Cela 7 - Kerry Drewery - ebook
Opis

Emocjonujący thriller dla młodzieży, pierwszy tom trylogii osadzonej w świecie, w którym decyzja o życiu lub śmierci oskarżonego zapada w oparciu o SMS-owe głosowanie. Świat zrobił postępy od czasów, gdy w starożytnym Rzymie publiczność przesądzała o ułaskawieniu bądź skazaniu gladiatora, głosując kciukiem zwróconym w górę lub w dół. Teraz o losie skazańca decyduje się SMS-ami. Po raz pierwszy w Celi 7 znalazła się nastolatka posądzona o zamordowanie celebryty Jacksona Paige’a. Dziewczyna przyznała się do winy, ale czy to ona pociągnęła za spust? A może czasami rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana, niż obrazy, którymi karmią nas media?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: CELL 7

Copyright© Kerry Drewery, 2016

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit

Originally published in the English language as Cell 7 by Hot Key Books, an imprint of Bonnier Zaffre Limited, London.

The right of Kerry Drewery to be identified as Author of this work has been asserted by her in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988.

Projekt okładki: Jet Purdie Images: Bar © Gualtiero Boffi Dreamstime.com,

Eye © rdonar shutterstock.com

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Edyta Malinowska-Klimiuk, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8057-149-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO DEBIT Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:debit@soniadraga.com.pl

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/MlodyBook

E-wydanie 2017

konwersja.virtualo.pl

Dla Rebekki Mascull i Emmy Pass, które znają drogę

Istnieje sąd wyższy niż sądy sprawiedliwości i niż osąd sumienia. Góruje nad innymi sądami.

GANDHI

Prolog

W mojej głowie rozbrzmiewają dwa dźwięki.

Rozdzierający ciszę HUK wystrzału.

I mój własny głos krzyczący: „Uciekaj!”.

Oba odbijają się głośnym echem.

Czuję ucisk w piersi. Gorąco. Jak nerwowe chodzenie w ciemności nocy albo pukanie do drzwi, kiedy jestem sama w domu. Ten zamęt w żołądku.

Kręci mi się w głowie, ale oddycham. Jestem przytomna. Żywa.

„Co ja zrobiłam?”

Te słowa powtarzają się raz za razem.

I znowu, i znowu, i znowu.

Ciemność się kruszy.

Mój oddech zgrzyta w niej; serce mi dudni.

Słyszę w oddali syrenę; widzę przyćmione światła.

„Mogłabyś uciec” – myślę.

– Nie ma sensu – odpowiadam na głos. – To szansa, żeby coś zrobić. Coś zmienić. Muszę.

Syrenę słychać wyraźniej, reflektory są jaśniejsze.

Zmieniają kierunek, zalewają mnie białym światłem. Podnoszę rękę z pistoletem i osłaniam sobie oczy. Na mojej skórze pulsują niebieskie rozbłyski.

Błysk, czerń, błysk, czerń, błysk…

I strumień światła na ciało u moich stóp. Pokazuje, że leje się z niego czerwień.

„Co ja zrobiłam?”

Ciągle to echo w mojej głowie.

– To, co musiałaś – odpowiadam. – To był jedyny wybór. Jedyna szansa.

Strumienie światła zniżają się. Z samochodów wysiadają ciemne mundury, rozmawiają, wydają rozkazy. Nie słucham.

Upuszczam broń, kładę ręce na głowę.

– Ja to zrobiłam! – krzyczę. – Zastrzeliłam go! Zabiłam Jacksona Paige’a.

Nie jestem pewna, co mówią w odpowiedzi.

W ich oczach, gdy na mnie patrzą, widzę obrzydzenie, kajdanki na moich nadgarstkach są zimne jak ich serca.

Mieszkają w bańce przy Alejach i w City, żyją w blasku i nie interesuje ich, co jest na zewnątrz.

Umrę za siedem dni, ponieważ muszę, ale potem ich bańki pękną i wszyscy poznają prawdę.

CELA 1

Wiadomości

– Najnowszą wiadomością tego poranka jest szokujące morderstwo dokonane na cieszącym się wielką sławą Jacksonie Paige’u. Paige, który zdobył serca całego kraju swoimi występami w reality TV oraz niestrudzoną działalnością charytatywną, został zastrzelony zaledwie kilka metrów od miejsca, w którym stoję, na Crocus Street, w części miasta znanej jako High Rises. Zdumiewające jest to, że sprawczyni, która po oddaniu strzału została na miejscu zbrodni, przyznała się już do winy. Policja ustaliła, że jest to szesnastoletnia Martha Honeydew.

Honeydew, aresztowana przez policję, zgodnie z prawem Siedmiu Dni Sprawiedliwości została dziś rano osadzona w Celi śmierci numer 1. Będzie to niewątpliwie przełomowa sprawa, ponieważ Honeydew, jako szesnastolatka, jest pierwszą nastolatką, jaka stanie w obliczu kary śmierci,  a   t a k ż e  będzie pierwszą nastoletnią osobą osądzoną zgodnie z unikatowym systemem naszego kraju, Głosowanie dla Wszystkich, najbardziej demokratycznym wymiarem sprawiedliwości na świecie, w którym wy, drodzy widzowie, zadecydujecie o losie oskarżonej.

Oczywiście będziemy stale relacjonować siedem ostatnich dni jej życia, bo nimi zapewne będą. Możecie na bieżąco czerpać informacje z naszych zwykłych portali społecznościowych, a także z naszego całodobowego kanału telewizyjnego Oko za Oko. Podczas naszego programu Sprawiedliwością Jest Śmierć, nadawanego codziennie od osiemnastej trzydzieści, będziemy analizować szczegóły tej doprawdy odrażającej zbrodni, jak również życia oskarżonej, i zadamy pytanie, co mogło ją doprowadzić do tego, że została zabójczynią mordującą z zimną krwią.

Fakt, że ochoczo przyznała się do popełnienia zbrodni, być może już jej zapewnił miejsce na krześle elektrycznym – o czym się przekonamy siódmego dnia po podliczeniu publicznych głosów i zweryfikowaniu wyników. Drodzy widzowie, nie zmarnujcie szansy oddania głosu w tej historycznej sprawie.

Mówił Joshua Decker. Przekazuję głos Kristinie ze studia.

Doradztwo

Martha siedzi przy stole pośrodku pogrążonego w półmroku pokoju. Długie włosy ogolono jej do skóry, a ubrania zamieniono na biały kombinezon.

Zerka na ścianę i patrzy, jak sekundnik wielkiego zegara z głośnym tyknięciem przeskakuje na dziewiątą pięć. Potem, z wydęciem policzków i ciężkim westchnieniem, odwraca się i przez okratowane okno spogląda na wróbla, który przycupnął na drzewie obok pozwijanych, pożółkłych i poczerwieniałych liści. Ptak otwiera dziób i znów go zamyka; Martha wie, jak powinien brzmieć jego świergot, ale go nie słyszy.

Łańcuchy skuwające jej nadgarstki i kostki brzęczą, kiedy lekko porusza się na krześle i patrzy na siedzącą naprzeciw niej kobietę w średnim wieku, o cienkich jasnych włosach i wodniście niebieskich oczach.

– Czy strażnik powiedział ci, kim jestem? – pyta kobieta ciepłym, miłym głosem, kontrastującym z chłodem pomieszczenia.

Martha potrząsa głową.

– Nazywam się Eve Stanton. Jestem twoim doradcą z urzędu.

– Nie potrzebuję doradcy.

– Być może docenisz możliwość rozmowy w miarę zbliżania się do… – urywa, pocierając sobie zgryzione paznokcie i najwyraźniej szukając właściwego słowa.

– …egzekucji? – Martha rzuca swojej rozmówczyni gniewne spojrzenie, kończąc za nią zdanie. – Wiem, że umrę – mówi. – Jestem winna. Zabiłam go.

Eve mruga i odwraca wzrok.

– Skoro tak mówisz – mamrocze.

– Czemu miałabym kłamać?

– Właśnie. Czemu ktoś miałby kłamać, zeznając coś takiego?

– Tiaa.

Znowu zapada między nimi milczenie.

Zegar tyka.

Wróbel odlatuje z drzewa.

– Dlaczego mam doradcę? – pyta Martha. – Bo jestem nastolatką?

– Nie – wyjaśnia Eve. – Wszystkim więźniom przysługuje porada.

– Czemu?

Eve splata palce.

– Niektórzy nie godzą się z karą śmierci, zwłaszcza wymierzaną osobom nastoletnim. To jest…  u s t ę p s t w o  na ich rzecz. Coś, na co rząd może wskazać i wytknąć: „Tak, ale spójrzcie na ten nasz łaskawy gest”. – Uśmiecha się z zaciśniętymi ustami. – Przebłysk człowieczeństwa w czasach, kiedy niektórzy czują, że je zatraciliśmy.

– Człowieczeństwo? I właśnie to straciliśmy? – odzywa się Martha, przesuwając palcami po odrastającej szczecinie na głowie. – A co pani o tym myśli?

Eve widzi napięcie na twarzy dziewczyny i czający się w jej oczach niepokój. Ani jedno, ani drugie nie pasują do wypowiadanych słów i do przyjętej postawy.

– Nie ma znaczenia, co ja o tym myślę – odpowiada. – Takie jest prawo.

– Jakie? Oko za oko? – rzuca Martha.

– Nie zgadzasz się z nim?

– A pani? – odparowuje Martha.

Eve uśmiecha się kpiąco.

– Zapytałam pierwsza.

– I co z tego? Nie liczy się przecież, co ja myślę, prawda? Niech pani odpowie. Czy zgadza się pani z tym, żeby głosowano za czyimś życiem lub śmiercią? Bez sądów. Bez świadków. Bez dowodów… ławników… niczego.

– Czy system, w którym cała publiczność ma prawo głosu, nie oznacza, że każdy jest sędzią? Że wszyscy oni wpływają na werdykt?

Martha przewraca oczami.

– Zawsze odpowiada pani pytaniami na pytania?

Eve nie reaguje.

– Jest pani taka sama jak cała reszta z City – kwituje Martha, odwracając wzrok. – I ci, którzy mieszkają przy Alejach dokoła. Nie, jest pani gorsza, bo myśli, że robi coś wartego zachodu, a tak nie jest. W każdym razie prawo można zmienić, no nie?

– Nie mieszkam w City ani przy Alejach. Niezupełnie. Bardziej na obrzeżach.

– Tiaa, no, to już coś. Nie pochodzi pani z Rises, prawda?

– Prawda.

– Jak powiedziałam, jest pani taka sama jak reszta.

Wysuwa nogi przed siebie najdalej, jak jej pozwalają łańcuchy, i krzyżuje ręce na piersi.

– Jak często mam się z panią widywać? – pyta.

– Codziennie – odpowiada Eve. – Oprócz dnia siódmego.

– Dnia siódmego? Mojego ostatniego?

– Potencjalnie twojego ostatniego.

– A co z innymi wizytami?

– Żadnych.

– Co? Nikt nie może mnie odwiedzić?

Eve potrząsa głową.

Wróbel wraca na drzewo z robakiem w dziobie. Martha przypatruje mu się, po czym nachyla się do przodu.

– A co z wiadomością? – szepcze. – Czy może pani przekazać dla mnie wiadomość?

– Nie mogę – brzmi odpowiedź. – Przykro mi.

– Ale nikt się nie dowie. – Martha rozgląda się po pomieszczeniu. – Nie ma tu żadnych kamer. Nikt nie zobaczy.

– Nie mogę…

Na zewnątrz wiatr porusza gałęziami drzewa, przyciskając je do szyby, a wróbel podskakuje na swoim miejscu.

– Dla kogo miałoby to być przeznaczone? – pyta Eve.

– A co to panią obchodzi? Powiedziała pani, że tego nie zrobi.

– Twojej matki…

– Czytała pani moją kartotekę? – Kajdanki na nadgarstkach Marthy brzęczą, gdy postukuje w leżącą na stole teczkę. – Więc wie pani, że moja matka nie żyje.

Eve odchyla się powoli na krześle i bierze głęboki wdech.

– Wiem, że twoja matka nie żyje – mówi łagodnie. – I przykro mi z tego powodu. Chciałam powiedzieć, że twojej matki nie ma już z nami, a twój ojciec uciekł, zanim się urodziłaś. Komu więc miałabyś wysłać wiadomość? Do kogo byś ją napisała?

– Mam przyjaciół.

– Czyżby? – Eve bierze teczkę ze stołu i otwiera ją. – Ponieważ tu napisano, cytuję: „Martha w szkole nigdy nie była towarzyska. Z trudem nawiązywała przyjaźnie, sama stawiała się poza nawiasem i nie czyniła żadnego wysiłku, by dołączyć do rówieśników”.

– To nauczycielska gadka. Nigdy mnie nie lubili.

Eve podnosi palec.

– „…aczkolwiek była bardzo inteligentną młodą damą i gdyby się przyłożyła, mogłaby zajść daleko”.

– „Gdyby się przyłożyła?” – Martha parska szyderczo. – Czy to inne określenie na: „gdyby się dała wydudkać”?

– Nie, myślę, że raczej inne określenie na „gdyby miała sposobność”.

Wbijają w siebie wzrok.

Zegar tyka.

Gałęzie drzewa drapią w okno.

– Musiałam rzucić szkołę – szepcze Martha. – Żeby płacić czynsz. Wie pani?

Eve kiwa głową.

– Gdybym nie mogła… gdyby zaczęli wypytywać… nie chciałam być… – Powietrze świszcze w jej piersi podczas wdechu.

– Władzom umknął fakt, że jesteś sierotą, ponieważ płaciłaś czynsz?

– Zdaje się, że tak. W innym razie odebraliby mi mieszkanie i wsadziliby mnie do jednego z tych miejsc prowadzonych przez instytucje opieki, razem z tamtymi wszystkimi dzieciakami. Nie mogłabym… – Pociera rękami oczy i odwraca się w bok.

Eve przysuwa jej pudełko z chusteczkami higienicznymi.

– Rozumiem – mówi.

Martha patrzy na nią ze łzami w oczach. Głośno pociąga nosem i strąca pudełko ze stołu.

– Sranie w banie – burczy. – Może pani próbować, ale nigdy się pani nie uda.

Minuty mijają w milczeniu.

Pudełko wciąż leży na podłodze.

– Miałam kogoś – szepcze Martha. – Bliskiego.

– Jak miała na imię?

Martha zerka na Eve.

–  M i a ł  na imię – poprawia ją. – To był on, facet. Chłopak. – Znowu siąka.

– Jak  m i a ł  na imię? – pyta Eve.

Martha z powrotem odwraca się w stronę Eve.

– Czy to rozmowa poufna? – szepcze. – Jak u lekarza?

Eve kiwa głową.

– Oczywiście.

– Jeżeli coś pani powiem, nie pójdzie pani z tym do gazet ani do tego programu Sprawiedliwością Jest Śmierć i nie powie im pani?

– Nie – szepcze w odpowiedzi Eve.

– Ani nie napisze pani do nich?

– Nie – odpowiada. – Obiecuję.

Martha nachyla się nieco bardziej nad stołem i głośno przełyka ślinę.

– On… poznałam go… po tym, jak zabito moją matkę… on…

Za nimi otwierają się zamaszyście metalowe drzwi i z trzaskiem uderzają w ścianę.

Martha obraca się gwałtownie, gdy do pokoju wkracza strażnik więzienny. Brzuch trzęsie mu się nad spodniami od munduru, a guziki z trudem utrzymują zapięcie niebieskiej koszuli. Klawisz wymachuje pałką, którą trzyma w prawej ręce. Eve wbija w niego wzrok.

– Powiedziałam, że dam panu znać, gdy skończymy.

Strażnik wzrusza ramionami.

– Myślałem, że pani wzywała.

– Nie… – zaczyna Eve.

Oczy Marthy śmigają po pomieszczeniu.

– Czy są tutaj kamery? – pyta dziewczyna, podczas gdy strażnik zbliża się do niej. – Czy to jest nagrywane? Czy to idzie do telewizji? – mówi coraz głośniej. – Myślałam, że ta rozmowa jest poufna. – Krzesło zgrzyta na podłodze, gdy wstaje, a łańcuchy brzęczą, kiedy z rozpaczą unosi ręce. – Powiedziała pani… – Nachyla się nad Eve.

Ale strażnik łapie za łańcuchy, szarpie Marthę do tyłu i dziewczyna upada na podłogę. Leży u jego stóp, a on góruje nad nią z pałką uniesioną nad głową i szyderstwem na twarzy.

– Stop! – krzyczy Eve.

– No, dalej! – podjudza go Martha. – Bij! Uderz bezbronną dziewczynę, jeśli myślisz, że taki z ciebie kozak!

Klawisz patrzy na nią z ukosa.

– Przestańcie! – krzyczy Eve.

– To zabójczyni, ta tutaj – mówi strażnik. – Bestia. Powinno się ją traktować jak zwierzę.

Martha próbuje kopnąć strażnika, ale on odciąga ją na bok, przez co jej głowa i bark uderzają o futrynę drzwi,

– Martha – odzywa się do niej Eve. – Wszystko tu jest poufne, daję ci na to słowo.

Strażnik prycha.

– Taak, o ile ja tego nie słyszę, bo wtedy…

Martha znowu się z nim szarpie. Na moment jej siła wytrąca go z równowagi i mężczyzna przechyla się w przód, ale znów chwyta za łańcuchy i wyżej podnosi nad nią pałkę.

– Proszę przestać! – Eve rzuca się naprzód. Wyjmuje z kieszeni telefon i celuje nim w strażnika. – Chce pan, żeby to się znalazło w gazetach? – grozi. – W telewizji? Chce pan, żeby głosujący dowiedzieli się, jak tutaj jest naprawdę?

Mężczyzna wlepia w nią wzrok.

– Nie zrobi pani tego.

– Przekonajmy się – syczy Eve.

– Przez takie cholerne mięczaki jak pani… – mówi do niej klawisz; opuszcza pałkę i dźga palcem w jej twarz – …kraj przedtem wpakował się w bajzel. Mordercom uchodziło na sucho z powodu jakichś technicznych głupot, pedofilów wypuszczali, bo nie było dowodów. Najlepsze, co zrobiliśmy, to to, że pozbyliśmy się sądów. Nie było w nich żadnej sprawiedliwości. To – wskazuje na drzwi wiodące na korytarz i do cel – to jest sprawiedliwość. Śmierć jest sprawiedliwością i w tym układzie nie ma miejsca na głupie pomysły mięczaków.

Potrząsa głową, pot perli się na jego czole.

– Wiem, do cholery, jak będę głosować, i to nie jeden raz. – Szarpie Marthę, by wstała. – Nieważne, ile mnie to będzie kosztowało. Wydam całą miesięczną pensję, żeby mieć pewność, że się usmażysz, dziewczyno. Gdyby to ode mnie zależało, już jutro siedziałabyś na krześle.

Owija sobie łańcuch wokół pięści i przyciąga jej twarz do swojej.

– Jak mogłaś to zrobić? – syczy. – Jak mogłaś zabić Jacksona Paige’a? Ten człowiek nigdy nikogo nie skrzywdził. Patrz na tych wszystkich ludzi, którym pomógł. Całą jego charytatywną robotę. Mógł wyjechać z kraju z tą całą kasą, którą miał, ale tego nie zrobił. Został tu i pomagał takim jak ty. Był ikoną!

– Był pieprzonym kłamcą! – syczy Martha.

Cios z główki odrzuca ją w tył. Strażnik puszcza łańcuchy i dziewczyna leci na ścianę, po czym osuwa się na bok.

Eve, zszokowana, stoi jak wryta.

– Złapała to pani? – zwraca się do niej klawisz. – Ma to pani w telefonie? Zrobiła pani dobre ujęcie? Bo mi to wisi, mam gdzieś. Niech pani sprzeda zdjęcia gazetom. Dadzą je na pierwsze strony i zostanę bohaterem. – Wydyma policzki i z drwiną szczerzy zęby. – Zapłacą mi, żebym to zrobił jeszcze raz.

Martha patrzy, jak ochrypły śmiech wstrząsa całym ciałem mężczyzny. Rysy jej tężeją, oczy się zwężają, wstaje, przygważdża go wzrokiem i pluje mu w twarz.

Zanim strażnik zdąży zareagować, Eve chwyta Marthę i wyciąga ją z pomieszczenia na korytarz.

– Proszę się opanować! – woła, odwracając się za siebie. – Dopilnuję tego. Uspokoję ją.

Na korytarzu jest sześcioro metalowych drzwi, zamkniętych z wyjątkiem niewielkich wizjerów, przez które spoglądają anonimowe oczy. Siódme drzwi, ostatnie, na samym końcu, są całe zamknięte na głucho.

– Co zrobiłaś, dziewczyno? – odzywa się głęboki męski głos z jednej z cel.

– Naplułam mu w tępą gębę – odpowiada Martha.

Głos wybucha serdecznym śmiechem.

– Sprawiłaś mi wielką radość – mówi. – Jesteś z Rises?

– Dajcie spokój – upomina ich Eve. – Nie wolno wam z nikim rozmawiać. Strażnik zaraz tu będzie. Tak – odpowiada na pytanie tamtego.

– No jasne. Co cię tutaj sprowadza? Co ta dziewczyna zrobiła takiego złego?

– Zastrzeliłam Jacksona Paige’a – odpowiada Martha.

– Nie chrzań!

– Nie chrzanię.

– Dziewczyno, uszczęśliwiłaś mnie na całe życie! Prawo dla Rises! – woła mężczyzna i przez szczelinę wizjera wysuwa zaciśniętą pięść z różą wytatuowaną na boku dłoni.

– Spokojnie – napomina znów Eve, ale Martha wyrywa się jej, pędzi do tamtych drzwi i przykłada dłoń do pięści mężczyzny. Przyciska twarz do wizjera.

– Co zrobiłeś? – szepcze.

Z celi wpatrują się w nią ciemne oczy.

– Jedyne, co zrobiłem złego, to to, że się urodziłem w niewłaściwym miejscu.

– Martha, ruszaj się! Chodź szybko.

– Powodzenia – szepcze dziewczyna do więźnia i oddala się.

Eve otwiera ciężkie drzwi celi.

– Nie powinnaś była… – zaczyna. – Ten strażnik…

– A co to zmienia? – rzuca Martha w odpowiedzi, wchodząc do środka.

– Obrzydzi ci życie.

– Resztkę życia, która mi została, tak? – Martha wzrusza ramionami. – To, co się dzieje tutaj, nie ma znaczenia. Liczy się to, co się wydarzy na zewnątrz.

Martha

Nie poszedł za mną do celi. Ciekawe, czy Eve go zatrzymała. Czy mogę jej ufać?

Cela jest mała i zimna. Ściany jaskrawobiałe, bez jednej plamki. Wysoko w zewnętrznej ścianie jest okno z białymi kratami, pewnie się nie otwiera, a w ścianie naprzeciwko – białe metalowe drzwi. Teraz zamknięte na cztery spusty, klapka wizjera też. Jakbym siedziała w pudełku. Gdyby na korytarzu wybuchł pożar, upiekłabym się jak kurczak.

Właściwie wszystko tu jest białe: białe łóżko pod ścianą, biała pościel i biała poduszka, a w rogu biała ubikacja i biała umywalka.

I tyle.

Żadnych półek, biurka, stołu, lampy, szafy (po co miałabym mieć szafę?), książek, długopisów… nic. Czemu miałabym potrzebować czegokolwiek?

Jedyna zbędna rzecz to zegar wiszący na ścianie wysoko, nad drzwiami. Tyka, odliczając sekundy, które mi zostały w życiu. I też jest biały, z neonowymi wskazówkami.

Pomieszczenie kompletnie pozbawione wszystkiego. Wszelkich bodźców. Jakby mi przytłumiono oczy albo jakbym nagle zachorowała na dziwną ślepotę barw – nie żebym ich nie rozróżniała, tylko po prostu ich nie ma.

Kombinezon więzienny, w który mi się kazano ubrać, też jest jaskrawobiały, odebrali mi nawet moje brązowe włosy. Zgolili i wrzucili do kosza.

Czuję się, jakbym straciła połowę siebie. Włosy były częścią mnie, ubranie też.

Czego się spodziewałam? To jest więzienie, Chryste Panie. Cele śmierci. Nie może być przecież miło, nie?

Tak tutaj jasno, że pieką od tego oczy i boli głowa. Nie widać, skąd się bierze światło – nie ma żarówki ani żadnych lamp u sufitu. Może stamtąd, u góry po prawej, gdzie ściana styka się z sufitem, ale…

Czy ściany tak się jarzą?

Może to jakaś emitująca światło farba?

Jakaś tortura, którą wymyślili dla więźniów?

Chciałabym zamknąć oczy, położyć się do łóżka i odpłynąć stąd, ale nawet kiedy zamykam powieki, wciąż jest jasno. Pewnie nie pośpię tutaj dużo i zdaje się, że o to im chodzi.

Tortura? Taak, chyba tak.

Może wpadli na pomysł, że najlepszy sposób na poradzenie sobie z sytuacją to przespanie jej. Nie chcą, żeby człowiek sobie poradził; chcą, by cierpiał.

Tak naprawdę nie mogłabym przespać swojego ostatniego tygodnia, no nie? Ostatnie siedem dni oddychania i życia. Teraz już nawet mniej. Ile to godzin? Minut? Sekund? Nie chcę wiedzieć. Ale co innego jest tu do roboty niż spać i wspominać?

Leżę, zamykam oczy i naciągam pościel na głowę, żeby było ciemniej. Jestem jednak pewna, że robi się jaśniej. Po co mieliby mnie torturować, skoro i tak mam umrzeć?

Chowam głowę w materac, zaciskam oczy, skupiam się na panującej w nich ciemności i próbuję przypomnieć sobie ciebie.

Poznaliśmy się w ciemności. Ukrywałeś się w mroku tak jak ja, obserwując ulicę, stare samochody wlokące się po dziurawym asfalcie, wdychając smród spalin. Nie bywałeś tam co wieczór, jak ja, czasami nie zostawałeś długo, ale ja musiałam tam przychodzić, wiesz? Nie mogłam zasnąć, póki nie powiedziałam jej „dobranoc”. Boże, nie chcę pamiętać. Brak mi jej, brak mi ciebie. Nie cierpię tego, co robię. Nie chcę być miękka.

Kiedy podniosłam tamten pistolet, miałam ją w pamięci, ale nie zrobiłam tego tylko dla niej. Kazałam ci tamtej nocy uciekać dla wszystkich innych, których można uratować, dla sprawiedliwości i dla prawa.

Chciałeś obalić system; wszystko, czego ja początkowo pragnęłam, to doprowadzić do upadku jednego człowieka.

Nie chciałam go zabić, choć tak właśnie się stało, tylko pokazać, czym naprawdę jest.

Zanim dobiegnie końca moich siedem dni, nawet ci, którzy go w tej chwili kochają, ściągną jego pamięć z tego piedestału, na którym go postawili, i moje zadanie zostanie wypełnione. Będę spoczywać w pokoju, a ostatecznie wszyscy inni też odetchną spokojnie.

Mamy swoje role do odegrania, ja i ty, określone przez miejsce, w jakim się wychowaliśmy: ty możesz być bojownikiem, ja – męczennicą. Bądź co bądź to wszystko, co może zrobić dziewczyna z Rises, taka jak ja. Nie jestem na tyle sprytna ani pewna siebie, by działać, nie mam pieniędzy ani nie miałam przyszłości, nawet zanim tu jeszcze trafiłam. Myśleliśmy, że możemy być razem, ale to okazało się marzeniem głupiego.

Kochaj mnie tak mocno, żeby mi pozwolić odejść.

STUDIO TELEWIZYJNE 18.30 – Zaczyna się program Sprawiedliwością Jest Śmierć

Na ciemnoniebieskim ekranie brzęczą i trzeszczą białe cętki, przypominając wyładowania elektryczne. Pośrodku pojawia się nadnaturalnej wielkości oko o lodowato niebieskiej tęczówce. Mruga i dokoła czarnej źrenicy zaczynają wirować słowa: „Oko za Oko”.

MĘSKI GŁOS LEKTORA: Wytwórnia Oko za Oko przedstawia…

Słowa przestają wirować. Znów słychać elektryczne trzaski i napis z gładkiego staje się wyszczerbiony. Oko czerwienieje i zamyka się.

MĘSKI GŁOS LEKTORA: …program Sprawiedliwością Jest Śmierć, którego gospodarzem jest…

Błękit blednie i rozbłyskują światła, ukazując efektowne studio. W srebrzysto-niebieskiej podłodze odbijają się liczne zapalone lampy. Po lewej na nadnaturalnej wielkości ekranie widnieje logo z okiem – słowa obracają się na nim wolno i oko mruga. Nieco po lewej od środka pomieszczenia lśni łukowate biurko z porozstawianymi z tyłu i po bokach wysokimi, połyskliwymi stołkami, zwróconymi w stronę zgromadzonej w studiu publiczności, obecnie ukrytej w cieniu.

MĘSKI GŁOS LEKTORA: …Kristina Albright!

Światła wydobywają z cienia stojącą z lewej strony sceny Kristinę. Jest wysoka i smukła, blond włosy okalają idealną twarz, białe zęby uśmiechają się do kamery. Obcisła czerwona sukienka pasuje do szminki i butów.

KRISTINA: Witajcie w programie Sprawiedliwością Jest Śmierć!

Dookoła w studiu rozbrzmiewają aplauzy. Kristina z uśmiechem posyła publiczności skinienie.

KRISTINA: Nazywam się Kristina Albright. Dzisiejszego wieczoru mamy dla was ekscytujące wiadomości.

Wysokie obcasy stukają na podłodze, kiedy prezenterka podchodzi do ekranu po prawej. Oko ustępuje miejsca fotografii przedstawiającej przystojnego, uśmiechniętego mężczyznę z ładną żoną i nastoletnim synem.

KRISTINA: Wczoraj zaszokowała nas wiadomość o brutalnym zamordowaniu cieszącego się wielkim uznaniem multimilionera Jacksona Paige’a.

Na ekranie pojawia się zdjęcie tego samego mężczyzny z rękami podniesionymi w triumfalnym geście wśród wiwatującego tłumu.

KRISTINA: Jackson zdobył sobie miejsce w sercach milionów ludzi po szeregu wystąpień w telewizyjnych reality show w ciągu minionych dziesięciu lat. Wywodzący się z dzielnicy nędzy High Rises, nazywanej tak od wieżowców zbudowanych w celu rozwiązania kryzysu mieszkaniowego…

Ekran pokazuje panoramę obszaru High Rises – kilkanaście wysokich betonowych bloków pnących się ku ponuremu niebu; wychudzonego bezpańskiego psa, puste opakowania po jedzeniu na wynos poniewierające się w brudnych rynsztokach oraz młodego chłopaka z papierosem w jednej ręce i puszką piwa w drugiej.

KRISTINA: Mądrze inwestował swoje nagrody i ciężko pracował, dzięki czemu sam wydźwignął się z biedy i stał się inspiracją dla wszystkich…

Szare blokowisko znika, a jego miejsce zajmuje duży biały dom z wysokim metalowym ogrodzeniem i soczyście zielonym trawnikiem ciągnącym się wzdłuż granicy posesji. W rozstawionych tu i tam koszach oraz na rabatach bujnie kwitną różowe, pomarańczowe i żółte kwiaty. Na podjeździe lśni w słońcu czerwony sportowy samochód. Obok niego pozuje do zdjęcia uśmiechnięty mężczyzna – Jackson.

KRISTINA: …swoimi publicznymi wystąpieniami, swą niestrudzoną pracą charytatywną i oczywiście, nie zapominajmy o…

Na ekranie przewijają się portrety Jacksona: uśmiechającego się do obiektywu na czerwonym dywanie podczas jakiejś gali; ubranego w smoking i wygłaszającego mowę; wręczającego ponadnaturalnej wielkości czek ustawionym w szeregu pielęgniarkom.

KRISTINA: …bezinteresownym akcie adoptowania małego chłopca, osieroconego w wyniku tragicznego wypadku.

Wyświetla się czarno-białe zdjęcie. Jackson, ze zmarszczonym czołem, lśniącymi od łez oczami i wykrzywionymi ustami, przyciska do piersi płaczącego sześcioletniego chłopca. Za nimi wysokie bloki dzielnicy Rises są szare i zamazane, ale na spękanym chodniku zaznacza się ledwie widoczny jedyny kolor – strużka czerwieni.

Kristina składa ręce jak do modlitwy i przytrzymuje je przed ustami. W studiu panuje milczenie. Prezenterka unosi głowę, przymyka i otwiera powieki, po czym patrzy prosto w kamerę.

KRISTINA (cicho): Więcej o Jacksonie Paige’u później. Zwróćmy teraz uwagę na zbrodnię i sprawczynię. Jakaż osoba mogła popełnić czyn tak okropny? Połączmy się z naszym sprawozdawcą Joshuą Deckerem. Josh?

Odwraca się do ekranu. U góry pojawia się na nim niebieski pasek, z małym mrugającym okiem w lewym rogu oraz iskrzącym się pośrodku napisem: „Joshua Decker – sprawozdawca”. U dołu przewija się nieustannie informacja tekstowa: „Cela 1 – nastoletnia zabójczyni – Martha Honeydew”.

Na środku ekranu pojawia się Joshua z mikrofonem – w czarnym płaszczu z postawionym kołnierzem, w skórzanych rękawiczkach, z błyszczącymi oczyma i uśmiechem na ustach mimo listopadowego chłodu i wiatru.

JOSHUA: Tak, Kristino, witaj. Mam nadzieję, że mnie słychać, choć dookoła wyje wiatr. Tu, w Rises, jest naprawdę zimno. Mówię wam, nie mogę się doczekać, kiedy wrócę do domu na ciepłą kąpiel i kieliszek wina.

Mruga porozumiewawczo. Na widowni słychać pomruk kobiecych głosów.

JOSHUA: Stoję około stu metrów od miejsca, w którym popełniono zbrodnię. Do wiadomości tych naszych widzów, którzy tu nigdy nie byli – blisko stąd do stacji kolejowej, z której odjeżdżają pociągi do City i do okolicznych Alej. Nie bez powodu nazywają to miejsce przejściem podziemnym.

Kieruje w górę dłoń ubraną w rękawiczkę. Kamera odsuwa się od niego i pokazuje spodnią stronę dużej kładki komunikacyjnej, ciemną i zawilgoconą, z połamanymi barierkami i na wpół skruszonymi słupkami, które miały powstrzymywać motocyklistów od korzystania z tej drogi dla pieszych. Za nią, już poza zasięgiem jej cienia, ciągnie się podrzędna ulica z szeregiem sklepów o porozbijanych albo zabitych deskami witrynach. W oddali majaczy ledwie widoczne blokowisko z punkcikami świateł w oknach.

JOSHUA: Po tej stronie dworca znajduje się strefa często odwiedzana przez dilerów narkotyków i bezdomnych.

KRISTINA: Joshua, powiedz nam, co się tam dzieje. Co ludzie mówią o zabójczyni?

JOSHUA: Cóż, Kristino, rzecz w tym, że nie mówią. Nikt nie zabiera głosu. Mieszkańcy High Rises zachowują się tak, jakby się nic nie stało. W przeciwieństwie do reszty społeczeństwa, co zapewne widzicie wokół mnie.

Joshua rusza spacerem, a kamera podąża za nim, pokazując, jak reporter zatrzymuje się przy leżących na ziemi kwiatach, przytulankach, zdjęciach, odręcznie napisanych słowach i płonących zniczach. Klęcząca kobieta dokłada kolejne kwiaty, dwóch mężczyzn obejmuje się wśród szlochów.

JOSHUA: To tutaj został zastrzelony. Ci ludzie nie posiadają się z żalu. Napływali nieprzerwanym strumieniem przez cały ranek. Nastoletni uczniowie, wiezieni przez rodziców do szkoły, kilku lekarzy specjalnie nadłożyło drogi przed operacjami, pielęgniarki złożyły mu hołd zaraz po nocnej zmianie. Większość była zbyt poruszona, żeby rozmawiać, a gdyby nawet byli w stanie mówić, nie potrafiliby ubrać w słowa odczuwanego smutku i przeżytego wstrząsu. Ale… jeśli się prosi o opinię okolicznych sklepikarzy, młode matki odprowadzające dzieci do szkoły, nastoletnich chłopców sterczących na rogach ulic, ludzi stojących w kolejce po zasiłek… nikt nie chce komentować.

KRISTINA: Bardzo dziwne.

JOSHUA: Właśnie. Najwyraźniej szeregi są zwarte. Ale śpieszę donieść, że wasz sprawozdawca zdołał dostać wyłączność na…

Uśmiecha się przekornie i przechyla głowę w bok.

KRISTINA (uśmiechając się do widowni): Nie będę go pytać, jak zdobył wyłączność, ale domyślam się, że ma to coś wspólnego z jego urokiem osobistym!

Publiczność śmieje się.

JOSHUA (puszczając oko): Tak, Kristino, mamy zapis wideo chwil tuż po dokonaniu morderstwa. Myślę, że ten materiał mówi sam za siebie.

Obraz reportera kurczy się do ramki po lewej stronie ekranu, a ramkę po prawej wypełnia rozedrgany film.

JOSHUA: To zapis z policyjnej kamery czołowej. Początkowo sądzono, że alarm wszczęto za pośrednictwem kamer monitoringu, ale okazuje się, że te w najbliższej okolicy były uszkodzone.

Na filmie widać pędzące w stronę kamery, pogrążone w półmroku ulice; deszcz i szyba samochodowa przesłaniają wszystko z wyjątkiem tego, co oczywiste. W oddali majaczą ciemne sylwetki wysokich bloków, jak kamienie nagrobne na tle wieczornego nieba, a dookoła nich wiją się drogi niczym poczerniałe rzeki. Niebieskie rozbłyski policyjnych świateł odbijają się od mokrych jezdni i metalowych żaluzji na budynkach; syreny wyją gniewnie.

Rozpędzona sceneria zwalnia. Przednie reflektory omiatają zakręt i zalewają bielą obszar zwany przejściem podziemnym. Wóz policyjny zatrzymuje się. Skąpana w świetle stoi Martha, długie włosy ma mokre od deszczu, a oczy szeroko otwarte jak u królika; ręce trzyma w górze, w jednej tkwi pistolet.

Obraz chwieje się podczas wysiadania z samochodu. Przed kamerą pojawiają się dwie wyciągnięte ręce z dłońmi zaciśniętymi na rewolwerze celującym w Marthę.

POLICJANT (zza kadru): Rzuć broń i ręce na głowę!

Dziewczyna pochyla się i upuszcza pistolet na ziemię. Kamera, drżąc, zbliża się do niej. Martha kładzie sobie ręce na głowie. Kamera skupia się na jej twarzy, teraz wypełniającej cały ekran.

MARTHA: Ja to zrobiłam! Zastrzeliłam go! Zabiłam Jacksona Paige’a.

Na ekranie w studiu film w ramce po prawej zatrzymuje się na twarzy dziewczyny, podczas gdy w ramce po lewej Joshua wzdycha i wolno potrząsa głową.

KRISTINA (cicho): Dziękuję ci, Joshua. Połączymy się z tobą ponownie jutro wieczorem.

Na chwilę opuszcza głowę, po czym podnosi ją i znowu patrzy w kamerę.

KRISTINA: Martha Honeydew może wyglądać tak słodko, jak brzmi jej nazwisko1, ale czy w rzeczywistości z zimną krwią zabiła człowieka i odebrała nam jedną z najsławniejszych, najbardziej uwielbianych postaci naszych czasów? Sama mówi, że tak.

MARTHA (nagranie puszczone zza kadru): Ja to zrobiłam! Zastrzeliłam go! Zabiłam Jacksona Paige’a.

KRISTINA: To jej słowa, drodzy widzowie. Miała w rękach pistolet.

Na zatrzymanej w kadrze twarzy na ekranie pojawia się słowo stempel: „ZABÓJCZYNI”. Kristina, wciąż spoglądając w kamerę, idzie w stronę łukowatego biurka; w górze przygasają światła.

KRISTINA: Zatem sprawa otwarta i zarazem zamknięta. To pierwsza nastolatka w celi śmierci i wygląda na to, że najpewniej będzie też pierwszą, która zostanie stracona. Bądź co bądź dlaczego wy, głosujący, mielibyście wątpić w jej słowa?

Zdjęcie Marthy znika, na ekranie znów dominuje oko.

Kristina siada z gracją na stołku przy końcu biurka, układając nogi z boku w pełnej wdzięku pozie. Światła rozbłyskują ponownie, ukazując siedzącego po lewej niskiego mężczyznę. Gość ma przygarbione ramiona i zwieszoną głowę, włosy sterczą mu bezładnie w kępkach.

KRISTINA: Ale zanim przejdziemy do kolejnego lokatora cel śmierci, przez moment zwróćmy uwagę na to, co nasza zabójczyni, Martha Honeydew, może porabiać w tej chwili i jak się przypuszczalnie czuje.

Uśmiecha się do mężczyzny.

KRISTINA: Witamy, Gus.

Gość unosi twarz. Posyła jej przelotny uśmiech i unika wzrokiem widowni. Podenerwowany, przesuwa palcem po wewnętrznej stronie kołnierzyka koszuli i skubie rękawy marynarki.

KRISTINA: Pięć lat temu byłeś jednym z tych ludzi. Wtrąconym do więzienia pod zarzutem popełnienia zbrodni, od którego uwolniło cię publiczne głosowanie. Masz więc pełne doświadczenie, aby powiedzieć nam, jak ona może się teraz czuć. Co w tej chwili dzieje się w jej umyśle?

GUS (cicho): Emmm… Noo, taak, jak powiedziałaś, byłem oskarżony o morderstwo…

Jego przyciszony głos drży ze zdenerwowania.

KRISTINA: Przepraszam, Gus, czy mógłbyś mówić głośniej?

Mężczyzna robi głęboki wdech i prostuje się.

GUS (nieco głośniej): Taak… taak… emm… pięć lat temu byłem oskarżony o zamordowanie kogoś, ale… ale dzięki waszym widzom…

Zwraca się do kamery, uśmiecha się szeroko, lecz z zakłopotaniem; publiczność bije brawo.

GUS: Zostałem wypuszczony.

KRISTINA: I jak było, Gus? Jak przeżyłeś tę pierwszą noc? Jak nasza więźniarka się czuje, mając przed sobą ostatnie dni swego życia?

GUS: No, pierwsze co, jak widzowie wiedzą, prawda, została aresztowana wczoraj, ale postawili jej zarzut i dali ją w system i tak dalej, więc do celi śmierci trafiła dopiero dziś rano, czyli że, jak powiedziałaś, dziś jest jej pierwszy dzień. Dzień pierwszy – Cela 1. Do wschodu słońca, tak jest. O wschodzie zmieniasz celę.

KRISTINA: A jak jest w Celi 1?

Gus znowu przesuwa palcem po wewnętrznej powierzchni kołnierzyka, teraz przesiąkniętego potem. Spuszcza wzrok, marszczy czoło.

KRISTINA: Gus, wiemy, że musi ci być ciężko i prosimy o wiele, ale jestem pewna, że rozumiesz, to dla nas bardzo ważne, skoro mamy oddać głosy. Musimy mieć pełne pojęcie o sytuacji, aby się upewnić, że zagłosujemy właściwie. Wiele razy już sugerowałam, że przekaz wideo bezpośrednio z cel dałby głosującym znacznie pełniejszy ogląd i możliwość zrozumienia oskarżonej osoby.

Zwraca się do publiczności.

KRISTINA (kiwając głową): Zgadzacie się ze mną?

Widownia wiwatuje i klaszcze.

KRISTINA: Gus? Cela 1. Powiedz nam.

Podnosi głowę i przesuwa wzrokiem po wyczekujących twarzach, prostuje się, dotyka ręką prawego ucha i bierze wdech.

GUS: …skromnie. Było łóżko i… emm… zlew i… ubikacja…

KRISTINA: Ubikacja w tym samym pokoju, w którym się śpi?

Mężczyzna znowu dotyka dłonią ucha i zdobywa się na wymuszony śmiech.

GUS: Ee… nie… nie, była łazienka. To miałem na myśli. I też nie zlew, tylko umywalka… a ubikacja w łazience. I prysznic.

Z trudem przełyka ślinę i bierze wdech.

GUS: W celi… są… książki, mnóstwo książek… i telewizor… ee… i obrazy na ścianach…

Splata dłonie.

KRISTINA: Nie tak, jak można by się spodziewać, że zostanie potraktowany zbrodniarz, Gus.

GUS (cicho): Pewnie nie…

KRISTINA: Wygląda na to, że nasza Martha w ogóle nie poczuje, że spotkała ją jakaś kara. Może powiesz mi jeszcze, że drzwi zostawia się otwarte!

Gus dotyka ucha, zerka w kamerę i patrzy z powrotem na Kristinę.

GUS: Zostawia się.

Kristina odchyla się w tył, szczęka jej opada, a dłonie się otwierają.

GUS: A oni… znaczy, więźniowie… mogą ze sobą rozmawiać.

Kristina głośno cmoka.

KRISTINA (do kamery): Pomyślmy o tym, drodzy widzowie, dobrze? Ta dziewczyna powiedziała, że to zrobiła. Przyznała, że z zimną krwią zastrzeliła człowieka i patrzyła, jak uchodzi z niego życie. Przyznała to dobrowolnie, nie wykazując żadnej skruchy, a teraz siedzi sobie, ogląda telewizję, gawędzi, zajada… Gus, co ona może teraz jeść?

GUS (mamrocząc): Dziś rybę z frytkami, a na deser pudding o smaku toffi. I budyń waniliowy.

KRISTINA: Cóż, drodzy widzowie, sprawiedliwość jak zawsze jest w waszych rękach. Przyjrzyjmy się wszystkim tym ważnym numerom i informacjom związanym z głosowaniem. W tej chwili u dołu swoich ekranów widzicie numery telefonów. Wybierzcie 0909 87 97 77 i dodajcie 7, jeśli ją uznajecie za winną, albo 0, jeżeli ją chcecie uniewinnić. Możecie również głosować, wysyłając na numer 7997 SMS o treści ŚMIERĆ lub ŻYCIE. By oddać głos online, odwiedźcie naszą stronę internetową www.wytworniaokozaoko.com, kliknijcie u góry zakładkę „Martha Honeydew nastoletnia zabójczyni” i wpiszcie swój głos. Za połączenie telefoniczne obowiązuje najwyższa opłata, prosimy uzyskać pozwolenie osoby płacącej rachunki telefoniczne, SMS kosztuje dodatkowe 5 funtów oprócz standardowej opłaty waszego operatora, głosowanie online to koszt 5 funtów po uiszczeniu wstępnej opłaty rejestracyjnej w wysokości 20 funtów. Wyszczególnienie wszystkich warunków głosowania znajdziecie na naszej stronie internetowej.

U dołu ekranu pojawia się niebieski pasek, po którym przesuwają się srebrzyste numery i inne szczegóły.

KRISTINA: Gus, jak zwykle fascynująco się z tobą rozmawiało, a jeszcze tyle zostało do omówienia: motyw, stracone dzieciństwo, brak ojca, śmierć matki, ale mamy siedem dni na rozmowy.

GUS (mamrocząc): I doradczynię.

KRISTINA: Doradczynię? Wyjaśnij nam to.

GUS (wolno, jakby po kimś powtarzał): Jej doradczynią jest Eve Stanton. Jedyny doradca, który jeszcze nie wystąpił w tym show. Nigdy nie udziela wywiadów ani nic takiego. Nie komentuje swojej pracy.

KRISTINA: Znakomite spostrzeżenie, Gus.

Kamera skupia się tylko na niej.

KRISTINA: I ekscytujące, drodzy widzowie, gdyż będziemy was prowadzić przez najbliższe siedem dni; wiele mamy do omówienia i wiele kamieni, pod które należy zajrzeć. Dołączcie do nas znów po wiadomości od naszego sponsora – Cyber Secure – kiedy będziemy śledzić ostatnie godziny oskarżonego obecnie przebywającego w Celi 7. Co mu przyniesie wasz osąd? Życie? Czy śmierć? A po siedmiu dniach co czeka naszą najnowszą lokatorkę, nastoletnią zabójczynię Marthę Honeydew?

Światła w studiu przygasają. Gus wyrywa sobie z ucha słuchawkę i jak burza wypada z planu.

Eve

– Co oglądasz, mamo?

Eve zdejmuje okulary i przeciera oczy. Uśmiecha się przelotnie, patrząc, jak jej syn, Max, wchodzi do kuchni, kładzie swój laptop na stole jadalnianym, otwiera lodówkę i zagląda do środka.

Kobieta instynktownie zgarnia na kupkę leżące przed nią na blacie papiery, niektóre przewraca tekstem w dół, inne wkłada do teczek, by usunąć z widoku zdjęcia i nazwiska.

– Nic takiego – mamrocze. – Po prostu jest włączony.

Max zerka na stojący w kącie telewizor.

– Sprawiedliwością Jest Śmierć? – Zdejmuje z uszu słuchawki, z których buchają ciężkie gitarowe dźwięki. –  N i g d y  tego nie oglądałaś!

Bierze butelkę soku i opada na krzesło naprzeciwko matki. Otwiera napój, patrząc, jak ona zbiera swe dokumenty.

– Jesteś jej doradcą? Tej dziewczyny? Tej, która zabiła Jacksona Paige’a?

– Kto  m ó w i,  że zabiła…?

– Spokojnie, a więc jesteś, prawda?

– A ty nie wiesz, czy ona jest… – Zamyka oczy, kładzie łokcie na stole i opiera głowę na rękach.

Syn przez chwilę patrzy, po czym bierze pilot i wyłącza telewizor.

– Nie oglądaj tego – mamrocze. Wstaje, nalewa kawy z ekspresu i stawia przed nią. – To badziew. Manipulują człowiekiem.

– Max…

– Wszyscy to wiedzą, tylko nikt nie mówi. To gówno, a nie sprawiedliwość.

Matka wzdryga się.

Syn pociąga łyk swojego napoju.

– Jadłaś coś? – pyta.

– Jeszcze nie – mruczy Eve. – Wcześniej… śniadanie… w południe kanapkę.

Max kręci głową.

– Chodź. – Bierze ją za łokieć i prowadzi przez pokój na sofę.

– Nie ma potrzeby, żebyś się o mnie troszczył – protestuje matka.

– A kto się o ciebie zatroszczy? Siadaj.

Eve opada na poduszki, a on kładzie jej nogi na siedzeniu.

– Zostań tu. Zrobię ci coś do jedzenia.

Gdy wraca z miską makaronu, matka mocno śpi.

Max okrywa ją kocem, przygasza światło i wraca do strefy kuchennej. Przy stole podnosi kęs do ust i zastyga, wpatrzony w leżące przed nim dokumenty i teczki.

Żując, zerka na matkę. Eve leży wtulona twarzą w oparcie sofy i ciężko oddycha. Max odkłada widelec i przewraca pierwszą stronę.

Martha

Coś mnie wyrywa ze snu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zasnęłam. Oczy mnie bolą od jasności, gdy je otwieram. Słyszę głosy. Ktoś śpiewa czy modli się, ktoś inny płacze.

Czy w każdej celi ktoś siedzi? Siedem cel i siedmioro ludzi czekających na śmierć?

Wątpię. Słyszałam, że nigdy nie jest pełno. Groźba śmierci podobno miała sprawić, że ludzie sporządnieją. Mówiło się o budowie cel śmierci w Birmingham, Manchesterze i innych miastach, ale skończyło się na gadaniu. Nie powstało ich więcej.

Przysyłają oskarżonych z całego kraju tu, do Londynu. Że nie ma przy nich bliskich? Rodziny? A co to, do cholery, kogo obchodzi? I tak nie przyjmują wizyt. Więzień, kiedy jest oskarżony, traci wszelkie prawa.

Powiedziałeś, że rządzą z żelaznym uśmiechem. Ludziom z zewnątrz pasuje widzieć tylko uśmiech, my czujemy żelazo. Naprawdę mi na tym nie zależy, chciałam po prostu zobaczyć upadek tego drania Paige’a. Albo przynajmniej tak się to zaczęło. Ale życie nie jest takie proste, prawda?

A więc ilu osadzonych? Kto nie śpi i płacze? Czy ktoś daje radę przespać dłużej niż pięć minut? Ciekawe, czy ich zobaczę, gdy rano będzie zmiana cel.

Na razie jednak daleko do świtu; za oknem jest ciemno.

Chcę wyjrzeć na zewnątrz.

Wlokę łóżko pod okno; skrzypi na podłodze, ale nikt się na ten hałas nie zjawia. Staję na posłaniu i wyciągam się w górę, lecz okno jest ustawione pod kątem, przez co pozwala mi widzieć tylko niebo. Teraz, kiedy odwróciłam się tyłem do światła, dostrzegam, że to nie czerń, jak się wydawało, ale głęboki, aksamitny granat usiany gwiazdami. Owijam dłonie wokół oczu, by je osłonić przed światłem. Księżyc w pełni spogląda na mnie tak samo, jak zeszłej nocy spoglądał na ciebie i mnie razem. Zanim się tak spieprzyło.

Może powinniśmy byli uciec razem. Zapomnieć o Paige’u i o tym, ile ściągnął na ludzi utrapień, ułożyć sobie życie i przyszłość…

Kogo ja próbuję oszukać? Ból zżerałby mnie dalej, aż nie zostałoby nic i oboje bylibyśmy zmuszeni patrzeć, jak dzięki korupcji bogaci bogacą się jeszcze bardziej, biedni biednieją, a sprawiedliwość załamuje się zupełnie.

– Niebo to wszystko, co kiedykolwiek mogliśmy mieć wspólnego, Isaac – mówię ledwie dosłyszalnie. Przesuwam rękę przez kraty i wyciągam najdalej, jak się da, pozwalając, by blask księżyca padł mi na skórę. – Czy ty też teraz wyglądasz na zewnątrz?

Napływają chmury i przesłaniają księżycową tarczę.

Mam nadzieję, że to jest tego warte.

CELA 2

Doradztwo

Martha siedzi naprzeciw Eve w rozmównicy. Jej twarz jest prawie tak biała jak cela, w której spędziła noc. Więzienny kombinezon ubrudził się wokół nadgarstków i kostek od kajdan, a z przodu zrobiły się szare linie tam, gdzie przebiegają i łączą się łańcuchy.