Wydawca: Studio Emka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 249 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cedrowe orzechy - Zbigniew Domino

Cedrowe orzechy to daleki przedsmak Syberiady polskiej, a tak pisała o nich wiele lat temu w paryskiej „Kulturze” Maria Danilewicz- Zielińska:

Cedrowe orzechy, krótkie opowiadania z wyraźnymi pointami, napisane gładko i interesująco, zasługują na uwagę ze względu na temat niechętnie poruszany w wydawnictwach krajowych. Mimo wyraźnie autobiograficznego charakteru opowiadań, brak informacji, jak i dlaczego rodzice autora „znaleźli się" daleko na zapleczu Związku Radzieckiego. Krajowy recenzent książki słusznie wydobył analogię między opowiadaniami Dominy z tzw. radziecką szkołą zaplecza.

Absurd „znalezienia się" na Syberii rysuje się w tym ujęciu tylko pośrednio. Autor zdaje się sądzić, że własna jego tragedia ma tyle odpowiedników w innych rodzinach, nie tylko polskich, że traktować ją należy jako część la condition humaine. Cóż, w takiej i tylko takiej interpretacji mogły się ukazać wspomnienia z zesłania".

„Kultura", Paryż 1976,  nr 7-8.

Opinie o ebooku Cedrowe orzechy - Zbigniew Domino

Fragment ebooka Cedrowe orzechy - Zbigniew Domino

Pro­jekt okład­ki: Ja­cek Woź­niak

Re­dak­cja: Jo­lan­ta Kar­bow­ska

Re­dak­tor tech­nicz­ny: Pa­weł Żuk

Foto: Je­rzy Pasz­kow­ski

Co­py­ri­ght © Zbi­gniew Do­mi­no

© Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

War­sza­wa 2014

Wszel­kie pra­wa, włącz­nie z pra­wem do re­pro­duk­cji tek­stów

w ca­ło­ści lub w czę­ści, w ja­kie­kol­wiek for­mie – za­strze­żo­ne.

In­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Kró­lo­wej Al­do­ny 6, 03-928 War­sza­wa

e-mail:wy­daw­nic­two@stu­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-63773-65-6

Skład i ła­ma­nie: An­ter Po­li­gra­fia (www.an­ter.waw.pl)

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pa­mię­ci zmar­łej na Sy­bi­rze

mo­jej mat­ki,

An­to­ni­ny Do­mi­no z Ka­pli­tów

– tę książ­kę po­świę­cam.

Au­tor

OD AUTORA

Nie kry­ję, że do opo­wia­dań z tomu Ce­dro­we orze­chy mam wy­jąt­ko­wy sen­ty­ment. Może dla­te­go, że są to w więk­szo­ści opo­wia­da­nia bar­dzo wcze­sne, nie­któ­re wręcz de­biu­tanc­kie, ale pew­nie i dla­te­go, że są to opo­wia­da­nia o jed­no­rod­nej ze­słań­czo-sy­be­ryj­skiej te­ma­ty­ce.

Za­le­d­wie dzie­się­cio­let­nim dziec­kiem, wraz z całą ro­dzi­ną, 10 lu­te­go 1940 roku, zo­sta­łem wy­wie­zio­ny na Sy­bir. tam zmar­ła moja mama, a oj­ciec po­szedł na front z ko­ściusz­kow­ską dy­wi­zją. Na dłu­gie ze­słań­cze lata w sy­be­ryj­skiej taj­dze, o chło­dzie i gło­dzie, zo­sta­li­śmy sami z moim młod­szym bra­tem Tad­kiem. Ale ja­koś prze­ży­li­śmy i do wy­tę­sk­nio­nej Pol­ski wró­ci­li­śmy do­pie­ro w le­cie 1946 roku.

Nie dzi­wo­ta więc, że kie­dy po la­tach od­wa­ży­łem się pi­sar­sko za­de­biu­to­wać, to za­czą­łem od… opo­wia­dań sy­be­ryj­skich. I w tych opo­wia­da­niach wy­rzu­ca­łem z sie­bie tkwią­ce we mnie głę­bo­ko, nur­tu­ją­ce mnie wręcz ob­se­syj­nie, ze­słań­czo-sy­be­ryj­skie prze­ży­cia.

A już póź­niej pro­po­no­wa­ne obec­nie opo­wia­da­nia z tomu Ce­dro­we orze­chy le­gły u pod­staw ca­łe­go cy­klu po­wie­ści, z tą chy­ba naj­gło­śniej­szą, nie­daw­no ze­kra­ni­zo­wa­ną Sy­be­ria­dą pol­ską.

I jesz­cze taka cie­ka­wost­ka z Ce­dro­wy­mi orze­cha­mi zwią­za­na. Opo­wia­da­nia wy­da­ne w War­sza­wie na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku, oprócz re­cen­zji kra­jo­wych zo­sta­ły za­uwa­żo­ne przez pa­ry­ską „Kul­tu­rę”, co na owe cza­sy już samo w so­bie było małą sen­sa­cją. A zre­cen­zo­wa­ła je życz­li­wie dla au­to­ra, ze zro­zu­mie­niem cza­sów i oko­licz­no­ści, w ja­kich Ce­dro­we orze­chy w ogó­le mo­gły się uka­zać, pani Ma­ria Da­ni­le­wicz-Zie­liń­ska:

… „Ce­dro­we orze­chy, krót­kie opo­wia­da­nia z wy­raź­ny­mi po­in­ta­mi, na­pi­sa­ne gład­ko i in­te­re­su­ją­co, za­słu­gu­ją na uwa­gę ze wzglę­du na te­mat nie­chęt­nie po­ru­sza­ny w wy­daw­nic­twach kra­jo­wych. Mimo wy­raź­nie au­to­bio­gra­ficz­ne­go cha­rak­te­ru opo­wia­dań, brak in­for­ma­cji, jak i dla­cze­go ro­dzi­ce au­to­ra «zna­leź­li się» da­le­ko na za­ple­czu Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Kra­jo­wy re­cen­zent książ­ki słusz­nie wy­do­był ana­lo­gię mię­dzy opo­wia­da­nia­mi Do­mi­ny z tzw. ra­dziec­ką szko­łą za­ple­cza.

Ab­surd «zna­le­zie­nia się» na Sy­be­rii ry­su­je się w tym uję­ciu tyl­ko po­śred­nio. Au­tor zda­je się są­dzić, że wła­sna jego tra­ge­dia ma tyle od­po­wied­ni­ków w in­nych ro­dzi­nach, nie tyl­ko pol­skich, że trak­to­wać ją na­le­ży jako część la con­di­tion hu­ma­ine. Cóż, w ta­kiej i tyl­ko ta­kiej in­ter­pre­ta­cji mo­gły się uka­zać wspo­mnie­nia z ze­sła­nia” („Kul­tu­ra”, Pa­ryż 1976, nr 7-8).

Rze­szów, 2013

DWUNASTY GARNUSZEK

Ka­lu­cze, nad rze­ką Poj­mą we wschod­nio­sy­be­ryj­skiej taj­dze, to na­zwa jed­ne­go z po­do­bo­zów osła­wio­ne­go gu­ła­gu, do­kąd w lu­tym 1940 roku ze­sła­no gru­pę Po­la­ków wy­wie­zio­nych z Po­do­la. Ka­lu­cze to kil­ka­na­ście sta­rych drew­nia­nych ba­ra­ków, za­plu­skwio­nych i za­wszo­nych, z któ­rych, aby zna­leźć miej­sce dla Po­la­ków, po­śpiesz­nie ewa­ku­owa­no i po­go­nio­no eta­pem w głąb taj­gi ich po­przed­nich przy­mu­so­wych lo­ka­to­rów, w więk­szo­ści so­wiec­kich więź­niów po­li­tycz­nych. O ta­kich miej­scach jak Ka­lu­cze zwy­kło się u nas mó­wić, że dia­beł tam do­bra­noc po­wie­dział; do­oko­ła nie­prze­by­ta taj­ga, zimą sro­gie mro­zy i kop­ne śnie­gi, z wio­sną zdra­dli­we to­pie­le, a la­tem – chma­ry ma­la­rycz­nych ko­ma­rów i ką­śli­wej, nie­wy­obra­żal­nie na­tręt­nej musz­ki. A do naj­bliż­szej wio­ski czy osa­dy prze­dzie­ra­ło się z Ka­lu­cze­go ze dwa ty­go­dnie.

Na wio­snę czter­dzie­ste­go roku w Ka­lu­czem wy­bu­chła epi­de­mia ty­fu­su. Nie ma­jąc na­le­ży­tej opie­ki le­kar­skiej i zni­kąd po­mo­cy, ze­słań­cy cho­ro­wa­li pra­wie wszy­scy i licz­nie umie­ra­li. Nie było dnia bez kil­ku po­chów­ków nad brze­giem rze­ki Poj­my. Nie było ro­dzi­ny, w któ­rej by ktoś wte­dy nie umarł. A by­wa­ło też, że wy­mie­ra­li wszy­scy, jak to się zda­rzy­ło w licz­nej, ośmio­oso­bo­wej ro­dzi­nie Szaj­nów, spod za­lesz­czyc­kiej Ja­ku­bów­ki, z któ­rej nikt nie oca­lał…

Być może z oba­wy przed na­wro­tem ma­so­wej epi­de­mii, któ­ra zdzie­siąt­ko­wa­ła Po­la­ków w Ka­lu­czem, a może i z in­nych po­wo­dów, wła­dze GU­Ła­gu eta­po­wa­ły lu­dzi jesz­cze da­lej w głąb taj­gi, do Ka­je­nu nad rze­ką Bi­ru­są. Tam, na no­wym miej­scu, Po­la­cy, przy­mu­sze­ni do wy­rę­bu taj­gi i spła­wu tra­tew Bi­ru­są, sami mu­sie­li przez to krót­kie sy­be­ryj­skie lato po­bu­do­wać nowe ba­ra­ki.

Tej dru­giej ze­słań­czej wio­sny, w 1941 roku, w Ka­je­nie nad Bi­ru­są nasi lu­dzie też umie­ra­li, choć może nie tak ma­so­wo i czę­sto jak w Ka­lu­czem. W Ka­je­nie co praw­da epi­de­mia ty­fu­su się nie po­wtó­rzy­ła, ale i tu było na co umie­rać. Śmierć do­pa­da­ła lu­dzi wy­nisz­czo­nych nie­po­spo­li­tą przy­mu­so­wą pra­cą, lu­ty­mi mro­za­mi, ma­la­rią i po­wszech­nie pa­nu­ją­cym gło­dem. Prze­rze­dza­ły się osie­ro­co­ne ro­dzi­ny, a z nie­któ­rych, jak choć­by z pię­cio­oso­bo­wej ro­dzi­ny Ma­zu­rów, po­zo­sta­ła tyl­ko jed­na oso­ba.

A sko­ro już wspo­mnie­li­śmy ro­dzi­nę Ma­zu­rów, to od nich za­cznij­my tę smut­ną, co praw­da, ale od po­cząt­ku do koń­ca praw­dzi­wą opo­wieść.

Oko­li­ca jak na ko­lo­ro­wej, sie­lan­ko­wej wi­do­ków­ce. Wio­ska na skło­nie głę­bo­kie­go po­dol­skie­go jaru, skąd do brze­gów me­an­dru­ją­ce­go, zie­lo­no­wod­ne­go Dnie­stru ka­mie­niem do­rzu­cisz. Wio­sną tu­ma­ni za­pa­chem bzu i ja­śmi­nu, oszo­ła­mia kwit­ną­cy­mi sa­da­mi, la­tem otu­la się ła­na­mi do­rod­nej psze­ni­cy, wy­so­kiej po­nad gło­wy, zło­ci­sty­mi ka­cza­na­mi ku­ku­ry­dzy, wabi i syci gro­na­mi słod­kiej, tyl­ko w tym za­kąt­ku kre­so­wej Pol­ski doj­rze­wa­ją­cej wi­no­ro­śli, wiel­gach­ny­mi jak koła od wozu dy­nia­mi, so­czy­sty­mi me­lo­na­mi i ar­bu­za­mi. Moż­na też wy­obra­zić so­bie tę po­dza­lesz­czyc­ką wio­skę w zi­mie, kie­dy spra­co­wa­na drze­mie, za­wia­na po da­chy ob­fi­tym w tych stro­nach, kop­nym śnie­giem, kie­dy ga­łę­zie przy­do­mo­wych drzew ugi­na­ją się i trzesz­czą pod cię­ża­rem stro­ją­cej ich sre­brzy­stej, mroź­nej szre­ni…

A w wio­sce tej stoi nie­daw­no po­bu­do­wa­ny dom Ma­zu­rów. Zresz­tą całe obej­ście też na­der przy­zwo­ite. Pew­nie, że mo­gło­by być jesz­cze oka­zal­sze, bo­gat­sze. A może i bę­dzie, bo Ma­zu­ro­wie mał­żon­ko­wie mło­dzi, wciąż jesz­cze na do­rob­ku, a sił i do­brych chę­ci im nie bra­ku­je. Nie bra­ku­je tym bar­dziej, bo mają już dla kogo się sta­rać, bo hasa im po domu trój­ka do­rod­nych ba­sa­ły­ków: pier­wo­rod­ny czter­na­sto­let­ni Ju­lek, je­de­na­sto­let­nia Ma­ry­sia no i naj­młod­szy, ma­mu­sin piesz­czo­szek, pię­cio­let­ni Mar­ci­nek.

Tak to się ro­dzi­nie Ma­zu­rów żyło na ko­lo­nii Żu­raw­ka pod Za­lesz­czy­ka­mi aż do wrze­śnio­wej woj­ny w 1939 roku. A po­tem to już tyl­ko nie­pew­ność losu i wo­jen­na trwo­ga. Tak na­stał i osta­tecz­nie zruj­no­wał im ży­cie pa­mięt­ny dzień 10 lu­te­go 1940 roku. Nad ra­nem, po­grą­żo­nych w głę­bo­kim śnie zbu­dzi­li, wdar­li się do ich domu zbroj­ni So­wie­ci i bez da­nia ra­cji za­ła­do­wa­li do by­dlę­cych wa­go­nów, wy­wieź­li na Sy­bir. Tyle na ra­zie o ro­dzi­nie Ma­zu­rów.

Te­raz opo­wie­my o ro­dzi­nie Sta­ni­szów, bo los tak chciał, żeby oby­dwie fa­mi­lie mia­ły ze sobą coś wspól­ne­go.

Sta­ni­szo­wie z ko­lo­nii Po­nia­to­wa, też w za­lesz­czyc­kim po­wie­cie, to na­praw­dę licz­na ro­dzi­na, bo tuż przed woj­ną było ich ra­zem pięt­na­ścio­ro. Przy­po­mnij­my ich wszyst­kich, bo do­brym lu­dziom do­bra pa­mięć się na­le­ży.

Mat­ka mia­ła na imię Ma­ria, oj­ciec – Sta­ni­sław Sta­nisz. Naj­star­szy syn Jó­zef po­szedł na woj­nę we wrze­śniu 1939 roku i słuch po nim za­gi­nął. Pa­mięt­ne­go 10 lu­te­go 1940 roku wy­wie­zio­no na Sy­bir ro­dzi­ców i ich dzie­ci: Jul­kę, lat sie­dem­na­ście, pięt­na­sto­let­nich bliź­nia­ków Wan­dę i Stasz­ka, dru­gą parę bliź­nia­ków, dwu­na­sto­let­nich Wła­dy­sła­wę i Wład­ka, trze­cią parę bliź­niąt Ade­lę i Wa­le­rię, a że jak z tego wi­dać bliź­niąt Bo­zia pani Sta­ni­szo­wej nie ską­pi­ła, była jesz­cze czwar­ta bliź­nia­cza para, dzie­wię­cio­let­ni Cze­siek i Ma­rian. Do nich do­licz­my jesz­cze sied­mio­let­nie­go Zbysz­ka, pię­cio­let­nią Da­nu­się i za­le­d­wie dwu­let­nią Ma­ry­się.

Sta­ni­sze i Ma­zu­ro­wie nie byli spo­krew­nie­ni, z Pol­ski się nie zna­li. Oby­dwie ro­dzi­ny tra­fi­ły do Ka­lu­cze­go, ale i tu­taj roz­sie­dle­ni w róż­nych ba­ra­kach, w licz­nej ze­słań­czej gro­ma­dzie się nie po­zna­li. Do­pie­ro po­tem, w Ka­je­nie.

Ale umie­ra­nie w oby­dwu ro­dzi­nach za­czę­ło się w Ka­lu­czem, pod­czas epi­de­mii ty­fu­su.

U Sta­ni­szów w po­ło­wie maja 1940 roku nie­mal ra­zem, bo z dnia na dzień, zmar­ło tro­je: Wan­dzia i Ma­rian z osob­nych par bliź­nia­czych oraz mat­ka rodu, Ma­ria. Oj­ciec, Sta­ni­sław Sta­nisz, zo­stał z dzie­siąt­ką po­zba­wio­nych mat­ki sie­rot, w tym z bez­rad­nie naj­młod­szy­mi: pię­cio­let­nią Da­nu­sią i le­d­wie od mat­czy­nej pier­si od­sta­wio­ną dwu­let­nią Ma­ry­sią.

U Ma­zu­rów, w tym­że Ka­lu­czem i też na ty­fus, zmarł oj­ciec rodu Jan Ma­zur. Scho­ro­wa­na, wy­nisz­czo­na ty­fu­sem wdo­wa po­zo­sta­ła sama z trój­ką ma­łych dzie­ci.

La­tem 1941 roku, oby­dwie ro­dzi­ny, tak jak wie­lu in­nych Po­la­ków z Ka­lu­cze­go, wolą na­czel­ni­ków GU­Ła­gu zna­leź­li się w Ką­je­nie, nad peł­no­wod­ną i spław­ną rze­ką Bi­ru­są.

Ka­jen od Ka­lu­cze­go róż­nił się nie tyl­ko wiel­ką rze­ką, ale i tym, że na jej dru­gim brze­gu, z da­wien daw­na roz­lo­ko­wa­ło się parę nie­wiel­kich wio­sek za­miesz­ka­łych przez rdzen­ną tu­tej­szą lud­ność, prze­waż­nie Ro­sjan, ale też przez Czu­wa­szy i Bu­ria­tów. Były to bar­dzo li­che koł­cho­zy, tym lich­sze, że trwa­ją­ca woj­na wy­mio­tła z nich męż­czyzn i ze wszyst­kim mu­sia­ły so­bie ra­dzić ko­bie­ty, star­cy i pod­ra­sta­ją­ce dzie­ci. Bied­nie, bo bied­nie, ale za­wsze w ta­kim koł­cho­zie coś tam upra­wia­no, pa­sło się parę krów, kóz czy owie­czek, a cza­sa­mi na­wet ja­kiś pro­sia­czek po­kwi­ki­wał. Więc jak się tyl­ko dało Po­la­kom, a zwłasz­cza Po­lkom, prze­pra­wić przez Bi­ru­sę i do­trzeć do ta­kiej osa­dy, za­czy­nał się han­del wy­mien­ny. Żeby zdo­być dla wiecz­nie głod­nych dzie­ci dzba­nek mle­ka, ko­szyk ziem­nia­ków czy cze­goś tam jesz­cze, byle do zje­dze­nia, Po­lki wy­do­by­wa­ły z tłu­mocz­ków, wręcz zdej­mo­wa­ły z sie­bie i wy­zby­wa­ły się resz­tek przy­wie­zio­nej z Pol­ski odzie­ży… tyle tyl­ko, że z każ­dym dniem tego „to­wa­ru” na wy­mia­nę Po­lki mia­ły co­raz mniej, a głód nie ma­lał, tyl­ko się wzma­gał.

Tym bar­dziej że i ro­bo­ta w Ka­je­nie nie­wie­le róż­ni­ła się od tej w Ka­lu­czem. I tam, i tu­taj, od świ­tu do nocy przy­mu­so­wa dla wszyst­kich, w tym dla dzie­ci od czter­na­stu lat, pra­ca w taj­dze. W zi­mie pro­wa­dzo­no wy­rąb masz­to­wej so­sny. Wio­sną i la­tem, kie­dy rze­ka uwal­nia­ła się spod lo­do­wa­tych oko­wów, wią­za­no z po­zy­ska­ne­go drze­wa dłu­gie tra­twy i spła­wia­no je w mia­rę spo­koj­ny­mi Bi­ru­są i Czu­ną, a po­tem burz­li­wą, peł­ną wi­rów i skal­nych po­ro­hów An­ga­rą, wresz­cie po­tęż­nym Je­ni­se­jem, aż do przy­sta­ni w Le­so­sy­bir­sku. Od wio­sny do je­sie­ni część lu­dzi bu­do­wa­ła nowe ba­ra­ki, bo tych kil­ka do­tych­cza­so­wych trzesz­cza­ło w szwach od nie­wy­obra­żal­nej cia­sno­ty, tym bar­dziej, że Po­la­ków wciąż z róż­nych oko­licz­nych ła­grów do Ka­je­ny przy­by­wa­ło.

Dzień jak co dzień w Ma­zu­ro­wej ro­dzi­nie nie róż­nił się spe­cjal­nie od try­bu ży­cia in­nych. Tyle że sa­mot­nej, scho­ro­wa­nej wdo­wie, obar­czo­nej trój­ką dzie­cia­ków, było znacz­nie trud­niej. Tak jak wszy­scy, sko­ro świt, wy­cho­dzi­ła z naj­star­szym Jul­kiem do ro­bo­ty, by wie­czo­rem, wy­fa­so­waw­szy na kart­kę na­leż­ny im bo­che­nek chle­ba, wró­cić do swo­je­go kąta w ba­ra­ku. Wte­dy do­pie­ro mia­ła czas dla dzie­cia­ków, żeby spró­bo­wać, z cze­go się dało, choć­by tyl­ko z po­kru­szo­ne­go do wrząt­ku chle­ba, zwa­rzyć i po­kar­mić ich czymś cie­płym. A przez cały dzień, kie­dy mama z Jul­kiem byli w pra­cy, młod­sze dzie­ci, Ma­ry­sia i Mar­ci­nek, mu­sia­ły ra­dzić so­bie same. I ra­dzi­ły, jak po­tra­fi­ły, włó­cząc się mię­dzy ba­ra­ka­mi i po ich naj­bliż­szej oko­li­cy w gro­ma­dzie ta­kich sa­mych umo­ru­sa­nych obe­rwań­ców i gło­do­mo­rów jak one. Naj­pew­niej wte­dy też dzie­ci Ma­zu­ro­wej po­zna­ły się z dzie­cia­ka­mi Sta­ni­sza, choć oby­dwie ro­dzi­ny miesz­ka­ły w róż­nych ba­ra­kach.

A jak Sta­nisz ze swo­im licz­nym osie­ro­co­nym przy­chów­kiem so­bie ra­dził? Nie li­cząc już pra­wie osiem­na­sto­let­nie­go Jul­ka, no może jesz­cze szes­na­sto­let­nie­go Stasz­ka, któ­rzy mu­sie­li wy­cho­dzić z oj­cem do ro­bo­ty, zo­sta­wa­ło ich sa­mo­pas w ba­ra­ku ośmio­ro. I to wszyst­kie od mniej­sze­go mniej­sze, po­czy­na­jąc od bliź­nia­ków, dwu­na­sto­lat­ków Wła­dzi z Wład­kiem, aż po naj­młod­szą, te­raz już trzy­let­nią Ma­ry­się.

Trud­no opi­sać to, cze­go w peł­ni opi­sać się nie da: bez­mia­ru opusz­cze­nia, nę­dzy i nie­ustan­ne­go gło­du tej po­zo­sta­wio­nej sa­mo­pas gro­mad­ki Sta­ni­szo­wych sie­rot. I choć z po­dzi­wu god­ną tro­ską, opie­kuń­czo­ścią, a jak trze­ba to i dra­pież­ną de­spe­ra­cją, gro­mad­ka ma­łych Sta­ni­szów za­wsze trzy­ma­ła się ra­zem, wal­cząc co­dzien­nie o prze­ży­cie, to wraz ze zbli­ża­ją­cym się wie­czo­rem, jak te nie­na­sy­co­ne pi­skla­ki cze­ka­ła na po­wrót do ba­ra­ku ojca i star­szych bra­ci; jeść, jeść, jeść!

U Ma­zu­ro­wej nie­szczę­ście. Jej naj­star­szy syn, za­le­d­wie szes­na­sto­let­ni Ju­lek, z któ­re­go po śmier­ci ojca mia­ła tyle po­moc­nej po­cie­chy, prze­zię­bił się przy wy­rę­bie taj­gi i zmarł na ga­lo­pu­ją­ce za­pa­le­nie płuc. A nie­któ­rzy twier­dzi­li, że z gło­du… Na­czel­nik Ka­je­nu, Le­bie­diew, wy­dzie­lił parę so­sno­wych de­sek na trum­nę i pol­ski ze­słań­czy cmen­ta­rzyk w Ka­je­nie po­więk­szył się o jesz­cze jed­ną, ozna­czo­ną brzo­zo­wym krzy­żem mo­gi­łę.

Nie­szczę­ścia wlo­ką się za nie­szczę­ściem… Parę mie­się­cy po Jul­ku zmar­ła Ma­zu­ro­wej je­dy­na cór­ka, za­le­d­wie je­de­na­sto­let­nia Ma­ry­sia. Na co? A kto by tu­taj w ba­ra­kach, bez le­ka­rza, fel­cze­ra na­wet, coś na ten te­mat wie­dział. Umar­ła i już. A bo to ona jed­na? W Ka­lu­czem lu­dzie pa­da­li jak mu­chy, to i w Ka­je­nie umie­ra­ją. Mało ich już tu leży? Ot, choć­by: Jan Byr­ski, Ma­ry­sia Ma­li­now­ska, Gie­nek Ni­ski, Jan­ka Głu­szek, Zo­sia Man­te­rys, Mela Zon­tek, Ze­lek, sta­ry Gra­se­la, bab­cia i dzia­dek Czu­la­ko­wie.

Ma­zu­ro­wa tyl­ko z Mar­cin­kiem zo­sta­ła. Nie dość, że tymi nie­szczę­ścia­mi na du­szy obo­la­ła i z żalu pół­przy­tom­na, to le­d­wie no­ga­mi po­włó­czy. Po prze­by­tym w Ka­lu­czem ty­fu­sie, ma­la­ria się do niej przy­plą­ta­ła. Choć, co praw­da, nie tyl­ko do niej, po­ło­wą Ka­je­nu ma­la­ria tłu­cze. Ma­la­ria to cho­ro­ba zdra­dli­wa, upar­cie na­wra­ca­ją­ca, nę­ka­ją­ca czło­wie­ka na­gły­mi ata­ka­mi trud­nej do znie­sie­nia zim­ni­cy na prze­mian z wy­so­ką go­rącz­ką. Co rano scho­ro­wa­na Ma­zu­ro­wa zwle­ka się z pry­czy, czym może przy­spo­sa­bia na cały dzień śpią­ce­go jesz­cze Mar­cin­ka i kre­śląc nad nim znak krzy­ża, bo w isto­cie tyl­ko opie­ce Anio­ła Stró­ża może go po­le­cić, bi­jąc się z nie­we­so­ły­mi my­śla­mi, wy­cho­dzi.

Do ca­ło­dzien­nej nie­obec­no­ści mamy Mar­ci­nek zdą­żył się już przy­zwy­cza­ić. Wie­dział, że przez ten czas musi sam so­bie ra­dzić. Nie­odmien­nie też, le­d­wie tyl­ko otwo­rzył i prze­tarł za­spa­ne oczy, a zda­rza­ło się, że uda­wał śpią­ce­go, cze­ka­jąc na wyj­ście ro­dzi­ciel­ki z ba­ra­ku, zry­wał się z pry­czy, biegł do pie­cy­ka „bur­żuj­ki”, bo tam w gar­nusz­ku mama zo­sta­wia­ła mu coś do zje­dze­nia: prze­waż­nie ja­kąś cien­ką ja­ło­wą zu­pi­nę, z cze­go tyl­ko dało się ją ugo­to­wać, do tego jesz­cze, je­śli mia­ła, to ka­wa­łe­czek chle­ba na sto­le. Pa­mię­tał, jak co wie­czór mama go na­po­mi­na­ła: – „Pa­mię­taj Mar­cin­ku, żeby wszyst­kie­go na­raz nie zjeść, bo to na cały dzień musi ci wy­star­czyć. – Do­brze, ma­mu­siu” – grzecz­nie przy­ta­ki­wał, by, le­d­wie do­cze­kaw­szy ran­ka, łap­czy­wie po­chło­nąć wszyst­ko za jed­nym za­ma­chem. Dziec­ku się dzi­wić? Nie ma ta­kie­go, na­wet wśród do­ro­słych, kogo by po­tę­ga wiecz­ne­go nie­na­sy­ce­nia, po­tę­ga do­mi­nu­ją­ce­go gło­du nie zła­ma­ła.

Wy­li­zaw­szy gar­nek, prze­łknąw­szy ze­bra­ne do naj­drob­niej­szej okru­szy­ny chle­ba, Mar­ci­nek „mun­du­ro­wał” się w nie­odmien­nie te same, co­raz bar­dziej ob­szar­pa­ne ła­chy, choć mat­czy­sko ślę­cza­ło nad nimi wie­czo­ra­mi, pra­ło i ła­ta­ło, jak się dało, i wy­cho­dził przed ba­rak. A tam do­łą­czał do ró­wie­śnej mu, też włó­czą­cej się ca­ły­mi dnia­mi sa­mo­pas gro­ma­dy wiecz­nie głod­nych ba­ra­ko­wych ob­szar­pań­ców.

Naj­go­rzej było w zi­mie, kie­dy sy­be­ryj­ski mróz i me­tro­we śnie­gi, nie­odzia­nym na­le­ży­cie, nie po­zwa­la­ły nosa z cia­sne­go, za­tę­chłe­go ba­ra­ku wy­su­nąć. Chy­ba że tuż za ba­rak, za na­glą­cą czło­wie­ka po­trze­bą. Nie dzi­wo­ta, że dzie­cia­ki wy­glą­da­ły wio­sny niby pi­skla­ki go­to­we z gniaz­da wy­fru­nąć.

W Ka­je­nie pierw­szym wio­sen­nym zwia­stu­nem było słoń­ce, któ­re­go pro­mie­nie zli­zy­wa­ły z szyb ma­lut­kich okien oszro­nio­ne ma­lun­ki i z top­nie­ją­ce­go śnie­gu wie­sza­ły dłu­gie lo­do­we so­ple na oka­pie ba­ra­ko­we­go da­chu. A już na­praw­dę ry­chłe na­dej­ście wio­sny zwia­sto­wa­ła w Ka­je­nie wiel­ka rze­ka Bi­ru­sa. Na­wet dzie­cia­ki wie­dzia­ły, że kie­dy znad Bi­ru­sy do­no­szą się od­gło­sy po­dob­ne do burz­li­wych grzmo­tów, wy­bu­chów bomb czy ar­ty­le­ryj­skiej ka­no­na­dy, to znak nie­chyb­ny, że wiel­ka rze­ka z zi­mo­we­go snu się bu­dzi i spod lodu na wio­sen­ny świat się wy­ry­wa. Dnie sta­wa­ły się dłuż­sze i co­raz cie­plej­sze. Bi­ru­sa wciąż wal­czy­ła ze zwa­ła­mi lodu, roz­py­cha­ła je na brze­gi, omi­ja­ła lo­do­we spię­trze­nia i za­to­ry, a kie­dy lód pró­bo­wał za­ta­mo­wać jej peł­no­wod­ny, po­tęż­ny nurt, omi­ja­ła go wście­kle, roz­le­wa­jąc się sze­ro­ko poza swo­je nor­mal­ne let­nie ko­ry­to.

Wio­sna! Znik­nę­ły śnie­gi, sto­pi­ły się, spły­nę­ły lody, wiel­ka rze­ka wró­ci­ła do swo­je­go ło­ży­ska. Ale wra­ca­jąc, nie wszyst­ką roz­la­ną wodę za­bra­ła z po­wro­tem. Po­zo­sta­wi­ła jej spo­ro w za­głę­bie­niach pra­do­li­ny i na przy­brzeż­nych łę­gach. Na­wet nie wszyst­kie ryby zdą­ży­ły się za­brać z jej od­pły­wem. A kie­dy słon­ko jesz­cze moc­niej przy­grza­ło, to na ży­znym, na­nie­sio­nym przez po­wódź na­mu­le, wcze­śniej niż gdzie in­dziej za­czę­ły kieł­ko­wać de­li­kat­ne mle­cze, jędr­na le­bio­da i kwa­sko­wa­ty szczaw.

Naj­waż­niej­sze, że wszyst­ko to ra­zem, zda­niem ba­ra­ko­wych lu­dzi, nie mó­wiąc już o dzie­cia­kach, nada­wa­ło się do je­dze­nia; jak tam kto chce, go­to­wa­ne czy od razu na su­ro­wo. Ta­pla­ły się dzie­cia­ki, a wśród nich Mar­ci­nek, po tych błot­ni­stych, le­d­wie kieł­ku­ją­cych łą­kach i opy­cha­ły się mło­dą zie­le­ni­ną do wzdę­cia i bie­gun­ki. Co star­sze zbie­ra­ły ja­dal­ną zie­leń i za­no­si­ły do ba­ra­ku. A ile było emo­cji i ra­do­ści, nie mó­wiąc już o po­żyt­ku, kie­dy ta­kie­mu ma­łe­mu szczę­ścia­rzo­wi uda­wa­ło się na­tra­fić i wy­ło­wić z wy­sy­cha­ją­ce­go wod­ne­go oczka le­d­wie żywą, zdy­cha­ją­cą na po­wie­trzu ry­bi­nę. Wcze­sna wio­sna w taj­dze, oprócz sło­necz­nych, co­raz dłuż­szych i cie­plej­szych dni, jesz­cze jed­nym, nie tyl­ko zresz­tą dzie­ciar­nię, ob­da­ro­wy­wa­ła. Otóż, w Ka­je­nie, nie­da­le­ko za ba­ra­ka­mi, na przed­pro­żu mrocz­nej ścia­ny so­sno­wo-ce­dro­wej, cią­gną­cej się nie wie­dzieć do­kąd taj­gi, ro­sły so­bie roz­le­głym za­gaj­ni­kiem wy­so­kie, smu­kłe i zgrab­ne jed­na w jed­ną, stroj­ne w de­li­kat­ną śnież­no­bia­łą korę – sy­be­ryj­skie brzo­zy. To one wła­śnie, i tyl­ko wcze­sną wio­sną, nim za­zie­le­ni­ły się pierw­szy­mi list­ka­mi, aż pęcz­nia­ły od nad­mia­ru krą­żą­ce­go w nich soku. I to ja­kie­go soku! Nie dość, że dla czło­wie­ka po­żyw­ne­go, ba! zda­niem wie­lu wręcz lecz­ni­cze­go, to do tego jesz­cze na róż­ne sma­ki słod­kie­go. Wy­star­czy­ło tyl­ko korę brzóz­ki głę­biej za­dra­pać, nie mó­wiąc o spo­sob­nym na­cię­ciu, jak sok za­czy­nał ka­pać, spły­wać do pod­sta­wio­ne­go na­czy­nia albo pro­sto do ust.

Lato i je­sień w taj­dze, choć po tu­tej­sze­mu krót­kie, też da­rów na­tu­ry lu­dziom nie ską­pią. Tyle że trze­ba się na nich znać i po­tra­fić, mieć wa­run­ki, żeby je spo­żyt­ko­wać. Ba­ra­ko­wi lu­dzie czę­sto nie mie­li ani jed­ne­go, ani dru­gie­go, a co do­pie­ro małe dzie­ci. Nie bra­ko­wa­ło w taj­dze grzy­bów, ja­gód roz­ma­itych, na­wet – ni­ko­mu w Pol­sce nie­zna­nych – ce­dro­wych orze­chów. Kto po­tra­fił i miał czym, mógł w Bi­ru­sie ło­wić ryby. Mar­ci­nek był na to wszyst­ko za mały. Grzy­by na su­ro­wo jeść się nie da­wa­ły, cza­sa­mi tyl­ko star­si chłop­cy roz­pa­la­li ogni­sko i pie­kli je na pa­ty­kach. Co in­ne­go ja­go­dy, tymi Mar­ci­nek opy­chał się do prze­sy­tu. I zbie­rał do ta­kie­go „tu­ja­ska”, dzban­ka zro­bio­ne­go z brzo­zo­wej kory, i przy­no­sił ma­mie do ba­ra­ku, któ­ra ostat­nio sła­bo­wa­ła co­raz bar­dziej. Ma­la­ria ją tłu­kła, wra­ca­ła co­raz czę­ściej i co­raz moc­niej­szy­mi, dłu­gi­mi ata­ka­mi. By­wa­ło, że po ta­kim ata­ku Ma­zu­ro­wa opusz­cza­ła pra­cę, bo z pry­czy zwlec się nie mo­gła. Mar­ci­nek po­ma­gał ro­dzi­ciel­ce, jak po­tra­fił, a kie­dy przy­no­sił jej na­zbie­ra­ne ja­go­dy, cie­szył się, ja­dła je chęt­nie, do tego na­chwa­lić się syn­ka nie mo­gła.

– Tyl­ko pa­mię­taj, Mar­cin­ku, bar­dzo cię pro­szę, nie chodź da­le­ko do lasu, bo jesz­cze nie daj Boże za­błą­dzisz mi kie­dyś, a taj­ga to prze­cież.

– Nie bój się, ma­mu­siu, nie za­błą­dzę! Za­wsze z in­ny­mi chło­pa­ka­mi cho­dzę, a do taj­gi, to tyl­ko bli­sko ba­ra­ków, na skra­ju.

– To do­brze, syn­ku, do­brze, bo gdy­by tak coś się sta­ło…

Nie koń­czy­ła, od­wra­ca­ła gło­wę i koń­cem chust­ki wy­cie­ra­ła oczy.

Mi­ja­ło krót­kie sy­be­ryj­skie lato, żółk­ną­ce li­ście brzóz zwia­sto­wa­ły je­sień. Ze zdro­wiem Ma­zu­ro­wej z każ­dym dniem było go­rzej i go­rzej. Kie­dy kil­ka dni z rzę­du nie mia­ła sił pójść do pra­cy, w ich ba­ra­ko­wej klit­ce zja­wił się ko­men­dant Le­bie­diew. Po­pa­trzył, po­słu­chał uspra­wie­dli­wień Ma­zu­ro­wej i po­ki­waw­szy gło­wą niby ze zro­zu­mie­niem, w bez­rad­nym ge­ście roz­ło­żył ręce.

– Ro­zu­mieć, to ja oby­wa­tel­kę ro­zu­miem, ale pra­wo jest pra­wem. A u nas „kto nie pra­cu­je ten nie je”. Do tego jesz­cze wo­jen­ne pra­wa obo­wią­zu­ją. Do „ka­ła­łaż­ki” was nie za­mknę, pod sąd nie od­dam, ale kar­tecz­ki na chleb mu­szę wam zmniej­szyć. Od dzi­siaj, tak jak wszy­scy nie­pra­cu­ją­cy, bę­dzie­cie otrzy­my­wać po dwa­dzie­ścia deko na oso­bę. Chy­ba że wró­ci­cie do ro­bo­ty. No to po­pra­wiaj­cie się, po­pra­wiaj­cie – skrzyp­nął drzwia­mi i po­szedł.

Ma­zu­ro­wa do pra­cy nie po­szła. Po zmniej­sze­niu im ra­cji chle­ba pra­wie przy­mie­ra­li gło­dem, nie mó­wiąc o tym, że i tych ską­pych ką­sków mat­ka od ust so­bie odej­mo­wa­ła, byle tyl­ko Mar­cin­ka po­kar­mić. Sama przez Bi­ru­sę do Czu­wa­szek prze­pra­wić się nie mia­ła siły, więc oka­zyj­nie przez usłuż­ne ba­ra­ko­we są­siad­ki wy­mie­nia­ła na żyw­ność, co tyl­ko mo­gła. Aż wresz­cie wy­mie­ni­ła ostat­nią su­kien­kę, jaka jej z Pol­ski zo­sta­ła, za wia­der­ko ziem­nia­ków i parę przy­gar­ści owsia­nej ka­szy. I tym go­spo­da­rzy­ła, jak umia­ła naj­oszczęd­niej, żeby choć raz na ty­dzień Mar­ci­nek mógł prze­łknąć cze­goś go­rą­ce­go. Ob­ja­wy dłu­go­trwa­łe­go gło­du nie ka­za­ły na sie­bie cze­kać. Na po­żół­kłym, wy­nisz­czo­nym ma­la­rią cie­le Ma­zu­ro­wej po­ja­wi­ła się opu­chli­zna. Po­czy­na­jąc od nóg, któ­re spu­chły jak kło­dy, z każ­dym dniem peł­zła wy­żej i wy­żej…

Mar­ci­nek się prze­bu­dził, ziew­nął, prze­tarł oczy i już zsu­wał nogi z pry­czy, by swo­im zwy­cza­jem po­biec do pie­cy­ka i zjeść, co mu tam mama zo­sta­wi­ła. Po­wstrzy­mał się w ostat­niej chwi­li, bo zer­k­nął, że le­żą­ca z nim na tej sa­mej pry­czy mama jesz­cze śpi. I już cał­kiem przy­tom­nie po­my­ślał, że już od daw­na do je­dze­nia nic nie mają, oprócz tego ka­wał­ka chle­ba. Ale po ten dzi­siej­szy chleb mama po­śle go do­pie­ro po po­łu­dniu, bo wte­dy w ma­ga­zyn­ku na kart­ki pie­czy­wo wy­da­ją. „Do­pie­ro po po­łu­dniu” – po­my­ślał, trud­no. Ale na samą myśl już te­raz się cie­szył, jak do tego skła­du w te pędy po­bie­gnie, poda kart­kę ma­ga­zy­nie­ro­wi, a ten od­wa­ży mu ka­wa­łek chle­ba. Wy­bie­gnie po­tem, za­raz odła­mie so­bie nie­du­żo, ot taką odro­bin­kę, skór­ki naj­le­piej, bo moż­na ją przez całą dro­gę do ba­ra­ku sma­ko­wać i po­łknąć do­pie­ro przed drzwia­mi, jak nic wrza­śnie:

– Ma­mu­siu! Chleb przy­nio­słem!…

W okno za­glą­dał już bia­ły dzień, a mama wciąż jesz­cze spa­ła. Dłu­ży­ło się Mar­cin­ko­wi, wstał i ci­chut­ko żeby mamy nie zbu­dzić, za­czął roz­pa­lać w pie­cy­ku… „Nim ma­mu­sia wsta­nie, her­ba­ty jej ugo­tu­ję” – po­my­ślał. Ucie­szo­ny po­my­słem, za­czerp­nął z wia­der­ka gar­nu­szek wody i po­sta­wił na roz­ża­rzo­ne że­liw­ne fa­jer­ki. Od­cze­kał, kie­dy woda za­czę­ła bul­go­tać i wrzu­cił do niej drob­no po­kru­szo­nych ma­li­no­wych ło­dyg. Wi­dział, że mama tak ro­bi­ła, a tak za­pa­rzo­na „her­ba­ta”, choć nie­słod­ka, bo cu­kru od daw­na na oczy tu nie wi­dzie­li, mia­ła ła­god­ny smak, ró­żo­wy ko­lor i pach­nia­ła świe­ży­mi ma­li­na­mi.

A mama wciąż spa­ła. Nie śmiał jej bu­dzić. Na pal­cach pod­szedł do pry­czy i wte­dy do­pie­ro za­uwa­żył, że przy­kry­tej na gło­wę ma­mie, spod sta­re­go koca, wy­sta­ją bose sto­py. „Żeby jej zim­no w nogi nie było”. Z tą my­ślą Mar­ci­nek za­czął de­li­kat­nie po­pra­wiać i na­cią­gać koc. Drgnął jed­nak z prze­stra­chu, że zbu­dzi śpią­cą, bo nie­chcą­cy ścią­gnął koc z ma­mi­nej twa­rzy. Ale za­raz cał­kiem ska­mie­niał; ro­dzi­ciel­ka nie spa­ła, ona nie żyła! Le­ża­ła na wznak z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, jak­by nie wie­dzieć cze­mu wpa­try­wa­ła się w su­fit.

I choć z wi­do­kiem śmier­ci Mar­ci­nek był oswo­jo­ny, bo pa­mię­tał śmierć ojca w Ka­lu­czem, zgon bra­ta Jul­ka, a cał­kiem nie­daw­no sio­stry Ma­ry­si, tu, na tej sa­mej pry­czy, gdzie te­raz leży mama, z po­ra­ża­ją­ce­go żalu i trwo­gi głos i łzy mu ode­bra­ło. Stał chwil­kę obok pry­czy, by ze­rwać się na­gle i wy­biec przed ba­rak. Tam do­padł do pierw­szej na­po­tka­nej ko­bie­ty, nie pa­mię­tał na­wet, do kogo, i kur­czo­wo ucze­piw­szy się jej rę­ka­wa cią­gnął do ba­ra­ku:

– Mama… mama… mama…

Śmierć i mat­czy­ny po­chó­wek Mar­ci­nek prze­żył niby w pół­śnie ja­kimś i nie­wie­le z tego wszyst­kie­go pa­mię­tał. Ko­bie­ta, któ­rą przed ba­ra­kiem za­cze­pił, po­wia­do­mi­ła kogo trze­ba. Na­czel­nik Le­bie­diew ka­zał sto­la­rzom zro­bić trum­nę. Zna­leź­li się też do­brzy lu­dzie, któ­rzy wy­ko­pa­li dół, trum­nę na cmen­tarz za­nie­śli i do gro­bu wpu­ści­li. Ża­łob­ni­ków było nie­wie­lu, bo na­czel­nik Le­bie­diew ni­ko­go z ro­bo­ty nie zwol­nił, za­le­d­wie kil­ka ba­ra­ko­wych sta­ru­szek. Ba­bi­ny prze­bie­ra­ły ró­żań­ce zgra­bia­ły­mi pal­ca­mi, mo­dli­ły się gło­śno i na­boż­nie że­gna­ły. Mar­cin­ko­wi na­wet jed­na z nich ka­za­ła zdjąć czap­kę, prze­że­gnać się i rzu­cić grud­kę zie­mi na ma­mi­ną trum­nę. Zro­bił, co mu ka­za­ła, choć nie bar­dzo ro­zu­miał po co ma ma­mu­si trum­nę gru­da­mi ob­rzu­cać. A po­tem sły­szał jesz­cze, jak roz­cho­dzą­ce się ko­bie­ty la­men­to­wa­ły, uża­la­ły się nad jego lo­sem:

– Moja pani, ta prze­cież cała ro­dzi­na mu wy­mar­ła… Sa­miu­sień­ki jak ten pa­lec na tym świe­cie się ostał. No i co te­raz z tą sie­ro­ta bę­dzie…

I na tym uża­la­niu za­in­te­re­so­wa­nie Mar­cin­kiem się skoń­czy­ło. Chło­piec do póź­ne­go wie­czo­ru wa­łę­sał się bez celu po po­bli­skiej taj­dze, wra­cał parę razy na cmen­tarz, ob­cho­dził mo­gi­ły mamy, Jul­ka i Ma­ry­si, by wresz­cie, spła­ka­ny i prze­mar­z­nię­ty do ko­ści, wró­cić do swo­jej ba­ra­ko­wej klit­ki.

Od dnia po­grze­bu nikt się w ba­ra­kach lo­sem Mar­cin­ka nie in­te­re­so­wał, jak mu tam, co robi, czy ma co jeść i gdzie spać. Spać miał gdzie, bo jak do­tąd nikt go z do­tych­cza­so­wej ba­ra­ko­wej klit­ki nie wy­ga­niał. Może sro­gi na­czel­nik Le­bie­diew też o nim za­po­mniał? Cho­ciaż chy­ba nie, bo któ­ryś ze star­szych chło­pa­ków Mar­cin­ka po­stra­szył, że ko­men­dant Le­bie­diew zbie­ra po ba­ra­kach ta­kie „bez­pri­zor­ny­je” sie­ro­ty jak on i ma je od­dać do ja­kie­goś ru­skie­go „died­do­mu”, czy­li sie­ro­ciń­ca. Od­tąd Mar­ci­nek, włó­cząc się po Ka­je­nie, na wi­dok Le­bie­die­wa brał nogi za pas i cho­wał się przed nim, gdzie się dało. I z tego stra­chu przed sie­ro­ciń­cem chło­piec bał się na­wet zgło­sić po kar­tecz­kę na te dwa­dzie­ścia deka chle­ba. Co więc jadł, czym się ży­wił? A czym się dało, co mu je­sien­na taj­ga dała, głów­nie pod­mar­z­łe już grzy­by, opa­dłe ce­dro­we orze­chy, ko­ra­lo­we, sy­cą­ce czer­wo­ne ja­go­dy brusz­ni­cy, wy­grze­by­wa­ne z zie­mi ole­iste ko­rze­nie „sa­ran­ki”, ki­ście czar­ne­go bzu i cierp­kie ja­go­dy cze­rem­chy. Cza­sa­mi ja­kaś li­to­ści­wa ba­ra­ko­wa ko­bie­ta za­pro­si­ła go na cho­chlę cie­płej zupy. Czę­sto wę­dro­wał też Mar­ci­nek da­le­ko od ba­ra­ków, aż na po­rę­bę, gdzie po­ma­gał ro­bot­ni­kom ścią­gać ob­ci­na­ne ga­łę­zie i spa­lać je na wiel­kim ogni­sku. Nig­dy ni­ko­go o je­dze­nie nie pro­sił, ale naj­czę­ściej, wła­śnie tam, na po­rę­bie, znaj­do­wa­ła się ja­kaś li­to­ści­wa du­sza, któ­ra odła­ma­ła dla nie­go ka­wa­łe­czek chle­ba czy kub­kiem go­rą­cej her­ba­ty po­czę­sto­wa­ła.

Sy­be­ryj­ska zima zja­wi­ła się na­gle, od razu śnież­na i mroź­na. A wraz z jej na­dej­ściem za­czę­ła się dla Mar­cin­ka praw­dzi­wa bie­da. Nie miał się w co ubrać i cze­go wzuć na nogi. To, że wy­glą­dał jak ob­szar­pa­niec, ni­ko­mu spe­cjal­nie nie prze­szka­dza­ło, bo wszy­scy ba­ra­ko­wi, w tym do­ro­śli, wy­glą­da­li po­dob­nie. Mar­ci­nek ze swo­je­go pol­skie­go ubran­ka wy­rósł, zno­sił też wszyst­ko po star­szym bra­cie Jul­ku. Je­śli się gdzieś wy­bie­rał, choć­by po su­che ga­łę­zie do taj­gi, czy zna­leźć coś do je­dze­nia, owi­jał po­strzę­pio­ne trze­wi­ki szma­ta­mi i mo­co­wał sznur­kiem. A gdzie tu w zi­mie zna­leźć coś do je­dze­nia, kie­dy mróz i kop­ny śnieg po pa­chy? A że­brać i pro­sić Mar­ci­nek wciąż się nie na­uczył, po pro­stu się wsty­dził. A jeść trze­ba. I Mar­ci­nek, mimo pierw­sze­go śnie­gu i zimy, wy­pa­trzył coś do je­dze­nia. Na ba­gnach, tak zwa­nych „kocz­kach”, gdzie w le­cie moż­na było być wcią­gnię­tym w to­piel bez­den­ną, ro­sła i owo­co­wa­ła „klu­kwa”, sy­be­ryj­ska krze­wia­sta bo­rów­ka, o wiel­kich jak agrest, gra­na­to­wych, o kwa­śnym sma­ku ja­go­dach. I  „mo­rosz­kę” też tam moż­na było spod śnie­gu wy­grze­bać. Też kwa­śna do osko­mi­ny, krze­wią­ca się jak brusz­ni­ca, ko­lo­rem do po­rzecz­ki po­dob­na. O te błot­ne ja­go­dy to­czył Mar­ci­nek boje z rów­nie głod­ny­mi, zla­tu­ją­cy­mi się na „kocz­ki” pta­szy­ska­mi. A wy­pra­wiał się tam Mar­ci­nek nie­mal co­dzien­nie i one też sta­no­wi­ły głów­ne jego po­ży­wie­nie. „A kie­dy Bi­ru­sę lód ze­tnie, to może do Czu­wa­szek się wy­bio­rę i naj­mę się tam do ja­kiejś ba­busz­ki do ro­bo­ty; su­szu jej do pie­ca z taj­gi przy­wlo­kę, wody przy­nio­sę, co mi każe, to będę ro­bił. A tam to już na pew­no ko­men­dant mnie nie znaj­dzie i do «died­do­mu» nie od­pra­wi”. Tak so­bie cza­sa­mi zzięb­nię­ty i wy­głod­nia­ły Mar­ci­nek prze­my­śli­wał. Aż tu kie­dyś, pod­czas ko­lej­nej wy­pra­wy na „kocz­ki”, za­stał go wie­czór, a do tego gę­stym śnie­giem po­pró­szy­ło. Mar­ci­nek ze­brał się do po­wro­tu i… za­błą­dził! A noc­ny „błąd” nie tyl­ko małe dziec­ko zwie­dzie. Jak dłu­go chło­piec błą­dził po tych „kocz­kach”, trud­no po­wie­dzieć. Ale miał szczę­ście, bo choć le­d­wie żywy, w mrocz­nej za­wiei do­strzegł przed sobą za­rys ba­ra­ku. Po­pła­kał się z ra­do­ści, bo wie­dział, że jest w Ka­je­nie. Nie był to jed­nak jego ba­rak. Mar­ci­nek był tak sla­by, że da­lej nie mógł zro­bić kro­ku. Do­wlókł się do oszro­nio­nych ba­ra­ko­wych drzwi, dra­pał w nie jak psi­na i ło­mo­tał pię­ścia­mi, bo już gło­su nie mógł z sie­bie wy­do­być. „Żeby nie spa­li, żeby mnie tyl­ko ktoś usły­szał” – mo­dlił się w my­ślach.

I usły­szał. Cała licz­na ro­dzi­na Sta­ni­szów aku­rat sie­dzia­ła przy sto­le i szy­ko­wa­ła się do ko­la­cji. Naj­młod­sze dzie­cia­ki nie­cier­pli­wi­ły się naj­bar­dziej, bo dzi­siaj, jak rzad­ko, ko­la­cja za­po­wia­da­ła się ob­fi­ta i na­resz­cie so­bie pod­je­dzą. Ob­fi­ta z tej oka­zji, bo naj­star­szy ze Sta­ni­szów, Ju­lek, wró­cił do­pie­ro z da­le­kie­go spła­wu, na któ­ry la­tem z tra­twa­mi wy­pły­nął, i przy­dźwi­gał cały ple­cak żyw­no­ści: chleb, kon­ser­wę „świ­noj tu­szon­ki”, ka­szy jęcz­mien­nej i na­wet spo­ry ka­wał cu­kru. Dziew­czyn­ki na­go­to­wa­ły ka­szy z kon­ser­wą, po­roz­le­wa­ły każ­de­mu spra­wie­dli­wie do alu­mi­nio­wych mi­se­czek, a komu mi­ski nie star­czy­ło, to do gar­nusz­ków. Ma­lu­chy nie­cier­pli­wi­ły się, prze­bie­ra­ły łyż­ka­mi, byle tyl­ko szyb­ciej w tej go­rą­cej zu­pie po­wio­sło­wać. Ale wszy­scy cze­ka­li, aż oj­ciec prze­że­gna się, oni za nim znak krzy­ża po­wtó­rzą i wte­dy do­pie­ro so­bie po­je­dzą. Sta­ry Sta­nisz już uniósł rękę do prze­że­gna­nia, gdy na­gle sie­dzą­cy naj­bli­żej drzwi Sta­szek za­alar­mo­wał:

– Tato, chy­ba ktoś puka!

Wszy­scy za­mie­ni­li się w słuch. Usły­sze­li pu­ka­nie.

– Puka – po­twier­dził Sta­nisz. – A kogo to aku­rat te­raz czort nie­sie? Otwórz Sta­siu, naj­bli­żej sie­dzisz.

W oszro­nio­ne drzwi, wraz z falą zim­na, prze­wa­lił się przez próg mały, rów­nie jak te drzwi oszro­nio­ny, uty­tła­ny w śnie­gu chłop­czy­na. Sta­szek po­mógł mu wstać, otrze­pał go, zdjął mu czap­kę.

– A kto to zno­wu taki? – dzi­wił się Sta­nisz.

Zby­szek i Cze­siek od­wrza­snę­li ojcu w je­den głos:

– To jest Mar­ci­nek, tato, ten od Ma­zu­rów, co mu nie­daw­no mama umar­ła.

Tym­cza­sem Mar­ci­nek ro­ze­bra­ny, na­tar­ty do ru­mień­ca po po­licz­kach, wy­raź­nie do­cho­dził do sie­bie. Sta­nisz za­rzą­dził:

– Ano, Zby­szek i Cze­siek, roz­suń­cie się tro­chę i weź­cie chło­pa­ka mię­dzy sie­bie. A ty, Wła­dziu, znajdź tam jesz­cze ja­kiś gar­nu­szek i na­lej mu go­rą­cej zupy, niech zje ra­zem z nami.

Wła­dzia, któ­ra dzi­siaj za ku­char­kę ro­bi­ła wy­raź­nie po­smut­nia­ła.

– Ale, ja, tato… do ostat­niej kro­pel­ki wszyst­ką zupę po­roz­le­wa­łam, na wszyst­kich po­dzie­li­łam, nic ma już zupy, tato.

– Taka spra­wa… Ale nie martw się, cór­cia, zro­bi­my tak. Weź jego, jak mu tam?

– Mar­ci­nek, tato – od­po­wie­dzia­ła Wła­dzia.

– Weź jego gar­nu­szek i obejdź nas wszyst­kich po ko­lei, a każ­de z nas, na­wet ma­lu­chy, ze swo­jej mi­ski po dwie łyż­ki mu wy­dzie­li. W taki spo­sób i Mar­ci­nek z nami po­wie­cze­rza, a my bez tych dwóch ły­żek stra­wy mniej ra­czej też nie zgłod­nie­je­my… No to, za­ła­twio­ne? Za­ła­twio­ne! Wszy­scy na swo­ich miej­scach? Raz, dwa, trzy… dwa­na­ścio­ro jest nas ra­zem za tym sto­łem, jak tych, nie przy­mie­rza­jąc, dwu­na­stu apo­sto­łów. No to, dzie­cia­ki, „W imię Ojca i Syna…”

– Amen! – od­krzyk­nę­li chó­rem.

Sta­nisz uśmiech­nął się pod wą­sem i pierw­szy za­nu­rzył łyż­kę w zu­pie…

Post­scrip­tum

Jak ła­two się do­my­ślić, od tej chwi­li Mar­ci­nek Ma­zur po­zo­stał przy ro­dzi­nie Sta­ni­szów na sta­łe. Tu do­ra­stał, by w czerw­cu 1946 roku ra­zem z nimi po­wró­cić z Sy­bi­ru do Pol­ski. Do­pie­ro na punk­cie gra­nicz­nym w Te­re­spo­lu ich losy się ro­ze­szły. A sta­ło się tak, po­nie­waż ów­cze­sny Urząd Re­pa­tria­cyj­ny i Pol­ski Czer­wo­ny Krzyż ewi­den­cjo­no­wał i przej­mo­wał pod swo­ją opie­kę sie­ro­ty ta­kie jak Mar­ci­nek, któ­rych wśród po­wra­ca­ją­cych z Sy­bi­ru było spo­ro. Te in­sty­tu­cje, oprócz opie­ki nad sie­ro­ta­mi, mia­ły też po­szu­ki­wać w Pol­sce ich krew­nych. Czy Mar­ci­nek, a dziś już po po­nad pół wie­ku, pan Mar­cin Ma­zur, miał ta­kie szczę­ście i w tym po­wo­jen­nym cha­osie ko­goś ze swo­ich krew­nych od­na­lazł? Tego do dziś nie wia­do­mo. Wia­do­mo na pew­no, że, nie­ste­ty, Mar­cin Ma­zur ze Sta­ni­sza­mi też się już po­tem nie spo­tkał. Sta­ni­szo­wie, któ­rych jesz­cze spo­ro żyje i miesz­ka na Dol­nym Ślą­sku, do dziś nie mają o nim żad­nej wie­ści. Ale mimo upły­wu tylu, tylu lat wciąż nie tra­cą na­dziei na spo­tka­nie z Mar­cin­kiem, bo ta­kim go pa­mię­ta­ją i wspo­mi­na­ją. Mar­ci­nie, gdzie­kol­wiek te­raz je­steś, ode­zwij się! Bo i au­tor, któ­ry tę hi­sto­rię naj­praw­dziw­szą z praw­dzi­wych opi­sał, i po­dob­nie jak ty był w Ka­je­nie, też nie tra­ci na­dziei, że się ode­zwiesz. Na do­wód cze­go nie koń­czy tej opo­wie­ści epi­lo­giem, tyl­ko nie­zwy­kłym post­scrip­tum.

UCIECZKA

Przy­gnę­bia­ją­ca ze­słań­cza bez­na­dzie­ja na­wet naj­moc­niej­szych du­chem mo­gła za­ła­mać. Naj­więk­si opty­mi­ści tra­ci­li wi­do­ki na