarskie zespoły zagrają o Puchar Świata, najcenniejsze futbolowe trofeum – kontynuował spiker. – Polska reprezentacja rozpocznie mundial meczem z Senegalem, a później zmierzy się…

Ksawery wyłączył radio. Aura nie nastrajała do sportowych wyczynów, ale policjant wydziału kryminalnego komendy stołecznej nie zamierzał rezygnować z porannej dawki ruchu, która pomagała utrzymać w ryzach ciało i umysł. Przy akompaniamencie stukotu obcasów sąsiadki, która mieszkała piętro wyżej, i radosnego poszczekiwania jej psa, Xavier włożył nieprzemakalny dres i buty sportowe. Gdy zamykał drzwi, poranną ciszę przeciął dźwięk Kołysanki Rosemary. Policjant wyjął telefon z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz.

– Co jest, Szpaku, spać nie możesz? – mruknął, zerkając teraz na schody, po których zbiegł czekoladowy labrador, a tuż za nim sąsiadka, kurczowo trzymając napiętą smycz. Xavier skinął głową, cofnął się, by ją przepuścić, i ruszył za nimi.

– Poszedłem kupić bułki i… – zaczął podkomisarz Szpakowski.

– Ty chodzisz rano po bułki, Szpaku?

– …i wstąpiłem do kiosku. – Rozmówca nie dał się sprowokować. – Tobie radzę to samo.

– Możesz jaśniej? – Xavier wyszedł przed klatkę schodową kamienicy usytuowanej na rogu ulic Rozbrat i Śniegockiej. – Zabili kogoś czy co?

– Twoja Celina udzieliła wywiadu.

– Nie jest moja – burknął Perrault. – Streszczaj się, Zyga, bo idę biegać.

– Sam przeczytaj, co ci będę gadać. Wsadziła kij w mrowisko, można powiedzieć, a co z tego wyniknie, czas pokaże. Kończę, bo kawa mi stygnie – dodał.

– Czekaj, o jaki tytuł chodzi?

– Ogólnopolski – mruknął Zygmunt. – „Z pierwszej ręki”. Sam nie wiem, czy to dobrze czy źle. Śledztwo jest zamknięte, ale ja dużo bym dał, żeby…

– Chcesz jej powiedzieć prawdę?

– Będzie pytać – burknął Szpakowski. – Nie mam wątpliwości, że jestem pierwszy na jej liście.

– Powiesz jej? – ponowił pytanie Ksawery.

– Niby o czym? O podszeptach swojej intuicji? – zakpił. – Wiesz, jak było, a ja nie mam żadnego punktu zaczepienia.

– Wiem. Na razie.

Ksawery stał przez chwilę z telefonem w dłoni, lokalizując w myślach najbliższy kiosk, a później ruszył truchtem w stronę Czerniakowskiej. W małym sklepie wielobranżowym kupił gazetę, pobiegł w stronę parku i zatrzymał się przy najbliższym drzewie, żeby osłonić papier przed wilgocią. Przewrócił kartki i na czwartej stronie przeczytał:

Celina Stefańska, początkująca prywatna detektyw, która pomogła polskiej i francuskiej policji w odzyskaniu cennego obrazu pędzla Józefa Pankiewicza, chce odnaleźć mordercę swoich rodziców.

Ksawery stłumił przekleństwo, które zawisło mu na ustach, i zatrzymał spojrzenie na zdjęciu Celiny zamieszczonym obok tekstu. Wyglądała inaczej niż wtedy, gdy ją widział ostatni raz, a jej oczy ciskały pioruny. Wyraz twarzy kobiety na fotografii nie miał także nic wspólnego z tym, co zaobserwował na zdjęciach sprzed trzech lat. Teraz jej wzrok przenikał czytelnika na wskroś; nikt nie mógł mieć wątpliwości, że miejsce Celiny wycofanej i przestraszonej zajęła Celina, która wiedziała, czego chce, i zamierzała po to sięgnąć.

Xavier przeniósł spojrzenie na początek wywiadu.

DZ: Zacznijmy rozmowę o dziele, które zostało skradzione w biały dzień z prywatnej galerii w Lyonie, a na jego miejscu złodziej powiesił falsyfikat. Pani działania przyczyniły się do odnalezienia obrazu i ujęcia przestępcy, który wodził policję za nos. Szczęście początkującej?

Policjant prześlizgnął się wzrokiem po kolejnych linijkach, które zawierały opowieść o poszukiwaniu obrazu, aż dotarł do fragmentu, który dotyczył przeszłości Stefańskiej.

DZ: Nie wszyscy czytelnicy wiedzą, że jest pani córką dziennikarki i prywatnego detektywa. Pani rodzice zginęli tragicznie, a zanim to się stało, została pani uprowadzona. W obydwu sytuacjach sprawców nie odnaleziono.

CS: To prawda. Porywacz wiązał mnie i kneblował, żeby nakręcić materiał filmowy. Leżałam w zamkniętej skrzyni, która przypominała rozmiarem i wyglądem trumnę, a do jej wieka przymocowano kamerę, która rejestrowała obraz mojej twarzy. Później dowiedziałam się, że porywacz zapisywał nagranie na płycie DVD i wysyłał do moich rodziców.

DZ: Wie pani dlaczego?

CS: Mama przygotowywała się do napisania reportażu na temat pewnej afery, a tata pomagał jej zbierać materiały. Zapowiadana publikacja najwyraźniej była komuś nie na rękę. Porwanie miało zmusić moich rodziców do rezygnacji z zajmowania się sprawą.

DZ: Zrezygnowali?

CS: Nie. Jednak zanim doszło do publikacji reportażu, zostali zamordowani w okrutny sposób. Ktoś podłożył ładunek wybuchowy i wysadził w powietrze samochód, którym jechali.

DZ: Czy pani wie, co dokładnie było przedmiotem zainteresowania rodziców?

CS: Na razie niewiele, ale zamierzam się dowiedzieć.

– Trochę wiesz – mruknął Ksawery i wrócił do lektury.

DZ: Minęło dwa i pół roku od zamachu. Do tej pory pani milczała, mimo ponawianych próśb dziennikarzy o rozmowę. Co spowodowało, że zgodziła się pani na wywiad?

CS: Na pewien czas moje życie straciło sens. Przeżyłam traumę, gdy zostałam porwana, później okazało się, że jedno z nagrań, które robił porywacz, wyciekło do internetu i tysiące ludzi obejrzało „spektakl”, o którym chciałabym zapomnieć. Wielu z nich skomentowało filmik w niewybredny sposób; ludzie nie potrzebują wojny, żeby pokazać swoje okrucieństwo. Zanim się pozbierałam, potwór zamordował moich rodziców i wciąż przebywa na wolności. Mam dość siedzenia z założonymi rękami; skoro policja nie potrafiła go odnaleźć, zrobię to sama.

DZ: Dlatego poszła pani w ślady ojca i założyła agencję detektywistyczną?

CS: Agencję założyłam, ponieważ niespodziewanie straciłam pracę. Wątpiłam w powodzenie tego interesu głównie z powodu fobii, które mnie nękały, a niespodziewanie dostałam propozycję wyjazdu do Lyonu. Przyjęcie tego zlecenia zmusiło mnie do stawienia czoła lękom i walki z demonami.

DZ: Pani wkład w odnalezienie skradzionego obrazu dowodzi, że się udało.

CS: Tak. Jestem teraz dużo silniejsza i zamierzam zająć się szukaniem winnych zabójstwa moich rodziców.

Ksawery znów wymruczał przekleństwo i złożył gazetę. Ruszył przez park w stronę Solca, a potem przebiegł na drugą stronę jezdni. Nad Wisłą zastał to, co było mu najbardziej potrzebne: pustkę, ciszę, spokój. Puścił się pędem wzdłuż rzeki, żeby wybiegać wściekłość, która go ogarnęła. Perrault, w przeciwieństwie do Szpakowskiego, nie był optymistą. Jego zdaniem Celina włożyła kij nie tyle w mrowisko, co w kłębowisko węży, a to nie mogło się dla niej dobrze skończyć. W najlepszym razie przestępcy umrą ze śmiechu, w najgorszym – Celina napyta sobie biedy.

Xavier dobiegł do warszawskiej Syrenki i ruszył w drogę powrotną. Zauważył, że rozpadało się na dobre, gdy z impetem wbiegł w środek kałuży, a brudna woda dosięgła jego twarzy. Wytarł rękawem mokry policzek i przyspieszył. Po powrocie do domu zdjął przemoczoną odzież i poczuł, że złość, początkowo zredukowana wysiłkiem fizycznym, wypełnia go na nowo, ale tym razem towarzyszy jej niepokój.

* * *

Lilianę obudził warkot silnika samochodowego. Miarowy dźwięk, który wydawał pojazd, oznaczał koniec nocnej ciszy oraz rychły alarm budzika. Kobieta otworzyła oczy i spojrzała na męża. Maciej, w przeciwieństwie do niej, spał w najlepsze i miał za nic warkot auta, które właśnie przejechało przed oknami ich mieszkania na parterze. Liliana, nie odrywając wzroku od ust Maćka, które co pewien czas wydawały z siebie dźwięk przypominający „puff”, odbiegła myślami do zeszłorocznych świąt, którymi rozpoczęli swój pobyt w Warszawie.

Wtedy, późną jesienią, po kilku miesiącach bezrobocia, które dotknęło ich w rodzinnym mieście, Maciej znalazł intratną posadę w stolicy. Nie zastanawiali się zbyt długo nad przeprowadzką, ponieważ nic ich nie trzymało w dotychczasowym miejscu; dzieci nie mieli, rodzice mieszkali na drugim końcu Polski, a przyjaciele zdematerializowali się, gdy Maciek z Lilą zostali bywalcami lokalnego urzędu pracy. Małżonkowie spakowali walizki, bez żalu zostawiając dotychczasowe życie, i postanowili zapuścić korzenie w Warszawie. Los im sprzyjał; miesiąc po przeprowadzce pracę znalazła również Liliana. Tuż przed świętami trafiła na anons z informacją, że jest wakat na stanowisku kosmetyczki w salonie kosmetyczno-fryzjerskim Charme. Lila zadzwoniła na numer podany w ogłoszeniu, a właścicielka studia piękności po krótkiej rozmowie powiedziała, że Liliana spadła jej niczym gwiazdka z nieba. Poprzednia kosmetyczka odeszła z dnia na dzień i szefowa, z obawy, że nie znajdzie tak szybko nikogo na jej miejsce, zaczęła odwoływać przedświąteczne wizyty klientek. Lila w ciągu kilku następnych miesięcy zdobyła serca pań korzystających z usług Charme, zachwyconych efektami masażu TSUBOKI, który wykonywała nowa pracownica salonu. Wszystko układało się wspaniale; praca przynosiła małżonkom satysfakcję, stać ich było nie tylko na godne życie, ale i na fanaberie, nawiązali też przyjacielskie kontakty z sąsiadami z klatki schodowej. Jedną z tych osób była Aleksandra, która niebawem została także klientką Charme.

Liliana ocknęła się z zamyślenia i przylgnęła wzrokiem do twarzy Maćka. Odniosła wrażenie, że mąż już nie śpi, i przez chwilę miała ochotę sprawdzić, jak zareaguje na jej dotyk. Do niedawna często kochali się rano, na dobry początek dnia, ale miły rytuał należał już do przeszłości i Lila nie potrafiła uzmysłowić sobie, kiedy to nastąpiło. Leżała bez ruchu, zastanawiając się, co zrobić, ale zanim podjęła decyzję, zadzwonił budzik. Wstała, a Maciek wydał z siebie dźwięk przypominający mruknięcie i zaanektował drugą część kołdry.

Lila zaparzyła kawę i z kubkiem w dłoni stanęła przy oknie. Termometr wskazywał piętnaście stopni Celsjusza, padał rzęsisty deszcz, a z klatek schodowych wychodzili pierwsi mieszkańcy. Jedni otwierali parasole i naciągali kaptury przeciwdeszczowych kurtek, inni, jak Aleksandra, odchylali głowy i wystawiali twarze na dotyk kropli deszczu. Liliana odprowadziła wzrokiem sąsiadkę i pomyślała o zdarzeniu, które sprawiło, że gdzieś w jej wnętrzu zagnieździł się niepokój. Stała przed drzwiami mieszkania, szukając w torbie kluczy, gdy nagle usłyszała śmiech, niewyraźne głosy, a później trzaśnięcie drzwi i tupot stóp, który odbijał się głośnym echem. Odruchowo zerknęła przez ramię i zobaczyła Maćka, całego w skowronkach.

– Aleksandrze pękł wężyk pod zlewem w kuchni – wyjaśnił mąż po chwili krępującej ciszy, gdy weszli do mieszania. – Na szczęście była w domu i w porę zakręciła zawory. Udało się nie zalać sąsiadów.

– I na szczęście ty też już byłeś i mogłeś pomóc – powiedziała Lila, a ziarno podejrzliwości zakiełkowało w jej sercu.

Liliana wiedziała, że zazdrość, niczym regularnie podawana w małych dawkach trucizna, może nie tylko zabić jej związek z Maćkiem, ale również zniszczyć poczucie własnej wartości i zmienić życie w piekło. Dlatego próbowała nie słuchać wewnętrznych podszeptów, ignorowała sygnały, które nieświadomie wysyłał mąż, i wmawiała sobie, że wszystko jest w porządku. Chodziło o drobiazgi, na które w innych okolicznościach nie zwróciłaby uwagi. Najpierw Maciek zmienił markę wody toaletowej, później zaczął oglądać filmy Polańskiego, o których wcześniej wypowiadał się bez entuzjazmu. Następnie zmienił styl noszonej garderoby – z bojówek przerzucił się na klasyczne dżinsy, a powyciągane, bawełniane koszulki zastąpił koszulami zapinanymi na guziki i z kołnierzykiem. Zaczął również nosić marynarki, co Lilę zdumiało najbardziej, ponieważ Maciek nawet na ślub kuzyna włożył garnitur dopiero po awanturze. Gdy Liliana wyraziła zdziwienie tak radykalną metamorfozą, mąż odburknął, że przełożony wymaga od niego stosownego stroju – jakby zapomniał, że w jego firmie nosi się odzież ochronną i kask. Lila nie skomentowała odpowiedzi, ponieważ nie chciała, by trucizna zaczęła się sączyć. Z tego samego powodu nie pozwalała sobie na przeglądanie telefonu Maćka, z którym coraz częściej znikał w łazience lub toalecie.

Liliana oderwała wzrok od widoku za oknem i poszła do kuchni. Zjadła śniadanie, dopiła kawę, a w drodze do Charme starała się nie wracać myślami do swojego małżeństwa, które najwyraźniej przechodziło kryzys. Dojechała metrem do stacji Politechnika, a później tramwajem do Filtrowej. Dalej poszła pieszo. W międzyczasie przestało padać, wiatr przegnał chmury, a na niebie zaświeciło słońce. Liliana wytarła krople łez, które wypłynęły na jej policzki, i zasłoniła oczy ciemnymi szkłami. Wciągnęła w nozdrza jeszcze wilgotne po deszczu powietrze i przyspieszyła. Nie lubiła zaczynać pracy w pośpiechu, a za dwadzieścia minut miała pierwszą klientkę.

W salonie panowała wiosenna atmosfera; w oknach wisiały nowe, przejrzyste zasłony z nadrukowanym motywem łąki, na parapecie stał wazon z tulipanami w różnych kolorach, a w radiu nadawali muzyczne przeboje.

– Trzeba zawsze żyć biegnącą chwilą / Na co komu dziś wczorajszy dzień…[1] – zanucił na widok Lili Tadeusz, ubrany we fryzjerski kitel i żółtą chustę w czarne wzory, która zasłaniała jego ogoloną na łyso czaszkę. Układał akcesoria na stoliku z lustrem, wykonując taneczne ruchy, i popijał gorącą herbatę, która rozsiewała aromat owoców.

– Piękny zapach – powiedziała Liliana, robiąc głęboki wdech.

– Zaparzyłem cały dzbanek dla klientek – odpowiedział mężczyzna, segregując szczotki i grzebienie. – Stoi na podgrzewaczu, nalej sobie, jeśli masz ochotę.

– Dzięki! – Kosmetyczka posłała mu uśmiech i powiesiła kurtkę na wieszaku.

– Dobra herbata poprawia nastrój – zapewnił fryzjer. – I rozwiązuje większość problemów.

– Gdyby to było takie proste, sprzedawcy herbaty zostaliby milionerami. – Lila przewróciła oczami i poszła do kuchni.

– Najpierw spróbuj – zawołał za nią.

– Oby poskutkowało, bo na razie daleko mi do twojego entuzjazmu – odparła Liliana, wracając z napełnionym kubkiem. – A gdzie szefowa?

– Będzie później, akumulator jej zdechł. – Tadeusz upił łyk herbaty, a potem drugi. – Aaa, zapomniałbym, zanim przyszłaś, dzwoniła twoja stała klientka, prosiła, żeby ją gdzieś wcisnąć w jutrzejszy grafik tylko na masaż twarzy i…

– Kto? – spytała kosmetyczka i poczuła niczym nieuzasadniony niepokój.

– Aleksandra. Powiedziała, że na pewno się zgodzisz, więc wpisałem ją między jednym zabiegiem a drugim. Miałaś wolne czterdzieści minut. Na cały zabieg za krótko, ale na masaż wystarczy, prawda? – Tadeusz trajkotał, dopóki nie zabrakło mu tchu.

– Okej – skwitowała Lila i spojrzała w stronę drzwi, otwieranych właśnie przez jej pierwszą klientkę. Chwilę później w progu stanęła druga, umówiona z Tadeuszem.

* * *

Maciej przysiągłby, że zbudziło go spojrzenie Lili. Nie mogąc znieść wzroku żony, którego intensywność sprawiała, że czuł go na twarzy jak dotyk, odwrócił się w stronę ściany i podciągnął kołdrę pod brodę. Udając, że śpi, leżał z zamkniętymi oczami i zastanawiał się, jak ma postąpić. Aleksandra, w której był zakochany jak sztubak, nie pozostawiła mu wielkiego wyboru; chciała wyjechać z nim na majówkę i jasno werbalizowała swoje oczekiwania. Spodziewała się również, że „wreszcie załatwi sprawę ze swoją żoną”. Sęk w tym, że Maciek nie chciał sięgać po radykalne rozwiązanie, ponieważ Lilę, podobnie jak kochankę, darzył uczuciem. Dlatego od kilku miesięcy lawirował między jednym a drugim domem, co wymagało sprytu i przytomności umysłu, biorąc pod uwagę, że mieszkania dzielił dystans jedynie dwóch pięter. Pragnąc zjeść ciastko i mieć ciastko, Maciej szukał wyjścia z sytuacji, w którą był uwikłany.

Liliana pierwsza poznała Aleksandrę i kilka razy opowiadała mężowi o uroczej sąsiadce, która mieszkała dwa piętra wyżej, nim zaprosiła ją na kawę do domu. Aleksa, nie Ola, jak zaznaczyła nowa znajoma na początku wizyty, prowadziła swoją wirtualną cukiernię, w której oferowała przygotowywane własnoręcznie i z pasją czekoladowe wyroby. Podczas pierwszego spotkania wyznała nowym znajomym, że tak bardzo zainspirował ją film Czekolada z Juliette Binoche w roli Vianne, że pewnego dnia rzuciła pracę w hotelowej kuchni i zajęła się wypiekaniem słodkości. Powiedziawszy to, postawiła filiżankę na spodku i chwyciła swoją obszerną torbę.

– Ojej! – zawołała. – Ja tu gadu-gadu, a przecież coś dla was mam – powiedziała i wyjęła przezroczystą, przewiązaną wstążką torebkę, która była wypełniona okrągłymi pralinkami. – Proszę! – Podała prezent Lili, a Maciej poczuł, że do ust napływa mu ślina. Nieco gwałtownym ruchem odebrał żonie pakunek i wyjął czekoladkę.

– Cały Maciek! – Liliana się roześmiała. – Jest łasuchem i na widok słodyczy zapomina o dobrych manierach.

– Rozumiem, nic nie szkodzi. – Aleksa odwzajemniła uśmiech. – Ręcznie robione, w środku mają kandyzowane wiśnie nasączone rumem z nutą wanilii i korzeni. Brak opanowania na ich widok jest całkowicie uzasadniony.

Tamtego popołudnia Maciek zakochał się w Aleksandrze.

Teraz, przekonany, że Lila już wyszła z domu, wstał. Dla pewności przeszedł się po mieszkaniu, a później wziął prysznic. Podczas śniadania włączył komórkę i przeczytał esemesa od Aleksandry: „Idę zrobić zakupy przed naszym wyjazdem. Później wpadnij i udowodnij mi, że mnie kochasz”. W ten zawoalowany sposób kochanka przypomniała o swoich urodzinach. Cóż za ironia losu – dziś były urodziny Aleksy, a jutro Lili, szlag by to trafił. Nie miał prezentu dla żadnej z nich. Serce Maćka zwiększyło liczbę uderzeń. Z trudem przełknął kawałek chleba i popił gorącą herbatą, a następnie podszedł do okna. Obserwując mieszkańców osiedla, zastanawiał się, co ma zrobić, żeby zapewnić sobie spokojny weekend i zyskać kilka dodatkowych dni do namysłu. Olśnienie przyszło, gdy stracił już nadzieję.

Mężczyzna otworzył szufladę komody i spomiędzy zwiniętych w kule skarpet wyjął małe pudełko. Wewnątrz leżał pierścionek z motywem wyrzeźbionej z kości słoniowej, mikroskopijnej postaci Wenus, która naga, wiotka, długowłosa, spoczywała w złotej muszli niczym w królewskim łożu. Całość była osadzona w ramce, również zrobionej ze złota i wypełnionej niebiesko-zieloną emalią oraz diamentami. Maciej wrócił myślami do dnia swojego ślubu. Podczas przyjęcia weselnego babcia powiedziała, że chce zapalić papierosa, i wyraziła życzenie, by wnuk jej towarzyszył. Gdy wyszli na zewnątrz, ekscentryczna starsza pani zdjęła z palca klejnot i wręczyła Maćkowi ze słowami, że pierścionek jest w ich rodzinie od prawie stu lat; zrobiony przez utalentowanego złotnika, był przekazywany z pokolenia na pokolenie wybranemu krewnemu. I ona wybrała jego, swojego wnuka.

Szuflada ze skarpetami nie była zbyt stosownym miejscem do przechowywania jubilerskiego cacka, ale z pewnością bezpiecznym, ponieważ Lila nigdy do niej nie zaglądała. Mężczyzna wyjął pierścionek z pudełka i zerknął na wygrawerowany na wewnętrznej stronie obrączki napis: Amor odit inertes[2]. Postanowił obdarować klejnotem Aleksę, żeby ją udobruchać i zapewnić o swoim uczuciu oraz zyskać na czasie. Kobiety lubiły błyskotki, kochanka nie była wyjątkiem, co więcej, ceniła zabytkowe, piękne przedmioty; dlatego Maciej miał nadzieję, że kosztowny prezent oraz miłosne figle złagodzą niecierpliwość Aleksandry i umożliwią mu spędzenie majówki z żoną.

[1] Piosenka zespołu Lady Pank Na co komu dziś.

[2] Miłość nienawidzi zwłoki. Owidiusz, Sztuka kochania.

ROZDZIAŁ 2

Szyszka postanawia we wszystkim

uczestniczyć. Podarunek i niespodziewana

wiadomość. Celina rozmawia z policją.

Co się dzieje na rynku biżuterii?

Nastrojowe dźwięki Summertime wypełniły przestrzeń sypialni. Celina naciągnęła kołdrę na głowę, licząc, że dzwoniący zrezygnuje, dostrzegłszy swój nietakt. Po wczorajszym dniu, wypełnionym bieganiem po mieście za „obiektem”, robieniem zdjęć i taplaniem się w kałużach, zamierzała skorzystać z prawa do wypoczynku, a w ramach tego prawa nie odbierać telefonów. Przez chwilę wydawało się, że dzwoniący to pojął, bowiem w sypialni zapadła cisza, jednak po kilku minutach komórka ponownie zawibrowała. Celina wysunęła rękę spod kołdry i postanowiła sprawdzić, kto przejawia taką determinację.

– Mam nadzieję, że to ważne, w przeciwnym razie poćwiczę na tobie zbrodnię doskonałą – mruknęła do słuchawki, zamykając z powrotem oczy.

– Stefcia! – Głos Karoliny Szyszkowskiej, najlepszej przyjaciółki Celiny, był nabrzmiały pretensją. – Dlaczego ja nic o tym nie wiedziałam? – spytała Szyszka, kładąc nacisk na słowo „ja”. – Udzielasz wywiadu, publicznie grozisz bandziorom i myślisz, że co? – ciągnęła. – Zamierzałaś to ukryć przede mną? Tym razem nie zadowolę się relacją telefoniczną, rozumiesz, Céline? – wymówiła imię Stefańskiej po francusku, nawiązując do wyprawy do Lyonu.

Celina zagryzła wargi, walcząc ze śmiechem. Mogła się spodziewać, że Karolina, pisarka powieści kryminalnych, jak co dzień pójdzie do kiosku i przejrzy gazetę w poszukiwaniu ciekawych tematów. I trafi na wywiad. Szyszka zwietrzyła trop i nie zamierzała odpuścić, a to znaczyło, że za chwilę wypowie sakramentalne: „Wszystko może mi się przydać do fabuły”. To Karolina namówiła Celinę do założenia agencji detektywistycznej, gdy Stefańska straciła pracę z dnia na dzień, stając w obronie molestowanej koleżanki, i to ona namówiła przyjaciółkę do przyjęcia pierwszej dużej sprawy, gdy nieliczne zlecenia, które dostawała Celina, polegały głównie na śledzeniu niewiernych małżonków. I wreszcie to Karolina, w niezbyt wyszukany sposób, motywowała panią detektyw, gdy okazało się, że wspomniane zlecenie wiąże się z wyjazdem do Lyonu, co Stefańska uznała za przeszkodę nie do pokonania.

Po porwaniu i przetrzymywaniu w zamkniętej skrzyni Celina cierpiała z powodu fobii. Troskliwie pielęgnując swoje lęki, stopniowo rezygnowała z życiowych przyjemności i udogodnień, do których należał na przykład lot samolotem. Jeszcze do niedawna Celina odmawiała wejścia na jego pokład nie z powodu wysokości, ale zamkniętej przestrzeni, której nie można opuścić w dowolnym momencie. Z podobnej przyczyny, chociaż w mniejszym stopniu, nie korzystała z samochodów, autobusów i tramwajów. Kontakt z metrem ograniczała do zejścia na peron. Celinę od dzieciństwa cechował wysoki poziom lęku, choć nie było obiektywnego powodu, który mógłby go uzasadnić. Jednak radziła sobie, potrafiła kontrolować galopujące myśli i powściągać wodze wyobraźni, gdy ta zapędzała się w niebezpieczne rejony. Zmiana nastąpiła po porwaniu. Stefańska zaczęła bać się zamkniętych przestrzeni i, nawet jeśli zagrożenie było wątpliwe lub niepewne, świadomość tego faktu w niczym nie pomagała. Celina czekała, aż coś się wydarzy, czuła narastające napięcie, a jej ciało reagowało przykrymi objawami. Z tego powodu początkowo odmówiła wyjazdu do Francji, i to właśnie Szyszka oraz babcia Eleonora sprawiły, że Celina zmieniła zdanie. Wyjechała, pokonała swoje ograniczenia, odnalazła zaginioną malarkę i skradziony obraz. I poznała Xaviera Perraulta, mężczyznę, który najpierw ją zafascynował, a później rozczarował.

– Dlaczego nic nie mówisz? – Karolina przerwała Celinie rozmyślania.

– Gdy tak cię słucham, zastanawiam się, dlaczego dzwonisz dopiero dziś. Wywiad ukazał się wczoraj.

– Wiem, że wczoraj, kupiłam gazetę, ale dopiero dziś rano ją przejrzałam, bo wczoraj tkwiłam przed monitorem cały boży dzień, a wieczorem padłam na twarz przed dziesiątą. Rozumiesz, Stefi, miałam wenę, pilnowałam, żeby nie uciekła, na chwilę odcięłam się od świata, ale już to nadrobiłam. I dlatego dzwonię. Wiesz, że wszystko może mi się przydać do fabuły, więc nie wykluczysz mnie z tego.

– Ale ja ciebie z niczego nie wykluczam. – Celina odrzuciła kołdrę i usiadła na łóżku. – Na razie to tylko wywiad.

– Posłuchaj, Stefcia, nie mogłam wtedy jechać z tobą do Francji, ale teraz jestem do dyspozycji, wystarczy jedno twoje słowo. Chcę brać we wszystkim udział, wiesz, że teraz mogę swobodnie dysponować czasem. – Na jesieni Szyszka zrezygnowała z etatu w „plotkarskim grajdole biurowym”, jak nazywała swoją pracę w korporacji, i postanowiła zajmować się tylko pisaniem książek. – A ty możesz mnie zatrudnić na czarno, mogę być u ciebie na bezpłatnym stażu, mogę być kimkolwiek, ale nie zgadzam się na pominięcie! – zakończyła swój wywód w melodramatycznym tonie.

– Karolina, ty chyba oszalałaś. – Celina śmiała się otwarcie.

– Nie, ja po prostu pilnuję swoich interesów. Powiedz mi tylko, co zamierzasz, żebym wiedziała, jak się ustawić.

– Okej, okej. – Stefańska podeszła do okna, sprawdziła temperaturę powietrza i odnotowała, że zapowiada się słoneczny dzień. – Na razie udzieliłam wywiadu. Nie mam żadnego planu, chcę poczekać na to, co się wydarzy, a w międzyczasie zasięgnąć języka. Dziś jadę na komendę, porozmawiać z tym gburem, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa rodziców, i dopiero wtedy zdecyduję, co robić – wyjaśniła i skrzywiła się na myśl o ponownej rozmowie z podkomisarzem Szpakowskim. – Poza tym muszę pogadać z kimś, kto zna się na dawnej biżuterii, i trochę ogarnąć temat, skoro mam się nim zajmować.

– Biżuterii? Dlaczego? – zainteresowała się Szyszka.

– Opowiem ci, jak się spotkamy.

– Kiedy?

– Dziś wieczorem, jeżeli nie masz innych planów.

– Nie wyjeżdżasz na majówkę? – spytała Karolina.

– Ostatnio całymi dniami ganiam po mieście, chętnie zlegnę na kanapie.

– Chciałam wyciągnąć cię do centrum, ma być jakiś darmowy koncert, chyba na placu Trzech Krzyży, ale jeszcze muszę sprawdzić.

– Jedź sama albo z nowym facetem – zaproponowała Celina. – Nie widzę nic zabawnego w staniu godzinami w tłumie ludzi.

– Nie mam nowego faceta, jestem znużona towarzystwem niedojrzałych, neurotycznych popaprańców z nadwrażliwym ego – oświadczyła Karolina. – Podwyższyłam poprzeczkę, postanowiłam być nieufna i wymagająca. Nie chcesz posłuchać fajnej muzy?

– Fajną muzę mam w domu na płytach.

– Rany, Stefi, ty naprawdę jesteś jakaś dziwna. – Szyszka westchnęła, a Celina założyłaby się, że przyjaciółka przewróciła oczami.

– To już obie wiemy od dawna. – Zaśmiała się. – Słuchaj, siedzę wieczorem w domu, wpadaj o dowolnej porze przed dwudziestą trzecią, ale jeżeli trafi ci się lepsza oferta, nie ma sprawy, umówimy się kiedy indziej. Skoro możesz teraz swobodnie dysponować czasem…

– Mogę, Céline, wreszcie mogę.

– No, więc jeżeli dziś się nie uda, spotkamy się w przyszłym tygodniu. Naprawdę mam zamiar wieczorem odpoczywać, bo dziś będę na nogach cały dzień. Tak jak wczoraj i przedwczoraj.

– Dobrze, Stefi, zobaczę – odpowiedziała Karolina. – Naprawdę chcesz odnaleźć zabójcę rodziców?

– Ktoś powinien, nie sądzisz? Skoro policji się nie udało, może ja będę miała więcej szczęścia.

* * *

Jeszcze do wczoraj Maciek gratulował sobie, że wziął urlop na czwartek i piątek poprzedzające majówkę. Lila pracowała dłużej niż zwykle, ponieważ przed wolnymi dniami było większe zapotrzebowanie na usługi fryzjera i kosmetyczki, a on mógł już odpoczywać i odwiedzić Aleksę. Po wczorajszej wizycie u kochanki dobry nastrój diabli wzięli, a jego miejsce zajął paraliżujący strach. Najgorsze, że nic nie zapowiadało katastrofy. Pomysł z prezentem był trafiony; Aleksandra zachwyciła się pierścionkiem, włożyła go na palec i spojrzała na Maćka oczami pełnymi blasku.

– To najpiękniejszy klejnot, jaki kiedykolwiek widziałam – powiedziała z zachwytem w głosie. – Ja też mam dla ciebie prezent, chociaż twoje urodziny są za miesiąc, ale najpierw… – Nie dokończyła, tylko pogłośniła radio i zarzuciła mu ręce na szyję. Whitney Houston śpiewałaI Have Nothing, a oni, całując się, opadli na puszysty dywan, tak jak sobie wcześniej wymarzył. Zapach długich, ciemnych włosów Aleksandry przywodził na myśl woń piernika w czekoladzie, a jej skóra pachniała wanilią. Maciek przyciągnął kochankę do siebie i zatracił się w miłosnych igraszkach.

Później leżeli przytuleni, ze splecionymi palcami, zaspokojeni i wyczerpani, do czasu, gdy Aleksandra delikatnym ruchem uwolniła się z ramion Maćka i zaczęła wkładać ubranie.

– Muszę jeszcze wyjść – powiedziała i wyjęła z szafki małe pudełko, owinięte papierem i wstążką. – To mój prezent na dobry początek wspólnej przyszłości. – Musnęła wargami policzek Macieja. – Mam nadzieję, że nasz majówkowy wyjazd będzie udany.

Chcąc przemyśleć odpowiedź, zanim jej udzieli, Maciej z ciekawością pociągnął za wstążkę i odwinął papier. Pudełko było białe i przypominało te, w które Aleksandra pakowała ręcznie robione praliny, tylko że nie miało przezroczystego wierzchu. Maciek zdjął pokrywę i poczuł, że jego brwi się unoszą, a oczy przybierają kształt dwuzłotówek. Niezdolny do wykrztuszenia jednego słowa, wbijał wzrok w zawartość opakowania, aż zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Wtedy zaczerpnął powietrza.

– Czy to znaczy…? Czy ty… – Pełne zdanie nie chciało mu przejść przez gardło.

– Tak. – Aleksandra z uśmiechem wzięła od Macieja pudełko. – Prawda, że urocze? – Położyła na dłoni parę niemowlęcych bucików.

Po powrocie do domu Maciek zapakował niespodziewany prezent i wyrzucił do kontenera w altance śmietnikowej. Reszty dnia nie pamiętał. Teraz siedział przed telewizorem i przerzucał kanały, próbując znaleźć wyjście z sytuacji, w której się znalazł. Nie wyobrażał sobie, że mógłby powiedzieć Lili o kochance, a tym bardziej o ciąży. Mężczyzna zacisnął dłonie na karku i schował głowę w ramiona. Musiał coś wymyślić, zanim Aleksa weźmie sprawy w swoje ręce.

* * *

Liliana podłożyła miękki wałek pod kark Aleksandry i otuliła ją kocem. Wcześniej miała nadzieję, że sąsiadka nie przyjdzie, że będzie zbyt zajęta, żeby z Ursynowa jechać z przesiadką na Mochnackiego albo przebijać się autem przez zakorkowane miasto. Tymczasem Aleksa zjawiła się kilka minut przed czasem i spokojnie czekała na swoją kolej.

– Zamknij oczy i odpręż się – poprosiła Lila.

– Czy to nie wspaniałe, że zapowiada się słoneczna majówka? – spytała w odpowiedzi sąsiadka, posyłając jej uśmiech. – Dostałam mnóstwo zamówień na czekoladki. Zauważyłaś, że ludzie przed wolnymi dniami robią tyle zakupów, jakby się szykowali na katastrofę stulecia? – Uniosła głowę. – Oczywiście nie narzekam, klient nasz pan.

– Ludzie niepotrzebnie się nakręcają. – Lila wzruszyła ramionami. – Przecież co drugi dzień sklepy będą otwarte.

– Przyjemnie tu u was; muzyka, kwiaty, zapachy. – Aleksandra wciągnęła powietrze. – Coś rozpyliłaś?

– Nie, Tadeusz zaparzył herbatę z dodatkiem owoców i chodzi z nią po całym salonie – odparła Lila. – Musimy zaczynać, jeżeli…

– To herbata pachnie tak pięknie? – Aleksandra podparła się na przedramieniu. – Mogłabym spróbować? – spytała, patrząc na sąsiadkę. – Za mało czasu? – domyśliła się i podniosła rękę do twarzy, odsuwając z policzka pasmo włosów.

Migotanie kamieni w pierścionku przyciągnęło uwagę Lili. Skupiła wzrok i znieruchomiała. Przez długą chwilę nie mogła oderwać oczu od klejnotu, który błyszczał na palcu Aleksandry, i ocknęła się, dopiero gdy ta spytała z niepokojem w głosie:

– Wszystko w porządku? Zbladłaś.

– Nie, to znaczy tak. – Lila pokręciła głową. – Masz piękny pierścionek – powiedziała.

– Prawda? – Aleksandra wyciągnęła dłoń i zaprezentowała jubilerskie cacko. – Wczoraj dostałam od ukochanego na urodziny.

– Od ukochanego? – wyjąkała Lila. – Tego, o którym opowiadałaś podczas zabiegów?

– Tego samego – potwierdziła sąsiadka.

– Prawdziwa z ciebie szczęściara. – Kosmetyczka z trudem panowała nad emocjami.

– Zgadzam się z tobą. To co z herbatą? – Aleksandra usiadła i opuściła nogi na podłogę.

– A masaż?

– Zmieniłam zdanie, wolę herbatę. Chodźmy do kuchni, odpoczniesz chwilę, zanim przyjdzie następna klientka.

Gdy usiadły przy niewielkim stoliku, Aleksandra zdjęła pierścionek.

– Chcesz przymierzyć? – spytała. – To stara pamiątka rodzinna.

Lila wzięła klejnot, wsunęła go na palec, a później zdjęła i spojrzała na wygrawerowany wewnątrz obrączki napis, żeby utwierdzić się w swoich podejrzeniach.

– Amor odit inertes – powiedziała Aleksa. – Miłość nienawidzi zwłoki. Piękne, prawda?

Zanim Lila wymyśliła odpowiedź, rozległ się dźwięk zawieszonego nad wejściem dzwonka. Kosmetyczka z ulgą przyjęła fakt, że następna klientka przyszła nieco wcześniej. Wstała i pożegnała sąsiadkę.

– Może ciebie tam nie było – zabrzmiało z głośnika radiowego, gdy Aleksa opuszczała salon Charme. – Tylko ze mną coś się stało / Znów mnie oszukała miłość / Tak pragnąłem Twego ciała[3].

– Spodziewam się dziecka. – Aleksandra stanęła w otwartych drzwiach. – Czy to nie cudowne?

Lila drgnęła i potrąciła łokciem kubek. Naczynie spadło z hukiem na terakotę, a jego zawartość rozlała się u stóp kosmetyczki.

– Lecę! Udanej majówki! – Sąsiadka poprawiła na ramieniu pasek od torebki i wyszła.

– Cholera! – Liliana zaczęła zbierać szkło. Ostra końcówka odłamka wbiła się w jej kciuk. – Cholera jasna! – Wsunęła do ust skaleczony palec. Tego dnia o masażach twarzy nie mogło już być mowy. Będzie musiała zaproponować klientkom coś równie atrakcyjnego, żeby je udobruchać. Cały rok chodzą zapyziałe, pomyślała ze złością Lila, a później przyłażą pełne nadziei, że jednym zabiegiem zrobię z każdej z nich królową balu. Wymruczała pod nosem kolejne przekleństwo i wyjęła z apteczki plaster.

* * *

Celina zajęła miejsce po drugiej stronie biurka, za którym siedział podkomisarz Zygmunt Szpakowski. Policjant z wyraźną niechęcią zgodził się na spotkanie i wyznaczył sztywne ramy czasowe, tłumacząc brak elastyczności nadmiarem obowiązków. Celina zgodziła się bez protestu przyjść na wskazaną godzinę i teraz siedziała wpatrzona w twarz podkomisarza, na próżno szukając na niej oznak dobrej woli. Nie trzeba było słów, by wywnioskować z jego miny, że obecność Celiny w komendzie jest dla niego odpowiednikiem bolesnego wrzodu na tylnej części ciała.

– Co mogę dla pani zrobić? – spytał, pstrykając długopisem.

– Chciałabym dowiedzieć się wszystkiego, co wiadomo na temat śmierci moich rodziców – powiedziała Stefańska, starając się zignorować denerwujący dźwięk. – Mam do tego prawo.

– Śledztwo zostało umorzone z braku wystarczających dowodów. Jeżeli tylko…

– Wiem – przerwała. – A pan wie, że nie o to pytam. Chcę się dowiedzieć, co policja ustaliła, zanim sprawa trafiła na półkę – powtórzyła Celina i odnotowała błysk w zmrużonych oczach Szpakowskiego.

– Dobrze. – Upił z kubka stojącego na tekturowej teczce. – Ale uprzedzam, będzie pani rozczarowana. Wie pani, czym zajmowali się rodzice przed śmiercią?

– Tak. Trafili na grubszą aferę związaną z fałszywą wyceną biżuterii. – Celina urwała i odwróciła się na dźwięk otwieranych drzwi. Na widok Xaviera zmarszczyła brwi.

– Cześć. – Perrault skinął głową na powitanie i zwrócił się do kolegi: – Jestem.

– Poprosiłem Ksawerego, żeby wszystko pani opowiedział. Zrobi to lepiej ode mnie, w końcu to jego działka. – Szpakowski wstał, a Xavier zajął jego miejsce za biurkiem. – Idę zapalić, a później wrócę i jak coś jeszcze będzie niejasne, to pani spyta.

Stefańska obrzuciła policjantów niechętnym spojrzeniem i skrzyżowała ramiona na piersi.

– A więc?

– Pamiętasz naszą rozmowę ostatniego dnia przed powrotem z Francji? – zaczął Ksawery.

– Pamiętam. Afera związana z fałszywą wyceną biżuterii.

– Zgadza się, a dokładnie chodzi o biżuterię dawną, antykwaryczną – doprecyzował. – Zanim przejdę do meritum, nakreślę ci ogólnie, z czym boryka się rynek. Rzeczoznawcy pobierają prowizję od wartości wycenionych precjozów, zwykle dwa do trzech procent, i niektórzy zobaczyli w tym łatwy zysk.

– Zawyżenie wartości skutkuje większą prowizją – dokończyła Celina.

– Tak.

– Ludzie nie podejrzewają oszustwa?

– Wiesz, ktoś, kto przynosi biżuterię do wyceny, w głębi duszy liczy na to, że posiada drogocenny klejnot, więc nie docieka, czy to prawda, tylko ochoczo płaci prowizję i jest zadowolony, że ma świetnie ulokowany kapitał. Każdy woli się dowiedzieć, że posiada coś cennego i jak będzie chciał sprzedać, osiągnie zysk. Problem pojawia się wtedy, gdy chce spieniężyć błyskotkę, trafia do innego rzeczoznawcy i dowiaduje się, że ta, dajmy na to, brosza czy bransoleta to nie art déco, tylko lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Ludzie często się dowiadują, że ich „klejnot” ma dwa razy niższą wartość niż to, co widnieje na wycenie, są zszokowani, czują się zrobieni w bambuko. Bywają też odwrotne sytuacje: ktoś kupuje biżuterię, na przykład z ogłoszenia, po cenie zgodnej z przedstawioną wyceną, a później idzie do rzeczoznawcy i dowiaduje się, że zapłacił ciężkie pieniądze za coś mało wartościowego.

– Nieprawdopodobne! – Celina pokręciła głową. Niechęć, którą poczuła na widok Xaviera, ustąpiła miejsca zaciekawieniu.

– A jednak. – Policjant wzruszył ramionami. Wstał, przycisnął włącznik czajnika i zajrzał do szafki. – Kawa? Szpaku ma naturalną, mieloną.

– Chętnie – odparła Celina, zanim pomyślała.

Xavier wyjął dwa kubki i puszkę.

– Na zdrowy rozum wydawałoby się, że skoro ktoś się podpisuje pod wyceną, powinien mieć jakieś hamulce, ale tak nie jest