Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Cena przetrwania? SB wobec „Tygodnika Powszechnego” ebook

Roman Graczyk

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 767 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cena przetrwania? SB wobec „Tygodnika Powszechnego” - Roman Graczyk

To książka, która wzbudziła głośną dyskusję, zanim jeszcze ukazała się na rynku,  po tym, jak Wydawnictwo Znak zrezygnowało z jej wydania. Pokazuje udane i nieudane werbunki SB w środowisku „Tygodnika Powszechnego” i w samej redakcji. Autor Roman Graczyk dokonał rzetelnej analizy materiałów archiwalnych. W tej książce nie ma uproszczonych interpretacji.

Graczyk wyważa historyczne racje: w czasach PRL-u „Tygodnik Powszechny” miał momenty heroiczne, ale był tez czas, gdy szedł na kompromisy z komunistyczna władzą. Opisuje ludzi niezłomnych w środowisku „Tygodnika Powszechnego”, ale też tych, których SB złamało, i zgodzili sie na współpracę. Autor wychodzi z założenia, że ta działalność nie powinna zostać przemilczana, i domaga się otwartej, publicznej debaty.

Opinie o ebooku Cena przetrwania? SB wobec „Tygodnika Powszechnego” - Roman Graczyk

Fragment ebooka Cena przetrwania? SB wobec „Tygodnika Powszechnego” - Roman Graczyk

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Wstęp
Rozdział I. „Tygodnik” a PRL (fragment)
Rozdział II. Powstrzymywanie „Tygodnika”
Rozdział III. Nieudane werbunki, czyli czapki z głów!
Rozdział IV. W sidłach
Rozdział V. Przypadek osobny (1): Halina Bortnowska
Rozdział VI. Przypadek osobny (2): Stefan Wilkanowicz
Rozdział VII. Przypadek osobny (3): Marek Skwarnicki
Rozdział VIII. Przypadek osobny (4): Mieczysław Pszon
Rozdział IX. Konkluzja
Przypisy
Okładka

Copyright © Roman Graczyk, Czerwone i Czarne

Projekt okładki Andrzej Jacyszyn

Zdjęcie na okładce: Maciej Jeziorek/FORUM

Redakcja Przemysław Skrzydelski

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne sp. z o.o. Rynek Starego Miasta 5/7 m.5 00-272 Warszawa

Druk i oprawa Drukarnia Narodowa SA ul. Półłanki 18 30-740 Kraków

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-084-7

Konwersja do formatu epub: pan@drewnianyrower.com

Warszawa 2011

Praca powstała w ramach ogólnopolskiego projektu Instytutu Pamięci Narodowej

Wstęp

1.

Pomysł napisania książki o próbach wpływania na środowisko „Tygodnika Powszechnego” podejmowanych przez Służbę Bezpieczeństwa zrodził się w kontekście publicznych debat ostatnich lat o historii PRL-u. Bezpośrednim impulsem do jej powstania była prośba naczelnego redaktora „Tygodnika” księdza Adama Bonieckiego i grona jego najbliższych współpracowników, skierowana pod moim adresem jesienią 2006 roku. Intencją redaktorów „TP” było, ażeby publikacją opartą na solidnych źródłowych badaniach przeciąć pojawiające się w obiegu publicznym spekulacje bazujące na informacjach niepełnych albo zgoła niepewnych. Nie bez wahań podjąłem się tego zadania, uzyskawszy wpierw zapewnienie moich rozmówców, że przyjmą każdy wynik kwerendy – także tej w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, mającej być główną podstawą źródłową przygotowywanej książki.

Gdy przyjąłem tę propozycję, nie byłem jeszcze pracownikiem IPN-u. „Tygodnik” już wcześniej prosił Instytut, by podjął się takiego opracowania, i w konsekwencji naszych ustaleń z jesieni 2006 doszedł w tej sprawie do porozumienia z ówczesnym dyrektorem krakowskiego oddziału IPN-u, prof. Ryszardem Terleckim. W tym kontekście w styczniu 2007 ówczesny prezes Instytutu dr Janusz Kurtyka zaproponował mi pracę etatową, którą wkrótce rozpocząłem.

***

Nie ulega wątpliwości, że na tle innych środowisk społecznych tamtej doby (1956 – 1989) „Tygodnik” jawi się jako zjawisko zupełnie specjalne. Jego specyfika polegała na tym, że środowisko to nigdy nie dało się sprowadzić do roli pasa transmisyjnego Partii do społeczeństwa – a taką rolę generalnie w PRL-u przewidziano dla środków masowego przekazu oraz – w mniejszym stopniu – dla wydawnictw i stowarzyszeń.

W pierwszym okresie, tj. do likwidacji pisma w roku 1953, środowisko wręcz podkreślało, że nie akceptuje filozoficznych przesłanek nowego ustroju, zaznaczało swoją obecność w życiu publicznym z tym zastrzeżeniem (tak długo, jak długo to było możliwe wobec nasilającej się represyjności systemu), że nie bierze odpowiedzialności za – jak wtedy mówiono – „budownictwo socjalistyczne”. W drugim okresie, od Października 1956 1 do odejścia Stanisława Stommy z Sejmu PRL w 1976 r., było to – na skromną miarę, ale jednak – wzięcie odpowiedzialności za realne państwo, jakie wtedy istniało, zgodnie z doktryną „neopozytywizmu” 2. Polegało to na symbolicznej (5 posłów 3) obecności w systemie politycznym PRL-u, ale przy domaganiu się od władz respektowania pewnego minimum autonomii środowiska i – w odróżnieniu od PAX-u – bez aspirowania do udziału we władzy (w PRL-u parlament nie był elementem rzeczywistego systemu władzy). Wreszcie w trzecim okresie, od roku 1976 do upadku komunizmu, mamy do czynienia z nastawieniem najpierw dyskretnie, a potem otwarcie opozycyjnym.

„Tygodnik Powszechny”, miesięcznik „Znak”, Wydawnictwo Znak i krakowski Klub Inteligencji Katolickiej były zjawiskami szczególnymi w pejzażu instytucjonalnym, politycznym i ideologicznym PRL-u. Państwo komunistyczne było tworem ideologicznym. Jego totalitarna natura objawiała się w ambicji ukształtowania jednolitych ludzkich postaw, a nawet jednolitych poglądów – aprobaty dla teorii marksistowskiej i dla praktyki realnego socjalizmu. Jednak występujące cyklicznie kryzysy gospodarczo-polityczne na tle strukturalnych sprzeczności tego ustroju powodowały konieczność taktycznego zawieszania czy relatywizowania tych ambicji. Tak też należy tłumaczyć koncesje dawane przez władzę komunistyczną różnym środowiskom (np. chłopom, rzemieślnikom, Kościołowi instytucjonalnemu czy też katolikom świeckim), od których oczekiwała ona okresowego poparcia, kiedy nie wystarczała już zwykła legitymizacja wywiedziona z doktryny dyktatury proletariatu.

Takie koncesje uzyskały środowiska katolickie (w tym środowisko „Tygodnika Powszechnego”), które niedługo później utworzyły ruch „Znak”, jesienią 1956 r. od powracającej do władzy ekipy starego-nowego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki. W Krakowie uzyskano: prawo do ponownego wydawania „Tygodnika” i miesięcznika „Znak”, do założenia klubu, a wkrótce także do założenia wydawnictwa książkowego.

Siła ciążenia komunistycznego, totalitarnego wzorca była duża, więc bardzo szybko władze zaczęły ograniczać obszar wolności wyznaczony jesienią 1956. Ale instytucje stworzone w następstwie Października istniały i tworzyły pewną barierę ochronną dla owych, po-Październikowych wolności. Stąd rzeczywisty status tych wolności był aż do końca PRL-u zawsze wynikiem ścierania się tych dwóch tendencji. I jakkolwiek zarówno przywództwo całego ruchu „Znak”, jak i przywództwo grupy krakowskiej czyniło liczne ustępstwa w obawie, iż zbyt stanowcza postawa krytyczna stanowić będzie zagrożenie dla istniejących instytucji, a nawet dla ich dalszego bytu, to mimo wszystko klub, wydawnictwo i redakcje pozostawały w Krakowie oazą relatywnej wolności. W kręgu „Tygodnika” ludzie czuli się – i rzeczywiście byli – bardziej wolni niż w dookolnej PRL-owskiej rzeczywistości.

Wiele na ten temat już napisano (por. książki Jacka Żakowskiego, Roberta Jarockiego czy Tadeusza Kraśki 4), trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że w tych pracach nie udało się zachować stosownego dystansu wobec przedmiotu badań. Można to wytłumaczyć choćby nastawieniem psychicznym autorów piszących wtedy o czasach PRL-u. Oto wobec władzy o ambicjach totalitarnych i społeczeństwa, które w tej sytuacji w wielkim stopniu ulega pokusie konformizmu, jawi się nam grupa ludzi, którzy zachowują się inaczej. Wprawdzie ludzie ci (ponieważ zdecydowali się działać legalnie w warunkach państwa komunistycznego) prowadzą z władzą swego rodzaju grę, ulegają też pewnym złudzeniom co do rzeczywistych celów komunizmu, ale generalnie zachowują w stosunku do władzy autonomię. Można nawet rzec, że aspiracja do zachowania owej autonomii jest jednym z podstawowych wyznaczników ich działania w przestrzeni publicznej. Wszystko to prawda, tyle że w takiej sytuacji dziejopis PRL-u staje z kolei wobec pokusy tworzenia złotej legendy tych, którzy – jak „Tygodnik” – nie dali się do końca zasymilować.

Tymczasem wydaje się, że pisanie historii musi dokonywać się bez żadnych a priori. Historyk opisuje to, co odkrywa w trakcie swoich badań – niezależnie od osobistych nastawień. Nie oznacza to postulatu pisania historii beznamiętnej – takowa byłaby niestrawna dla Czytelnika. Oznacza jednak postulat maksymalnej troski o obiektywizm (rzec można: obiektywizm do bólu, bo niekiedy przychodzi płacić za to pewną cenę).

Autor niniejszej książki przeprowadził w archiwum krakowskiego oddziału IPN-u obszerną kwerendę. Jej wynik w pewnym stopniu modyfikuje nazbyt jednostronne oceny sformułowane wcześniej bez znajomości tych dokumentów. Zresztą można łatwo udowodnić, że wyżej wspomniane prace nie dość rygorystycznie analizują także źródła ogólnodostępne, ze starymi rocznikami „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku” włącznie.

Nie apologetyczny, lecz po prostu prawdziwy obraz tego środowiska musi uwzględniać i jego obiektywną rolę zarówno jako grupy quasi-opozycyjnej (jak ją powyżej zarysowano), jak i wszelkie próby jej politycznej neutralizacji przez reżim komunistyczny – nieudane, ale także i te udane, jawne i tajne (czyli działania operacyjne Służby Bezpieczeństwa). Taka, być może, była po trosze cena trwania w tamtym układzie. Nie chodzi więc ani o szukanie sensacji, ani o piętnowanie, ale o wyważony opis tej zadziwiającej koegzystencji katolików z komunistami. Ta koegzystencja była zjawiskiem tak nietypowym w PRL-owskiej rzeczywistości, że dla kogoś, kto dobrze rozumie, czym był komunizm, aż niewiarygodnie brzmią laurkowe opowieści o tym, jak to „Tygodnik” z przyległościami przez 45 lat nie robił niczego innego, jak tylko „walczył z komuną”. O „walce z komuną” można byłoby mówić w przypadku „Tygodnika Warszawskiego”, ale pamiętajmy, że jego redaktorzy trafili do więzienia. W przypadku „TP” tak po prostu nie było, bo i – w tamtym państwie – po prostu być nie mogło. A co było? Były próby – raz bardziej, a raz mniej udane – przetrwania w niesprzyjającym otoczeniu, z zachowaniem możliwie dużej dozy autentyczności.

Antynomia pomiędzy wolą niezależności a wolą przetrwania w warunkach reżimu totalitarnego wydaje się godna opisania. Bo – jak zawsze, gdy mamy do czynienia z ludzkimi losami – najciekawsze jest napięcie między dążeniem do autentyczności a skłonnościami przystosowawczymi. Historia środowiska „Tygodnika” jest pod tym względem wielce pouczająca. Bo mimo wskazanej wyżej odmienności grupy „Tygodnika” nie obyło się bez gorzkich kompromisów całego środowiska ani bez osobistych klęsk niektórych jego uczestników. Owe kompromisy dokonywały się przy otwartej kurtynie, więc powinny być w historycznej świadomości znane równie dobrze jak momenty chwały. Tak nie jest. Problem w tym, że pomnikowe podejście do historii uniemożliwia dostrzeżenie ich znaczenia. Efekt jest taki, że z czasów stalinowskich „Tygodnikowi” pamięta się niezgodę na wydrukowanie pochwalnego artykułu po śmierci Generalissimusa (co doprowadziło do zabrania tytułu prasowego redakcji kierowanej przez Jerzego Turowicza), ale nie pamięta się potępienia oskarżonych w procesie kurii krakowskiej 5. Zupełnie odwrotnie, PAX-owi pamięta się wszystko najgorsze, co było jego udziałem. Tak to bywa, gdy Historia osądzi kogoś jako zwycięzcę albo jako przegranego. „Tygodnik” został – słusznie – osądzony jako historyczny zwycięzca, PAX (a w każdym razie PAX Bolesława Piaseckiego) – też słusznie – jako historyczny bankrut. Tyle tylko, że patrząc na dzieje określonego środowiska wyłącznie z takiej finalnej perspektywy, redukujemy je do tego historycznego werdyktu. Prawdziwa historia jest bardziej złożona.

2.

Jest intencją autora pokazanie aktywności SB jako jednego z elementów całego systemu oddziaływań na to środowisko. Jedynie forma działań SB była oryginalna, natomiast cel pozostawał ciągle ten sam i ten sam był ciągle polityczny dysponent: kierownictwo Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. PZPR wyznaczała na każdym etapie cele cząstkowe, realizowane przez wyspecjalizowane agendy: Urząd do Spraw Wyznań i jego filię w Krakowie pod nazwą Wydziału do Spraw Wyznań, Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk (później Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk) oraz jego krakowską delegaturę, no i w końcu IV Departament MSW oraz krakowski IV Wydział KWMO 6.

Powyższa obserwacja nie powinna jednak prowadzić do wniosku, że w takim razie można zredukować działania Służby Bezpieczeństwa do aktywności pozostałych agend aparatu przymusu. Że, innymi słowy, skoro potrafimy opisać pracę GUKPiW, UdSW i PZPR, to skupianie uwagi na pracy Służby Bezpieczeństwa jest zbędne z poznawczego punktu widzenia. Nic bardziej błędnego. Każda z tych agend aparatu przymusu działała w sposób sobie właściwy.

Wydział do Spraw Wyznań w Krakowie zabiegał np. o to, aby metodą administracyjnych nacisków zniechęcić Klub Inteligencji Katolickiej do organizowania publicznych odczytów na pewne tematy uznane za nadto drażliwe politycznie. Ten sam urząd, tyle że na szczeblu centralnym dawał „Tygodnikowi”, miesięcznikowi „Znak” i Wydawnictwu Znak raz większe, a innym razem mniejsze przydziały papieru. Cenzura kreśliła teksty w wydawnictwach tego środowiska raz mniej, a raz bardziej rygorystycznie. Notabene ważne jest zauważenie generalnej postawy liderów środowiska wobec tych prób kneblowania ust, polegającej na tym, że próbowano testować, gdzie są granice tego, co władza uznaje za jeszcze dopuszczalne – podczas gdy wcale nierzadka była w PRL-u postawa całkowitego zdania się wydawców prasy na arbitralność władzy.

We właściwy sobie sposób działała też Służba Bezpieczeństwa. Spotykane w publicystyce próby przesłonienia aktywności SB przez działania pozostałych agend aparatu przemocy są o tyle jeszcze nieuzasadnione, że zgoła inny był ciężar gatunkowy współpracy z SB i – dajmy na to – z cenzurą. Owszem, można było się z cenzurą wykłócać bardziej, mniej albo wcale, ale każdy wydawca czy redaktor legalnej gazety z góry godził się na poddanie swojej gazety jej kontroli. W tym sensie każdy wydawca czy redaktor z cenzurą współpracował. Lecz nie było to żadną tajemnicą już wtedy. I tylko fundamentalni antykomuniści gotowi są uznać, że tak pojmowana współpraca z władzą komunistyczną była sama w sobie hańbiąca. Zgoła inaczej rzecz się ma, gdy chodzi o współpracę, z natury rzeczy tajną i o innym ciężarze gatunkowym, ze Służbą Bezpieczeństwa.

Historia zabiegów SB o pozyskanie jak największej liczby i jak najbardziej użytecznych współpracowników w tym środowisku (zarówno pod względem stosowanych metod, jak i pod względem skuteczności werbowania) nie odbiega od podobnych starań SB w innych środowiskach. W przypadkach granicznych pytanie, kogo zaliczyć, a kogo nie do grona współpracowników SB, jest otwarte. Opowiadam się w tej kwestii za pewną powściągliwością (szczegóły w rozdziale czwartym). Mimo tego świadomie powściągliwego podejścia nie utrzyma się lansowane od kilku lat twierdzenie, że liczba agentury wokół „Tygodnika” była znikoma. Dyskusyjna pozostaje inna hipoteza: że współpracownikami Bezpieki byli wyłącznie ludzie ulokowani na niskim szczeblu decyzyjnym środowiska 7.

Także 20-letni (1956/1957 – 1976) okres oficjalnego uczestnictwa środowiska w systemie politycznym nie może być lekceważony. Nie da się na poważnie bronić poglądu, że mimo wieloletniego partycypowania w instytucjach PRL-u środowisko cały czas prowadziło wojnę z systemem. Trzeba powiedzieć, że był to, specyficzny i powściągliwy, ale jednak udział w tym systemie. W sumie więc widać jasno, że nie lukrowany, lecz prawdziwy obraz środowiska nie jest aż tak krzepiący, jak chcą Żakowski, Jarocki czy Kraśko, choć pozostaje on ciągle krzepiący na ogólniejszym tle stosunków społecznych w PRL-u.

3.

Książka została skonstruowana tak, że ma być w niej ukazana przede wszystkim aktywność Służby Bezpieczeństwa wobec tego środowiska. W tym sensie nie będzie to ani „historia intelektualna grupy »Tygodnika Powszechnego«” ani jej „historia polityczna”, jednak elementy obu wskazanych tu ujęć będą w książce silnie obecne. Nie będzie to też „historia agentury wokół »Tygodnika Powszechnego«”. Bo choć interesuje nas przede wszystkim relacja Służba Bezpieczeństwa – środowisko „TP”, to nie chodzi przy tym, aby epatować czytelnika opisami czy to „kombinacji operacyjnych” SB w stosunku do środowiska, czy to moralnych upadków ludzi, którzy podjęli tajną współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Należy ukazać i te „kombinacje operacyjne”, i ową tajną współpracę tak, by ani nie powstało błędne wrażenie, że Służba Bezpieczeństwa działała w sposób autonomiczny (w oderwaniu od ideologicznego celu komunistów i od aktywności całego aparatu przymusu), ani takie, że samo posiadanie agentury oznaczało automatycznie możliwość sterowania poczynaniami grupy, ani wreszcie takie, że każdy przypadek współpracy da się ocenić tak samo. Przede wszystkim jednak należy je ukazać na tle stosunków politycznych tamtej doby, dominujących zachowań publicznych i zmieniającej się pozycji środowiska wobec systemu władzy komunistycznej i wobec komunizmu jako projektu społecznego. Sporo miejsca zajmuje opisanie przypadków osób, które nagabywane do współpracy nie uległy tej presji, co – szczególnie we wczesnej fazie po Październiku – było postawą godną najwyższego szacunku.

Nie będzie to historia pisma „Tygodnik Powszechny”, lecz historia środowiska skupionego wokół redakcji mieszczącej się w Krakowie przy ul. Wiślnej 12. Przez środowisko „Tygodnika Powszechnego” rozumiem w tej pracy krakowską część ruchu „Znak”, czyli: „Tygodnik Powszechny”, miesięcznik „Znak”, Wydawnictwo Znak i Klub Inteligencji Katolickiej w Krakowie. Terminu „środowisko »Tygodnika Powszechnego«” używam zamiennie z dwoma innymi: „grupa »Tygodnika Powszechnego«” i „grupa krakowska”. To środowisko zaś było z jednej strony organizacyjnie zróżnicowane, ale z drugiej – silnie ideowo i personalnie scementowane. Wszyscy jego członkowie uznawali ideowe przywództwo „Tygodnika Powszechnego” i autorytet Jerzego Turowicza. Bardzo silne były też przepływy personalne pomiędzy poszczególnymi organizacyjnymi komórkami środowiska 8.

Zakres czasowy pracy mieści się w latach 1956 – 1989 (z nielicznymi wyjątkami od tej reguły) z tej racji, że okres sprzed likwidacji „Tygodnika Powszechnego” w roku 1953 jest słabo udokumentowany w archiwach krakowskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Z zachowanych informacji wynika jednak, że w tym czasie działania operacyjne wokół „TP” były śladowe, to zaś oznacza, że Bezpieka mało się wtedy tym środowiskiem interesowała, mając groźniejszych przeciwników – najpierw oddziały leśne, potem PSL, później Kościół. Dlatego rzeczywista historia prób oddziaływania Bezpieki na „TP” zaczyna się po przełomie 1956.

4.

Książka, którą Czytelnik bierze do rąk, nie powstaje w ideowej próżni, lecz w pewnym dominującym klimacie ideowym. W tym klimacie dość mocne prawo obywatelstwa ma ciągle pogląd, zgodnie z którym już samo badanie archiwów b. Służby Bezpieczeństwa bywa uważane za zajęcie niegodne ludzi dobrze wychowanych. Tym większa trudność powstaje, kiedy z tych archiwów wywodzi się wiedza pozostająca niekiedy w sprzeczności z utrwalonymi wyobrażeniami. W tym klimacie silnie obecny jest też inny pogląd. Zgodnie z nim historyczne hierarchie win i zasług za okres PRL-u zostały już ustalone w sposób definitywny. Jeśli badania historyczne te hierarchie, choćby w małym stopniu, podważają, godne są potępienia jako groźny rewizjonizm, postawa nieledwie antypatriotyczna. Nie widzę potrzeby tłumaczenia, dlaczego taki pogląd jest nonsensowny z punktu widzenia wolności badań naukowych i wolności słowa.

W tym kontekście chciałbym wyjaśnić, dlaczego można i trzeba napisać książkę o historii środowiska „Tygodnika Powszechnego” opartą w głównej mierze na archiwaliach b. SB.

Istotnie jest tak, że ogólny obraz jest inny, gdy się uwzględni zawartość tych archiwów, a inny, gdy się jej nie uwzględni. Jest on – zwyczajnie – pełniejszy w pierwszym przypadku, a uboższy w drugim. Dobrowolne pozbywanie się pewnego obszaru wiedzy historycznej wydaje się już samo w sobie postawą dziwaczną i nie do zaakceptowania dla uczciwego badacza historii. Tym gorzej, gdy taki redukcjonizm dokonuje się pod szyldem obrony dobrego imienia ludzi zasłużonych dla Polski. Tak zrodziły się w ostatnich latach oskarżenia szermujące epitetami „policjanci pamięci” czy „fałszerze historii” 9. Tego rodzaju rozumowanie można byłoby uznać za uprawnione tylko wtedy, gdyby przyjąć, że Służba Bezpieczeństwa zajmowała się systematycznie fałszowaniem swoich dokumentów. Jednak każdy, kto poznał te dokumenty i metody pracy SB, wie, że jest to twierdzenie pozbawione podstaw. A zatem nie można ocenić oskarżeń o „szkalowanie dobrego imienia” inaczej niż jako swoisty szantaż moralny i próbę ukrycia niewygodnej prawdy. Nie godząc się na to, trzeba jednak przyznać, że interpretacja dokumentów wytworzonych przez SB (jak zresztą i tych pochodzących z innych źródeł) może niekiedy nastręczać trudności interpretacyjnych. Autor nie ubiega się o status nieomylnego, będzie się jednak domagał zawsze prawa do przedstawienia motywów swojej interpretacji, a czasem do podzielenia się z Czytelnikami swoimi wątpliwościami.

Dlaczego można napisać taką książkę? Bo mimo przetrzebienia archiwów SB w momencie oddawania przez komunistów władzy (na przełomie 1989 i 1990) zachowało się na tyle dużo dokumentów, że pozwala to nakreślić ogólny obraz inwigilacji tego środowiska przez SB. Jeśli chodzi o osoby uwikłane we współpracę z Bezpieką, niekiedy zachowała się niemal pełna dokumentacja, kiedy indziej częściowa, czasami zaś dysponujemy jedynie dowodami pośrednimi (gdy zostały zniszczone akta personalne, ale pewne ważne informacje przetrwały w innego rodzaju dokumentach). Kiedy pozwala to na jednoznaczne określenie tożsamości osoby, jej personalia zostaną ujawnione, nawet jeśli wskutek braków w dokumentacji zakres i znaczenie jej współpracy nie dadzą się jednoznacznie określić. Zawsze jednak Czytelnik zostanie lojalnie poinformowany o wszystkich wątpliwościach wynikających ze stanu dokumentacji.

Zasadniczo ujawniam nazwiska współpracowników Bezpieki od razu, przy pierwszym cytowanym dokumencie wytworzonym przy ich udziale. Czynię jednak wyjątek dla osób, których historie kontaktów z SB przedstawiam w rozdziałach od piątego do ósmego. Każdy z tych rozdziałów i każdą z tych historii nazywam „przypadkiem osobnym”. Są to historie z różnych powodów niepoddające się jednoznacznej interpretacji; dlatego uznałem, że lepiej będzie ujawnić nazwiska bohaterów tych opowieści dopiero wraz z ich nieprostymi historiami.

Osobnym problemem jest ujawnianie (bądź nie) faktu współpracy z Bezpieką osób, które występują w opisywanych historiach, ale nie są związane ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego” (choć niekiedy to – z kolei – może być sporne). Przyjąłem zasadę, że ujawniam tę okoliczność tylko w takim wypadku, gdy ma to istotne znaczenie dla opisywanych wydarzeń.

Dlaczego taką książkę napisać trzeba? Bo po bliższym wejrzeniu w historię tego środowiska okazuje się ona bardziej skomplikowana niż dotychczasowe o niej wyobrażenia. Zapewne podniosą się głosy – już je słychać od osób, które książki nie czytały, ale mają na jej temat ugruntowany pogląd – że kieruje mną jakoby niechęć do środowiska, z którego się wywodzę. Ten zarzut przynależy do kategorii nieobalalnych – przynajmniej dla pewnego typu osobowości przekonanych o tym, że są w historii Polski tacy ludzie i takie biografie, które można wyłącznie czcić, a kto choćby tylko niuansuje oceny, ten kierowany jest złą wiarą lub ignorancją. Cóż na to można poradzić? Prawdę mówiąc, niewiele. Jedyną moją bronią jest rzetelność badań, precyzja wywodu i powściągliwość wniosków.

Gdyby jednak ktoś chciał rzeczywiście zapytać o intencje i byłby autentycznie ciekaw mojej odpowiedzi, powiedziałbym, że chodzi mi o to, żeby zwyczajnie ustalić, jak było naprawdę. A w każdym razie – zbliżyć się do tej prawdy. Takie prześwietlenie utwierdzonych już hierarchii cnót i zasług każe nieco te hierarchie zmodyfikować. W moim przekonaniu dokonana w ten sposób korekta pokazuje skazy na pomniku „Tygodnika Powszechnego”, które wcześniej nie były widoczne, ale tego pomnika nie obala. Taki wniosek narzuca się po spokojnym wejrzeniu w tę nieprostą, a ciekawą historię.

Tej konkluzji nie traktuję jednak jak alibi. Bowiem na pytanie, co by było, gdyby się okazało, że skazy na pomniku są większe, albo wręcz, że pomnik musi lec w gruzach, odpowiadam z całą prostolinijnością: taka praca i tak musiałaby powstać, bo tylko prawda jest ciekawa.

Zapewne jednak ta praca znajdzie się w ogniu krytyki także z przeciwnego kierunku: ze strony fundamentalistów antykomunizmu. Tym odpowiadam, że nie mam żadnych kompleksów w zakresie mojego stosunku do komunizmu. Stać mnie na pisanie „Bezpieka”, a nie „bezpieka” – uważam to bowiem za rozumną konwencję językową na oznaczenie nie jakiejkolwiek policji politycznej świata, ale policji politycznej PRL-u. Podobnie stać mnie na pisanie „Partia”, a nie „partia” (tak samo zresztą pisało wielu autorów poza cenzurą przed 1989 r.) – nie czynię tak przecież dla moralnego waloryzowania PZPR, a jedynie dla podkreślenia, że PZPR była partią rządzącą i obdarzoną monopolem władzy, w przeciwieństwie do jej dwóch koncesjonowanych sojuszników: ZSL-u i SD. Inaczej mówiąc, uważam, że nie jest dobrze, jeśli pisząc o historii, dodajemy sobie animuszu, mnożąc pouczenia moralne – także wtedy, gdy bohaterowie naszej opowieści obiektywnie na nie zasługują. To trochę kwestia gustu. Czytelnik nie znajdzie tu sformułowań w rodzaju „zbrodniczy reżim PRL-u”, chociaż nie ulega dla mnie wątpliwości, że w istocie tamten reżim był (a co najmniej bywał) zbrodniczy.

5.

Najważniejsza część kwerendy odbyła się w archiwum krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, nieliczne materiały pochodzą z centralnego archiwum Instytutu. Ważną rolę spełniła ponowna (a niekiedy pierwsza dla mnie) lektura tekstów z „Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Znak” sprzed 1989 r. Ważna, ale pomocnicza rola przypadła w udziale materiałom z Archiwum Jerzego Turowicza, z Archiwum Państwowego w Krakowie i z archiwum krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Tu, gdzie to było możliwe, prosiłem świadków epoki o ustosunkowanie się do informacji zawartych w dokumentach. Dokumenty cytuję w wersji oryginalnej. Opatruję je własnymi dopiskami (oznaczonymi kwadratowymi nawiasami) tylko wtedy, gdy ich brak mógłby wprowadzić Czytelnika w błąd co do sensu cytowanych tekstów. Świadkom historii umożliwiłem nieograniczone możliwości wyklarowania wszelkich niuansów ich niegdysiejszych wyborów. Nie ponoszę jednak żadnej odpowiedzialności za decyzję dwóch z nich, którzy odmówili autoryzowania zredagowanych już wielogodzinnych rozmów. Ani za decyzję osoby związanej blisko z „TP” przez kilka dekad, która mimo wcześniejszych zapewnień ostatecznie odmówiła mi wszelkiej współpracy.

Bez wątpienia wśród materiałów archiwalnych, które posłużyły do napisania tej książki, największy jest udział tych pozostałych po Służbie Bezpieczeństwa. I tak być musi. Kto by z tego chciał czynić zarzut (a w debacie publicznej dotyczącej rozliczeń z PRL-em tego typu głosy nie należały w ostatnich latach do rzadkich), dowodziłby, że nie rozumie ani istoty tamtego państwa, ani istoty opisywanych w głównym nurcie tej książki mechanizmów tamtym państwem rządzących. Państwo było totalitarne w swojej ideologicznej ambicji, a autorytarne w praktyce rządzenia po 1956 r., zaś opisywane mechanizmy – w znacznej części niejawne. Wobec tego ich zobrazowanie i zrozumienie nie może się obyć bez materiałów operacyjnych ówczesnej policji politycznej.

Natomiast poprawne rozumienie opisywanych w tych materiałach wydarzeń i procesów nie jest możliwe bez dobrej znajomości „jawnej” historii środowiska. Dlatego niniejsza książka nie jest prostym streszczeniem zawartości archiwów SB, lecz próbą rzucenia tej treści na ogólniejsze tło – i, w końcu, próbą odpowiedzi na pytanie, co wynika z takiej konfrontacji.

Tak zwana literatura przedmiotu nie jest bogata, bo i nie może być. Prezentowana praca ma bowiem, poniekąd, charakter pionierski. Tym niemniej prowadzone badania odbywały się na tle pewnej wiedzy ogólnej. Wśród wielu książek o środowisku „Tygodnika Powszechnego” wymienić tutaj należy głównie te, które rysują jego historię polityczną i intelektualną – właśnie z tak rozłożonymi akcentami.

Pierwsze (chronologicznie) z nich pisane były jeszcze pod rygorami cenzury, ale nie zapominajmy, że i „Tygodnik” do 1989 r. podlegał cenzurze, a mimo to potrafił wyartykułować swój własny pogląd na Polskę, Kościół i świat. Myślę tu o pracach Stanisława Stommy 10 i Tadeusza Mazowieckiego 11 z lat, kiedy obaj byli posłami koła „Znak”. Pozycją klasyczną jest książka Andrzeja Micewskiego o historii PAX-u i „Znaku” 12. Mimo że pisana była przed wielu laty i obejmuje częściowo inne okresy tej historii niż niniejsza praca, pozostaje wciąż (choć z zastrzeżeniem, o którym wspominam w „Konkluzji”) ważnym punktem odniesienia. Ważnym punktem odniesienia są też „Dzienniki” Stefana Kisielewskiego 13. Istotne są również książki Andrzeja Friszkego o kole poselskim „Znak” 14 i o warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej 15 oraz – pisana z innych pozycji ideowych – praca Macieja Łętowskiego o kole „Znak” 16.

Pewnym punktem odniesienia są też książki wspomnieniowe ludzi z kręgu „Tygodnika”, powstałe po 1989 r. – a to prace: ks. Andrzeja Bardeckiego, Józefy Hennelowej, Marka Skwarnickiego, Stefana Wilkanowicza i Krzysztofa Kozłowskiego 17. Wielokrotnie czynię do nich odwołania, nie tając jednak, że one – w moim przekonaniu – zawodzą o tyle, że generalnie marnują szansę, jaką daje wolność słowa, której przecież do 1989 r. tak dramatycznie brakowało. Marnują szansę, ażeby opisać także aspekty mniej chwalebne tej historii, a już niemal zupełnie pomijają problem inwigilacji „Tygodnika” przez SB. Jeśli o tym wspominają, to tylko jako o pewnej zewnętrznej niedogodności wynikającej z cech systemowych PRL-u. Nie jest to z pewnością wystarczające ustosunkowanie się do tego złożonego problemu.

Moja praca, niejako, idzie po śladach kilkorga współczesnych badaczy, którzy wcześniej częściowo podjęli ten problem. Mam na myśli prace Filipa Musiała i Jarosława Szarka 18, Marka Lasoty 19, Cecylii Kuty 20 oraz Pawła Kaźmierczaka 21. Ich prace miały nieco inny zakres przedmiotowy, ale w części pokrywał się on z materią mojej książki. Inna różnica jest taka, że mnie udało się dotrzeć do pewnych materiałów, do których moi poprzednicy nie dotarli, stąd możliwe było postawienie pewnych hipotez dalej idących niż te obecne w tamtych pracach. Z pewnością jednak badania trzeba kontynuować. Specyfika archiwów b. SB (sposoby archiwizowania materiałów oraz poważne zniszczenia dokonane w nich w 1989/1990 r.) powoduje, że kwerenda jest niezwykle żmudna, przypominając niekiedy układanie puzzli, a interpretacja dokumentów bywa niełatwa. Ufam jednak, że moja praca stanowi pewien krok naprzód w rozwikłaniu badanego problemu. Dla interpretacji odnalezionych dokumentów ważne znaczenie ma pewien korpus specjalistycznej wiedzy badawczej wytworzony w ciągu 10 lat istnienia Instytutu Pamięci Narodowej. Wśród pozycji, które przynoszą najwięcej użytecznej wiedzy o archiwach b. SB, wymienić należy książkę Filipa Musiała 22 oraz pracę zbiorową pod jego redakcją 23.

Niniejsza książka jest elementem projektu badawczego Instytutu Pamięci Narodowej „Aparat represji wobec środowiska dziennikarskiego 1945-1990”, kierowanego najpierw przez prof. Andrzeja Zybertowicza, a potem przez prof. Tadeusza Wolszę. Stąd w toku pracy nad nią opublikowałem kilka popularno-naukowych tekstów cząstkowych, niejako znaczących etapy zaawansowania mojego głównego projektu 24. Jednak prezentowana książka nie jest kompilacją tych ani innych wcześniej powstałych tekstów. Jedynie ostatnie akapity rozdziału drugiego, poświęcone problemowi zniszczenia akt SB, są przeredagowanym fragmentem artykułu Środowisko „Tygodnika Powszechnego” „w zainteresowaniu” Służby Bezpieczeństwa – wybrane problemy25. Pozostałe, choćby i korzystały z wcześniej opublikowanych tekstów i zawartej tam wiedzy autora, są pisane na nowo.

Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej książki. Moim kolegom z Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie, a w szczególności: Cecylii Kucie i Filipowi Musiałowi – za pomoc w kwerendzie, Marcinowi Kasprzyckiemu i (jeszcze raz) Filipowi Musiałowi – za cenne uwagi poczynione po lekturze roboczej wersji tekstu. Także Januszowi Poniewierskiemu i Wojciechowi Pięciakowi, moim kolegom z „Tygodnika Powszechnego” – za ich wnikliwą lekturę roboczej wersji.

***

Mam do środowiska „Tygodnika Powszechnego” stosunek osobisty, wynikający najpierw z kilkuletniej (1983 – 1991) pracy w jego redakcji, a następnie z wieloletniej i do dziś nieprzerwanej współpracy z tym pismem. To może być i atutem, i przeszkodą w pisaniu tego rodzaju książki. Czytelnicy muszą sami ocenić, co tu przeważyło.

W każdym razie chociaż jestem dumny z moich związków z tym środowiskiem, to wiem, że ta duma nie może powstrzymywać moich powinności badacza. Wydaje mi się też, że dla samego środowiska jest dziś ważne, jaki wypracuje sobie stosunek do własnej historii. Czy to będzie stosunek nabożny, zakazujący stawiać trudne pytania? Czy też stosunek oparty na imperatywie poszukiwania prawdy?

Oprócz tego, że chciałbym tą pracą zbliżyć się do prawdy, chciałbym też przyczynić się – na moją skromną miarę – do budowania tej drugiej postawy.

Roman GraczykKraków, 28 listopada 2010

Rozdział I. „Tygodnik” a PRL

Pisząc o roli środowiska „Tygodnika Powszechnego” w Polsce pod rządami komunistów, nie sposób pominąć kwestii periodyzacji tego rozległego okresu historycznego (1944 – 1989). Nigdy dość przypominania, że los Polaków poddanych rządom opartym o marksistowską doktrynę był znacząco inny w latach stalinowskich, inny po Październiku, a jeszcze inny po Sierpniu. Co się tyczy dziejów opisywanego środowiska, to chociaż wpisują się one w tak określony schemat, zachodzi tu jednak pewien partykularyzm. Decyduje o tym rok 1976 będący najważniejszą cezurą w dziejach politycznych (i chyba nie tylko politycznych) tego środowiska po Październiku. O ile bowiem w latach 1957 – 1976 środowisko ma swoich przedstawicieli w instytucjach PRL-u, o tyle potem, aż do 1989 roku, wymowna jest jego absencja w tych instytucjach świadcząca o dobitnej zmianie jego stosunku do polityki PZPR i do rzeczywistości PRL-u w ogóle. Zgoła inna jest też jego rzeczywista rola ustrojowa przed i po decyzji z 1976 roku.

Przed rokiem 1976 środowisko popiera generalną linię polityczną dwóch kolejnych ekip sprawujących władzę: Władysława Gomułki i Edwarda Gierka, po 1976 natomiast przechodzi do faktycznej opozycji 1. Jednakże wbrew oryginalnej logice komunizmu w tym drugim okresie nie traci politycznego znaczenia, przeciwnie, z czasem zyskuje go coraz więcej. Zbyteczne dodawać, że to niezwykłe w ustroju komunistycznym zjawisko było możliwe tylko dzięki spektakularnemu kruszeniu się ideologii stworzonej przez Marksa i Engelsa, które w Polsce nasila się w połowie lat 70. Ta osobliwość powoduje dodatkowo, że dzieje opisywanego środowiska są tak frapujące.

Niezależnie od tej ewolucji ideowej i – tym bardziej – politycznej środowiska „TP” warto zwrócić uwagę, że nawet flirtując z PRL-em, pismo Jerzego Turowicza obiektywnie było dla licznej rzeszy katolików (i nie tylko katolików) oparciem w duchowym zmaganiu się z komunizmem. Było tak, bo łatwa do zauważenia pozostawała wciąż różnica pomiędzy „Tygodnikiem” a niemal całą pozostałą prasą. Pisząc o stosunku środowiska „TP” do PRL-u, nie tracę z pola widzenia tej odmienności. W moim przekonaniu nie dzieje się jednakowoż tak, że owa odmienność kończy problem flirtu z PRL-em. Nie, ona go niuansuje.

Jak już o tym była mowa we wstępie, samo istnienie ruchu „Znak” było możliwe dzięki temu, że praktyka ustrojowa realnego socjalizmu nie do końca była zgodna z jego totalitarną naturą (w łagodniejszej interpretacji komunizmu: z jego totalitarną ambicją). W Krakowie istnienie „Tygodnika”, miesięcznika „Znak”, wydawnictwa o tej samej nazwie i Klubu Inteligencji Katolickiej było możliwe jako wyjątek od reguły, swoista enklawa w systemie. Nie była to jednak enklawa absolutna. System domagał się, wręcz jako warunku sine qua non, uznania przez enklawę jego prawomocności. Była to trochę kwadratura koła (relatywna wolność w enklawie jako wyjątek od reguły, zaś radykalne zaprzeczenie wolności w systemie jako reguła), ale gdy na jesieni 1956 katolikom skupionym wokół „Tygodnika Powszechnego” 2 zaproponowano taki układ, bez większych wahań weszli weń, bowiem ów rodzący się system ćwierćwolności był i tak o lata świetlne od stalinowskiej wykładni marksizmu, którą wszyscy jeszcze czuli w kościach. Jak wtedy pisał Stefan Kisielewski do Jerzego Giedroycia, uzasadniając akces tej grupy do nowej gomułkowskiej wersji Frontu Narodowego: „Oczywiście nie oznaczają one [zmiany przeprowadzane przez Gomułkę – RG] likwidacji totalizmu – to sprawa na dziesiątki lat. (…) Rozsądni ludzie w Polsce są zgodni, że jeśli świat podzielił się na bloki, to miejsce nasze jest w bloku wschodnim, w sojuszu z Rosją. Ale chcielibyśmy w tym bloku wywalczyć sobie niezależność taką np. jak Tito. O to toczy się walka i w tym sensie ludzie z KC kierują się polską racją stanu, walcząc z Rosją o niezależność w ramach sojuszu. (…) Zachód nam nie daje nic ani obiecuje (…),a utrata Ziem Zachodnich byłaby końcem Polski. Zgnębione nędzą i totalizmem społeczeństwo tego nie rozumie, ale ludzie cieszący się zaufaniem winni mu to uświadomić”3.

Dla Kisiela i jego politycznych przyjaciół było w roku 1957 oczywiste, że warto za uzyskane koncesje sporo nawet zapłacić. Większość z nich godziła się także na to, że elementem owej zapłaty będzie częściowy akces do języka komunistów, do tej swoistej marksistowskiej liturgii. Innymi słowy, było dla wszystkich jasne, że broniąc dobrostanu, a niekiedy i samego istnienia „znakowych” instytucji, trzeba będzie po trosze spełniać rolę nadzorcy z nadania komunistów pilnującego, aby wolność w enklawie trzymała się w bezpiecznych granicach. Naturalnie o to, co jeszcze jest bezpieczne, a co już takie nie jest, toczyły się nieustanne spory. Zresztą granica ta nigdy nie była sztywno wytyczona, zawsze była wynikiem ścierania się arbitralnej woli Partii z opiniami i postawami rządzonych. Patrząc zaś z dłuższej perspektywy, trzeba uznać, że krąg wolności systematycznie się poszerzał. Nie był to rozwój liniowy, bowiem naturalną skłonnością systemu było dążenie do oryginalnej, stalinowskiej formy, zaś naturalną skłonnością społeczeństwa dążenie do wolności, stąd zmienne napięcie w tym układzie sił, stąd też naprzemienne okresy „przykręcania śruby” i „odwilży”. Ogólny bilans tych zmagań był jednak taki, że PRL z biegiem dekad się liberalizowała.

1957 – 1976: współudział w systemie

1.

Biorąc pod uwagę tę specyfikę określoną poprzez metaforę enklawy, łatwo zrozumieć, że pomiędzy kręgiem kierowniczym środowiska a jego szeregowymi uczestnikami utrzymywało się przez całe lata napięcie na tle stosunku do komunistów. Tzw. baza środowiska (większość czytelników „Tygodnika” i „Znaku”, szeregowi członkowie i sympatycy Klubu Inteligencji Katolickiej) nie bardzo rozumiała niuanse linii politycznej Stanisława Stommy, natomiast niekiedy żywiołowo formułowała opinie i oceny kłopotliwe dla liderów – właśnie ze względu na ów subtelny układ, w którym ci drudzy tkwili. Szczególnie dobrze widać to napięcie na przykładzie Klubu Inteligencji Katolickiej. Trudno jest wyjaśnić, odwołując się do istniejących współcześnie przykładów, czym był KIK. Był miejscem spotkań i refleksji, gdzie odbywały się dyskusje, prelekcje, pokazy filmów (a początkowo także oglądanie telewizji, będącej wtedy nowinką), gdzie spotykano się także towarzysko (gra w szachy), uczono języków obcych, organizowano wycieczki krajoznawcze po Polsce i (rzadziej) za granicę, gdzie prowadzono także pracę formacyjną w duchu katolickim, zasadniczo w jej odmianie posoborowej (choć KIK powstał kilka lat przed Soborem). Działo się to przeważnie w formule klubowej, a więc ograniczonej do członków tego stowarzyszenia, chociaż możliwa też była formuła zebrań otwartych, ale wtedy konieczna była każdorazowa zgoda władz. Oczywiście zdarzało się, że władze takiej zgody KIK-owi odmawiały.

W KIK-u jego kierownictwo na co dzień stykało się z przedstawicielami swojej „bazy” – ludźmi zwykle mniej politycznie wyrafinowanymi i nastawionymi bardziej antykomunistycznie. Notorycznie stawiali oni kłopotliwe politycznie pytania czy też wnosili kłopotliwe politycznie propozycje. Regułą postępowania kierownictwa było w takich wypadkach neutralizowanie albo też omijanie tych pytań i propozycji. Można przyjąć tę taktykę kierownictwa KIK-u za reprezentatywną dla całego środowiska, ponieważ w zarządzie stowarzyszenia nieodmiennie dominowali ludzie bardzo blisko związani z przywództwem grupy krakowskiej.

W archiwum krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej znajduje się duża ilość dokumentów potwierdzających tego rodzaju napięcie 4. Tylko tytułem przykładu odwołam się do kilku z nich, opisujących sytuacje typowe dla problemu, o którym tu mowa.

W informacji o sytuacji w KIK-u na wiosnę 1962 czytamy: „Dnia 14.III.62 r. przybył do Krakowa niejaki Lecznicki – związany ze środowiskiem miesięcznika »Więź« w Warszawie. Zaproponował on omówienie w czasie zebrania KIK-u w Krakowie 90-go numeru »Więzi«5; a szczególnie artykułu zamieszczonegow tym numerze, traktującego o katolikach. Ponieważ w artykule tym cenzura dokonała dużo ingerencji, Zarząd KIK-u nie przyjął propozycji Lechnickiego [niekonsekwentna pisownia nazwiska – RG]. Obawiano się, że w swojej prelekcji umieści również momenty do których cenzura miała zastrzeżenia i wówczas mógłby ktoś postawić klubowi zarzut, że opiera swoje prelekcje na materiałach zastrzeżonych przez czynniki kontrolne”6.

Nie wiemy, kim był ów Lecznicki vel Lechnicki ani czy działał samodzielnie, czy z inspiracji SB. Ta ostatnia ewentualność wchodzi w grę także o tyle, że mógł nim być Czesław Lechicki, wtedy już długoletni współpracownik Bezpieki, o którym wiemy, że interesował się zagadnieniami wyznaniowymi i eklezjalnymi. Wiemy też jednak, że konkretne zadania w KIK-u Służba Bezpieczeństwa wyznaczyła mu dopiero w roku 1964. Jakkolwiek by z tym było, istotna jest tu inna okoliczność: reakcja kierownictwa KIK-u na propozycję przedyskutowania na otwartym zebraniu kwestii wcześniej zdjętych przez cenzurę w zaprzyjaźnionym miesięczniku 7. Kierownictwo uznało, nie po raz ostatni, że tego zrobić nie wolno. Zapewne motywem tej decyzji była troska o bezpieczeństwo Klubu, sądzono bowiem, że w przypadku innej decyzji Klub byłby w taki czy inny sposób niepokojony przez władze.

Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w listopadzie 1966 r. podczas prelekcji Jerzego Zdziechowskiego (przedwojennego ministra w gabinetach Skrzyńskiego i Witosa): „W ubiegłym tygodniu – informował tajny współpracownik „Magister” (Stefan Dropiowski) – odbyła się w KIK-u prelekcja byłego Ministra Zdziechowskiego na temat »Polska – Niemcy – Europa«. Prelegent dał przegląd stosunków Polsko-Niemieckich i Niemiecko-Europejskich od czasów Zjednoczenia Niemiec przez Bismarka do chwili obecnej. (…) W trakcie dyskusji jeden z obecnych na sali mężczyzn (zebranie otwarte) zakwestionował tezę prelegenta iż dla Polski niebezpieczne były nie tyle Niemcy same ile sojusze Niemiecko Rosyjskie na przestrzeni historii. Wywody swe dyskutant rozpoczął od Carycy Katarzyny i na zakończenie stwierdził, że pakt Ribentrop [tak w oryginale – RG] – Mołotow ułatwił Niemcom agresję na Polskę. W trakcie wystąpienia tegoż dyskutanta Wilkanowicz wielokrotnie odbierał mu głos, że mówi nie na temat. Prelegent również nie odpowiadał na pytania odbiegające od tematu”8.

W tym przypadku kierownictwo Klubu poczuło się zmuszone do interweniowania (z czym chyba zgadzał się i prelegent), cenzurując żywiołową wypowiedź kogoś z publiczności. Ta wypowiedź blisko korespondowała z tematem prelekcji i dziś, w wolnej Polsce, nikomu nie przyszłoby do głowy odbieranie dyskutantowi głosu w podobnej sytuacji pod pretekstem, że mówi nie na temat. Problem w tym, że działo się to nie w wolnej Polsce i trudno mierzyć zachowanie przywództwa KIK-u dzisiejszą miarą. Przywództwo KIK-u uznało – zapewne znowu z uwagi na bezpieczeństwo powierzonej sobie instytucji – w tym przypadku, podobnie jak w wielu innych, że otwarte zebranie nie może być terenem, na którym ujawnia się tak nieprawomyślna opinia.

Cofnijmy się o półtora roku. Na wiosnę 1965 r. miało się odbyć w KIK-u zebranie przedwyborcze z aktualnym posłem i zarazem kandydatem na posła, Stanisławem Stommą – liderem politycznym całego ruchu „Znak”. Tajny współpracownik „Olaf” (Robert Smorczewski-Tarnowski) informował: „Ostatnio program »klubu« przewidywał w dniu 17 b.m. o godz. 19-tej zebranie członków z posłem Stommą. Zebranie zostało odwołane, a na wywieszce znajdującej się w holu »klubu« wpisano datę 25 b.m. Natomiast niektórym członkom wysłano zawiadomienia, gdzie data zebrania jest podana 27 godz. 19.

W związku z powyższym przeprowadziłem rozmowę z sekretarką Stommy p. Żulińską. Początkowo twierdziła ona, że terminy te są dlatego tak enigmatyczne gdyż poseł jest związany różnymi pracami sejmowymi i naukowymi w Warszawie. Jednakże w dalszej rozmowie o bardziej poufnym charakterze przyznała, iż poseł i zarząd »klubu« liczą się z faktem krytycznej oceny przez zebranych dotychczasowej działalności Stommy, a ponieważ zdają sobie sprawę, że: na zebraniu będą jak się wyraziła »szpicle« więc tego rodzaju spodziewana postawa macierzystego »klubu« może się odbić ujemnie na ocenie osoby posła jako kandydata przez Front Narodowy i czynniki partyjne”9.

Powody manipulacji terminem zebrania podane „Olafowi” przez sekretarkę posła Stommy nie wydają się prawdziwe, a w każdym razie: ścisłe. To, że w Klubie istnieje faktyczna opozycja wobec Stommy, było rzeczą oczywistą przynajmniej od kryzysu wywołanego tzw. opinią rzymską (będzie o tym jeszcze mowa) na początku 1964 r. i było równie oczywiste, że władze polityczne o tym wiedzą (choćby za pośrednictwem SB). Rzeczywisty powód był chyba inny. Raczej chodziło o to, żeby (podobnie jak w sprawie niedoszłego omawiania ocenzurowanego numeru „Więzi”, a także w sprawie odczytu b. ministra Zdziechowskiego) nie dopuścić do ujawnienia się na terenie Klubu opinii otwarcie antykomunistycznych. Oponenci Stommy zarzucali mu nadmierne wiązanie się z władzą. Dlatego to, co mieliby do powiedzenia na przedwyborczym zebraniu pod jego adresem, zapewne nie byłoby władzy w smak. Kierownictwu KIK-u zależało raczej nie na tym, żeby Stomma miał komfortową sytuację w czasie zabrania, bo to przecież nie miało żadnego przełożenia na wyniki wyborów (kto był na liście kandydatów zaakceptowanej przez KC PZPR – a Stomma wtedy już na niej był – stawał się automatycznie posłem). Zależało mu natomiast na tym, żeby się pokazać władzom jako stowarzyszenie, które potrafi zadbać o pewien minimalny poziom zewnętrznej akceptacji realiów ustrojowych przez swoich członków. I to się udało. Z innego donosu t.w. „Olaf” dowiadujemy się, że zebranie odbyło się 27 maja (a więc w trzecim terminie) i przebiegło bez większych kłopotów, a ewentualnej niespodzianki ze strony jednego z oponentów Stommy, dra Jana Mikułowskiego, uniknięto w ten sposób, że po „udzieleniu odpowiedzi Mikułowskiemu przez Stommę, Wilkanowicz zamknął zebranie, nie dopuszczając do dalszej dyskusji”10.

Powyżej wskazane trzy przykłady działań przywództwa środowiska w stosunku do swej, sprawiającej polityczne kłopoty, bazy dają się sprowadzić do wspólnego mianownika: było to niedopuszczanie do ujawnienia się poglądów uznawanych wówczas za politycznie obrazoburcze, swoiste owej bazy „uciszanie”.

Innego rodzaju działania przywództwa, ciągle w kierunku wiązania się z systemem, unaoczni nam kilka kolejnych przykładów.

Głośnym echem odbił się w 1962 r. odczyt w KIK-u profesora Adama Krzyżanowskiego – wybitnego ekonomisty, przedwojennego posła, w 1945 r. uczestnika moskiewskich negocjacji w sprawie powołania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Krzyżanowski, wtedy już człowiek leciwy, wygłosił odczyt o gospodarce realnego socjalizmu 11 i – jak się zdaje, sądząc po agenturalnych relacjach 12 – nie zostawił na niej suchej nitki. Nie to, że prelegent był krytyczny, bo krytyczny w tej materii bywał w tamtych czasach nawet Oskar Lange. Krzyżanowski zakpił sobie z gospodarki socjalistycznej jako z tworu zupełnie nieżyciowego. To dotknęło władze. Postanowiono wywrzeć nacisk na kierownictwo Klubu, aby już więcej nie zapraszać nestora polskich ekonomistów do KIK-u w charakterze prelegenta. Wedle późniejszych sprawozdań SB nacisk był skuteczny. Potwierdza to dokumentacja własna KIK-u. Zarząd stwierdził, że „Prelegent nadużył trybuny Klubu za ostrymi sformułowaniami, wobec czego nie będzie można na przyszłość korzystać z jego współpracy”13.

To przykład reakcji na wydarzenie ocenione przez władze jako skandal. Wydaje się jednak, że niejednokrotnie zarząd KIK-u działał w tym duchu wyprzedzająco, odpowiednio moderując program odczytów. Kazimierz Szwarcenberg-Czerny, wnikliwy obserwator ówczesnego życia publicznego, dzielił się z SB swoimi obserwacjami jako t.w. „Kace” w roku 1962: „Jeśli idzie o odczyty, to (…) tematyka wybierana jest niemal wyłącznie z dziedziny zagadnień humanistycznych, religijnych, filozoficznych, co oczywiście wskazuje na typ mentalności odbiorców, dla których są one przeznaczone. Ciekawym jest, że szereg aktualnych nawet zagadnień natury ekonomiczno-socjalnej, stanowiących przedmiot ważnych kompleksów bytowych współczesnej Polski nie stanowiło materii odczytowej. Również ciekawym jest, że różne ważne zagadnienia, które były przedmiotem n.p. obrad Sejmu lub wielkich organizacji społecznych, które zostały ujęte potem w formę ustaw, nie stało się przedmiotem omawiania na zebraniach ad hoc Klubu.

Odnosi się wskutek tego wrażenie, że Klub – może świadomie – unika dopuszczenia do dyskusji zagadnień delikatniejszej natury, aby nie narazić się na jakieś trudności ze strony władz,w zawsze możliwym przypadku, potoczenia się dyskusji w bardziej krytycznym kierunku”14.

Wydaje się, że Szwarcenberg-Czerny trafił w sedno: Klub obawiał się poruszać na otwartych zebraniach takich tematów, przy których kierownictwo mogłoby nie zapanować nad spontaniczną dyskusją z udziałem publiczności, toczącą się w kierunku antykomunistycznym czy – co gorsza – antysowieckim.

Dodajmy jednak od razu, że lista otwartych odczytów w Klubie nie pokrywała się w pełni z listą odczytów, które Klub planował przeprowadzić. Część planowanych imprez nie uzyskiwała zgody władz, a te, które zgodę uzyskały, były na bieżąco monitorowane przez pracownika Urzędu Miasta uczestniczącego – jawnie – w zebraniach 15 i przez konfidentów SB. Władze oczekiwały też sprawozdań rocznych z działalności Klubu i otrzymywały je. Niezależnie od nich przeprowadzano w KIK-u regularne kontrole, w wyniku których Urząd Miasta zwracał Klubowi uwagę na rozmaite uchybienia formalne.

Ostrożność kierowniczego gremium KIK-u wynikała z przekonania, że partner (władza komunistyczna) nie działa w ramach prawa, lecz wedle swojej arbitralnej ambicji podporządkowania sobie wszystkich obszarów życia społecznego. Dlatego należało się z jego strony spodziewać wszystkiego najgorszego. Niekiedy KIK-owcy podejmowali decyzje powodowane obawą przed prowokacją 16. Niekiedy zaś obawiali się, że za niektórymi oddolnymi inicjatywami może się czaić SB lub administracja wyznaniowa, by przy ich pomocy uzyskać wpływ na Klub na zasadzie konia trojańskiego.

Tak, być może, należy rozumieć wydarzenie z roku 1964, opisane przez t.w. „Realistę” (Andrzeja Górskiego). Oto na zebraniu ogólnym zabrał głos „pewien starszy pan (nazwiska nie znam – lekko szpakowaty, w okularach) zaproponował zorganizowanie sekcji religijnej [tak w maszynopisie, w rzeczywistości chodziło o sekcję religioznawczą – RG]. Według jego wypowiedzi ukazuje się wiele książek, które wartoby przedyskutować (…), tymczasem ani »Tygodnik Powszechny« ani »Znak« nic o nich nie piszą, tak, że przeciętny katolik nie ma o nich pojęcia, chociaż są to książki bardzo interesujące. Często na bardzo wysokim poziomie. Chodziło tu przede wszystkim o takie pozycje jak »Vaticanum Secundus« [tak w maszynopisie – RG] i »Quo Vadis Ecclesiae« Wnuka17. (…) Jest to fakt, który kompromituje całe środowisko katolickie, dlatego sekcja religioznawcza powinna starannie śledzić wszystkie publikacje i bardziej rzetelnie przygotować się do dialogu.

Wypowiedź powyższa wywołała wśród starszych pań szmer oburzenia (…). Red. Wilkanowicz dodał, że zorganizowanie sekcji religioznawczej jest niemożliwe bo podobnych publikacji ukazuje się bardzo dużo i mają one raczej charakter propagandowy. Być może w przyszłości »Znak« będzie zamieszczał recenzje niektórych pozycji.”18. Dodajmy, że szpakowatym starszym panem był Czesław Lechicki, tajny współpracownik SB. Zgłaszał on propozycję powołania sekcji religioznawczej, wykonując zadanie postawione mu przez Służbę Bezpieczeństwa. Zapytałem Stefana Wilkanowicza w grudniu 2009, czym się kierował, torpedując inicjatywę Lechickiego. Odpowiedział mi, zastrzegając, że słabo tę sytuację pamięta, iż nie miał do niego w pełni zaufania, nie umiejąc jednak sprecyzować, na czym ów brak zaufania polegał 19. Nie wiemy zatem, czy ówczesny prezes KIK-u podejrzewał, że Lechicki działa z inspiracji władz, czy też po prostu tylko trzeźwo ocenił, że tego rodzaju sekcja, z tego rodzaju lekturami, będzie stwarzać dla KIK-u pewną niewygodę. Nie było bowiem wtedy dla nikogo tajemnicą, że wymienione książki Jana Wnuka są mocno lansowane przez administrację wyznaniową, reklamowane przez prasę etc. – słowem, są elementem laicyzacyjnej ofensywy ekipy Gomułki. Gdyby taka sekcja powstała, z pewnością trzeba by się było liczyć z próbą rozgrywania tej sytuacji przez SB. Zatem odmowa, choć mogła robić wrażenie taktyki oblężonej twierdzy, była w danych warunkach jedynym rozsądnym wyjściem.

Bywały też przypadki prowadzenia w KIK-u polityki kadrowej pod – takim czy innym – wpływem władz. W roku 1964 prezes Wilkanowicz doprowadził do wycofania przez Jana Mikułowskiego uzgodnionej już wcześniej z wiceprezesem Bugajskim deklaracji przystąpienia do KIK-u w charakterze członka zwyczajnego. W aktach b. SB znajdujemy dwukrotną informację na ten temat 20. Znajdujemy też (jednokrotną wedle mojej kwerendy) informację o usunięciu z Klubu Wiesława Jezierskiego w tym samym mniej więcej czasie, kiedy wydarzyła się sprawa Mikułowskiego, i z tego samego powodu 21. Dokumentacja własna KIK-u zdaje się to potwierdzać 22 . W obu tych przypadkach mieliśmy do czynienia z osobami kłopotliwymi dla kierownictwa Klubu ze względu na ich żywiołowy antykomunizm, manifestujący się w formach czasem trudnych do opanowania (np. spontaniczne wystąpienia podczas zebrań otwartych). Dla Klubu był to kłopot ze względu na zewnętrzny wizerunek, jaki kierownictwo chciało utrzymać wobec władz: grona ludzi lojalnych w stosunku do rządów PZPR.

Z dzisiejszego punktu widzenia, czyli z punktu widzenia pluralistycznej demokracji, wydaje się intrygujące, dlaczego w krakowskim KIK-u do 1989 r. nie wypracowano jakiejś formuły kanalizującej podobne napięcia. Faktem jest, że nie wypracowano jej też w całym ruchu klubowym, a opozycja de facto, jaka powstała pod koniec lat 60. w Klubie warszawskim miała zgoła inny charakter polityczny 23.

Nieco inaczej przedstawiała się sprawa usunięcia z zarządu w roku 1966 Kazimierza Bugajskiego. Miał on, jeśli chodzi o typ osobowości i naturalne skłonności polityczne, wiele wspólnego z KIK-owską bazą, i z biegiem lat coraz bardziej odstawał od kierownictwa Klubu (którego wciąż formalnie pozostawał członkiem). Z czasem narastał jego konflikt z tymi członkami zarządu, którzy byli blisko związani z „Tygodnikiem Powszechnym”. Szczególnie silny był jego spór z prezesem Stanisławem Stommą od chwili opublikowania przez tego ostatniego kontrowersyjnego dla wielu katolików, w tym dla prymasa Wyszyńskiego, artykułu w setną rocznicę Powstania Styczniowego 24.

Naturalne różnice zdań były wykorzystywane przez SB: na ich tle inspirowano konflikty, a u Stommy i jego politycznych przyjaciół wytwarzano przekonanie o nielojalności Bugajskiego wobec Klubu 25. Te żmudne kilkuletnie działania operacyjne w końcu przyniosły skutek.

Bugajski był wcześniej przez wiele lat członkiem zarządu (1959 – 1965), a przez kilka lat także wiceprezesem. Obyczaj wyborczy panujący w latach 60. w KIK-u miał coś wspólnego z obyczajami politycznymi „demokracji socjalistycznej”, z którą środowisko pozostawało w tym szczególnego rodzaju związku pół kontestacji, pół symbiozy. Obyczaj ten chciał, aby jedyną listę kandydatów do zarządu proponował ustępujący zarząd. Możliwa była jedynie pewna ograniczona jej korekta przez proponowanie pojedynczych kandydatur z sali podczas walnego zebrania. Jest oczywiste, że te kandydatury z reguły przegrywały, a jeśli nawet nie, to wybór tych osób do zarządu niewiele zmieniał wobec faktu, że oryginalna lista proponowana przez ustępujący zarząd miała walor zespołu oraz wsparcie największych w Klubie i w całym środowisku autorytetów. Dlatego niewysunięcie przez ustępujący zarząd w roku 1966 kandydatury Bugajskiego można – rozumując w kategoriach politycznego układu sił – śmiało nazwać usunięciem go z zarządu, bo ta decyzja była równoznaczna z niewybraniem go na następną kadencję. Tajny współpracownik „Olaf” przedstawił tę sytuację następująco: „»Komisja Matka« w składzie ob.ob.: Gołubiew – Smorczewski-Tarnowski26i Skwarnicka, przedstawiła zgodnie z życzeniem red. Wilkanowicza, ustępującego prezesa klubu, proponowaną listę członków przyszłego zarządu, która pokrywała się ściśle z listą ustępującego za wyjątkiem mgr. Bugajskiego, który został celowo i z naciskiem opuszczony, mimo interwencji mec. Hirszla z Kom. Rew. Zostało to uzgodnione dnia poprzedniego na konferencji w Redakcji »Tygodnika Powszechnego«, w której brał udział również red. Blajda jako członek red. »Znak«.

Mec. Hirszel podał z sali kandydaturę mgr. Bugajskiego, jednakże ów odmówił i silnie wzburzony opuścił zebranie. Jedna z członkiń podała jeszcze z sali kandydaturę mgr. Strzępkówny, która odpadła w głosowaniu. (…)

Komisja Skrut. ogłosiła wyniki wyborów: przeszła pełna lista uzgodniona dnia poprzedniego”27.

Ten donos pokazuje mechanizm wyeliminowania Bugajskiego, a także nie pozostawia wątpliwości co do podporządkowania KIK-u „Tygodnikowi Powszechnemu” – to drugie nie jest w odczuciu autora tych słów niczym wstydliwym, po prostu trzeba to wiedzieć, opisując polityczne dzieje KIK-u. W innym, niecytowanym tu fragmencie, „Olaf” mówi o prawdopodobnych motywach tej decyzji, a rozwija ten wątek w następnym donosie 28. W sumie wydaje się 29, że najbardziej prawdopodobną przyczyną usunięcia Bugajskiego było przekonanie kierownictwa o jego nielojalności. Wiemy zaś z całą pewnością, że o wytworzenie takiego przekonania SB upor–czywie zabiegała przez kilka lat.

2.

Powyżej była mowa o tym, jak przywództwo środowiska (w podanych dotąd przykładach tożsame z kierownictwem KIK-u) radziło sobie z kontestacją swojej politycznej bazy. Niemniej interesującą kwestią jest opisanie samego meritum sporu.

Zasadniczy spór da się sprowadzić do pytania o stosunek do komunizmu i do komunistów. A ponieważ dla polskich katolików tamtej doby kluczową postacią na scenie politycznej, właśnie w kontekście pytań o komunizm i o komunistów, był kardynał Wyszyński, przeto i stosunek do niego będzie ważnym kryterium różnicującym postawy bohaterów tej opowieści.

Najbardziej spektakularnym przejawem takiej kontrowersji była bodaj sprawa tzw. rzymskiej opinii Stommy, nazywanej też „rzymskim memoriałem Stommy”. Dokument ten zawierał opis tendencji antydemokratycznych w polityce Partii po 1956 r., sytuacji katolicyzmu w Polsce oraz argumentów na rzecz ustanowienia stosunków dyplomatycznych PRL – Stolica Apostolska. Opiszę tutaj dość obszernie kontrowersję powstałą po ujawnieniu tej sprawy na początku 1964 r., zaś w dalszych rozdziałach nieraz będę się do niej odwoływać.

Ów będący przedmiotem skandalu tekst został opracowany przez przywódców ruchu „Znak” 30 i dostarczony późną jesienią 1963 r. do Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, o czym dopiero po fakcie dowiedział się Prymas Polski. Przywódcy „Znaku” tłumaczyli później 31, w jaki sposób memoriał dotarł do Sekretariatu Stanu – jak twierdzili – bez ich wiedzy i zgody. Były to jednak tłumaczenia mało wiarygodne 32, a sam fakt pominięcia Prymasa był grubym błędem. Był takim, bo memoriał opisywał sprawy zgoła niebagatelne dla katolicyzmu w Polsce i – co w tym było najważniejsze – stawiał postulat ustanowienia stosunków dyplomatycznych pomiędzy PRL-em a Stolicą Apostolską.

Dla Prymasa Polski rzecz była o tyle niemożliwa do przyjęcia, że nie miał złudzeń co do prawdziwego celu komunistów (którzy ze swej strony sprzyjali inicjatywie Stommy i jego politycznych przyjaciół), a liderzy „Znaku” takie złudzenia żywili. Prymas niepokoił się, że komuniści wykorzystają porozumienie ze Stolicą Apostolską do pacyfikowania Kościoła w Polsce. Obawiał się bowiem, nie bez racji, pewnej politycznej naiwności dyplomacji watykańskiej, a więc tego, że zgodzi się ona załatwiać wiele ważnych spraw kościelnych w Polsce z pominięciem jego osoby. Takie obawy nie były bezpodstawne: można było je odczytać już nawet z oficjalnych enuncjacji komunistycznej władzy i jej co bardziej gorliwych propagandystów (jak wspomniany wyżej Jan Wnuk). Dzisiaj możemy je tym łatwiej odczytać z ówczesnych dokumentów Urzędu do Spraw Wyznań oraz z dokumentów pionu wyznaniowego MSW.

Przywódcy „Znaku” jak gdyby nie dostrzegali tego niebezpieczeństwa. Być może bardziej wyważoną ocenę sytuacji uniemożliwiał im ich własny spór ideowy z Prymasem, którego rządy w polskim Kościele uważali niekiedy za niemal „dopust Boży”. Będzie o tym wielokrotnie mowa w dalszych rozdziałach tej pracy, tutaj powiedzmy tylko najkrócej, że będąc entuzjastami soborowego otwarcia na świat, „znakowcy” włączali w to otwarcie także nowy stosunek do komunistów, zakładający jak gdyby ich dobrą wolę, doceniający „walkę o pokój”, „rozbrojenie”, „sprawiedliwość społeczną” czy „antykolonializm”. Niektórzy spośród nich (jak autorzy z kręgu „Więzi”) głosili się w tym czasie kimś na kształt katolickich socjalistów, autentycznie wierząc w wyższość tego wzorca ustrojowego (nawet jeśli był nieefektywnie wprowadzany w życie) nad na wskroś spróchniałym moralnie porządkiem „burżuazyjnej demokracji”. Pobrzmiewały tu silnie echa pism Emmanuela Mouniera i jego wezwań do obalenia – z pobudek chrześcijańskich – porządku wielowymiarowej niesprawiedliwości cywilizacji Zachodu, które twórca miesięcznika „L’Esprit” przyszpilał dwusłowym wyrokiem bez apelacji: „un désordre établi”, co należałoby tłumaczyć nie tyle jako „ustalony nieporządek”, ale raczej jako „ustalony nieład moralny”, a gotów był ów „nieład” rozmontować nawet do spółki z komunistami.

Ten krótki rzut oka na różnice perspektyw w patrzeniu na komunizm pomiędzy kardynałem Wyszyńskim a liderami „Znaku” (a w tej liczbie także czołowymi przedstawicielami środowiska „Tygodnika Powszechnego”) musi tu wystarczyć 33. Ale już na jego tle widać, że pomiędzy ruchem „Znak” a Prymasem istniała wtedy w tej kwestii ideowa przepaść.

To w jakiejś mierze tłumaczy, dlaczego w ogóle powstała „rzymska opinia” i dlaczego Prymas był wściekły tak za jej treść, jak i za sposób jej przekazania do Rzymu. Wywołało to bodaj najcięższy kryzys w stosunkach ruchu „Znak” z kardynałem Wyszyńskim. Echa tego kryzysu znajdziemy w dwóch donosach konfidentów krakowskiego Wydziału IV SB: t.w. „Olaf” i t.w. „Realista”. Obaj opisują burzliwe zebranie w krakowskim KIK-u z głównym autorem „rzymskiej opinii” Stanisławem Stommą na początku lutego 1964 r.

T.w. „Olaf”: „Jedna z kobiet na sali zapytała, czy w opinii poruszono kwestię kultu maryjnego? Zabierał głos w dyskusji również Wilkanowicz, Woźniakowski (przewodniczył zebraniu) i Myślik, których wypowiedzi robiły wrażenie z góry przygotowanej taktycznej obrony Stommy. Odpowiadając na pytania w dyskusji Stomma stwierdził, że »opinii« przeczytać nie może, ponieważ nie ma na to zezwolenia Urzędu Kontroli Prasy, a jako poseł musi stosować się do obowiązujących zarządzeń. Ponadto zaznaczył, że opinia była przygotowana dla kół zagranicznych a nie dla obywateli w kraju, a więc tym bardziej ujawniana być nie może. Ta wypowiedź spowodowała duże poruszenie na sali, tak że Woźniakowski musiał uspakajać zebranych”34.

T.w. „Realista”: Po wyjaśnieniach Stommy na sali „nastąpiło duże wzburzenie. Szereg osób głośno demonstrowało swoją sympatię dla kardynała Wyszyńskiego i nieprzychylność dla grupy »Znaku«. Red. Woźniakowski zmuszony był prosić o spokój. (…) Podsumowując dyskusję red. Woźniakowski stwierdził, że (…) [ponieważ] narazie brak jakichkolwiek możliwości wyjaśnienia nieporozumienia w sposób dostępny dla szerokich rzesz katolików, dlatego redakcja »Tygodnika« i Zarząd KIK-u proszą obecnych na sali, o kolportowanie w swoich środowiskach, wyjaśnień zgodnie z przedstawionym stanem rzeczy. Wszelkie publikacjew »Tygodniku« na ten temat dałyby oręż do ręki komentatorom na Zachodzie i sprawa nie miałaby końca. Można natomiast wyciągnąć z niej taki wniosek, że nigdy nie należy ujawniać dokumentów wewnętrznych, ponieważ »słowo wyleciało wróblem a wraca wołem« (na sali głosy oburzenia starszych pań). (…) Już na początku prelekcji p. Stommy dała się zauważyć niechęć wielu osób do wypowiedzi prelegenta. Co chwilę słychać było rzucane półgłosem uwagi »nieprawda«, »ale sprytny«. Natomiast w czasie dyskusji można było stwierdzić, że wiele z obecnych osób pragnie skompromitować działaczy »Znaku«. Przede wszystkim pewna grupa osób (2 starszych panów i kilka starszych pań) za wszelką cenę chciała sprowokować p. Stommę do odczytania »memoriału«. Porozumiewając się ze sobą wyrażali się w ten sposób, »nie przeczyta, bo boi się prawdy«. Poza tym pytania skierowane do prelegenta również były wynikiem porozumiewania się między sobą. Wypowiedzi red. red. Myślika, Wilkanowicza i Woźniakowskiego komentowane były bardzo nieprzychylnie. Również wyjaśnienia p. Stommy nie znalazły zrozumieniai można było sądzić, że osoby te dysponują pewnymi argumentami, które nie zostały obalone przez działaczy »Znaku«. Spotkanie zakończyło się w bardzo niemiłej atmosferze, a prośba red. Woźniakowskiego o sprostowanie fałszywej opinii, skomentowana była stwierdzeniem, »my już wiemy, co o tym sądzić« oraz »tak łatwo nie da się zatuszować tej sprawy«. Jedynie grupa młodzieży wyrażała swoje poparcie dla działaczy »Znaku« oklaskami jakie towarzyszyły ich wypowiedziom”35.

Oba donosy są nadzwyczaj zgodne. Można rzec, trawestując pewną słynną opinię dotyczącą stanu nastrojów bazy politycznej PZPR z przełomu 1988 i 1989 r., że baza „Znaku” w roku 1964 zawyła. Echa tej sprawy będą długo jeszcze wracać w KIK-u, podkopana zostanie pozycja Stommy, wskutek czego w najbliższych wyborach (jesienią 1964 r.) przewodniczący koła poselskiego „Znak” straci fotel prezesa krakowskiego Klubu. Badacz dziejów KIK-u Paweł Kaźmierczak jest zdania, że klubowa nieformalna opozycja (m.in. Kazimierz Bugajski) chciała wtedy nawet usunąć Stommę z zarządu, 36ale skończyło się po galicyjsku przesunięciem go na fotel wiceprezesa.

Inny przykład podobnej przepaści ideowej dzielącej czołowych działaczy od zwykłych uczestników ruchu to kontrowersja po Trzecim Światowym Kongresie Apostolstwa Świeckich, który odbył się w Rzymie jesienią 1967, a uczestniczyli w nim z Krakowa: Hanna Malewska (redaktor naczelna miesięcznika „Znak”), Stanisław Grygiel (redaktor miesięcznika), Tadeusz Żychiewicz (redaktor „Tygodnika Powszechnego”), Jerzy Turowicz (redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”), Halina Bortnowska (sekretarz redakcji miesięcznika „Znak”), Jacek Woźniakowski (dyrektor Wydawnictwa Znak) oraz Stefan Wilkanowicz (prezes KIK-u) 37. Troje ostatnich z tej listy po powrocie z kongresu zostało zaproszonych do KIK-u, aby tam zdać relację z tego ważnego wydarzenia. Tajny współpracownik „Realista” dał szczegółowy opis tego spotkania. Wynikało z niego jednoznacznie, że polscy delegaci znaleźli się w ostrym ogniu krytyki sali z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że na kongresie kwestionowali krytyczne opinie o braku wolności religijnej w naszej części Europy, po drugie zaś dlatego, że poparli rezolucję potępiającą USA za wojnę w Wietnamie. Atmosfera na sali była naprawdę tak gorąca, że oficer prowadzący „Realistę” uznał za stosowne napisać w komentarzu do jego donosu: „a) Atmosfera na spotkaniu uczestników Kongresu Świeckich (…) z członkami KIK-u była niepokojąca a przede wszystkim wskazywała na brak aprobaty zebranych do podejmowanych przez kongres uchwał pozytywnych. Starsze kobiety wprost wyniosły na rękach dyskutanta który twierdził, że religia przewiduje i aprobuje wojny sprawiedliwe i że taka jest wojna prowadzona przez Amerykanów w Wietnamie i długo jeszcze z uwielbieniem z nim dyskutowały. Kierownictwo klubu było po prostu bezradne. Na spotkaniu była pełna sala ludzi”38.

Dodajmy jednak dla uniknięcia błędu ahistoryzmu, że było wtedy przyjętą regułą postępowania polskich świeckich katolików, że biorąc udział w międzynarodowych spotkaniach, nie sprawia się kłopotu władzom PRL, a tym bardziej nie kontestuje się systemu komunistycznego jako bloku państw podporządkowanych ZSRR. Dlatego w ówczesnych realiach trudno sobie wyobrazić, aby Bortnowska, Woźniakowski i Wilkanowicz mogli zająć na kongresie inne stanowisko. Szczególnie zaś w kwestii wietnamskiej, i to także z bardziej zasadniczego powodu. Na podstawie licznych informacji agentury z tego okresu, ale także ówczesnej publicystyki, można stwierdzić, że w środowisku mocno przeważały opinie antyamerykańskie. Tym niemniej fakt chłodnego przyjęcia delegatów w Krakowie wart jest odnotowania, bo wpisuje się w to samo napięcie w kwestii stosunku do komunistów i do komunizmu.

Wracając do kardynała Wyszyńskiego, zaanonsujmy już teraz, że w późniejszych rozdziałach tej pracy będzie mowa o tym, jak bardzo nieprzychylne panowały o nim opinie w środowisku. To nie jest kwestia jednej czy dwóch wypowiedzi odbiegających od ogólnego tonu. To jest lawina nadzwyczaj ostrej krytyki Wyszyńskiego. Zgoda, że były to opinie nieoficjalne, ale nader nieprzychylna kardynałowi atmosfera panująca w „Tygodniku” w jakiś sposób rzutowała na wypowiedzi oficjalne, o których można powiedzieć z pewnością tyle, że Wyszyński nie znajdował z tej strony bezwarunkowego poparcia, a na takie liczył. A liczył na nie w sytuacji ciągłych ataków ze strony komunistów 39. Byli już wtedy poważni obserwatorzy polskiej sceny politycznej, np. Jan Nowak-Jeziorański czy Stefan Kisielewski, którzy uważali, że katolicy z ruchu „Znak” powinni udzielić takiego poparcia Prymasowi. I to niekoniecznie tylko jako lojalni katolicy. Wedle tego rozumowania wystarczyłoby, aby przywódcy „Znaku” uznali w Prymasie najważniejszą wtedy przeszkodę na drodze zwycięskiego marszu komunistów po rząd dusz Polaków.

Gdy się czyta wspomnienia pisane po latach w kręgu „Tygodnika Powszechnego”, to znajdujemy tam obraz – owszem – pewnej różnicy zdań, ale i kurtuazji w stosunku do Prymasa, uznawania jego historycznej i politycznej roli, itd 40. Przytoczmy jedną z tych opinii. „Część hierarchii – wspomina Krzysztof Kozłowski – zarzucała nam lekceważący stosunek do pobożności ludowej, z której – jak mówiono – Kościół polski czerpie siłę. Nie sądzę, by ktokolwiek w »Tygodniku« lekceważył zamysł peregrynacji kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, a potem już tylko ram obrazu, natomiast jest pewne, że tego rodzaju formy pobożności nie musiały trafiać do naszych czytelników. Efektowna, tłumna obrzędowość bywa powierzchowna i może prowadzić do zaniku religijności”41. Zanik religijności w łonie tradycyjnego katolicyzmu to fakt dobrze znany w zachodnich realiach czasów posoborowych, jednak spór „Tygodnika” z Prymasem znacznie wykraczał poza ocenę znaczenia tego zagrożenia dla Kościoła.

We wspomnieniach tych autorów notorycznie nie docenia się siły tego konfliktu. Co innego mówią dokumenty. Np. Jerzy Zawieyski w swoim dzienniku pod datą 31 grudnia 1964 zanotował: „Kardynał nie chce żadnego porozumienia, chce tylko walki, zwarcia szeregów, jedności frontu przeciw władzy ludowej. Sobór, który jest dla środowisk laickich wielką radością z powodu reform i dążności do porozumienia się ze światem współczesnym –dla kardynała jest prawdziwym nieszczęściem, bo psuje mu walkę z rządem i komunistami. Cała ta sprawa jest prawdziwą klęską dla Kościoła. Bo Kościół w Polsce pozostaje na uboczu wielkich reform Kościoła powszechnego, jest zacofany, oddalony od sił żywych, twórczych i dynamicznych środowisk. Z drugiej strony rząd i partia walczą sankcjami z Kościołem, drażnią i wzbudzają opór duchowieństwa. Nieraz wydaje mi się, że sytuacja jest beznadziejna”42.

Niemal dramatyczny obraz tych relacji wyłania się z donosów agentury działającej w tym czasie w środowisku 43 – będzie o tym mowa, głównie w rozdziale czwartym. Za co krytykowano Prymasa? Przede wszystkim za to, że zbyt mocno ściera się z komunistami, jest konfrontacyjny, zamiast w duchu Soboru starać się przerzucać mosty w ich kierunku. Niekiedy forma i treść tych zarzutów są zadziwiające – nawet jeśli oderwiemy się od dzisiejszej perspektywy i zrozumiemy wszystkie racje, jakie stały za rozumowaniem ludzi „Tygodnika”.

Bo przecież były i jakieś racje. Najogólniej mówiąc, trudno byłoby nie zgodzić się z tym, że Prymas forsował pewien eklezjalny autorytaryzm, niemożliwy do przyjęcia dla świadomych swej roli, dopiero co potwierdzonej przez Sobór, świeckich. Lansował też pewien typ religijności, który ludzie „Tygodnika” uważali za nazbyt schematyczny, nazbyt tradycyjny, a niekiedy nieledwie magiczny, zamiast stylu „pogłębionej religijności” – by posłużyć się tu ich ulubionym w tamtej dobie określeniem.

A jednak stan krytycyzmu „Tygodnika” wobec Prymasa zastanawia. Tych opinii jest zbyt dużo i są zbyt jednobrzmiące 44, aby wątpić w prawdziwość tego obrazu. Zresztą identyczny obraz stosunku „Tygodnika” do Prymasa z tamtych lat znajdziemy w „Dziennikach” Kisiela. Takich, przepełnionych goryczą, uwag na ten temat jest w „Dziennikach” dużo – wybieram tylko dwie, charakterystyczne dla całości. Oto zapiska z 25 lutego 1970 r.: „Z Jerzym T. pokłóciłem się okropnie – oczywiście o »Tygodnik«. Doszło do krzyków, trzaśnięcia drzwiami, niepożegnania się niemal. (…) Jedyny prywatny tygodnik na 32 miliony ludzi, który, mimo cenzury, miałby szanse zaznaczyć jakoś, że są w tym kraju niemarksiści, którzy coś myślą i robią, stał się, dzięki maniakalnemu skupieniu się na sprawach reformy Kościoła, czymś niemal dywersyjnym wobec prymasa i rozbijającym zainteresowanie katolicyzmem u wielu laickich środowisk. Mania reform jest w dodatku oparta na wzorcu zachodnim, rak zachodniości toczy to nieszczęsne pismo i nie pozwala mu dojrzeć problemów specyficznie polskich dzisiaj, wynikłych ze znalezienia się katolickiego kraju w ręku marksistów. Sumienia ludzi są tu codziennie gwałcone, co dzień, na wszystkich zebraniach, w szkole, w pracy głosić trzeba marksistowskie kłamstwa, a »Tygodnik«, jakby drukowany na bezludnej wyspie, zajmuje się synodem czy soborem oraz drażnieniem prymasa. (…) Nie będę z nim już rozmawiał w ogóle, właściwie od dziesięciu lat toczymy ten dialog głuchych na temat nieszczęsnego pisma. Ludzie na starość wyrodnieją, degenerują się – może ja, może on? Ja uważam, że on. To już obcy mi człowiek”45.

Niektórzy nie biorą tych słów Kisiela poważnie pod pretekstem, że były wypowiedziane krótko po opisywanym wydarzeniu i być może w gniewie. Nawet gdyby tak było, pozostaje faktem, że dwa dni później, 27 lutego 1970 r., Kisiel umieścił w „Dziennikach” notatkę na ten temat wprawdzie mniej gwałtowną w formie, ale nadal podobnie krytyczną w treści : „