Cena wolności - K.J. Howe - ebook + książka

Cena wolności ebook

K.J. Howe

0,0

Opis

 

 

Dwadzieścia lat temu przerażony chłopiec – brat Thei – został uprowadzony w środku nocy przez zamaskowanych bandytów. Wszystkiemu przyglądała się jego przerażona siostra. Chłopiec po dziewięciu strasznych miesiącach wrócił do domu. Ale traumatyczne przeżycie pozostawiło w nim ślad już na zawsze.

Pod wpływem tamtego koszmarnego zdarzenia Thea stała się światowej klasy specjalistką do spraw uwalniania zakładników. Początkowo rozmowy odbywa przy stole negocjacyjnym, lecz gdy dyplomacja zawodzi, agenci do zadań specjalnych zatrudniani przez organizację Quantum Security International przeprowadzają pod dowództwem agentki Paris ściśle tajne operacje ratunkowe w najbardziej niebezpiecznych regionach globu.

Koszmar sprzed lat powraca, gdy ojciec Thei, magnat naftowy Christos Paris, zostaje uprowadzony z jachtu cumującego u wybrzeży Santorini, kilka dni przed największą transakcją w karierze. Porywacze zabijają całą załogę, lecz nie wysuwają żądań okupu, nie stawiają politycznych ultimatów ani nie domagają się zwolnienia więźniów – wysyłają jedynie niezrozumiałe esemesy po łacinie z telefonów na kartę.

Thea podejmuje się najtrudniejszej misji ratunkowej w życiu. Czy uda jej się ocalić rodzinę?

Pierwsza część cyklu z Theą Paris w roli głównej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Tytuł oryginału: The Freedom Broker

Copyright © by Kimberley Howe, 2017

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Opracowanie językowe: Quendi Language Services w składzie:

Tłumaczenie: Katarzyna Iwańska

Redakcja: Anna Stawińska

Korekta: Sylwia Ciuła

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN: 978-83-8053-238-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

Dla RJH

Dziękuję, że dałeś mi wolność

Dzieci zaczynają od tego, że kochają swoich rodziców. Po pewnym czasie ich sądzą. Rzadko kiedy im wybaczają.

Oscar Wilde, Kobieta bez znaczenia, Akt IV

Rozdział 1

150 m powyżej Kwale, Nigeria

1 listopada

2.30

Thea Paris znała procedurę.

Jeśli misja się nie powiedzie, to nikt nie wróci po jej ciało. Zostawią ją, żeby zgniła w dżungli, bezimienna i zapomniana. A na to nie mogła pozwolić. Za nic nie przepuści przyjęcia z okazji sześćdziesiątych urodzin ojca.

Prawa dłoń osłonięta rękawiczką z wprawą przejechała po kamizelce kuloodpornej i M4. Gogle noktowizyjne, flary, granaty, zapasowe magazynki – wszystko na swoim miejscu, gotowe do użycia. Broń sprawdzona, wyczyszczona i naoliwiona; przygotowana tak, żeby sprostać wilgoci panującej w tropikach. Kontrola ekwipunku zakończona pomyślnie.

Hipnotyczny warkot przerobionego Hughes 500P nadawał ton misji. Czarny, w każdym tego słowa znaczeniu. Dźwięk, ruch, światło: wszystko ograniczone do minimum. Czesali ziemię, wykorzystując ukształtowanie terenu, żeby pozostać poza zasięgiem radarów.

Jako dowódca operacyjny przeprowadziła ze swoją sześcioosobową drużyną niekończące się próby z użyciem modelu obszaru docelowego. Teraz przyszedł czas na realizację planu. Brown słuchał Hendrixa na słuchawkach, pomagało mu to nastroić się przed akcją. Johannson wpatrywał się w pustkę, prawdopodobnie myśląc o ciężarnej żonie, która była zła, że zgodził się wziąć udział w operacji. W skład drużyny A, która leciała za nimi w drugim helikopterze, wchodzili bliźniacy Neil i Steward, rodowici Szkoci, oraz podstarzały były żołnierz francuskiej Legii Cudzoziemskiej o imieniu Jean-Luc, który strzelał najlepiej z nich wszystkich. Osobiście wyselekcjonowała ich z bazy agentów Quantum International Security.

Z wyjątkiem Rifata Askera, syna jej szefa, który teraz się w nią uparcie wpatrywał.

Ich ojcowie byli najlepszymi kumplami, więc znali się z Rifem od dziecka. Thea szanowała jego umiejętności bojowe, ale często spierali się w sprawach taktyki. Przejechała dłonią po bliźnie w kształcie litery S na prawym policzku, trwałej pamiątce po starciu Askera z jej bratem Nikosem.

Stuknęła palcem w ekran smartfona, żeby sprawdzić poziom cukru we krwi: 105. Baterie monitora w pełni naładowane. Doskonale. Nic nie mogło tak schrzanić akcji jak niski poziom glukozy. Wsunęła telefon do kieszeni kamizelki taktycznej obok strzykawki z glukagonem. Gdy poprawiała kamizelkę, Rif w dalszym ciągu się jej przyglądał, aona zastanawiała się, czy on wie. Bardzo starała się utrzymać swój stan w tajemnicy, ale niewiele umykało jego uwadze. Najpewniej nic by to nie zmieniło, ale nie chciała, żeby ktokolwiek w drużynie pomyślał, że nie nadaje się do tej roboty.

W jej słuchawce zatrzeszczał głos pilota:

– Trzy minuty do lądowania.

– Przyjęłam. U nas zielone światło.

Burzowe niebo przysłaniało drugi helikopter. Thea wytarła spocone dłonie o mundur maskujący. Deszcz bębnił o kadłub śmigłowca, a na skutek turbulencji żołądek podchodził jej do gardła. Nigdy nie przepadała za lataniem. Słaba widoczność pomoże im przemknąć poza zasięgiem radarów, ale wszechobecna wilgoć i upał mogą obniżyć wydajność śmigłowca. Odchudzili maszynę, maksymalnie redukując zapas paliwa, ale to pozostawiało minimalny bufor na wypadek komplikacji.

Rif odwrócił się do Browna i Johanssona.

– Dobra, chłopaki, czas przechwycić naszego Naftowego Orła.

Zakładnik, John Sampson, inżynier naftowy z Teksasu, zgarniał sześciocyfrowe sumki za to, że jeździł po zagranicznych platformach wiertniczych i doradzał, jak podwyższyć ich wydajność. Miał dwójkę dzieci, a jego żona uczyła w szkole. W każde czwartkowe popołudnie trenował małą ligę bejsbolową, ale tak się złożyło, że opuścił dziesięć ostatnich meczów: został porwany i był przetrzymywany przez grupę o nazwie Ruch na rzecz Wyzwolenia Delty Nigru, w skrócie MEND. Wyglądało na to, że każda organizacja terrorystyczna miała jakiś chwytliwy akronim, jakby wszystkie zatrudniały speców od PR-u w celu poprawy wizerunku.

Nigeryjska grupa bojowników zażądała trzech milionów dolarów okupu i nie chciała spuścić z ceny; niestety ubezpieczenie Sampsona na wypadek uprowadzenia wynosiło zaledwie milion. Był tylko jeden sposób: odbicie. Problem w tym, że średnie prawdopodobieństwo sukcesu wynosiło zaledwie dwadzieścia procent. Właśnie dlatego firma Sampsona zwróciła się do Quantum: gdy w grę wchodzi ludzkie życie, zatrudnia się najlepszych.

– Sześćdziesiąt sekund do lądowania – ostrzegł pilot.

Thea nasunęła na oczy gogle noktowizyjne i złapała jeden z uchwytów przytwierdzonych do ścian kabiny.

– Jesteś pewna, że nie ma przecieku? – Czarny kamuflaż podkreślał zmarszczki wokół oczu Rifa.

– Potwierdzam. – W trakcie misji starała się koncentrować na pozytywach, bo snucie ponurych myśli w miejscu, gdzie w każdej chwili może rozpętać się piekło, było słabą mobilizacją. Teraz sprzyjał im element zaskoczenia; dobrała też pierwszorzędną ekipę. Każdy członek zaryzykowałby życie dla pozostałych, a ich łączne doświadczenie bojowe to prawdziwe Ivy League operacji specjalnych.

Pilot lawirował wzdłuż koryta rzeki, posługując się obrazem termicznym dostarczanym przez kamerę FLIR przytwierdzoną przy płozach. Wlatywanie w gęstą dżunglę to sytuacja daleka od optymalnej, lecz musieli tej nocy odbić Sampsona. Innej okazji nie będzie.

– Trzydzieści sekund. – Słowa pilota podziałały na nią jak zastrzyk amfetaminy. Wisieli w powietrzu nad niewielką polaną pośród gęstej dżungli, nieco ponad trzy kilometry od obozu buntowników.

Thea poczuła pot na plecach, jej ciało drżało. Adrenalina zrobiła swoje.

– Dziesięć sekund.

Pilot poderwał do góry dziób maszyny i osiadł na ziemi. Thea skinęła do pozostałych, na co jeden po drugim sprawnie opuścili helikopter, padli na ziemię i przeturlali się poza polanę, czując na skórze deszcz i rozchodzące się ciepło strumienia zaśmigłowego. Po chwili ich środek transportu uniósł się w powietrze i odleciał.

W usta i nos Thei wdarł się smród pleśni, efekt niekończącej się pory deszczowej. Drużyna zbiła się w grupkę, podczas gdy z drugiej maszyny wyskakiwał Jean-Luc i Szkoci. Thea skanowała okolicę. Terkot helikopterów niknął w oddali; ich niewyraźne, lecz charakterystyczne sylwetki przez chwilę w pełnej okazałości prezentowały specjalne modyfikacje obniżające wykrywalność.

W końcu usłyszeli odgłosy nocy: cykanie świerszczy, bulgotanie wody w pobliskiej rzece, złowieszczy ryk hipopotama, plusk deszczu. Sprawdziła wskazania GPS-u, dała sygnał Rifowi i ruszyła naprzód przez zarośla. Czterdzieści dwie minuty na przeprowadzenie akcji ratunkowej, spotkanie z helikopterem i wyniesienie się stąd w cholerę. Ominęła najgęstsze chaszcze i zamarła.

Odgłos. Szelest pośród liści. Jej dłonie samoczynnie zacisnęły się na M4. Wartownik tak blisko miejsca lądowania?

Zerknęła przez lewe ramię. Zwalista postać Askera przywarła do ziemi trzy metry za nią. Brown i Johansson przysiedli obok niego, podczas gdy Drużyna A kryła tyły. Krzaki po lewej stronie zaszumiały na porywistym wietrze.

Cisza. Komar usiadł jej na szyi. Zignorowała ostre ukłucie.

Chwilę później trzask łamanej gałązki. Krótki, ostry pisk.

Zwolniła bezpiecznik karabinu szturmowego. Przeskanowała otoczenie po lewej i prawej stronie z palcem zawieszonym nad spustem.

Nagle bezpośrednio przed nimi, przy samej ziemi, coś się poruszyło.

W poprzek ich trasy przemknął jeżozwierz z kolcami nastroszonymi do ataku.

Thea powoli wypuściła powietrze z płuc i uśmiechnęła się do Browna. Cholera jasna. O mały włos nie odstrzeliła zwierza, zdradzając ich położenie. Brown pomacał króliczą łapkę, którą nosił na łańcuszku zawieszonym wokół szyi, i skinął głową. Talizmany na szczęście były obowiązkowym elementem wyposażenia operacyjnego. Ona sama zawsze miała przy sobie srebrny wisiorek z wizerunkiem świętej Barbary, który dostała od ojca na dwunaste urodziny. Jak dotąd jej nie zawiódł.

Obie drużyny w ciszy pokonywały nieprzyjazny teren, starając się nie poruszać zarośli. Co jakiś czas słyszeli odgłosy zwierząt i spadające krople deszczu. Thea robiła rozpoznanie trasy, ostrożnie poruszając się w ciemności. Dotarła do skraju skarpy i spojrzała w dół. Na widok słabej poświaty płonącego ogniska serce zabiło jej mocniej. W dole majaczyły obrzeża obozu MEND.

Ścisnęła Rifa za ramię, dając mu sygnał, żeby poprowadził Drużynę A w dół. To nie będzie proste. Zbocze pokrywała gruba warstwa śliskiego błota.

Kobieta została na skraju skarpy. Musiała wszystko widzieć z góry. Brown i Johansson zajęli pozycje po obu jej flankach, gotowi w razie potrzeby odeprzeć atak rebelianckich patroli.

Okryła się gałęziami i umościła w kryjówce. Na podstawie zdjęć satelitarnych ustalili położenie kluczowych obiektów: chaty z bronią znajdującej się w pobliżu akacjowego zagajnika, dużego szałasu skrytego w dżungli po zachodniej stronie obozowiska i pięciu niewielkich budynków w południowo-zachodnim kwadrancie obozu. Zakładnik był przetrzymywany w oddalonym o czterysta metrów budynku „Tango”.

Czekała i obserwowała, wydawało jej się, że trwa to już całą wieczność. Deszcz przemoczył jej ubranie do podkoszulka, przez co jej skóra stała się lepka i zimna. Podczas misji umysł Thei wędrował do najdziwniejszych miejsc: pomyślała, że rozmokły krajobraz byłby idealną scenerią dla typowo kobiecej reklamy wodoodpornego tuszu do rzęs.

Po barkach przebiegł jej delikatny dreszcz. Świat zdawał się dziwnie nieruchomy i cichy. Upłynęło dwadzieścia pięć cennych minut, odkąd Rif i pozostali ruszyli do obozu.

Thea ustawiła karabin na nawisie. Jej oddech spowolnił. Skanowała teren poniżej, zaciskając usta; znajomy smak tłustej farby do kamuflażu działał na nią uspokająco.

W słuchawce rozległ się delikatny szum. Po chwili włączył się Asker:

– Idziemy po Orła. – Drużyna A czekała na obrzeżach obozu.

W oddali rozbrzmiewał przytłumiony śmiech. Kilku rebeliantów skupiło się wokół ogniska, zapewne usiłując odgonić wilgoć z pomocą kapki kai-kai, miejscowego alkoholu palmowego.

– Sześć wrogich jednostek z AK-47 przy ognisku. Możecie ruszać. – Jej głos był ledwo słyszalny. Musieli założyć, że MEND wystawiło straże. Podwójna gra była stałym elementem taktyki rebeliantów, co czyniło z nich wyjątkowych paranoików.

W pobliżu usłyszała kroki. Bez wątpienia był to chód człowieka. Dostrzegła żar zapalonego papierosa. Samotny rebeliant idący wprost na nią.

Czas na koktajl. Wsunęła rękę do plecaka i wyciągnęła pistolet usypiający; przejechała palcami po strzałce wypełnionej środkiem paraliżującym.

Mężczyzna odchrząknął i kontynuował patrol, kompletnie nieświadomy tego, że kieruje się wprost na nią. Thea czekała; oddychała miarowo, utrzymując ciało w bezruchu. Mężczyzna wszedł w zasięg broni. Jednym ruchem przekręciła się na plecy, wymierzyła pistolet i wystrzeliła. Rebeliant jęknął i klepnął się w szyję, jakby chciał odpędzić insekta. Kilka sekund później osunął się bezładnie na ziemię.

Thea podczołgała się do niego i szturchnęła go czubkiem buta. Żadnej reakcji. Zgasiła papierosa w mokrej ziemi, po czym związała mu ręce i nogi plastikowymi kajdankami, a następnie zakleiła usta kawałkiem taśmy. Zanim się obudzi, jej ekipa powinna być daleko stąd. Powinna.

Skóra kobiety była śliska. Krople deszczu w dalszym ciągu bębniły o ziemię. Spojrzała na stoper: minęły kolejne cztery i pół minuty, odkąd Drużyna A wkroczyła na teren obozu. Bardzo chciała usłyszeć w słuchawce hasło „Odwiert”, które oznaczałoby, że zakładnik został zlokalizowany. Zerkała na południowy zachód, czekając na sygnał od Rifa i jego ekipy lub ich powrót.

Mijały minuty; wciąż nic. Nerwy miała napięte bardziej niż struny na stradivariusie.

Zabrzęczało jej w słuchawce. Rozległ się miarowy głos Askera:

– Studnia sucha. Orła nie ma w Tango.

Wciągnęła powietrze. Informacje wywiadowcze sprzed dwóch godzin potwierdzały, że Sampson znajdował się w tamtym budynku. Musieli go przenieść.

– Przerwać akcję. – Czuła się z tym fatalnie, ale nie mogła narażać członków ekipy, rozkazując im przeszukać obóz. Nie było na to czasu. Informacje okazały się nieprawdziwe. Koniec misji.

Odpowiedziała jej cisza. Szlag by to trafił. Rif był profesjonalistą; wiedział, że powinien wykonać rozkaz.

– Przerwać akcję. Potwierdzić. – Skanowała obóz. Do grupy wokół ogniska dołączyło kilku nowych rebeliantów.

Ciszę wypełnił głos Askera:

– Daj mi trzy minuty, odbiór.

Nie ma mowy. Trzy minuty to wieczność. Jeśli mieli zdążyć na spotkanie z helikopterem, musieli wyruszyć natychmiast.

– Powtarzam, przerwać akcję, odbiór.

Cisza.

W końcu usłyszała trzask w słuchawce. – Czekaj, bez odbioru. – W języku operacyjnym znaczyło to tyle co: „Odczep się, jestem zajęty”. Rif służył w Delta Force, ale to nie była amerykańska armia. Ona dowodziła misją, a on zignorował rozkaz.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, w obozie poniżej rozległy się strzały. Koniec skrywania się w cieniu. Czas przystąpić do działania.

– Wkroczyć do akcji – rozkazała swojej drużynie.

Ludzie z obozu rzucili się do broni, podczas gdy Brown i Johansson walili ze swoich M4 z pozycji na szczycie skarpy. Bezładne ciała upadały na błotnistą ziemię. Thea poczuła zapach prochu.

– Brown, dawaj. – Miał za zadanie wysadzić granatnikiem skład z amunicją.

– Zamknąć oczy – ostrzegł Brown; członkowie zespołu nosili noktowizory, więc musieli chronić oczy przed oślepiającym błyskiem eksplozji. Kilka sekund później chata wyleciała w powietrze, zamieniając się w kłębowisko szkarłatnych płomieni.

Uwagę Thei przykuł odgłos metalu uderzającego o skałę. Wokół niej świszczał grad kul. Wcisnęła brodę w błoto, przylgnęła do podłoża i odpowiedziała ogniem.

Grupka rebeliantów przypuściła szturm na urwisko, lecz dzięki goglom ich sylwetki były dla członków ekipy łatwymi celami. Terkot towarzyszący rozbłyskom z luf karabinów rozchodził się głośnym echem po dolinie.

– Odwrót do bazy, odbiór – powiedziała spokojnym głosem, choć w głowie kłębiły jej się przekleństwa.

Gdzie był Rif?

Dostrzegła rebeliantów u podnóża góry. Odcinali drogę ucieczki Drużynie A. Cóż, najwyraźniej hasło na dzisiaj brzmiało: „wszyscy do boju”.

– Osłaniaj mnie, Brown. – Poderwała się na nogi i zbiegła w dół po śliskim zboczu, z trudem utrzymując równowagę w gęstym błocie. Zanim rebelianci zorientowali się, gdzie jest, przestawiła M4 na pełny automat i nacisnęła spust. Zmieniła magazynek i strzelała dalej. Kilku ludzi upadło na ziemię; inni rozbiegli się w poszukiwaniu osłony. Utrzymywała ogień zaporowy. Droga ucieczki była wolna. Przynajmniej teraz Rif i pozostali mieli szansę jakoś się stąd wydostać.

Usłyszała brzęk w słuchawce.

– Brawo Cztery trafiony – powiedział Johansson świszczącym głosem.

Oberwał.

Północny wschód nie był obstawiony, a Rif uprawiał samowolkę. Tylko ona mogła pomóc rannemu koledze.

Nacisnęła przycisk aktywujący mikrofon.

– Idę po ciebie, Jo. Brown, osłaniaj tyły.

Biegła pod górę, pokonując urwisko. Jej wojskowe buty grzęzły w błocie.

Piętnaście metrów. Zmobilizowała wszystkie siły.

Dziesięć.

Trzy.

Kule przecinały powietrze wokół niej. Rzuciła się za drzewo i upadła z impetem na przedramiona. Natychmiast poczuła ból rozlewający się aż po barki. Podczołgała się do Johanssona. Z jego ramienia sączyła się krew. Twarz miał poszarzałą, oczy rozbiegane. Wyciągnęła opatrunek z apteczki w jego plecaku i przycisnęła do rany.

– Nie ma mowy, żebym twojej ciężarnej żonie przekazywała złe wieści, więc lepiej się trzymaj.

Uśmiechnął się słabo.

Wyjęła strzykawkę z morfiną z przedniej kieszeni jego kurtki i wbiła mu w lewe udo. Wkrótce zapadnie w stan błogiego otępienia, co pomoże jej wydostać go stąd.

Grupa rebeliantów weszła na skarpę. Brown utrzymywał zdyscyplinowany ogień, ale nie nadążał. Thea wycelowała w zbliżających się napastników i nacisnęła spust. Padło kilku ludzi. Wymieniła magazynek.

W oddali z mgły wyłaniały się kolejne sylwetki. Policzyła ludzi. Czterech. Najwyższy, Rif, miał ciało przewieszone przez prawe ramię. Sampson. Znaleźli go, ale nie potrafiła stwierdzić, czy zakładnik był żywy, czy martwy.

– Jo, wróciła Drużyna A. Możesz iść?

Jego oddech był przyspieszony i płytki.

– No pewnie.

Nie była przekonana, czy mu wierzyć; mógł majaczyć pod wpływem morfiny. Była silna, ale nie mogła biec ze stukilogramowym balastem. Byliby zbyt łatwym celem.

– Wstawaj, żołnierzu – powiedziała Thea.

Johansson jęknął.

 – Żona mnie zabije.

– Będzie musiała ustawić się w kolejce. – Pomogła mu stanąć na nogi. Zatoczył się, z trudem utrzymując równowagę w błocie. Zarzuciła sobie jego lewą rękę na szyję, żeby go podtrzymać.

– Spadamy do domu.

Słaby odgłos wirnika pobudził ją do działania. Mieli zaledwie kilka minut, żeby dotrzeć na polanę.

Wzdrygnęła się na dźwięk pobliskich strzałów. Spojrzała w górę, gotowa nacisnąć spust, ale zorientowała się, że to Asker otworzył ogień zaporowy, biegnąc przez skarpę. Po przekazaniu zakładnika dołączył do nich, kryjąc się za masywnym drzewem. Deszcz rozmazał czarny kamuflaż, nadając jego twarzy złowrogi wyraz.

– Drużyna A poszła na polanę z Sampsonem. – Przewiesił sobie karabin przez plecy i zarzucił Johanssona przez ramię. – Osłaniaj mnie.

Thea rzuciła się biegiem za nimi, gotowa w każdej chwili strzelać. Razem z Brownem otworzyli ogień osłaniający i rebelianci rozpierzchli się w poszukiwaniu osłony.

– Do helikoptera! – krzyknęła do Browna. Chciała, żeby wszyscy siedzieli w maszynie, zanim sama wskoczy na pokład.

Biegli we trójkę w stronę polany, gdy kolejna seria strzałów podziurawiła pobliskie drzewa. Wykorzystała wielki namorzyn jako osłonę i odpowiedziała ogniem, dając Rifowi czas, żeby pomógł Johanssonowi wsiąść do helikoptera.

Biegła zygzakiem przez otwarty teren. Druga maszyna czekała w dolinie jakieś sto metrów dalej. Pędząc, słyszała jak za jej plecami Hughes z Drużyną A i Sampsonem na pokładzie, w strugach deszczu, wzbija się w powietrze. Wokół niej świstały kule. Wbiegła w gęste chaszcze. Poczuła piekący ból w lewym ramieniu. Zignorowała go, zbiegła w dół skarpy i wskoczyła do helikoptera.

– Startuj! – krzyknęła do pilota.

– Trzymajcie się.

Wiatr wiał ze wschodu, co oznaczało, że aby nabrać mocy, musieli lecieć wprost na lufy AK-47 rebeliantów. Łopatki wirnika zaszumiały w momencie, gdy grupa uzbrojonych mężczyzn rzuciła się pędem w stronę maszyny. No dawaj, dawaj. Wbiła paznokcie we wnętrza dłoni. Helikopter wznosił się wśród gradu kul niczym latająca piñata.

Thea patrzyła przed siebie, modląc się, żeby wreszcie osiągnęli sześćdziesiąt węzłów i mogli wykonać skręt. Sekundy ciągnęły się niczym godziny. W końcu przyspieszyli i odbili gwałtownie do tyłu, oddalając się od obozu. Zerknęła w stronę kokpitu. Koszula pilota była zupełnie mokra od potu.

Rif dostrzegł krew na jej rękawie.

– Oberwałaś?

– To tylko draśnięcie. – Spojrzała na dziury po kulach w kadłubie i uświadomiła sobie, jak niewiele brakowało – i to że samowolna zmiana planu w środku akcji, której dopuścił się Asker, mogła kosztować życie członków jej zespołu.

– Co z Sampsonem? – Po tym wszystkim modliła się, żeby zakładnik żył.

– Jest odwodniony i trochę poturbowany, ale wyliże się.

– Dzięki Bogu. – Święta Barbara i tym razem nie zawiodła. Thea rozsiadła się wygodnie w fotelu i poczuła ulgę, że rebelianci nie mieli granatnika przeciwpancernego. Sprawdziła telefon. To było do przewidzenia. Pod wpływem silnego stresu poziom cukru w jej krwi wystrzelił w górę. Na szczęście insulina o przyspieszonym działaniu wkrótce to zniweluje.

Wzięła głęboki wdech. Kolejny zakładnik wróci do domu cały i zdrowy dzięki Quantum International Security. Wyglądało na to, że jednak zdąży na przyjęcie ojca.

Rozdział 2

Siedziba Quantum International Security, Londyn

28 listopada

15.00

Thea przyglądała się lekarzom zgromadzonym wokół stołu konferencyjnego w oczekiwaniu na instruktaż przed podróżą. Jeśli te pogawędki zapobiegną choć jednemu uprowadzeniu, to wysiłek się opłaci. Każda grupa była inna, ale Thea zawsze próbowała przewidzieć, które osoby poradziłyby sobie najlepiej w razie porwania, i starała się dostosować wykład do tych, którzy znieśliby to najgorzej. Od siedmiu lat pracowała jako specjalistka do spraw działań antyterrorystycznych – branżowe określenie negocjatorki do spraw porwań dla okupu – dostatecznie długo, żeby rozumieć, jak ludzie o różnych osobowościach reagowali na niewolę.

Uśmiechnęła się do lekarzy. Wybierali się w ramach pomocy humanitarnej do Culiacán, stolicy meksykańskiego stanu Sinaloa i centrum przemysłu narkotykowego.

– Porozmawiajmy chwilę o aspektach fizjologicznych, czyli o czymś z waszej branży. Zazwyczaj gdy człowiek przeżyje traumę lub znajdzie się w niebezpieczeństwie, podwzgórze aktywuje odruch walki lub ucieczki, wprawiając organizm w stan wzmożonej czujności, zgadza się? Krew przepływa do kończyn, stymulując mięśnie do działania. To daje impuls, żeby stanąć do walki lub rzucić się do ucieczki. W przypadku porwania oba te działania mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego, a nawet grozić śmiercią. Najnowsze badania wskazują na jeszcze jedną możliwą reakcję – zastygnięcie w bezruchu. To również nic nie da.

Doktorek w garniaku od Zegny podziwiał swoje wypielęgnowane paznokcie; wprost biło od niego znudzenie. Ale czy to przypadkiem nie zwykła brawura w celu zamaskowania strachu? Przypuszczalnie tak. Niewątpliwie byłby idealnym celem. Meksykańscy porywacze bardzo szybko sprowadziliby do parteru jego rozbuchane ego zwyczajowym „powitalnym” łomotem, który stosowali, żeby zdominować zakładników. Gdyby ogołocić go z roleksa i innych oznak bogactwa, skuliłby się i błagał o litość. Tylko ludzie o tytanowym rdzeniu wychodzili z czegoś takiego bez trwałych urazów. Ten gość tutaj do nich nie należał.

– Będąc więźniem, tkwi się w przepełnionym lękiem piekle, bez najmniejszego wpływu na swój los. Może to trwać godziny, dni, miesiące – nawet lata. Żeby nie dać się złamać, trzeba zwalczyć odruch walki lub ucieczki i uniknąć znieruchomienia. Zamiast tego należy uaktywnić cechy ułatwiające przetrwanie, takie jak cierpliwość, optymizm i dyscyplina. – Thea wskazała wysportowaną kobietę w średnim wieku siedzącą z przodu z imieniem wypisanym na plakietce. – Weźmy na przykład Annie. Prawdopodobnie dobrze zniosłaby niewolę. Woli wygodne obuwie zamiast szpilek, co wskazuje na to, że jest osobą praktyczną, a sądząc po krzyżówkach wetkniętych do teczki, cechuje ją cierpliwość i uważność niezbędna do zniesienia nudy i zniewolenia.

Annie posłała jej lekki uśmiech.

– Mam jednak nadzieję, że żadne z was nie będzie musiało się o tym przekonywać osobiście. Dzisiejsze spotkanie ma zminimalizować ryzyko waszego uprowadzenia.

Przechadzała się po sali.

– Większość porwań zdarza się rano w dni robocze, a w siedemdziesięciu ośmiu procentach wypadków zakładnik zostaje uprowadzony w promieniu dwustu metrów od domu lub miejsca pracy. Jak się przed tym chronić? Trzeba stać się trudnym celem. Co to oznacza w praktyce? Nie powinno się chodzić ani jeździć do pracy codziennie tą samą trasą, trzeba mieć nieprzewidywalny plan dnia i być nieustannie świadomym otoczenia. Bądźcie czujni i uważni. Żadnych esemesów ani rozmów przez telefon w miejscach publicznych. Zamiast tego wypatrujcie podejrzanych pojazdów i typów kręcących się w pobliżu.

Mężczyzna z wydatnymi, podkręconymi wąsami podniósł rękę.

– A jeśli już ktoś będzie próbował mnie porwać, to czy powinienem się bronić, stawiać opór?

– Dobre pytanie. Nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Sam moment przechwycenia zakładnika jest dla porywaczy ryzykowny, więc uderzają z całej siły, chcąc na wstępie podkreślić swoją dominację. Spodziewajcie się, że zawiążą wam oczy, pobiją, podadzą narkotyk lub wepchną do bagażnika. W tym czasie zachowajcie spokój i róbcie, co wam każą. Skoncentrujcie się na przetrwaniu. Pamiętajcie, że dla nich jesteście towarem, więc będą chcieli utrzymać was przy życiu i w stosunkowo dobrej formie, żeby dostać okup. Jeśli będziecie w miejscu publicznym i uznacie, że raczej uda się uciec, być może warto zaryzykować. Ale jeśli będą do was celować z uzi na wyludnionej ulicy, lepiej się poddać. Nie warto się stawiać ani okazywać porywaczom wrogości. Jeżeli będziecie podskakiwać, to oberwiecie. Ci ludzie nie mają litości.

– Mamy się kulić jak przestraszone uczennice? – spytał Zegna wyraźnie zaskoczony.

– Chodzi o to, żeby nie sprawiać problemów. – Dupek. – Gdy już zostaniecie porwani, macie nowe zadanie. Musicie zachować czujność, obserwować otoczenie i śledzić harmonogram porywaczy. Nie wiadomo, jak długo spędzicie w niewoli, więc będzie to niezbędne do ustalenia planu codziennych ćwiczeń umysłowych i fizycznych, żeby zachować ostrość umysłu i kondycję.

– Znalazłbym sposób, żeby zwiać. Z tego co czytałem, większość porywaczy nie jest szczególnie bystra. Mam na myśli, że są raczej niewykształceni – powiedział Zegna.

– Nie trzeba mieć doktoratu, żeby władować komuś dziewięciomilimetrową kulkę w głowę. Jeśli będziecie podejmować próbę ucieczki, lepiej miejcie pewność, że nie zostaniecie powtórnie schwytani. W przeciwnym razie porywacze najpewniej ukażą was dla przykładu, żeby skłonić innych zakładników do posłuszeństwa. Skoncentrujcie się na najważniejszej sprawie, czyli przeżyciu. Większość porwań nie skutkuje utratą życia ani trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, więc zazwyczaj mądrzej jest przetrzymać niewolę i pozwolić, żeby fachowcy wynegocjowali zwolnienie.

Zapobieganie uprowadzeniom, negocjacje i odbijanie zakładników wchodziło w zakres usług świadczonych przez Quantum. Niekiedy firmy szczególnie narażone na ryzyko uprowadzeń wynajmowały QIS do symulacji porwań, żeby uświadomić kadrze kierowniczej, jak to jest stać się zakładnikiem. Pomaga to pracownikom wyższego szczebla wykształcić umiejętności niezbędne do przeżycia. Zegnie z pewnością by się to przydało. Klienci jego pokroju ignorowali wszelkie rady.

Theę ogarniała fala zmęczenia, tocząc bój z kofeiną, którą spożyła dwadzieścia minut wcześniej. Dopiero co wróciła z trudnej misji w Iraku, gdzie pracowała nad odbiciem uprowadzonego dziennikarza. To był ciężki przypadek. Porwania dla okupu były zazwyczaj prostsze, bardziej przejrzyste, niż te o podłożu politycznym. Niestety, terroryzm, światowa recesja, rozprzestrzenienie taniej broni i globalizacja przestępczości zorganizowanej uczyniły z porwań biznes wart miliard dolarów rocznie – i dane te dotyczyły jedynie zgłoszonych przypadków.

Podkręcony Wąs znów podniósł rękę, jednak zanim zdążyła wysłuchać pytania, szef zasygnalizował jej przez szklaną ścianę sali konferencyjnej, że ma się stawić w centrum sytuacyjnym.

Kobieta zwróciła się do lekarzy:

– Zróbmy sobie dziesięć minut przerwy. Proszę poczęstować się kawą i ciastkami. Za chwilę będę z powrotem.

Szybko przemierzyła długi korytarz. Na ścianach wisiały imponujące zdjęcia natury wykonane przez jej pracodawcę podczas corocznych wakacji. Hakan Asker wyznawał zasadę, że porywacze nie robią sobie wolnego w święta, więc i on nie będzie. Ale kiedy kardiolog zasugerował, że – jak na ironię – stał się swoim własnym zakładnikiem, zaczął eksplorować lasy deszczowe na całym świecie, pstrykając artystyczne fotki we właściwym dla siebie tempie pracoholika.

Ona sama również nie miała okazji zaczerpnąć tchu w ciągu ostatnich kilku tygodni: zaraz po misji w Nigerii wyleciała do Iraku, skąd wróciła do centrali w Londynie zaledwie przed dwoma dniami. W ich branży sen był luksusem: obowiązywał nienormowany czas pracy, nie wspominając o tym, że działali we wszystkich strefach czasowych świata.

Do tego zbliżały się urodziny Papy, a ona nie miała jeszcze gotowego prezentu.

Stalowe wejście do centrum sytuacyjnego było pozbawione okien. Spojrzała w czytnik siatkówki umieszczony na ścianie, pozwalając, aby zmapował naczynia krwionośne w jej gałkach ocznych. Urządzenie wydało ostry sygnał i zapaliła się zielona lampka sygnalizująca, że może wejść. Ukryty mechanizm hydrauliczny rozsunął drzwi.

Na wielkiej elektronicznej tablicy z prawej strony pomieszczenia wyświetlana była lista wszystkich bieżących spraw QIS. Niektóre nazwiska zakładników figurowały na niej od kilku dni, inne od lat. Najdłuższą ścianę pokrywał rząd wielkoformatowych ekranów: na jednym leciały bieżące wiadomości; inny służył jako bezpieczny odbiornik do wideokonferencji z konsultantami do spraw działań antyterrorystycznych pracującymi na całym globie; na kolejnym widniała mapa świata z mrugającymi diodami oznaczającymi ich podopiecznych wyposażonych w urządzenia lokacyjne.

Klienci podróżujący w interesach do niebezpiecznych lub politycznie niestabilnych miejsc – jak choćby Syria czy Egipt – mogli pocieszać się tym, że centrum sytuacyjne QIS było obsadzone dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jeśli poczuliby, że coś się kroi, mogli skontaktować się z Quantum o każdej porze dnia i nocy. W odpowiedzi natychmiast uruchomiano sieć tajnych agentów, aby dotrzeć do klienta w każdym miejscu, w każdym czasie, z maksymalną precyzją.

Hakan Asker, właściciel i dyrektor QIS, był silnym przywódcą, roztaczającym wokół siebie aurę bezwzględnego autorytetu. W terenie przepracował dwadzieścia siedem lat. Teraz większość czasu spędzał w biurze, gromadząc dane i obsługując klientów. Praca w terenie w charakterze elitarnego specjalisty do spraw działań antyterrorystycznych wymagała poświęcenia nawet namiastki życia prywatnego, a Hakan odsłużył swoje z nawiązką.

Thea uśmiechnęła się do szefa. Pochylony nad komputerem stukał szybko w klawiaturę, wykorzystując jedno z zaszyfrowanych kont poczty elektronicznej stworzonych dla agencji przez ich analityków. Zauważył ją i przywołał do siebie gestem.

– Daj mi sekundę, żebym skończył mejla. Właśnie zadzwonił dyrektor finansowy Beltrain Communications. W Sudanie porwali jednego z jego ludzi. Przydzieliłem do tego Freddy’ego. – Hakan miał na sobie ulubioną marynarkę z łatami na łokciach, w której wyglądał mało profesjonalnie. Mimo to zawsze czuła się pewnie, wiedząc, że nad nią czuwa.

– Rodzina? – Thea zawsze wypytywała o szczegóły, nawet jeśli nie została przydzielona do sprawy.

– Biedak ma pięcioro dzieci i dwie byłe żony.

Zapowiadała się skomplikowana sprawa. Thea spojrzała na zegary wiszące na ścianie; każdy wskazywał godzinę w innej strefie czasowej. Niezależnie od tego w której – albo których – z nich przebywali właśnie krewni tego gościa, ich świat wkrótce legnie w gruzach.

– Chciałbym żebyś w wolnej chwili zerknęła na moje najnowsze wzorce mapowania pogody. Dostarczają całkiem ciekawych informacji, jeśli zestawi się je z danymi o częstotliwości i miejscach porwań.

Szef miał bzika na punkcie analiz; fascynowały go statystyczne aspekty ich branży. Jego rewolucyjne podejście do przetwarzania danych pomogło im rozwikłać niejedną sprawę.

Thea spojrzała przez ramię, słysząc świst otwierających się drzwi. Rif. Od czasu operacji w Nigerii minęło kilka tygodni, ale na wspomnienie tamtego wybryku wciąż gotowała się ze złości.

– Patrzcie państwo, powrócił syn marnotrawny. – Hakan wstał i ścisnął ramię mężczyzny w geście powitania.

– Raczej Rambo – wtrąciła Thea.

– Nadal jesteś wkurzona – zauważył Rif.

– Niesubordynacja może kosztować życie.

– Nie było czasu na dyskusje. Podjąłem wkalkulowane ryzyko dla ciebie i zespołu – odpowiedział.

Odwróciła się do szefa.

– Niewiele się zmieniło od czasu, gdy byliśmy dziećmi i wszędzie ciągał ze sobą tamto zabawkowe M60. – Tym razem jego brawura uratowała zakładnikowi życie, ale zazwyczaj tego typu naruszenie dyscypliny kończyło się katastrofą.

Asker podszedł do Thei.

– Jak twoja ręka?

– Jak nowa. – Kula ledwie drasnęła triceps. Miała sporo szczęścia. – A John Sampson wrócił wczoraj do pracy. Poszło zdecydowanie lepiej niż z kolesiem z Equipe Oil. – Tamtego mężczyznę znaleźli przybitego do rurociągu. Szczury obgryzały mu twarz. Ledwo przeżył.

Rif nieznacznie uniósł lewą brew.

– T.I.A.: wiesz, na co się piszesz.

This is Africa. Komunał, ale jak wszystkie zawierał w sobie bolesną prawdę. Po służbie w armii Asker zrobił się zblazowany, a jego upodobanie do uproszczonych komentarzy ilustrowało jeszcze jeden znany truizm: nie zaznasz litości od bezlitosnego najemnika.

Cieszyła się, że John Sampson pozbierał się i wrócił do normalności. Mimo to do końca życia będzie nosił emocjonalne blizny pozostałe po tamtych traumatycznych przejściach. Wiedziała z własnego doświadczenia, że niezależnie od finału, porwanie zmieniało człowieka na zawsze.

– Wyciągnąłem cię z sesji, bo Rif ma ważne informacje na temat Nigerii. – Hakan poprawił na nosie okulary w oprawkach z żółwiego pancerza.

Na twarzyAskera pojawiło się coś na kształt zmartwienia.

– Jak wiesz, Brown wysadził w powietrze skład z amunicją, który zidentyfikowaliśmy, ale kiedy szukałem Sampsona, natknąłem się na dwie inne chaty pełne materiałów wybuchowych i broni. Od tamtego czasu starałem się wyśledzić ich źródło. Chiny.

Thea znieruchomiała. Chińskie karabiny typu AK-47 były powszechne, ale materiały wybuchowe i detonatory chińskiej produkcji rzadko znajdowano poza państwowymi arsenałami. Jeśli Chińczycy byli w jakiś sposób uwikłani w zaopatrywanie porywaczy Sampsona, mogło to oznaczać poważne roszady pośród głównych graczy w Afryce. I wyjaśniałoby rosnącą liczbę porwań w regionie.

– Powiadom naszych ludzi w Kenii, Zimbabwe i Somalii. Musimy ustalić, czy Chińczycy przypadkiem nie bawią się w Pana życia i śmierci na całym kontynencie – rzucił Hakan i oboje odprawił.

Analizując niepokojące wiadomości, Thea wróciła do sali konferencyjnej, gdzie czekali lekarze.

Rozdział 3

Kolumbia

25 grudnia

16.00

W głębi obozu FARC, w sercu kolumbijskiej dżungli, międzynarodowy handlarz bronią znany jako Ares obserwował pokrytą ciemnym zarostem, wklęsłą twarz, zapadnięte oczy i tłuste włosy mężczyzny siedzącego naprzeciwko niego. Ares robił interesy z Carlosem Antiguezem już siedem lat – siedem długich lat zdzierania gardła na próżno i niekończących się negocjacji. Dzisiejsza partyzantka to już nie to samo.

– Kawy? – zaoferował Carlos.

Minęły już czasy, kiedy bawili się w tego typu konwenanse. Ares zignorował propozycję. Nie spuszczając wzroku, zwinnymi palcami w kółko rozkładał i składał małą pozytywkę, którą zawsze nosił przy sobie; przejmujące dźwięki melodii do piosenki Tie a Yellow Ribbon odbijały mu się echem w tyle głowy.

Carlos wciąż ględził. Ares słuchał jednym uchem, rozważając treść esemesa, który właśnie otrzymał. Według niego Gabrielle Farrah, agentka federalna, która bezskutecznie ścigała handlarza broni o mitycznym przydomku znanego z uprowadzeń i dozbrajania podupadłych bojówek, miała właśnie dokonać przełomu w jego sprawie. Ares był zadowolony – to wszystko było częścią jego planu.

Usta Carlosa nie przestawały się poruszać, ale jak dotąd nie powiedział nic konstruktywnego. Konkluzja? FARC chciało poszerzyć terytorium i wpadło w szał zakupów. Lecz jeśli partyzanci naprawdę chcieli odnieść sukces, to potrzebowali czegoś więcej niż pieniądzy.

– Cztery miliony za kałasznikowy, granatniki przeciwpancerne i M24. – Ares machnięciem ręki odgonił muchę latającą przy klapie jego marynarki. Może i nosił ciuchy od Armaniego, ale w dżungli czuł się równie dobrze jak Carlos.

Kolumbijczyk wciągnął policzki w wyrazie desperacji.

– Niedorzeczność. Trzy miliony i ani peso więcej.

Wzrok Aresa powędrował ku Jorgemu, siostrzeńcowi Carlosa. Dzieciak nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia trzy lata, lecz jego inteligentne oczy wychwytywały niuanse – w przeciwieństwie do wuja. Talent Jorgego można ukierunkować i wyszlifować. Młodzi ludzie potrzebowali dobrych wzorców, a Carlos nie był godny naśladowania.

– Kolumbijska armia zakupiła niedawno black hawki, pociski i czołgi. Jeśli chcecie z nią konkurować, to potrzebujecie mojej broni. Cztery miliony.

– Skąd mam wiedzieć, że te informacje są prawdziwe? – Carlos potarł szczecinę prawą dłonią.

– Ares Corporation ma oczy i uszy tam, gdzie trzeba. – Nie ujawnił faktu, że zrabował ostatni transport dla kolumbijskiej armii, żeby uzupełnić swoje regularne dostawy chińskiej czarnorynkowej broni. Ostatecznie ktoś musiał wesprzeć Dawidów z całego świata w buncie przeciwko Goliatom-dręczycielom.

– Zaoferowano mi ten sam produkt za trzy miliony. Masz niekonkurencyjne ceny.

– Rapier nie świadczy kompleksowej usługi obejmującej szkolenia. Chcesz, żeby twoi ludzie byli przygotowani do boju, czy zostawisz ich samym sobie, żeby się powystrzelali?

Kolumbijczyk wybałuszył oczy.

Ares doszedł do wniosku, że nawiązanie bliższej znajomości z siostrzeńcem było trafnym posunięciem. Poufne informacje na temat jego konkurentów, które wyciągnął z młodego człowieka, właśnie opłaciły się z nawiązką.

– S-s-skąd… ? – wymamrotał Carlos.

– Powinieneś pracować z kimś, kto rozumie twoje długoterminowe cele. Zbiry Rapiera nie pomogą ci poszerzyć terytorium. – Zazwyczaj w rozmowach z Carlosem przez kilka rund pozorował walkę, pozwalając starszemu mężczyźnie poczuć, że oddał kilka mocnych ciosów. Ogarniętego zwodniczym uczuciem triumfu łatwiej było wywieść w pole. Dzisiaj miał ważniejsze sprawy na głowie. – To jak, umowa stoi?

– Jesteś niemożliwy. – Carlos zapalił papierosa i dmuchnął Aresowi dymem prosto w twarz.

Handlarz nawet się nie wzdrygnął.

– Wręcz przeciwnie: czynię rzeczy możliwymi. A teraz dawaj pieniądze.

– Potrzebuję czasu, żeby zdobyć dodatkowy milion.

– Broń trafi do klienta, który zapłaci jako pierwszy. – Ares wstał.

– Nieustępliwy z ciebie gość.

No proszę, taki komentarz z ust człowieka, który zabił własną córkę za kilogram kokainy.

– To tylko interesy, przyjacielu. – Ares wsunął pozytywkę z powrotem do kieszeni i zamaszystym krokiem ruszył do wyjścia. Był pewny, że Kolumbijczyk miał ukryte miliony. Narkotykowa burżuazja nie ufała bankom.

Był tuż przy drzwiach, kiedy Carlos powiedział:

– Zaczekaj. Jorge zaprowadzi cię do pieniędzy. Oczekuję, że broń zostanie dostarczona w przeciągu dwudziestu czterech godzin.

Ares się odwrócił.

– Będziesz miał wszystko, o co prosiłeś, w ciągu dwunastu.

Chłopak z ociąganiem wstał i wyszedł za nim z pomieszczenia, po czym poprowadził Aresa do budynku, w którym pod strażą trzymano pieniądze.

– Jorge, już czas. Godzinę po tym, jak stąd odlecę, przyjadą moi ludzie z bronią. Zrobisz, co do ciebie należy?

Szare oczy młodego mężczyzny zalśniły.

– Jestem gotów. – Jorge był gorliwy i inteligentny. Bez wątpienia będzie kierować FARC przez wiele kolejnych lat. Koniec spotkań z upierdliwym Carlosem. Na tę myśl Ares niemal się uśmiechnął.

Jorge załadował do helikoptera kilka dużych czarnych worków marynarskich. Ares nie przeliczył pieniędzy. Młody człowiek nie oszukałby swojego sprzymierzeńca – jeszcze nie. Co nie znaczyło, że w przyszłości nie trzeba go będzie mieć na oku. Ostatecznie Jorge miał lada moment zdradzić swojego wuja. Czy na tym świecie nie ma żadnej świętości? Nastały takie czasy, że nawet własnej rodzinie nie można ufać.

Ares uścisnął dłoń młodego człowieka i wskoczył na pokład black hawka. Śmigła helikoptera zawirowały.

Rozdział 4

Santorini, Grecja

25 grudnia

6.00

W czasie, gdy większość mieszkańców wyspy obchodziła święta, Thea szykowała się do przyjęcia z okazji urodzin ojca. W tym dniu spotykali się tradycyjnie w pełnym gronie – ojciec, córka, syn oraz ich ukochany pies rasy Rhodesian ridgeback, Aegis Drugi – choćby nie wiem jak bardzo byli zajęci. Każdego roku Christos, Thea i Nikos przylatywali do Aten, wsiadali na pokład „Afrodyty”, jachtu Christosa, i przepływali sto mil morskich na Santorini, na pamiątkę skromnych początków patriarchy rodu, który urodził się na wyspie jako syn rybaka. I każdego roku w miarę powiększania się rodzinnej fortuny świętowano z coraz większym rozmachem.

Z salonu dobiegał donośny głos ojca:

– Nie obchodzi mnie, czy będziesz musiał własnoręcznie przekopać się przez smołę: masz zdobyć tę ropę. Przestań się martwić Kanadyjczykami. Jestem pewien, że kiedy ropa zacznie płynąć, grzecznie ci podziękują.

Gdy był w trybie biznesowym, nie przyjmował żadnych wymówek. Potrafił być niezmiernie wymagający.

Aegis szturchnął Theę pyskiem. Pies potrzebował regularnych, intensywnych ćwiczeń, a ona zawsze z ochotą mu ulegała.

– Wkrótce wyjdziemy. – Pogłaskała pasmo płowej sierści biegnące w przeciwnym kierunku do reszty. – Chodź, przywitamy się najpierw z baronem naftowym. – Weszła do salonu w chwili, gdy ojciec skończył rozmawiać.

– Hronia polla, Papo. Widzę, że nadal tkwisz w epoce kamienia łupanego. – Lubiła naśmiewać się z jego niesłabnącego przywiązania do swojego telefonu.

– Jeśli był dostatecznie dobry dla Baracka Obamy…

Trafna uwaga. Wielu znaczących ludzi używało przestarzałych komórek ze względów bezpieczeństwa. Niemniej nawet światowi przywódcy będą zmuszeni znaleźć inny sposób zaspokojenia obsesji na punkcie bezpieczeństwa komunikacji mobilnej i klawiatur klawiszowych: BlackBerry Limited definitywnie zaprzestało produkcji telefonów.

– Na wieczorne obchody przylatuje trzystu prominentów. – Wieloosobowa ekipa prowadziła już przygotowania do przyjęcia, które miało się odbyć w ulubionej restauracji ojca na szczycie słynnych santorińskich klifów. – I to niespełna tydzień przed negocjacjami w Kanzi. Gazety okrzyknęły to największym odkryciem złóż ropy od czasów pola naftowego Ghawar Field w Arabii Saudyjskiej. – Znalezisko w afrykańskim kraju graniczącym z Zimbabwe i Zambią mogło odmienić polityczne oblicze przemysłu naftowego. Przeszła na drugą stronę kabiny i cmoknęła Christosa w czubek siwiejącej głowy.

– Atheno Constanopolous Paris, te szorty są nieprzyzwoite. Będziesz na językach całej Firy. – Jego ciemne, poważne oczy wyrażały dezaprobatę.

– Ale właśnie idę biegać po schodach. – Obciągnęła nieco spodenki Nike, po czym znów je podciągnęła. Łatwiej było spacyfikować nigeryjskich rebeliantów niż Papę.

Twarz ojca rozpromienił szeroki uśmiech.

– Mam cię!

Potrząsnęła głową i odwzajemniła uśmiech. Rzeczywiście dała się nabrać.

– Miałam powiedzieć, że to bezcenna rada z ust mężczyzny, który właśnie dorobił się piątej żony.

– Au. Jesteś nieodrodną córką swojego ojca. Napawa mnie to dumą.

Zaśmiała się.

– Espresso?

– Z cynamonem? – Ojciec podrapał Aegisa za uszami i przesłał jej całusa.

Kawa od dawna miała w rodzinie Parisów status podstawowego produktu spożywczego, ale to Thea zaczęła dodawać cynamon. Podeszła do ekspresu, żeby odprawić swoje czary. Po chwili do małych filiżanek zaczęła kapać parująca ciesz w kolorze toffi, a salon wypełnił się niebiańskim aromatem.

Postawiła espresso na stoliku kawowym i usiadła naprzeciwko ojca, dyskretnie poprawiając pompę insulinową ukrytą poniżej linii biustonosza. Szybki odczyt wskazań aplikacji na telefonie potwierdzał, że poziom cukru w jej krwi pozostawał w normie. Pomiędzy 3.00 a 7.00 rano hormony wzrostu produkowane przez wątrobę podwyższały poziom glukozy, co było typowe przy cukrzycy typu 1. Na razie nie potrzebowała niczego jeść: wystarczy, żeby pokonać schody.

Aegis przysiadł obok niej. Potężne, niemal czterdziestokilogramowe psisko było w ich rodzinie od ośmiu lat i zajmowało miejsce pierwszego psa o tym samym imieniu, który dożył sędziwego wieku dwunastu lat.

– Jak tam twoje ostatnie wyniki A1C? – Ojciec wiele dowiedział się o jej chorobie.

– Bardzo dobrze. Według Dextera przez ostatnie kilka miesięcy nie zaliczyłam żadnej wpadki na froncie cukrowym. – Starała się podchodzić do choroby z humorem; nadała nawet imię Dexter urządzeniu CGM do stałego monitoringu stężenia glukozy marki Dexcom.

– Nigdy nie udałoby mi się utrzymać równej dyscypliny. – Christos zerkał na nią z poważną miną. – A z innej beczki, latria mou, chcę, żebyś śledziła Petera. Czuję, że coś kombinuje.

– Peter Kennedy to jeden z najbardziej utalentowanych CFO, jakich kiedykolwiek zatrudniałeś, nawet jeśli jest przy tym próżny jak paw. Czy przypadkiem kolejny raz nie usiłujesz dorzucić mi się do czynszu? Bez obaw: Hakan nie daje mi się nudzić. – Praca dla Quantum International Security wiązała się z nadgodzinami, niekończącymi się podróżami i ciągłym niebezpieczeństwem. Jej ojciec tego nie pochwalał.

– Z Peterem jest coś nie w porządku. Od kilku tygodni nie patrzy mi w oczy.

– Cóż, Papo, potrafisz onieśmielić zwykłych śmiertelników.

– Ale nie ciebie. Chciałbym cię przekonać, żebyś dołączyła do mnie w Paris Industries. – Na twarzy ojca malowała się nadzieja.

– Dziś jest twój dzień, więc nie odpowiem bezceremonialnie „nie”. Co powiesz na „przemyślę to?”.

– Rozumiem, że praca przy porwaniach jest dla ciebie ważna. Ale czy nie mogłabyś wspierać organizacji charytatywnych pomagających byłym zakładnikom zamiast stale jeździć na niebezpieczne akcje?

– Wolę działanie od zbierania datków. – Uśmiechnęła się słabo. Prawda była taka, że musiała znajdować się w samym środku akcji, mieć realny wpływ na przebieg wydarzeń. Kiedy jej brat Nikos miał dwanaście lat, został uprowadzony zamiast niej. Miała sporo do odpokutowania.

– Zbyt rzadko podkreślam, jak bardzo jestem dumny, że sprowadziłaś do domu tylu zakładników. Ale za każdym razem, gdy podejmujesz się kolejnej misji, nie mogę zaznać spokoju, póki nie mam pewności, że znów jesteś bezpieczna.

– Przykro mi, Papo. Taka praca. – Okropnie czuła się ze świadomością, że przysparzała mu stresu, ale musiała jeździć tam, gdzie dochodziło do uprowadzeń. Państwa takie jak Szwajcaria czy Kanada nie plasowały się pod tym względem szczególnie wysoko.

– Firma się rozrasta. Potrzebuję kogoś, komu mogę ufać: członka rodziny.

W młodości Christos odkładał każdego centa, jakiego zarobił, tyrając na łodzi rybackiej ojca na Santorini. W końcu zatrudnił się na platformie wiertniczej i wyjechał do Stanów. Zmywał podłogi, naprawiał maszyny. Zaczynał na samym dole, ale konsekwentnie piął się po szczeblach kariery, po drodze ucząc się fachu.

Dzięki solidnej etyce zawodowej awansował w zawrotnym tempie i wkrótce objął stanowisko brygadzisty. Wówczas zaproponował swego rodzaju spółkę baronowi naftowemu, któremu zależało, aby interes prowadził ktoś, kto zna się na rzeczy. Ojciec negocjował transakcje, podejmował ogromne ryzyko i odnosił sukcesy. Wszystko, co osiągnął, zawdzięczał sobie. Ostatecznie przejął firmę i przemianował ją na Paris Industries. Teraz stał na czele jednego z trzech największych koncernów naftowych na świecie. Dzięki porozumieniu, które miał zawrzeć w Kanzi, stałby się numerem jeden.

Zawahała się, lecz po chwili postanowiła wypowiedzieć na głos to, co chodziło jej po głowie:

– Zawsze pozostaje Nikos. Robi znakomitą robotę dla naszego Afrykańskiego Sanktuarium dla Dzieci i ma niezbędne doświadczenie biznesowe. Może on mógłby pomóc ci przy negocjacjach w Kanzi? – Jej brat zasłynął jako importowo-eksportowy guru.

Gdy usłyszał imię swojego syna, jego twarz spochmurniała:

– Musimy poważnie porozmawiać na temat Nikosa. Ale pozwól mi najpierw napić się kawy.

Imię jej brata kładło się cieniem na każdej rozmowie z ojcem. Nikos wracał do domu na większość świąt i każdego roku na jej urodziny, ale przez resztę czasu pracował, jeżdżąc po świecie. Tęskniła za nim, ale w każdy piątek przesyłał jej zdjęcie z miejsca, w którym akurat się znajdował, i pozostawali w stałym kontakcie w kwestii kanzyjskiej organizacji dobroczynnej, którą wspólnie prowadzili.

Najbardziej w życiu pragnęła zjednoczonej i szczęśliwej rodziny, jednak sprawienie, aby jej brat i ojciec poczuli się swobodnie, przebywając w jednym pokoju, było niemożliwe. Całe szczęście, że mieli Aegisa. Był spoiwem trzymającym rodzinę razem: cała trójka konkurowała ze sobą o czas z ukochanym zwierzakiem.

– Helena przylatuje dziś po południu? – spytała, zmieniając temat. Ostatnia żona ojca, światowej sławy dekoratorka wnętrz, była najsympatyczniejszą i najbardziej zbliżoną pod względem wieku towarzyszką, jaką miał od lat. Od śmierci jej matki dwadzieścia cztery lata temu, kiedy Thea miała siedem lat, Christos był emocjonalnie zagubiony: dostał obsesji na punkcie pracy, a w wolnych chwilach pocieszał się szkocką, seksem i towarzystwem różnych celebrytek. Martwiła się o niego i pragnęła, żeby znalazł kogoś, kto kochałby jego samego, a nie jego fortunę. Być może właśnie Helena była tym kimś. Była troskliwą, miłą kobietą; Christos poznał ją podczas wycieczki rowerowej we Francji.

Mężczyzna wyrównał krawat.

– Helena za nic nie opuściłaby tak wyjątkowej uroczystości. Musiała tylko zakończyć projekt. Ale dość już o mnie. Kiedy zamierzasz się ustatkować? Gdy zostaniesz matką, nie będziesz chyba ganiać po całym świecie i ratować ludzi?

Przez nawał pracy i częste podróże od ponad roku nie uprawiała seksu, nie wspominając o zbudowaniu trwalszego związku.

Aegis pognał do drzwi i wrócił z butem do biegania Thei w pysku, energicznie merdając ogonem. Wybawiona przez psa. Zaśmiała się. – Zrozumiano – powiedziała do psiska.

Odwróciła się do Christosa:

– Papo, wykorzystałeś już swój przywilej wtykania nosa w nie swoje sprawy z racji tego, że dzisiaj jest twoje święto. – Sięgnęła do stojącej nieopodal komody i wyjęła paczkę w ozdobnym opakowaniu, którą ukryła tam wcześniej. – Skoro już o tym mowa, mam coś dla ciebie.

Jego twarz rozpromieniła się, kiedy ostrożnie rozsuwał krawędzie papieru, odsłaniając humidor. Na wieczku wytłoczone było ich wspólne zdjęcie zrobione, kiedy Thea miała sześć lat. Oboje mieli w ustach cygara – ona niezapalone – i uśmiechy warte milion dolarów na twarzach. Otworzył pudełko.

– Sześćdziesiąt najlepszych cygar z całego świata, po jednym za każdy rok życia. – Pracowała nad tym ponad półtora roku, wyszukując wyjątkowe cygara podczas swoich licznych podróży; były największą słabością Papy.

– To niesamowite. Nie wiem, co powiedzieć. – Oczy mu zwilgotniały, wzrok przepełniała miłość.

– Nie musisz nic mówić. Po prostu bardzo cię kocham. Może kiedy wrócę, zjemy razem śniadanie?

– Ale ani sekundy po dziesiątej, kóre. Nie przywykłem do tak późnych śniadań. No i musimy porozmawiać o Nikosie.

– Tak jest, Kapitanie. – Nieustanne kłótnie pomiędzy ojcem i bratem wykańczały ją. Być może sedno problemu tkwiło w tym, że byli do siebie zbyt podobni.

Ruszyła w kierunku drzwi, a Aegis potruchtał za nią. Kiedyś ojciec biegał z nią, ale z powodu artretyzmu w lewym kolanie był zmuszony przerzucić się na rower i pływanie. Mimo to nadal potrafił skopać jej tyłek na pięćdziesiąt metrów stylem dowolnym.

Napędzana kofeiną planowała pokonać kręte schody wiodące do stolicy wyspy Firy w mniej niż dziesięć minut. Zerknęła na zegarek. Nie, dzisiaj wyrobi się w dziewięć, żeby mieć dodatkowy powód do świętowania przy śniadaniu.

Na zewnątrz powitała ją rześka, słona bryza.

– Dzień dobry, Piers. – Przeskoczyła ponad pawężą jachtu. Były żołnierz Koevoetu z Południowej Afryki, obecnie szef ekipy ochroniarskiej jej ojca, właśnie wychodził na brzeg z motorowej łodzi wyścigowej Donzi zacumowanej obok „Afrodyty”. Na jej widok wyprostował się, a na jego ogorzałej twarzy pojawił się promienny uśmiech.

– Dzień dobry, panno Paris. Zakładzik?

Mogła słuchać tego akcentu cały dzień.

– Podwajam stawkę, że będę miała czas poniżej dziewięciu minut. – Zakładali się o każdą drobnostkę, ale żadne nigdy nie płaciło.

– Przyjmuję.

Zaśmiała się. Gdy na nią patrzył, z jego błękitnych oczu zawsze emanowało ciepło. Może dlatego, że przez nieustanne wojaże Christosa rzadko widywał własną córkę.

Chłodny grudniowy wietrzyk przyprawił ją o gęsią skórkę, ale wiedziała, że wkrótce zrobi się jej ciepło. Pomachała Piersowi i ruszyła ku podnóżu kamiennych schodów prowadzących do rozciągającej się powyżej stolicy Santorini. Aegis dotrzymywał jej kroku. Była wdzięczna losowi, że to nie środek lata, kiedy turyści bez formy wjeżdżali na górę na osiołkach albo tworzyli niekończący się ogon wzdłuż całego nabrzeża w oczekiwaniu na kolejkę linową.

W kącie u dołu schodów kuliła się staruszka owinięta obszarpanym kocem. Najwyraźniej spędziła noc na zewnątrz. Twarz miała pooraną zmarszczkami, skórę ziemistą, ale oczy błyszczące i bystre. Aegis obwąchał jej stopy, po czym obtarł się jej o nogi.

Thea wygrzebała z kieszeni dwadzieścia euro, które trzymała w spodenkach na wszelki wypadek, i wsunęła kobiecie do ręki. – Kala Hristouyienna – uśmiechnęła się, życząc jej wesołych Świąt. Postanowiła, że po powrocie na jacht przyniesie jej trochę jedzenia.

– Efxaristo. – Staruszka zacisnęła pięść wokół banknotu i czmychnęła wzdłuż nabrzeża, jakby bała się, że jej dobrodziejka zażąda zwrotu jałmużny.

Thea rozciągnęła ścięgna podkolanowe, łydki i mięśnie ud, po czym zrobiła kilka przysiadów na rozgrzewkę. Aegis biegał tam i z powrotem. Oddychając głęboko, napawała się olśniewającym widokiem sierpowatej kaldery, szczątków kraterów wulkanicznych pozostałych po erupcjach w czasach starożytnych. Dzisiaj Santorini było spokojne, a błękit nieba stanowił idealne dopełnienie głębokiej szafirowej barwy morskiej toni.

Szlachetne kształty i olśniewająca biel kadłuba z włókna szklanego sprawiały, że „Afrodyta” doskonale komponowała się z niskimi, bielonymi budynkami. Zasalutowała krótko w stronę przyciemnionych okien górnego pokładu jachtu. Dawała głowę, że za jednym z nich stał Papa ze stoperem w ręku, żeby zweryfikować jej czas.

– Prowadź, Aegis. – Ridgeback wystrzelił jak rakieta. Thea przypięła telefon komórkowy z tyłu szortów, wcisnęła guzik na stoperze, przebiegła oczami po szerokich brukowanych schodach, po czym skupiła wzrok w niewielkiej odległości przed stopami. Nierówna powierzchnia groziła potknięciem przy każdym kroku.

Prawie nie czuła smrodu oślich odchodów. Przemknęła obok kilku restauratorów zmiatających werandy w ramach przygotowań do święta. W płucach już czuła ogień, łydki ją paliły. Biegła pod górę pełną parą, umiejętnie pokonując ostre zakręty. Jej nogi ruszały się rytmicznie niczym metronom, serce łomotało w tempie wiertarki udarowej.

W połowie trasy rzuciła okiem na stoper.

4:38

Muszę podkręcić tempo.

Powietrze się rozrzedziło. Jej stopy muskały bruk, odbijając się od kamieni, ledwo zetknęły się z podłożem. Długie, ciemne włosy przylgnęły do karku. Jej ciało błagało, żeby zwolniła, ale Aegis mobilizował ją, aby nie dawała za wygraną. Jak zawsze prześcigał ją o kilka kroków. Cholera, ten pies miał naprawdę świetną formę.

6:12

Komórka zawibrowała jej o kręgosłup. Ktokolwiek dzwonił, mógł poczekać trzy minuty.

Ostatni odcinek jest najbardziej zdradliwy ze względu na powycierane, śliskie kamienie. Parła naprzód. Była bardzo skoncentrowana, ale pomyślała o Rifie. Miał być na wieczornej imprezie. Czy to on dzwonił?

Nie była w nastroju na spotkanie z Rifatem Askerem, ale jakoś to przeboleje. Najwyraźniej wyciągnął nowe informacje od ich afrykańskich kontaktów na temat chińskiej broni krążącej po kontynencie. To mogło być interesujące; z chęcią usłyszałaby informacje z pierwszej ręki.

Te myśli ją rozproszyły i wypadła z rytmu. Prawą stopą wylądowała ciężko na niewłaściwym stopniu i przez kilka niekończących się mikrosekund machała nogami w powietrzu, ale zdołała się uratować przed upadkiem. Jej nogi pracowały jak tłoki. Pokonała sprintem ostatnią partię schodów, przekierowując koncentrację i oddychanie. Poczuła ukłucie kolki w boku.

8:26

Jej komórka znów zawibrowała. Nie myśl o telefonie. Nie myśl o Rifie. Nie myśl o niczym. Ramiona służyły jej za przeciwwagę, popychając ją do przodu i w górę. Pięć kroków… trzy… jeden. Dotarła na szczyt i zatrzymała stoper.

8:57

Jej życiowy rekord.

Oparła się o białą kamienną ścianą przy schodach, z trudem łapiąc powietrze. Krew pulsowała jak oszalała. Pogłaskała Aegisa, który już był gotów do dalszego wyścigu. Pozazdrościć. Mimo wyczerpania wypełniała ją bolesna euforia. Papa byłby pod wrażeniem. Pewnie czekał na pokładzie, wypatrując jej na szczycie.

Wyprostowała się i spojrzała w dół na lagunę. Smukła sylwetka jachtu przecinała wodę, kierując się w stronę otwartego morza. Co, u licha?

Ojciec nie planował nigdzie płynąć, a poza tym nigdy by jej tak nie zostawił. Chwyciła telefon. Miała dwa nieodebrane połączenia z prywatnego numeru. Dzwoniący nie pozostawił wiadomości. Wcisnęła przycisk połączenia zwrotnego, ale nikt nie odbierał. – No dalej. – Niepewnym krokiem schodziła po schodach z Aegisem u boku, stale wybierając nieznany numer. Bez skutku. Nadal pulsowało jej w uszach, ale już mniej z wysiłku, a bardziej z niepokoju.

Pokonanie drogi w dół klifu trwało całą wieczność. Kolana pękały jej od zbiegania po bezlitośnie twardym bruku. Próbowała dodzwonić się na komórkę Papy, ale natychmiast włączała się poczta głosowa. Niebywałe. Ojciec miał BlackBerry’ego przyrośniętego do biodra – nigdy nie zignorowałby telefonu, zwłaszcza od niej. Pies biegł z przodu, jakby wyczuwał jej zdenerwowanie.

Kolka w boku się nasiliła. Jacht zniknął na horyzoncie, rozmywając się w mglistych chmurach. Wcisnęła jedynkę, łącząc się z numerem szybkiego wybierania. Hakan Asker odebrał po pierwszym sygnale.

– Pozwól, że zgadnę: Christos potrzebuje więcej cygar na wieczorne przyjęcie – zaśmiał się. – Mój śmigłowiec startuje za dziesięć minut z Aten. Nie mam czasu na zakupy, ale przekaż swojemu ojcu, że pomogę mu wypalić te, które ma.

– Mam diabelnie zły dzień – powiedziała Thea. Ich hasło oznaczające sytuację kryzysową. Musiała zachować ostrożność, bo nie było to zaszyfrowane połączenie satelitarne. Oddychając chrapliwie, pędem pokonała ostatnią partię schodów.

– Jak mogę pomóc? – Z jego głosu natychmiast zniknęła wesołość.

– Jubilata dopadła trema: przemieszcza się na zachód na wodzie, tracę kontakt wzrokowy.

– Z kumplami na pokładzie?

– Nie przypuszczam, żeby pozwolili mu zwiać samemu.

Dotarła do podnóża schodów i pobiegła sprintem wzdłuż nabrzeża do miejsca, gdzie cumował jacht. Stanęła jak wryta, niemal tracąc równowagę. Piers leżał na plecach z dwoma dziurami w piersi, wpatrując się w pustkę martwymi oczami. Argis podbiegł do ochroniarza i zaczął lizać go po twarzy. – Piers jest… niedysponowany – powiedziała do Hakana. Bezskutecznie próbowała przełknąć gulę rosnącą jej w gardle. Odkąd pamiętała, ten facet był częścią jej życia.

Glock mężczyzny nadal tkwił w kaburze ukrytej pod wiatrówką. Zabrała broń i przeskanowała okolicę. Nikogo nie było. Strzelec najwyraźniej go zaskoczył – co nie było łatwym zadaniem. Choć Piers zawsze traktował ją ciepło i życzliwie, miał instynkty zabójcy. Ponadto grupa ochronna ojca, której członkowie zostali osobiście wyselekcjonowani przez Hakana Askera, przeczesała doki poprzedniego wieczoru, kiedy przybyli na miejsce.

– Jeszcze jacyś koledzy w pobliżu?

Ponownie się rozejrzała. Staruszka dawno zniknęła. W porcie zacumowane były trzy puste łodzie. Na zazwyczaj ruchliwym nabrzeżu zalegała upiorna cisza; zamarł wszelki ruch z wyjątkiem podmuchów złowrogiego wiatru. Wszyscy byli zapewne w domach, świętując Boże Narodzenie w rodzinnym gronie. Jej wzrok padł na ojca.

– Nie, ale będziemy z Aegisem płynąć za jubilatem do twojego przybycia. Upewnimy się, żeby nie zaczął świętować przed wieczorną balangą.

– Lepiej zabierzcie ze sobą Piersa mimo jego… niedyspozycji. Nie chcemy niepokoić gości – poradził.

– Tak zrobimy. Będę cię informować na bieżąco.

– Nie rozkręcaj imprezy beze mnie.

– Muszę lecieć.

Rozłączyła się i schowała telefon. Ręce jej drżały. Z trudem opanowała dygotanie i zmusiła się do koncentracji.

Hakan zmobilizuje ludzi i utrzymają całe zajście w tajemnicy. Ojciec by tego chciał. Znał Maximilliana Herosa, głównego inspektora greckiej policji, ponieważ zasiadali razem w kilku radach konsultacyjnych i poruszali się w tych samych kręgach. W razie potrzeby Heros pomoże przebrnąć przez formalności.

Na pokładzie trawlera rybackiego leżał zwój niebieskiego brezentu. Thea ściągnęła plastikową płachtę na nabrzeże. Uklęknąwszy przy Piersie, uścisnęła jego pokrytą odciskami dłoń.

– Będę za tobą tęsknić, przyjacielu. – Gdyby tylko mogła cofnąć ostatnich dwadzieścia minut i przywrócić mu życie…

Przeturlała ciało Piersa na plandekę, delikatnie podtrzymując kończyny, a następnie ostrożnie spuściła je do motorówki. Następnie umieściła martwego ochroniarza na tylnej ławce, po czym za pomocą czerpaka zmyła krew z nabrzeża.

W oddali rozbrzmiały głosy. Pewnie rybacy wypływali w morze, żeby złowić świąteczny obiad. Aegis wskoczył do łódki obok niej i zaczął obwąchiwać ciało Piersa. Pomacała ręką pod deską rozdzielczą w nadziei, że ochroniarz wetknął kluczyki do ich standardowej skrytki. Po chwili natrafiła palcami na brelok w formie spławika.

Uruchomiła silnik, odwiązała liny i ruszyła na zachód. Aktywowała lokalizator GPS na telefonie w celu ustalenia pozycji „Afrodyty” – jacht miał zamontowany chip, dzięki któremu ojciec mógł śledzić jego położenie, kiedy na nim nie przebywał. Ten jeden raz była wdzięczna losowi za jego obsesję na punkcie kontroli.

Zwiększyła obroty silnika do maksimum. Hakan dotrze na miejsce za niespełna godzinę. Leci z Aten śmigłowcem Aérospatiale SA 360 rozwijającym prędkość do 270 kilometrów na godzinę.

Przez pęd powietrza zaczęły łzawić jej oczy. Zadrżała; przepocony T-shirt dodatkowo ją wychładzał. Mimo to nie miała serca ściągnąć Piersowi wiatrówki.

Gdy pruła przez zimowe morze, w głowie kołatała jej tylko jedna myśl. Czy ojciec wciąż żyje?