Cedyno. Wysłannicy. Tom 3 - Melissa Darwood - ebook
lub
Opis

Finałowy tom serii, w której miłość jest silniejsza od śmierci!

Od kiedy Zuza wróciła z mrocznej Guerry, nie może zapomnieć o cierpiących tam duszach. W jej snach zagościł też Bjor, który rzuca wyraźny cień na jej obecny związek z Patrykiem. Larysa i Gabriel wreszcie mogą założyć rodzinę, a niedawno wykupione przez nich schronisko dla zwierząt sprawia, że zaprzyjaźniają się z Leą – nowo zrodzoną Guardianką.

Kiedy wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku, Zuza postanawia wyruszyć do Guerry i uwolnić jej więźniów. Wie, że nie da rady zrobić tego w pojedynkę. Znajduje jednak tajemniczych Ludzi Cedyno, którzy mogą jej w tym pomóc. Ich Lider Jordan nie jest jednak osobą, z którą można sobie pogrywać.

Czy misja Zuzy i pozostałych Wysłanników się powiedzie? Co czeka na nich w Guerrze? Czy Ludziom Cedyno można zaufać?

__

O autorce

Melissa Darwood – pisarka pochodzi z urokliwego miasteczka w środkowej Polsce. Wychowała się w otoczeniu lasów, które emanują mrocznością, czarem i tajemniczością. Klimat ten wyczuwalny jest również w jej powieściach. Autorka pisze książki dla siebie i wszystkich czytelników, którzy poszukują w literaturze miłosnych uniesień, nieprzewidywalności, wątków nadprzyrodzonych, odrobiny filozofii i psychologii. To romantyczka, rozmiłowana w przyrodzie, zwierzętach i książkach.

W swojej twórczości posługuje się pseudonimem, aby zatrzeć granicę między fikcją literacką a rzeczywistością. W 2013 roku z sukcesem zadebiutowała powieścią Larista, która obecnie została wznowiona i uzupełniona o nowe rozdziały.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 300

Popularność


Dla Gabriela. Pamiętaj, że jesteś wyjątkowy i

1 Dwa lata wcześniej

Co bolało ją najbardziej, gdy stała się Guardianką? Cierpienie innych.

W czwartym roku posługi Larysa zwątpiła, czy wytrzyma choćby jeszcze jeden miesiąc. Przygnębiała ją niesprawiedliwość świata, przytłaczała rola, jaką pełniła. Czuła taki smutek, że nie było chwili, by nie wylewała łez nad cierpieniem, z jakim spotykała się na co dzień.

Nie potrafiła odciąć się od widoku umierających ludzi. Za każdym razem, gdy przychodziło jej stoczyć walkę o ludzkie życie, czuła, że traci cząstkę siebie. Jakby umarli zabierali ze sobą fragment jej duszy, radości, beztroski, jaka powinna ją cechować w wieku dwudziestu dwóch lat.

Wtedy sądziła, że nie nadawała się do roli, jaką powierzył jej Bóg. Miała wrażenie, że tkwi w sytuacji bez wyjścia. A jedyne, co trzymało ją wciąż przy życiu, to miłość do bliskich jej ludzi i nadzieja, że w końcu nabierze dystansu do tego, co zsyła jej los.

Powinna walczyć o cudze życie, ale gdy widziała ludzi cierpiących w agonii, w chorobie, których jedynym marzeniem było odejście z tego świata, to traciła poczucie sensu jakiegokolwiek działania. Gdy słyszała ciche modlitwy rodzin, proszących Boga, by pozwolił usnąć ich najbliższym na wieki, bo nie byli w stanie znieść ogromu cierpienia, jakiego doświadczają ich bliscy, nie widziała sensu walki. Niejeden raz zjawiała się za późno, by rozbudzić w nich nadzieję na wyzdrowienie, oni bowiem stracili ją już dawno temu. Tak jak ona straciła nadzieję na normalne życie.

Mimo to starała się dalej funkcjonować. Nie poddawała się, szukała pozytywnych stron, chociaż rzadko ich doświadczała. Nie ponosiła samych porażek. Czasami udawało jej się zawalczyć skutecznie o duszę cierpiącego, który wygrał ze śmiercią. Ale to jej nie wystarczało. Zbyt mocno przeżywała niepowodzenia, zbyt silnie angażowała się w odejście umierających. Co więcej, z chwilą, gdy przychodził ich koniec, dla niej oznaczało to początek cierpienia.

– Lara, czy ciebie już kompletnie popieprzyło? – Ciemnie oczy Zuzki spojrzały na nią z monitora laptopa.

– O co ci chodzi? – Larysa wstawiła wodę w czajniku i usiadła naprzeciwko komputera.

– Po kolorze twojego stroju wnioskuję, że znowu wybierasz się na pogrzeb. Sama się torturujesz.

– Nie mogę nie iść.

– Możesz i powinnaś. Co na to Gabriel?

– Jedzie ze mną.

– Daleko?

– Do Pragi.

Zuzka przewróciła oczami.

– Ten chłopak się z tobą wykończy. Ktoś wreszcie powinien ci uświadomić, że łażenie na pogrzeby ludzi, których życie przegrałaś, jest idiotyzmem.

– Nic nie rozumiesz.

– Masz rację, nie rozumiem. Mogę się domyślać, że bycie Guardianką jest do kitu i porządnie daje w kość. Uważam jednak, że powinnaś chronić swoją psychikę. Wszystko tkwi w twojej głowie. Jesteś Wysłanniczką, i to tylko twoja praca, za którą dostajesz wynagrodzenie – będziesz żyła kilka razy. Wiem, że się o nią nie prosiłaś, chociaż być może podświadomie jednak chciałaś stać się Guardianką, żeby na zawsze być z Gabrielem… Nieważne. Bycie Wysłannikiem to jedno, twoje prywatne życie to inna bajka. Jedziesz na wezwanie, robisz swoje najlepiej jak potrafisz, wracasz do domu. Koniec. Po każdym zleceniu powinnaś postawić za sobą mur, który oddzieli cię od przeszłości, od złych doświadczeń. Powinnaś się zrelaksować, napić, obejrzeć jedną z tych idiotycznych komedii romantycznych, które uwielbiasz, a których ja mimo naszej wieloletniej przyjaźni wciąż nie jestem w stanie strawić. Musisz wyluzować, pójść ze swoim facetem do łóżka, wyskoczyć z nami na koncert czy choćby posłuchać nas na próbie. Naucz się wreszcie oddzielać sferę zawodową od osobistej, bo zwariujesz.

– Nie potrafię – odpowiedziała Lara. – Jestem za słaba, nie mogę przestać myśleć o tych wszystkich ludziach, nie mogę wymazać z pamięci ich twarzy. Chcę wierzyć, że trafili do dobrego miejsca, chcę zapewniać ich rodziny o tym, że ich śmierć nie poszła na marne, choć sama nie wiem już, w co powinnam wierzyć. Tak bardzo bym chciała chociaż na chwilę się spotkać z tymi, których dusze przegrałam z Ramoną. Przeprosić ich za to, że ich zawiodłam, zapytać, gdzie są, czy ich dusza cierpi, przekazać ich bliskim, że trafili do lepszego miejsca… – Jej głos się załamał.

Zuzka popatrzyła na nią ze współczuciem.

– Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy, skoro i tak wiesz, że to niemożliwe? Nawet jeśli zapalisz na ich grobach tysiące zniczy i będziesz codziennie odmawiać modlitwę za ich dusze, to nie uzyskasz odpowiedzi na swoje pytania. Nie dowiesz się, gdzie trafili, co robią, czy jest im dobrze, czy źle. Nie ukoisz cierpienia ich rodzin, oni sami muszą się uporać z żałobą, przeżyć ją i podążać dalej własną ścieżką. Odpuść, Lara, bo się wykończysz. Nie masz wpływu na to, co się dzieje z tymi ludźmi po śmierci. Jedyne, co możesz robić, to walczyć z Ramoną o ich dusze najlepiej jak potrafisz. A ja wierzę, że starasz się najmocniej jak potrafisz. Zresztą wszystko robisz całą sobą. Taka już jesteś. Ale musisz przystopować, bo albo trafisz do czubków, albo zrobisz sobie coś głupiego, bo nie będziesz już widzieć sensu dalszego życia.

Larysa przesunęła dłońmi po twarzy. Tak bardzo chciała dowiedzieć się, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, których życie przegrała.

To było dwa lata temu. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że odpowiedź na jej pytanie nadejdzie w najmniej oczekiwanym momencie.

Gabriel nie spodziewał się, że prowadzenie własnego schroniska dla zwierząt będzie mu dawać tak wiele satysfakcji. Gdy rok temu ze starości odeszła Gala, Larysa kompletnie się załamała. Był solidnie wkurzony na Boga za to, że zbyt mocno ją doświadcza. Lara i tak tragicznie znosiła każde wezwanie, a śmierć psa jeszcze bardziej ją przygnębiła.

Zabrał ją więc do schroniska w jej rodzinne strony, żeby wybrała sobie nowego pupila. Sądził, że to pomoże ukoić jej ból po stracie Gali. Początkowo Larysa nie chciała słyszeć o żadnym szczeniaku na pocieszenie. Twierdziła, że nie zniesie kolejny raz straty zwierzęcia, które pokocha.

Gdy dotarli do podupadającego schroniska miejskiego na przedmieściach Mokrych, Gabriel przeklął w duchu swój idiotyczny pomysł. Gdy tylko Larysa zobaczyła pierwszego psa, który patrzył na nią wielkimi smutnymi ślepiami, z jej oczu wylała się kaskada łez. Z każdą mijaną klatką jej nastrój się pogarszał.

– Wszystkie te psy potrzebują domu, jak mam wybrać jednego? – Spojrzała na Gabriela zapłakanymi oczami tak, że ścisnęło mu się serce. – Zobacz, w jakich one żyją warunkach, jakie są zaniedbane.

Gabriel powiódł wzrokiem po zapuszczonych klatkach, w których gnieździły się po cztery psy. Budy wołały o pomstę do nieba, spróchniałe deski ledwo trzymały się szkieletu, a poupychane wewnątrz szmaty służyły za posłanie.

Przeszli do kolejnego kojca, w którym młoda dziewczyna sprzątała psie odchody. Przemawiała do każdego psa czułym głosem, jakby zwracała się do dzieci, które potrzebują ciągłego zapewniania o miłości i obecności któregoś z rodziców.

Gabriel przywitał się, a gdy dziewczyna na niego popatrzyła, od razu uderzyło go jej spojrzenie – przygaszone, nieco zlęknione, zmęczone. Zaczęli rozmawiać o złym stanie schroniska. Dziewczyna, która przedstawiła się jako Lea, oprowadziła ich po kolejnych boksach, zachwalając każdego zwierzaka, jakby był jej własnym.

W pewnym momencie, gdy pokazywała im drobnego szczeniaka, jej ciało zastygło w bezruchu, a wzrok powędrował w dal. Dziewczyna pośpiesznie odstawiła psa, zamknęła klatkę, przepraszając Gabriela i Larysę, że musi czym prędzej wracać do biura schroniska. Wtedy Gabriel zrozumiał, że Lea jest nowo zrodzoną Guardianką. Co więcej, był dumny, że Larysa również się tego domyśliła, choć zbytnio się tym nie zdziwił. Larysa była zawsze wrażliwa i potrafiła trafnie interpretować zachowanie ludzi, a kilkuletni staż Guardianki i wrodzona dociekliwość tylko wyostrzyły jej zmysł Wysłanniczki.

Postanowili wrócić do schroniska kolejnego dnia. Lea okazała się nad wyraz szczerą, delikatną i ciepłą osobą. Po długiej przemowie Gabriela i wtajemniczeniu Lei w podstawowe informacje na temat Wysłanników dziewczyna od razu się przed nimi otworzyła. Ta drobna siedemnastolatka o długich blond włosach i niewinnym spojrzeniu musiała przechodzić katorgę, którą Larysa sama niegdyś przeżywała. Lea była tak zagubiona w guardiańskiej posłudze, że obojgu zrobiło się jej żal. Postanowili wziąć dziewczynę pod swoje skrzydła i wprowadzić ją w meandry guardiańskiego życia.

Podczas spaceru po zarośniętym trawami polu, które rozpościerało się tuż za schroniskiem, dowiedzieli się, że dziewczyna od roku próbowała ratować podupadającą placówkę. Ludzka obojętność i brak środków finansowych miasta przyczyniały się do pogarszania stanu zdrowia psów i kotów. Brakowało pieniędzy na leki, weterynarza, remont, nawet na jedzenie. Długo rozmawiali o tym, jak można pomóc zwierzętom. Od razu znaleźli wspólny język.

Następnego dnia Gabriel złożył Urzędowi Miasta ofertę wykupu schroniska. Czuł, że robi to nie tylko dla Larysy, Lei i zwierząt, ale też dla siebie. Za rok miała minąć pięcioletnia karencja Larysy. Niczego nie pragnął tak bardzo jak dziecka ze swoją dziewczyną. Marzył o stabilizacji, o rodzinnym cieple i spokoju. O tym, by zaopiekować się swoim potomkiem, zapewnić mu byt, dobry start, obdarzyć go ojcowską troską i miłością.

Znał siebie na tyle dobrze, by domyślać się, że podarowanie skrzywdzonym psom ze schroniska nowego życia jest podświadomym dążeniem do spełnienia wewnętrznych potrzeb.

I tak stał się ojcem dla stu psów. Dawało mu to niewymowną radość.

2 Teraz

Powieki Tatiany opadały ze zmęczenia, gdy czytała po raz kolejny Antosiowi jego ulubioną bajkę na dobranoc. Nie miała żadnych planów na wieczór. Nauczyła się już, że nie ma sensu planować niczego, dopóki jej synek nie uśnie. Była wręcz przekonana, że dziecięcy umysł ma swoisty radar, który wyczuwa, kiedy mama myśli o czymś innym niż tulenie synka do snu. Gdy tylko chciała obejrzeć z Adzirem jakiś film, poczytać czy nawet posprzątać w kuchni, małemu Antosiowi ani w głowie było zaśnięcie przed dwudziestą pierwszą. Dlatego za każdym razem, gdy kładła się z synkiem do łóżka, nie zastanawiała się nad tym, co będzie robić po jego zaśnięciu. Skupiała się na tu i teraz. Wybierali razem książeczkę, najczęściej tę samą, o przygodach Tupcia, którą znała już niemal na pamięć, po czym Tatiana całą swoją uwagę poświęcała czytaniu synkowi na dobranoc. Zazwyczaj ciepłe ciałko dziecka, jego miarowy oddech i łagodne światło lampki nocnej sprawiały, że i ją ogarniała senność. Tak było i tym razem. Słyszała swój głos, jakby dobiegał z oddali. Miała świadomość tego, że już nie czyta, a z jej ust bezwiednie płyną słowa, które podpowiada jej pamięć, podsycana wyobraźnią balansującą na granicy jawy i marzenia sennego. Tatiana powoli odpływała do krainy snu, gdy nagle dotarły do niej urywki rozmowy z salonu. Początkowo sądziła, że to Adzir rozmawia przez telefon, lecz w pewnym momencie dobiegł ją znajomy baryton. Wysunęła się spod ramienia śpiącego synka, przykryła go kołderką i zaspana weszła do salonu.

– Tatiana! – Lara rzuciła jej się na szyję.

Nie widziały się od ponad pół roku, od pamiętnego koncertu Zuzki, kiedy ta straciła życie i odrodziła się jako Guardianka.

– Lara, Gabriel, co za niespodzianka. – Tatiana uścisnęła przyjaciółkę, po czym powiodła po niej wzrokiem. – Mój Boże! Czy ja dobrze widzę? – Popatrzyła na Larysę, po czym przeniosła pytający wzrok na przybranego brata.

– Będziesz ciocią – oświadczył dumnie Gabriel. – Dzisiaj byliśmy na kolejnych badaniach. Larysa chciała najpierw poinformować rodziców, a po wizycie u nich przyjechaliśmy od razu do was.

– To cudowna nowina! – Tatiana miała łzy w oczach. – Podejdź, Gabrielu, niech cię uściskam.

– Moje gratulacje. – Adzir przytulił Larysę.

Przez kolejną godzinę Gabriel z Larysą opowiadali o swoich planach, które zamierzają zrealizować do narodzin syna.

– Czyli to będzie chłopiec? – Tatiana postawiła na stole sałatkę warzywną, której jak zwykle miała w nadmiarze. Antoś ostatnio chciał jeść tylko rosół, a ona musiała coś zrobić z pozostałą po ugotowaniu zupy włoszczyzną. – Wybraliście już imię?

– Jeszcze nie. – Larysa pogładziła się po zaokrąglonym brzuchu. – Termin mam wyznaczony na wrzesień. Jest jeszcze sporo czasu…

– Na razie postanowiliśmy przeprowadzić się w rodzinne strony Larysy – oznajmił Gabriel. – Lara skończyła już studia, będzie miała czas na malowanie, zamierza sprzedawać swoje obrazy przez internet.

– Ach tak... – odezwała się Tatiana nieco przygaszonym głosem i popatrzyła zaniepokojonym wzrokiem na swojego męża, który od razu domyślił się jej obaw.

– Czy będziecie chcieli zamieszkać znowu we dworze? – zapytał wprost Adzir.

– Skądże znowu, Adzirze. Przecież to jest teraz wasz dom – zapewnił Gabriel. – Wybudujemy własny niedaleko rodziców Larysy.

– Jedna z działek z niedużym domkiem nieopodal mojego rodzinnego domu była do sprzedania – dodała Lara z ekscytacją w głosie. – Gabriel złożył ofertę kupna, którą właściciel przyjął. Myślę, że powinniśmy zdążyć z budową przed zimą.

– Mamy koniec kwietnia. Ale z was optymiści – stwierdził Adzir.

– Sporo już załatwiłem – wyjaśnił Gabriel. – Mamy zgodę na budowę, ekipa budowlana wchodzi w tym tygodniu... W dzisiejszych czasach pieniądz potrafi zdziałać cuda. Zresztą w każdych czasach potrafił.

– To prawda – potwierdził Adzir. – Chociaż mam wrażenie, że kiedyś ludzie byli mniej rozrzutni. Świat nie kusił tyloma dobrami. Nawet kiedy miało się sporo pieniędzy, to czasami nie wiadomo było właściwie, na co je przeznaczyć. Pamiętam, że nieruchomości były tak tanie, że mogłem sobie pozwolić na wiele inwestycji. To teraz procentuje. Dzięki Bogu, bo mamy za co żyć. A gdy wchodzę z Antosiem do supermarketu, to dostaję zawrotu głowy. – Sapnął ciężko. – Półki uginają się od nadmiaru dóbr, od produktów, których tak naprawdę nie potrzebujemy. Trudno wytłumaczyć małemu dziecku, że kolejna maskotka albo robot z plastiku są zbędne.

– Antoś ma zdecydowanie za dużo zabawek – potwierdziła Tatiana. – Już chyba sam nie wie, co ma w tych wszystkich pudłach w pokoju. Gry, puzzle, książeczki, kolorowanki, pluszaki, samochodziki… Mimo to ciągle prosi o coś nowego, gdy wchodzimy do sklepu. A jak przychodzi co do czego, to i tak woli bawić się z nami w chowanego. – Zaśmiała się.

– To zrozumiałe – dodał Gabriel. – Nie powinniśmy dziwić się dzieciom, skoro my, dorośli, sami jesteśmy bombardowani zewsząd pokusami. Coraz to nowe smartfony, komputery, samochody, atrakcyjne wczasy… Wszystkiego jest w bród.

– Aż mi się nie chce wierzyć, że jeszcze trzydzieści sześć lat temu moi rodzice musieli wyjechać na wycieczkę do Niemiec, by zasmakować prawdziwej czekolady z orzechami i kupić rowery górskie – wtrąciła Lara.

– Współczesne czasy mają swoje plusy i minusy – przyznał Adzir. – Śmiem twierdzić, że obecne są najbezpieczniejszymi i najwygodniejszymi, w jakich przyszło mi żyć.

– Chyba nie oglądasz wiadomości. – Lara zrobiła kwaśną minę.

– Wiadomości w moim odczuciu robią nam pranie mózgu – stwierdziła Tatiana. – Czy zauważyliście, że większość podawanych informacji jest przesiąknięta negatywnym wydźwiękiem i tragicznymi wydarzeniami? Ktoś kogoś zabił, gdzieś zginęli ludzie w wyniku trzęsienia ziemi, wydarzyła się kraksa na autostradzie ze śmiertelnymi ofiarami. Prawda jest taka, że żyjemy w najbezpieczniejszych czasach w historii ludzkości. Odsetek zgonów jest mniejszy niż kiedykolwiek. Medycyna ratuje życie chorych i ofiar zamachów i katastrof.

– Dlaczego więc media podają ciągle złe informacje? – dopytała Larysa.

– Bo to przyciąga publikę – odpowiedział Gabriel. – Duża liczba widzów to większa oglądalność reklam, a co za tym idzie, wysokie zyski dla stacji telewizyjnych.

– Czyli waszym zdaniem nie powinniśmy oglądać i słuchać wiadomości? Wyłączyć radio, odciąć się od internetu, odseparować od świata? – parsknęła Larysa, bo wydało jej się to wręcz niemożliwe.

– Nie do końca – powiedział Adzir. – Możesz sama decydować, jakie informacje do ciebie trafiają. Wybierać książki, które chcesz czytać, oglądać filmy, na które masz ochotę. A nie pozwalać innym robić sobie wodę z mózgu. To ty decydujesz, jakie treści są dla ciebie najlepsze – podsumował. – Ale odbiegliśmy nieco od najważniejszego tematu. Proponuję, żebyśmy skupili się na waszym potomku i wypili za to, aby jemu żyło się jeszcze lepiej niż nam. Tatiano, może otworzymy jedno z tych win z tysiąc dziewięćset szesnastego roku?

– Ja podziękuję – wtrąciła Lara.

– Dla ciebie, Laro, mam pyszny sok tłoczony z jabłek. Antoś go uwielbia – odezwała się Tatiana. Mam też lody bakaliowe… – Mrugnęła do przyjaciółki.

– O tak, lodów z pewnością nie odmówię.

Jeszcze tego samego wieczoru Lara z Gabrielem udali się do domku, w którym zamierzali mieszkać przez kolejne miesiące budowy. Mały, wzniesiony w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, wyglądający jak klocek budynek mieścił dwa pokoje, kuchnię i niewielką łazienkę. Obrośnięty wokół starodrzewem i wysokimi na metr samosiejkami sprawiał wrażenie zaniedbanego i zapomnianego. Tak naprawdę były to pozory. Starszy samotny mężczyzna, który w nim mieszkał, zanim zdecydował się go sprzedać i przeprowadzić do bloków w Mokrych, bardzo dbał o swój dom. Wewnątrz było skromnie, ale czysto. Po wyprowadzce poprzedniego właściciela pozostało kilka niezbędnych mebli – lodówka, łóżko, meblościanka…

– Wiesz, teraz minidomy są w modzie – powiedział Gabriel, rozpakowując ich bagaże z samochodu przy świetle zamontowanej na budynku latarenki.

– Coś sugerujesz? – Lara wyjrzała przez kuchenne okno, które otworzyła, żeby przewietrzyć pomieszczenia.

– Chyba jestem zmęczony przepychem i konsumpcjonizmem współczesnych czasów. – Wyciągnął kolejną walizkę z bagażnika.

 – Powiedział facet z wypasionym autem i milionem na koncie. – Zaśmiała się i wytarła kurz z kuchennego blatu.

– Nie wiem, czy zauważyłaś, ale odkąd się poznaliśmy, ani razu nie wspomniałem o wymianie samochodu na nowszy model.

– A czy ten już jest stary? – Lara uniosła znacząco brwi.

– Nowy nie jest. Ale nie w tym rzecz. Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy nie obniżyć standardu naszego życia. – Gabriel postawił walizkę przed drzwiami, przysiadł na drewnianej ławeczce dostawionej do ściany budynku i utkwił wzrok w konarach drzew zlewających się z granatowym niebem. Lekki wiatr rozwiał mu włosy, które opadły swobodnie na czoło.

Lara dostrzegła zamyślony wyraz twarzy Gabriela. Wrzuciła szmatkę do zlewu, obmyła dłonie i wyszła na zewnątrz.

– Wszystko w porządku? – zapytała, podchodząc do narzeczonego.

Gabriel podniósł na nią wzrok.

– Nigdy nie było lepiej. – Przyciągnął ją do siebie i posadził sobie na kolanach.

– Twoje spojrzenie mówi coś zupełnie innego. – Zajrzała mu w oczy.

– Zastanawiam się, czy istnieje jakaś granica szczęścia. Mam wszystko, o czym człowiek mógłby zamarzyć. Odkąd się pojawiłaś, moje życie zmieniło się nie do poznania. A kiedy okazało się, że będziemy mieć dziecko, przewartościowałem cały mój światopogląd. Nic i nikt prócz was nie ma dla mnie teraz znaczenia. Jesteście dla mnie wszystkim. Wiem jednak, że Bóg bywa przewrotny w swojej sprawiedliwości. Nie poznałem jeszcze człowieka, który posiadałby wszystko – rodzinę, zdrowie, pieniądze, spokój. A ja to mam i… – Zawiesił głos i zmarszczył czoło, jakby obawiał się dokończyć zdanie.

– I pomyślałeś, że lepiej będzie z czegoś wcześniej zrezygnować, niż pozwolić Bogu, by ci to odebrał? – zapytała Lara.

– Nie chcę nawet o tym myśleć.

– To nie myśl. Przez cztery poprzednie życia nie mogłeś zaznać pełni szczęścia. Wierzę, że Bóg nie jest aż tak okrutny, by pozbawić cię go właśnie teraz, kiedy po tylu latach wyczekiwania wreszcie je znalazłeś.

Gabriel popatrzył na nią. Zadziwiające było to, że Lara, choć miała dwadzieścia cztery lata, zdawała mu się czasami dużo bardziej rozsądna niż niejedna Guardianka, która żyła już kilka razy.

– Kocham cię najbardziej na świecie – powiedział i ją pocałował. Pachniała sobą, mydłem waniliowym i wiatrem. Zupełnie tak samo jak wtedy, gdy pocałował ją pierwszy raz na ganku jej domu.

A teraz znów tu byli, w Starym Lesie, gdzie się poznali, gdzie się w sobie zakochali, gdzie zaczęło się ich wspólne życie.

3

Zuzka zdjęła słuchawki z uszu, odłożyła smartfona na szafkę i zgasiła lampkę. Chwilę trwało, zanim jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Przekręciła głowę i spojrzała na śpiącego Patryka, którego twarz oświetlał blask księżyca. Znała niemal na pamięć kształt jego brwi, krzywiznę nosa, zarys ust. Potrafiła bezbłędnie odtworzyć z pamięci ton jego głosu, gdy był zadowolony i zmęczony. Prócz mamy był dla niej najbliższą osobą na świecie. Mimo to coraz częściej zastanawiała się, jak powinna określić tę bliskość, i co więcej, czy jest dla niej wystarczająca. Znali się od dziewięciu lat, byli parą ponad sześć. Kochała go całym sercem, jednak ta miłość nie przypominała już tej sprzed kilku lat. Nie czuła już motyli w brzuchu, gdy Patryk grał razem z nią. Nie doświadczała dreszczu ekscytacji, gdy ją całował. Seks stał się rutynowy, zwyczajny, stracił ogień. Nie było może w tym nic złego. Najważniejsze, że Zuzka czuła się kochana. Sypiali ze sobą rzadziej niż dawniej, a ona tłumaczyła to trybem życia, jaki prowadzili. Patryk skończył studia z inżynierii procesowej i znalazł pracę w jednej z lepszych zagranicznych firm przemysłowych w Mokrych. Pracował dużo, ciężko, wracał późno. Ale to właśnie jego zarobki pozwoliły im rozbudować dom mamy Zuzki. Zrobili osobne wejście, założyli oddzielne liczniki, dzięki czemu mogli być niezależni i równocześnie nie przeszkadzać mamie. Dojazdy z Mokrych do Starego Lasu były dla Patryka uciążliwe, lecz nigdy się nie skarżył. Codziennie spędzał w podróży samochodem półtorej godziny, wracał zmęczony i często zasypiał na kanapie, nim Zuzka zdążyła zrobić dla nich popcorn i włączyć jakiś film. Patryk półprzytomny przenosił się do sypialni, rzucał się na łóżko i momentalnie zapadał w twardy sen. Rano, gdy Zuzka wstawała do pracy, Patryk nadal spał. Ona sama nie potrzebowała wiele snu, kładła się zazwyczaj po dziesiątej, wstawała o czwartej, żeby otworzyć sklep spożywczy, w którym pracowała. Nie zarabiała kokosów, ale przynajmniej miała bezstresową pracę – mogła puszczać z pendrive’a na głośnikach w sklepie piosenki, na jakie miała ochotę, a kiedy nie było klientów, pisała teksty do komponowanych przez siebie utworów, bo ani na chwilę nie zwątpiła, że będzie kiedyś utrzymywać się z muzyki. Gdy pojawiały się wezwania od Posłańca, po prostu wywieszała na drzwiach kartkę „zaraz wracam”, zamykała sklep i udawała się na akcję. Patryk miał znacznie większy problem z tym, żeby wyrwać się z pracy, gdy musiał wziąć udział w misji. Najczęściej więc udawał, że dopadła go grypa jelitowa, brał urlop lub zwalniał się z pracy, a następnego dnia przynosił lipne zwolnienie lekarskie. W końcu jego przełożony uznał, że Patryk cierpi na jakąś przewlekłą gastryczną przypadłość. Mimo to nie traktował go ulgowo, co więcej, kazał mu zostawać po godzinach, bo przecież deadline’y nie przesuwały się tylko dlatego, że Patryk dostał sraczki.

Bywały więc takie okresy, że Zuzka i Patryk żyli razem pod jednym dachem, a jednak osobno. Ona przychodziła z pracy, ogarniała dom, przygotowywała obiad (samodzielnie lub z mamą, bo znacznie ekonomiczniej wychodziło wspólne przygotowywanie posiłków), po czym siadała do komponowania piosenek. Patryk wracał około dwudziestej, czasami o dwudziestej pierwszej. Jadł obiadokolację, pytał Zuzkę, co u niej słychać, mówił krótko, co u niego, i na tym kończyły się ich wspólnie spędzone chwile. Całe szczęście, że weekendy mieli wolne. Mimo to Zuzka czuła niedosyt poświęcanej jej uwagi. Co więcej, jej podświadomość najwyraźniej dawała jej jasne sygnały, czego jej najbardziej brakuje, bo odkąd powróciła z Guerry, przynajmniej dwa razy w tygodniu śniła o namiętnych pocałunkach, które zapierają dech w piersiach. Z tym że w snach nie było miejsca dla chłopaka, który spał teraz u jej boku, w ich wspólnym łóżku. W krainie snu Zuzka leżała naga na niedźwiedziej skórze, a jej ciało prócz ognia z kamiennego kominka ogrzewał wytatuowany, silny tors mężczyzny, o którym starała się zapomnieć. Myśl o nim sprawiała, że jej żołądek momentalnie się zaciskał, a ciało ogarniało podniecenie – równie wielkie jak wyrzuty sumienia. Nie chciała nawet o tym myśleć, że zamysł, który zrodził się w jej głowie niemal w tym samym czasie, kiedy stała się Guardianką, dotyczy wyłącznie Bjora. Jej cel był szczytny, ważny i musiała go zrealizować. Bjor był tylko drobnym dodatkiem.

Następnego dnia cała guardiańska paczka zjawiła się u niej w domu. Gabriel z Larą wpadli z wizytą do Starego Lasu, więc była to doskonała okazja, by rozmówić się ze wszystkimi. Wreszcie mogła zdradzić im swój plan. Podobno Lara miała dla niej jakieś wiadomości, których nie mogła wyjawić przez telefon. Musiała jednak z tym poczekać. Cokolwiek to było, sprawa Zuzki była najważniejsza i pilna.

– Będziemy czekać w wodzie, aż pierwszy z nas dosięgnie lustra. – Od dobrych dwudziestu minut z zaangażowaniem przedstawiała swoją koncepcję siedzącym na kanapie przyjaciołom. – Ja mogę być na przodzie, wówczas ławica pociągnie mnie jako pierwszą i resztę osób za mną. Pamiętam, że gdy Iwo trzymał mnie za stopę, ciekłe srebro, które okryło niemal całe moje ciało, wpełzło na jego dłoń. Iwo przeszedł razem ze mną do Guerry, choć tak naprawdę nie miał takiego zamiaru.

– A co, jeśli stamtąd nie ma powrotu? – zapytała Tatiana. – Sama mówiłaś, że tak naprawdę nie byłaś w Guerze, to była projekcja wykreowana przez Kupca Dusz. Co jeśli ci ludzie, których zamierzasz uwolnić, nie istnieją? Co jeśli to była tylko ułuda?

– Kupiec Dusz nie może kłamać. To wszystko było rzeczywiste. – Zuzka zacisnęła pięści, choć sama niekiedy się zastanawiała, na ile Guerra była prawdą, a na ile złudzeniem wywołanym przez Kupca.

– W porządku, załóżmy, że ci ludzie i miejsce istnieją naprawdę. Jaki będzie nasz cel w tej wyprawie? – zapytał Gabriel.

– Uwolnić jak największą liczbę Subiektów z obozów pracy. Uczynić ich wolnymi ludźmi – odpowiedziała.

– Jak niby mamy to zrobić? – wtrącił Patryk. – Szóstka Guardianów przeciwko setkom Tentatorów?

– Trafione w punkt, kochany.

Zuzka mrugnęła do niego z ekscytacją w oczach, lecz on nie podzielał jej entuzjazmu. Nie zamierzał ukrywać swojego zaskoczenia planem Zuzki, bo nie był na niego w ogóle przygotowany. Zuza wcześniej nic nie wspominała o powrocie do Guerry, nie miał pojęcia, że obmyśliła jakiś plan. Był rozczarowany faktem, że jego dziewczyna informuje go o swoim zamiarze dopiero teraz, i to przy wszystkich. Powinna porozmawiać z nim wcześniej, na osobności. Sądził, że nie mają przed sobą tajemnic. Widocznie się mylił.

– Jest jeszcze Lea – wtrąciła Larysa.

– No tak, Blondi. Zupełnie o niej zapomniałam – sapnęła Zuzka.

Nie dopuszczała do siebie myśli, że jest zwyczajnie zazdrosna o przyjaźń Larysy. Lea po prostu ją wkurzała. Cholerna Calineczka, którą Lara i Gabriel musieli niańczyć przez prawie rok. Jej nikt nie pomagał, gdy stała się Guardianką. Zresztą nie potrzebowała niczyjej pomocy. Wiedziała, co ją czeka, wiedziała, że musi być twarda. Traktowała swoją guardiańską posługę jako wyzwanie. I chociaż niejeden raz dostała po głowie od swojej Kontry, tej niemieckiej suki Gerwiny, to każda misja czyniła ją jeszcze silniejszą. Zuzka, nauczona doświadczeniem, wiedziała, że powinna robić swoje, a nie się mazgaić. Miała swój cel i wiedziała, że zaprawienie w boju pomoże jej w jego realizacji.

– Nie wątpię, że Lea jest zajebistą Wysłanniczką i potrafi walczyć za trzech – dodała z przekąsem. – Ale to i tak za mało…

– Mogę popytać kilkunastu znajomych, czy będą chętni na tego typu wyprawę – zaproponował Adzir.

– To świetnie – powiedziała z uznaniem Zuzka. – Zaczęłam już szukać osób, które mogłyby z nami wyruszyć. Miałam kilka pomysłów na zwerbowanie większej grupy Wysłanników. – Otworzyła laptop stojący na stoliku kawowym. – Początkowo byłam przekonana, że znajdę wystarczającą grupę Guardianów w mediach społecznościowych, po pierwsze chętnych, żeby udać się do Guerry, po drugie stanowiących na tyle liczną grupę, by pokonać Tentatorów z jak największej liczby Stref.

– I nie mów mi, proszę, że znalazłaś ich na Facebooku. – Gabriel uniósł brew, zerkając wymownie na komputer. – Tylko szaleńcy, którzy proszą się o karę boską, ujawniają się w internecie.

– I tu masz rację – przyznała Zuzka. – Byłam cholernie zawiedziona, że nie udało mi się znaleźć żadnego tropu, który doprowadziłby mnie do Guardianów. Porzuciłam więc koncept z mediami społecznościowymi i zaczęłam przeszukiwać artykuły, wzmianki prasowe o nadzwyczajnych wydarzeniach, które mogłyby stanowić jakiś trop. Szukałam ludzi, którzy wyróżniają się czymś szczególnym, którzy są Wysłannikami. I wtedy trafiłam na tego chłopaka. – Zuzka z wyrazem satysfakcji na twarzy obróciła laptop w stronę przyjaciół. Na ekranie wyświetliła się strona bloga z grafiką przedstawiającą młodego mężczyznę, wokół którego krążą gwiazdy i planety Układu Słonecznego.

 – I? – Patryk popatrzył na swoją dziewczynę z równie pytającym wyrazem twarzy jak pozostali.

– On mógłby nam pomóc. – Zuzka wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– On, to znaczy kto? – zapytała Larysa.

– Jordan, lider Ludzi Cedyno.

– Czyli, dokładnie…? – dopytał zaintrygowany Gabriel.

Zuzka przeskrolowała stronę w dół, aż pojawił się tekst.

– Sami przeczytajcie. Szukałam Wysłanników, a natknęłam się na nich. Być może to bujda, ale trzeba to sprawdzić. Jeśli oni naprawdę istnieją, to mają zdolności, które pomogą nam uwolnić Subiektów z Guerry. Dzięki nim możemy dać wolność tym wszystkim wyzyskiwanym kobietom, głodnym dzieciom, styranym mężczyznom, którymi wysługuje się Iblis. Mamy osiem miesięcy do kolejnego Perygeum. Musimy znaleźć sposób, by Ludzie Cedyno do nas dołączyli. Z ich umiejętnościami i naszą bronią możemy wyzwolić tysiące tych, którzy sprzedali swoje dusze za życia. Możemy wydostać ich z niewoli w zaświatach i sprawić, że będą wolni jak Tajganie.

– Wszystko pięknie, Zuz – odezwał się Patryk. – Niezależnie jednak od tego, kim są Ludzie Cedyno i jakie umiejętności mają, nie możemy im zdradzić, kim my jesteśmy.

– Nie musimy tego robić – odparła zdecydowanie Zuzka. – Wystarczy, że wytłumaczymy im, czym jest Guerra. Nie musimy zdradzać Ludziom Cedyno, że jesteśmy Guardianami.

– To i tak zbyt ryzykowne – kategorycznie stwierdził Gabriel. – Poza tym wezmą nas za wariatów.

– Wiedziałam, że to powiesz. Ale kto nie ryzykuje, ten nie ma.

– Jesteś naprawdę zdeterminowana – podsumowała Lara.

– Nigdy nie byłam bardziej. I z tego, co pamiętam, sama chciałaś się przekonać, co się dzieje z ludźmi, których życie przegrałaś. Teraz będziesz miała okazję się tego dowiedzieć.

Larysa popatrzyła na Gabriela. Zuzka była tak pochłonięta swoimi sprawami, że nawet nie zauważyła, że jej przyjaciółka ma zaokrąglony brzuch. Chociaż tunika, którą dzisiaj włożyła Lara, zgrabnie go ukrywała.

– Nie wiem, czy dam radę z wami pójść – powiedziała Lara.

– Co ty chrzanisz? Dlaczego miałabyś nie dać rady? – obruszyła się Zuzka.

– Będę bardzo zajęta. – Larysa przesunęła dłonią po luźnej sukience, podkreślając w ten sposób okrągły brzuch.

Oczy Zuzki się rozszerzyły.

– Czy to…? – Spojrzała na twarz przyjaciółki. – Czy ty zaciążyłaś?

– Spodziewamy się z Gabrielem dziecka. – Lara się uśmiechnęła.

Zuzka przeniosła ponownie spojrzenie na brzuch przyjaciółki.

– Ale numer. To wspaniale! – Złapała ją za ramiona, przyglądając się krągłościom. – Który to miesiąc?

– Czwarty.

Zuzka szybko przeliczyła w pamięci miesiące.

– Czyli gitara gra. Twoje bejbi będzie miało trzy miesiące, gdy nadejdzie czas wyprawy. Zostawisz je z mamą i ruszamy na podbój Guerry.

– Zuzanno, to za wcześnie na snucie takich planów… – odezwał się stanowczym tonem Gabriel.

– E tam! Mama Lary zajmie się bobasem, a wy ruszacie z nami. – Zuzka puściła do nich oko. – Trzeba to oblać. Idę po kilka browarów i popcorn, a wy zacznijcie już czytać bloga tego kolesia. Jeśli wszystko, o czym pisze, jest prawdą, to musimy pozyskać go jako sojusznika. Nawet jeśli będzie to wymagać od groma zachodu i czasu. Skoro Bóg nic nie robi, by znieść niewolnictwo w Guerze, my się tym zajmiemy. Nie odpuszczę cholernemu Iblisowi tego, jak wykorzystuje tych wszystkich biednych ludzi. Jak chce sobie wydobywać diamenty i ścinać drzewa cedrowe, to niech najmie do pracy tych tentatorskich zbirów, a nie ludzi, którym życie i tak wystarczająco już dało w kość – podsumowała i wyszła.

Gabriel popatrzył na Larysę i pokręcił głową.

– Widzę, że Iblis porządnie zaszedł jej za skórę. Ona nie odpuści.

– Wiem, a my musimy jej pomóc – przyznała Lara.

– Wolałbym, kochanie, żebyś myślała teraz o dziecku. Nie ekscytowała się za mocno…

– Tak, tak. Nic mi nie będzie. – Pocałowała go w policzek. – Czytaj, Gabrielu, co to za ludzie, ci Cedyno.

Gabriel nachylił się nad komputerem i zaczął czytać na głos:

– Nazwa koloru białego wywodzi się od prasłowiańskiego bhalam, oznaczającego blask; czarnego od czyrnieca, rośliny barwiącej na czarno; fioletowy od fiołka; niebieski od koloru nieba; pomarańczowy od pomarańczy; zielony od ziela. Kolor cedyno natomiast pochodzi od aury pierwszego z nas, który narodził się w chrześcijańskim roku 1995 w Cedyni – niewielkim mieście wysuniętym najdalej na zachód Polski. Nim minie dwudziesty pierwszy wiek, wszystkie kraje staną się Zjednoczoną Nacją Walczącą o Przetrwanie. A my i nasi potomkowie będziemy stać na jej czele. Nie możemy doprowadzić do spustoszenia. Jesteśmy Ludźmi Cedyno, a oto geneza naszego przebudzenia.

Przez tysiące lat agresorzy byli u władzy, a nasi prekursorzy stali u ich boku jako doradcy, niwelując ich totalitarne zapędy, uwrażliwiając ich, by nie doprowadzili do tragedii. Ludzie, którzy wybrali ich na rządzących, byli ślepo zapatrzeni w ich charyzmę, władczość, inteligencję. Nie dostrzegali tego, że brakowało im podstawowej cechy – wrażliwości. Nasi poprzednicy mieli jej aż nadto, mimo to wielokrotnie ponosili klęskę.

Żaden z nich jednak od początku istnienia świata nie był w stanie zyskać tak wysokiego poziomu odporności na stres, odwagi, charyzmy, która przyciągałaby tłumy i potrafiła współistnieć z genem wrażliwości. Byli doradcami cesarzy, królów, prezydentów, ich żonami, służącymi, błaznami, grajkami, kochankami, wyroczniami, skrybami. Żaden z nich nigdy nie objął władzy, chociaż dzięki swojemu postrzeganiu świata mogli uczynić z Ziemi lepsze miejsce, by wszystkim jej mieszkańcom żyło się lepiej. Nie wiedzieli wówczas, że gen wrażliwości czyni ich wyjątkowymi. Czuli intensywniej, widzieli więcej, przeżywali mocniej, kochali silniej, cierpieli zawsze bardziej niż inni. Lecz brak genu wytrzymałości sprawiał, że czuli się nieszczęśliwi, zapadali na choroby psychiczne, depresję, dopadały ich lęki, ławo było nimi manipulować i ich wykorzystywać.

To się jednak zmieniło wraz z dniem moich narodzin. Czekamy, aż nadejdzie moment, kiedy staniemy na czele ludzkości, by poprowadzić ją ku nowemu. Jesteśmy Wysłannikami Wszechświata. Mam na imię Jordan i jestem liderem Ludzi Cedyno.

4

O osiemnastej z minutami Lea zamknęła za sobą drzwi schroniska, pozostawiając na nocnej zmianie jednego pracownika, i udała się do swojej starej kijanki picanto zaparkowanej na pustym parkingu. To był udany dzień. Trzy adopcje, pięć wpłat na konto schroniska. Już miała dzwonić z dobrymi wieściami do Gabriela, gdy rozbrzmiał dzwonek jej telefonu.

Ujrzała na wyświetlaczu imię Larysy i odebrała:

– Nie uwierzysz. Właśnie miałam do was dzwonić. Trzy psiaki znalazły dzisiaj nowy dom – pisnęła radośnie do słuchawki.

– To wspaniałe wieści. Przekażę je Gabrielowi. Jesteś może jeszcze w schronisku?

– Właśnie wychodzę, a czegoś potrzebujesz? Mogę wrócić.

– Nie, nie… Masz wolny wieczór?

– Oczywiście. – Lea na myśl o tym, że nie spędzi kolejnego wieczoru w swoim mieszkaniu, poczuła lekkie podekscytowanie. Lubiła być sama, ale wiedziała, że dla lepszej kondycji psychicznej powinna czasami wyjść na miasto. Dopóki nie poznała Guardianów, czuła się samotna. Prócz dwójki wolontariuszy ze schroniska i koleżanki z dawnej pracy w markecie nie miała znajomych. Nigdy nie potrafiła nawiązywać bliskich przyjaźni. Otwierać się, mówić o sobie. Dużo lepiej szło jej dogadywanie się ze zwierzętami niż z ludźmi. A po wypadku jeszcze bardziej stroniła od towarzystwa.

– Świetnie. Mamy do ciebie ogromną prośbę… – ciągnęła Larysa.

Już na początku znajomości z Larą i Gabrielem Lea zauważyła, że ta dwójka jest nierozłączna. Zawsze mówili w liczbie mnogiej „my”, rzadko pojawiali się osobno. Papużki nierozłączki. Wątpiła, by ona kiedykolwiek trafiła na chłopaka, z którym połączy ją tak silna więź. No chyba że któryś z jej ukochanych kundli w schronisku okaże się zaczarowanym przez złą wiedźmę księciem z bajki.

– Przesunięto nam spotkanie w szkole rodzenia… – kontynuowała Larysa. – A na osiemnastą trzydzieści jesteśmy umówieni z Zuzką i z liderem Cedyno, o którym ci wspominaliśmy. Mogłabyś nas zastąpić?

– Pewnie, tylko nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą… – Lea poczuła, że pocą jej się dłonie. Zuzka niejednokrotnie dawała jej do zrozumienia, że za nią nie przepada. Lea nie czuła się dobrze w jej towarzystwie. Nie wiedziała, z czego wynika niechęć dziewczyny, domyślała się jedynie, że dla Zuzki była niczym piąte koło u wozu. Lara była z Gabrielem. Tatiana z Adzirem. Zuzka z Patrykiem. A Lea z psem. I chociaż nie pasowała do nich (była od nich młodsza, mniej doświadczona), to ich lubiła. Wszyscy, prócz Zuzki, traktowali ją bardzo serdecznie. Larysa i Gabriel uratowali ją przed popadnięciem w obłęd. Wolała nie myśleć, co mogłaby sobie zrobić, gdyby nie poznała ich przypadkiem w schronisku. A może to nie był przypadek, tylko sprawka Najwyższego? Chciała w to wierzyć, że Bóg, mimo tego, jak mocno ją doświadczył, wyciągnął wreszcie do niej pomocną dłoń. I choć ostatecznie zabrał jej najukochańsze osoby, to darował jej życie, czyniąc z niej Wysłanniczkę.

– Sama wiesz, że Zuzka często się gorączkuje, potrafi być nieprzyjemna… – mówiła dalej Lara. – Potrzebna jest jakaś rozsądna i ciepła osoba, dzięki której rozmowa przebiegnie w miłej atmosferze. Zuzka zna warunki, na jakie jesteśmy w stanie przystać. Pytanie tylko, czy lider Cedyno je zaakceptuje.

– A Adzir i Tatiana nie mogą jej towarzyszyć?

– Są na przedstawieniu u Antosia w przedszkolu.

– A Patryk?

– W pracy, nie może się wyrwać. – Lara westchnęła. – Przepraszam, Leo, że stawiam cię w takiej sytuacji, ale nie mam wątpliwości, że sobie poradzisz.

Lea przestąpiła z nogi na nogę. Nigdy nie prosiła nikogo o pomoc, zawsze starała się radzić sobie sama. Nie potrafiła jednak odmawiać, gdy ktoś prosił ją o przysługę. Tym bardziej że teraz o pomoc prosiła ją Larysa, u której będzie miała dożywotni dług wdzięczności za to, że pomogła jej w najtrudniejszym dla niej okresie.

Z tego, co opowiadała jej Lara, lider Cedyno mógł pomóc im podczas wyprawy do Guerry, a ona coraz częściej się zastanawiała, czy istnieje jakakolwiek szansa na spotkanie tam jej ukochanych osób.

Zerknęła na godzinę na wyświetlaczu telefonu.

– Gdzie jest to spotkanie?

Lara podała jej adres jakiejś restauracji w Mokrych.

– Jesteś kochana!  Daj znać, jak poszło, a ja uprzedzę Zuzę, że do niej dołączysz. Gdyby były jakieś problemy, to dzwoń.

Lea rozłączyła się i odpaliła auto. Miała dwadzieścia minut, żeby dotrzeć na umówione spotkanie. Oby tylko jej zwierzaki – pies Rufus oraz kotki Lajla i Hana – wybaczyły jej, że będzie w domu później niż zwykle.

Gdy tylko wjechała na parking, zobaczyła motor Zuzki i zrobiła cierpką minę.

„Bądź miła dla ludzi, to oni będą mili dla ciebie. Karma wraca” – przypominała sobie radę, którą zawsze dawała jej mama, i poczuła ucisk między żebrami na jej wspomnienie.

Zamknęła samochód, wzięła głęboki wdech i ruszyła w stronę restauracji, która mieściła się w odnowionej fabryce. Fasadę zbudowano z pomarańczowej cegły, w oknach widniały żeliwne wykończenia, drzwi wejściowe były toporne, mosiężne i oddzielały szczelnie parking od odgłosów z wewnątrz. Gdy tylko weszła do środka, zorientowała się, że nie jest to jakaś tania knajpa. Wnętrze urządzono nowocześnie i stylowo. Większość gości była w przedziale wiekowym od trzydziestu do czterdziestu lat. Modnie ubrani, wyfryzowani, wyglądali na pracowników korporacji albo właścicieli firm, którym dobrze się powodzi. Aromatyczny zapach dobiegający z kuchni sprawił, że od razu poczuła głód. Wiedziała jednak, że nie jest to miejsce, w którym spróbuje czegokolwiek. Bo chociaż Gabriel płacił jej naprawdę dobrą pensję, jak na pracownika schroniska, które nie przynosi żadnych dochodów, a raczej generuje straty, to była pewna, że nie będzie jej stać nawet na sałatkę w tak wyszukanej restauracji.

– Stolik dla jednej osoby? – Elegancka młoda dziewczyna w ołówkowej spódnicy i bluzce z głębokim dekoltem podeszła do niej, uśmiechając się życzliwie.

Lea rozejrzała się po sali w poszukiwaniu Zuzki. Dostrzegła ją na samym końcu, w rogu, w towarzystwie mężczyzny, który siedział tyłem do sali.

– Już widzę koleżankę, dziękuję. – Ruszyła w ich stronę.

Gdy tylko Lea podeszła do stolika, Zuzka przewróciła oczami.

– Cześć – przywitała się Lea. – Larysa prosiła, żebym do ciebie dołączyła.

Zuzka nic nie odpowiedziała, tylko odsunęła krzesło obok siebie i kontynuowała rozmowę.

Jezu, jak ta dziewczyna ją wkurzała. Mogłaby się przecież z nią przywitać i ją przedstawić – korona jej z głowy nie spadnie.

Lea obeszła stolik i spojrzała na siedzącego naprzeciwko Zuzki mężczyznę ubranego w dopasowany garnitur. Nic nie mówił, tylko słuchał wywodu na temat wyprawy do Guerry. Był wysoki i szeroki w ramionach. Ręce założył na piersiach, emanował pewnością siebie, a nawet specyficzną nonszalancją. Gdy Lea siadała, przeniósł na nią wzrok, a jej zaparło dech w piersiach. Miał przenikliwe, niebieskie oczy, które wręcz peszyły. Wpatrywał się w nią do momentu, aż Lea poczuła, że musi odwrócić spojrzenie. Ten kontakt wzrokowy trwał najwyżej kilka sekund, lecz jej się zdawało, że mężczyzna patrzy na nią co najmniej kilka dobrych minut. Wzięła kartę w dłonie, udając zainteresowanie menu. W rzeczywistości słuchała, jak Zuzka przedstawia swój plan udania się do Guerry. Gdy właśnie kończyła mówić, podszedł do stolika kelner.

– Czy już się państwo na coś zdecydowali? – zapytał.

– Ja wezmę karkówkę w sosie kurkowym i piwo bezalkoholowe – rzuciła Zuzka.

– Dla pani? – Kelner spojrzał w stronę Lei.

– Tylko wodę, dziękuję – odpowiedziała i jak na złość zaburczało jej głośno w brzuchu.

– A dla pana? – padło pytanie w stronę lidera Cedyno.

Ten tylko uniósł dłoń w odmownym geście, jakby nie chciało mu się strzępić języka, i ponownie założył ręce na piersiach.

Kelner zabrał karty i ruszył w stronę kuchni.

– Tak więc znasz już nasz cały plan, teraz pytanie, czy weźmiecie w nim udział? – zapytała Zuzka, pochylając się nad stołem w stronę lidera.

Zapadła cisza. Mężczyzna przyglądał się jej, mrużąc oczy, po czym przeniósł wzrok na Leę i zapytał niskim głosem:

– Kim tak naprawdę jesteście?

– Już ci mówiłam, nikim szczególnym, potrzebujemy tylko pomocy… – zaczęła Zuzka, a wtedy mężczyzna jej przerwał.

– Nie ciebie pytam i nie będę tolerował kłamstwa – odparł, nie spuszczając wzroku z Lei. – Chcę usłyszeć prawdę. Kim jesteście? – ponowił pytanie, patrząc jej prosto w oczy.

Lea wytrzymała jego spojrzenie i odparła:

– Nie możemy ci powiedzieć.

– Dlaczego?

– Wyjawienie tej tajemnicy może kosztować życie twoje i nasze.

Mężczyzna wpatrywał się w nią przez kilka dobrych sekund, po czym skinął głową, jakby jej uwierzył.

Do stolika podszedł kelner, który postawił napoje i odszedł. Lea od razu upiła łyk wody, żeby oszukać głód, który stawał się coraz większy. O tej porze była już zazwyczaj po obiadokolacji. Jej biedne zwierzaki pewnie stoją teraz wpatrzone w drzwi i czekają, aż pani wróci i da im jeść.

– Jordanie, możesz nam zaufać – odezwała się Zuzka. – To, co powiedziałam, może ci się wydawać totalną bujdą, jakąś abstrakcją, ale to prawda.

– Wiem. Potrafię wyczuć kłamców – odparł. – Jaka jest wasza oferta w zamian za pomoc w uwolnieniu Subiektów?

– Tak jak ci pisał Gabriel, sto tysięcy złotych za usługi każdego z was.

– Dwieście tysięcy za każdego i zaliczka osiemdziesiąt procent na konto.

Lea zakrztusiła się wodą. Z tego, co pamiętała, ich grupa liczyła pięć osób. Lider żądał od Zuzki miliona złotych takim swobodnym tonem, jakby zamawiał hamburgera w McDonaldzie. Wątpiła, by kiedykolwiek w życiu dorobiła się takich pieniędzy.

Odkaszlnęła i przeniosła wzrok na Zuzkę, która patrzyła teraz na Jordana wyraźnie poirytowana.

– Nie sądzisz, że to lekka przesada? – zapytała rozdrażnionym głosem.

– Chcieliście rozmawiać o konkretach. Wspomniałem twojemu przyjacielowi, że podejmujemy się wszystkich zleceń w zamian za sowite wynagrodzenie. Jesteście tu, więc rozumiem, że stać was na nasze usługi.

– Ale milion złotych? Chyba cię popieprzyło! – wybuchła Zuzka.

Lider zacisnął szczęki, po czym wstał od stołu. Był znacznie wyższy, niż się Lei początkowo zdawało. Gdyby teraz stanęła obok niego, pewnie sięgałaby mu najwyżej do piersi.

– Widzę, że nie mamy o czym rozmawiać – rzekł zimno i odszedł.

– Skurwiel – syknęła Zuzka przez zęby i zacisnęła pięści.

Lea zdezorientowana podążyła wzrokiem za liderem. W uszach zadźwięczały jej słowa Larysy: „Potrzebna jest jakaś rozsądna i ciepła osoba, dzięki której rozmowa przebiegnie w miłej atmosferze”. Wstała szybko od stołu i pobiegła za mężczyzną, który właśnie wychodził na zewnątrz.

– Poczekaj! – zawołała i z trudem pchnęła ciężkie drzwi. Od razu poczuła powiew świeżego powietrza na twarzy. Wieczór był chłodny, lecz lekki ciepły wiaterek wskazywał na to, że zima odchodzi już na dobre w zapomnienie.

Lider odwrócił się i pochwycił jej spojrzenie. Nawet w świetle latarni jego oczy wydawały jej się przejrzyście niebieskie jak kryształ.

– Ona nie chciała być niemiła… – zaczęła tłumaczyć Zuzkę.

– Chciała – odparł Jordan.

– Bardzo jej zależy, nam wszystkim zależy, żeby pomóc ludziom w Guerze.

– Nie wnikam w wasze pobudki. Podałem warunki współpracy, nie zostały przyjęte, koniec sprawy.

– Zuzka jest w gorącej wodzie kąpana. Myślę, że nie chciała cię urazić.

– Nie uraziła. A ty jej bronisz, chociaż nie darzysz jej sympatią.

– Ja? Nie. Skąd ta myśl?

– Twoje ciało cię zdradza. – Powiódł po niej przenikliwym wzrokiem, od którego zrobiło jej się gorąco. – Jak wszystkich ludzi zresztą – dodał i zerknął na zegarek na ręku.

Lea obserwowała go z zaciekawieniem, zastanawiając się, czy rzeczywiście Jordan ma zdolność czytania ludzi – odgadywania myśli, nastrojów, uczuć. W restauracji wyraźnie twierdził, że potrafi wyczuć kłamców.

– Czy wybiegłaś za mną z konkretnego powodu, czy chciałaś tylko przeprosić za zachowanie koleżanki? Za pół godziny mam samolot – powiedział, a Lea momentalnie wyciągnęła telefon z kieszeni.

– Tak, chciałam, żebyś porozmawiał z Gabrielem. – Wybrała pośpiesznie numer z książki adresowej. – Myślę, że to on ma decydujący głos w sprawie waszego wynagrodzenia. – Przyłożyła słuchawkę do ucha, widząc, jak mężczyzna zakłada ręce na piersiach. Lea przełknęła ślinę i postanowiła się odwrócić do Jordana plecami, jego wzrok skupiony na jej twarzy tylko ją bowiem rozpraszał. Była pewna, że to Gabriel miał sfinansować całą wyprawę do Guerry. Nie dziwiła się Zuzce, że tak ostro zareagowała na warunki lidera. Nie mogła przecież szastać pieniędzmi przyjaciela bez jego zgody. A znając ją, była zbyt dumna, żeby zadzwonić do niego z prośbą o podwyższenie wynagrodzenia, jakie wcześniej ustalili.

Po kilku długich sygnałach Gabriel wreszcie odebrał.

– Tak, Leo?

– Gabrielu, mamy mały problem… – zaczęła i na samą myśl o tym, że określiła milion złotych małym problemem, zachciało jej się nerwowo zaśmiać. – Chodzi o spotkanie z liderem Cedyno.

– Tak?

W tle usłyszała zaniepokojony głos Larysy:

– Wszystko w porządku?

– Tak, kochanie. Ćwicz oddechy, wyjdę na chwilę na korytarz – odpowiedział jej Gabriel, czemu zawtórował dźwięk zamykanych drzwi. – Co się dzieje? – zwrócił się do Lei.

– Wystąpiły pewne komplikacje finansowe. – Lea zerknęła na Jordana, który czekał w niezmiennej pozycji z rękoma na piersiach. Nie potrafiła wyczytać z jego twarzy żadnych emocji. – Może będzie lepiej, jeśli dam ci do telefonu lidera Cedyno. – Podeszła do mężczyzny i wyciągnęła aparat w jego stronę. – Proszę.

Jordan wziął telefon do ręki. Lea poczuła muśnięcie jego palców na swojej dłoni i serce zabiło jej szybciej. Zauważyła, że mężczyzna ma długie, zgrabne palce. Mógłby być pianistą, a z takim wzrostem zrobiłby niezawodną karierę jako siatkarz lub koszykarz. Zadarła głowę i spojrzała na jego twarz. Na modela też by się nadawał, bo natura prócz zgrabnej sylwetki nie poskąpiła mu urody. Miał wyraziste rysy twarzy, prosty nos, długie rzęsy i naprawdę piękne oczy. Takich mężczyzn nie spotyka się często na ulicach. Lider pochwycił jej spojrzenie i uniósł brew, a wtedy Lea zorientowała się, że zwyczajnie się na niego gapi.

Odeszła kilka kroków i zaczęła spacerować po parkingu. Nie zamierzała podsłuchiwać, lecz szczegóły rozmowy Jordana z Gabrielem dobiegały mimowolnie jej uszu. Konwersacja ta brzmiała, jakby prowadziło ją dwóch doświadczonych biznesmenów po pięćdziesiątce, a nie dwudziestoparolatków. Lea wiedziała, skąd brała się dojrzałość Gabriela, intrygowało ją jednak, skąd wzięła się ona u Jordana. Wciąż niewiele wiedziała o Ludziach Cedyno. Podobno byli zwykłymi ludźmi o niezwykłych umiejętnościach. Dziwiło ją, że Guardianie, wiedząc o nich tak niewiele, zdecydowali się prosić ich o pomoc. Może mieli świadomość tego, że własnymi siłami nie pokonają Tentatorów w Guerze? Tylko skąd pewność, że Ludzie Cedyno są wyjątkowi? Zastanawiała się, co takiego podczas wymiany e-maili i rozmowy telefonicznej powiedział Jordan Gabrielowi, że ten zdecydował się od razu na współpracę.

– Obawiam się, że nie spotkamy się pośrodku – usłyszała gardłowy głos Jordana, trzymającego wciąż telefon przy uchu. – Wasze zlecenie jest intrygujące, ale również niebezpieczne. Nie mogę narażać swoich ludzi za parę złotych.

Parę złotych? Słodki Jezu, on nie ma wstydu. Lea miała wrażenie, że się przesłyszała. Za sto tysięcy złotych wynagrodzenia dla jednej osoby, które zaproponowała mu Zuzka, ona mogłaby żyć bez pracy przez bite pięć lat. Starczyłoby jej z powodzeniem na jedzenie dla niej i zwierzaków, opłacenie rachunków i jakieś drobne rozrywki. Ale nawet jeśli miałaby tyle pieniędzy, to i tak nie zrezygnowałaby z pracy, bo kochała to, co zrobiła. A te parę złotych, o których wspomniał Jordan, przeznaczyłaby na podróże oraz wygody dla swoich pupili w schronisku. Chociaż odkąd Gabriel został jego właścicielem, zwierzaki miały nieporównywalnie lepsze warunki bytowe od tych, które panowały w schronisku, gdy należało ono do miasta.

– Rozumiem, że milion złotych może się wydawać sporą kwotą, muszę jednak opłacić bilety lotnicze i hotel z wyżywieniem dla moich ludzi na czas naszych przygotowań do wyprawy. Musimy się przeprowadzić, by lepiej was poznać. Powinniśmy pracować zespołowo, a niewątpliwie fakt, że nie zamierzacie zdradzić, kim jesteście, nie ułatwi nam współdziałania. – Lider zerknął na zegarek, jego nozdrza zafalowały. – Muszę kończyć. Moja oferta jest ważna do północy.

Lea, widząc, jak lider się rozłącza, ruszyła w jego stronę i wtedy ujrzała, jak w zaciemnionej części parkingu zakapturzona postać majstruje przy zamku auta.

Przystanęła, zmrużyła oczy, żeby się lepiej przyjrzeć. A wtedy mężczyzna zorientował się, że został przyłapany, wyłamał zamek, wsiadł pośpiesznie do środka i zaczął majstrować przy stacyjce.

– On kradnie samochód! – krzyknęła Lea.

Lider przeniósł powoli wzrok w tamtym kierunku.

– Trzeba zadzwonić po policję. – Dziewczyna podbiegła do niego, żeby odebrać komórkę.

– I tak nie zdążą – odparł ze spokojem Jordan i oddał jej telefon, w chwili gdy złodziej odpalał auto.

Nie mogła uwierzyć, że nie zamierzał nic zrobić. Drżącą dłonią zaczęła wybierać numer ratunkowy i wtedy usłyszała wycie alarmu, po nim następne i kolejne. Wszystkie samochody na parkingu zaczęły błyskać światłami, tworząc obłędną kakofonię.

– Co się dzieje? – zwróciła się do Jordana, lecz on nic nie odpowiedział. Stał z zaciśniętymi zębami, spojrzenie miał utkwione w kierowcy kradzionego auta, które właśnie ruszało z miejsca z piskiem opon. Przeniosła wzrok na odjeżdżający pojazd. Była przekonana, że lada chwila opuści plac, a wtedy samochód zahamował gwałtownie, jakby się zderzył z niewidzialną ścianą. Silnik zgasł, a poduszki powietrzne wystrzeliły jak purchawki.

Ludzie z restauracji wylali się tłumnie na parking. Podchodzili do swoich aut i wyłączali pilotami alarmy, rozglądając się w zadziwieniu po placu. Jakaś kobieta w średnim wieku podbiegła na szpilkach do samochodu, w którym siedział przyduszony poduszką złodziej.

– Moje auto! Ktoś w nim siedzi! – wołała, zszokowana, piskliwym głosem.

– Teraz możesz już dzwonić po policję – Lea usłyszała za sobą stonowany głos lidera.

Odwróciła się oszołomiona i ujrzała, jak Jordan podchodzi do czarnego porsche cayenne, które stało zaparkowane tuż obok jej małej żółtej kijanki, wsiada do środka, odpala silnik i opuszcza parking, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

5 Jordan. Osiemnaście lat wcześniej

Szpitalną salę przepełniał odór środków do dezynfekcji. Jordan siedział na niewygodnym krześle za białym stołem. Jarzeniówka brzęczała nad jego głową, a tykanie zegara ściennego doprowadzało go do szału. Tuż obok na stołku przycupnęła matka. Przygarbiona, z lękiem w oczach wpatrywała się w swojego ukochanego syna. Jordan nienawidził tego wyrazu jej twarzy. Wkurzało go, że potrafi z niewyobrażalną łatwością odczytywać wszystkie jej emocje. Jej i wszystkich innych ludzi, których napotykał na swojej drodze. Miał tego dosyć, wolał żyć w błogiej nieświadomości, zgodnie z powiedzeniem: „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. A jego serce niejeden raz zostało zmiażdżone tylko dlatego, że wiedział, co w danej chwili myślą o nim inni. Cierpiał, widząc zazdrość na twarzach kolegów z przedszkola, kiedy jako pierwszy rozwiązał trudny rebus. Czuł się winny, widząc wściekłość w oczach wychowawczyni, gdy oskarżył ją o kłamstwo, bo wmawiała mu, że słowo „penis” jest przekleństwem, a przecież dziecko w jego wieku nie może przeklinać. Miał wyrzuty sumienia, gdy sprzedawczyni w sklepie z trudem powstrzymała łzy, bo wytknął jej, że jest głupsza od przedszkolaka, ponieważ źle wydała mamie resztę, kiedy kupowali dla niego czekoladę i sok. Najgorzej jednak znosił odczytywanie emocji matki. Odkąd pamiętał, patrzyła na niego, jakby przepełniał ją paniczny strach o jego zdrowie i życie. Na starszego o dwa lata brata Błażeja nigdy tak nie patrzyła. Pewnie dlatego, że był zwykłym dzieciakiem. Jordan natomiast był inny i doskonale o tym wiedział.

W wieku trzech lat prócz mowy ciała ludzi potrafił czytać także książki, co i tak było jedną z łatwiejszych czynności, które udało mu się opanować w krótkim czasie. Jeszcze przed rozpoczęciem nauki w szkole przyswoił tabliczkę mnożenia. Ogrywał w internecie dorosłych w szachy, ku uciesze dziadka, który był dumny z siebie, że nauczył wnuka tej niełatwej gry. Potrafił porozumiewać się w dwóch językach obcych – angielskim i francuskim. Umiał wykonać bezbłędnie Kaprys nr 24 Paganiniego, który zagrał w wieku czterech i pół roku ze słuchu, na rozstrojonym pianinie w lokalnej świetlicy w Cedyni.

Gdy zdumiona matka zapytała go, skąd u niego wzięła się umiejętność gry na pianinie, on spojrzał na nią, jakby zadała mu pytanie, skąd wie, jak powinno się jeść widelcem.

– Po prostu słyszę muzykę w głowie, a moje palce same odnajdują dźwięki, które składają się w spójną całość. Ty tak nie masz?

Matka zaprzeczyła, powoli kręcąc głową, na co Jordan wzruszył ramionami.

– Wydaje mi się, że ktoś powinien naprawić to pianino – stwierdził, nie przestając grać. – Klawisze klekoczą jak sztuczna szczęka dziadka Leszka. – Zachichotał dziecinnie i przebiegł palcami po klawiaturze jak prawdziwy wirtuoz.

To właśnie dziadek Leszek, ojciec mamy, kupił mu na szóste urodziny komputer. Jordan po prostu uruchomił sprzęt i instynktownie zaczął go obsługiwać. Na nic zdało się zakładanie blokad rodzicielskich. Chociaż dziadek był inżynierem i miał smykałkę do nowinek technicznych, Jordan i tak przerastał go spostrzegawczością i umiejętnością dedukcji. To imponowało dziadkowi. „Ma moje geny” – mówił i wspierał rozwój wnuka, jak tylko potrafił.

Nawet gdy Jordan bez wiedzy dorosłych zalogował się do programu dla geniuszy Jeden na milion, w którym dostał się do eliminacji, podając fałszywą datę urodzenia, dziadek stanął po jego stronie podczas kłótni z matką.

– Tato! Nie sądziłeś chyba, że Jordan pojedzie na eliminacje? – upomniała go córka. – Pomijam, że jest niepełnoletni, a teleturniej jest dla dorosłych. On ma sześć lat! Powinien kolorować książeczkę, którą dostał od babci, a nie brać udział w teleturniejach.

– Mamo, nie jestem dziewczyną, żeby ciągle kolorować. To jest nudne… – stwierdził Jordan. – Poza tym żadna z kredek, które widziałem, nie oddaje rzeczywistych kolorów występujących w naturze. Ktoś powinien coś z tym zrobić – zakomunikował, nie odrywając wzroku od ekranu komputera. – A co do gry Jeden na milion, szanse wygrania miliona złotych w moim przypadku są o trzy razy większe niż trafienie szóstki w totka. Chyba przydałoby nam się trochę kasy. Mam tu gdzieś wyliczenia… – Kliknął ikonkę na pulpicie, by po chwili otworzyć plik Excela.

– Wyłącz wreszcie ten komputer! – wrzasnęła matka, choć nie zdarzało jej się to zbyt często.

W tonie jej głosu Jordan usłyszał coś, co nazywał dwoistością emocji. Oderwał wzrok od monitora. Mama ściskała kurczowo w prawej dłoni zmiętą szmatkę do mycia naczyń. Jej policzki były zaczerwienione, oddech przyśpieszony, kąciki ust lekko drżały, opadając, oczy zaś błyszczały jak kryształowe wazony z komody dziadków. Jordan przechylił głowę, przyglądając się jej uważnie. Niewątpliwie pierwszą z emocji, jaką dostrzegł u matki, była złość – świadczyła o tym żyłka pulsująca rytmicznie na jej szyi, białe kostki prawej dłoni i falujące nieznacznie nozdrza. Lecz emocja ta, choć silna, nie była dominującą. Pozostawała niejako z tyłu. Przeważała bowiem bezradność, która widoczna była w pochylonych do przodu ramionach, lekko przygarbionych plecach, ściągniętych brwiach. W źrenicach czaił się strach. Matczyny lęk przed tym, że ukochane dziecko tak znacząco różni się od swoich rówieśników.

– Poszedłbyś na podwórko, pograł z innymi chłopcami w piłkę… – dodała z rezygnacją w głosie.

– Wolałbym nie – odparł Jordan. – Oni nie potrafią obronić żadnego mojego strzału. Zamiast skupić uwagę na całym ciele przeciwnika i przewidzieć, jaki wykona ruch, gapią się na gałę, jakby napisano na niej, w którą stronę poleci. Nie rozumieją, jak działa ludzkie ciało, nie pojmują dynamiki, nie wspominając o prawach rządzących wszechświatem.