Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Cena miłości ebook

Gail Whitiker

2.05882352941176 (17)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cena miłości - Gail Whitiker

Antoine i Sophie Vallois przyjeżdżają do Londynu na zaproszenie lorda Nicholasa Graya, któremu niegdyś uratowali życie. Lord chce spłacić dług. Proponuje sfinansować studia medyczne Antoine’a i znaleźć dla Sophie najlepszego kandydata na męża.

Te plany komplikuje dwóch arystokratów o nie najlepszej reputacji, którzy czynią z cnoty Sophie przedmiot zakładu i rozpoczynają walkę o jej względy…

Opinie o ebooku Cena miłości - Gail Whitiker

Fragment ebooka Cena miłości - Gail Whitiker

Gail Whitiker

Cena miłości

Tłumaczenie: Krzysztof

Rozdział pierwszy

– Odnaleźliśmy ich, panie – rzekł detektyw Rawlings głosem przepełnionym cichą satysfakcją. – Do tego w dobrym zdrowiu i doskonałych nastrojach.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Milczał zażywny detektyw, którego długo oczekiwane słowa przyniosły kres kilkunastomiesięcznym poszukiwaniom. Milczała piękna ciemnowłosa dama, która zamknęła na tę wieść oczy, zdradzając targające nią uczucia. Milczał też wysoki, smukły dżentelmen, którego tajne misje we Francji były przyczyną rozpoczęcia śledztwa. Nic nie zakłócało ciszy kwietniowego popołudnia, prócz spokojnego tykania zegara na kominku i turkoczących na bruku kół przejeżdżającego powozu.

– Czy jest pan pewien, że są to Sophie Vallois i jej brat, Antoine? – przerwał ciszę Nicholas Grey, wicehrabia Longworth.

Rawlings potrząsnął głową.

– Ani trochę. Od miesięcy sprawą zajmowali się moi najlepsi ludzie. Nie może być mowy o pomyłce.

– Niebiosom niech będą dzięki! – westchnęła z ulgą Lawinia Grey. – Nareszcie ich odnaleźliśmy. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak wyglądało dotąd ich życie.

– Ani ja – przyznał detektyw. – Podejrzewam jednak, że uczynili wszystko, co niezbędne, aby uchronić się przed tymi, którzy chcieliby zakłuć ich we śnie.

Smukłe palce Lawinii zacisnęły się na poręczy kanapy.

– Przecież nie mogło być aż tak tragicznie – nie mogła uwierzyć.

– Chciałbym rzec inaczej, ale to, co zrobili panna Vallois oraz jej brat, byłoby uznane przez bonapartystów za akt zdrady. Ta dwójka nie miała innego wyjścia, niż zgubić po sobie ślad w zaułkach Paryża.

– Co z powodzeniem czynili niemal przez trzy lata – mruknął Nicholas. – Czy byli świadomi, że ktoś ich śledzi?

– Nie, mój panie. Budge to mój najlepszy człowiek. Mógłby podążać za księciem regentem do wygódki i nie wzbudzić podejrzeń. Proszę o wybaczenie.

Lawinia skłoniła głowę, choć dołek w jej policzku sugerował raczej rozbawienie niż rozdrażnienie.

– A czy list mojego męża został dostarczony? – zapytała.

– Zgodnie z moimi informacjami doręczono go do rąk własnych panny Vallois o wpół do piątej po południu, dziesiątego – odparł detektyw, zamykając notes. – Skoro tak, powinniście państwo otrzymać odpowiedź już wkrótce.

– Jeśli ta młoda dama ma intencję, by odpowiedzieć. – Nicholas zbliżył się do kominka i w płomieniach dojrzał zapamiętaną twarz niewinnego dziecka. – Może nie wiedzieć nawet, kim jestem. A jeśli nawet pamięta, być może woli nie mieć nic wspólnego z mężczyzną, który odegrał tak znaczącą rolę w zrujnowaniu jej życia.

– Nie ty zrujnowałeś jej życie, Nicholasie – rzekła Lawinia ze złością. – Panna Vallois i jej brat pomogli ci z własnej woli. To niesprawiedliwe, byś dźwigał brzemię konsekwencji.

Nicholas uśmiechnął się, jak zawsze poruszony bezwarunkowym wsparciem małżonki. Była niezwykłą kobietą, nigdy nie wymagała zawiłych tłumaczeń ani rozwlekłych usprawiedliwień Nicholasa. Jej bystry, powodowany intuicją umysł uczyniłby z niej doskonałego agenta wywiadu, gdyby taka była jej wola. Kiedy Grey przechodził przez pokój, kierując się w stronę obitej brokatem kanapy, gdzie siedziała, dziękował Bogu – i swojemu dowódcy – że tak się nie stało.

– Jak zawsze jesteś głosem rozsądku i logiki. Nawet jeśli jesteś nieco stronnicza…

– Oczywiście, że jestem stronnicza, ukochany. Jestem twoją żoną. Czy mogłoby być inaczej?

– Nie wszystkie żony zgadzają się z mężami.

– Nie wszyscy mężowie warci są tego, by się z nimi zgadzać – uśmiechnęła się do niego. – Zawsze stanowiłeś najcudowniejszy wyjątek.

Nicholas pochylił się, by złożyć pocałunek na jej ciemnych, lśniących włosach.

– A ty jesteś tego przyczyną.

Z drugiej strony pokoju dało się słyszeć chrząknięcie detektywa Rawlingsa.

– Proszę o wybaczenie, panie, ale czy mam poinformować mojego podwładnego, że dalsza obserwacja nie jest już konieczna?

Nicholas zerknął na żonę.

– Jak myślisz?

Lawinia uniosła ramiona w eleganckim i wymownym geście.

– Chyba nie ma już potrzeby, by ten biedny człowiek pozostawał dalej we Francji. Panna Vallois i jej brat zostali odnalezieni, a list dostarczony. Pozostaje nam jedynie oczekiwać odpowiedzi.

Nicholas popatrzył na detektywa na wypadek, gdyby ten miał coś jeszcze do dodania, ale z jego postawy wywnioskował, że zgadza się z Lawinią. Wszyscy czekali bardzo długo na wiadomość o odnalezieniu Sophie i Antoine’a Vallois. Teraz nie mieli innego wyjścia, jak tylko czekać dalej. Było to bez wątpienia niełatwe, lecz Nicholas czuł, że po raz kolejny los złożył jego pomyślność w dłonie innych. Miał nadzieję, że fortuna znowu uśmiechnie się do niego życzliwie, jak wtedy, gdy wiele lat temu młoda Francuzka i jej brat wybawili go od nieszczęścia w swoim rozdartym wojną kraju.

Ociężały powóz zatrzymał się na tętniącym życiem podwórzu zajazdu Pod Czarnym Łabędziem. Wkrótce podbiegł chłopiec stajenny, by przejąć lejce. Drzwi powozu otworzyły się, opuszczono schodki i ze środka wylał się strumień zmęczonych podróżnych.

Jedną z pierwszych wysiadających była Sophie Vallois. W oczekiwaniu na brata wygładzała pomięte spódnice znoszonego podróżnego ubrania. Dziękowała Bogu, że nie założyła jednej ze swoich nowych kreacji. Kajuty na statku były zatłoczone, a czystość nie miała dla kapitana pierwszorzędnej wagi. Do tego już tylko trudna przeprawa wystarczyłaby, żeby sprawdzić wytrzymałość nawet najtwardszego marynarza. Na szczęście wzburzone morze nie zgoniło ich z pokładu, jak wielu spośród pozostałych pasażerów, i z nadejściem ranka Sophie mogła cieszyć oczy wyjątkowym widokiem słońca wschodzącego ponad białymi klifami południowego wybrzeża Anglii. Teraz, niezliczone godziny i więcej jeszcze przebytych mil później, dotarli do zajazdu, w którym mieli spędzić noc przed dalszą podróżą do Londynu.

– A więc to tutaj zatrzymamy się na popas? – zapytał Antoine Vallois, opuszczając powóz. Obrzucił oberżę niechętnym spojrzeniem. – Mam nadzieję, że pokoje są wygodniejsze, niż na to wygląda…

– Na pewno będą porządne – odparła z przekonaniem Sophie. – W przeciwnym razie lord Longworth by ich nie polecił.

– Chyba że od jego ostatniej bytności w tym przybytku minęło dużo czasu – mruknął Antoine, obchodząc łukiem parujące końskie odchody.

Na szczęście wnętrze oberży okazało się dalece przyjemniejsze, niż sugerowały podniszczone belki i błotniste podwórze. Delikatne zapachy roznoszące się z kuchni pomogły strudzonym podróżnym odzyskać ducha, podobnie jak skwierczący na palenisku ogień. Sophie bezwiednie skierowała swe kroki bliżej kominka, chcąc odegnać od siebie chłód niezwykle zimnego kwietniowego wieczoru.

– Zaczekaj tutaj, a ja dowiem się o pokoje i kolację – zakomenderował Antoine, stawiając obok siostry dwie niewielkie torby. – Jeśli lordowi Longworth nie udało się zapewnić nam noclegu, może się okazać, że noc spędzimy wraz z końmi. Chociaż spanie w stajni nie jest dla mnie niczym nowym, wolałbym nie wyciągać z ubrań siana, kiedy dotrzemy już do Londynu.

Kąciki ust Sophie drgnęły.

– Jestem pewna, że lord Longworth nie miałby nic przeciwko temu, żebyś przybył wprzebraniu l’épouvantail. Jeśli tylko uda nam się dotrzeć do miasta bezpiecznie.

– Mam wyglądać jak strach na wróble? – roześmiał się Antoine. – Tiens, nie masz odrobiny szacunku dla brata, a stanowczo za dużo dla tego angielskiego lorda. Zapomniałaś, że nasza znajomość z tym człowiekiem była bardzo krótka, ale jej konsekwencje niezwykle dalekosiężne. Wolałbym, żebyś była nieco bardziej podejrzliwa wobec powodów zaproszenia nas do Anglii po tak długim czasie.

– Okoliczności są rzeczywiście interesujące – przyznała Sophie. – Nie wierzę jednak, aby prosił nas o przebycie całej tej drogi, gdyby nie miał szczerych intencji.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz – odparł Antoine, choć jego spojrzenie pozostało nieprzeniknione. – Zaczekaj tutaj i z nikim nie rozmawiaj. Nie ufam tym wszystkim Anglikom, otaczającym moją piękną siostrę.

Sophie powstrzymała uśmiech.

– Nie wierzysz, że twoja siostra umie sama się obronić?

– Wiem, że dobrze radzisz sobie z pistoletem! Martwię się tylko o los tych Anglików…

Ta wymiana zdań była typowa dla ich bliskiej relacji. Kiedy brat zmierzał w stronę kontuaru, zdała sobie sprawę, jak bardzo się cieszy z jego towarzystwa. Ostatnie lata żadnemu z nich nie przyniosły wytchnienia. Niekończące się przeprowadzki były wyczerpujące, więc kiedy z początkiem zeszłego roku udało im się znaleźć pokoje niedaleko paryskiego śródmieścia, Sophie niemal płakała ze szczęścia. Tam, po raz pierwszy od opuszczenia domu, udało im się odzyskać w miarę normalne życie. Otrzymawszy więc list od wicehrabiego Longworth z zaproszeniem do Anglii, Antoine był bardzo podejrzliwy. Niewiele wiedzieli o człowieku, któremu tak dawno temu uratowali życie. Choć spędził w ich stodole dwa tygodnie, przez większość czasu był nieprzytomny albo majaczył. Nie udało im się dowiedzieć, co sprowadziło go do Francji ani dlaczego leżał w rowie z kulą w boku.

Zatopiona w myślach Sophie dopiero po kilku chwilach zdała sobie sprawę, że na podwórzu coś się dzieje. Brzmiało to jak sprzeczka, choć grube ściany tłumiły słowa. Kilku gości spoglądało w kierunku drzwi, nikt jednak nie wstał, nie chcąc wtykać nosa w nie swoje sprawy. Nagle huk wystrzału przeszył nocne powietrze, a zaraz po nim rozległ się kobiecy krzyk. Sophie pojęła, że kłótnia zakończyła się tragedią.

Odwróciła się, szukając wzrokiem Antoine’a, i zamarła, widząc, jak pędzi w stronę wyjścia.

– Antoinie! – zawołała.

– Nie ruszaj się, Sophie. Może będę mógł pomóc.

– Ja też chcę iść!

– Nie! Jeśli już musisz coś zrobić, zajmij się noclegiem i poczekaj na mnie na górze.

Na czas jednego uderzenia serca Sophie się zawahała. Jeśli ktoś był ranny, Antoine potrzebowałby jej u swego boku. Było prawie niemożliwe, żeby udzielił pomocy bez niczyjego wsparcia oraz potrzebnego sprzętu.

– Zaczekaj, idę z tobą! – zdecydowała.

Była w połowie drogi do drzwi, kiedy poczuła na ramieniu delikatny, ale stanowczy uścisk dłoni.

– Dżentelmen prosił, by pozostała pani na miejscu – rzekł głos przy jej uchu. – Polecam, by postąpiła pani zgodnie z tą radą. Na zewnątrz niepotrzebnie przyciągałaby pani uwagę.

Głos mężczyzny był równie nieprzejednany, jak uścisk jego dłoni, ale protekcjonalna uwaga wzbudziła w Sophie sprzeciw.

– Nic pan nie rozumie! Ktoś mógł zostać ranny!

– Na pewno tak właśnie się stało, ale pani w niczym by nie pomogła. Jeśli obieca pani zostać, wyjdę i sprawdzę, co się wydarzyło.

Mężczyzna nie puścił jej ramienia, a kiedy Sophie uniosła wzrok, zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie nie zamierza wcale tego zrobić. Stał mocno na nogach, roztaczając wokół siebie aurę siły i autorytetu sugerującą, że jest przyzwyczajony do posłuchu. Ubranie zdradzało człowieka dobrze sytuowanego. Miał na sobie dobrze skrojoną marynarkę, jasne bryczesy i oficerski płaszcz. Chociaż skórzane buty były odrapane i wymagały czyszczenia, niewątpliwie były wysokiej jakości. Ciemnobrązowe włosy opadały na szerokie czoło nad oczami błyszczącymi inteligencją. Choć rysy miał zbyt ostre, by go nazwać przystojnym, prezentował się bardzo dobrze. Wszystko to jednak niewiele znaczyło dla Sophie, gdy trzymał ją w niewoli silnego uścisku.

– Będzie pan łaskaw puścić moje ramię! – zażądała.

– A czy da mi pani słowo, że nie zrobi nic niemądrego? – odpowiedział pytaniem.

– Uważa pan pomoc rannemu za rzecz niemądrą?

– Ależ bez wątpienia intencja to szlachetna, ale czyn lekkomyślny – wyjaśnił, puszczając ramię. – Pani mąż prosił, żeby zainteresowała się pani noclegiem. Jeśli zaczeka pani na mnie przy kontuarze, zaoferuję mu pomoc, po czym wrócę do pani z wszelkimi informacjami, jakie będę w stanie uzyskać.

– Ale Antoine nie jest…

Mężczyzna jednak już zniknął za drzwiami, rozpływając się w nocy wraz ze swoim płaszczem.

Inni goście podążyli za nim do wyjścia, żaden jednak nie przekroczył progu. Sophie, poirytowana ich tchórzostwem, podeszła do karczmarza. Nie była przyzwyczajona, by stać z boku niczym bezradna, mdlejąca na widok krwi niewiasta. Często pomagała Antoine’owi przy jego pracy. Nie rozumiała, czemu tym razem nie poprosił o asystę.

Humoru nie poprawiło jej to, że musiała unieść głos, by przywołać karczmarza.

– W porządku, o co te krzyki? – wymamrotał starszy jegomość, odchodząc od okna, przez które usiłował dojrzeć, co działo się na zewnątrz. – W czym rzecz?

– Chcę się dowiedzieć o pokoje. Nazywam się Vallois.

Karczmarz, którego zmierzwione brwi przypominały raczej opiłki metalu niż włosy, otworzył zniszczoną księgę i przesunął palcem po liście nazwisk.

– Nic tu nie ma.

– Może zarezerwowano je pod nazwiskiem wicehrabiego Longworth? – dopytywała się zaskoczona Sophie.

Jeśli nawet miała nadzieję zaimponować karczmarzowi tytułem, jej próba spaliła na panewce.

– Nie. Niczego takiego też tu nie ma.

– Powiedziano mi, że przygotowania zostały poczynione. Jego lordowska mość wysłał mi list i zaznaczył, że kopia zostanie przesłana tutaj. Nie otrzymał jej pan?

Starzec odchrząknął.

– Może pan Rastley ma ten list.

– Pan Rastley?

– To jego karczma. Musiał jechać się zająć umierającą siostrą, a tu nie ma rezerwacji na pani nazwisko ani tego szlachcica. – Mężczyzna zamknął księgę. – Mogę dać pani koc, żeby przespała się pani w stajni…

– W stajni? Dobry Boże, jakiegoż rodzaju to przybytek?!

Bulwersującą uwagę wygłosił dobrze ubrany mężczyzna, który zjawił się u boku Sophie. Bez wątpienia był dżentelmenem. Lśniąca bobrowa czapka spoczywała na złotych lokach, a diamentowa szpilka zatknięta była w fałdach misternie zawiązanego fularu. Buty szlachcica były nieskażone nawet najmniejszą drobinką kurzu, a dłonie przyozdabiały okazałe złote pierścienie. Mimo tego jednak, że wyraźnie zamierzał pomóc, Sophie wolała go nie zachęcać. Wykwintny wygląd bowiem nie był w stanie ukryć chłodnego wyrazu twarzy ani cynicznego skrzywienia ust. Patrzył na Sophie niczym kot przyglądający się bezbronnemu ptakowi, którego zamierzał zjeść na kolację.

– Dziękuję panu, ale nie wątpię, że sytuacja da się rozwiązać ku satysfakcji wszystkich zainteresowanych – powstrzymała go. – Musiało po prostu dojść do nieporozumienia.

– W rzeczy samej. Nieporozumienie to pozbawiło panią wygodnego łóżka. – Mężczyzna rzucił pogardliwe spojrzenie karczmarzowi. – Sprawienie takiej niedogodności tak pięknej damie jest prawdziwą zbrodnią!

Starzec zbladł.

– Za pana pozwoleniem, panie Oberon, nie mamy wolnych pokojów…

– Tak utrzymujesz – rzekł dżentelmen. – Nie możesz jednak oczekiwać od tej młodej kobiety, by spędziła noc sama, pozbawiona opieki.

Tu mężczyzna zwrócił się do niej, opierając łokieć na barze. Sophie zauważyła zmianę w wyrazie jego oczu.

– Nie sposób przewidzieć, jaka krzywda przypadnie jej w udziale. Lepiej już, żebyś spędziła tę noc ze mną, kochanie, niż próbowała swojego szczęścia gdzie indziej.

Wybieg ten był tak oczywisty, że Sophie omal się nie zaśmiała.

– Na szczęście nie jestem ani sama, ani też pozbawiona opieki. Jak tylko powróci tu mój brat, wyjaśnimy całe to nieporozumienie!

– Brat?

– Tak. Wybiegł na zewnątrz po wystrzale… – Sophie zawahała się. Zastanowiła się, czy Antoine ma się dobrze. Nie sposób było przewidzieć, w jaką scysję się wplątał. Po chwili niepokój Sophie rozwiał ten sam mężczyzna, który nie pozwolił jej wyjść.

– Ucieszy się pani z wiadomości, że wszystko jest w porządku, madame – uspokoił ją. – Sprawa została wyjaśniona, a ranny mężczyzna dojdzie do zdrowia dzięki rychłej interwencji pani męża.

– Męża? – Pan Oberon zwrócił się w kierunku Sophie z wyrzutem. – Wydawało mi się, że pani powiedziała, iż podróżuje z bratem.

– To prawda. Ten dżentelmen błędnie założył, że Antoine jest moim mężem.

– Być może dlatego, że nie podjęła pani próby wyprowadzenia mnie z błędu – rzekł pierwszy.

– Nie dał mi pan tej szansy – odcięła się Sophie. – Pan wybiegł, zanim miałam okazję cokolwiek powiedzieć.

– A skoro o tym mowa, Silverton – z nonszalancją wszedł im w słowo Oberon – co się tam wydarzyło?

– Zwykła kłótnia. O kobietę – odparł Silverton z nutą dezynwoltury w głosie, by dać słuchaczom do zrozumienia, że wątpi w przyzwoitość owej damy. – Wyrażono zniewagę, zażądano przeprosin, a gdy dżentelmen odmówił, towarzysz damy wyciągnął bicz i smagnął go w twarz. Pierwszy dżentelmen odpowiedział strzałem drugiemu w nogę. Paskudna rana, ale nie zagrażająca życiu, dzięki interwencji brata tej młodej damy, który, jak przypuszczam, jest lekarzem.

– Uczy się na lekarza – czuła się w obowiązku sprostować Sophie. – A ja nie wchodziłabym tam nikomu w drogę. Często pomagałam bratu w podobnych sytuacjach.

– Czego jednak nie mogłem się domyślić – zapewnił Silverton. – Usłyszałem tylko, że brat z troską w głosie prosił panią, by została w środku. Postanowiłem interweniować. Być może powinienem się powstrzymać i pozwolić, by wplątała się pani w tę kabałę…

Reprymenda w jego słowach była oczywista – wystarczająca, by obudzić sumienie, lecz nie dość szorstka, by zranić. Sophie obmyślała odpowiedź, gdy otworzyły się drzwi i do środka wszedł Antoine z ponurą miną i kurtą zbrukaną krwią.

– Antoinie! Nic ci nie jest?

– Nie, czego nie mogę powiedzieć o tym mężczyźnie na zewnątrz.

Antoine spojrzał na mężczyzn stojących przy siostrze i, ku zaskoczeniu Sophie, podał dłoń jej adwersarzowi.

– Mam u pana dług, monsieur. Gdyby nie pomógł mi pan przytrzymać tego mężczyznę, wątpię, czy udałoby mi się zatamować krwotok. Merci beaucoup.

Wahanie Silvertona było krótkie niczym mgnienie oka, ale Sophie zwróciła na nie uwagę. Patrzyła, jak przyjmuje rękę Antoine’a, potrząsa nią krótko i niemal natychmiast puszcza.

– Jestem pewien, że dałby pan sobie radę.

– Tak, ja też jestem tego pewien – powiedział Oberon z grymasem na twarzy. – Francuzi zawsze są tacy zaradni w kwestiach życia i śmierci…

Jego słowa padły w ciszy pełnej napięcia i Sophie zastanowiła się, co znaczyła wymiana spojrzeń pomiędzy dwoma Anglikami.

Upomniawszy się w duchu, spojrzała na brata.

– Antoinie, wygląda na to, że będziemy musieli poszukać innego miejsca na nocleg. Nie zarezerwowano dla nas pokojów, a gospoda jest pełna.

– Pokazałaś list karczmarzowi? – spytał zaskoczony.

– Nie dał mi okazji. Powiedział, że nie ma żadnych wolnych pokojów.

– Zajmijcie zatem mój – zaoferował natychmiast Silverton. – Nie jest może obszerny, ale mieszczą się w nim dwa łóżka i jest tam w miarę cicho. Ja będę spał tutaj.

– Och, nie – zaoponowała Sophie. – Nie możemy…

– Dziękuję panu, panie Silverton – wszedł jej w słowo Antoine. – Moja siostra ma za sobą długi dzień, a na pewno chciałaby jutro wyglądać jak najlepiej. Jesteśmy panu niezmiernie zobowiązani!

Sophie otworzyła usta z niedowierzaniem. Zobowiązani? Od kiedy to, zastanawiała się, przyjmowali pomoc od nieznajomych? Szczególnie od człowieka, który nie chciał nawet uścisnąć dłoni Antoine’a!

– Ce n’est pas une bonne idée, Antoine – szepnęła pospiesznie. – Nous serons mieux lotis dans la grange avec les chevaux!

Wytrącona z równowagi Sophie pozwoliła sobie na powrót do francuskiego. Przed opuszczeniem Paryża postanowili wraz z Antoine’em mówić w towarzystwie wyłącznie po angielsku. Wolałaby spać w stajni wraz z końmi, niż mieć dług wdzięczności u nieznajomego. Nauczyła się już, że grzecznościowe propozycje mają zawsze swoje konsekwencje – a spłata nie daje się negocjować.

Niestety, Silverton najwyraźniej uznał, że sprawa jest już zakończona.

– Pokój znajduje się na górze, drugi po lewej. Jeżeli państwo pozwolą, za chwilę zabiorę z niego rzeczy i wrócę, by przekazać klucz. Oberon, czy mogę zostawić u ciebie walizę?

– Jeśli musisz, ale nie myśl, że pozwolę ci spędzić u mnie noc. Ja mam tylko jedno łóżko i z całą pewnością nie zamierzam dzielić go z tobą.

– Bądź spokojny – odparł z sarkazmem Silverton. – Ta myśl nawet by mi do głowy nie przyszła. Do zobaczenia podczas kolacji.

– W porządku. Cały ten dramat pobudził mój apetyt. W rzeczy samej… – Oberon spojrzał na Sophie i zlustrował ją z uwagą, którą uznała za niestosowną. – Może miałaby pani chęć do nas dołączyć, mademoiselle? Oberżysta zapewnił nas, że otrzymamy w jego prywatnej jadalni przyzwoity posiłek, a ja ze swojej strony spieszę zapewnić, że przyjemniej będzie tam niż tutaj, wśród całej tej hałastry.

Sophie oparła się chęci, by zripostować, że hałastra znajdzie się właśnie w prywatnej jadalni.

– Dziękuję, ale muszę odmówić. Będzie nam tutaj z bratem dobrze.

– Zatem życzę miłego wieczoru. Pozwolę sobie dodać, że poznanie pani było… czystą przyjemnością.

Jego spojrzenie powiedziało wszystko to, czego nie zawarł w słowach. Gdy odszedł, twarz Sophie płonęła od upokorzenia.

Jeśli tak wyglądają angielskie maniery…, przebiegło jej przez myśl, gdy Silverton ponownie się odezwał.

– Proszę wybaczyć Oberonowi brak taktu. Jego słowa są szybsze od myśli.

– Nie jest pan nam winien żadnych przeprosin – odparł chłodno Antoine. – Pana zachowanie z nawiązką wynagrodziło nam jego.

– Nie chciałbym, abyście pomyśleli, że angielska rycerskość odeszła w zapomnienie. – Skłonił się Silverton. Spojrzał na Sophie, po czym dotknął dłonią bobrowej czapki i ruszył w kierunku wąskich schodów.

Sophie podążyła za nim wzrokiem, nie ciesząc się bynajmniej z wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie ostatniej pół godziny.

– Nie powinieneś był się godzić na jego propozycję, Antoinie. Nic o nim nie wiemy.

– Wolałem to od spędzenia pierwszej nocy w Anglii wraz z końmi.

– Lepsze to od długu wdzięczności wobec mężczyzny, który najwyraźniej nie darzy nas sympatią.

– To bez znaczenia. Istotne jest tylko to, że będziesz miała prawdziwe łóżko i gorącą wodę do kąpieli. Lord Longworth nie był w stanie zapewnić ci tych wygód, więc nie chciałem odrzucać oferty Silvertona. Wątpię, czy jedna nieprzespana noc stanowi dla niego większą niedogodność.

Oczywiście, że nie, pomyślała Sophie. Silverton był bez wątpienia człowiekiem zamożnym. Jeśli nawet nie będzie spał wygodnie, wróci po prostu do siebie i odeśpi to następnego dnia w domu pełnym służby i u boku czułej żony. Na pewno nie będzie zaprzątał sobie nią głowy. Dla niego była jedynie kolejną osobą, którą spotkał na swej drodze.

Tym samym on był dla niej, przekonywała się. Po prostu kolejną twarzą wśród tłumu. Nie wiedziała nic o jego życiu, więc nie miało znaczenia, czy uznał ją za pozbawioną manier, kiedy odmówiła jego propozycji pomocy. Dzięki niemu będzie w Londynie czysta i wypoczęta, gdy spotka się z Nicholasem. To powinno być dla niej ważniejsze od zamartwiania się, jakie wrażenie wywarła na mężczyźnie, którego nigdy więcej nie spotka.

Rozdział drugi

– Kim była, jak myślisz? – zapytał Montague Oberon pomiędzy kęsami niezbyt smacznej kolacji.

Robert Silverton nie podniósł wzroku znad talerza mięsa i cynaderek w cieście z nadzieją, że Oberon zrozumie aluzję i porzuci temat.

– Dlaczego nie przyszło ci do głowy, że jest jego siostrą?

– Słyszałeś, jak mówił, że powinna jutro wyglądać jak najlepiej.

– Być może ma spotkanie z obiecującym pracodawcą. Albo dawno niewidzianymi członkami rodziny…

– Lub nowym opiekunem. Wiesz, co mawiają o Francuzkach.

– Wiem, co ty mawiasz o Francuzkach – odparł Robert, sięgając po solniczkę. – Obawiam się, że wbrew temu nie wszystkie są aktorkami, ladacznicami lub baletnicami.

– Szkoda. – Oberon sięgnął po kromkę chleba, przybierając pochmurny wyraz twarzy. – Przypuszczam, że mogła być jego kochanką. Zdało mi się, że jest między nimi uczucie, a Bóg wie, że ja nigdy nie patrzyłem w taki sposób na moją siostrę.

– Nic dziwnego! Nieraz mi mówiłeś, że nią gardzisz.

– Oczywiście. Zrozumiałbyś, gdyby była twoją siostrą. Nie widziałem jednak, żebyś w ten sposób patrzył na Jane, a przecież jesteście ze sobą blisko.

– Wydaje ci się. – Robert uniósł kieliszek. – Byli do siebie bardzo podobni. Smukły nos, wyraźnie zarysowana szczęka, kształt oczu…

Zauważył też uwodzicielską linię warg nieznajomej, ale wolał o tym nie wspominać. Wystarczyło, że przyglądał się jej ustom zdecydowanie zbyt wiele razy jak na tak krótką konwersację.

– Nie wątpię, że byli spokrewnieni – ciągnął. – Mógłbym jednak zapytać tego dżentelmena w twoim imieniu i pozostawić cię, byś sprostał konsekwencjom.

Syn wicehrabiego omal się nie zakrztusił.

– Po to tylko, żebym znalazł się na szpicu ostrza Francuza? Nie, dziękuję. Nie mam twojej wprawy w posługiwaniu się floretem.

– Miałbyś, gdybyś bardziej się przykładał.

– Nienawidzę przykładać się do czegokolwiek, co związane jest z ciężką pracą lub wyczerpującymi ćwiczeniami. – Oberon oderwał kawałek chrupiącej skórki od chleba. – Mimo to oddałbym roczne pobory, żeby mieć ją w łożu przez jedną noc.

– Mam wrażenie, że lepiej byś zrobił, wydając pieniądze na poszukiwanie szanującej się narzeczonej – odparł Robert, rozsiadając się w krześle. – W końcu, o ile się orientuję, to właśnie był warunek ojca, zanim zgodził się wypłacać ci pensję dwa razy do roku.

– Prawda, i niech to szlag – mruknął Oberon. – Staruszek za dobrze mnie zna. Nie stać mnie na życie bez jego pomocy, więc zmusza mnie, żebym przykuł się kajdanami do jakiejś mizdrzącej się dziedziczki czy podstarzałej wdowy o końskiej twarzy. Liczy, że dzięki temu zapewnię mu spadkobiercę!

Robert uśmiechnął się. Dobrze wiedział, że nawet w najbardziej tragicznych okolicznościach Oberon ustatkowałby się jedynie z kobietą, która przypominałaby nieskazitelny diament.

– Jestem przekonany, że nie będziesz zmuszony do równie desperackich czynów. Wśród tegorocznego plonu płoniących się debiutantek na pewno znajdzie się choć jedna, która cię skusi.

– Chciałeś powiedzieć, że skusi nas.

– Nie. Już raz tego próbowałem, dziękuję – odparł Robert. – Teraz pragnę jedynie wydać moją siostrę i temu poświęcę całą uwagę.

Oberon się skrzywił.

– Może się okazać, że to zadanie cię przerośnie, Silverze. Jane jest cudowną dziewczyną, ale nie sposób zapomnieć o jej ułomności.

– Nie nazwałbym zniekształconej stopy ułomnością. Nie sądzę, żeby mogło to stanąć na przeszkodzie szczęśliwemu małżeństwu.

– Oczywiście, że nie. Jesteś jej bratem i honor nakazuje ci ją bronić. Jaki jednak mężczyzna nie chciałby, aby jego żona była najpiękniejszą ze znanych mu kobiet?

Robert uniósł kielich i popatrzył nad nim na towarzysza. Ta uwaga bynajmniej go nie zaskoczyła. Dokładnie tego spodziewał się po mężczyźnie, który najwyżej cenił fizyczną doskonałość, wszystko poza nią traktując jako szpetotę.

– Jane jest uznaną pięknością.

– Ale kuleje, Silverze. Chodzi jedynie o lasce i nie potrafi jeździć konno równie dobrze jak jej rówieśniczki.

– Mimo to jednak jeździ.

– Tylko na wsi, gdzie nikt nie widzi. Nie chodź z głową w chmurach. Szanse Jane na zdobycie dobrej partii w Londynie są chyba równie nikłe jak nasze na spotkanie kogoś obdarzonego dowcipem i inteligencją wśród tego motłochu na zewnątrz – odparł bez ogródek Oberon. – Być może, gdybyś pozwolił jej zostać na wsi i poznał ją z miejscowym pastorem…

– Szanse Jane na dobrą partię w Londynie są nie gorsze ani nie lepsze od czyichkolwiek – zripostował Robert. – Miłość pozwala zauważać w ludziach zalety dla innych niedostrzegalne, przyjacielu.

– To znaczy, że miłość ich oślepia. Powołuje do życia absurdalne oczekiwania i prowadzi do nieuniknionych małżeńskich sporów. Od kobiety, którą poślubię, nie oczekuję, żeby mnie kochała bardziej, niż ja będę kochał ją.

– A zatem czego oczekujesz?

– Lojalności, posłuszeństwa i płodności. Oczekuję, że będzie bawiła gości przy stole, zajmowała się domem i dbała, by nie okradała nas służba. Oczekuję też potomka, bym mógł zająć się innymi sprawami.

– Czyli?

– Tym, żeby w moim łożu co noc gościła inna kobieta.

Robert prychnął.

– Jeśli tylko tego oczekujesz, możesz równie dobrze poślubić swoją gospodynię i spędzać noce w burdelu.

– Żeby płacić za spanie z kobietą? Wolałbym jadać na śniadanie zepsute ostrygi. Mógłbym ci przytoczyć nazwiska tuzina młodych dam, które z radością będą ogrzewały moje łoże, oczekując w zamian jedynie rozkoszy, którą im daję.

– Dlaczego więc nie poślubisz żadnej z nich?

– Ponieważ pragnę najdoskonalszego, rzadkiego kwiatu. Kobiety niewinnej jak Hestia, zabawnej niczym Talia, równie…

– …pięknej jak Afrodyta?

– Tak bym wolał, choć gdyby tak się nie stało, po prostu zgaszę świece i zrobię swoje jak najszybciej. – Oberon wzruszył ramionami. – Londyn pełen jest kuszących dzierlatek, gotowych z radością poddać się woli mężczyzny. Weźmy choćby tę oszałamiającą dziewczynę, którą dopiero co poznaliśmy. Pewnie nawet ty nie miałbyś nic przeciwko zabawie z nią, pomimo zadeklarowanej niechęci do wszystkiego, co francuskie.

– To nie ma z tym nic wspólnego – odparł Robert, choć był świadom, że nie mówi całej prawdy. Wolałby nigdy nie zdradzić się przed Oberonem ze swoją antypatią. – W konsekwencji tego, co wydarzyło się pomiędzy mną a lady Mary Kelsey, nie mam zamiaru wdawać się w związek z żadną kobietą, dobrze urodzoną czy nie.

– Ach tak, zerwane zaręczyny. Nieprzyjemna historia – zauważył Oberon. – W przeciwieństwie do ciebie lady Mary nie zachowuje dyskrecji. W zeszłym tygodniu nazwała cię pozbawionym serca draniem za zerwanie bez słowa wyjaśnienia.

– Wierz mi. Lepiej, żebym nie wypowiadał się w tej sprawie.

– Tak czy inaczej grozi pozwem za złamanie obietnicy, a socjeta stoi po jej stronie. Zostałeś wyrzutkiem, przyjacielu. Samotny, wydany na żer morderczym hordom. Co znaczy, że możesz znaleźć sobie jakąś kochankę, by odegnać chłód nocy. Co powiesz na mały zakład? Ten, który uczyni z najpiękniejszej kobiety Londynu swoją kochankę przed końcem sezonu, zostanie ogłoszony zwycięzcą.

– Powiem, że jest to nie tylko niegodziwe przedsięwzięcie, ale do tego pozbawione sensu. Masz pojęcie, ile pięknych kobiet jest w Londynie?

– Powiedziałem przecież, że chodzi o najpiękniejszą.

– Według kogo? Jane uważana jest za piękność, mimo to razi cię jej zniekształcona stopa.

Syn wicehrabiego miał dość przyzwoitości, by się zaczerwienić.

– Nie powiedziałem, że mnie razi…

– Może nie tymi słowy, ale obaj wiemy, że właśnie to miałeś na myśli.

– Pozwolimy zatem, by sędziowali nam ludzie z naszych sfer. A cena porażki niech będzie taka, że zwycięzca otrzyma od przegranego to, co ten najbardziej ceni. Jestem gotów postawić mojego ogiera – rzekł Oberon, dźgając widelcem ostatni kawałek wołowiny. – Pamiętam, że wspominałeś, iż chciałbyś go odkupić. Możesz go dostać za darmo.

Robert westchnął.

– Odpuść to, Oberon. To strata czasu.

– Wręcz przeciwnie, może być całkiem ciekawie. Musimy tylko znaleźć coś o podobnej wartości, co mógłbyś oddać mnie. – Oberon zagrał palcami na policzku. – Już wiem! Twój pierścień z szafirem. Zawsze mi się podobał i jego właśnie chciałbym otrzymać.

– Myślisz, że zaryzykowałbym bezcenną pamiątkę rodową w podobnym zakładzie? – dziwił się Robert.

– A dlaczegóż by nie? Zakład musi mieć cenę i konsekwencje, inaczej nie jest wart zachodu. No więc, co powiesz? Zgadzasz się?

Czasami nie sposób znaleźć słów, myślał Robert, na emocje, jakie wywoływały w nim czyny Oberona. Równie trudno było wyobrazić sobie tego mężczyznę w godności wicehrabiego o wielkim majątku. Robert uniósł kielich i potrząsnął głową.

– Nie – postanowił.

– Ale dlaczego? Przecież to całkiem nieszkodliwy zakład.

– Do czasu, aż wieść o zakładzie dotrze do uszu wplątanych weń dam.

– Kiedy to stałeś się taki delikatny? Pamiętam czasy, gdy byłeś gotów postawić miesięczne dochody na coś tak nieistotnego, jak dokąd poleci stado gołębi.

– Było to zanim mój ojciec zastrzelił się z powodu długów karcianych, których nie mógł spłacić – powiedział cicho Robert. – Poprzysiągłem, że nie pójdę w jego ślady. Nie pozwolę też, żeby Jane skończyła tak jak nasza biedna matka.

– Ale tak się nie stanie, staruszku. W przeciwieństwie do twojego ojca ty nigdy nie przegrywasz.

– Szczęście łatwo może się odwrócić. Fortuna jest kapryśna.

– Może dla innych. Twoje powodzenie przy stołach jest już legendarne.

– Nie przekonasz mnie. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Oberon oparł się w krześle, bębniąc palcami o blat stołu. Wydawał się głęboko zawiedziony.

– Doprawdy, Silverze, gdybym cię tak nie lubił, zamieniłbym cię na Weltona. Niestety, nawet on zaczął mnie ostatnio nudzić. Dwa razy nie przyszedł na umówiony lunch, a kiedy ostatnio go odwiedziłem, nie chciał mnie widzieć.

Robert spochmurniał. To nie przypominało Lawrence’a. Kiedy studiowali razem na Oksfordzie, to właśnie z Lawrence’em Weltonem Oberon najczęściej przestawał. Prawdopodobnie działo się tak dlatego, że życzliwy Lawrence był jedynym, który otwarcie nie krytykował jego rozpustnego trybu życia.

– Na pewno dobrze się czuje?

– Na tyle dobrze, że wziął udział w spotkaniu towarzyskim tego samego dnia, gdy wystawił mnie do wiatru – odparł Oberon. – Umywam od niego ręce. Kiedyś był taki zabawny. Teraz stał się równie stateczny i nudny… jak ty.

Krytyczne słowa nie poruszyły Roberta. Co z tego, myślał, że Oberon uważał go za nudnego? On sam wiedział, co jest naprawdę ważne. Nie było to uwodzenie niewinnych młodych kobiet dla cudzej rozrywki czy własnej korzyści.

– Jeśli musisz, graj w tę grę, ale beze mnie. Pozwolę sobie jednak wznieść toast. Za twoją przyszłą żonę. – Robert uniósł kielich. – Niech będzie równie piękna, jak Afrodyta, łagodna niczym Hestia…

– …i pełna pożądania jak córka irlandzkiego chłopa. Toast za zdrowie mojej ukochanej… gdziekolwiek teraz jest.

Późną godziną następnego popołudnia Sophie opuściła powóz, schodząc na cichą i elegancką angielską ulicę. Nie miała ochoty zostać w tym pojeździe ani chwili dłużej. Jej podróżny brązowy żakiet i spódnica były beznadziejnie pogniecione, półbuty pokryte kurzem, a na lewej rękawiczce znajdowała się plama po jakiejś czarnej i oleistej substancji. Do tego niepokojące wydarzenia dnia poprzedniego nie pozwoliły jej spać, przyprawiając ją o zmęczenie i podenerwowanie. Gdyby nie Antoine, wdrapałaby się z powrotem do pojazdu i zawróciła konie w kierunku domu.

Przed nią rozciągał się długi rząd wysokich białych domów, każdy z czterema kamiennymi schodkami wiodącymi pod lśniące, czarne drzwi, ze środka których lew z brązu ryczał ostrzegawczo na przechodniów. Po obu stronach skrzyły się w promieniach zachodzącego słońca szeregi okien. Środkiem ulicy biegł skwer, zieleniąc się świeżą, wiosenną barwą zieleni, a przed każdym z domów czarne paliki oczekiwały na konie i powozy gości.

– Może kupi pani świeże fiołki? – zapytała przechodząca dziewczyna z tacą. Była drobna i czarnowłosa, a przyjemny aromat kwiatów przywiódł Sophie na myśl gorzko-słodkie wspomnienia domu rodzinnego. Mama uwielbiała fiołki, pomyślała z nostalgią.

– Non, merci – mruknęła Sophie, zapominając na moment angielskiego, jakby nigdy nie opuścili Francji. Naraz jednak zrozumiała, gdzie jest, i cała podróż zdała się jej jedną wielką pomyłką; szalonym pomysłem, z którego nie mogło wyniknąć nic dobrego. W końcu minęło tyle czasu…

– Daję słowo, Sophie, to naprawdę ty?

W tym momencie było już za późno na odwrót. Przeszłość spotkała się z chwilą obecną. Wkrótce Sophie miała stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami. Spojrzała na otwarte drzwi i chmarę czarno ubranej służby, która roiła się niczym pszczoły na plastrze miodu. Na najwyższym stopniu schodów stała para. Sophie nie rozpoznała pięknej kobiety w jedwabnej sukni, lecz nie miała wątpliwości, kim był mężczyzna. Mimo zmarszczek okalających usta i siwizny, która przyprószyła ciemne, kręcone włosy, jego oczy nadal błyszczały żywym kolorem letniego nieba, a uśmiech przywodził na myśl sierpień w Prowansji. Wszędzie by go rozpoznała.

– Lordzie Longworth – rzekła Sophie, wzdychając z ulgą. – Minęło dużo czasu.

– Bardzo dużo. – Nicholas Grey postąpił kilka kroków. – Wyrosłaś na piękną młodą kobietę. Nie wiem, czy to najwłaściwsze słowa na powitanie, ale witaj w Anglii, droga Sophie. Pozwól, że wyznam, jak niezwykle się cieszę, widząc cię ponownie.

Było to jak powrót do domu. Sophie zatonęła w uścisku, czując, że wielki ciężar spadł jej z serca.

– Nie bardziej niż ja, szczególnie że wyglądasz znacznie lepiej, niż kiedy się rozstawaliśmy.

– Muszę zauważyć, że trudno byłoby wyglądać gorzej. Nawet najgłębsze cięcia i stłuczenia można wyleczyć, a ja miałem naprawdę wyjątkową opiekę. – Nicholas popatrzył na młodego mężczyznę, stojącego za nią na ulicy, i powoli wyciągnął dłoń. – Antoine. Bałem się, że nie będziesz mnie pamiętał. Albo też że zdecydujesz się nie przyjechać.

– Trudno byłoby cię zapomnieć – odparł Antoine z nieco większą rezerwą niż siostra. Mimo tego ton jego głosu nadal był serdeczny. Uścisnął rękę wicehrabiego. – Rozumiem, że twoja pamięć w pełni wróciła?

– Tak, choć dopiero kilka miesięcy po wypadku.

– Tak przypuszczałem. Podobne urazy często skutkują czasową utratą pamięci.

– Racja. – Nicholas się uśmiechnął. – O ile dobrze rozumiem, pobierałeś nauki u chirurga w Paryżu?

Sophie spojrzała na niego zdziwiona.

– U monsieur Larocqe’a, tak – odparła. – Lecz skąd możesz o tym wiedzieć?

– Podejrzewam, że jest niewiele rzeczy, których lord Longworth o nas nie wie – wyjaśnił Antoine. – Bez wątpienia kazał nas śledzić.

– Antoinie!

– Nie, Sophie, to prawda – zgodził się Nicholas. – Żałuję, że było to konieczne. Nie zamierzam jednak was okłamywać i obrażać waszej inteligencji. Tak, wynająłem kogoś, by poczynił wszelkie konieczne kroki w celu odnalezienia was. Śledztwo było jednak dyskretne i niczego nie ujawniałem. Póki więc wy nie odkryliście przed nikim powodów przybycia do Anglii, mogę was zapewnić, że nikt o nich nie wie.

– Powiedziałem mojemu nauczycielowi – odezwał się po chwili Antoine – ale jedynie tyle, że jadę odwiedzić dawnego przyjaciela, którego zdrowie nie pozwala mi czekać. Jednakże wyglądasz niezwykle dobrze jak na człowieka na łożu śmierci, panie.