Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 589 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cel Bourne'a - Robert Ludlum, Eric Van Lustbader

Kontynuacja powieści „Mistyfikacja Bourne’a” zaczyna się tuż po strzelaninie w Afryce i śmierci przyjaciółki Jasona Bourne’a, handlarki sztuki, Tracy Atherton. Bourne przywołuje w swojej porażonej amnezją pamięci fragmenty zdarzeń związane z zamordowaniem na Bali młodej kobiety, Holly Marie Moreau, od której otrzymał przedziwnie grawerowany pierścień – jak się później okaże własność tajnego bractwa Severus Domna - który wraz z laptopem, będącym w posiadaniu Leonida Arkadina, strzeże tajemnicy fortuny tak ogromnej, legendarnych kopalni złota króla Salomona, że gwarantuje ona panowanie nad światem.

Bourne, walczący z zawodzącą go pamięcią, otoczony jest wrogami, do których zalicza się przede wszystkim Sekretarz Obrony Bud Halliday, a także ludźmi, z którymi musi współpracować, lecz których uczciwości i intencji nie jest pewien. Przyjaźń z Chrissie, siostrą Tracy, oraz kolejne tajemnicze zdarzenie - atak w londyńskim klubie, omal nie kończą się dla niego tragicznie.

Opinie o ebooku Cel Bourne'a - Robert Ludlum, Eric Van Lustbader

Fragment ebooka Cel Bourne'a - Robert Ludlum, Eric Van Lustbader

Wydanie elektroniczne

RO­BERT LU­DLUM

(1927-2001)

Ame­ry­kań­ski ak­tor, pro­du­cent te­atral­ny i pi­sarz. W la­tach 1945-47 słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej. W 1951 ukoń­czył We­sley­an Uni­ver­si­ty. Od naj­młod­szych lat pa­sjo­no­wał się ak­tor­stwem. W wie­ku 16 lat po raz pierw­szy wy­stą­pił w sztu­ce na Broad­wayu. W la­tach 50-tych za­grał w po­nad 200 fil­mach te­le­wi­zyj­nych; był pro­du­cen­tem oko­ło 300 przed­sta­wień te­atral­nych. Jako pi­sarz za­de­biu­to­wał póź­no – ma­jąc 41 lat – po­wie­ścią Dzie­dzic­two Scar­lat­tich. Od­rzu­co­na po­cząt­ko­wo przez 10 wy­daw­ców sta­ła się be­st­sel­le­rem i za­ini­cjo­wa­ła osza­ła­mia­ją­cą ka­rie­rę li­te­rac­ką naj­bar­dziej zna­ne­go współ­cze­sne­go twór­cy thril­le­rów spi­sko­wych. Łącz­na sprze­daż ksią­żek Lu­dlu­ma prze­kro­czy­ła 300 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy w 32 ję­zy­kach. Za ży­cia pi­sa­rza uka­za­ły się 24 po­wie­ści; po jego śmier­ci – kil­ka­na­ście na­stęp­nych, z któ­rych więk­szość po­wsta­ła na pod­sta­wie po­zo­sta­wio­nych przez nie­go no­ta­tek i szki­ców, przy współ­pra­cy ta­kich au­to­rów jak Pa­trick Lar­kin, Ja­mes Cobb, Eric Van Lu­st­ba­der i Paul Gar­ri­son. Do naj­bar­dziej zna­nych thril­le­rów Lu­dlu­ma na­le­żą m.in.: Te­sta­ment Ma­ta­re­se’a, Toż­sa­mość Bo­ur­ne’a, Kru­cja­ta Bo­ur­ne’a, Mo­zai­ka Par­si­fa­la, Straż­ni­cy Apo­ka­lip­sy i Klą­twa Pro­me­te­usza. Wie­le z nich zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych – jako se­ria­le te­le­wi­zyj­ne lub peł­no­me­tra­żo­we fil­my ki­no­we.

Tego au­to­ra

RĘ­KO­PIS CHAN­CEL­LO­RA

PRO­TO­KÓŁ SIG­MY

KLĄ­TWA PRO­ME­TE­USZA

PIE­KŁO ARK­TY­KI

CZWAR­TA RZE­SZA

KRYP­TO­NIM IKAR

STRAŻ­NI­CY APO­KA­LIP­SY

MO­ZAI­KA PAR­SI­FA­LA

IM­PE­RIUM AKWI­TA­NII

STRA­TE­GIA BAN­CRO­FTA

ILU­ZJA SCOR­PIO

TOŻ­SA­MOŚĆ AM­BLE­RA

Ja­son Bo­ur­ne

TOŻ­SA­MOŚĆ BO­UR­NE’A

KRU­CJA­TA BO­UR­NE’A

UL­TI­MA­TUM BO­UR­NE’A

DZIE­DZIC­TWO BO­UR­NE’A

SANK­CJA BO­UR­NE’A

MI­STY­FI­KA­CJA BO­UR­NE’A

CEL BO­UR­NE’A

ŚWIAT BO­UR­NE’A

IM­PE­RA­TYW BO­UR­NE’A

RE­TRY­BU­CJA BO­UR­NE’A

Dy­na­stia Ma­ta­re­se

TE­STA­MENT MA­TA­RE­SE’A

SPAD­KO­BIER­CY MA­TA­RE­SE’A

Paul Jan­son

DY­REK­TY­WA JAN­SO­NA

ODY­SE­JA JAN­SO­NA

OPCJA JAN­SO­NA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE BO­UR­NE OB­JEC­TI­VE

Co­py­ri­ght © The Es­ta­te of Ro­bert Lu­dlum 2010

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2011

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof So­ko­łow­ski 2011

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cja na okład­ce: rui vale so­usa/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-139-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Ja­ime Le­vi­ne’a,

któ­re­go re­dak­tor­skie­mu do­świad­cze­niu

i nie­wy­czer­pa­ne­mu en­tu­zja­zmo­wi

za­wdzię­czam tak do­sko­na­łą za­ba­wę

Prolog

Ban­ga­lo­re, In­die

Noc spa­dła za­sło­ną ru­chli­wych owa­dów oży­wa­ją­cych z za­cho­dem słoń­ca. Wy­da­wa­ły dźwię­ki ohyd­ne jak smród brud­nych ciał, ludz­kich eks­kre­men­tów, psu­ją­ce­go się je­dze­nia i roz­kła­da­ją­cych tru­pów. Śmiet­ni­sko Ban­ga­lo­re po­ru­sza­ło się ni­czym lep­ka fala.

Le­onid Da­nie­le­wicz Ar­ka­din sie­dział w ciem­nym po­ko­ju, cuch­ną­cym roz­grza­ną elek­tro­ni­ką, za­sta­rza­łym dy­mem pa­pie­ro­sów i chło­dzi­wem. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa chro­mo­wa­ną za­pal­nicz­ką, przy­glą­da­jąc się że­brom szkie­le­tu Fazy Trze­ciej, czę­ści ogrom­nie­ją­ce­go z każ­dym dniem Elek­tro­nicz­ne­go Mia­sta, wy­ra­sta­ją­ce­go ze slum­sów Ban­ga­lo­re jak roz­wi­ja­ją­ca się cho­ro­ba. Elek­tro­nicz­ne Mia­sto, po­wsta­łe w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, było dziś świa­to­wą sto­li­cą tech­no­lo­gicz­ne­go out­so­ur­cin­gu. Do­słow­nie wszyst­kie li­czą­ce się fir­my in­for­ma­tycz­ne mia­ły tu biu­ra, czy­niąc z nie­go oś me­ry­to­rycz­ne­go wspar­cia prze­my­słu zro­dzo­ne­go z tech­no­lo­gii zmie­nia­ją­cych się co pół roku.

Zło­to z be­to­nu, po­my­ślał oszo­ło­mio­ny Ar­ka­din. Dużo czy­tał o hi­sto­rii al­che­mii, idea prze­mia­ny była głów­nym przed­mio­tem jego za­in­te­re­so­wań. Wcze­snym wie­czo­rem, to zna­czy wcze­snym dla wy­na­ję­tych pra­cow­ni­ków, któ­rych biu­ra wy­peł­nia­ły bu­dyn­ki do gra­nic moż­li­wo­ści, hol i ko­ry­ta­rze były tak pu­ste, jak w po­dob­nych bu­dyn­kach w No­wym Jor­ku o trze­ciej nad ra­nem. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych spe­cja­li­ści za­bie­ra­ją się do pra­cy, wkrót­ce sta­ną się wir­tu­al­ny­mi du­cha­mi, sku­lo­ny­mi przy kon­so­lach z bez­prze­wo­do­wy­mi słu­chaw­ka­mi na uszach.

Po fia­sku w Ira­nie, gdzie uda­ło mu się tyl­ko po­twor­nie wku­rzyć Ma­sło­wa, prze­niósł ope­ra­cje tu­taj, z dala od tych, na któ­rych miał za­miar zno­wu za­po­lo­wać: Di­mi­tri­ja Ilia­no­wi­cza Ma­sło­wa i Ja­so­na Bo­ur­ne’a.

Z zaj­mo­wa­nych przez sie­bie biur miał do­sko­na­ły wi­dok na ogrom­ny pro­sto­kąt­ny plac bu­do­wy, wiel­ką dziu­rę w zie­mi, w któ­rej trwa­ły wła­śnie przy­go­to­wa­nia do wy­la­nia fun­da­men­tów pod ko­lej­ny wie­żo­wiec. Za­zwy­czaj oświe­tla­ły ją sil­ne lam­py umoż­li­wia­ją­ce ro­bot­ni­kom pra­cę w nocy, ale dwa ty­go­dnie temu pra­ce nie­ocze­ki­wa­nie prze­rwa­no i do tej pory nie zo­sta­ły wzno­wio­ne. Opróż­nio­ne przez nich miej­sce za­ję­ła miej­ska ar­mia nę­dzy: że­bra­ków, pro­sty­tu­tek i dzie­cię­cych gan­gów ata­ku­ją­cych wszyst­kich po­ja­wia­ją­cych się w po­bli­żu.

Od cza­su do cza­su wy­pusz­cza­jąc dym przez nos, Ar­ka­din ło­wił uchem ci­che ko­cie kro­ki swo­ich lu­dzi roz­miesz­czo­nych w stra­te­gicz­nych punk­tach kom­plek­su biu­ro­we­go. W tym miej­scu byli jed­nak tyl­ko on i Has­san, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny, nie­mal kwa­dra­to­wy cza­ro­dziej kom­pu­te­ro­wy, od któ­re­go za­la­ty­wa­ło ukła­da­mi sca­lo­ny­mi i kmin­kiem. Za­brał ze sobą swo­ich lu­dzi, sa­mych lo­jal­nych mu­zuł­ma­nów. Był z nimi tyl­ko je­den pro­blem: praw­dzi­wi Hin­du­si nie­na­wi­dzi­li mu­zuł­ma­nów. Spraw­dził moż­li­wość uży­cia od­dzia­łu si­khij­skich na­jem­ni­ków, ale ja­koś nie po­tra­fił im za­ufać.

Has­san oka­zał się czło­wie­kiem nie­oce­nio­nym. Pra­co­wał jako pro­gra­mi­sta dla Ni­ko­ła­ja Jew­se­na, nie­ży­ją­ce­go, nie­od­ża­ło­wa­ne­go han­dla­rza bro­nią, któ­re­go in­te­res Ar­ka­din prze­jął pod no­sem Ma­sło­wa. Sko­pio­wał wszyst­kie dane klien­tów, do­staw­ców i kon­tak­tów z cen­tral­ne­go kom­pu­te­ra Jew­se­na, nim wy­czy­ścił jego dys­ki. Ar­ka­din pra­co­wał we­dług tej li­sty, zgar­nia­jąc nie­praw­do­po­dob­ne pie­nią­dze za do­star­cza­nie lo­kal­nym ka­cy­kom, de­spo­tom i or­ga­ni­za­cjom ter­ro­ry­stycz­nym na ca­łym świe­cie wszyst­kie­go, co po­trzeb­ne do pro­wa­dze­nia woj­ny.

W tej chwi­li Has­san sie­dział zgar­bio­ny przed kom­pu­te­rem. Pra­co­wał, uży­wa­jąc za­szy­fro­wa­ne­go opro­gra­mo­wa­nia umiesz­czo­ne­go na ser­we­rach, dla któ­rych Ar­ka­din zna­lazł bez­piecz­ną lo­ka­li­za­cję. Żył tyl­ko dla pra­cy. Przez całe ty­go­dnie, któ­re upły­nę­ły od cza­su, gdy po­rzu­cił po­przed­nie­go chle­bo­daw­cę, i śmier­ci Jew­se­na w Char­tu­mie, Ar­ka­din nie wi­dział go wy­cho­dzą­ce­go z biur. Po lek­kim lun­chu spał, za­wsze od trzy­na­stej do pięt­na­stej trzy­dzie­ści, po czym znów sia­dał do kom­pu­te­ra.

Nowy szef po­świę­cił mu jed­nak tyl­ko część uwa­gi. Pod ręką miał sto­ją­cy na ni­skiej szaf­ce lap­top z pod­łą­czo­ny­mi ze­wnętrz­ny­mi na­pę­da­mi dys­ków. Do jed­ne­go z nich wło­żył twar­dy dysk z lap­to­pa, któ­re­go je­den z jego lu­dzi ukradł Gu­sta­vo­wi Mo­re­no­wi tuż przed tym, nim han­dlarz nar­ko­ty­ków zgi­nął w swej po­sia­dło­ści w Me­xi­co City. Ar­ka­din spoj­rzał na ekran. Jego twarz za­la­ła upior­na nie­bie­ska­wa po­świa­ta. Była to twarz twar­da jak z mar­mu­ru. Twar­da jak stward­nia­ła od cięż­kiej pra­cy pięść ojca.

Zdu­sił pa­pie­ro­sa. Przej­rzał li­stę pli­ków, nad któ­rą spę­dził już nie­jed­ną go­dzi­nę. Na li­ście płac miał kil­ku ha­ke­rów, ale do tego dys­ku nie do­pu­ścił żad­ne­go z nich, na­wet Has­sa­na. Wró­cił do pli­ku – wid­ma uka­zu­ją­ce­go swo­ją ta­jem­ni­czą twarz nie­chęt­nie, tyl­ko pod na­ci­skiem po­tęż­ne­go pro­gra­mu an­ty­wi­ru­so­we­go. Wi­dział go w tej chwi­li, lecz nie mógł się do nie­go do­stać. Jego pro­gram kryp­to­gra­ficz­ny nie po­tra­fił zła­mać lo­ga­ryt­mu, choć pra­co­wał po­nad dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny.

Lap­top Mo­re­na ukry­ty w bez­piecz­nym miej­scu był rów­nie ta­jem­ni­czy jak ten plik. Z boku miał gniaz­do po­zba­wio­ne wej­ścia USB, za duże na kar­tę SD, ale za małe na czyt­nik li­nii pa­pi­lar­nych. Naj­wy­raź­niej wy­po­sa­że­nie spe­cjal­ne. Ale do cze­go mia­ło­by słu­żyć?

I czym, do dia­bła, jest ten plik – za­sta­na­wiał się Ar­ka­din.

I skąd han­dlarz nar­ko­ty­ków, na­wet tak po­tęż­ny, ma lo­ga­rytm nie do prze­ła­ma­nia? Z całą pew­no­ścią nie do ku­pie­nia na lo­kal­nym ha­ker­skim ryn­ku w Cali czy Me­xi­co City.

Mimo iż po­grą­żo­ny w my­ślach, Ar­ka­din na­gle pod­niósł gło­wę, jak­by ra­czej wy­czuł dźwięk, niż go usły­szał. Wy­da­wa­ło się, że po­sta­wił uszy ni­czym my­śliw­ski pies. Na­tych­miast prze­su­nął się w cień.

– Has­sa­nie, co to za świa­tło prze­su­wa się w dół, tam, na bu­do­wie?

Has­san ode­rwał wzrok od mo­ni­to­ra.

– Któ­re, pro­szę pana? Tam jest tyle świa­teł…

– Tam­to. – Ar­ka­din wska­zał pal­cem. – Nie, da­lej. Wstań, to je wy­raź­nie zo­ba­czysz.

W chwi­li gdy Has­san wstał z krze­sła i po­chy­lił się, se­ria z bro­ni pół­au­to­ma­tycz­nej roz­bi­ła okna, za­sy­pu­jąc jego, biur­ko i dy­wan pod nim odłam­ka­mi szkła jak gra­dem. On sam po­le­ciał do tyłu i upadł. Od­dy­chał chra­pli­wie, z ust cie­kła mu krew.

Ar­ka­din zdą­żył wy­jąć dysk z gniaz­da tuż przed dru­gą sal­wą. Kule wpa­dły przez roz­trza­ska­ne okno, wy­bi­ja­jąc dziu­ry w prze­ciw­le­głej ścia­nie. Ukrył się pod biur­kiem, wy­cią­gnął pi­sto­let ma­szy­no­wy Skor­pion vz. 61 i jed­ną krót­ką se­rią roz­bił w drza­zgi kom­pu­ter, na któ­rym pra­co­wał jego eks­pert. Ostry trzask se­rii do­bie­gał już z we­wnątrz biu­ra, usły­szał też inne dźwię­ki, od­bi­ja­ją­ce się echem ko­men­dy, krzy­ki umie­ra­ją­cych. Jego lu­dzie nie byli w sta­nie mu po­móc, co do tego nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Roz­po­znał ję­zyk, w któ­rym wy­da­wa­no krót­kie ko­men­dy: ro­syj­ski. A do­kład­niej, mo­skiew­ski ro­syj­ski.

Ar­ka­di­no­wi wy­da­wa­ło się, że Has­san coś mówi, a przy­najm­niej wy­da­je ja­kieś dźwię­ki, ale je­śli na­wet coś po­wie­dział, zgłu­szy­ły go co­raz gwał­tow­niej­sze i do­no­śniej­sze strza­ły. Ata­ko­wa­li Ro­sja­nie, więc nie­wąt­pli­wie cho­dzi­ło o bez­cen­ne in­for­ma­cje Jew­se­na. Zła­pa­li go w pu­łap­kę, mię­dzy młot ognia z biur i ko­wa­dło ostrza­łu pro­wa­dzo­ne­go z te­re­nu bu­do­wy przez wy­bi­te okna. Na re­ak­cję miał za­le­d­wie se­kun­dy.

Uniósł się, pod­pełzł do le­żą­ce­go na wznak Has­sa­na pa­trzą­ce­go prze­krwio­ny­mi ocza­mi.

– Po­móż… mi – po­pro­sił Has­san gło­sem stłu­mio­nym stra­chem i pły­ną­cą z ust krwią.

– Oczy­wi­ście, przy­ja­cie­lu – po­wie­dział Ar­ka­din uspo­ka­ja­ją­co. – Oczy­wi­ście.

Je­śli do­pi­sze mu szczę­ście, wro­go­wie we­zmą Has­sa­na za nie­go, co da mu kil­ka cen­nych chwil na uciecz­kę. Pod wa­run­kiem że ofia­ra nie za­cznie krzy­czeć. Wło­żył dysk głę­bo­ko do kie­sze­ni, po czym przy­ci­snął bu­tem krtań ran­ne­go, któ­re­go cia­ło wy­prę­ży­ło się, a oczy o mało nie wy­pły­nę­ły z oczo­do­łów. Ze zmiaż­dżo­ną tcha­wi­cą nie bę­dzie mógł krzy­czeć. Zza ple­ców Ar­ka­di­na, zza drzwi, do­bie­gał go­rącz­ko­wy ha­łas. Wie­dział, że jego lu­dzie będą go bro­ni­li do koń­ca, ale dziś zo­sta­li za­sko­cze­ni, a prze­ciw­ni­cy mogą mieć prze­wa­gę li­czeb­ną. Musi za­cząć dzia­łać na­tych­miast, nie ma chwi­li do stra­ce­nia.

Jak we wszyst­kich współ­cze­snych bu­dyn­kach biu­ro­wych, w tym tak­że wiel­kie okna nie otwie­ra­ły się, by za­po­biec sa­mo­bój­stwom zda­rza­ją­cym się tak czy in­a­czej. Ar­ka­di­no­wi uda­ło się uchy­lić bocz­ne okien­ko przy­krę­co­ne śru­bą. Wy­do­stał się na nie­spo­koj­ną noc. Sześć pię­ter ni­żej zia­ła jama, z któ­rej miał wy­ro­snąć po­tęż­ny gmach. Ogrom­ne ma­szy­ny bu­dow­la­ne drze­ma­ły jak dłu­go­szy­je smo­ki, unie­ru­cho­mio­ne przez mrok, oto­czo­ne nędz­ny­mi bu­da­mi z kar­to­nu i ogni­ska­mi, przy któ­rych nę­dza­rze go­to­wa­li po­sił­ki.

Smu­kły post­mo­der­ni­stycz­ny gmach po­zba­wio­ny był po­zio­mych gzym­sów za okna­mi, ale miał ozdo­by w po­sta­ci be­to­no­wych i sta­lo­wych wy­pu­kło­ści bie­gną­ce pio­no­wo mię­dzy okna­mi. Wy­szedł na jed­ną z nich w chwi­li, gdy pierw­sze kule prze­bi­ły drzwi jego po­ko­ju. Na­past­ni­cy po­ko­ny­wa­li jego wier­nych żoł­nie­rzy.

Woń Ban­ga­lo­re – kla­ro­wa­ne ma­sło, sma­żo­ne dosy, be­tel i ludz­kie od­cho­dy – uno­si­ła się z głę­bo­kiej jamy na wy­so­kość szó­ste­go pię­tra jak tru­ją­ca mgła. Ar­ka­din roz­po­czął ostroż­ny zjazd po ce­men­to­wo-sta­lo­wej ko­lum­nie. Za­uwa­żył krzy­żu­ją­ce się po­ni­żej pro­mie­nie sil­nych lamp. Prze­ciw­ni­cy już wie­dzie­li, że nie zgi­nął w bu­dyn­ku, więc za­bra­li się do do­kład­nych po­szu­ki­wań na zie­mi. W peł­ni świa­dom tego, jak do­sko­na­le wi­docz­ny i jak bez­rad­ny jest, cze­pia­jąc się ni­czym pa­jąk ścia­ny bu­dyn­ku, za­trzy­mał się na po­zio­mie czwar­te­go pię­tra. Okna były tu mniej­sze i bar­dziej re­gu­lar­nie roz­sta­wio­ne; to tu­taj znaj­do­wa­ły się sys­te­my kli­ma­ty­za­cji, wod­ny, elek­trycz­ny i inne. Kop­nął szy­bę czub­kiem buta, ale nic to nie dało, bo szkło było od­por­ne na ude­rze­nia. Opu­ścił się nie­co ni­żej, spró­bo­wał wy­bić nogą me­ta­lo­wą pły­tę pod oknem i uda­ło mu się ją wgiąć, przy czym w jed­nym z jej ro­gów po­ja­wi­ła się szcze­li­na. Pły­ta jed­nak nie ustą­pi­ła, więc zsu­nął się jesz­cze ka­wa­łek i w bar­dzo nie­bez­piecz­nej po­zy­cji wło­żył pal­ce mię­dzy me­tal i mur. Odro­bi­na wy­sił­ku i uda­ło mu się usu­nąć bla­chę przy­kry­wa­ją­cą wy­dłu­żo­ny pro­sto­kąt otwo­ru wy­star­cza­ją­co du­że­go, by zdo­łał się przez nie­go prze­ci­snąć. Trzy­ma­jąc się obu­rącz ko­lum­ny, wsu­nął do środ­ka sto­py, a na­stęp­nie nogi i po­ślad­ki. Do­pie­ro te­raz zwol­nił uścisk.

Przez chwi­lę gór­na część jego cia­ła wi­sia­ła w po­wie­trzu. Choć był od­wró­co­ny do góry no­ga­mi, wi­dział, jak po ścia­nie bie­ga­ją pla­my świa­tła rzu­ca­ne przez re­flek­to­ry, jak peł­zną do góry, w jego kie­run­ku. Ich blask ośle­pił go w jed­nej se­kun­dzie, usły­szał gło­sy krzy­czą­ce coś gar­dło­wo po ro­syj­sku. Ze­brał wszyst­kie siły i wsu­nął się cały w otwór. Le­d­wo uda­ło mu się wy­prze­dzić ude­rza­ją­ce w ścia­nę bu­dyn­ku kule, po czym ogar­nę­ła go nie­prze­nik­nio­na ciem­ność.

Le­żał nie­ru­cho­mo, pró­bu­jąc od­zy­skać od­dech… i zdol­ność my­śle­nia. Na­stęp­nie, pra­cu­jąc sto­pa­mi i ko­la­na­mi, za­czął się prze­ci­skać przez cia­sny ko­ry­tarz, wy­su­wa­jąc na­przód to jed­no, to dru­gie ra­mię. Prze­był w ten spo­sób metr, może tro­chę wię­cej, po czym tra­fił na ja­kąś prze­szko­dę. Wy­cią­gnął szy­ję i uda­ło mu się spoj­rzeć w tam­tą stro­nę. Gdzieś da­lej, we wszech­obec­nej czer­ni, wi­dział uno­szą­cą się w po­wie­trzu pla­mę sza­ro­ści, co zna­czy­ło, że wca­le nie ma do czy­nie­nia z prze­szko­dą, lecz z nie­ocze­ki­wa­nym zwę­że­niem ko­ry­ta­rza. Pró­bo­wał moc­niej ode­pchnąć się no­ga­mi, ale w ten spo­sób tyl­ko jesz­cze bar­dziej za­klesz­czył ra­mio­na. Znie­ru­cho­miał więc i nic nie ro­bił, cze­ka­jąc, aż jego cia­ło się roz­luź­ni, a jed­no­cze­śnie ana­li­zo­wał spo­so­by uwol­nie­nia się z pu­łap­ki.

Roz­po­czął ćwi­cze­nie od­de­cho­we: na­bie­rał wol­no po­wie­trza i jesz­cze wol­niej wy­dy­chał. Zmu­sił się, by my­śleć o swo­im cie­le jako o po­zba­wio­nym ko­ści, nie­skoń­cze­nie pla­stycz­nym, aż wresz­cie był tego cał­kiem pew­ny. Sku­lił ra­mio­na, przy­cią­gnął je do pier­si w spo­sób, jaki pod­pa­trzył kie­dyś u czło­wie­ka gumy w mo­skiew­skim cyr­ku. Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li, ode­pchnął się kra­wę­dzią po­de­szew bu­tów. Po­cząt­ko­wo nic się nie dzia­ło, a po­tem, gdy sku­lił się jesz­cze bar­dziej, za­czął się prze­su­wać cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, aż zna­lazł się po dru­giej stro­nie zwę­że­nia. Chwi­lę póź­niej ude­rzył gło­wą w we­wnętrz­ną kra­tow­ni­cę. Pod­cią­gnął nogi na tyle, na ile po­zwa­la­ła ogra­ni­czo­na prze­strzeń, wy­obra­ził so­bie, że ją nimi prze­bi­ja, po czym wy­pro­sto­wał je gwał­tow­nie z taką siłą, że kra­tow­ni­ca od­sko­czy­ła, a on wpadł do ma­łe­go po­miesz­cze­nia przy­po­mi­na­ją­ce­go szaf­kę, cuch­ną­ce­go roz­grza­nym me­ta­lem i sma­ra­mi.

Ro­zej­rzał się i nie­mal od razu zo­rien­to­wał się, że jest w ma­szy­now­ni wind. W prze­ciw­le­głej ścia­nie znaj­do­wa­ło się wej­ście do szy­bu. Znów usły­szał krzy­ki ro­syj­skich mor­der­ców. Win­da je­cha­ła już na czwar­te pię­tro. Ci z ze­wnątrz mu­sie­li prze­ka­zać ko­le­gom w bu­dyn­ku in­for­ma­cje o tym, gdzie znikł.

Po­pa­trzył wo­kół. Do­kład­nie na­prze­ciw­ko miej­sca, w któ­rym stał, znaj­do­wa­ła się przy­mo­co­wa­na do ścia­ny szy­bu dra­bi­na. Nim zdą­żył wy­ko­nać ruch w jej kie­run­ku, otwo­rzył się właz w da­chu ka­bi­ny. Po­ja­wi­ła się w nim gło­wa i ra­mio­na Ro­sja­ni­na. Do­strzegł prze­ciw­ni­ka i uniósł lufę pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go.

Ar­ka­din cof­nął się, kule ude­rzy­ły w ścia­nę w miej­scu, gdzie jesz­cze przed chwi­lą była jego gło­wa. Przy­kuc­nął, wci­snął spust i po­słał se­rię pro­sto w twarz Ro­sja­ni­na. Wierzch ka­bi­ny zna­lazł się na wy­so­ko­ści jego nóg, więc sko­czył na nie­go. Gdy tyl­ko jego sto­py do­tknę­ły pod­ło­ża, strze­lo­no przez właz, omal nie zwa­la­jąc go z nóg. A jed­nak parł przed sie­bie. Sko­czył z kra­wę­dzi ka­bi­ny wprost na dra­bi­nę i za­czął scho­dzić. Win­da po­je­cha­ła w dół. Za­trzy­ma­ła się ja­kieś dwa me­try od nie­go.

Sta­nął pew­nie na no­gach, ob­ró­cił się i gdy tyl­ko właz się otwo­rzył, po­słał w nie­go trzy szyb­kie se­rie, po czym rzu­cił się do uciecz­ki, prze­ska­ku­jąc po dwa, trzy szcze­ble, by utrud­nić prze­ciw­ni­kom ce­lo­wa­nie.

Ro­sja­nie od­po­wie­dzie­li ogniem, po­ci­ski krze­sa­ły iskry na me­ta­lu dra­bi­ny. Jed­nak na­gle prze­sta­no strze­lać. Za­ry­zy­ko­wał szyb­kie spoj­rze­nie nad gło­wę. Je­den z oca­la­łych Ro­sjan wła­śnie ska­kał z da­chu ka­bi­ny na dra­bi­nę. Szedł jego śla­dem.

Ar­ka­din za­trzy­mał się, pod­niósł broń, lecz nim zdą­żył wci­snąć spust, prze­ciw­nik roz­luź­nił uchwyt na szcze­blach, ru­nął w dół i ucze­pił się go, spa­da­jąc, o mało nie wy­ry­wa­jąc mu ra­mion z bar­ków. Cię­żar cia­ła i im­pet upad­ku spra­wi­ły, że Ar­ka­din też nie zwol­nił uchwy­tu. Ro­sja­nin zdo­łał wy­trą­cić mu broń; po­le­cia­ła w dół, od­bi­ja­jąc się z brzę­kiem od ścian szy­bu. Win­da ru­szy­ła na par­ter.

Ro­sja­nin jed­ną ręką zła­pał Ar­ka­di­na za gar­dło, du­sząc go, a dru­gą wy­szarp­nął z po­chwy nóż bo­jo­wy KA-BAR. Po­de­rwał gło­wę prze­ciw­ni­ka, od­sła­nia­jąc jego gar­dło. Groź­ne cięż­kie ostrze za­to­czy­ło łuk w po­wie­trzu. Ar­ka­din po­de­rwał ko­la­no. Cia­ło jego prze­ciw­ni­ka wy­gię­ło się i ude­rzy­ła w nie kra­wędź zjeż­dża­ją­cej ka­bi­ny.

Choć Ar­ka­din się tego spo­dzie­wał, o mało nie spadł z dra­bi­ny, z tak wiel­ką siłą trzy­mał go Ro­sja­nin. Przez chwi­lę wi­siał gło­wą w dół i tyl­ko to, że no­ga­mi oplótł szcze­bel, ura­to­wa­ło go od śmier­ci. Po­zo­stał w tej po­zy­cji, od­zy­sku­jąc orien­ta­cję w prze­strze­ni, po czym pod­cią­gnął się, chwy­cił dra­bi­nę moc­ny­mi rę­ka­mi i się od­wró­cił. Po­czuł gwał­tow­ny ból ra­mion, ale tym ra­zem był na nie­go przy­go­to­wa­ny. Nie wa­hał się, zna­lazł opar­cie dla stóp i znów za­czął się opusz­czać.

Win­da je­cha­ła na par­ter, ale tym ra­zem nikt nie otwo­rzył wła­zu, nikt nie pró­bo­wał strze­lać. Ar­ka­din ze­sko­czył na jej dach. Za­cho­wu­jąc ko­niecz­ną ostroż­ność, zaj­rzał do środ­ka. Zo­ba­czył dwa tru­py. Ze­sko­czył do ka­bi­ny, pod­niósł broń i wci­snął przy­cisk „Piw­ni­ca”.

• • •

Piw­ni­cę wie­żow­ca zaj­mo­wał ogrom­ny, oświe­tlo­ny lam­pa­mi flu­ore­scen­cyj­ny­mi par­king. Pra­wie nikt z nie­go nie ko­rzy­stał, bo­wiem więk­szo­ści pra­cow­ni­ków bu­do­wy nie stać było na sa­mo­chód i do pra­cy do­jeż­dża­li tak­sów­ka­mi.

W tej chwi­li sta­ły tu tyl­ko jego bmw, dwa lśnią­ce mer­ce­de­sy, to­yo­ta qu­alis i hon­da city. Ar­ka­din spraw­dził je, wszyst­kie były pu­ste. Nie ty­ka­jąc swo­je­go wozu, wła­mał się do to­yo­ty i po kil­ku chwi­lach za­ba­wy z elek­tro­ni­ką zdo­łał obejść od­cię­cie za­pło­nu. Usiadł za kie­row­ni­cą, wrzu­cił bieg, prze­je­chał ka­wa­łek bo be­to­nie i wy­je­chał ram­pą z pod­ziem­ne­go ga­ra­żu.

Ude­rze­nie pod­wo­ziem wznie­ci­ło iskry. To­yo­ta wy­sko­czy­ła z wy­jaz­du z tyłu bu­dyn­ku na peł­ną dziur uli­cę pro­wa­dzą­cą wprost do wy­ko­pu pod fun­da­men­ty no­we­go biu­row­ca. Po­mię­dzy gru­zem, śmie­cia­mi i wiel­ki­mi ma­szy­na­mi pło­nę­ły ogni­ska. Było ich tyle, że całe miej­sce wy­da­wa­ło się za­gro­żo­ne po­ża­rem.

Usły­szał ba­so­wy ryk sil­ni­ków i po obu jego stro­nach po­ja­wi­ły się mo­to­cy­kle. Ro­sja­nie na swo­ich me­cha­nicz­nych be­stiach flan­ko­wa­li go, pod­jeż­dża­jąc co­raz bli­żej. Wy­da­wa­ło się oczy­wi­ste, że cze­ka­li na nie­go przy obu koń­cach uli­cy, a te­raz mogą mu od­ciąć dro­gę uciecz­ki, czy chciał­by skrę­cić w lewo, czy w pra­wo. Ar­ka­din wci­snął gaz. Je­chał pro­sto, prze­sko­czył skrzy­żo­wa­nie z po­przecz­ną uli­cą, ude­rzył ma­ską i prze­bił wą­tłe ogro­dze­nie pla­cu bu­do­wy.

To­yo­ta wje­cha­ła do dziu­ry tak, jak­by w nią wpa­da­ła. Spa­dek był nie­mal pio­no­wy. Za­wie­sze­nie za­mor­ty­zo­wa­ło siłę ude­rze­nia o dno, ale i tak kie­row­cę rzu­ca­ło po sie­dze­niu. Opo­ny za­pisz­cza­ły prze­raź­li­wie. Chwi­lę póź­niej w po­wie­trze wznio­sły się oba mo­to­ry, wy­lą­do­wa­ły na dnie, pod­sko­czy­ły i po­pę­dzi­ły za Ar­ka­di­nem.

Je­chał wprost w jed­no z ognisk, roz­pę­dza­jąc po dro­dze roje włó­czę­gów. Prze­je­chał przez pło­mie­nie, skrę­cił ostro w lewo, na ga­ze­tę zmie­ścił się mię­dzy dwo­ma ma­szy­na­mi, cu­dem omi­nął górę śli­skich śmie­ci, skrę­cił w pra­wo i wy­mie­rzył ma­skę w ko­lej­ne ogni­sko i ko­lej­ną gru­pę nie­szczę­śni­ków. Zer­k­nął w bocz­ne lu­ster­ko. Je­den z mo­to­cy­kli po­zo­stał na jego tro­pie. Czy uda­ło mu się zgu­bić dru­gie­go Ro­sja­ni­na? Cze­kał do ostat­niej chwi­li, a kie­dy pra­wie na­jeż­dżał na ogni­sko i gdy pło­mień roz­ja­rzył się gwał­tow­nie, z ca­łej siły wci­snął ha­mu­lec. Lu­dzie ucie­ka­li w po­pło­chu, a mo­to­cykl pro­wa­dzo­ny przez ośle­pio­ne­go bla­skiem Ro­sja­ni­na ude­rzył w tył to­yo­ty. Mo­to­cy­kli­sta ni­czym szma­cia­na lal­ka wy­le­ciał w po­wie­trze, spadł na sa­mo­chód, od­bił się od nie­go i wy­lą­do­wał na zie­mi.

Ar­ka­din zdą­żył już wy­sko­czyć zza kie­row­ni­cy. Ro­sja­nin usi­ło­wał pod­nieść się, ję­cząc, więc kop­nął go w gło­wę. Wra­cał do sa­mo­cho­du, gdy kula tra­fi­ła w błot­nik. Sko­czył w bok. Ka­ra­bin au­to­ma­tycz­ny, któ­ry ode­brał mar­twe­mu w win­dzie, le­żał na przed­nim sie­dze­niu i był dla nie­go nie­osią­gal­ny. Pró­bo­wał pod­czoł­gać się do drzwi od stro­ny kie­row­cy, ale mu­siał się co­fać, a ko­lej­ne kule dziu­ra­wi­ły ka­ro­se­rię.

Po­ło­żył się i wpełzł pod to­yo­tę. Gę­sty, słod­ki odór ude­rzył go z siłą cio­su. Wy­su­nął rękę, pró­bo­wał otwo­rzyć tyl­ne drzwicz­ki i o mało nie obe­rwał w gło­wę. Cof­nął się, za­sta­na­wiał przez kil­ka se­kund, ale uznał, że nie ma wy­bo­ru. Musi zo­sta­wić wóz. Ro­zu­miał, że tego wła­śnie chce jego prze­ciw­nik. Musi zneu­tra­li­zo­wać, a przy­najm­niej zmi­ni­ma­li­zo­wać ro­sną­cą z chwi­li na chwi­lę prze­wa­gę Ro­sja­ni­na.

Za­mknął oczy. Wy­obra­ził so­bie tor lotu kul, z cze­go mógł wy­wnio­sko­wać, gdzie kry­je się prze­ciw­nik, a na­stęp­nie ob­ró­cił się o dzie­więć­dzie­siąt stop­ni i wy­do­stał spod sa­mo­cho­du, ła­piąc się przed­nie­go zde­rza­ka.

Kule roz­trza­ska­ły szy­bę, lecz har­to­wa­ne szkło nie po­zwo­li­ło jej się roz­paść, za to cała po­kry­ta była pa­ję­czy­ną pęk­nięć unie­moż­li­wia­ją­cą zo­ba­cze­nie cze­go­kol­wiek. Prze­ciw­nik nie może śle­dzić dro­gi jego uciecz­ki. Ar­ka­din miał przed sobą gę­stą, śmier­dzą­cą masę bez­dom­nych, po­nie­wie­ra­nych nę­dza­rzy. Biegł, zyg­za­ku­jąc jak sza­lo­ny, wi­dząc tru­pio bla­de twa­rze chu­dych ni­czym szkie­le­ty nie­szczę­śni­ków, któ­rych tłum two­rzył ist­ne ba­gno. Na­gle usły­szał ba­so­we kaszl­nię­cie mo­to­cy­klo­we­go sil­ni­ka prze­bi­ja­ją­ce się przez szum wy­so­kich gło­sów mó­wią­cych w hin­di i urdu. Ci cho­ler­ni lu­dzie byli jak oce­an. Roz­stę­po­wa­li się przed nim i ten ruch był dla Ro­sja­ni­na jak punkt na ekra­nie so­na­ru.

Bli­sko, przed sobą, Ar­ka­din wi­dział już kra­tow­ni­cę z me­ta­lo­wych prę­tów wy­ra­sta­ją­cych z be­to­no­wych fun­da­men­tów wzno­szo­ne­go gma­chu. Biegł w jej kie­run­ku. Mo­to­cykl wy­rwał się z tłu­mu, a dźwięk sil­ni­ka stał się o ton gło­śniej­szy. Ar­ka­din zdo­łał jed­nak znik­nąć wśród plą­ta­ni­ny prę­tów przy­po­mi­na­ją­cych rzę­dy dra­bi­nek w sali gim­na­stycz­nej.

Ro­sja­nin się zbli­żył. Zwol­nił. Po le­wej miał pro­wi­zo­rycz­ne ogro­dze­nie z bla­chy fa­li­stej, rdze­wie­ją­ce szyb­ko w lep­kim po­wie­trzu In­dii, więc skrę­cił w pra­wo. Je­chał po­wo­li, wpa­tru­jąc się w ciem­ną ot­chłań, z któ­rej wy­ra­sta­ły be­to­no­we ławy jak zęby trzo­no­we. Jego AK-47 był go­tów do strza­łu.

Ar­ka­din sko­czył na nie­go z gór­nej me­ta­lo­wej bel­ki ni­czym lam­part. Cia­ło Ro­sja­ni­na wy­gię­ło się w łuk, nad­gar­stek ob­ró­cił ma­net­kę gazu, mo­to­cykl sko­czył do przo­du, a cię­żar ata­ku­ją­ce­go spra­wił, że przed­nie koło po­wę­dro­wa­ło do góry. Ma­szy­na do­słow­nie się spod nich wy­rwa­ła, a oni upa­dli na twar­dy me­tal. Ro­sja­nin ude­rzył w nie­go gło­wą, wy­pusz­cza­jąc broń. Ar­ka­din chciał na nie­go sko­czyć, oka­za­ło się, że ka­wa­łek sta­li prze­bił mu udo od tyłu, aż do ko­ści. Zo­stał unie­ru­cho­mio­ny. Gwał­tow­nym ru­chem wy­rwał go z cia­ła, nie­mal tra­cąc przy tym od­dech. Ro­sja­nin za­ata­ko­wał, nadal na wpół ośle­pio­ny, ma­jąc wra­że­nie, że spło­ną mu płu­ca. Mimo la­wi­ny cio­sów spa­da­ją­cych na jego gło­wę, że­bra i go­dzą­cych w do­łek, Ar­ka­din zdo­łał ob­ró­cić dłoń i ugo­dził Ro­sja­ni­na wprost w ser­ce.

Ro­sja­nin otwo­rzył usta jak czło­wiek, któ­re­go coś za­sko­czy­ło, spoj­rzał na Ar­ka­di­na zdu­mio­ny, a po­tem jego oczy ucie­kły pod czasz­kę i bez­wład­nie osu­nął się na mo­krą od krwi zie­mię.

Ar­ka­din się od­wró­cił. Szedł ram­pą pro­wa­dzą­cą na uli­cę, czu­jąc się tak, jak­by do­stał za­strzyk pa­ra­li­żu­ją­cy. Nogi miał sztyw­ne, le­d­wo re­agu­ją­ce na roz­ka­zy mó­zgu, z chwi­li na chwi­lę co­raz głę­biej to­ną­ce­go w ba­gnie. Było mu zim­no, nie po­tra­fił my­śleć. Spró­bo­wał ode­tchnąć głę­bo­ko, ale nie zdo­łał. Upadł.

Wy­da­wa­ło mu się, że ogni­ska pło­ną do­słow­nie wszę­dzie, że po­żar ogar­niał całe mia­sto. Noc­ne nie­bo mia­ło bar­wę krwi pul­su­ją­cej w ryt­mie jego udrę­czo­ne­go ser­ca. Wi­dział oczy za­bi­tych, czer­wo­ne jak śle­pia szczu­rów, co­raz bliż­sze, co­raz groź­niej­sze. Nie chcę dzie­lić z wami mo­jej ciem­no­ści, po­my­ślał, czu­jąc, że tra­ci przy­tom­ność.

• • •

Być może to wła­śnie ta sa­mot­na, ostat­nia myśl ka­za­ła mu się za­wa­hać, ode­tchnąć głę­bo­ko kil­ka razy, a po­tem, w chwi­li odrę­twie­nia, a może sła­bo­ści, do­ko­nać nie­praw­do­po­dob­ne­go i przy­jąć wodę od tło­czą­cych się wo­kół nie­go lu­dzi bę­dą­cych, co te­raz już wi­dział, nie zna­jo­my­mi tru­pa­mi, lecz nie­zna­ny­mi ży­wy­mi. Ci lu­dzie, brud­ni, ob­szar­pa­ni, nie­zna­ją­cy na­dziei, umie­li jed­nak roz­po­znać ofia­rę, a ofia­ra bu­dzi­ła w nich wro­dzo­ny al­tru­izm. Za­miast obe­drzeć go, jak sępy ob­dzie­ra­ją tru­pa, przy­ję­li go do swych serc. Czy to nie po­nie­wie­ra­ni nę­dza­rze, ci, któ­rym naj­trud­niej jest ofe­ro­wać coś ob­ce­mu, chęt­niej dzie­lą się tym, co mają niż mi­lio­ne­rzy miesz­ka­ją­cy w strze­żo­nych apar­ta­men­tow­cach po dru­giej stro­nie mia­sta?

0 tym my­ślał Ar­ka­din, przyj­mu­jąc dar wody, za któ­ry od­pła­cił wy­ję­tym z kie­sze­ni pli­kiem ru­pii. Wkrót­ce ze­brał siły na tyle, że mógł za­dzwo­nić do szpi­ta­la. Na­stęp­nie urwał rę­kaw ko­szu­li i ob­wią­zał nim nogę, by za­ta­mo­wać krwo­tok z uda.

Za­uwa­żył grup­kę chłop­ców. Nie­któ­rzy ucie­kli z do­mów, inni stra­ci­li ro­dzi­ców w licz­nych sek­ciar­skich roz­ru­chach, od cza­su do cza­su prze­ta­cza­ją­cych się przez tę dziel­ni­cę ni­czym wir nie­na­wi­ści i krwi. Ob­ser­wo­wa­li go, jak­by był bo­ha­te­rem gry kom­pu­te­ro­wej, jak­by nie do koń­ca na­le­żał do rze­czy­wi­sto­ści. Prze­ra­żał ich, ale i przy­cią­gał jak ogień ćmy.

Ski­nął na nich. Zro­bi­li krok na­przód, jak­by byli nogą wiel­kie­go owa­da. Ota­cza­li mo­to­cykl Ro­sja­ni­na. Ar­ka­din wi­dział, że uwa­ża­ją go za zdo­bycz, że będą go bro­ni­li.

– Nie za­bio­rę mo­to­ru, jest wasz – po­wie­dział w hin­di.

– Po­móż­cie mi wyjść na uli­cę.

Od­le­gły po­cząt­ko­wo dźwięk sy­re­ny wy­raź­nie się zbli­żył. Za­gu­bie­ni chłop­cy prze­ka­za­li go, uty­ka­ją­ce­go, ra­tow­ni­kom me­dycz­nym, któ­rzy na­tych­miast po­ło­ży­li go w ka­ret­ce, gdzie je­den zba­dał mu puls i spraw­dził pra­cę ser­ca, a dru­gi za­jął się raną.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej wjeż­dżał na salę na­głych przy­pad­ków szpi­ta­la. Ze skła­da­nych no­szy na kół­kach prze­nie­sio­no go, le­żą­ce­go twa­rzą w dół, na łóż­ko w ga­bi­ne­cie za­bie­go­wym. Ocu­ci­ło go zim­ne, wręcz ark­tycz­ne po­wie­trze, jak­by miał wy­so­ką go­rącz­kę. Do­stał za­strzyk znie­czu­la­ją­cy, ob­ser­wo­wał ruch w sali, a chi­rurg tym­cza­sem oczy­ścił ręce że­lem de­zyn­fe­ku­ją­cym z po­jem­ni­ka przy­cze­pio­ne­go do ko­lum­ny, za­ło­żył rę­ka­wicz­ki, zde­zyn­fe­ko­wał i oczy­ścił ranę, i za­czął ją zszy­wać.

Ar­ka­din miał wresz­cie czas, by za­sta­no­wić się nad ata­kiem. Wie­dział, że był on dzie­łem Di­mi­tri­ja Ilia­no­wi­cza Ma­sło­wa, gło­wy Ka­za­chów, mo­skiew­skiej ma­fii zna­nej pod po­tocz­ną na­zwą grup­pie­row­ka. Ma­słow kie­dyś go za­trud­niał, a po­tem Ar­ka­din prze­jął jego biz­nes nie­le­gal­ne­go han­dlu bro­nią. A miał on dla Ma­sło­wa wy­jąt­ko­we zna­cze­nie, po­nie­waż Kreml przy­ci­snął grup­pie­row­ki, po­wo­li, lecz sys­te­ma­tycz­nie od­bie­ra­jąc ro­dzi­nom wła­dzę, któ­rą zdo­by­ły w okre­sie gła­sno­sti. W cią­gu ostat­nich lat oka­zał się on kimś róż­nym od głów tych ro­dzin, lu­dzi nie­zdol­nych już rzą­dzić lub na­wet sie­dzą­cych w wię­zie­niach. Pro­spe­ro­wał mimo trud­nych cza­sów dzię­ki po­li­tycz­nym wpły­wom po­zwa­la­ją­cym mu zwy­cię­żać w star­ciu z wła­dza­mi lub przy­najm­niej trzy­mać je na dy­stans. Był nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem i bar­dzo groź­nym wro­giem.

Tak, my­ślał Ar­ka­din, kie­dy chi­rurg prze­ci­nał nić, któ­rą zszył ranę uda. Ma­słow wy­dał roz­kaz ata­ku, ale go nie za­pla­no­wał.

Po­li­tycz­ni wro­go­wie na­ci­ska­li na nie­go ze wszyst­kich stron, a poza tym po raz ostat­ni wal­czył na uli­cy wie­le lat temu i stra­cił dra­pież­ność, któ­rej na­uczyć mógł się wy­łącz­nie tam. Tyl­ko… komu zle­cił to za­da­nie?

W tym mo­men­cie los zro­bił mu nie­spo­dzian­kę i udzie­lił od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Ar­ka­din do­strzegł kry­ją­ce­go się w mro­ku, nie­zau­wa­żo­ne­go lub igno­ro­wa­ne­go przez za­pra­co­wa­ny per­so­nel me­dycz­ny uwi­ja­ją­cy się wo­kół ję­czą­cych pa­cjen­tów Wia­cze­sła­wa Ger­ma­no­wi­cza Osie­ro­wa, nową pra­wą rękę Ma­sło­wa. Zna­li się od daw­na, zo­sta­li za­twar­dzia­ły­mi wro­ga­mi w Niż­nym Ta­gi­le, ro­dzin­nym mie­ście Ar­ka­di­na. Od tam­tej pory dzie­lił ich oce­an ja­do­wi­tej nie­na­wi­ści. Ar­ka­din do­sko­na­le pa­mię­tał ich ostat­nie, wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­ne spo­tka­nie na wy­ży­nie pół­noc­ne­go Azer­bej­dża­nu, gdzie ćwi­czył dla Ma­sło­wa od­dział ude­rze­nio­wy, a jed­no­cze­śnie spi­sko­wał prze­ciw­ko nie­mu. Rzu­cił wów­czas Osie­ro­wo­wi wy­zwa­nie, po­bił go nie­mal na śmierć. Była to ostat­nia z łań­cu­cha gwał­tow­nych, roz­cią­gnię­tych na lata re­ak­cji na okru­cień­stwa po­peł­nio­ne przez tego czło­wie­ka w Niż­nym Ta­gi­le. Oczy­wi­ście Osie­row był stwo­rzo­ny do za­pla­no­wa­nia tego ro­dza­ju ata­ku. I prze­pro­wa­dze­nia go w taki spo­sób, by jego wróg zgi­nął… nie­za­leż­nie od roz­ka­zów Ma­sło­wa.

Osie­row, sto­ją­cy nie­ru­cho­mo w cie­niu ze skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si rę­ka­mi, z po­zo­ru nie przy­glą­dał się ni­cze­mu szcze­gól­ne­mu, ale w rze­czy­wi­sto­ści nie spusz­czał oka ze swo­je­go śmier­tel­ne­go wro­ga. Wpa­try­wał się w nie­go z kon­cen­tra­cją ja­strzę­bia cze­ka­ją­ce­go na wła­ści­wą chwi­lę, by rzu­cić się na zdo­bycz. Twarz miał po­kry­tą kro­sta­mi i bli­zna­mi, szpet­ny­mi po­zo­sta­ło­ścia­mi po mor­der­stwach, ulicz­nych bój­kach i wal­kach na śmierć i ży­cie, ką­ci­ki ust uno­sił mu zna­jo­my, pe­łen nie­na­wi­ści uśmiech, jed­no­cze­śnie pro­tek­cjo­nal­ny i ob­le­śny.

Ar­ka­din był w tej chwi­li skrę­po­wa­ny przez wła­sne spodnie, zsu­nię­te do ko­stek, ale w po­śpie­chu nie­zdję­te do koń­ca. Oczy­wi­ście nie czuł bólu uda, nie wie­dział jed­nak, jak za­strzyk wpły­nie na jego zdol­ność po­ru­sza­nia się, a przede wszyst­kim szyb­kie­go bie­gu.

– Za­ła­twio­ne – po­wie­dział chi­rurg. – Przez co naj­mniej ty­dzień rana musi po­zo­stać su­cha. Za­pi­szę an­ty­bio­tyk i śro­dek prze­ciw­bó­lo­wy. Do­sta­nie je pan w szpi­tal­nej ap­te­ce. Ma pan szczę­ście, to była czy­sta rana, no i tra­fił pan w na­sze ręce, nim zdą­ży­ła wdać się in­fek­cja. – Le­karz się ro­ze­śmiał. – Ale przez ja­kiś czas nie bę­dzie pan bie­gał w ma­ra­to­nach.

Pie­lę­gniar­ka opa­trzy­ła ranę, przy­kła­da­jąc gazę i pla­ster.

– Jesz­cze przez go­dzi­nę, może dwie, nie bę­dzie pan nic czuł – po­in­for­mo­wa­ła. – Pro­szę za­cząć brać prze­pi­sa­ne leki w tym cza­sie.

Osie­row opu­ścił ra­mio­na. Wy­szedł z cie­nia. Nadal nie pa­trzył wprost na Ar­ka­di­na, ale pra­wą rękę trzy­mał w kie­sze­ni spodni. Trud­no było po­wie­dzieć, jaką ukrył w niej broń. Ar­ka­din nie miał za­mia­ru spraw­dzać.

Po­pro­sił pie­lę­gniar­kę, by po­mo­gła mu wło­żyć spodnie. Usiadł, za­czął je za­pi­nać, a tym­cza­sem ko­bie­ta od­wró­ci­ła się, by wyjść. Osie­row znie­ru­cho­miał, wi­dać było, że jest go­to­wy do ata­ku. Ar­ka­din ze­śli­zgnął się z łóż­ka i szep­nął jej do ucha:

– Je­stem po­li­cjan­tem, taj­nia­kiem. – Wska­zał Osie­ro­wa.

– Prze­stęp­cy przy­sła­li tego czło­wie­ka, żeby mnie za­bił.

– Pie­lę­gniar­ka otwo­rzy­ła sze­ro­ko zdu­mio­ne oczy. – Pro­szę ro­bić, co mó­wię, a wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku.

Za­sła­nia­jąc się nią, Ar­ka­din prze­su­nął się w pra­wo. Wróg na­śla­do­wał każ­dy jego krok.

– Od­da­la się pan od wyj­ścia – szep­nę­ła pie­lę­gniar­ka. Ar­ka­din prze­su­nął się nie­co bli­żej ko­lum­ny, tej, na któ­rej wi­siał po­jem­nik ze środ­kiem de­zyn­fe­ku­ją­cym, któ­re­go chi­rurg użył do my­cia rąk. Zda­wał so­bie spra­wę, że pie­lę­gniar­ka z tru­dem nad sobą pa­nu­je.

– Pro­szę… – szep­nę­ła. – Pro­szę mi po­zwo­lić we­zwać ochro­nę.

Sta­li już za ko­lum­ną.

– Do­sko­na­le – mruk­nął Ar­ka­din i pchnął pie­lę­gniar­kę na wó­zek na­rzę­dzio­wy tak moc­no, że zwa­li­ła z nóg ko­le­żan­kę i le­ka­rza. Zro­bi­ło się za­mie­sza­nie. W drzwiach holu po­ja­wił się ochro­niarz, a jed­no­cze­śnie Osie­row za­ata­ko­wał Ar­ka­di­na, trzy­ma­jąc groź­nie wy­glą­da­ją­cy szty­let.

Ar­ka­din ze­rwał z uchwy­tu do­zow­nik z że­lem de­zyn­fe­ku­ją­cym. Ude­rzył nim w gło­wę ochro­nia­rza, któ­ry po­śli­zgnął się na li­no­leum i upadł. Prze­sko­czył przez nie­go, trzy­ma­jąc do­zow­nik pod pa­chą.

Po­biegł ko­ry­ta­rzem.

Osie­row był tuż za nim, zbli­żał się do nie­go z każ­dym kro­kiem. Ar­ka­din zdał so­bie spra­wę, że pod­świa­do­mie oszczę­dza nogę w oba­wie, że szwy na udzie się ro­zej­dą. Czu­jąc obrzy­dze­nie do sa­me­go sie­bie, ode­pchnął dwóch zdu­mio­nych sta­ży­stów. Przy­spie­szył kro­ku. Ko­ry­tarz był pu­sty. Się­gnął do kie­sze­ni po za­pal­nicz­kę, pstryk­nął nią, a jed­no­cze­śnie wci­snął głów­kę do­zow­ni­ka. Sły­szał już kro­ki Osie­ro­wa, wy­obra­żał so­bie jego przy­spie­szo­ny od­dech.

Na­gle od­wró­cił się, jed­no­cze­śnie przy­kła­da­jąc pło­mień do wy­jąt­ko­wo ła­two­pal­ne­go środ­ka de­zyn­fe­ku­ją­ce­go, po czym rzu­cił do­zow­ni­kiem w prze­śla­dow­cę. Od­wró­cił się, po­biegł naj­szyb­ciej jak po­tra­fił, ale siła wy­bu­chu i tak rzu­ci­ła nim wzdłuż ko­ry­ta­rza.

Za­wył alarm prze­ciw­po­ża­ro­wy. Roz­le­gły się krzy­ki, roz­pacz­li­we wrza­ski, tu­pot nóg. Cia­ła pa­da­ły bez­wład­nie, trza­ska­ły pło­mie­nie. Mimo to skrę­ca­jąc za ro­giem, zwol­nił. Mi­nę­li go ochro­nia­rze i dwóch star­szych le­ka­rzy, spie­sząc się tak, że omal go nie prze­wró­ci­li. Czuł, że po no­dze ście­ka mu dro­go­cen­na go­rą­ca krew. Ota­cza­ją­cy go świat wi­dział z nie­zwy­kłą, kry­sta­licz­ną ja­sno­ścią, ostry, opa­li­zu­ją­cy, pul­su­ją­cy ży­ciem. Przy­trzy­mał drzwi ko­bie­cie wjeż­dża­ją­cej na wóz­ku z dziec­kiem w ra­mio­nach. Po­dzię­ko­wa­ła mu, a on ro­ze­śmiał się tak za­raź­li­wie, że mu­sia­ła od­po­wie­dzieć śmie­chem.

Przez drzwi, któ­re nadal trzy­mał otwar­te, wpa­dli do szpi­ta­la po­nu­rzy po­li­cjan­ci. Prze­mknę­li obok, nie zwra­ca­jąc na nie­go uwa­gi.

Księga pierwsza

Rozdział 1

– Tak – po­wie­dział Su­par­wi­ta – to pier­ścień, któ­ry Hol­ly Ma­rie Mo­re­au do­sta­ła od ojca.

– Pier­ścień. – Ja­son Bo­ur­ne pod­niósł przed­miot, o któ­rym mó­wi­li, pro­sty zło­ty, z wy­gra­we­ro­wa­nym we­wnątrz na­pi­sem.

– Nie pa­mię­tam go.

– Nie pa­mię­tasz wie­lu rze­czy ze swo­jej prze­szło­ści. W tym sa­mej Hol­ly Ma­rie Mo­re­au.

Dwaj męż­czyź­ni sie­dzie­li ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi na zie­mi przed cha­tą sza­ma­na sto­ją­cą głę­bo­ko w dżun­gli Ka­ran­ga­sem w po­łu­dnio­wo-wschod­niej czę­ści Bali. Bo­ur­ne wró­cił na wy­spę, by zła­pać w pu­łap­kę No­aha Per­li­sa, szpie­ga, któ­ry przed wie­lu laty za­bił Hol­ly. Wy­rwał pier­ścień z za­ci­śnię­tej dło­ni szpie­ga, nim go za­bił, nie­wie­le po­nad pięć ki­lo­me­trów stąd.

– Oj­ciec i mat­ka Hol­ly Ma­rie przy­by­li tu z Ma­ro­ka, kie­dy mia­ła pięć lat – mó­wił Su­par­wi­ta. – Wy­glą­da­li na ta­kich, któ­rzy ucie­ka­ją.

– Przed czym?

– Trud­no to po­wie­dzieć z całą pew­no­ścią. Je­śli opo­wia­da­ne o nich hi­sto­rie są praw­dzi­we, zna­leź­li so­bie ide­al­ne schro­nie­nie przed prze­śla­do­wa­nia­mi re­li­gij­ny­mi. Po­trze­bo­wa­li ochro­ny.

Su­par­wi­ta zna­ny był pod for­mal­nym okre­śle­niem mang­ku ozna­cza­ją­cym jed­no­cze­śnie wy­so­kie­go ka­pła­na i sza­ma­na, lecz tak­że coś wię­cej, coś nie­moż­li­we­go do na­zwa­nia w ję­zy­kach Za­cho­du.

– Ochro­ny? – zdzi­wił się Bo­ur­ne. – Dla­cze­go? – spy­tał przy­stoj­ne­go męż­czy­znę o nie­okre­ślo­nym wie­ku, sma­głe­go, o skó­rze ko­lo­ru kasz­ta­nów i szcze­rym olśnie­wa­ją­cym uśmie­chu od­sła­nia­ją­cym rów­ne, bia­łe zęby. Su­par­wi­ta był wy­so­ki jak na Ba­lij­czy­ka, do­brze zbu­do­wa­ny, a przy tym pro­mie­nio­wał ja­kąś nie­sa­mo­wi­tą siłą, nie­zmien­nie fa­scy­nu­ją­cą Bo­ur­ne’a. Jego dom, praw­dzi­we świę­te miej­sce, ota­czał buj­ny, ką­pią­cy się w sło­necz­nych pro­mie­niach ogród oraz wy­so­kie stiu­ko­we ścia­ny, a po­nie­waż zbu­do­wa­no go w głę­bo­kim cie­niu, da­wał chłód na­wet w po­łu­dnie. Zwy­kłe kle­pi­sko po­kry­wa­ły si­za­lo­we maty. Tu i tam wi­dać było dziw­ne rze­czy: misy ziół, kępy ko­rze­ni czy bu­kie­ty za­su­szo­nych kwia­tów uło­żo­nych w wa­chlarz. Cie­nie wy­peł­nia­ją­ce rogi po­miesz­cze­nia wy­da­wa­ły się z nich wy­le­wać, fa­lo­wać, jak­by były płyn­ne, a nie stwo­rzo­ne z po­wie­trza.

– Bali się wuja Hol­ly. To jemu za­bra­li pier­ścień.

– Wie­dział, że go ukra­dli?

– Uznał pier­ścień za za­gi­nio­ny. – Su­par­wi­ta prze­chy­lił gło­wę na bok. – W po­bli­żu są ja­cyś lu­dzie.

Bo­ur­ne po­ki­wał gło­wą.

– Zaj­mie­my się nim za chwi­lę – po­wie­dział.

– Nie mar­twi cię, że mogą tu wpaść z bro­nią w rę­kach?

– Po­cze­ka­ją, aż wyj­dę. Chcą mnie, nie cie­bie.

– Ame­ry­ka­nin do­tknął pier­ście­nia. – Mów da­lej.

Su­par­wi­ta ski­nął gło­wą na znak zgo­dy.

– Ukry­wa­li się przed wu­jem Hol­ly. Przy­siągł, że spro­wa­dzi ją do sie­dzi­by rodu, w góry Atla­su.

– Są Ber­be­ra­mi. Mo­re­au to oczy­wi­ście Maur – rzekł Bo­ur­ne z na­my­słem. – Dla­cze­go wuj Hol­ly chciał ścią­gnąć ją z po­wro­tem do Ma­ro­ka?

Su­par­wi­ta przy­glą­dał mu się przez dłu­gą chwi­lę.

– Mam wra­że­nie, że kie­dyś to wie­dzia­łeś.

– Noah Per­lis był ostat­nim po­sia­da­czem pier­ście­nia, więc mu­siał za­mor­do­wać Hol­ly, by go zdo­być. – Bo­ur­ne wziął pier­ścień. – Dla­cze­go tak po­żą­dał tego dro­bia­zgu? Co spra­wia, że coś przy­po­mi­na­ją­ce­go zwy­kłą ślub­ną ob­rącz­kę sta­je się tak waż­ne?

– I to jest wła­śnie część hi­sto­rii, któ­rą pró­bo­wa­łeś od­kryć.

– Kie­dyś. Daw­no. Dziś nie wie­dział­bym na­wet, od cze­go za­cząć.

– Per­lis miał miesz­ka­nia w wie­lu kra­jach, ale dzia­łał z Lon­dy­nu. Hol­ly po­je­cha­ła tam pod­czas osiem­na­stu mie­się­cy, któ­re spę­dzi­ła, po­dró­żu­jąc, przed po­wro­tem na Bali. Mu­siał przy­być tu jej śla­dem. Za­bił ją dla pier­ście­nia.

– Skąd to wszyst­ko wiesz? – spy­tał Bo­ur­ne.

Su­par­wi­ta uśmiech­nął się cha­rak­te­ry­stycz­nym, olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem. Wy­glą­dał jak dżin, któ­re­go Ala­dyn wy­cza­ro­wał z bu­tel­ki.

– Tego wszyst­kie­go do­wie­dzia­łem się od cie­bie.

• • •

Na­tych­miast po prze­kro­cze­niu pro­gu jej sie­dzi­by w Wa­szyng­to­nie So­raya Mo­ore do­strze­gła róż­ni­cę mię­dzy daw­ną Cen­tra­lą Wy­wia­du pod rzą­da­mi nie­od­ża­ło­wa­nej Ve­ro­ni­ki Hart a nową Cen­tra­lą Wy­wia­du pod rzą­da­mi M. Er­ro­la Dan­zi­ge­ra. Po pierw­sze, ochro­nę roz­dę­to do stop­nia spra­wia­ją­ce­go, że prze­by­cie ko­lej­nych punk­tów kon­tro­l­nych przy­po­mi­na­ło zdo­by­wa­nie śre­dnio­wiecz­nej twier­dzy. Po dru­gie, nie roz­po­zna­ła ani jed­ne­go funk­cjo­na­riu­sza na służ­bie. Wszy­scy mie­li nie­ru­cho­me twa­rze i prze­szy­wa­ją­ce na wy­lot spoj­rze­nia. Tyl­ko ame­ry­kań­skie woj­sko jest w sta­nie nadać taki wy­gląd zwy­kłe­mu czło­wie­ko­wi. Nie była za­sko­czo­na, w koń­cu mia­no­wa­ny przez pre­zy­den­ta nowy dy­rek­tor CI, były za­stęp­ca dy­rek­to­ra Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go do spraw Wy­wia­du Ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go, miał za sobą dłu­gą, chlub­ną służ­bę w ar­mii i De­par­ta­men­cie Obro­ny. Rów­nie dłu­gą i chlub­ną jak opi­nia twar­de­go su­kin­sy­na. Nie za­sko­czy­ła jej tyl­ko bły­ska­wicz­na szyb­kość, z jaką nowy dy­rek­tor zdo­łał za­in­sta­lo­wać swo­ich lu­dzi w świę­tych do nie­daw­na mu­rach Cen­tra­li.

Od cza­sów dru­giej woj­ny świa­to­wej zna­na wów­czas pod na­zwą Biu­ra Służb Stra­te­gicz­nych agen­cja była osob­nym kró­le­stwem, cał­ko­wi­cie nie­za­leż­nym od Pen­ta­go­nu i jego ko­mór­ki wy­wia­dow­czej, Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go. Te­raz, gdy wzro­sło zna­cze­nie i wła­dza se­kre­ta­rza obro­ny Buda Hal­li­daya, roz­po­czął się pro­ces włą­cza­nia Cen­tra­li w struk­tu­ry Agen­cji. Jej ory­gi­nal­ne geny tra­ci­ły na zna­cze­niu i stop­nio­wo gi­nę­ły. M. Er­rol Dan­zi­ger był dy­rek­to­rem CI, ale przede wszyst­kim był czło­wie­kiem Hal­li­daya.

So­raya, dy­rek­tor­ka Ty­pho­na, agen­cji an­ty­ter­ro­ry­stycz­nej stwo­rzo­nej wy­łącz­nie z mu­zuł­ma­nów, roz­wa­ża­ła zna­cze­nie zmian wpro­wa­dzo­nych przez nie­go pod­czas tych kil­ku ty­go­dni, któ­re spę­dzi­ła w Ka­irze. Uzna­ła, że względ­na nie­za­leż­ność Ty­pho­na jest szczę­ściem w nie­szczę­ściu. Od­po­wia­da­ła bez­po­śred­nio przed dy­rek­to­rem z po­mi­nię­ciem sze­fów po­szcze­gól­nych dy­rek­to­ria­tów. Była pół­krwi Arab­ką, zna­ła wszyst­kich swo­ich lu­dzi, więk­szość z nich wy­bra­ła oso­bi­ście i wie­dzia­ła, że je­śli o to po­pro­si, pój­dą za nią do pie­kła. Ale… co z ko­le­ga­mi z we­wnętrz­nych struk­tur agen­cji? Zo­sta­ną? A może odej­dą?

Wy­sia­dła z win­dy na dy­rek­tor­skim pię­trze. Za­la­ło ją nie­sa­mo­wi­te zie­lo­ne świa­tło, prze­ni­ka­ją­ce przez ku­lo­od­por­ne szkło, zdol­ne wy­trzy­mać na­wet wy­buch bom­by. Za­trzy­ma­ła się przed biur­kiem, za któ­rym sie­dział mło­dy, chu­dy jak szcza­pa męż­czy­zna o sta­lo­wych oczach i re­gu­la­mi­no­wym je­ży­ku pie­cho­ty mor­skiej, grze­bią­cy w sto­sie pa­pie­rów. Pla­kiet­ka na bla­cie iden­ty­fi­ko­wa­ła go jako po­rucz­ni­ka R. Sim­mon­sa Re­ade’a.

– Dzień do­bry, je­stem So­raya Mo­ore – przed­sta­wi­ła się.

– Mam wy­zna­czo­ne spo­tka­nie z dy­rek­to­rem.

Po­rucz­nik R. Sim­mons Re­ade ob­rzu­cił ją obo­jęt­nym spoj­rze­niem, w któ­rym, mimo ca­łej obo­jęt­no­ści, było tak­że szy­der­stwo. Miał na so­bie gra­na­to­wy gar­ni­tur, wy­kroch­ma­lo­ną bia­łą ko­szu­lę i puł­ko­wy kra­wat w czer­wo­ne i nie­bie­skie pa­ski. Nie pa­trząc na mo­ni­tor kom­pu­te­ra, po­wie­dział:

– Mia­ła pani wy­zna­czo­ne spo­tka­nie z dy­rek­to­rem Dan­zi­ge­rem. Przed pięt­na­sto­ma dnia­mi.

– Tak, wiem, ale by­łam w te­re­nie, po­rząd­ku­jąc spra­wy po mi­sji w pół­noc­nym Ira­nie. Nikt inny nie mógł tego zro­bić i…

Zie­lon­ka­we świa­tło spra­wia­ło, że twarz Re­ade’a wy­da­wa­ła się dłuż­sza i ostrzej­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści, i groź­na jak broń.

– Nie wy­ko­na­ła pani bez­po­śred­nio roz­ka­zu dy­rek­to­ra Dan­zi­ge­ra.

– Zaj­mo­wał to sta­no­wi­sko od nie­daw­na i nie mógł wie­dzieć…

– A jed­nak dy­rek­tor Dan­zi­ger wie o pani wszyst­ko, co po­wi­nien wie­dzieć, pani Mo­ore.

Tego było za wie­le.

– Co to ma zna­czyć, do dia­bła! I nie „pani”, tyl­ko dy­rek­tor Mo­ore!

– Trud­no uznać za za­ska­ku­ją­cy fakt, że nie jest pani na bie­żą­co, pani Mo­ore – po­wie­dział Re­ade gło­sem bez wy­ra­zu.

– Pani służ­ba do­bie­gła koń­ca.

– Co? Mam to uznać za dow­cip? Nie mogę prze­cież…

– So­raya mia­ła wra­że­nie, że pod jej sto­pa­mi po­ja­wił się na­gle wsy­sa­ją­cy ją z nie­ubła­ga­ną siłą otwór ście­ko­wy.

Ka­mien­na twarz żoł­nie­rza sta­ła się jesz­cze bar­dziej ka­mien­na, jak u bo­ha­te­ra ar­mij­nej re­kla­my: „Mo­żesz być, kim chcesz”.

– Z tą chwi­lą tra­ci pani wszyst­kie przy­wi­le­je zwią­za­ne z pia­sto­wa­nym sta­no­wi­skiem. Pro­szę o zwrot iden­ty­fi­ka­to­ra fir­my, fir­mo­wych kart kre­dy­to­wych oraz te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go.

So­raya opar­ła się pię­ścia­mi o lśnią­cy blat biur­ka.

– A kim ty je­steś, chłop­cze, że ośmie­lasz się wy­da­wać mi po­le­ce­nia?

– Mó­wię w imie­niu dy­rek­to­ra Dan­zi­ge­ra.

– Nie wie­rzę w ani jed­no two­je sło­wo.

– Kar­ty już zo­sta­ły unie­waż­nio­ne. Może pani tyl­ko od­wró­cić się i wyjść.

So­raya wy­pro­sto­wa­ła się i cof­nę­ła o krok.

– Pro­szę po­wie­dzieć dy­rek­to­ro­wi, że kie­dy ze­chce wy­słu­chać spra­woz­da­nia, znaj­dzie mnie w moim biu­rze.

R. Sim­mons Re­ade się­gnął za sie­bie, pod­niósł z pod­ło­gi małe tek­tu­ro­we pu­deł­ko bez za­mknię­cia, po­sta­wił je na biur­ku i nie­dba­le pchnął w jej kie­run­ku. Na jego wi­dok So­raya omal nie za­dła­wi­ła się ję­zy­kiem. Pa­trzy­ła na po­rząd­nie po­ukła­da­ne nie­licz­ne przed­mio­ty oso­bi­ste, któ­re prze­cho­wy­wa­ła w biur­ku.

• • •

– Mogę tyl­ko po­wta­rzać ci to, cze­go do­wie­dzia­łem się od cie­bie. – Su­par­wi­ta wstał, Bo­ur­ne tak­że.

– A więc już wte­dy in­te­re­so­wa­łem się No­ahem Per­li­sem.

– Nie było to py­ta­nie i Ba­lij­czyk nie po­trak­to­wał tych słów jak py­ta­nia. – Ale dla­cze­go? I co go łą­czy­ło z Hol­ly Ma­rie Mo­re­au?

– Co­kol­wiek jest praw­dą, wy­da­je się nie­mal pew­ne, że spo­tka­li się w Lon­dy­nie.

– A te dziw­ne li­te­ry wy­gra­we­ro­wa­ne po we­wnętrz­nej stro­nie?

– Po­ka­za­łeś mi je kie­dyś. Mia­łeś na­dzie­ję, że ci po­mo­gę. Nie mam po­ję­cia, co ozna­cza­ją.

– Nie jest to ża­den ze współ­cze­snych ję­zy­ków – stwier­dził Bo­ur­ne, szu­ka­jąc od­po­wie­dzi w głę­biach swo­jej uszko­dzo­nej pa­mię­ci. Su­par­wi­ta zro­bił krok w jego stro­nę. Prze­mó­wił gło­sem o ton wyż­szym od szep­tu, lecz mimo to prze­ni­ka­ją­cym w głąb mó­zgu Ame­ry­ka­ni­na ni­czym użą­dle­nie osy.

– Jak po­wie­dzia­łem, uro­dzi­łeś się w grud­niu, mie­sią­cu Śiwy. – Wy­mó­wił imię boga Szi­wy tak, jak to ro­bią Ba­lij­czy­cy.

– Co wię­cej, uro­dzi­łeś się w dniu boga, ostat­nim w mie­sią­cu, bę­dą­cym za­rów­no koń­cem, jak i po­cząt­kiem. Nie ro­zu­miesz? Two­im prze­zna­cze­niem jest umrzeć i uro­dzić się na nowo.

– To już się sta­ło sześć mie­się­cy temu, kie­dy Ar­ka­din mnie po­strze­lił.

Su­par­wi­ta ski­nął z po­wa­gą gło­wą.

– Gdy­bym nie po­dał ci wcze­śniej li­lii zmar­twych­wsta­nia, bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że umarł­byś od tej rany.

– Oca­li­łeś mnie. Dla­cze­go?

Sza­man znów uśmiech­nął się swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym, pro­mien­nym, ty­siąc­wa­to­wym uśmie­chem.

– Je­ste­śmy ze sobą zwią­za­ni, ty i ja. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Któż może wie­dzieć jak i dla­cze­go?

Bo­ur­ne od­czu­wał po­trze­bę po­wro­tu do kwe­stii prak­tycz­nych.

– Na ze­wnątrz jest ich dwóch – po­wie­dział.

– Spraw­dzi­łem przed wej­ściem.

– A jed­nak to ty ich tu przy­pro­wa­dzi­łeś.

Tym ra­zem to Ame­ry­ka­nin się uśmiech­nął.

– To część pla­nu, przy­ja­cie­lu – wy­ja­śnił szep­tem.

Su­par­wi­ta po­wstrzy­mał go, uno­sząc ostrze­gaw­czo dłoń.

– Nim wpro­wa­dzisz w ży­cie swój plan, do­wiesz się cze­goś, cze­go mu­sisz się do­wie­dzieć. Cze­go mu­szę cię na­uczyć.

Prze­rwał, da­jąc Bo­ur­ne’owi aż za dużo cza­su na za­sta­na­wia­nie się, co wła­ści­wie miał na my­śli. Bo­ur­ne znał sza­ma­na na tyle do­brze, by wie­dzieć, kie­dy za­no­si się na po­waż­ną roz­mo­wę. Wi­dział po­dob­ny wy­raz na jego twa­rzy tuż przed­tem, nim po­dał mu on do pi­cia mik­stu­rę z li­lii zmar­twych­wsta­nia przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi, w tym sa­mym po­miesz­cze­niu.

– Po­słu­chaj mnie. – Sza­man już się nie uśmie­chał.

– Umrzesz w cią­gu roku, mu­sisz umrzeć w cią­gu roku po to, by oca­lić bli­skich ci lu­dzi, tych wszyst­kich, któ­rych ko­chasz i któ­rzy nie są ci obo­jęt­ni.

Mimo mor­der­cze­go tre­nin­gu, mimo że­la­znej umy­sło­wej dys­cy­pli­ny Bo­ur­ne po­czuł, że krew za­sty­ga mu w ży­łach. Jed­ną rze­czą jest po­dej­mo­wa­nie nie­ustan­ne­go ry­zy­ka, oszu­ki­wa­nie śmier­ci, mi­ja­nie się z nią, cza­sa­mi o włos, ale zu­peł­nie inną usły­szeć, że ma się mniej niż rok ży­cia. Z dru­giej stro­ny może się prze­cież we­so­ło ro­ze­śmiać, prze­cież jest czło­wie­kiem z Za­cho­du, a na świe­cie ist­nie­je tyle wiar i re­li­gii, że dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent ła­two zlek­ce­wa­żyć. A jed­nak, pa­trząc w oczy Su­par­wi­ty, wi­dział w nich praw­dę. Jak zda­rza­ło się już wcze­śniej, nie­zwy­kłe moce sza­ma­na po­zwa­la­ły mu po­znać przy­szłość, a przy­najm­niej jego przy­szłość. „Je­ste­śmy ze sobą zwią­za­ni, ty i ja”. Su­par­wi­ta udo­wod­nił, że po­tra­fi oca­lić mu ży­cie, więc głu­po­tą by­ło­by mu nie uwie­rzyć.

– Czy wiesz kie­dy? I jak?

Sza­man po­krę­cił gło­wą.

– To nie dzia­ła w ten spo­sób. Frag­men­ty przy­szło­ści są jak sen na ja­wie, mają bar­wę, są zna­ka­mi, ale brak w nich ob­ra­zów, szcze­gó­łów, kla­row­no­ści i jed­no­znacz­no­ści.

– Po­wie­dzia­łeś mi kie­dyś, że Szi­wa bę­dzie się mną opie­ko­wał.

– Po­wie­dzia­łem. – Ba­lij­czyk znów się uśmiech­nął. Po­pro­wa­dził Bo­ur­ne’a do in­ne­go po­ko­ju wy­peł­nio­ne­go cie­nia­mi i za­pa­chem ka­dzi­dła z plu­me­rii. – Ko­lej­nych kil­ka go­dzin bę­dzie do­sko­na­łym przy­kła­dem jego opie­ki.

• • •

Va­le­rie Za­pol­sky, oso­bi­sta se­kre­tar­ka Rory’ego Dol­la, oso­bi­ście do­rę­czy­ła mel­du­nek dy­rek­to­ro­wi Cen­tra­li Wy­wia­du M. Er­ro­lo­wi Dan­zi­ge­ro­wi, oznaj­mia­jąc, że jej szef nie chciał po­wie­rzyć go sys­te­mo­wi kom­pu­te­ro­we­mu, na­wet tak do­sko­na­le za­bez­pie­czo­ne­mu jak sys­tem Agen­cji.

– To dla­cze­go sam się z nim nie po­ja­wił? – Dan­zi­ger zmarsz­czył czo­ło, ale nie pod­niósł wzro­ku na se­kre­tar­kę.

– Dy­rek­tor ope­ra­cyj­ny jest za­ję­ty – od­po­wie­dzia­ła Va­le­rie.

– Chwi­lo­wo.

Była to drob­na ciem­no­skó­ra ko­bie­ta o oczach przy­sło­nię­tych cięż­ki­mi po­wie­ka­mi. Dan­zi­ge­ro­wi nie po­do­ba­ło się, że Doll przy­słał wła­śnie ją.

– Ja­son Bo­ur­ne żyje? Kur­wa mać… – Po­de­rwał się z krze­sła, jak­by prze­pusz­czo­no przez nie prąd. Prze­biegł ocza­mi mel­du­nek, krót­ki, nie­poda­ją­cy żad­nych szcze­gó­łów.

Twarz miał czer­wo­ną, a jego gło­wa wy­raź­nie drża­ła.

W tym mo­men­cie Va­le­rie po­peł­ni­ła fa­tal­ny błąd: oka­za­ła współ­czu­cie.

– Dy­rek­to­rze, czy mogę coś dla pana zro­bić?

– Zro­bić? Coś dla mnie zro­bić? – Dan­zi­ger spoj­rzał na nią jak czło­wiek bro­nią­cy się przed cał­ko­wi­tym ogłu­pie­niem.

– Ja­sne, oczy­wi­ście. Po­wiedz mi, że to żart, głu­pi, cho­ry żart Rory’ego Dol­la. Bo je­śli tego nie po­wiesz, wy­le­cisz z ro­bo­ty na zbi­ty pysk.

– To wszyst­ko, Val – po­wie­dział Rory Doll, po­ja­wia­jąc się w drzwiach. – Mo­żesz wró­cić do biu­ra.

Wi­docz­na na twa­rzy se­kre­tar­ki ulga tyl­ko czę­ścio­wo zła­go­dzi­ła jego po­czu­cie winy. W koń­cu to on wy­słał ją na pierw­szą li­nię.

– Cho­le­ra – za­klął dy­rek­tor. – Przy­się­gam, że ją wy­le­ję.

Doll wszedł do ga­bi­ne­tu i sta­nął przed biur­kiem sze­fa.

– Je­śli to zro­bisz, Stu Gold spad­nie ci na kark jak mu­chy na kupę gów­na.

– Gold? A kim jest, kur­wa, ten fa­cet i dla­cze­go mam się nim przej­mo­wać?

– Praw­ni­kiem Cen­tra­li.

– To jego też wy­wa­lę w cho­le­rę.

– Nie­moż­li­we, pro­szę pana. Jego fir­ma ma że­la­zny kon­trakt, a on je­den doj­ścia od dołu do sa­mej góry…

Dan­zi­ger za­ma­szy­ście mach­nął ręką.

– I my­ślisz, że nie znaj­dę na nią ja­kie­goś haka? – Pstryk­nął pal­ca­mi. – Jak się na­zy­wa?

– Za­pol­sky. Va­le­rie A. Za­pol­sky.

– Ja­sne. Co to za na­zwi­sko? Ro­syj­skie? Ma­cie ją prze­świe­tlić, ale do­kład­nie. Chcę wie­dzieć, ja­kim la­kie­rem ma­lu­je pa­znok­cie u nóg! Zro­zu­mia­no?

Doll dy­plo­ma­tycz­nie ski­nął gło­wą. Był to męż­czy­zna szczu­pły, o bar­dzo ja­snych wło­sach, co spra­wia­ło, że jego in­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy wy­da­wa­ły się pło­nąć ży­wym ogniem.

– Ja­sne, oczy­wi­ście.

– I niech ci Bóg do­po­mo­że, je­śli w tym ra­por­cie znaj­dzie się ja­kaś nie­ści­słość, choć­by naj­drob­niej­sza. Je­śli ja­kieś py­ta­nie po­zo­sta­nie bez od­po­wie­dzi.

Od dnia, w któ­rym Pe­ter Marks prze­szedł na dru­gą stro­nę, dy­rek­to­ra nie opusz­czał zły hu­mor. Wy­dział ope­ra­cyj­ny po­zo­sta­wał bez sze­fa. Marks był zwierzch­ni­kiem Dol­la nie­ma­ją­ce­go naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że je­śli uda mu się udo­wod­nić, że jest lo­jal­ny, to naj­praw­do­po­dob­niej awan­su­je. Za­ci­snął zęby i nie po­ka­zał po so­bie, że jest wście­kły. Zmie­nił te­mat.

– Po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać o tej wia­do­mo­ści.

– Więc to nie zdję­cie z akt? I to nie żart?

– Nie­ste­ty, nie. I bar­dzo tego ża­łu­ję. Ja­son Bo­ur­ne zo­stał sfo­to­gra­fo­wa­ny, gdy ubie­gał się o wizę na po­byt cza­so­wy na lot­ni­sku Den­pa­sar. To na Bali, w In­do­ne­zji…

– Do dia­bła, prze­cież wiem, co to ta­kie­go Bali.

– Ja tyl­ko nie chcia­łem ni­cze­go po­mi­nąć. W zgo­dzie z pań­ski­mi in­struk­cja­mi z pierw­sze­go spo­tka­nia in­for­ma­cyj­ne­go.

Dy­rek­tor, choć go­to­wał się ze zło­ści, za­ci­snął zęby i zdo­łał za­cho­wać mil­cze­nie. Ra­port i do­łą­czo­ne do nie­go ziar­ni­ste czar­no-bia­łe zdję­cie Ja­so­na Bo­ur­ne’a ści­skał w pię­ści. Lu­bił na­zy­wać ją „zbroj­ną pię­ścią”.

– Po­zwo­lę so­bie kon­ty­nu­ować – pod­jął grzecz­nie Doll.

– A więc, co wy­ni­ka z elek­tro­nicz­ne­go opi­su za­miesz­czo­ne­go w pra­wym dol­nym rogu, zdję­cie to zo­sta­ło zro­bio­ne trzy dni temu, o czter­na­stej dwa­dzie­ścia dzie­więć miej­sco­we­go cza­su. Na­sze­mu dzia­ło­wi ko­mu­ni­ka­cji elek­tro­nicz­nej za­ję­ło spo­ro cza­su za­bez­pie­cze­nie trans­mi­sji przed moż­li­wy­mi błę­da­mi i praw­do­po­do­bień­stwem prze­chwy­ce­nia sy­gna­łu.

Dan­zi­ger ode­tchnął głę­bo­ko.

– Bo­ur­ne nie żył… Bo­ur­ne miał nie żyć. A by­łem pew­ny, że roz­pra­wi­li­śmy się z nim na za­wsze. – Zgniótł zdję­cie i wrzu­cił je do po­jem­ni­ka nisz­czar­ki. – Nadal jest na Bali?

Za­kła­dam, że to przy­najm­niej wiesz.

Doll ski­nął gło­wą.

– Tak jest, pro­szę pana, w tej chwi­li Bo­ur­ne prze­by­wa na Bali.

– Pod ob­ser­wa­cją, mam na­dzie­ję?

– Pil­nu­je­my go dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Zna­my każ­dy jego ruch.

Dan­zi­ger za­sta­na­wiał się przez chwi­lę, a po­tem spy­tał:

– Kto jest na­szym czło­wie­kiem od mo­krej ro­bo­ty w In­do­ne­zji?

Doll był przy­go­to­wa­ny na to py­ta­nie.

– Co­ven. Ale, dy­rek­to­rze, je­śli wol­no mi coś za­su­ge­ro­wać: w swo­im ostat­nim pi­sem­nym ra­por­cie z Ka­iru So­raya Mo­ore z na­ci­skiem wspo­mnia­ła, że Bo­ur­ne miał zna­czą­cy udział w opa­no­wa­niu kry­zy­su w pół­noc­nym Ira­nie. Tego, któ­ry po­grą­żył Black Ri­ver.

– Nie­mal tak, jak jego sta­tus awan­tur­ni­ka, nie­bez­piecz­na jest zdol­ność Bo­ur­ne’a do… jak by to po­wie­dzieć… wy­wie­ra­nia prze­sad­ne­go wpły­wu na ko­bie­ty. Mo­ore nie­wąt­pli­wie za­li­cza się do tych ko­biet i dla­te­go stra­ci­ła pra­cę. Pro­szę ak­ty­wo­wać Co­ve­na, pa­nie Doll.

– To oczy­wi­ście moż­li­we, ale do­tar­cie do Bo­ur­ne’a zaj­mie mu tro­chę cza­su…

– Kto jest bli­żej? – prze­rwał mu szef zi­ry­to­wa­ny.

Doll zaj­rzał do no­ta­tek.

– W Dża­kar­cie mamy ze­spół ewa­ku­acyj­ny. Mogę za­ła­twić im woj­sko­wy he­li­kop­ter. Za go­dzi­nę będą w po­wie­trzu.

– Więc zrób to, a Co­ve­na trzy­maj w od­wo­dzie. Mają spro­wa­dzić Bo­ur­ne’a tu­taj. Chcę pod­dać go in­ten­syw­ne­mu… ach… prze­słu­cha­niu. Wy­do­być z nie­go wszyst­ko. Po­znać jego se­kre­ty, do­wie­dzieć się, jak uda­ło mu się tak sku­tecz­nie nas uni­kać i ja­kim cu­dem prze­żył. – Oczy Dan­zi­ge­ra pło­nę­ły nie­na­wi­ścią. – A kie­dy skoń­czy­my, wpa­ku­je­my mu kulę w łeb i ogło­si­my, że za­bi­li go Ro­sja­nie.

Rozdział 2

Dłu­ga noc w Ban­ga­lo­re już się koń­czy­ła. Prze­sy­co­ny smro­dem od­cho­dów, cho­rób i ludz­kie­go potu, gę­sty od stra­chu, bez­sil­nej wście­kło­ści, nie­speł­nio­ne­go po­żą­da­nia i roz­pa­czy świt ko­lo­ru po­pio­łu nie był w sta­nie przy­wró­cić mia­stu barw.

Ar­ka­din zna­lazł za­mknię­ty ga­bi­net le­kar­ski, wła­mał się do nie­go i wziął, co mu było po­trzeb­ne: nici chi­rur­gicz­ne, jo­dy­nę, ste­ryl­ne opa­trun­ki, ban­da­że i an­ty­bio­ty­ki za­stę­pu­ją­ce te, któ­rych nie do­stał w szpi­ta­lu. Szedł uli­ca­mi szyb­ko i cięż­ko dy­sząc, świa­dom, że musi przede wszyst­kim za­ta­mo­wać krwa­wie­nie z rany na udzie. Nie za­gra­ża­ła ży­ciu, ale była głę­bo­ka, a jemu nie wol­no stra­cić wię­cej krwi. Jesz­cze bar­dziej po­trze­bo­wał jed­nak ja­kiejś kry­jów­ki, w któ­rej mógł­by za­trzy­mać ze­gar włą­czo­ny przez Osie­ro­wa, zła­pać od­dech, oce­nić sy­tu­ację. Prze­klął się za to, że dał się za­sko­czyć prze­ciw­ni­ko­wi. Do­sko­na­le przy tym wie­dział, że na­stęp­ny krok bę­dzie miał de­cy­du­ją­ce zna­cze­nie, a zwy­kłe nie­szczę­ście może bły­ska­wicz­nie zmie­nić się w ka­ta­stro­fę.

Po­nie­waż prze­ciw­nik zła­mał jego za­bez­pie­cze­nia, wszyst­kie miej­sco­we kon­tak­ty mu­siał uznać za spa­lo­ne, co po­zo­sta­wia­ło mu tyl­ko jed­no wyj­ście. Ist­nie­je miej­sce, któ­rym rzą­dził w spo­sób ab­so­lut­ny. Wy­brał szy­fro­wa­ny nu­mer da­ją­cy mu do­stęp do sze­re­gu kom­pu­te­rów tra­su­ją­cych. Wy­dzwo­nił Stie­pa­na, Lukę, Paw­ła, Ali­ka oraz Isma­ila Beya, fi­gu­ran­ta gra­ją­ce­go rolę przy­wód­cy Bra­ter­stwa Wscho­du, nad któ­rym Ar­ka­din miał peł­ną kon­tro­lę.

– Za­ata­ko­wa­li nas Ma­słow, Osie­row i w ogó­le Ka­za­cho­wie jako ca­łość – po­in­for­mo­wał każ­de­go z nich rze­czo­wo, bez wstę­pów. – Od tej chwi­li je­ste­śmy w sta­nie woj­ny.

Od­po­wied­nio ich wy­tre­no­wał. Nikt nie za­dał żad­ne­go zbęd­ne­go py­ta­nia, wszy­scy po pro­stu po­twier­dza­li otrzy­ma­nie roz­ka­zu, a po­tem koń­czy­li roz­mo­wę i przy­stę­po­wa­li do przy­go­to­wań, kie­ru­jąc się in­struk­cja­mi, któ­rych Ar­ka­din udzie­lił im wie­le mie­się­cy temu. Każ­dy z ka­pi­ta­nów miał rolę do ode­gra­nia, każ­dy wpro­wa­dzał w ży­cie część pla­nu ogar­nia­ją­cą do­słow­nie cały świat. Ma­słow chciał woj­ny, więc cze­ka go woj­na, i to na nie­jed­nym fron­cie.

Ar­ka­din po­krę­cił gło­wą. Ro­ze­śmiał się, ale w jego śmie­chu nie było we­so­ło­ści. Wie­dział, że ta chwi­la na­dej­dzie, nie­unik­nio­na jak ko­lej­ny od­dech. Te­raz, gdy już przy­szła, od­czuł wiel­ką ulgę. Nie musi już uśmie­chać się przez za­ci­śnię­te zęby, nie musi uda­wać przy­jaź­ni tam, gdzie ist­nie­je tyl­ko gorz­ka wro­gość.

Już nie ży­jesz, Di­mi­tri­ju Ilia­no­wi­czu, po­my­ślał. Tyl­ko jesz­cze o tym nie wiesz.

Nie­bo przy­bra­ło bar­wę roz­wod­nio­ne­go różu. Był już pra­wie na Cha­aya. Pora na trud­ną roz­mo­wę. Wy­brał je­de­na­sto­cy­fro­wy nu­mer. Głos ro­bo­ta od­po­wie­dział po ro­syj­sku: „Fe­de­ral­na Agen­cja An­ty­nar­ko­ty­ko­wa”, sze­ro­ko zna­na, a nie­sław­na FSB-2, któ­ra pod wo­dzą Wik­to­ra Czer­kie­so­wa sta­ła się naj­po­tęż­niej­szą i naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cą agen­cją ro­syj­skie­go rzą­du, prze­wyż­sza­jąc pod tym wzglę­dem na­wet FSB, na­stęp­czy­nię KGB.

– Z puł­kow­ni­kiem Kar­po­wem pro­szę.

– Jest czwar­ta rano. Puł­kow­nik Kar­pow jest nie­do­stęp­ny – oznaj­mił ro­bot gło­sem bar­dzo przy­po­mi­na­ją­cym ten, ja­kim mó­wi­ły zom­bie z fil­mu Geo­r­ge’a Ro­me­ra.

– Ja też – oznaj­mił Ar­ka­din, ćwi­cząc swój sar­do­nicz­ny hu­mor. – Ale jed­nak po­sta­no­wi­łem z nim po­roz­ma­wiać.

– Wol­no wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia? – Ro­sja­nin nie zdra­dzał cie­nia emo­cji.

– Na­zy­wam się Ar­ka­din. Le­onid Da­nie­le­wicz Ar­ka­din. A te­raz znajdź mi swo­je­go sze­fa.

Ro­bot ode­tchnął gwał­tow­nie.

– Pro­szę cze­kać.

– Sześć­dzie­siąt se­kund. – Ar­ka­din spoj­rzał na ze­ga­rek i roz­po­czął od­li­cza­nie. – Nie wię­cej.

Po pięć­dzie­się­ciu ośmiu se­kun­dach usły­szał kil­ka trza­sków, a po­tem ni­ski, szorst­ki głos po­wie­dział:

– Puł­kow­nik Kar­pow.

– Bo­ri­sie Il­ji­czu, mi­nę­ło tyle lat. Ileż razy o mało się nie spo­tka­li­śmy!

– Ża­łu­ję, że nie da się wy­kre­ślić tego „o mało”. Skąd mam wie­dzieć, że roz­ma­wiam z Le­oni­dem Da­nie­le­wi­czem Ar­ka­di­nem?

– Di­mi­trij Ma­słow nadal do­pro­wa­dza pana do fu­rii, co, puł­kow­ni­ku? – Kar­pow nie od­po­wie­dział, więc Ar­ka­din mó­wił da­lej: – A w ogó­le, to kto inny mógł­by po­dać panu gło­wę Ka­za­chów na srebr­nej tacy?

Puł­kow­nik ro­ze­śmiał się ochry­ple.

– Praw­dzi­wy Ar­ka­din nig­dy nie wy­dał­by mi swo­je­go mi­strza. Kim­kol­wiek je­steś, tra­cę czas. Że­gnam.

Ar­ka­din po­dał mu ad­res na prze­my­sło­wych przed­mie­ściach Mo­skwy. Kar­pow mil­czał przez chwi­lę, lecz je­śli się czło­wiek sku­pił, mógł usły­szeć jego cięż­ki od­dech. Od tej roz­mo­wy za­le­ży wszyst­ko, Kar­pow po pro­stu musi uwie­rzyć, że ma do czy­nie­nia z praw­dzi­wym Le­oni­dem Da­nie­le­wi­czem Ar­ka­di­nem i że mówi on szcze­rą praw­dę.

– I co mam zro­bić z tym ad­re­sem? – spy­tał puł­kow­nik po chwi­li mil­cze­nia.

– To ma­ga­zyn. Na oko wy­glą­da do­kład­nie tak jak ja­kaś set­ka in­nych, sto­ją­cych po obu jego stro­nach.

– Nu­dzi­cie mnie, pa­nie Jak Mu Tam.

– Trze­cie drzwi od le­wej, bli­sko tyl­nej ścia­ny, pro­wa­dzą do mę­skiej to­a­le­ty. Za pi­su­ara­mi są ka­bi­ny. W ostat­niej po pra­wej nie ma musz­li, za to w jej tyl­nej ścia­nie są drzwi.

Kar­pow znów wa­hał się przez chwi­lę, a po­tem spy­tał:

– I co z tego?

– Niech pan się przy­go­tu­je – po­wie­dział Ar­ka­din. – Ma pan być uzbro­jo­ny po zęby.

– Chcesz po­wie­dzieć, że po­wi­nie­nem wziąć ze­spół z…

– Nie! Pój­dzie pan sam. Co wię­cej, nie wpi­sze się pan do książ­ki wyjść, żywa du­sza nie ma pra­wa wie­dzieć, do­kąd pan idzie. Swo­im to­wa­rzy­szom pro­szę po­wie­dzieć, że ma pan umó­wio­ną wi­zy­tę u den­ty­sty albo pa­nien­kę na po­po­łu­dnio­we pie­przon­ko, w co­kol­wiek chęt­niej uwie­rzą.

Tym ra­zem ci­sza brze­mien­na była śmier­tel­ną groź­bą.

– Kto jest wtycz­ką w moim biu­rze?

– Och, Bo­ri­sie Il­ji­czu, niech pan nie bę­dzie taki nie­wdzięcz­ny. Chy­ba nie chce pan po­psuć mi za­ba­wy. Nie te­raz, kie­dy daję panu taki wspa­nia­ły pre­zent! – Ar­ka­din ode­tchnął głę­bo­ko. Puł­kow­nik po­łknął przy­nę­tę, pora za­ciąć rybę, nim urwie się z ha­czy­ka. – Ale na pana miej­scu użył­bym ra­czej licz­by mno­giej. Nie wtycz­ka. Wtycz­ki.

– Co? Po­słu­chaj, czło­wie­ku…

– Pora brać się do ro­bo­ty, pa­nie puł­kow­ni­ku, bo pań­skie ofia­ry spo­koj­nie skoń­czą dzień owoc­nej pra­cy. – Ar­ka­din za­chi­cho­tał. – Po­da­ję mój nu­mer, wiem, że wam się nie wy­świe­tla. Niech pan za­dzwo­ni do mnie po po­wro­cie, Bo­ri­sie Il­ji­czu, to po­ga­da­my. O na­zwi­skach i cał­kiem moż­li­we, że tak­że o wie­lu in­nych waż­nych spra­wach.

Prze­rwał po­łą­cze­nie, nie cze­ka­jąc na to, co Kar­pow ma jesz­cze do po­wie­dze­nia.

• • •

De­lia Tra­ne tak­że po­wo­li koń­czy­ła dzień pra­cy. Sie­dzia­ła za biur­kiem, przy­glą­da­jąc się trój­wy­mia­ro­we­mu ob­ra­zo­wi dia­bel­sko wręcz po­my­sło­wej bom­by wid­nie­ją­cej na mo­ni­to­rze.

Pró­bo­wa­ła roz­bro­ić ją, nim me­cha­nizm ze­ga­ro­wy spo­wo­du­je wy­buch. Je­śli jej się nie uda, je­śli wir­tu­al­ny­mi no­ży­ca­mi prze­tnie nie ten ka­be­lek albo po­ru­szy nimi nie­ostroż­nie, z wnę­trza urzą­dze­nia wy­do­bę­dzie się brzę­cze­nie. To ona stwo­rzy­ła pro­gram wir­tu­al­nej bom­by, co nie ozna­cza, że nie bawi się do­sko­na­le, pró­bu­jąc zna­leźć spo­sób jej roz­bro­je­nia.

De­lia była ra­czej po­spo­li­tą, trzy­dzie­sto­pa­ro­let­nią ko­bie­tą. Mia­ła ja­sne oczy, krót­ko ob­cię­te wło­sy i ciem­ną skó­rę odzie­dzi­czo­ną po po­cho­dzą­cej z Ko­lum­bii mat­ce. Mimo iż względ­nie mło­da i ob­da­rzo­na ra­czej wy­bu­cho­wym tem­pe­ra­men­tem, była jed­nym z naj­bar­dziej ce­nio­nych pi­ro­tech­ni­ków Biu­ra do spraw Al­ko­ho­lu, Ty­to­niu, Bro­ni Pal­nej oraz Ma­te­ria­łów Wy­bu­cho­wych. A tak­że naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką So­rai Mo­ore, więc kie­dy ochro­na po­in­for­mo­wa­ła ją, że So­raya cze­ka na nią w holu bu­dyn­ku, ka­za­ła bez zwło­ki przy­słać ją na górę.

Po­zna­ły się służ­bo­wo, stwier­dzi­ły, że są tak samo prze­bo­jo­we i nie­za­leż­ne, sło­wem są po­krew­ny­mi du­sza­mi, tak trud­ny­mi do zna­le­zie­nia w ogra­ni­czo­nym Ob­wod­ni­cą, her­me­tycz­nym sek­to­rze pu­blicz­nym. Spo­tka­ły się pod­czas jed­nej z taj­nych mi­sji So­rai, nie mu­sia­ły ukry­wać przed sobą, co ro­bią i co ozna­cza dla nich ta pra­ca, a ko­niecz­ność za­cho­wa­nia ta­jem­nic naj­czę­ściej nisz­czy przy­jaź­nie za­wie­ra­ne w DC. Co wię­cej, obie zda­wa­ły so­bie tak­że spra­wę z tego, że na do­bre i złe całe ich ży­cie to pra­ca, że stwo­rzo­ne zo­sta­ły do wy­peł­nia­nia obo­wiąz­ków wy­zna­czo­nych przez zwierzch­ni­ków wy­ma­ga­ją­cych do­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy, co w pe­wien spo­sób uwia­ry­god­nia­ło ich ist­nie­nie, ich wol­ność jako ko­biet, ich zna­cze­nie, nie­za­leż­ne od wszech­obec­nej w Wa­szyng­to­nie dys­kry­mi­na­cji. Co dzień wy­po­wia­da­ły pry­wat­ną woj­nę es­ta­bli­sh­men­to­wi ni­czym praw­dzi­we współ­cze­sne Ama­zon­ki.

De­lia wró­ci­ła do kon­tem­pla­cji swe­go kom­pu­te­ro­we­go mo­de­lu rze­czy­wi­sto­ści bę­dą­ce­go dla niej świa­tem w mi­nia­tu­rze.

Wy­star­czy­ło kil­ka se­kund, by za­po­mnia­ła o wszyst­kim oprócz roz­wią­zy­wa­ne­go wła­śnie pro­ble­mu, ani chwi­li nie po­świę­ci­ła na za­sta­na­wia­nie się, co przy­ja­ciół­ka robi tu o tej po­rze. Do­pie­ro gdy na mo­ni­tor padł cień, pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła w oczy So­rai, po­ję­ła, że sta­ło się coś złe­go.

– Na li­tość bo­ską, usiądź, bo się prze­wró­cisz – po­wie­dzia­ła, pod­su­wa­jąc ko­le­żan­ce wol­ne krze­sło. – Co się sta­ło? Ktoś umarł?

– Ktoś wła­śnie stra­cił pra­cę.

De­lia przy­glą­da­ła się So­rai zdzi­wio­na.

– Nie ro­zu­miem.

– Zo­sta­łam wy­wa­lo­na, wy­ko­pa­na, po­sła­no mnie na zie­lo­ną traw­kę – wy­ja­śni­ła So­raya. – Bez na­ru­sze­nia dóbr oso­bi­stych… któ­re z pew­no­ścią na­ru­szo­no – do­da­ła z sar­ka­zmem.

– Co się wła­ści­wie sta­ło, do cho­le­ry?

– Je­stem Egip­cjan­ką, mu­zuł­man­ką i ko­bie­tą. Nasz nowy dy­rek­tor nie po­trze­bu­je in­nych po­wo­dów.

– Nie masz się czym mar­twić. Znam do­sko­na­łe­go praw­ni­ka…

– Za­po­mnij o praw­ni­kach.

De­lia spoj­rza­ła na nią zdzi­wio­na.

– Chy­ba nie po­zwo­lisz, żeby uszło im to na su­cho? Raya, prze­cież mó­wi­my o dys­kry­mi­na­cji!

So­raya tyl­ko mach­nę­ła ręką.

– Nie mam za­mia­ru spę­dzić na­stęp­nych dwóch lat ży­cia na wal­ce z CI i se­kre­ta­rzem Hal­li­day­em.

Jej przy­ja­ciół­ka po­pra­wi­ła się na krze­śle.

– Więc aż tak wy­so­ko to się­ga?

– Jak mogą mi to ro­bić? – jęk­nę­ła So­raya.

De­lia wsta­ła, obe­szła biur­ko i przy­tu­li­ła przy­ja­ciół­kę.

– Wiem, że to tak, jak­by rzu­cił cię ko­cha­nek, ktoś, o kim my­śla­łaś, że go znasz, a tym­cza­sem oka­za­ło się, że cię wy­ko­rzy­sty­wał. Nie, go­rzej, że cały czas cię zdra­dzał.

– Te­raz przy­najm­niej mogę so­bie wy­obra­zić, co czuł Ja­son – po­wie­dzia­ła So­raya po­sęp­nie. – Tyle razy wy­cią­gał rękę Cen­tra­li z ognia, nim zdą­ży­ła po­pa­rzyć so­bie pal­ce, i jak mu się za to od­wdzię­czo­no? Po­lo­wa­li na nie­go jak na psa.

– No to krzy­żyk jej na dro­gę. – De­lia po­ca­ło­wa­ła ją w czu­bek gło­wy. – Pora na nowy po­czą­tek.

So­raya spoj­rza­ła na nią za­my­ślo­na.

– Na­praw­dę? A co wła­ści­wie mia­ła­bym ro­bić? Ten świat cie­ni to wszyst­ko, co znam, i tyl­ko w nim po­tra­fię żyć. A Dan­zi­ger był taki wście­kły, że nie wró­ci­łam do Cen­tra­li na roz­kaz, że umie­ścił mnie na czar­nej li­ście taj­nych służb. Nig­dy nie do­sta­nę żad­nej pra­cy w żad­nej rzą­do­wej agen­cji wy­wia­dow­czej.

De­lia za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę, po czym po­wie­dzia­ła:

– Mam po­mysł. Mu­szę jesz­cze za­ła­twić jed­ną spra­wę w po­ko­ju na koń­cu ko­ry­ta­rza, za­dzwo­nić, a po­tem po­je­dzie­my na­pić się i coś zjeść. A po­tem za­bio­rę cię w ta­kie jed­no spe­cjal­ne miej­sce. Jak ci się po­do­ba ten plan?

– Bar­dziej, niż gdy­bym mia­ła wró­cić do domu, na­jeść się lo­dów i oglą­dać te­le­wi­zję.

– Taką cię lu­bię! – De­lia ro­ze­śmia­ła się i po­ma­cha­ła pal­cem. – Nie ma stra­chu, za­ba­wi­my się tak do­brze, że do gło­wy ci nie przyj­dzie się mar­twić.

So­raya też się uśmiech­nę­ła, choć nie­co ża­ło­śnie.

– A co z moją go­ry­czą?

– Nią też się zaj­mie­my.

• • •

Bo­ur­ne wy­biegł z domu Su­par­wi­ty, nie oglą­da­jąc się ani w lewo, ani w pra­wo. Dla ob­ser­wa­to­rów mógł być czło­wie­kiem, któ­ry ma coś pil­ne­go do za­ła­twie­nia. Za­kła­dał, że ze­chcą pójść za nim tam, do­kąd się te­raz wy­bie­rał.

Sły­szał, jak idą za nim przez las, przy­cią­ga­ni jego zde­cy­do­wa­nym za­cho­wa­niem. Prze­dzie­rał się szyb­ko przez krza­ki, chciał, by się do nie­go zbli­ży­li i by jego wzbu­rze­nie sta­ło się ich wzbu­rze­niem. Wie­dział, że nie ry­zy­ku­je ży­cia, że naj­pierw go prze­słu­cha­ją. Chcą wie­dzieć, co wie o pier­ście­niu. Nie­wąt­pli­wie uwa­ża­ją się za bar­dzo dys­kret­nych, ale na Bali nie ist­nie­je coś ta­kie­go jak dys­kre­cja. Bo­ur­ne sły­szał, że py­ta­li o nie­go w Mang­gis, są­sied­niej wio­sce, a kie­dy do­wie­dział się, że to Ro­sja­nie, ani przez chwi­lę nie wąt­pił, że pra­cu­ją dla Le­oni­da Ar­ka­di­na. Po raz ostat­ni wi­dział swo­je­go wro­ga, pierw­sze­go czło­wie­ka, któ­ry ukoń­czył pro­gram żoł­nie­rza do­sko­na­łe­go Tre­ad­sto­ne w cza­sie bi­twy w pół­noc­nym Ira­nie.

Te­raz, po­środ­ku szma­rag­do­wej i bru­nat­no­czer­wo­nej ba­lij­skiej dżun­gli, Bo­ur­ne na­gle skrę­cił w pra­wo, kie­ru­jąc się do wiel­kie­go be­ri­gin, przez lu­dzi Za­cho­du na­zy­wa­nym ba­ny­an, ba­lij­skie­go sym­bo­lu nie­śmier­tel­no­ści. Sko­czył na jed­ną z jej wie­lu ga­łę­zi, wspi­nał się przez praw­dzi­wy la­bi­rynt, aż zna­lazł się wy­star­cza­ją­co wy­so­ko, by zy­skać wspa­nia­ły wi­dok na oko­li­cę. Pta­ki na­wo­ły­wa­ły się we­so­ło, bzy­cza­ły owa­dy. Tu i tam pro­mie­nie słoń­ca prze­bi­ja­ły gę­sty bal­da­chim li­ści, na­da­jąc mięk­kiej zie­mi bar­wę cze­ko­la­dy.

Chwi­lę póź­niej za­uwa­żył pierw­sze­go Ro­sja­ni­na, ostroż­nie prze­dzie­ra­ją­ce­go się przez gę­ste krza­ki, okrą­ża­ją­ce­go wła­śnie gę­sty za­gaj­nik. Oparł lufę AK-47 w zgię­ciu le­we­go ra­mie­nia, pa­lec wska­zu­ją­cy jego pra­wej ręki spo­czy­wał na spu­ście; był go­tów po­cią­gnąć go i wy­pluć se­rię przy naj­lżej­szym od­gło­sie lub zwia­stu­ją­cym nie­bez­pie­czeń­stwo po­ru­sze­niu. Po­wo­li pod­cho­dził do be­ri­gin, w któ­rym zna­lazł schro­nie­nie Bo­ur­ne. Od cza­su do cza­su pod­no­sił gło­wę, przy­glą­da­jąc się czub­kom drzew ciem­ny­mi by­stry­mi ocza­mi.

Bo­ur­ne prze­su­nął się bez­sze­lest­nie wśród ga­łę­zi, zaj­mu­jąc wła­ści­wą po­zy­cję. Od­cze­kał, aż Ro­sja­nin znaj­dzie się bez­po­śred­nio pod nim, po czym spadł na nie­go ni­czym je­den ze sło­necz­nych pro­mie­ni. Ude­rzył go ob­ca­sa­mi w ra­mio­na, po­wo­du­jąc wy­wich­nię­cie jed­ne­go z nich i prze­wra­ca­jąc ofia­rę. Zwi­nął się w kulę, przy­jął cię­żar upad­ku na ło­pat­kę i wy­ko­nał prze­wrót, uni­ka­jąc w ten spo­sób kon­tu­zji. Za­ata­ko­wał, nim Ro­sja­nin od­zy­skał od­dech. Lecz, choć oszo­ło­mio­ny, Ro­sja­nin za­re­ago­wał in­stynk­tow­nie tak, jak go na­uczo­no. Sto­pą tra­fił Bo­ur­ne’a w mo­stek.

Stęk­nął. Jego prze­ciw­nik pró­bo­wał wstać, za­ci­ska­jąc zęby z bólu. Czas sta­nął w miej­scu, jak­by ota­cza­ją­cy wal­czą­cych pier­wot­ny las wstrzy­mał od­dech. Cios za­da­ny kan­tem pra­wej dło­ni po­ła­mał ko­ści w zwich­nię­tym ra­mie­niu. Ro­sja­nin jęk­nął, lecz jed­no­cze­śnie kol­bą ka­ra­bi­nu sztur­mo­we­go za­dał prze­ciw­ni­ko­wi po­tęż­ny cios w bok.

Ro­sja­nin wstał, opie­ra­jąc się na swym AK-47. Z tru­dem za­cho­wu­jąc rów­no­wa­gę, pod­szedł do za­plą­ta­ne­go w pną­cze Bo­ur­ne’a. Wy­ce­lo­wał, ale w tym sa­mym mo­men­cie Ame­ry­ka­nin za­dał mu krzy­żo­wy cios no­ga­mi, mie­rząc w ko­la­no, znów oba­la­jąc go na zie­mię. Krót­ka se­ria po­szła w górę, ob­sy­pu­jąc prze­ciw­ni­ków li­ść­mi, ka­wał­ka­mi kory i odłam­ka­mi ga­łę­zi. Pró­ba uży­cia AK-47 jako ta­ra­na tak­że za­koń­czy­ła się nie­po­wo­dze­niem, Bo­ur­ne bo­wiem za­nur­ko­wał pod za­ta­cza­ją­cą wy­so­ki łuk bro­nią. Ko­lej­ny za­da­ny kan­tem dło­ni cios strza­skał Ro­sja­ni­no­wi oboj­czyk, trze­ci, iden­tycz­ny, za­da­ny dru­gą ręką, zmiaż­dżył mu nos, wbi­ja­jąc w mózg chrząst­ki i odłam­ki ko­ści. Bo­ur­ne wy­rwał broń upa­da­ją­ce­mu, mar­twe­mu prze­ciw­ni­ko­wi, no­tu­jąc w pa­mię­ci jego pry­mi­tyw­ny wię­zien­ny ta­tu­aż: węża owi­nię­te­go wo­kół rę­ko­je­ści szty­le­tu, osta­tecz­ny do­wód, że miał do czy­nie­nia z człon­kiem grup­pie­row­ki.

Nie­mal uda­ło mu się wy­plą­tać spo­mię­dzy pną­czy, kie­dy za jego ple­ca­mi roz­legł się gar­dło­wy głos.

– Rzuć broń – po­wie­dział męż­czy­zna po ro­syj­sku z wy­raź­nym mo­skiew­skim ak­cen­tem.

Bo­ur­ne od­wró­cił się po­wo­li. To za­pew­ne od­głos strza­łów na­pro­wa­dził dru­gie­go Ro­sja­ni­na na wła­ści­wy trop.

– Ka­za­łem ci rzu­cić broń.

On też uzbro­jo­ny był w AK-47 wy­mie­rzo­ny w tej chwi­li w pierś Bo­ur­ne’a.

– Cze­go chcesz? – wark­nął Bo­ur­ne.

– Do­sko­na­le wiesz, cze­go chcę. A te­raz rzuć broń i od­daj mi to.

– Co mam ci od­dać? Po­wiedz mi, co mam zro­bić, a zro­bię to bez ga­da­nia.

– Od­bio­rę ci pier­ścień, gdy tyl­ko rzu­cisz broń mo­je­go przy­ja­cie­la. – Ro­sja­nin po­ka­zał Bo­ur­ne’owi ge­stem, że ma się do nie­go zbli­żyć. – Po­dejdź, su­kin­sy­nu. Bo je­śli nie, po­strze­lę cię naj­pierw w jed­ną nogę, a po­tem w dru­gą. Je­śli to nie po­mo­że… sam wiesz, jak bo­le­sne by­wa­ją rany brzu­cha. I wiesz, jak dłu­go cier­pi ran­ny, nim wresz­cie wy­krwa­wi się na śmierć.

– Twój part­ner? Szko­da go – po­wie­dział Bo­ur­ne, wy­pusz­cza­jąc AK.

Za­dzia­łał in­stynkt. Ro­sja­nin nie mógł nie zer­k­nąć na przy­ja­cie­la, a jed­no­cze­śnie jego wzrok przy­cią­gnął upa­da­ją­cy ka­ra­bi­nek. Bo­ur­ne wy­ko­rzy­stał tę chwi­lę, strze­lił z pną­cza jak z bata, owi­nął nim szy­ję męż­czy­zny i moc­no szarp­nął ją do sie­bie, wprost na swo­ją pięść. Ude­rze­nie spra­wi­ło, że szy­ja zło­ży­ła się jak scy­zo­ryk. Bo­ur­ne pu­ścił pną­cze i ude­rzył ofia­rę w kark sple­cio­ny­mi dłoń­mi.

Ro­sja­nin upadł. Bo­ur­ne przy­klęk­nął przy nim, prze­wró­cił go na wznak, pół­przy­tom­ne­go, rzu­ca­ją­ce­go się jak ryba wy­cią­gnię­ta na po­kład ło­dzi. Kil­ka ude­rzeń otwar­tą ręką w twarz spra­wi­ło, że fa­cet oprzy­tom­niał. Bo­ur­ne unie­ru­cho­mił go, klę­ka­jąc mu na brzu­chu i przy­ci­ska­jąc go do zie­mi ca­łym cię­ża­rem cia­ła.

Ro­sja­nin pa­trzył na nie­go nie­bie­ski­mi ocza­mi. Twarz miał nie­na­tu­ral­nie czer­wo­ną, z ką­ci­ka ust ście­ka­ła struż­ka krwi.

– Po co Le­onid cię przy­słał? – spy­tał Bo­ur­ne po ro­syj­sku.

Męż­czy­zna nie­przy­tom­nie za­mru­gał ocza­mi.

– Kto?

– Na­wet nie pró­buj. – Bo­ur­ne moc­niej przy­ci­snął go ko­la­nem. Ro­sja­nin jęk­nął. – Do­sko­na­le wiesz, o kogo mi cho­dzi. O Le­oni­da Ar­ka­di­na.

Przez chwi­lę prze­ciw­nik tyl­ko się mu przy­glą­dał, onie­mia­ły, a po­tem, mimo iż był w nie­bez­pie­czeń­stwie, zdo­łał się ro­ze­śmiać.

– Na­praw­dę tak my­ślisz? – Z ką­ci­ków jego oczu po­pły­nę­ły łzy. – Że pra­cu­ję dla tej kupy gów­na?

Ro­sja­nin od­po­wie­dział zbyt szyb­ko i zbyt spon­ta­nicz­nie, mu­siał mó­wić szcze­rze. A poza tym dla­cze­go miał­by kła­mać? Bo­ur­ne mil­czał przez chwi­lę, oce­nia­jąc sy­tu­ację.

– Je­śli nie dla nie­go – po­wie­dział, ostroż­nie do­bie­ra­jąc sło­wa – to dla kogo?

– Je­stem czło­wie­kiem Ka­za­chów. – Nie spo­sób było nie roz­po­znać brzmią­cej w jego gło­sie dumy. Po raz dru­gi po­wie­dział praw­dę.

– A więc wy­słał cię Di­mi­trij Ma­słow?

Cał­kiem nie­daw­no Bo­ur­ne miał oka­zję spo­tkać w Mo­skwie sze­fa Ka­za­chów. Oko­licz­no­ści tego spo­tka­nia nie były by­najm­niej przy­jem­ne.

– Moż­na tak po­wie­dzieć. Ja przyj­mu­ję roz­ka­zy od Wia­cze­sła­wa Ger­ma­no­wi­cza Osie­ro­wa.

– Osie­ro­wa? – Bo­ur­ne nig­dy do­tąd nie sły­szał tego na­zwi­ska. – Kto to taki, ten Osie­row?

– Szef ope­ra­cji. Wia­cze­sław Ger­ma­no­wicz pla­nu­je dzia­ła­nia Ka­za­chów na każ­dym po­zio­mie, a Ma­słow zaj­mu­je się co­raz bar­dziej de­ner­wu­ją­cym rzą­dem.

Nad tym trze­ba się przez chwi­lę za­sta­no­wić.

– Niech bę­dzie. Więc skła­dasz mel­dun­ki temu Osie­ro­wo­wi. Dla­cze­go uzna­łeś za za­baw­ne po­dej­rze­nie, że mógł cię przy­słać Ar­ka­din?

Oczy Ro­sja­ni­na roz­bły­sły.

– Ty ka­pu­ścia­ny łbie! Osie­row i Ar­ka­din się nie­na­wi­dzą. Śmier­tel­nie.

– Dla­cze­go?

– Cho­dzi o coś, co zda­rzy­ło się bar­dzo daw­no temu.

– Ro­sja­nin splu­nął krwią. – Prze­słu­cha­nie skoń­czo­ne?

– Skąd się ta wro­gość wzię­ła?

Ro­sja­nin ro­ze­śmiał się, po­ka­zu­jąc za­krwa­wio­ne zęby.

– Za­bierz to pie­przo­ne ko­la­no z mo­jej pier­si.

– Ja­sne, oczy­wi­ście. – Bo­ur­ne moc­no ude­rzył go kol­bą AK w skroń.