Cena szczęścia - Steven Erikson - ebook
Opis

Zdumiewająca opowieść o pozaziemskiej interwencji

Najnowsza powieść jednego z najbardziej poczytnych pisarzy fantastyki

Ruchliwa ulica w kanadyjskim mieście. W promieniu światła, najwyraźniej wystrzelonego przez UFO, znika Samantha August, autorka książek science fiction. Podczas gdy nagrane telefonami filmy, ukazujące moment porwania, rozchodzą się w Internecie, Samantha budzi się w małym pomieszczeniu. Tam wita ją głos Adama, który wyjaśnia, że znajdują się na orbicie, a on sam jest obdarzonym sztuczną inteligencją rzecznikiem Delegacji Interwencyjnej, triumwiratu obcych cywilizacji. Celem Delegacji jest ochrona i ewolucja ziemskich ekosystemów…

Tak oto rozpoczyna się zdumiewająca, prowokacyjna, świetnie napisana i niepokojąco wizjonerska historia pierwszego kontaktu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 519

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Steven Erikson Cena szczęścia Tytuł oryginału Rejoice. A Knife to the Heart. A Novel of First Contact ISBN Copyright © Steven Erikson, 2018 The moral right of Steven Erikson to be identified as the author of this work has been asserted in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act of 1988. First published in Great Britain in 2018 by Gollancz, an imprint of the Orion Publishing Group Ltd, Carmelite House, 50 Victoria Embankment, London EC4Y 0DZ All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Redakcja Marta Stołowska Projekt okładki i stron tytułowych Grzegorz Kalisiak Opracowanie graficzne i techniczne Dymitr Miłowanow Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Markowi Karasickowi za to, że wsiadł ze mną do tego rydwanu

Bohaterowie powieści

Postaci fikcyjne

Samantha (Sam) August — pisarka SF

Hamish Drake — jej mąż

Ronald Carpenter — pisarz SF

Raine Kent — prezydent Stanów Zjednoczonych

D(iane) K(imberly) Prentice — wiceprezydent

Ben Mellyk — doradca naukowy prezydenta

Daniel Prester — doradca do spraw bezpieczeństwa, DHS

Kenneth J. Esterholm — dyrektor CIA

Adeleh Bagneri — sekretarz generalna ONZ

Adam Riesling — kosmonauta

Konstantin Milnikow — prezydent Federacji Rosyjskiej

Anatolij Petrow — emerytowany kosmonauta

Xin Pang — przywódca Chińskiej Republiki Ludowej

Liu Zhou — kierownik chińskiego programu badań kosmicznych

Hong Li — kosmonauta, uczestnik wyprawy na Księżyc

Shen — dowódca wyprawy na Księżyc

Lisabet Carboneau — premier Kanady

Alison Pinborough — doradca naukowy premiera

Mary Sparrow — minister do spraw parków i rekreacji

Will Camden — minister do spraw zasobów naturalnych

Marc Renard — kosmonauta

Joey Sink — bloger i tropiciel teorii spiskowych (Kitchen Sink News)

Annie Mouse — osoba udzielająca poufnych informacji, JPL

King Con — (pseudonim), tropiciel teorii spiskowych

Joakim Malleat — kardynał w Watykanie, Urząd Komunikacji Społecznej

Ira Levy — rabin mieszkający w Nowym Jorku

Richard Fallow — telewizyjny ewangelizator

Abdul Irani — imam

Simon Gist — rzutki przemysłowiec, Kepler Industries

Jack Butler — kierownik działu technicznego, Kepler Industries

Mary Lamp — specjalistka od public relations, Kepler Industries

Douglas Murdo — magnat medialny

Chrystal Murdo — jego żona

Maxwell Murdo — jego syn

James Adonis — miliarder

Jonathan Adonis — miliarder

Lois Stanton — osobista sekretarka braci Adonisów

Kolo — dowódca szwadronu śmierci w Republice Konga

Neela — jego niewolnica

Ruth Moyen — żołnierka, Siły Obronne Izraela

Casper Brunt — handlarz bronią

Anthony „Tony” — mieszkaniec Los Angeles

Adam — sztuczna inteligencja, rzecznik Delegacji Interwencyjnej

Postaci prawdziwe

Robert J. Sawyer (z własnymi słowami)

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

W przestrzeni kosmicznej zawrzało. Wśród planetoid rozrzuconych na obszarze pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza pojawiły się znienacka niewielkie obiekty — niczym chmara komarów nad zarośniętym stawem. Były małe, nie większe niż przeciętny samochód terenowy, lecz roje maszyn szybko się rozrastały. Niebawem można byłoby ich naliczyć setki, a samych obiektów — dziesiątki tysięcy.

Chmury maszyn praktycznie nieoświetlonych, jeśli nie liczyć mdłych refleksów odległego Słońca, z oszałamiającą prędkością rozbiegły się z punktu wyjścia i rozproszyły między planetoidami. Były też takie, które kierowały się na zewnątrz, szybko opuszczając dość zatłoczony wycinek przestrzeni w gruzowisku pasa planetoid. Inne pędziły w stronę Marsa.

Mijały godziny i dni. Maszyny pozostające w skupisku planetoid wczepiały się w wybrane skalne bryły — te bogate w rudy metalu i te przypominające komety swoimi zasobami zamarzniętej wody, metanu, amoniaku tudzież węglową powłoką kosmicznego pyłu. Każdą obsiadły tylko z jednej strony. Wypuściwszy odnóża, połączyły się ze sobą i ustabilizowały. Kilka rojów skierowało się ku największej w tym rejonie planetoidzie. One też połączyły się w całość, z której zaraz wylęgły się mniejsze maszyny i zaczęły gryźć skałę.

Poza obszarem kosmicznego gruzu nagromadzonego w ciągu przeszło czterech miliardów lat — kiedy jedne planety powstawały, a inne ginęły, gdy wyodrębniały się martwe księżyce i dochodziło do niezliczonych zderzeń i upadków — samotne roje przecinały mrok w pogoni za kometami.

Po przeciwnej stronie pola planetoid roje wędrujące w kierunku Marsa skoncentrowały się na Deimosie, mniejszym z dwóch księżyców tej planety. I tutaj, na pokrytej pyłem i kraterami powierzchni niekształtnego księżyca, lądujące maszyny obsiadły jedną stronę, a potem się połączyły.

Żadne urządzenie — ani na Ziemi, ani na jej orbicie — niczego nie zaobserwowało. Nastąpiło to później, kiedy maszyny zaczęły spychać ciała niebieskie z ich orbit. Gdy planetoidy i komety zboczyły z dotychczasowych torów i ze znaczną prędkością wyruszyły w stronę centrum Układu Słonecznego. I gdy Deimos powoli zmieniał orbitę, by nieuchronnie zderzyć się z Fobosem.

W tym czasie jednak na Ziemi mało kto się tym interesował.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Etap pierwszy

Liczenie do pięćdziesięciu. (Inicjacja)

Rozdział 1

Victoria, Kolumbia Brytyjska, Kanada

19 maja, 14:19

Przed barem przy Cook Street stało trzech palaczy. Do pobliskiego komisu zbliżała się kobieta z pudłem wypełnionym używaną odzieżą. Po drugiej stronie ulicy trzech malarzy pokojowych wyszło właśnie po schodkach ze sklepu żelaznego, gdzie zaopatrzyli się we wszystko, czego potrzeba do naprawy ścianki działowej. Do sklepu spożywczego u wylotu Pandora Avenue kierował swoje kroki samotny mężczyzna.

Na ulicy było pełno aut, mimo że jej środkiem biegł pas ułatwiający skręcanie. Samochody jadące na południe poruszały się w żółwim tempie; niektóre z nich dojeżdżały do kolejki czekającej na zmianę świateł na skrzyżowaniu z Pandora Avenue. Z alei skręciła na północ furgonetka firmy kurierskiej.

Ogółem jedenaście kamer uchwyciło to zdarzenie w postaci zdjęć i materiału filmowego. Naoczni świadkowie, przepytywani później przez policję i reporterów, przedstawiali zaskakująco zbieżne relacje. W chwili, gdy ruszało oficjalne śledztwo, informacje rozchodziły się już lotem błyskawicy.

Pewna kobieta w średnim wieku szła chodnikiem po tej stronie Cook Street, gdzie znajdowały się bar i komis. Eleganckie ubranie, pewny krok, ręce w kieszeniach ciemnoszarego płaszcza do pół uda, ognistorude włosy na tyle długie, że szarpał je wiatr wiejący z południa — ale nie aż tak długie, by miał je wysoko unosić. Twarz, zgodnie z opisem osób będących najbliżej, osobliwie łatwa do zapamiętania: płaskie, choć wyraźnie zarysowane policzki, szeroka szczęka i cera, która nie doświadczyła wiele słońca.

Niebo było częściowo zaciągnięte chmurami napływającymi z zachodu, znad gór Sooke, toteż początkowo mało kto zwracał uwagę na cień, który ogarnął ulicę.

Jeden z palaczy, niejaki John Allaire, inwalida przykuty do swojego wózka, akurat siedział w najlepszej pozycji, żeby przejść do historii jako ten, który pierwszy ujrzał rozstępujące się chmury i lekko zaokrąglone kształty tajemniczego olbrzymiego obiektu.

— Od spodu jak talerz — powtarzał. — Taki z porcelany.

Był to przełomowy moment w jego życiu. Od pewnego już czasu kiepsko mu się wiodło. Papierosy dały się we znaki nogom poniżej kolan, alkohol rozwalał wątrobę. W wieku sześćdziesięciu trzech lat utrzymywał się tylko z zasiłków. Nigdy nie wygrał na loterii.

— Od spodu jak talerz, taki z porcelany. Zaczął błyszczeć na środku. Dokładnie na środku. Błyszczał tak, że hej! Musiałem przysłonić oczy, ale i tak widziałem, jak z góry pada snop światła. I trafia dokładnie w tę kobietę, która była nie dalej niż sześć kroków ode mnie. Niczego się nie spodziewała.

Margot Revette potwierdzała jego relację.

— Po prostu szła przed siebie. A potem światło ją połknęło, a gdy zgasło, jej też już nie było. Właśnie niosłam, wiecie, trochę ciuchów na sprzedaż. No i swoje stare szpilki. Sama nie wierzę, że je kupiłam. Nie zaprojektowano ich na ludzką stopę. Gdzie ja miałam rozum! Ale od czego są komisy, nie? Zawsze warto spróbować, ludzie wszystko kupią.

— Trafiło ją to światło — mówił Rick Shultz. — Dopiero co wyszedłem ze sklepu, a ze mną Jack i Naadi. Tachamy do auta całą górę badziewia i nagle to jebane UFO, a z niego sru, światło! I nie ma kobiety. Statek zabrał się i zniknął.

— Spierdolił, a jak! — dodał Jack. — Baba wyparowała.

— Zabrał się i zniknął — powtórzył Rick. — Nawet nie odleciał, popapraniec jeden.

Kim była? Nikt tego nie wiedział. Należało poczekać na doniesienia o czyimś zaginięciu. Mogło to potrwać dwa, trzy dni, ale też znacznie dłużej, jeśli mieszkała sama.

Ani na zdjęciach, ani na filmach nie utrwaliła się wyraźnie jej twarz. Pech, choć w sumie nie było się czemu dziwić. Każdy filmował UFO.

*

Doktor Hamish Drake harował za dwóch. Ci, którzy go znali, nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. Zwłaszcza żona. Od pięciu lat Hamish był jednym z zaledwie trzech lekarzy ogólnych w szpitalu Greater Victoria, przyjmujących nowych pacjentów. Można było mówić o kryzysie.

Tego popołudnia, mając chwilę oddechu między pacjentami, próbował właśnie dobrać się do stosu kart z dołączonymi wynikami badań, kiedy do gabinetu weszła Nurjehan Aziz z recepcji. Zaskoczony tym, że nie zapukała, spojrzał na nią znad okularów do czytania. Na jej powleczonej bladością twarzy malował się znajomy wyraz, pojawiający się zwykle wtedy, gdy z laboratorium przychodziły alarmujące wyniki któregoś z jego wieloletnich pacjentów.

Śmierć zawsze czaiła się za progiem, o czym Hamish i Nurjehan wiedzieli aż za dobrze. Na wieść o jej nadejściu ludziom odpływała krew z twarzy. Kiedy lekarz dostrzegł cień na obliczu Nurjehan, do jego serca wkradł się niepokój, choć umysł pozostał chłodny i wyważony, gdy zastanawiał się, komu mogło się gwałtownie pogorszyć. Komuś, kto przyszedł do niego w ciągu tego tygodnia. Komuś, kto miał zrobić badania. Komuś…

— No to się porobiło — powiedziała.

Zmarszczył czoło. Nie wiedział, o co chodzi. Dygotała. Nie pamiętał, by kiedykolwiek była tak roztrzęsiona. Zdjął okulary i położył je na biurku.

— Zamknij drzwi — polecił. — Możesz mówić.

Wypowiedziane spokojnym, kojącym tonem słowa doktora nie dodały jej otuchy. Tylko się skrzywiła.

— Grzebałam w Internecie, przepraszam…

— O nie, znowu? Słuchaj, jeśli się nie okaże, że wybuchła wojna atomowa, to będę bardzo…

— Pojawiło się UFO. Tutaj, w Victorii. Ludzie publikują nagrania na Facebooku i YouTubie. Sprawdzałam na CHEK-u1. Policja zamieściła zdjęcie nieznajomej kobiety, która… zniknęła. Gdy padło na nią światło z góry.

— UFO?

Nurjehan podsunęła mu telefon komórkowy z wyświetlonym zdjęciem.

Za blisko. Zobaczył jedynie rozmytą postać, prawdopodobnie na ulicy. Sięgnął po okulary, założył je i ponownie pochylił się nad telefonem.

— To Sam.

Miał wrażenie, że słowa Nurjehan dochodzą do niego z oddali:

— Był snop światła. Z UFO. Ludzie wszystko nagrali.

— To jakiś absurd. — Hamish wyciągnął rękę po własny telefon. Prędko wstukał numer do żony. Niewiele wskórał. Brak połączenia. — To jeszcze nic nie znaczy — mruknął, próbując ponownie. — Ciągle siedzi w necie i rzadko odbiera. Czasem nawet zapomni włączyć to dziadostwo. — Skutek znów był ten sam. Schował telefon do kieszeni i wstał. — Dobra, zobaczę ten film. Ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

*

Wszystko to się stało w odległości trzech przecznic od komisariatu policji. John Scholes odłożył słuchawkę telefonu. Ignorując mrugające diody linii otwartych i oczekujących, wstał od biurka i podszedł do okna.

Auta przejeżdżały jedno za drugim i wydawało się, że hałas jest inny niż dotąd — choć prawdopodobnie tylko to sobie wyobrażał. Spojrzał w górę. Niewinnie wyglądające postrzępione obłoki przesuwały się szybko, o wiele wyżej zaś delikatna mgiełka bieliła fragment błękitu. Przez chwilę patrzył na hydroplan, który przechylał się i skręcał w kierunku lądowiska w porcie.

— Grubsza sprawa, co? — odezwał się za nim czyjś głos.

— Cześć, Dave — odparł na powitanie, nie odwracając się. — No, fakt. Zidentyfikowaliśmy tę kobietę. Właśnie dzwonił jej mąż.

— Jesteś pewny?

— No. Aż się dziwię, że nie rozpoznałem jej od razu. Owszem, zdjęcie było niewyraźne, ale te rude włosy…

Jego partner ze zmiany stanął przy nim.

— Tak czy siak, to musi być jakaś ściema.

John pokiwał głową.

— Może i tak, biorąc pod uwagę okoliczności.

— Niby jakie?

— Ta kobieta, Samantha August. Pisze książki science fiction. Kojarzysz Otchłanie? Zostały sfilmowane. Ale to nie koniec. Jest vlogerką, politykiem, walczy o równość społeczną.

Dave prychnął.

— UFO zamienia w pył pisarkę science fiction? Stary, kto wymyśla takie głupoty?

John spojrzał na kolegę z kwaśną miną.

— Powtórzę ci to, co powiedziałem jej mężowi. Mamy do czynienia z osobą zaginioną, a nie zamordowaną. Nie ma dowodów, że została spopielona…

— Czy ty się w ogóle słyszysz? Dowodów? Skąd ci wezmę dowody? Przecież o to chodzi w spopieleniu. — Machnął ręką w stronę ulicy widocznej za oknem. — Dmuchnie wiatr, jedna chwila i nic nie ma.

— Nikt nie widział, żeby się spaliła czy coś w tym rodzaju. Po prostu zniknęła. Światło ją połknęło, a gdy zgasło, jej też już nie było. Stary — dodał — chyba tysiąc razy oglądałem ten filmik, do cholery.

— Były jeszcze jakieś obserwacje? — zapytał Dave.

— Obserwacje, porwania, sondy analne… Wszystko wyłazi z szuflady.

— Tylko nikt nic nie nagrał.

John pokręcił głową i nagle wzruszył ramionami, chcąc się poprawić:

— W sieci znajdziesz tego całą masę.

— Nieostre i ziarniste badziewie w epoce HD. Nędznie podrasowane w Photoshopie. — Po chwili milczenia Dave dodał: — Prędzej czy później kłamstwo wyjdzie na jaw.

John wzruszył ramionami. W gruncie rzeczy nie chciało mu się nad tym zastanawiać. Ostatnio codziennie miał urwanie głowy, a coraz mroczniejsze myśli każdą noc zamieniały w koszmar. Kiedyś słyszał, jak stary weteran nazywa to „drogą” — i teraz on się na niej znalazł. Droga… oddalająca go od wiary w ludzi, po których spodziewał się tylko najgorszego. Narastało w nim rozżalenie, tak jak gromadzi się góra brudnych ubrań rzuconych w kąt. Na razie jeszcze dawał sobie ze wszystkim radę. Na końcu drogi przestanie się przejmować.

Być może istniały inne rozwiązania. Wiedział, że będzie ich szukać, dopóki… No cóż, dopóki wystarczy mu sił.

— Jak chcesz, pomogę ci z telefonami.

— Wielkie dzięki, Dave.

— Dała ci w kość ta sprawa, co?

Rzeczywiście. Musiał w coś uwierzyć i wymagało to wielkiego wysiłku, a on czuł się bezsilny. Bez wiary jednak nic by mu nie zostało. Odwrócił się do partnera.

— Jej mąż jest załamany.

Ale Dave rozmawiał już przez telefon, wysłuchując kolejnych histerycznych doniesień.

*

Była w domu bez względu na to, do którego pomieszczenia wszedł Hamish, jakby śledził jej kroki. Ona natomiast zawsze mu się wymykała, znikała za zakrętem lub zamykającymi się drzwiami. Na schodach prowadzących na poddasze czuł smród papierosów, lecz był to stary zapach; ledwie dostrzegalny dym nad wyłożonymi dywanem stopniami tak naprawdę składał się z drobinek kurzu rozświetlonych promieniami słońca, które ukośnie wpadały przez okno w dachu.

Wokół laptopa, którego używała w domu, leżały notatki, przepełniona popielniczka i stara filiżanka do kawy. Pokrywa komputera była zamknięta, niebieska dioda zasilania mrugała powoli. Żona Hamisha przeobraziła się w ducha i ta przemiana dotknęła chyba także jego, bo błąkał się po domu niczym uwięziona zjawa. Sam dom zresztą stał się więzieniem wspomnień, które już teraz stawały się odległe i pozbawione życia.

Trzydzieści trzy lata małżeństwa, dwadzieścia dziewięć lat w swoim zawodzie. Bezdzietna. Nie należała do kobiet gotowych zrezygnować z dotychczasowych zwyczajów i przyjemności. Poza tym dzieciom należałoby poświęcić czas, energię i młodość; były celą więzienną, do której wchodziło się dobrowolnie z wyrokiem dożywocia. Powtarzała to zawsze wyzywającym tonem i z błyskiem w oku, jakby zaraz miała wybuchnąć donośnym śmiechem, być może zabarwionym goryczą. Mimo doświadczenia i wyczulonych zmysłów Hamish jakoś nie umiał jej do końca rozgryźć. Gdy wchodziła na kruchy lód, lubiła na nim tańczyć. Był to znak rozpoznawczy niezbędny w życiu zawodowym Samanthy. Jej videoblog Tu i teraz przez jednych był uwielbiany, przez drugich znienawidzony — w zależności od opcji politycznej. Niczego się nie bała, a wiele osób odczuwało niechęć do nieulękłych kobiet.

Akurat brzęczał domowy telefon; staromodny dźwięk, natarczywy i dziwnie zimny, za każdym razem podrywał go na nogi. Być może dzwonił jej agent — z pewnością zasługiwał, żeby z nim porozmawiać — lecz Hamish poczekał, aż wiadomość zapisze się na sekretarce.

Zagorzali fani szturmowali jej profil na Facebooku i zostawiali na Twitterze potok pytań bez odpowiedzi i prośby o nowe informacje — od kogokolwiek. Vlog Tu i teraz musiał przeżywać oblężenie. Pomijając bowiem lakoniczne oficjalne oświadczenie policji i nagrane zeznania świadków, nie było prawie żadnych informacji na temat zniknięcia Sam. Zaginęła — lecz słowo to nagle zyskało tysiąc nowych znaczeń.

Był zmierzch, a ponieważ nie paliły się światła, dom pogrążał się w mroku i rozmywały się kontury przedmiotów w salonie, gdzie na koniec Hamish rozsiadł się w skórzanym fotelu. Obejrzał już krótkie filmy ze… zniknięcia żony. Czy może porwania? Lub unicestwienia? Tak mogłaby wyglądać scenka z niejednego filmu science fiction lub serialu telewizyjnego. Ujęcia z trzęsącej się kamery, modne przed laty, przeżywały renesans.

Do tej pory powinna już była zadzwonić. Utrzymywanie kontaktu telefonicznego miało swoje uzasadnienie, skoro mieszkali we dwójkę, przy czym nie było w tym ani krzty zaborczości. Raczej był to wyraz łączącej ich zażyłości: błyśnięcie zrozumiałym tylko dla nich niedopowiedzeniem, ironiczna uwaga czy nawet kilka niebanalnych zdań. Ich prywatny język.

Język, którym być może nikt nigdy już z nim nie porozmawia.

Hamish Drake siedział w salonie tonącym w ciemności, nie mając pojęcia, jaki chaos panuje na stronach internetowych, z jakim szokiem i niedowierzaniem reagują jej liczni przyjaciele po piórze i z jaką werwą religijni fundamentaliści rozprawiają o Bożym gniewie i właściwym miejscu kobiety w świecie. W przestrzeni społecznościowej rozgorzała wojna o kobietę, której nie było już z nimi.

Oczywiście wielu uparcie twierdziło, że wszystko to jest oszustwem, ba, sprytnym chwytem reklamowym. Bo czyż nie pisała książki o UFO?

Kilku czytelników na bieżąco zapoznających się z treścią wiedziało, że autorka znajduje się dopiero w jednej trzeciej thrillera osadzonego w upiornym, zdewastowanym świecie. Tempo pisania siadło, choć stale pojawiały się nowe, drobne fragmenty. Doszli do wniosku (rozmawiając w prywatnym gronie), że jest przemęczona, może nawet znudzona tematem. Trzydzieści wydanych powieści, trzy adaptacje filmowe, dwa seriale telewizyjne (jeden wciąż nadawany). Okryty złą sławą vlog znany z mącenia wody. Jej opowieści były zawsze bulwersujące, a styl ostry jak brzytwa: nie wiesz, że krwawisz, dopóki nie zobaczysz ciętej rany na brzuchu, skąd wypływają bebechy. Materiały na vlogu, choć podawane ze słodkim uśmiechem, miały ten sam kaliber.

Innymi słowy, genialna, bezkompromisowa petarda. Samantha August: feministka, humanistka, dorywczo satyryczka i eseistka. Osoba, z którą nie ma żartów. Nie pisała, do jasnej cholery, żadnej książki o UFO!

Przepadła. Zniknęła, została porwana, wyparowała, zaginęła, umarła, żyła, umarła, żyła, umarła…

Przez całą noc nie zapaliła się ani jedna lampa. Poranek zastał mężczyznę zgarbionego w skórzanym fotelu, z twarzą schowaną w dłoniach, z ciałem skurczonym w niemym smutku.

Rozdział 2

W przyszłości nie ma nic strasznego z wyjątkiem całkowitej i niekwestionowanej bezsilności w obliczu tego, co nieznane…

Samantha August

Kiedy była mała, poślizgnęła się, biegnąc, na deskach przed basenem. Nazajutrz obudziła się w szpitalu i nie pamiętała wypadku. Jej świadomość usunęła się na bok, ukryła w jakimś tajemniczym miejscu, pozostawiając po sobie tępe buczenie, statyczny szum, brak treści. Neurolog byłby w stanie naświetlić ten przypadek, wytłumaczyć, że świadomość wymaga pamięci — struktury, w którą wpisują się codzienne doświadczenia, pozwalające ludziom postrzegać samych siebie. Uszkodzić mózg to trochę jak kopnąć staroświecki telewizor. Obraz zamigocze i znów się ustabilizuje. Może powstać przerwa między ostatnim wyświetlonym ujęciem a następnym. Tak czy inaczej, przy odrobinie szczęścia powróci ciągłość wydarzeń.

Miała ochotę zapalić. Organizm domagał się swojej dawki nikotyny. Wszystko się w niej skręcało. Upokarzająca rzeczywistość uzależnienia stanowiła w jej przekonaniu wartościową lekcję pokory. Komunikacja między ciałem a umysłem była zakłócona, zanurzona w otchłani podświadomości, która domagała się zrealizowania podstawowych potrzeb. Raz po raz na nowo ulegała konieczności zaczerpnięcia powietrza. Głód przejawiał się bólem i strużką śliny na myśl o idealnie wysmażonym hamburgerze. Z powodu światła lub bliskości jakiegoś błyszczącego przedmiotu musiała mocno zacisnąć powieki. Była to krótka lista jej najważniejszych potrzeb. Były również inne, ukryte. Praktycznie niezauważalne.

Brak kofeiny skutkował bólem głowy. Brak nikotyny — lekkim drapaniem w gardle. Jedno i drugie powodowało rozdrażnienie, nieme pragnienie domagające się wyartykułowania.

Pokora się przydawała, zwłaszcza pisarzowi. Pozwalała łatwiej, bez nieprzyjemnego rozdarcia, spojrzeć na świat innymi oczami, inaczej go sobie wyobrazić — zdystansować się od własnych poglądów, swobodnie lawirować w grząskich polach ludzkich interakcji, gdzie ścierały się sprzeczne przekonania, zapatrywania polityczne, życiowe postawy, opinie. Wysoka samoocena była tym urojeniem, którego wyzbywał się w pierwszej kolejności człowiek uzależniony. Jakby wreszcie wyciągał kij z dupy.

A zatem potrzeba. Zapalić papierosa. Kto wie, czy nie to właś­nie przywróciło ją do rzeczywistości, czy nie zjawiło się jeszcze wtedy, gdy miała zamknięte oczy. Na razie bowiem ich nie otwierała. Budzące się zmysły nie przekazywały jej nic więcej. Żadnych dźwięków czy rozpoznawalnych zapachów. Leżała na wznak na czymś, co nie było ani twarde, ani miękkie. Z całą pewnością coś się pod nią znajdowało, lecz nie zniekształcało naturalnych konturów jej ciała, doskonale do nich dopasowane.

Porządny materac…

Czy na jej zamknięte powieki nie padało światło? Owszem, ale niezbyt ostre.

— A, pieprzyć to! — mruknęła. Usiadła, otwierając oczy.

Pomieszczenie było małe i chyba pozbawione drzwi. Nie dostrzegła niczego oprócz łóżka, na którym się obudziła. Wydawało się, że światło, dość blade, pada ze wszystkich stron naraz. Nie widziała jego źródła, podobnie jak cieni.

Wszystkie oczywiste wyjaśnienia kłóciły się z tym, co dostrzegła. Nie znajdowała się na sali chorych w szpitalu. Nie pachniało tu ubogą, niedoinwestowaną placówką, gdzie zwozi się pacjentów, żeby ich leczyć. Nie podłączono jej kroplówki. Wysoko na ścianie nie wisiał badziewny telewizor zamontowany na metalowym uchwycie. Na łóżku nie było pościeli i miała na sobie ubranie — z wyjątkiem płaszcza. Przede wszystkim jednak było zbyt cicho.

— Halo!

— Witaj, Samantho August — odpowiedział jej męski głos, silnie modulowany. — Jak się czujesz?

Nie widząc źródła dźwięku, rozglądała się w poszukiwaniu kratki głośnika. Niczym się niewyróżniające białawe ściany były całkowicie gołe, podobnie jak sufit i podłoga. Chyba że coś przegapiła.

— Gdzie moja torba z laptopem? I gdzie płaszcz? — Korciło ją, żeby dodać: I chce mi się jarać, do cholery. W tych czasach było to jednak pragnienie niebudzące współczucia, więc na razie pominęła tę sprawę.

— Nadzieja i zapotrzebowanie na duży zastrzyk endorfin.

— Co, proszę?

— Torba z laptopem i płaszcz są pod łóżkiem. W prawej kieszeni płaszcza znajdziesz papierosy. Możesz swobodnie zaspokoić łaknienie.

— To chyba Europa Wschodnia, skoro można tu palić w szpitalu. — Zsunęła się z łóżka i schyliwszy się, dostrzegła torbę, a obok niej równiutko złożony płaszcz. — Tylko akcent mi się nie zgadza. Tak naprawdę to jakoś nie mogę go rozpoznać — dodała, gdy już znalazła papierosy i zapalniczkę.

— Bo nie różni się od twojego.

Wyprostowała się z krzywym uśmiechem.

— No tak. Macie tu popielniczkę?

— Rzucaj na podłogę.

— Przecież tu jest tak czysto — zaprotestowała.

— I wciąż będzie.

Zapaliła papierosa i z powrotem usiadła na łóżku.

— Lateksowa guma? Jakiś żel? Mówię o materacu. Mam biodra, którym każdy materac przeszkadza. Ale ten jest wyjątkowy. Też bym chciała taki mieć.

— Oczywiście nie zapomnimy o twoim życzeniu. Już ci lepiej?

— Kręci mi się w głowie, a to znak, że długo byłam nieprzytomna. Co się stało?

— Idąc ulicą na siłownię, gdzie dwa razy w tygodniu spotykasz się z trenerem, zostałaś porwana przez obcych.

Końcówka papierosa zamieniła się w popiół, lecz nie zamierzała go strzepnąć.

— Hm, to nie zdarza się co dzień… chyba.

— Nie.

— Na siłownię chodzę wczesnym popołudniem.

— Zgadza się.

— Ludzie widzieliby, co się dzieje.

— Widzieli.

— Kiedy to się stało?

— Dwa dni temu.

Wstała.

— Ale mój mąż…

— Przykro nam, że cierpi…

Przestała słuchać. Gdy zerwała się raptownie na nogi, pewne rzeczy wydarzyły się bez udziału jej woli: popiół oderwał się od papierosa i spadł na podłogę. Ta zaś wchłonęła go i momentalnie wróciła do poprzedniego stanu. Patrząc na to, Samantha zamrugała oczami.

— Nie wciskacie mi ciemnoty?

— Oczywiście, że nie. Przykro nam, szczerze, że wywołaliśmy tyle smutku i zamętu wśród twoich krewnych i licznych znajomych. Jednak uznano, że jawne uprowadzenie przyniesie nam korzyść, biorąc pod uwagę to, co ma się wydarzyć.

— Jesteśmy na orbicie?

— Tak.

— Chcę popatrzeć.

— Przewidzieliśmy to.

— Potem pozwolicie mi zadzwonić do męża.

— Twój telefon komórkowy przestał działać, przepraszam. Nie był odporny na działanie energii potrzebnej do zabrania cię na statek. Swoją drogą mamy czym go zastąpić, będziesz mogła skorzystać.

Dopaliła papierosa. Rozmyślnie upuściła resztki na ziemię, by zobaczyć, jak znikają.

— Zapomnijcie o materacu — powiedziała. — Chcę mieć taką podłogę.

*

Poproszono ją, żeby ułożyła coś na wzór esemesa: wiadomość, którą jej mąż miał przeczytać na telefonie. Nie rozwlekała się szczególnie, choć po chwili, kiedy głos poinformował ją, że wiadomość została wysłana, w duchu wypomniała sobie, jak łatwo wywietrzała jej z głowy troska o Hamisha, gdy z ciekawością rozglądała się w nowym otoczeniu, zdumiona niewiarygodnymi okolicznościami, w jakich się znalazła.

Zaraz potem popatrzyła na swoją ojczystą planetę.

Nie była typem kobiety, która poddaje się wzruszeniom, teraz jednak nie poczuła się nawet zakłopotana, gdy w jej oczach zakręciły się łzy i spłynęły po policzkach. Odziana w biele i błękity Ziemia królowała pośród otaczających ją ciemności. Refleksy i światełka niskoorbitalnych satelitów tudzież innych obiektów błyskały na obrzeżach górnych warstw atmosfery po stronie zwróconej ku Słońcu niczym bzyczące owady wokół lampy.

— Jesteśmy na orbicie okołoksiężycowej — stwierdziła.

— Zgadza się.

— I nikt nas nie widzi?

— Nauczeni doświadczeniem wolimy być niewidoczni.

— Nie licząc porwań na ulicach pełnych ludzi.

— Tak, nie licząc ich.

Znajdowała się w tym samym pomieszczeniu, w którym się obudziła, lecz jedna ściana zamieniła się w okno lub ekran projekcyjny.

— Nazywasz się jakoś? — zapytała. — I kiedy mi się pokażesz?

— Na bieżące potrzeby nadano mi imię Adam. A co do mojego ukazania się tobie, to nie ma co oglądać. Jestem niematerialnym bytem, odpowiednikiem sztucznej inteligencji, jaką znacie. Mój intelekt został poszerzony i wyposażony w wiedzę o wielu aspektach waszego układu planetarnego. Dodam jeszcze, że oprócz słów, które tu wypowiadam, moja świadomość manifestuje się w wymiarze, którego na razie nie potraficie zaobserwować za pomocą swoich przyrządów. To wspólna cecha wszystkich samoświadomych istot.

— Znam neurologów, którzy by się z tobą nie zgodzili.

— Byliby w błędzie.

Przetarła oczy i policzki. Oddychając głęboko, wciąż wpatrywała się w Ziemię lśniącą na czarnym oceanie. Skinęła głową w jej stronę.

— Wiem, że to może być zwyczajny obraz wykradziony z archiwów NASA i jakieś wielkie oszustwo. Albo, co bardziej prawdopodobne, halucynacje wywołane załamaniem nerwowym. Widziałam już kiedyś ten obraz. Choć efekty generowane w czasie rzeczywistym robią wrażenie, to fakt — urwała, kręcąc głową. — Wiesz, ile razy marzyłam, że przytrafi mi się właśnie coś takiego? Gdy nasza pieprzona cywilizacja idzie w kierunku totalnego zidiocenia, myślę sobie: Co by było, gdyby… A zresztą kogo obchodzą moje myśli. Tak czy owak, przekonała mnie podłoga. — Ponownie wskazała głową planetę. — To się dzieje naprawdę. Jestem tutaj.

— Przewidywaliśmy, że nie będziesz uparcie odrzucać świadectwa swoich zmysłów — odparł Adam. — A wyobraźnia jest istotną cechą giętkiego, nieograniczonego umysłu.

— Mam kilka pytań, ale nie wiem, od którego zacząć.

— Od najistotniejszego.

— No dobrze — powiedziała po chwili zastanowienia. — Dlaczego ja? Zaraz! Czy schwytaliście tylko mnie?

— W celu realizacji tego przedsięwzięcia tylko ciebie, tak.

— Duży jest ten statek?

— Niezbyt.

— Kto jeszcze jest na pokładzie?

— Nikt więcej, Samantho.

Serce w niej łomotało. Zdenerwowana tym, że obleciał ją strach, zapaliła drugiego papierosa.

— Wróćmy do pierwszego pytania. Dlaczego ja?

— Delegacja Interwencyjna uznała, że doskonale się nadajesz.

— Okej, to wyjaśnijmy sobie od razu, kim lub czym jest Delegacja Interwencyjna?

— Unią trzech cywilizacji, obecnie wypełniających protokół interwencyjny.

— Dlaczego miałyby interweniować?

— Żeby Ziemia rozwijała się jako zdrowy biom.

— Interwencję, Adamie, można rozumieć jako podbój.

— Nie w tym przypadku.

— A więc o co chodzi? Jak się zabierzecie do tej interwencji? Ujmę to inaczej. Jakie stosunki planujecie utrzymywać z gatunkiem dominującym, czyli z nami? Bo nie bardzo lubimy wykonywać polecenia, uczciwie uprzedzam.

— Mamy tego świadomość — odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. — Tu chodzi o dumę.

— Czyją? Naszą czy waszą?

— Obie. Choć w tej sytuacji tylko jedna będzie poddana próbie.

Sam zmarszczyła czoło i z wysiłkiem oderwała wzrok od odległej Ziemi. Zaczęła przechadzać się tam i z powrotem.

— Chyba rozumiem. Dzięki gigantycznej przewadze nie musicie silić się na grzeczność, bo gdy przyjdzie co do czego, spełni się każdy wasz kaprys, a my nie będziemy w stanie kiwnąć palcem.

— Zgadza się.

— A więc co z naszą dumą?

— Zakładasz, że głównym celem interwencji w wasz planetarny biom jest dobro ludzkości.

Usiadła na łóżku. Rzuciła na ziemię niedopałek i patrzyła, jak znika.

— Wolicie rozmawiać z wielorybami?

— Wasz los był przedmiotem debaty. Mieliśmy wybór: wyeliminować ludzkość albo uznać ją za integralną część biomu i objąć ochroną. Zapadła decyzja o ochronie mimo przewidywanych trudności związanych z waszym przystosowaniem się.

Sam, wsparta z tyłu na rękach, parsknęła śmiechem.

— Trudności? Nie macie pojęcia, w co się pakujecie.

— Już to robiliśmy.

— Tutaj? Z nami? Stąd teorie o starożytnych astronautach i tego typu sprawy?

— Z gatunkami dominującymi na innych planetach. Wiedz, że każdy świat musiał odpowiadać rygorystycznym wymogom. Całe mnóstwo planet nie spełniało kryteriów, dlatego ominęła je interwencja.

— I co się z nimi stało?

— Przeważnie wymarły lub dogorywają. Machina ewolucji czerpie siłę z wynalazczości, a świat z niedostatecznymi zasobami ma ograniczone pole manewru.

— Ale Ziemia zdała egzamin.

— Wasza planeta znalazła się niebezpiecznie blisko kolejnego Wydarzenia Grożącego Wyginięciem, do którego dąży ludzkość. Jeśli nie zostaniecie powstrzymani, zniszczycie większość organizmów żywych na planecie, w tym oczywiście siebie samych. To jeszcze nie jest wystarczający powód do interwencji. Jednak wasza planeta jest już w średnim wieku. Ze względu na niedobór zasobów nowe istoty, które wykształciłyby się po zagładzie ziemskiego biomu, byłyby nieliczne i ograniczone do najprostszych form. Nie wystąpiłaby tak bogata różnorodność gatunkowa jak po poprzednich Wydarzeniach Grożących Wyginięciem. Na szczęście zostało trochę czasu, żeby zastosować środki zaradcze.

Samantha pokiwała głową. Wyniszczona planeta, pozbawiona łatwo dostępnych zasobów. James P. Lovelock pisał o tym w swej doniosłej pracy Hipoteza Gai. Te szczegóły jednak wywoływały zamęt w jej głowie. Zaczerpnęła głęboko powietrza i wolno je wypuściła.

— Nie tak prędko, Adamie. Uprowadziliście mnie na oczach świadków. Rozpoczęliście „interwencję”, która uratuje Ziemię, a jednocześnie narzuci nam nowy porządek świata. Tylko że my nie damy sobie nic narzucić, będziemy krzyczeć i wierzgać.

— Mamy świadomość, że natrafimy na opór.

Prychnęła, a następnie pochyliła się do przodu i potarła policzki.

— Gdzie widzicie miejsce dla mnie? Co mam wam dać, czego nie ma nikt inny? Dlaczego nie rozmawiacie, powiedzmy, z prezydentem Stanów Zjednoczonych?

— Wielu z was się zdziwi — odparł Adam głosem wciąż bezosobowym, lecz zabarwionym jakąś nową nutą — ale twierdzenie, że obca cywilizacja będzie zainteresowana podtrzymaniem hierarchii władzy, którą sobie narzuciliście, jest pierwszym założeniem wymagającym sprostowania.

— Hm, coś mi mówi, że napsujecie krwi wielu ludziom.

— Dlatego wybraliśmy ciebie na naszego plenipotenta.

— Przepraszam, kogo?

— Nie będzie bezpośredniego kontaktu między przedstawicielami naszych ras. Chcielibyśmy, żebyś przemawiała w naszym imieniu, wykorzystując środki do szybkiego przekazu informacji, aby ludzkość mogła na bieżąco śledzić przebieg interwencji.

— Nie byłby lepszy jakiś dyplomata?

— Na razie nie.

Znowu wstała i zaczęła spacerować.

— Okej, przyjrzyjmy się liście potencjalnych kandydatów. Nie zależy wam na wydzwanianiu do prezydentów, premierów, komitetów ani reżimów. Dlaczego? Bo nie chcecie pokazać, że uznajecie autorytet naszych żałosnych rządów. A na rozmowy z ONZ, jak widzę, jeszcze za wcześnie. No dobrze. Dlaczego nie kosmonauta?

— Wiedza techniczna nie ma dla nas znaczenia.

— Egzobiolog?

— Nie przybywamy na debatę o miliardach form życia rozsianych w galaktyce.

Była to szorstka, ironiczna odpowiedź z lekko wyczuwalną pogardą, która wydała jej się dziwna, lecz na razie się nad tym nie zastanawiała.

— Okej. Jednak każdy rząd utrzymuje tajną agencję, zespół ludzi wybranych z myślą o takiej właśnie ewentualności.

— Naprawdę?

— Byliby głupi, gdyby tego nie robili. No wiesz, faceci w czerni.

— I co miałoby być celem ich działalności?

— Przypuszczam — odpowiedziała po chwili namysłu — że ochrona interesów ludzkości.

— Dlaczego instytucja któregokolwiek rządu miałaby dbać o dobro wszystkich mieszkańców planety? Czy nie zależałoby jej bardziej na ochronie interesów państwa, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa i porządku społecznego?

— A co, nie ma żadnej grupy międzynarodowej?

— A jeśli ta grupa już się skompromitowała?

Zaskoczona spojrzała na Ziemię.

— O czym mówisz?

— Na czym polega ochrona ludzkości, tak ogólnie?

— W porządku, niech ci będzie. Porządek społeczny to podstawa. Zapobieganie wybuchom paniki na ulicach i kryzysom gospodarczym. Ale też troska o prawa człowieka w obliczu kontaktu z nieznaną obcą cywilizacją. Ustalenie planu przystosowania się do zaawansowanych technologii i nowego podejścia do wielu spraw.

— A jeśli wasze struktury społeczno-gospodarcze nie są kompatybilne z galaktyczną społecznością oraz, co gorsza, nie są zdolne przystąpić do niej w przyszłości?

— Aha…

— Ujmę to inaczej. Co wtedy, jeśli statutowy cel tego globalnego zespołu negocjacyjnego zawiera fundamentalne błędy natury moralnej?

Milczała dłuższą chwilę.

— Rozumiem — powiedziała z westchnieniem. — Pewnie powiedzieliby: Dzięki, ale nie.

— Taka opcja nie wchodzi w grę. Z tego względu opracowaliśmy inny plan pierwszego kontaktu, żeby uniknąć impasu.

— Krótko mówiąc, w tej sprawie nikt nie będzie z nami negocjował.

— Ostatecznie, Samantho, wszystko sprowadza się do sposobu wartościowania.

— Wyjaśnisz?

— Zdobycze techniki, struktury polityczne, uwarunkowania społeczno-kulturowe powtarzają się wszędzie w galaktyce — odparł Adam. — Różnice są niewielkie, a rzeczy naprawdę nowe zdarzają się rzadko. Zatem jedyny miarodajny system wartościowania stosowany wobec ras inteligentnych ocenia dokonania w dziedzinie sztuki. Kwalifikacja dorobku artystycznego jest niełatwa i często intuicyjna, dzieła w swej istocie znacznie się różnią między sobą. Nasz Triumwirat, Samantho, wysoko ocenia artystyczne osiągnięcia ludzkości. W tym, oczywiście, twój osobisty dorobek.

— Oho, niech tylko usłyszy to mój agent! Że nie wspomnę o prawnikach z mojego wydawnictwa.

— Mało tego — ciągnął Adam — jesteś osobą publiczną, powszechnie znaną, a to nam bardzo odpowiada.

— Przepraszam, ciekawi mnie kwestia piractwa w galaktyce.

— Już niebawem, Samantho, bogactwo mierzone ludzką skalą przestanie mieć znaczenie.

Prychnęła.

— No, jeśli tak stawiacie sprawę, to wszystkim prawnikom na tej planecie opadną szczęki. — Westchnąwszy, zbliżyła się do obrazu Ziemi w kosmosie. — Widać stację kosmiczną — bąknęła, by po chwili zapytać: — Powiedz mi, Adamie, kiedy się zacznie wasza interwencja?

— Samantho, ona już się zaczęła.

Rozdział 3

W kosmosie nikomu nie przeszkadza to, że palisz.

Pierwszy SMS Samanthy August do męża

Na zachód od Djambali, Republika Konga, obóz wojskowy

22 maja, 6:18

Kolo miał dziesięć lat, kiedy źli ludzie przyszli do wioski i zabrali go ze sobą. Teraz sam był złym człowiekiem. Głębie kongijskiej puszczy różniły się od lasu, który znał z młodości. Tam w koronach drzew tętniło życie: małpy, węże, jaszczurki, nietoperze. Zwierzęta wchodziły na ścieżki, przeważnie nocą, zostawiając mnóstwo śladów istnienia tego drugiego świata, do którego nie należał człowiek. Tutaj las był cichy — cichy i opustoszały.

W tych nowych realiach głód wpływał na wartość pieniądza, a pistolety, naboje i maczety stały się codziennymi narzędziami pracy. Pod swoją komendą miał osiemnastu dobrze uzbrojonych, żądnych mordu żołnierzy. Obóz założyli sześć kilometrów od drogi i siedem od najbliższej wsi. Mieszkało z nimi jedenaścioro dzieci; jedne były na dobrej drodze, by zostać wojownikami, pozostałe tylko służyły, gotowe wykonać każde polecenie.

Ten poranek rozpoczął się całkiem zwyczajnie. Kolo wyswobodził się z chudych ramion Neeli i wstał, spychając ją na skraj posłania. Wieczorem naćpała się, zanim przyszła się z nim przespać, i wciąż nie dawała oznak życia. Spojrzał na nią szybko przymrużonymi, zaspanymi oczami, żeby sprawdzić, czy oddycha. Oddychała.

Uzależnieni stanowili dobry materiał na niewolników. O ile żądano od nich rzeczy prostych i niewymagających większego wysiłku. Kiedy wyjął ją z ramion zabitej matki, powiedziała mu, ile ma lat. Jedenaście wtedy, dziś trzynaście. Niewolnicy umierali młodo, lecz świeżego towaru było w bród. Chociaż należało się trochę natrudzić, odkąd wyludniły się okoliczne wsie: mieszkańcy pouciekali ze strachu przed niekończącymi się napadami i bezkarnym zabijaniem. Dlatego też trudniej było kraść jedzenie i zbierać niewolników.

Pośpiesznie wkładając wystrzępioną koszulkę z napisem „Split Endz”, pomyślał, że wkrótce będzie musiał wysłać gońca do obozu górników — osady, której nie powinno tam w ogóle być. Nie wszyscy leśni ludzie zwiali; często ci, którzy zostali, pętali się pod nogami, gdy przyszło kopać nowe jamy czy ścinać drzewa. Jeden tydzień pracy dla górników, polegającej na zabijaniu i przepędzaniu leśnych ludzi, pozwalał mu zarobić na jedzenie, które na pewien czas zaspokajało potrzeby drużyny.

Niewiele pamiętał z czasów, kiedy jego kraj nie był otwartą raną, i nie miał złudzeń co do krwiopijców, którzy woleli, aby nic się nie zmieniło. Bądź co bądź, był jednym z nich. Ale broń pochodziła z Chin, a pieniądze z korporacji rozsianych po całym świecie. Wszyscy byli umoczeni.

Naciągnął swoje stare wojskowe spodnie, założył parciany pas i sprawdził ciężką czterdziestkę piątkę — takie na wyposażeniu miała armia — w wysłużonej skórzanej kaburze. Na koniec sięgnął po czapkę z daszkiem Exxona i wyszedł z chaty.

Ludzie byli już na nogach, choć nie wszyscy. Z gęstwiny wyłaniali się żołnierze kończący wartę wraz z nadejściem świtu, a dzieci przetrząsały martwy las; marzyły o małpie lub tłustej jaszczurce, lecz nie gardziły robakami i owadami.

Co zostało złamane, tego nikt nie naprawiał. Świat chciał, żeby to miejsce pozostało w takim stanie i nic nie mogło tego zmienić. Teraz jednak miał swoje plemię, więc zamierzał zrobić wszystko, żeby je nakarmić. Lojalność wynikała z potrzeby, brzuch był jakby portfelem, a majątek stanowiło nie to, co się miało teraz, ale co się wciąż będzie miało za tydzień. Kolo nigdy nie robił planów dłuższych niż tygodniowe.

Piekły się bulwy manioku, w osmalonym garnku bulgotała kawa, a nieopodal leżał nagi chłopiec z poszarzałą ręką nadal mocno owiniętą chirurgiczną rurką.

Kolo podszedł do niego i trącił nogą wątłe ciało.

— Joak! Dałeś mu wczoraj za dużo i wykitował!

Potężnie zbudowany mężczyzna, który siedział pod drzewem w niedbałej pozie, trzymając kubek kawy w swoich pokrytych bliznami ogromnych dłoniach, podniósł wzrok na dowódcę ze smętną miną.

— Na wojownika i tak się nie nadawał…

— Przecież był niewolnikiem.

Joak wzruszył ramionami.

— Jedna gęba mniej do wyżywienia. I prochy nam się kończą.

Kolo zmierzył go ponurym wzrokiem. Mężczyzna nerwowo oblizał wargi.

Kolo zbliżył się do niego i warknął półgłosem:

— Przestaniesz kłapać dziobem? Chcesz kłótni w obozie? Niech tylko się ludzie dowiedzą…

Joak ponownie wzruszył ramionami, unikając jego spojrzenia.

— I tak wszystko się wyda, kapitanie.

— Będzie nowa dostawa. Lada dzień.

— W porządku, kapitanie.

— A teraz wywal to stąd. Do jamy.

Joak zmarszczył czoło.

— Nie lubię tam chodzić.

— A kto lubi? — odparł Kolo. — Ale tyś go zabił i ty masz go wywalić, taką mamy zasadę.

Nagle coś się poruszyło w pobliskich zaroślach. Kolo obrócił się błyskawicznie, zwinnym ruchem wysuwając z kabury pistolet. Wyskoczyły dzieciaki, wystraszone i zdezorientowane.

Kolo wyszedł im naprzeciw.

— Żołnierze? Ty! — Chwycił za ramię dziewczynkę i obrócił ją twarzą do siebie. — Idą jacyś żołnierze?

Pokręciła głową.

— Duchy lasu!

Wojownicy, wszyscy już obudzeni, zbierali broń i stawali przy swoim dowódcy.

Kolo puścił przerażoną dziewczynkę i wskazał palcem dwóch mężczyzn.

— Ty i ty! Sprawdźcie, kto tu idzie!

Wybrał najmłodszych wojowników, wciąż pełnych zapału, wciąż lubiących gładzić AK-47 i dumnym krokiem mijać niewolników z nadzieją, że spojrzy na nich dziewczyna. Odeszli prędko i bez zbędnych pytań. Zerknąwszy przez ramię, Kolo dostrzegł przytępione spojrzenie Joaka, obserwującego zwiadowców znikających w zaroślach.

Kto wie, czy nie będzie musiał go odstrzelić. Czasem po prostu nie było innego wyjścia.

— Reszta ładuje broń! Joak, spędź do kupy niewolników! Robbie, zbierz prochy! Henry… — urwał na widok wracających nadspodziewanie szybko zwiadowców. Jednemu płynęła krew z nosa. — Kurwa, co jest?! Przewróciłeś się? Kto tu idzie?

— Ściana, kapitanie! — wyjaśnił drugi zwiadowca, masując obolałe kolano. — Niewidzialna ściana!

Pierwszy zwiadowca splunął krwią.

— Najpierw się zderzyłem. Potem leżałem na ziemi. A potem to zaczęło mnie pchać.

— Pchać?

— Zbliża się, kapitanie! — ostrzegł ów drugi.

Trzej wojownicy, którzy stali niedaleko chat na lewo od Kola, zachwiali się jednocześnie; odwrócili się z przestrachem z bronią gotową do strzału.

Kolo wytężył wzrok, lecz nie zobaczył nic podejrzanego.

— Co wy tu, kurwa, za cyrk odstawiacie!

Jeden z jego ludzi odwrócił karabin i uderzył kolbą w coś twardego. Broń odskoczyła z takim impetem, że wypadła mu z ręki.

— Odsuńcie się! — rozkazał Kolo, próbując opanować strach. W lesie mieszkały duchy. Niejedno już widział w swoim życiu. Ale czegoś takiego jeszcze nie. Ostrożnie stawiając kroki, poruszał się wolno z wyciągniętym pistoletem.

Kiedy dotarł do miejsca, gdzie przed chwilą stali trzej wojownicy, pistolet w coś uderzył.

— Cholera! — mruknął, napierając na niewidzialną barierę. — Nic tu nie ma!

Skulił się, kiedy Joak wystrzelił krótką serię z karabinu. Usłyszał, jak pociski trafiają w coś nie dalej od niego niż na wyciągnięcie ręki. Kiedy spojrzał w tę stronę, niczego nie zauważył.

Niewidzialna ściana przesuwała się, odpychając pistolet, który trzymał w dłoni. Cofnął się prędko i zawołał:

— Rozejdźcie się na boki! Zobaczcie, gdzie to się kończy!

Wojownicy rozbiegli się trochę chaotycznie. Ilekroć napotykali ścianę, rozlegały się przekleństwa i wściekłe pomruki. Jeden próbował siec maczetą, lecz ostrze tylko się odbijało.

Na ile Kolo zdołał się zorientować, bariera była rozciągnięta w linii prostej i pomału zbliżała się do obozu. Przyszła z zachodu, z głębi lasu. Około dziesięciu wojowników usiłowało powstrzymać ścianę siłą mięśni i Kolo patrzył na ich groteskowe zmagania, gdy natężali się pochyleni nad pustą przestrzenią i ryli butami ziemię.

Do domostw po drugiej stronie bariery nie mieli już dostępu. Dwaj zaćpani niewolnicy, wypchnięci poza wiotkie ściany chat, wciąż nieprzytomni toczyli się przed siebie.

— Robbie! Zabierz ich stamtąd! — Schował do kabury czterdziestkę piątkę i odwrócił się do własnej chaty. — Zabierz wszystkich!

— Co robimy? — doleciało go z tyłu pytanie Joaka.

— Spierdalamy stąd! — odpowiedział.

— Myślałem, że leśne duchy nie żyją.

Kolo przystanął i popatrzył na swojego rywala, zastanawiając się, czy to miał być żart. Z kamiennej twarzy niewiele mógł wyczytać.

— To nie jest żaden duch, do cholery! To broń!

Joak nareszcie otworzył szerzej oczy.

— To broń, kurwa! — powtórzył Kolo. — Koniec z kryciem się po chaszczach, Joak. Koniec z kryciem się przed kimkolwiek.

— No pewnie.

Kolo nie zamierzał ciągnąć tej rozmowy. Odwrócił się do niego plecami i ruszył do swojej chaty. Neela ważyła tyle co nic. Przerzuci ją sobie przez ramię. Poza nią nie trzymał tam niczego cennego. Zrobił trzy kroki, gdy usłyszał za sobą suchy trzask.

Obrócił się w okamgnieniu z pistoletem w ręku.

Joak stał i patrzył z wyrzutem na swój AK-47.

— Zacięło się dziadostwo! — powiedział i z niepokojem spojrzał na dowódcę. Po chwili uśmiechnął się półgębkiem. — Wygrałeś, kapitanie.

— Na twoim miejscu już bym biegł — rzekł spokojnie Kolo.

Joak odrzucił karabin i rzucił się do ucieczki.

Kolo uniósł pistolet i starannie wycelował. Zawahał się jednak. Czy warto marnować kulę? Mało prawdopodobne, by się jeszcze kiedyś spotkali. Tylko idioci kręcą się w okolicy, gdy wyznaczono nagrodę za ich głowę.

Wsunął pistolet z powrotem do kabury i skierował się do chaty.

Neela leżała tam gdzie przedtem.

— Grzeczna dziewczynka — szepnął. — Ty mnie nie zdradzisz. Tacy jak ty nie zdradzają.

Boulder, Kolorado

23 maja, 16:15

Joey Sink siedział w piwnicy otoczony monitorami. Wszędzie, gdzie spojrzeć, wyprawiały się jakieś cudactwa.

W słuchawkach rozległ się blaszany głos:

— Joey? Namierzasz to?

— Siema, King Con. Próbuję.

— I co ty na to? Superbroń ekoterrorystów?

— Co?… — Pochylił się i przeniósł spojrzenie z monitora na monitor. — Kurde, kapuję, o co ci chodzi. Gdzie ja miałem oczy. Wszystkie pojawiły się w odludnych miejscach i stamtąd zaczęły się rozprzestrzeniać.

— Superbroń na dojebanie wszystkim — stwierdził King Con ze złośliwą satysfakcją w głosie. — Na obrazach satelitarnych jeden obłęd. Floty rybackie stoją nad wielkimi ławicami i nie mogą zarzucić sieci!

— Jak to?

— Sieci tylko kłębią się na pokładzie. Tyle ryb wokoło i nie mogą się do nich dobrać. Greenpeace pewnie tańczy kankana, bo i czemu nie? Na pewno maczali w tym palce.

King Con, Król Konspiracji, był od lat lojalną wtyczką Joe­ya, pomagał mu prowadzić vloga Kitchen Sink2. Nie wiadomo, gdzie się zaszył, ale miał dostęp do masy tajnych informacji. Nieustannie plątał się po eterze, wsłuchując się w podejrzane szmery. Chwilowo Joey pozwalał mu się wygadać. Przykuty do monitorów nie miał czasu na dyskusję. Po dłuższej chwili wyprostował się i powiedział:

— A teraz weź głębszy oddech, King Con. Na średnich szerokościach dzieje się najgorzej. Ameryka Środkowa, Chile, Boliwia, dorzecze Amazonki, cała Afryka. Kambodża, Wietnam i Indonezja dostają niezły łomot.

— Parki narodowe w Stanach, większość Florydy razem z Everglades, połowa pierdolonej Alaski…

— Hej! Mówiłem, żebyś mi tu nie przeklinał!

— Przepraszam, Joey, trochę mnie poniosło. Tak czy owak, mam tu doniesienia z kilku gęsto zaludnionych obszarów. Nowe rancza tam, gdzie wycięli puszczę amazońską, miasta górników i wielkie tartaki. W Kongu też niezły syf…

— Tajga w północnej Rosji — wszedł mu w słowo Joey. — Kontynentalna Kolumbia Brytyjska. Północna Alberta. Rany, wszystko zostaje wypchnięte z rejonów wydobycia piasków bitumicznych, nawet ciężki sprzęt. Cokolwiek to jest, zgniata buldożery jak puszki.

— Ekosuperbroń na dojebanie wszystkim… Czy to się nagrywa?

— Dlatego ci tłumaczę, żebyś nie przeklinał, King Con. Teraz muszę zasuwać z edycją i wycinaniem wszystkich zgrzytów, a to od groma roboty, więc najlepiej się przymknij, dobra?

— Ty nic nie rozumiesz, Joey! Wszystko się sypie, wszędzie kur… bałagan! A to pole siłowe: nic się nie przedrze do środka. Podkopać się nie można, drony się rozbijają…

— Zaraz, moment! Mówisz, że drony? Ktoś robi przeloty?

— Próbuje — odparł King Con i zaśmiał się chłodno. — Helikoptery i inne badziewia dostają ostrzeżenia przed kolizją. Podobno pole ma kształt półkulisty. Aha, ptaki normalnie przelatują, kapujesz?

— Co?

— Ptaki, człowieku, ptaki! Ultraekosuperbroń Doktora No na dojebanie wszystkim!

— Odezwę się później — odpowiedział szorstko Joey. — Idź wyparzyć gębę! — Rozłączył się.

Pojawiały się oficjalne oświadczenia. Nikt nic nie wiedział. Z początku nikt nie brał na siebie odpowiedzialności, aż nagle najróżniejsze grupy wywrotowców twierdziły, że to ich sprawka. Zespoły naukowe rozpoczęły wytężoną pracę. Jednostki wojskowe przechodziły w stan gotowości bojowej. Przed wejściem do parku Yellowstone zbierały się tłumy zawiedzionych turystów. Jak bardzo to jeszcze urośnie? Trudno powiedzieć. Czy wszystkie jeszcze rosną? Na razie tak. Co się stanie z ludźmi bez dachu nad głową? Trudno powiedzieć. Organizacje humanitarne rozpoczęły pomoc. Zamieszki w Brazylii; cudem nikt nie ucierpiał…

Joey Sink zatrzymał się na tym ostatnim doniesieniu. W mieście górniczym tysiące ludzi wyszło na ulice…

— I nikt nie został ranny? Co jest grane?

Ottawa, Ontario, Kanada

24 maja, 15:45

Człowiekowi, któremu wszyscy nadskakują, mogłoby to zawrócić w głowie, utwierdzić go w poczuciu misji, zwłaszcza gdy widział otaczającą go aurę wyjątkowości oraz czuł się powiernikiem sekretów i informacji dotyczących losów milionów ludzi. Alison Pinborough miała myśli zajęte czym innym. Przedstawiciele poprzedniej administracji robili do niej podchody, przebąkiwali, że wprowadzą ją do grona najbliższych współpracowników premiera, lecz ta perspektywa budziła w niej odrazę. Zdjęcie poprzedniego premiera wisiało na ścianie w każdym gabinecie pracownika naukowego, ponabijane strzałkami. Kiedy ten żerujący na ludzkim strachu antyintelektualista i neofaszysta trzymał ster rządów, zamykając programy badawcze i nakładając kaganiec naukowcom, kraj cofnął się w rozwoju o dziesięciolecia.

Całe szczęście, że nowa premier Kanady nie mieszkała w jaskini. Mimo to za wcześnie było na oceny, a Alison z zasady nie wierzyła politykom. Zbyt wielu miało swój interes w utrzymywaniu status quo, nawet jeśli była to najprostsza droga do katastrofy. Obecnie na świecie zdrowy rozsądek należał do gatunków zagrożonych wyginięciem.

Ostatecznie ugięła się i przyjęła funkcję doradcy naukowego przy urzędzie premiera. Zapewne osiągnięcia w dziedzinie geologii szły w parze z lodowcowym tempem zmian w rządzie.

Ta myśl wywołała drwiący uśmiech na jej ustach, gdy w eskorcie sekretarza podążała korytarzem do pokoju konferencyjnego pani premier. W porównaniu z innymi metropoliami Ottawa wydawała się chłodna i mokra. Ale Alison przynajmniej nie musiała uczyć świeżaków i toczyć bojów z zarządem uczelni. W dodatku dostała przyzwoite mieszkanie z pięknym widokiem na kanał Rideau. A co się tyczyło raportów, które zdążyli jej podesłać współpracownicy w terenie, to niosła pod pachą teczki z porządnie posegregowanymi dokumentami. Pozostało kilka sekund do chwili, gdy będzie zmuszona rozpocząć dyskusję o tym, co niemożliwe.

Nie lubiła uczucia strachu, lecz tym razem się bała.

Sekretarz zatrzymał się przed drzwiami, zapukał raz, otworzył je i odwrócił się do Alison z zapraszającym gestem ręki.

— Dziękuję — powiedziała, mijając młodego mężczyznę.

Człowieka, któremu wszyscy nadskakują, traktowano z grzecznością, co akurat bardzo jej odpowiadało. Po popisach grubiaństwa i arogancji poprzedniego premiera był to miły powrót do normalności — a przynajmniej tak jej powiedziano na spotkaniu zapoznawczym, gdy otrzymała nominację. Ludzie odczuli ulgę, biurokracja podjęła pracę ze wzmożonym zamiłowaniem do dobrych manier.

Pokój konferencyjny miał komfortowy wystrój. Gdy wskazano jej miejsce, usiadła naprzeciwko Willa Camdena, ministra do spraw zasobów naturalnych. Po jego lewej stronie siedziała Mary Sparrow, minister do spraw parków i rekreacji. Nie wyglądali na zadowolonych, choć w ciemnych oczach Mary można było dostrzec błysk, który po chwili zastanowienia przestał dziwić Alison.

Zdaniem niektórych ekspertów powołanie Metyski na stanowisko związane z zarządzaniem parkami narodowymi zakrawało na kpinę. Inni ten gest przyjmowali z uznaniem. Uaktywniła się cała armia samozwańczych analityków specjalizujących się w sprawach drugorzędnych, lecz potencjalnie bulwersujących; ich nieustająca paplanina napełniała jazgotem całą przestrzeń życia publicznego. Wielu z nich z dziką satysfakcją trąbiło o dawnej pracy Alison dla przemysłu naftowego.

Alison i ministrowie nie musieli długo czekać, zaraz bowiem otworzyły się główne drzwi i do środka wkroczyła pani premier. Lisabet Carboneau, tak popularna ostatnio gwiazda liberalnej polityki, miała ostre rysy twarzy — w rzeczywistości ostrzejsze niż na ekranie telewizora. W jej wyglądzie, niewinnym w obiektywach śledzących ją kamer, podczas rozmowy w cztery oczy ujawniał się jakiś drapieżny rys. Dotąd spotkały się tylko raz, lecz wtedy pani premier wypowiedziała ledwie kilka frazesów i oględnie wyraziła swoje oczekiwania. Tym razem będzie inaczej.

Prędko zajęła najważniejsze miejsce przy stole i zatrzymała spojrzenie na Alison.

— Prześledziłam oficjalne oświadczenia rządów innych państw — zaczęła. — Oglądałam wiadomości i słuchałam rzekomych ekspertów, którzy opisują właściwie tylko to, co i tak widać gołym okiem. Myślę, że pani też nie powie mi nic nowego. Nie z powodu braku kompetencji, ale po prostu dlatego że mamy do czynienia z czymś, czego nie da się zrozumieć, a więc i wytłumaczyć. Mam rację?

Zaledwie usiadła, Alison rozłożyła przed sobą teczki z dokumentami. Gdy teraz na nie patrzyła, korciło ją, żeby otworzyć pierwszą z brzegu i przerzucić kilka stron streszczenia. Oczywiście znała zawartość zarówno tej teczki, jak i pozostałych.

— Pani premier — powiedziała — pola siłowe mają zadziwiające właściwości…

Will Camden chrząknął z przekąsem, ale powstrzymał się od komentarza, widząc, że pani premier słucha z niezmąconą uwagą.

Po krótkiej chwili Alison mówiła dalej:

— Georadar nie odbiera odbitej fali. Prawdę mówiąc, żaden naziemny radar niczego nie wykrywa.

— Jak to możliwe? — zapytała pani minister. — Piloci wszystkich samolotów, których kurs krzyżuje się z polem siłowym, meldują, że systemy bezpieczeństwa ostrzegają przed kolizją.

— To prawda, proszę pani, a ponieważ czujniki zbliżeniowe korzystają z techniki radarowej, narzuca się wniosek, że fale musiały odbić się od przeszkody.

— Jednocześnie twierdzi pani, że tak się nie działo.

— Owszem.

— Kolejna niemożliwa rzecz — stwierdziła Carboneau. — Ale jeśli radar nie wykrywa pól siłowych, to czujniki zderzeniowe reagują na jakiś inny sygnał.

Alison pokręciła głową.

— Proszę pani, te czujniki zostały precyzyjnie skalibrowane. Nie są przystosowane do odbioru i analizy obcych fal. Przeciwko pani tezie przemawia to, że mimo badań w terenie nie udało się odkryć żadnych źródeł promieniowania skupionego lub rozproszonego. Co więcej, pole siłowe poddane działaniu energii nie przejawia żadnej aktywności.

Lisabet Carboneau przypatrywała się Alison, by po chwili powiedzieć:

— Rozumiem, że wystrzelone pociski znikają w tym polu.

— Bez śladu. Poza tym nie da się zmierzyć strefy kontaktu. Inaczej mówiąc, z punktu zetknięcia nie wydostaje się energia. Równie dobrze można by rzucać hologramy na tablicę.

Pani minister zmarszczyła czoło.

— To dokładna analogia?

— Niezupełnie, proszę pani, ale niezwykłe jest to znikanie pocisków naddźwiękowych. Obiekty poruszające się wolniej, jak na przykład drony, po prostu się rozpadają, nie inaczej niż gdyby uderzyły w mur. Wskutek zderzenia następuje przepływ energii zgodny z prawami fizyki dotyczącymi masy i prędkości.

— Nie jest to dziedzina, w której się pani specjalizuje, prawda?

— Nie, pani premier. Z punktu widzenia geologicznego, kiedy pole siłowe przenika, dajmy na to, prekambryjską skałę, nie wywołuje żadnych strukturalnych zmian w obszarze interakcji. Tego również nie sposób wyjaśnić. Przynajmniej takich zmian — sprostowała — które bylibyśmy w stanie zauważyć na zewnątrz. Bo obserwacje wizualne nie są utrudnione.

Pani premier odchyliła się na oparcie fotela.

— Zajmijmy się jeszcze tym radarem i włączającymi się ostrzeżeniami kolizyjnymi w samolotach. Jakieś spostrzeżenia?

Alison zawahała się, broniąc się przed westchnieniem.

— Pole siłowe działa wybiórczo. Coś nim kieruje.

— Boży Mur — wtrąciła Mary Sparrow, naruszając protokół.

To nagłe stwierdzenie najwidoczniej zaintrygowało panią premier.

— Co takiego?

— Przepraszam, pani premier, że przerywam — powiedziała Mary. — To taki nowy mem. Ktoś w Internecie porównał pola siłowe do komputerowego firewalla. Cechą wspólną jest selektywne działanie. Przykładowo, nie potwierdziły się żadne doniesienia o obrażeniach bezpośrednio związanych z pojawieniem się pola. To nie jest scenariusz książki Pod kopułą Stephena Kinga, gdzie ludzie są przecinani na pół. W dodatku dzikie zwierzęta przechodzą bez problemów.

Alison odchrząknęła.

— To potwierdzona informacja. Wydaje się, że pole jest selektywną barierą. Nie przepuszcza tylko ludzi i produktów ludzkiej technologii.

— Nie do końca — ponownie wtrąciła Mary Sparrow. — Godzinę temu dostałam raport z Brazylii. Jak wiecie, jestem związana z ogólnoświatowym programem pomocy rdzennym plemionom…

— Wiemy — przerwała jej pani premier. — Co z tym raportem?

Mary zacisnęła usta, lekko poirytowana.

— Pole siłowe osłaniające dziewicze rejony puszczy amazońskiej sięga na wysokość około trzystu metrów. Można nad nim przelecieć i wczoraj po południu zespół rządowych specjalistów nagrał jedno z indiańskich plemion nieutrzymujących kontaktu z cywilizacją. Zamieszkują lasy w pobliżu granicy z Peru. Właś­nie te plemiona padają ofiarą spółek drzewnych. Dostaliśmy potwierdzenie, że w obrębie pola siłowego ustały wszystkie prace przy wyrębie drzew, a obozowiska opustoszały. Intruzi zostali wyparci, miejscowi mogli zostać. — Kiedy to mówiła, jej twarz ożywił wyraz zadowolenia, w zasadzie zrozumiały.

Koncepcja „Bożego Muru” nie była tak absurdalna, jak mog­łoby się wydawać. Od pewnego już czasu myśli Alison podążały podobnym torem, gdy spływały do niej wciąż nowe doniesienia.

— Coś tym kieruje, tak? — zapytała Lisabet Carboneau. — Czyjaś inteligencja, czyjś zamysł. — I nagle jakby zmieniła bieg: — William, jak bardzo ograniczony został nasz dostęp do zasobów naturalnych?

— Pani minister, dobrze to nie wygląda. Utraciliśmy połowę terenów roponośnych, nie mamy kontroli nad żadnym blokiem wydobywczym uruchomionym w ciągu ostatnich trzech lat. Zniszczone zostały instalacje wiertnicze, a do tego słyszy się, że niektóre urządzenia stały się przedmiotem celowego ataku.

— Celowego? Jak to?

— Pole siłowe skakało do przodu, choć na ogół rośnie powoli i równomiernie. Nie dysponujemy jeszcze dokładnymi liczbami, lecz straty materialne idą w dziesiątki milionów, co najmniej. Gorzej z produkcją, spadła prawie do zera.

— Zemsta — oświadczyła Mary. — Zostali ukarani za swoją głupotę. Zadają rany Ziemi i liczą na to, że ujdzie im to płazem?

— Proszę, wystarczy. — Znana z tego, że niezwykle trudno było ją wyprowadzić z równowagi, pani minister okazała jedynie lekkie rozdrażnienie słowami Mary i tonem, jakim zostały wypowiedziane. — Alison, ile stref się jeszcze powiększa?

— Już tylko kilka, i to w znikomym tempie, może metr dziennie, za to czoło pola nie jest już prostą linią. Mamy odgałęzienia, jak gdyby ramiona. Choć trafniejszym słowem byłoby „korytarze”.

— Jak w przypadku… migracji dzikich zwierząt?

Alison pokiwała głową.

— Lub sezonowych wędrówek: zima w lasach północy, lato na równinach.

— A więc wyłania nam się motyw — powiedziała pani premier. — Ochrona przyrody.

Alison znowu pokiwała głową.

— Potwierdzałyby to doniesienia z łowisk. Chwytanie ryb na wędkę jest tolerowane, ale nie dryfujące sieci, trawlery denne czy inne metody nieselektywnych połowów oceanicznych. Granice państwowe nie mają znaczenia, ponieważ pola siłowe dopasowują się do szlaków wędrówek ryb i obszarów, gdzie rozmnażają się i znajdują pokarm. Wygląda na to, że otaczają osobno każde stado waleni, wędrują razem z nimi i mogą wydłużać się w stronę oddalonych osobników.

— Zastanawiam się… — odezwał się Will Camden.

Pani minister skierowała na niego spojrzenie.

— Tak, Williamie?

— …czy ekoterroryści nie spiknęli się z satanistami i czy ktoś właśnie nie wrzuca dziewic do wulkanu.

Zapadła cisza przerwana gromkim śmiechem Mary Sparrow.

— Kurde, Will! To ci się udało! Mogę cię cytować?

— Jeśli to zrobisz, nikt się nawet nie zaśmieje — odparł minister do spraw zasobów naturalnych.

Pani premier poderwała się z fotela. Była wysoka, wyższa od Alison, i w takich chwilach budziła lęk. Mimo to było w niej coś nieodparcie ujmującego.

— Dziękuję — powiedziała, po kolei patrząc każdemu w oczy. — Inne państwa, które zgodziły się rozmawiać z nami w tej sprawie, doszły do podobnych wniosków. Siłą rzeczy pokrywają się z tymi, które wyciągnęliście sami. — Po chwili dodała: — Zostaliśmy…

Waszyngton D. C.

24 maja, 16:00

— …koncertowo wyjebani — zakończył prezydent Stanów Zjednoczonych.

Ben Mellyk skrzywił się. Doradca naukowy był człowiekiem starej daty i prezydent — a właściwie jego zwyczaj prostackiego wysławiania się — coraz bardziej działał mu na nerwy. Zdjął swoje grube okulary i zaczął je skrupulatnie wycierać jedwabną chusteczką.

Tymczasem prezydent Raine Kent obrócił w fotelu swoje masywne ciało i spojrzał na Alberta Stroma, przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. Otworzył już usta, żeby coś powiedzieć, lecz rozmyślił się i zwrócił do swojego doradcy do spraw bezpieczeństwa:

— Dan, jeśli masz jakieś akta do ujawnienia…

— Akta, panie prezydencie?

— Akta! Archiwum X, do jasnej cholery! Mówimy tu o zjawisku globalnym. Nie przyznaje się do tego nikt, komu można wierzyć, a gdyby taki się znalazł, to w porównaniu z tą technologią my walczymy kijami. Ktoś musiałby prowadzić badania i my byśmy o tym wiedzieli. Ben! Wiedzielibyśmy o tym, prawda?

— Myślę, że tak, panie prezydencie — odparł zapytany i założył okulary, by chwilę później znów je zdjąć i przetrzeć zaspane oczy. — Pola siłowe to wciąż niezbadany grunt, poza tym wymagają niezwykle wydajnych źródeł zasilania.

— Dobra! — warknął prezydent, kierując groźne spojrzenie na Daniela Prestera, doradcę do spraw bezpieczeństwa. — Kosmici z wyłupiastymi oczami. Roswell. Gadaj wreszcie, Daniel!

— Nie ma żadnego Archiwum X, panie prezydencie.

— Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

— Musielibyśmy stosować nadludzkie środki bezpieczeństwa. Ludzie w konspiracji pękają, zaczynają śpiewać. Tajni donosiciele…

— Czy najlepszym sposobem, żeby ich zdyskredytować, nie jest wyśmiewanie wszystkiego, co mówią? — Raine Kent pochylił się nad stołem. — To skuteczna i często stosowana taktyka. Mamy w tym duże doświadczenie, nie? Masowa dezinformacja… Skądinąd wiem, że wasi świetnie wyszkoleni sceptycy trollują na stronach poświęconych UFO.

Daniel niechętnie pokiwał głową.

— Prototypów maszyn latających nie można ukrywać dwadzieścia cztery godziny na dobę, zwłaszcza w czasie prób i testów.

— A więc stąd to całe trollowanie?

Ben dostrzegł błysk w oczach Daniela.

— Tak.

— A tajne bazy na Księżycu, kosmiczne floty, ruiny na Marsie, wszystko to zwykłe pierdoły, prawda?

Daniel zerknął na Bena, który siedział wyprostowany w fotelu.

— Panie prezydencie, na Marsie akurat są ruiny. Tak sądzimy. Właściwie to jesteśmy całkiem pewni — poprawił się na widok gniewnej miny Kenta. — Musimy starannie rozmywać fragmenty zdjęć, zanim zostaną opublikowane. — To samo robili w przypadku Księżyca, lecz od dawna w kręgu osób dobrze poinformowanych nie było głów państwa. Z jednej logicznej przyczyny: prezydenci przychodzili i odchodzili, a większość z nich, jeśli nie wszyscy, nie miała ochoty schodzić ze świecznika po zakończeniu kadencji. Utrzymanie w sekrecie największej tajemnicy w historii ludzkości byłoby dla nich nie lada wyzwaniem.

Obecny prezydent długo musiał się oswajać z sytuacją.

W końcu westchnął.

— Ja pierdolę… I nikt nie raczył mnie o tym powiadomić?

— Sprawuje pan swój urząd dopiero trzy miesiące. I ma pan napięty grafik; wszystkie te protesty, zamieszki i tak dalej.

— Ten syf sam się jakoś pozmywa — burknął Kent. — Uciekasz od tematu, Ben. Nie przyszliśmy tu gadać o zmianach klimatycznych.

Ben wzruszył ramionami.

— Uznano, że nie jest to sprawa dużej wagi.

— Ruiny na Marsie. Okej… Ale ruiny, co? Puste? Niezamieszkane? Z dawnych czasów?

— Tak, proszę pana.

— A więc nie ma tam nic, co nie dawałoby mi spać po nocach?

— Nie, proszę pana.

— I dlatego nie przyszliście z tym do mnie? Żebym nie musiał się zastanawiać, czego jeszcze nie mówicie swojemu prezydentowi w trosce o jego wypoczynek?

Ben milczał. Wydawało mu się, że tak będzie lepiej.

Na twarzy Kenta widać było dezaprobatę. Skierował uwagę na Alberta Stroma.

— Próbowaliście laserów, Al? Tych wielkich jebańców? Grzaliście z nich w te pola siłowe?

Przewodniczący zmrużył powieki niczym sowa.

— Oczywiście, panie prezydencie. Używaliśmy też mikrofal, fal dźwiękowych, pocisków ze zubożonym uranem… Nie da się przebić pola siłowego ani wywołać w nim jakiejkolwiek zmiany.

— To amerykańska ziemia, którą ktoś nam kradnie! — Rumiana twarz prezydenta odrobinę pociemniała. — Co mówią ludzie z SETI3, Ben?

— Niczego nie wykryli, proszę pana.

— NASA?

— Niczego nie wykryli, proszę pana.

— Zapętliłeś się, Ben, do cholery. Potrzebuję więcej informacji. Daniel, przyciśniesz ekoterrorystów, wyłapiesz ważniaków. Chcę mieć ich komputery, powiązania, kontakty, wszystko na tacy.

— Już to mamy, panie prezydencie — odpowiedział Daniel Prester. — DHS zaczął gromadzić materiały zaraz po pierwszej manifestacji, gdy wyszło na jaw, że kluczowe znaczenie w tej sprawie ma ochrona środowiska. Dużo czczej paplaniny i prawie żadnych konkretów, panie prezydencie. Na razie.

— Na razie — powtórzył Kent takim tonem, jakby poczuł się obrażony tymi słowami. — Dlaczego teraz? To chciałbym wiedzieć. Dlaczego na moim podwórku? Co takiego zrobiłem, kurwa, że mnie to spotyka? — Usiadł prosto. — Chwila. Możemy powiedzieć, że to my?

Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów zakrztusił się kawą i filiżanka złowieszczo brzęknęła, gdy odstawił ją na spodek.

— Panie prezydencie, wszystkie kraje wypowiedzą nam wojnę!

W oczach Kenta pojawiły się niepokojące błyski.

— Mogą nas w dupę pocałować! — Wymierzył palec w sekretarza. — Daj to jajogłowym do przetrawienia. Mają być scenariusze.

Przez chwilę siedzieli bez słowa, w napięciu, aż na koniec pani wiceprezydent D. K. Prentice przełknęła ślinę, mówiąc:

— Panie prezydencie, nie możemy powiedzieć, że jesteśmy odpowiedzialni za te pola siłowe.

— Dlaczego?

— Bo nie wiemy, co się dalej stanie. Na razie, jakimś cudem, nie wpłynął żaden wiarygodny raport o śmierci związanej z tym zjawiskiem. Nigdzie na świecie. Ale kto zaręczy, że szczęście się od nas nie odwróci? Wydaje się, że palącym problemem jest w tym momencie kryzys gospodarczy. A także rosnące fale uchodźców, całe społeczności zepchnięte do przepełnionych i przeciążonych obszarów miejskich.

Kent słuchał tego ze zmarszczonym czołem.

— Została zwołana nadzwyczajna sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ — ciągnęła wiceprezydent. — Uważam, że powinniśmy…

— Jasne — przerwał jej Kent. — Zajmij się tym. Właśnie. Pojedziesz tam, D. K. Zobaczysz, co chcą zrobić z tymi ludźmi, bo tu ich nie wpuszczę, cholera, nie ma takiej siły. Będziemy czekać na raport. — Rozejrzał się po pokoju dowodzenia, który był pełen ludzi. — Muszę wygłosić orędzie do narodu, więc przydałby się jakiś tekst. Trzeba powiedzieć, że zastanawiamy się, kombinujemy, szukamy rozwiązania. — Popatrzył na Bena. — Zagoń do roboty jajogłowych, coś z nich wytrząśnij. Tylko nic skomplikowanego. Prosty przekaz, żeby ludzie zrozumieli, co jest grane.

— Panie prezydencie — odparł Ben Mellyk. — Właśnie w tym sęk. Nie wiemy, co jest grane.

— To nie przejdzie.

— Przykro mi, proszę pana. Chciałbym, żeby było inaczej.

— Na pewno. Ja też. Każdy z nas. I wszystko to na mojej, kurwa, zmianie! Jeśli sytuacja się pogorszy, ludzie wpadną w panikę. Mamy znowu wzywać Gwardię Narodową? Wysyłać lotnictwo? — Uderzył pięściami w stół. — Do jasnej cholery, co proponujecie?!

Farma Silver Steading, Utah

24 maja, 17:16

Range rover zawsze wydawał się Dave’owi Ketchenowi niepotrzebnym luksusem, mechaniczną skazą na jego sumieniu, fabryką trujących spalin. Podobnie jak quad, którym jeździł, gdy nie chciało mu się siodłać konia. Mimo to uważał się za gorliwego obrońcę środowiska, odkąd mógł się poszczycić odtworzeniem w dolinie naturalnego ekosystemu, a później posadzeniem pięter pożytecznych drzew rodzących orzechy i owoce, dających cień krzewiastym roślinom kwitnącym o różnych porach roku… Czy to nie miało żadnego znaczenia?

Zaczął w to wątpić mniej więcej osiem godzin temu. Siedząc w samochodzie, który zatrzymał w pustym buszu rozciągającym się wokół doliny, tulił do siebie butelkę burbona.

W dole wśród zieleni młodych liści skrzył się strumyk. Na jeziorku nie było już śladów lodu i uwijała się tam od rana rodzina bobrów, które dziesiątkowały młode drzewa na brzegach. Przed dekadą dolina była sucha jak pieprz, a strumyk pojawiał się na wiosnę pod warunkiem, że trochę popadało. Bobry zaprowadziły nowy porządek, co stanowiło ewidentny dowód na to, że matka natura może przeobrazić pustynię w raj, jeśli człowiek nie będzie jej przeszkadzał.

O tak, lista jego osiągnięć była imponująca. Razem z Ev wyjechał z miasta, zabierając dzieciaki. Kupił dolinę. Rancho w jej zachodniej części zostało przystosowane do hodowli bizonów, dzięki czemu jego sąsiad Jurgen Banks pozostawał na lekkim plusie, sprzedając chude mięso wykwintnym restauracjom na Wschodzie. Druga część, należąca do rezerwatu, stanowiła odizolowany kawałek ziemi Północnych Szoszonów, daleko spokrewnionych z grupą znad Rzeki Wężowej. Dawniej przez pewien czas na tym terenie wypasano bydło. Wymarłe miasteczko powiązane z zamkniętą nierentowną kopalnią było w tych okolicach najstarszym śladem europejskiego osadnictwa. Kiedy Szoszoni przejęli ranczo, sprzedali krowy i pozwolili, żeby zabudowania popadły w ruinę.

Dave szukał informacji, aby się dowiedzieć, co Szoszoni chcą robić na tej ziemi. Wszystko wskazywało na to, że nic. Pasowało mu to.

Tak więc dolina wydawała się idealna. Odcieki spływające z wyżej położonych terenów po obu stronach doliny niosły ze sobą jedynie naturalne zanieczyszczenia.

Dziesięć lat. Cudowna transformacja. W końcu doczekał się certyfikatu produkcji ekologicznej i wydawało się, że przeskok z farmerskich targowisk do ekskluzywnych supermarketów spożywczych jest w zasięgu ręki.

I raptem marzenia prysły.

Jakiś facet z Ministerstwa Myślistwa i Rybołówstwa rozwodził się w telewizji na temat rozwijających się korytarzy migracyjnych; jeden wił się na południe z Alberty w Kanadzie, drugi zaś, węższy, w tym samym kierunku z miejsca zwanego Południowo-Zachodni Saskatchewan. Zachodni korytarz ocierał się o wschodnie zbocza Gór Skalistych, lecz później rozgałęział się wzdłuż niewielkich dolin i równin. Drugi chyba zmierzał do Kansas.

— Dlaczego po prostu nie przetną kraju na pół… — mruknął Dave. Burbon wysuszył mu wargi. Zwilżył je kolejnym łykiem. — Pajac ze mnie, nie ma co.

Nawet trochę go to rozbawiło: w mieście rzeczywiście mieli go za cudaka. Hipis z ekologicznej farmy, ekowojownik, brodaty gość we flanelowej koszuli siadający za kierownicą nowiutkiego range rovera. Co sobota sprzedający worki z piniolą po zbójeckiej cenie.

Pole siłowe zrównało z ziemią ogrodzenia Jurgena. Jego stado bizonów, sześćdziesiąt trzy sztuki, mogło się paść gdziekolwiek, a więc i niżej w dolinie, skuszone świeżą zielenią. W tej sytuacji odcieki były najmniejszym zmartwieniem Dave’a.

Otworzył drzwi i wygramolił się z auta. Był zanadto wstawiony, żeby prowadzić samochód, choć prawie cała droga do domu prowadziła przez dzikie wertepy. Groziłyby mu leje krasowe, wielkie głazy, okresowe strumienie. Nie byłoby mu do śmiechu, gdyby utknął w błocie, złamał oś albo nawet dachował. Poza tym w czasie spaceru mógł trochę wytrzeźwieć. Nie chciał stanąć przed żoną i dziećmi nawalony jak świnia.

Ona przynajmniej by go zrozumiała. Właśnie wszystko stracili.

— Myślałby kto, że dokonanie czegoś dobrego na świecie coś znaczy. — Oparty o karoserię, popatrzył ponuro na bezchmurne niebo. Miał nadzieję dostrzec pierwszą gwiazdę, lecz było na to za wcześnie.

A w sklepiku Wild West, gdzie kupił butelkę, pieprzony Hal Smart pewnie ciągle chichotał, pytając raz po raz, czy może sobie przyjechać i ustrzelić bobra. Ha, ha…

No cóż, Hal, nie możesz. Właśnie od tego są te pola siłowe. Nie pofarciło się, jak to się mówi w tych stronach, tobie i twoim kumplom z pukawkami.

Chwila, Dave, a może wszyscy mamy pecha? Tak samo ty, jak i ja? Rany, i jak tu nie sięgnąć po flaszkę?

— Wystarczy jedna gwiazda, Boże, jedna.

Odepchnął się od samochodu i ruszył przed siebie, obejmując palcami szyjkę butelki. Mógł ją rzucić na ziemię, ale nie chciał zostawiać szkła. Chodziły tędy sarny, łosie, widłorogi. Trudno. Schowa ją w starym wychodku, z którego nikt już nie korzystał.

— Daj mi gwiazdę, Panie. Żebym mógł ją przekląć.

Kiedy zrobisz dobrą rzecz, nie chcesz, żeby się zmarnowała.

Boulder, Kolorado

24 maja, 21:56

— No więc co to wszystko oznacza? — Joey Sink patrzył na mrugające światełko kamerki internetowej. — Mówi się, że to Boży Mur. A tak serio? Ktoś widział ostatnio anioła? Ogień i morze siarki? A może po prostu mówi do nas Gaja: Wiecie co, ludzie, zwalniam was z posady opiekunów Ziemi? Czy może kto inny to mówi? Nie przebierając w słowach? Ktoś, kto się dopiero ujawni i od razu rozwiesi wielki transparent z napisem: „Ziemia pod nowym kierownictwem”? — Odczekał chwilę. — Więc jeśli te wielkie spodki zaczną krążyć nad Waszyngtonem i innymi stolicami na świecie… Cóż, czytaliśmy scenariusz, wcale nie jest wesoły. — Przekrzywił na bok głowę i uśmiechnął się kątem ust. — Ktoś słyszy tykanie zegara? Czy może tylko ja? Mówił Joey Sink z vloga Kitchen Sink. Hej, czy to nie był szalony dzień?

Rozdział 4

Nauka i nowe technologie to odzież, którą wkładają pisarze science fiction.

Jednak od czasu do czasu ktoś z nas woli iść w przyszłość na golasa, a to o wiele większe wyzwanie.

Samantha August

Orbita okołoksiężycowa

25 maja, 15:02 (na zegarku Samanthy August)

Nie możecie tego robić — oświadczyła Samantha. — Dręczycie najbardziej pokrzywdzonych przez los ludzi w najbiedniejszych rejonach świata. — Przed nią na ogromnym ekranie wyświetlała się mapa globu, zaskakująco obrócona, jakby leżała na boku, z biegunem północnym z lewej strony. Strefy wykluczenia zostały zaznaczone szarym cieniowaniem na plastycznym odwzorowaniu lądów i dna morskiego. Było ich mnóstwo. Pokazała palcem Amerykę Północną. — Odtwarzacie wielkie równiny. Stany Zjednoczone zostaną praktycznie przepołowione… aż do Kansas. To przecież centrum rolniczego zagłębia Ameryki.

— Postępujące antropogeniczne pogorszenie klimatu na Ziemi sprawi, że za czterdzieści lat wasze zagłębie rolnicze przestanie nadawać się do zamieszkania — odparł Adam. — Dzisiejsze migracje ludności to drobiazg w porównaniu z tym, czego doświadczycie za dwadzieścia pięć lat. Wzrost poziomu wód w oceanach, susze, pustynnienie, klęski żywiołowe. Wszystko to bezpośrednio wpłynie na habitaty zasiedlone przez ludzi, lecz wtedy żadne państwo nie będzie dysponować odpowiednimi środkami, by zażegnać kryzys. Krótko mówiąc, bez interwencji wasza cywilizacja upadnie jeszcze w tym stuleciu. Szacujemy, że życie straci ponad sześć miliardów osób. Niestety, wasze wyginięcie pociągnie za sobą zagładę całego biomu.

— Całkiem dużo dobrych nowin jak na jeden dzień. A więc przywrócicie czystą atmosferę?

— To konieczne, żeby przetrwał biom. Atmosfera zostanie oczyszczona do stanu z początków uprzemysłowienia, jeśli chodzi o dwutlenek węgla, metan i inne gazy cieplarniane.

— Dlaczego z początków uprzemysłowienia?

— Ażeby zapobiec nadejściu epoki lodowcowej. Należy ustabilizować cyrkulację prądów atmosferycznych, co niesie ze sobą konieczność poprawek zmierzających do uzyskania stanu równowagi…

— Czy to już się zaczęło?

— Jeszcze nie.

— Dlaczego zwlekacie?

— Ponieważ w pierwszej kolejności trzeba zająć się natychmiastowym powstrzymaniem ekspansji rodzaju ludzkiego, Samantho August.