Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Cena nieważkości. Kulisy lotu Polaka w kosmos ebook

Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski  

4.22413793103448 (58)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 332 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cena nieważkości. Kulisy lotu Polaka w kosmos - Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

Rosjanie wysyłają w kosmos pierwszego sztucznego satelitę, Jurij Gagarin pierwszy leci na orbitę. Amerykanie kontratakują i lądują na Księżycu. Amerykanie mówią o wahadłowcach, chcą zapraszać astronautów z zaprzyjaźnionych krajów. Rosjanie też muszą…
Lato 1976 roku. Rozkaz jest jasny, ale intrygujący. Każda polska jednostka wojsk lotniczych wytypuje swoich najlepszych pilotów. Mają się jak najszybciej stawić na badania w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie. Chodzi o testowanie maszyn najnowszej generacji. Wszystkich obowiązuje ścisła tajemnica, ale informacja wkrótce wycieka. Polska będzie miała swojego pierwszego kosmonautę.

„Radziecki program kosmiczny Interkosmos, żelazna kurtyna, generał Hermaszewski, szaleńczy wyścig mocarstw, zwroty akcji. Rewelacyjna, wciągająca opowieść o drodze pierwszego polskiego kosmonauty, fantastycznie osadzona przez Autorów w kontekście lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku w Polsce i ZSRR. To gotowy materiał na film akcji. Przed rozpoczęciem lektury pożegnajcie się z rodziną na kilka długich godzin, bo nie odłożycie książki do ostatniej strony” – Radek Kosarzycki, Puls Kosmosu

„Wśród przelatujących każdej nocy nad naszymi głowami sztucznych satelitów bez trudu można dostrzec tego z sześcioosobową międzynarodową załogą. Choć w kosmosie było już kilkuset ludzi, to wśród nich znajdował się zaledwie jeden Polak. Generał Hermaszewski, sięgając orbity okołoziemskiej, na zawsze zapisał Polskę na kartach historii świata. Poznanie jego samego i kulis niezwykłej wyprawy, której stał się częścią, jest dziś szczególnie ważne – nie tylko w kontekście słusznie minionej epoki, ale może nawet bardziej czasów współczesnych” – Karol Wójcicki, popularyzator astronomii, autor bloga „Z głową w gwiazdach”

„Kiedy w Kennedy Space Center zobaczyłem kapsułę Apollo 11, nie mogłem uwierzyć, że w czymś tak z naszej perspektywy «prymitywnym» Amerykanie byli w stanie wylądować na Księżycu. Ale to, czego dowiedziałem się, czytając tę książkę i poznając opisane w niej zakulisowe historie, wprawiło mnie w jeszcze większy szok. To wspaniała opowieść nie tylko o tym, jak wyglądał kiedyś podbój kosmosu, ale także o tym, jaka była wtedy Polska. Cóż, może rzeczywiście z perspektywy kosmosu wszystko widać lepiej?” – Piotr Kraśko, dziennikarz

Reporterzy MARCIN PIETRASZEWSKI i DARIUSZ KORTKO po sukcesie wspólnie napisanej biografii „Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście”, która doczekała się także swojej wersji scenicznej, wzięli na warsztat nowy temat. Tym razem postanowili znaleźć odpowiedzi na zgromadzone przez lata pytania dotyczące polskiego lotu w kosmos, odsłaniając kulisy pamiętnych wydarzeń z czerwca 1978 roku. Ze znaną sobie swadą, z celnymi komentarzami, które niejednokrotnie wywołują uśmiech, zabierają czytelnika w kosmiczną podróż.

„Kończy się epoka Edwarda Gierka, zaczynają kłopoty z zaopatrzeniem. Cukier na kartki. – Dla mnie to było jak bajka. Stoję w kolejce po mleko, w sklepach nic nie ma, a mój mąż może polecieć na orbitę” – mówi żona jednego z polskich kandydatów na kosmonautów. Jakimi cechami musiał się odznaczać pilot, żeby zostać kosmonautą? Kogo szukają Rosjanie? Dlaczego Zenon Jankowski przegrywa wyścig z Mirosławem Hermaszewskim? Dlaczego pierwszy polski kosmonauta i jego dubler do dzisiaj ze sobą nie rozmawiają? Co się stało w Gwiezdnym Miasteczku? Co dał nam pobyt Polaka na orbicie i jak potoczyły się jego losy? Lot na orbitę to jego sukces czy porażka?

Opinie o ebooku Cena nieważkości. Kulisy lotu Polaka w kosmos - Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

Fragment ebooka Cena nieważkości. Kulisy lotu Polaka w kosmos - Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

Redakcja: Paweł Goźliński

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Marta Błażejowska

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Zdjęcia: Dariusz Kortko str. 10, 268; PAP/ITAR-TASS/Mikhail Klimentyev str. 13, PAP/ITAR-TAS str. 186, 258, PAP str. 192, PAP/Ireneusz Radkiewicz str. 196, PAP/Zbigniew Wdowiński str. 199, PAP/Jan Morek str. 253, PAP/ITAR-TASS/Valentin Mastyukov str. 264, PAP/Wojciech Stan str. 303, PAP/ITAR-TAS/Albert Pushkarev str. 151, 164, 228, PAP/Tadeusz Zagoździński str. 152, 178, PAP/CAF str. 34, PAP/ITAR-TAS/Vasily Yegorov str. 61, PAP/Zbigniew Staszyszyn str. 64; archiwum Zenona Jankowskiego str. 41, 52, 86, 206, 314, 317, 322; Bogdan Kułakowski str. 254; NASA str. 142, 144, 220, 294, 310, 326, 334; NAC str. 16, 19, 21, 22, 25, 38, 42, 75, 201, 232, 236, 244, 282, 287, 291, 312, 320; Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku str. 298; Archiwum Hermaszewski/East News str. 14, 48, 78, 351; Laski Diffusion/East News str. 28, 98, 159; Enrus/East News str. 31; Alexander Mokletsov/East News str. 68, 94, 102, 270, 292; akg-images/East News str. 113, 148; Ria Novosti/East News str. 115, 124, 138; East News str. 8, 118, 126, 134, 169; Włodzimierz Wasyluk/East News str. 160, 252; Sovfoto/Universal Images Group/East News str. 180; East News /AFP str. 273.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Dariusz Kortko & Marcin Pietraszewski 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2157-8 (epub), 978-83-268-2158-5 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Żadnego bohaterstwa nie da się zaplanować.Może się ono jedynie przytrafić

Karel Čapek

Major Mirosław Hermaszewski. Oficjalne zdjęcie wykonane w kosmodromie Bajkonur tuż przed lotem w kosmos, w czerwcu 1978 roku

WSTĘP

Trudno się spotkać z generałem Piotrem Klimukiem, rosyjskim kosmonautą, dwukrotnym bohaterem Związku Radzieckiego.

Chcemy go zapytać o 27 czerwca 1978 roku. Z kosmodromu Bajkonur startuje wtedy statek Sojuz 30 z pierwszym polskim kosmonautą Mirosławem Hermaszewskim na pokładzie. Klimuk jest dowódcą.

Niestety, telefon generała milczy.

– Ode mnie też ostatnio nie odbiera – dziwi się Mirosław Hermaszewski.

Co się stało?

– Nic się nie dzieje. Emeryt, mieszka pod Moskwą, często bywa w Gwiezdnym Miasteczku. Pewnie zmienił numer – uspokajają jego znajomi.

Chciał lecieć z Polakiem. Czy to przypadek? Polubili się od razu czy po czasie? O czym rozmawiali? Przy wódce czy przy herbacie?

Ale generał Klimuk wciąż nie odbiera.

Józefina Piątkowska, nasza tłumaczka, proponuje inaczej. Ma znajomych w Moskwie, spróbują zadzwonić stamtąd.

Klimuk od razu podnosi słuchawkę. Tak, wie, że ktoś wydzwania, ale to numer z Polski, a on z zasady nie odbiera telefonów z Polski. Kiedyś kochał Polaków, teraz nie lubi. Mówi otwarcie, co myśli. Polska zdradziła Rosję, Polska szkaluje Rosjan, jest nieprzyjazna i niewdzięczna. Nie chce rozmawiać z Polakami, Polska już go nie obchodzi.

Październik 2017 roku. Generał Piotr Klimuk, dowódca Mirosława Hermaszewskiego podczas lotu Sojuzem 30. Od lat jest na emeryturze, wybudował dom pod Moskwą, w pobliżu Gwiezdnego Miasteczka

Kiedy Sojuzem 30 latał nad Polską, zachwycał się widokami Wrocławia, Warszawy i Helu jak Hermaszewski? Rozumiał po polsku czy mówili z Hermaszewskim tylko po rosyjsku? Przyjaźnili się naprawdę czy na pokaz? Już polskiego kosmonauty nie lubi?

Lubi, ale telefonu z Polski nie odbierze. Mamy przyjechać do Moskwy i zadzwonić. Może wtedy się z nami spotka.

Lecimy.

Z lotniska Szeremietiewo szybką kolejką na Dworzec Białoruski, skąd już blisko do hotelu. Wczesny wieczór. Dzwonimy, ale generał Klimuk nadal nie odbiera.

Znamy go ze starych zdjęć. Niewysoki, szczupły, przystojny, z burzą czarnych, gęstych włosów. Miły uśmiech. Ciekawe, jak teraz wygląda. To już czterdzieści lat.

Na szczęście rano odbiera telefon. – Nie wiem, naprawdę nie wiem, kiedy się spotkamy. Zadzwońcie wieczorem.

Wieczorem: – Jutro rano.

Rano: – Wieczorem.

Wieczorem: – Jeszcze nie jestem gotowy, dzwońcie rano.

Co dał mu kosmos, a co odebrał? Czuje się szczęśliwy czy nie bardzo? Trzy razy na orbicie to za mało czy w sam raz? Co mu z tego zostało?

Kończy nam się rosyjska wiza.

– No dobrze, przyjeżdżajcie do Gwiezdnego Miasteczka.

Skaczemy z radości.

Sobota rano, na drodze potężny korek, jakby cała Moskwa w tym samym czasie wyjeżdżała na podmiejskie dacze. Niecałe dwie godziny jedziemy marszrutką (mikrobus, który jeździ po ustalonej trasie), w końcu docieramy pod bramę Gwiezdnego Miasteczka. Środek lasu, niewielki parking, nowoczesny budynek biurowy. Drogi, która prowadzi do osiedla, strzegą budka strażnicza i szlaban.

– Stop! Przepustka jest? – Strażnik przy szlabanie robi groźną minę.

– Jesteśmy umówieni w Domu Kosmonauty z generałem Piotrem Klimukiem – wyjaśniamy.

– Możliwe, ale bez przepustki nie wejdziecie – mówi. – Trzeba się zarejestrować w biurze.

Do okienka kolejka. Kobieta po drugiej stronie dokładnie ogląda dokumenty, sprawdza jakieś listy i starannie, bez pośpiechu wypisuje przepustki. Nasza kolej, podajemy polskie paszporty.

– A to co!? – Kobietę z okienka aż zatyka ze zdziwienia.

– Chcemy wejść na teren Gwiezdnego Miasteczka, mamy spotkanie z generałem Klimukiem.

– Na polskie paszporty przepustek nie ma, trzeba mieć dokumenty rosyjskie.

– Ale...

– Zresztą nawet nie mam was na liście.

– Bo...

– Nic nie wskóracie, nie mogę was wpuścić.

– Może przynajmniej zadzwoni pani do generała Klimuka, powie mu, że tu czekamy.

Kobieta z niechęcią spełnia życzenie. Niestety, generał nie podnosi słuchawki.

Czy pamięta polskich, czeskich i niemieckich kosmonautów, którzy byli tu czterdzieści lat temu? Po co Rosjanom byli kosmonauci z satelickich państw? Wnieśli realny wkład czy był to wymiar wyłącznie propagandowy?

Nie możemy zrezygnować. Mamy w komórce rosyjski numer, dzwonimy, w końcu słyszymy głos generała: – A, już jesteście? Czekajcie, zaraz będę.

Wysiada z czarnego terenowego lexusa. Malutki, trochę przy kości, ale cera wciąż gładka. I burza gęstych włosów, tylko siwych. Nie ma wątpliwości, że to generał Klimuk.

– No co tam, wsiadajcie – zaprasza do auta.

Nie potrzebujemy żadnych przepustek. Strażnik staje na baczność i podnosi szlaban, nikt już nie chce od nas dokumentów. Wjeżdżamy do Gwiezdnego Miasteczka.

Jak bardzo się zmieniło? Czy kosmonauci wciąż przygotowują się tutaj do lotów? Ilu ludzi tu pracuje? Ilu mieszka?

– Spokojnie, po kolei – mówi generał Klimuk. – Najpierw coś zjemy.

Prowadzi do niedużej salki wyłożonej drewnopodobną okładziną. Na stole sałatki, pielmieni, drożdżowe ciasteczka z jabłkami. Wino.

Wypada zacząć od toastu.

Pijemy za spotkanie, za przyjaźń polsko-rosyjską, za kosmonautów, za loty w kosmos. Jedna butelka, druga...

– W tej sali przyjmowałem prezydenta Putina – zdradza generał Klimuk. – Dawajcie, za prezydenta, za kobiety, za przyszłość, za pokój...

– Na zdrowie!

Butelka trzecia, czwarta. Piąta już na jego daczy.

Stan nieważkości.

Generałowie Piotr Klimuk i Aleksiej Leonow (pierwszy człowiek, który w 1965 roku spacerował w otwartej przestrzeni kosmicznej) podczas spotkania kosmonautów na Kremlu w kwietniu 2009 roku

W marcu 1964 roku Mirosław Hermaszewski kończy Wyższą Szkołę Oficerską Sił Powietrznych w Dęblinie w stopniu podporucznika

ROZDZIAŁ 1
Takich pilotów trzeba nam było

Rozkaz jest jasny, ale intrygujący. Każda jednostka wojsk lotniczych wytypuje swoich najlepszych pilotów. Mają się jak najszybciej stawić na badania w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie. Oficjalnie: chodzi o testowanie maszyn najnowszej generacji. Wszystkich obowiązuje ścisła tajemnica.

Rosjanie przysyłają do Bydgoszczy myśliwsko-szturmowe Su-7. Samoloty stoją w hangarach, można się do nich zbliżać tylko za okazaniem przepustki. Dopiero potem wyjaśnia się, skąd te tajemnice. Su-7 mogą przenosić bomby jądrowe. Piloci zaczynają się z nimi oswajać. Między sobą mówią, że są bardziej szturmowe niż myśliwskie. Paliwożerne, szczególnie przy lotach na małych wysokościach. Su-7 potrafi osiągać 1,5-1,7 macha, ale w Polsce nie ma się gdzie rozpędzić. Samolot w miarę bezpieczny, wybacza małe błędy, ale kardynalnych nigdy.

Tadeusz Kuziora (dzisiaj generał) latem 1976 roku jest już po pierwszym roku studiów w Akademii Sztabu Generalnego w Rembertowie i ma praktyki w jednostce w Bydgoszczy. Lata na Su-7. – W sierpniu dowódca jednostki powiedział, że w WIML-u jest jakaś akcja, badają dodatkowo pilotów. Jedziesz! – wspomina.

Porucznik Tadeusz Kuziora, 1976 rok

Z całej Polski zgłasza się około osiemdziesięciu pilotów.

– Zastanawialiśmy się w instytucie, czy dowódcy jednostek wysłali nam swoich najlepszych ludzi, czy najgorszych. Przecież nikt nie chce się pozbywać swoich asów, zwykle wypycha się zawalidrogi – mówi profesor Jan Terelak, psycholog, który wtedy pracował w WIML-u. – Po pierwszych testach już wiedzieliśmy, że jednak przysłali dobrych. Może nie wszyscy, ale ponad połowa dowódców się spisała. Dali młodych, bojowych pilotów. Takich nam było trzeba.

Piloci słyszą: od dzisiaj podlegacie specjalnym rygorom, przez wiele tygodni nie będzie was w domu, z nikim, nawet z najbliższymi, nie możecie rozmawiać o tym, co tutaj będziecie robili. Mundury zmienicie na szpitalne pidżamy.

Lotnicy się znają, choćby ze słyszenia. Stacjonują w różnych jednostkach, ale kończą te same szkoły, spotykają się na szkoleniach, poligonach, obozach kondycyjnych w Mrągowie. Wieczorem w hotelu zastanawiają się, o co chodzi. Każdy lata na samolotach naddźwiękowych. Pewnie przyślą nowe rosyjskie samoloty – ale jakie? Nowa broń? Ekscytujące!

Pułkownik Stanisław Barański, komendant instytutu, wyjaśnia pilotom, ile może: – Jesteśmy lekarzami i musimy spośród was wybrać najzdrowszych, najbardziej wytrzymałych fizycznie, odpornych na stres, którzy zniosą niedotlenienie i duże przyspieszenia.

Przez trzy tygodnie są zamknięci w hotelu, od rana badania krwi, moczu, kału, do analiz paznokcie, włosy, ścinki skóry; wirówki przeciążeniowe, komory niskich ciśnień, wirujące fotele, huśtawki, koła reńskie. Uderzenia prądem za błąd przy ćwiczeniach z koordynacji ruchowej, testy psychologiczne.

Piloci coraz bardziej pewni: – Nie ma innej możliwości. Chodzi o nowy, ruski sprzęt.

– Profesor Barański wczesnym latem 1976 roku zapytał, czy chciałbym uczestniczyć w ciekawym programie. Miałem pomóc wybrać pilotów do obsługi nowego sprzętu. Zgodziłem się bez wahania, ale profesor do sprawy nie wracał, więc o tym zapomniałem – wspomina Krzysztof Klukowski, dzisiaj profesor, wtedy jeden z lekarzy wojskowych w WIML-u.

Dwa razy w tygodniu pracownicy instytutu grają w siatkówkę w sali gimnastycznej. W sierpniu w drzwiach sali staje zastępca komendanta instytutu do spraw naukowych. Nigdy dotąd nie interesował się sportem, salę gimnastyczną omijał z daleka. Co się stało?

– Idziemy do Chrząszczyka! – woła. Zdrobniale nazywa tak swojego przyjaciela, profesora Barańskiego.

W jego gabinecie czeka już szef departamentu kadr Ministerstwa Obrony Narodowej generał dywizji Zygmunt Zieliński i dwóch pułkowników. – Będziecie odpowiadać za treningi specjalne i badania pilotów – rozkazuje.

W sekretariacie stoi w mundurach czternastu rozentuzjazmowanych lotników. – To doktor, który będzie odpowiedzialny za waszą grupę – mówi im generał Zieliński.

Klukowski: – Dali mi dwa dni na spakowanie się i wyjazd na zgrupowanie do Mrągowa.

– Wybrano nas czternastu, z różnych jednostek. Byli tam piloci niemal wszystkich rodzajów samolotów, którymi wtedy latało polskie wojsko: migów-23, migów-21, Su-7 i Su-20 – mówi generał Kuziora. – Oprócz badań i ćwiczeń mieliśmy intensywne lekcje rosyjskiego. Przyjechał jeszcze psycholog z całą stertą testów.

Piloci dobrze wiedzieli, że grają o wysoką stawkę. I kłamali. Tak mówi profesor Jan Terelak, wtedy psycholog z WIML-u.

– Ukrywali swoje wady, testy pokazywały za wysoki wskaźnik motywacyjny. Gdy się zorientowałem, niektóre testy musiałem wyrzucić do kosza. Rywalizacja między nimi była ogromna. Narosło tyle kontrowersji, że niektórzy nie odzywają się do siebie do dzisiaj. Obowiązywała selekcja negatywna – kto nie pasował, odpadał. No i trzeba było ich zmęczyć fizycznie, żeby sami zaczęli się wykruszać.

Ośrodek w Mrągowie leży nad jeziorem Czos. Doskonałe warunki na urlop. Ale doktor Klukowski od rana serwuje pilotom ostrą zaprawę. Do wody, potem bieg, podnoszenie ciężarów. Potem rzucają nimi z katapulty, żeby uzyskać duże przeciążenia. I sadzają na obrotowym krześle Barany’ego – kręcą, aż im błędniki oszaleją.

To wszystko jeszcze przed obiadem. Ale czasami obrotowe krzesło było zaraz po posiłku. Efekt? Do przewidzenia.

– Pewnie mnie szczerze za to nienawidzili. – Profesor Klukowski śmieje się.

Każdego dnia musi wysłać raport do WIML-u – kto najlepszy, a kto odpada. Przez kilka dni w rankingach prowadzi major Henryk Hałka, pilot pierwszej klasy, urodzony w Olchowcu na Lubelszczyźnie. Trzydzieści pięć lat, żona, dwójka dzieci. Pochodzenie społeczne właściwie. Syn właścicieli gospodarstwa rolnego, ojciec w czasie wojny był członkiem Batalionów Chłopskich. Jest dobrze, ale musi być perfekcyjnie.

Major Henryk Hałka, 1976 rok

Klukowskiego wzywa wydział propagandy Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

– Słuchajcie, towarzyszu. Hałka to, wiecie, nie jest do końca polskie nazwisko. Obracacie się teraz wśród pilotów, powiedzcie, jak zostałoby odebrane, gdybyśmy zmienili Hałce nazwisko na Hałkowski?

– Wszyscy wiedzą, że on jest Hałka. Taka zmiana z pewnością nie zostanie dobrze odebrana – odpowiada Klukowski.

– Tak myślicie? Hm...

Wkrótce problemu nie ma, bo Hałka, choć wciąż w pierwszej trójce, przestaje prowadzić w rankingach.

Z czternastki po zgrupowaniu w Mrągowie odpada sześciu pilotów. Reszta jedzie na zgrupowanie do Zakopanego. Kwaterują ich w ośrodku dla pilotów WOSzk-Gronik.

Doktryna wojenna Związku Radzieckiego przewiduje masowy atak z zaskoczenia na kraje Zachodu. Najpierw uderzenia jądrowe w newralgiczne punkty przeciwnika oraz operacje wojsk specjalnych, potem uderzenie wojsk pancernych i zmechanizowanych. Wielkie ćwiczenia „Tarcza 76” mają odpowiedzieć na pytanie, czy wojska Układu Warszawskiego są gotowe do konfrontacji.

Podpułkownik Zenon Jankowski, pilot z jednostki w Powidzu niedaleko Poznania, świeżo po szkoleniu w Krasnodarze, lata na nowoczesnych szturmowych Su-20. Pierwszy taki samolot w polskim wojsku. Naddźwiękowa prędkość, możliwość wykonania lotu na małej wysokości, krótki start i lądowanie na lotniskach z pasami o długości tysiąca-tysiąca dwustu metrów, z toną bomb może polecieć nad cele oddalone o siedemset-osiemset kilometrów. Wszystko dzięki zmiennej geometrii skrzydeł. Gdy są „przytulone” do kadłuba, samolot osiąga prędkości naddźwiękowe, gdy pilot rozłoży skrzydła, może lecieć bardzo daleko.

Podpułkownik Zenon Jankowski, 1976 rok

Klukowski: – Podczas „Tarczy” Jankowski wsławił się brawurowym lądowaniem na drogowym odcinku lotniskowym.

– Przesada – mówi Jankowski. – Nic wielkiego nie zdziałałem.

Ale przełożeni każą mu się zgłosić do WIML-u. – Wszyscy wiedzieliśmy, że po jednostkach jeździli ludzie z dowództwa wojsk lotniczych i pytali o chętnych do testowania nowego sprzętu. Na ziemi nigdy się przed nikogo nie wpychałem, ale w powietrzu to co innego. Nowy sprzęt? Ja pierwszy do niego! Ucieszyłem się – wspomina pułkownik Jankowski. Badania w instytucie przechodzi bez problemów. – Zawsze miałem dobre parametry, chociaż nigdy nie uprawiałem wyczynowo sportu – mówi.

Szybka decyzja „góry”: Jankowski ma dołączyć do grupy kandydatów, która przebywa już w zakopiańskim Groniku.

Jankowski wchodzi do grupy oficerów, którzy już się zdążyli ze sobą zżyć, przeszli przez zgrupowanie w WIML-u, obóz w Mrągowie. Zdążyli się już dobrze poznać. Na pierwszy rzut oka widać, kto jest liderem.

– Zobaczyłem Mirka Hermaszewskiego – wspomina Jankowski – otoczonego wianuszkiem pochlebców.

Major Mirosław Hermaszewski, 1976 rok

W Zakopanem dowiadują się wszystkiego.

– Gratuluję panom wysiłku i zaangażowania. Wiem, jak dużo włożyliście wysiłku, ale oczekuję od was więcej, bo przed wami długa droga. Najlepsi polecą w kosmos na rosyjskim statku. Taka sama grupa przyszłych kosmonautów trenuje także w Czechosłowacji i Niemieckiej Republice Demokratycznej.

Taką przemowę strzelił im Stanisław Barański, szef WIML-u. Obok stał Jan Rychlewski, zastępca kierownika wydziału nauki i oświaty KC PZPR (potem został szefem Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk).

Piloci zaczynają głęboko oddychać.

Generał Kuziora: – Zrozumieliśmy, po co to wszystko. Kosmos! Ciśnienie mi się podniosło.

Dostają zgodę na spotkanie z rodzinami. Tak, mogą im powiedzieć, co robią.

– Pamiętam ten dzień lepiej niż paciorek. – Grażyna Kuziora śmieje się. – Mąż wchodzi do domu i mówi: Słuchaj, chyba polecę w kosmos.

– Naprawdę!?

– Nooo... Ta grupa, z którą ćwiczymy, to do lotu w kosmos.

Mój Boże, młody chłopak, pomyślałam. Mało co latał i już w kosmos!? Jak to możliwe? Nierealne, bo jak to? W sklepach niczego nie ma, stoję w kolejkach po mleko, a mój mąż wybiera się w kosmos!? Jeny! Dla mnie to było niesamowite.

– I co ty na to? – pyta mąż.

– Przecież ci nie zabronię.

Nie bałam się. Żona pilota musi się oswoić ze strachem. Przeżywałam to już wcześniej dziesiątki razy. Garnizony lotnicze zwykle są w lasach. Mężowie mają nocne loty, co chwila słychać huk startujących i lądujących maszyn. Czasem zdarza się nagła cisza i serce staje. Człowiek myśli, że znowu ktoś zginął, że wypadek, dlatego jest cicho. Lata siedemdziesiąte. Nie ma telefonów komórkowych, nie można się niczego dowiedzieć, więc my, żony, umieramy ze strachu. Dopiero potem się okazuje, że to tylko pogoda się popsuła.

Dlatego gdy Tadziu powiedział, że może polecieć w kosmos, wcale się nie bałam. Byłam dumna. Najbardziej chyba z tego, że zdał testy psychologiczne. Kosmonauta musi być opanowany, zdecydowany, stanowczy. Mogłam się chwalić: O jeny, patrzcie, jakiego mam świetnego męża!

Zabawa się kończy, zaczyna się ostra jazda.

Tadeusz Kuziora: – Zostało nas dziesięciu, w kosmos może polecieć tylko jeden. Czy coś lepszego może się przytrafić w życiu pilotowi samolotu naddźwiękowego?

Tak, liderem wyścigu jest Hermaszewski. Ma do tego najpoważniejsze stanowisko służbowe, jest dowódcą pułku. Ale jest też najwyższy. To wada, lepiej, żeby kosmonauta był niski.

– Za to przeciążenia znosiłem najlepiej – opowiada Hermaszewski. – 8,2 grama bez kostiumu. To jest wyczyn! Wyniki psychologiczne też miałem najlepsze. Pod względem wytrzymałości i kondycji drugi. Zacząłem się wewnętrznie mobilizować. Pomyślałem, że jak trafię do czwórki, która pojedzie pod Moskwę, do Gwiezdnego Miasteczka, to zobaczę prawdziwych kosmonautów. Marzyłem o tym, odkąd Gagarin poleciał pierwszy.

Zenon Jankowski: – Ale i tak najlepszy z nas był Andrzej Bugała, dowódca eskadry migów-21.

Major Andrzej Bugała, 1976 rok

Hermaszewski: – Profesor Barański zapoznał nas z wynikami badań. Ucieszyłem się, bo we wszystkich dyscyplinach zajmowałem pierwsze miejsce. Tylko Heniu Hałka miał lepszą ode mnie wydolność.

Profesor Klukowski: – Bardzo ze sobą konkurowali, zdarzały się męskie złośliwości. Wyraźnych różnic w odporności u nich nie było.

Generał Kuziora: – Klukowski chciał nas wykończyć. Co chwilę mierzył nam tętno. Co!? Tylko sto dwadzieścia!? Zwiększamy tempo! Po Tatrach dosłownie biegaliśmy. Nawet w gazetach pisali, że w górach pokazała się grupa niezrównoważonych osobników. „Tam, gdzie wykwalifikowani przewodnicy pokonują szlak w dwie godziny, oni robią to w godzinę. Szaleńcy”. Wbiegaliśmy na Kasprowy Wierch i prosiliśmy, że pobiegniemy jeszcze na Giewont. Przewodnicy pytali, czy koniecznie chcemy. Chcemy! Wychodziliśmy z Gronika o dziewiątej rano, wracaliśmy o osiemnastej.

Hermaszewski: – Z Zakopanego pamiętam tylko nogi kolegi idącego przede mną. Niewyraźnie, bo oczy zalewał mi pot. Na Przełęczy Szpiglasowej ostatnie piętnaście metrów pokonałem na czworakach, rękami darłem zmarzniętą ziemię, zębami czepiałem się kosodrzewiny, tak się zawziąłem.

Kuziora: – Każdy chciał udowodnić, że się nadaje.

Profesor Klukowski: – Wydolnościowo wszyscy byli mniej więcej na tym samym poziomie. Decydujący głos mieli psychologowie.

– Kosmonauta powinien być pewny siebie, agresywny... – mówi profesor Jan Terelak.

– Agresywny!?

– O tak! Ale nie chodzi o chuligaństwo, tylko o agresję. A ona przejawia się w stanowczości. Liczy się także inteligencja, ale nie jej iloraz. Wysoki ma nawet Doda, ale nic z tego nie wynika. Test polega na rozwiązywaniu problemów, trzeba szybko wybierać najlepsze i najbardziej logiczne rozwiązania. Liczy się nie tylko wiedza, ale i doświadczenie. Bada się poziom lęku, zrzuca kandydatów do wody, topi. Muszą wiedzieć, jak przeżyć w trudnym terenie, chociażby w tundrze. Przecież nie wiadomo, gdzie wylądują. Introwersja i neurotyzm dyskwalifikują.

Ważna jest też świadomość sytuacyjna.

– Ki czort? – dopytujemy.

– Kosmonauta musi cały czas wiedzieć, co się dzieje, nie może ani na moment rozłożyć rąk i przyznać, że jest bezradny. Amerykańscy astronauci byli asertywni. Kiedy lądowali na Księżycu, NASA źle im podpowiedziała miejsce lądowania – na zboczu nachylonym pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Astronauta w ostatniej chwili podjął decyzję, że wyląduje gdzie indziej. I miał rację. Gdyby nie był asertywny, nie przeżyliby.

Po przeanalizowaniu stosu testów profesor Terelak jest niemal pewien, kto z grupy pilotów powinien polecieć w kosmos. A kandydaci wreszcie mogą przez chwilę odpocząć.

Dom wczasowy Kościelisko organizuje wieczorek zapoznawczy dla swoich gości.

– Może byśmy poszli? – proszą piloci doktora Klukowskiego.

– Dobrze, ale dwa warunki: ani grama alkoholu i nikt się nie może dowiedzieć, co my tu robimy.

W Kościelisku trwa zabawa. Orkiestra na żywo, tańce, alkohol. Na środku sali stół przykryty białym obrusem, na nim oranżady i woda gazowana, zagrycha i dziesięciu zdrowych byków. Siedzą na smutno. Nagle orkiestra tusz! Werble, kierownik Kościeliska (potem się okazuje, że kolega z liceum jednego z lotników) wskakuje na scenę, podbiega do mikrofonu i krzyczy: – Serdecznie witamy w naszym gronie kandydatów na kosmonautów!

Major Jurij Gagarin 12 kwietnia 1961 roku jako pierwszy człowiek w dziejach ludzkości poleciał na orbitę okołoziemską. Za ten czyn został obsypany medalami i orderami, w tym najważniejszym w ZSRR tytułem Bohatera Związku Radzieckiego

ROZDZIAŁ 2
Kosmonauta idealny dźwiga ciężar sławy

Kosmonauta idealny to doskonały pilot. Niski, sto pięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, szczupły, żeby się zmieścił w kabinie statku kosmicznego. Odporny na nagłe i intensywne bodźce, opanowany, ciekawy świata, odważny. Ćwiczenia na symulatorach powinien wykonywać spokojnie i pewnie. Ujmujący? Koniecznie – to jeden z atrybutów bohatera.

Pochodzenie społeczne robotnicze lub chłopskie, żeby awans był dostrzegalny i inspirujący dla innych. Patrzcie, możecie sięgnąć po to samo. Wystarczy się bardzo starać.

Godny zaufania, przywódca, cieszący się estymą wśród kolegów.

Taki był Jurij. Trzecie dziecko cieśli Aleksieja Gagarina i jego żony Anny, urodzony 9 marca 1934 roku we wsi Kłuszyno niedaleko Smoleńska. Robotnik w fabryce maszyn górniczych, student politechniki w Saratowie, projektant maszyn odlewniczych, marzyciel. Zapisuje się do aeroklubu i lata na szkolno-treningowych jakach-18. Potem służba w wojsku w szkole lotniczej w Orenburgu na Uralu. Żeni się z felczerką Walentyną, zostaje w armii z przydziałem w bazie lotniczej pod Murmańskiem.

Armia szuka wśród pilotów kandydatów na kosmonautów, Jurij wypełnia formularz. Ma dwadzieścia pięć lat, jest zdrowy, spełnia wszystkie kryteria. Przez rok szkoli się w Gwiezdnym Miasteczku – tajnym kompleksie pod Moskwą. W wolnym czasie gra w badmintona, szachy, czyta albo spaceruje. Pełna tajemnica.

Po udanym locie musi udźwignąć ciężar sławy. Jego twarz staje się ikoną. Jest na znaczkach, plakatach, monetach, pocztówkach, na zdjęciach w gazetach, w filmach, książkach. Na jego cześć nazywane są place, ulice i skwery, rosną pomniki. Awansują go ze starszego lejtnanta od razu na majora, dają tytuł lotnika kosmonauty, przypinają medale, tytułują Bohaterem Związku Radzieckiego. Zakuwają go w brąz.

W ojczyźnie największa feta od pokoleń: specjalny samolot z eskortą myśliwców, ulice pełne ludzi, kwiaty rzucane pod samochód, którym go obwożą, wiwaty podczas wiecu na placu Czerwonym. Radzieckie gazety obwołują go nadczłowiekiem o maksymalnej sprawności mózgu i ciała. Niezawodnym, na którego można liczyć w każdej sytuacji. Pogodny, życzliwy, z poczuciem humoru. Przedstawiciel ludzkości, najlepszy spośród nas wszystkich. Ale nie koturnowy. Bliski – taki, którego każdy z nas chciałby mieć za przyjaciela.

Odtąd ani słowa o życiu prywatnym, wizerunek musi być idealny, a historia życia jak z antycznego mitu.

Nikt więc nie dowie się o wakacjach na Krymie i pielęgniarce, która tak bardzo mu się spodobała. Idą razem do pokoju, ale wszystkie oczy na niego patrzą, a języki gadają. Żona wali w drzwi, Jurij nie zdąży się ubrać, zaplątany w spodnie wyskakuje przez okno, przewraca się, wali głową w beton, skóra na twarzy zdarta, zalewa się krwią.

Jurij Gagarin z żoną Walentyną i córką Leną na plaży w 1960 roku. Przed lotem w kosmos napisał do żony list pożegnalny: „Mam nadzieję, że nigdy nie przeczytasz tych słów, ale czasem ludzie potykają się na ziemi i łamią karki. Coś może wydarzyć się i tutaj...”

Lepiej opowiadać tak:

Wszystko wokół usiane dywanem żółtych liści, miota nimi jesienny wiatr. Błękitnoszare oczy Jurija błyszczą radością. Jutro pobierają się z Walentyną. On szepcze do niej czule: – Wypuszczono właśnie satelitę Ziemi. Ale to ty będziesz moim satelitą.

Ona się śmieje. – Kawalarz z ciebie.

Albo tak:

Zaśnieżone wzgórza, wzgórza, wzgórza. A między wzgórzami niewielkie wojskowe osiedle. W domku fińskim wesoło trzaskają polana w piecu. Płonącym szczapom przypatruje się młoda kobieta. Blask płomieni odbija się w jej ciemnych oczach, w grubym kasztanowym warkoczu. Jej mąż Jurij wyleciał, a ona znowu sama. Ale nie żałuje, że pojechała z nim na północ, pod Murmańsk. Są szczęśliwi. Gdy Jurij jest w domu, pomaga we wszystkim – drew narąbie, wody nanosi, wykąpie ich malutką córeczkę Lenę.

Pewnego dnia wrócił ze służby wielce podniecony.

– Walusiu, zaproponowano mi...

– Co, Jureczku?

– Widzisz... Rozumiesz, chciałbym zostać kosmonautą. Będę leciał do gwiazd albo chociaż na Marsa, on bliżej. Co o tym myślisz?

Co myślała? Można co prawda zachować wewnętrzny spokój, ale serce zawsze szybciej bije, kiedy ukochany wyjeżdża na lotnisko. Samolot to coś znajomego, ale rakieta?

– Naprawdę chcesz zostać kosmonautą? – pyta żona z czułością.

– Bardzo.

A więc postanowione. Oboje podjęli tę decyzję, oboje wybrali drogę do gwiazd.

Do takiej opowieści nie pasują plotki, że Gagarin nie wytrzymuje napięcia i coraz częściej zagląda do kieliszka, a Walentyna nie potrafi go już upilnować. Przyjęcie za przyjęciem, na każdym ją oszukują. Jura oficjalnie pije wodę, ale wystarczy, że żona odwróci wzrok, koledzy podają mu swoje kieliszki.

Takie plotki trzeba ucinać. I ani słowa o tym, że zdarzają się przyjęcia, po których musi odpoczywać przez kilka dni.

Ważne, by mówić o wizerunku „człowieka radzieckiego” – dobrodusznego, otwartego, skromnego, umniejszającego swoje zasługi. Na przykład, że zrezygnował z odpoczynku, bo czekała na niego delegacja pionierów ze wsi Kuszkino. Należy też prostować bzdury, które piszą o nim na Zachodzie, na przykład że pochodzi z książęcego rodu. Można pokazać jego rodzinny dom, niewielki, drewniany, z małym gankiem, pomalowany na zielono. Porozmawiać z matką bohatera, która opowie o swoim weselu z chłopakiem z wioski, a nie z żadnym księciem: „Stoły nakryliśmy, niewiele jedzenia na nich było – nóżki w galarecie, ogóreczki, pierożki z kartofli. Czasy były ciężkie, rok dwudziesty trzeci. Ale jak śpiewaliśmy, jak tańcowaliśmy, tupaliśmy bez picia, bo nawet piwa nie było z czego zrobić”.

Wspomni o narodzinach swoich synów. Niech się wszyscy dowiedzą, że Anna Timofiejewna z samego rana poszła do żniw, zrobiło się jej słabo, jakoś dobrnęła do domu. Teściowa posłała po „babkę”, poród nie był trudny. Mąż wrócił z pola i ucieszył się, że ma syna. Zrobił wspaniałą kołyskę. Po sześciu latach znowu wynosili kołyskę z komórki, tym razem dla Jurija.

Niech pierwszy radziecki kosmonauta opowiada o matce, jak przed lotem czuł jej obecność, jakby weszła do statku, nachyliła się nad nim i – jak w dzieciństwie – pocałowała go do snu. Może też dodać, jak poczuł na twarzy jej ciepły oddech.

Gagarin nie musi tak bardzo udawać. Każdy, kto się z nim spotyka, potwierdza, że to „fajny chłop”. Gierman Titow, dubler Gagarina, przyzna: „Jurę trzeba było kochać. Mnie nie mógł kochać nikt”.

Wszyscy chcą zobaczyć pierwszego kosmonautę, dotknąć, zagadać. Włodzimierz Modestow, jeden z pracowników biura projektów rakiet, ma szczęście. Na jednym z zamkniętych przyjęć Gagarin rozdaje autografy. Modestow nie ma kartki, podsuwa swoje prawo jazdy, odtąd nie musi się już martwić o wykroczenia. Każdy milicjant na widok podpisu Gagarina staje na baczność, salutuje i odpuszcza.

Świat chce poznać pierwszego kosmonautę. Wszędzie to samo, w Stanach Zjednoczonych, Europie, Afryce. Tłumy, flesze, ochrona. Tysiące pytań, ciągle te same. Nawet chwili prywatności.

Włoska aktorka Gina Lollobrigida podczas spotkania docieka, czy Gagarin lepiej się czuje w kosmosie, czy na Ziemi. Chce też wiedzieć, co kosmonauta myśli o popularności.

– Jest ciężka – przyznaje Gagarin.

W Londynie śniadanie z angielską królową Elżbietą II, tysiące londyńczyków witają go jak gwiazdę rocka. Ściskają go amerykański prezydent John Kennedy, prezydent Indii Nehru, kubański przywódca Fidel Castro.

W lipcu 1961 roku Jurij Gagarin objeżdża Polskę. Na Górnym Śląsku wita go ponad milion ludzi

Gagarin reprezentuje Związek Radziecki, ma być symbolem radzieckiego mitu nieograniczonych możliwości, jest twarzą sukcesu partii komunistycznej, musi być idealny. Nie wolno mu nic powiedzieć od siebie, każde zdanie należy uzgodnić z władzą.

Mówi więc tak: „Lot w kosmos nie był moim osobistym wyczynem – to osiągnięcie całego narodu radzieckiego. Jestem dumny, że się urodziłem na radzieckiej ziemi, gdzie zbudowano nowe życie i skąd utorowana została pierwsza droga ku gwiazdom”.

Albo tak: „Mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że pasażerów kosmolotu udającego się na Marsa czy na Wenus zadziwi przede wszystkim nie kosmos, ale Ziemia. Zadziwiająco piękne są jej zielone kontynenty i błyszcząca łuska oceanów, niezapomniane wschodzące nad nią zorze. Gdy zobaczyłem naszą wiosenną planetę, pomyślałem, że głównym celem żyjących na niej ludzi jest strzec i mnożyć to piękno, uczynić życie ludzkie radosnym i spokojnym”.

Kosmonauta Władimir Dżanibekow o zaletach swojego przyjaciela Jurija: „Można o nich mówić bez końca, ale trzeba powiedzieć o tym, co najważniejsze. Przeszedł zwycięsko trudną próbę popularności. Pozostał sobą”.

Na pytanie o ciężar sławy Gagarin zwykle odpowiada: „Jest to sława mojego narodu i powinienem ją nosić z honorem”.

20 lipca 1961 roku Kolumb Kosmosu ląduje w Polsce. Nie przypomina starych i posępnych przywódców z Kremla. Z Okęcia do centrum Warszawy wiezie go odkryty samochód. Na trasie tysiące ludzi obsypują go kwiatami. „Szofer z trudem daje sobie radę z tą lawiną zasypującą mu przednią szybę i kierownicę. Jurij Gagarin ma refleks. Wybiera co ładniejsze kwiaty i odrzuca je warszawiankom, które nagradzają go za ten szarmancki gest uśmiechami” – odnotowuje dziennikarz „Życia Warszawy”.

Następnego dnia Gagarin specjalnym pociągiem jedzie do Katowic. Na peronie czekają na niego pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR Edward Gierek ze świtą, górnicy z kopalni Wujek i dziewczyny ze Studenckiego Zespołu Pieśni i Tańca „Katowice”.

Na fasadzie katowickiego dworca wisi gigantyczny portret kosmonauty. Podczas przejazdu Gagarina przez Katowice, Chorzów, Bytom, Zabrze i Rudę Śląską na ulice wylega ponad milion ludzi. Na ulicy Katowickiej w Rybniku górnicy kilkakrotnie podnoszą odkrytą limuzynę z kosmonautą. Tłum śpiewa mu „Sto lat”.

Wieczorem w Katowicach akademia z okazji siedemnastej rocznicy ogłoszenia Manifestu PKWN. Na lodowisku Torkat gromadzi się osiemnaście tysięcy ludzi. Przy stole prezydialnym Jurij Gagarin, za nim transparent „Siedemnaście lat władzy ludowej w Polsce – to praca dla pokoju i szczęścia narodu”. Obok siedzą Władysław Gomułka i Edward Gierek.

– Jestem do głębi wzruszony serdecznym przyjęciem, pięknymi uśmiechami i gorącymi sercami, którymi wita mnie społeczeństwo Śląska – mówi do tłumu Gagarin.

W liście otwartym do polskiej młodzieży pisze: „Wierzę, że w przyszłości, kiedy we wszechświat polecą karawany kosmicznych rakiet, u steru jednej z nich zasiądzie chłopak o polskim imieniu”.

Ale czy Polska znajdzie takiego jak Gagarin?