Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Casanova. Pamiętniki - Giovanni Giacomo Casanova

Krążyły legendy o liczbie kobiet, które zdobył!

Alchemik, szarlatan i hipnotyzer. Stał się sławny po aresztowaniu za bezbożność i czary. Casanovę przyjmowano na dworach wielkich tego świata: carycy Katarzyny, Fryderyka Wielkiego, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jego pojedynek z polskim magnatem i przyjacielem króla, Franciszkiem Ksawerym Branickim stał się sensacją towarzyską. Poszło oczywiście o kobiety. Nade wszystko jednak kochał rozkosze życia, co szeroko opisał w swych pamiętnikach, które nadal czyta się z wypiekami na twarzy.

Opinie o ebooku Casanova. Pamiętniki - Giovanni Giacomo Casanova

Fragment ebooka Casanova. Pamiętniki - Giovanni Giacomo Casanova

GIO­VAN­NI GIA­CO­MO CA­SA­NO­VA 

PA­MIĘT­NI­KI

Prze­ło­żył, wy­bo­ru do­ko­nał i wstę­pem opa­trzyłTa­de­usz Evert

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Mémo­ires

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion and pre­fa­ce by Mar­ta Mi­chal­ska i Zo­fia Bu­cholc, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I w tej edy­cji

War­sza­wa

Od tłumacza

Gio­van­ni Gia­co­mo Ca­sa­no­va, z wła­snej ła­ski i wy­bo­ru ka­wa­ler de Se­in­galt, nie mó­wiąc już o in­nych licz­nie przy­bra­nych, a ra­czej do­bie­ra­nych so­bie na­zwi­skach, uro­dził się w roku 1725, zmarł zaś w roku 1798 na ła­ska­wym, choć do­brze omasz­czo­nym chle­bie hra­bie­go Jó­ze­fa Ka­ro­la Em­ma­nu­ela Wald­ste­in-War­ten­ber­ga, na jego zam­ku w Cze­chach, w miej­sco­wo­ści Dux, obec­nie Dusz­kov, w po­bli­żu uzdro­wi­ska Te­pli­ce Ša­now.

Wzro­stu słusz­ne­go, bo mie­rzył bez mała 1,86 m, od­zna­czał się Ca­sa­no­va atle­tycz­ną bu­do­wą i moc­no śnia­dą cerą. Na twa­rzy po­zo­sta­ło mu parę dzio­bów – pa­miąt­ka z sa­ma­ry­tań­skiej dzia­łal­no­ści jesz­cze w la­tach dzie­cin­nych, kie­dy to pie­lę­gno­wał swo­ją mło­dą przy­ja­ciół­kę Bet­ti­nę, cho­rą na ospę. Czo­ło miał wy­so­kie, oczy nie­co wy­łu­pia­ste, spoj­rze­nie żywe i by­stre, z lek­ka nie­uf­ne i nie­spo­koj­ne, co nada­wa­ło mu tro­chę dzi­ki wy­raz. Zresz­tą i cha­rak­ter miał nie­co dzi­ki: ła­two wpa­dał w gniew i ła­two się śmiał. Ale naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny był jego nos: cien­ki, de­li­kat­ny w ry­sun­ku i wy­dłu­żo­ny świad­czył o wy­bred­nym gu­ście i róż­no­rod­nych za­mi­ło­wa­niach.

Trud­no po­wie­dzieć, czy Ca­sa­no­va był przy­stoj­ny, czy nie, na­to­miast jego po­sta­wa i pew­ność sie­bie nie­wąt­pli­wie im­po­no­wa­ły lu­dziom już od pierw­sze­go rzu­tu oka. Był też nie­zwy­kle wy­trzy­ma­ły fi­zycz­nie i nie­sa­mo­wi­cie ży­wot­ny. A w pa­rze z tymi ce­cha­mi fi­zycz­ny­mi szły rzad­kie ce­chy in­te­lek­tu­al­ne, a więc: ogrom­na ska­la za­in­te­re­so­wań, umysł ja­sny i lo­gicz­ny, fe­no­me­nal­na pa­mięć i wiel­kie zdol­no­ści nar­ra­cyj­ne przy ko­lo­sal­nej eru­dy­cji. Ten ksiądz, fi­lo­zof, ma­te­ma­tyk, al­che­mik, po­eta, tłu­macz, pi­sarz, prze­my­sło­wiec na­wet i przed­się­bior­ca, co or­ga­ni­zo­wał lo­te­rię pań­stwo­wą (jak by­śmy to dziś na­zwa­li) i ukła­dał pla­ny prze­ko­pa­nia ka­na­łu od Na­rbon­ne do Bay­on­ny dla omi­nię­cia Gi­bral­ta­ru, ba, na­wet hi­sto­ryk zaj­mu­ją­cy się spra­wa­mi Pol­ski – a moż­na by jesz­cze mno­żyć jego za­in­te­re­so­wa­nia i po­czy­na­nia – nade wszyst­ko ko­chał roz­ko­sze ży­cia. Łą­czy­ło się to jed­nak z awan­tur­nic­twem, to­też jako nie­po­spo­li­ty awan­tur­nik i li­ber­tyn w epo­ce, w któ­rej ro­iło się od awan­tur­ni­ków i li­ber­ty­nów, prze­szedł Ca­sa­no­va – chy­ba naj­sław­niej­szy z nich – do hi­sto­rii.

Pod­łej kon­dy­cji – był przyj­mo­wa­ny przez ko­ro­no­wa­ne gło­wy, a naj­lep­sze to, że nie za­po­mi­nał przy nich ję­zy­ka w gę­bie. Za­py­ta­ny przez Jó­ze­fa II, czy jest przy­ja­cie­lem pana Za­gu­ri, od­po­wia­da:

– Tego we­nec­kie­go szlach­ci­ca? Tak, to mój przy­ja­ciel.

– Nie po­do­ba mi się jego szla­chec­two. Nie bu­dzą we mnie sza­cun­ku ci, któ­rzy je ku­pu­ją.

– A ci, co je sprze­da­ją, naj­ja­śniej­szy pa­nie? – pyta Ca­sa­no­va.

Nie tra­ci też kon­te­nan­su1 przed Sta­ni­sła­wem Au­gu­stem (któ­re­go se­kre­ta­rzem chciał­by zo­stać) i wy­łu­dza od nie­go pie­nią­dze z wpra­wą zręcz­ne­go dwo­ra­ka.

W Rzy­mie roz­ma­wia z pa­pie­żem, w Szwaj­ca­rii z Wol­te­rem, w Ber­li­nie z Fry­de­ry­kiem Wiel­kim, w Ro­sji z Ka­ta­rzy­ną II. A to wca­le nie wszy­scy wiel­cy i moż­ni lu­dzie, któ­rzy prze­wi­ja­ją się na stro­nach jego Pa­mięt­ni­ków.

Nie brak mu i fan­ta­zji, do­ra­bia so­bie ge­ne­alo­gię, wy­wo­dzi swój ród z po­cząt­ków XV wie­ku, ale chęt­nie po­da­je się za dzie­cię z nie­pra­we­go łoża, ze związ­ku mat­ki z dy­rek­to­rem te­atru, w któ­rym wy­stę­po­wa­ła. Dziw­na nie­kon­se­kwen­cja w tym czło­wie­ku, gdy się zwa­ży, że jego młod­szy brat, Fran­ci­szek, był po­dob­no sy­nem tej­że Za­net­ty (dość zresz­tą do­stęp­nej) i księ­cia Wa­lii, któ­ry nie­co póź­niej zo­stał Je­rzym II. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że w cza­sach kie­dy w po­cho­dze­niu z nie­pra­we­go łoża nie wi­dzia­no nic hań­bią­ce­go, i przy ta­kiej ma­mie, mógł so­bie Ca­sa­no­va po­zwo­lić na coś wię­cej niż na dy­rek­to­ra te­atru!

Ale u Ca­sa­no­vy, któ­ry o swo­ich wa­dach pi­sze tak, jak­by były za­le­ta­mi, a o za­le­tach – jak o rze­czy naj­na­tu­ral­niej­szej, nie jest to je­dy­na nie­kon­se­kwen­cja.

Wiek XVIII ob­fi­to­wał w nie­po­spo­li­tych awan­tur­ni­ków. Żyło się wte­dy ła­two, a ra­dość ży­cia i jego uro­ki sta­wia­ło nade wszyst­ko. W cza­sach kie­dy koń był naj­szyb­szym środ­kiem lo­ko­mo­cji, jeź­dzi­ło się z kra­ju do kra­ju ła­twiej niż dziś z War­sza­wy do Mi­la­nów­ka. Pie­nią­dze czer­pa­ło się bez skru­pu­łów z ha­zar­du, oszu­stwa i kie­sze­ni hoj­nych me­ce­na­sów oboj­ga płci.

Ca­sa­no­va na­le­żał do obie­ży­świa­tów, po tro­sze z go­rącz­ko­wej we­wnętrz­nej po­trze­by, a po tro­sze z musu, bo czę­sto zie­mia pa­li­ła mu się pod no­ga­mi. Ale czy tyl­ko dla­te­go? Po­dob­no nie. W roku 1760 roz­po­czy­na­ją się jego dłu­gie po­dró­że. Ma lat trzy­dzie­ści pięć, jest w peł­ni sił, zna świat i lu­dzi, a więc jest czło­wie­kiem wy­ro­bio­nym, w do­dat­ku nie­po­spo­li­cie zdol­nym, na­da­je się więc do róż­nych mi­sji. Za­cie­ka­wie­nie zaś bu­dzi fakt, że od tego cza­su dziw­nie na­bie­ra wody w usta, gdy cho­dzi o re­la­cje z ma­so­ne­rią. Stąd py­ta­nie: czy Ca­sa­no­va nie był jej agen­tem? Oczy­wi­ście jest to tyl­ko hi­po­te­za, zresz­tą nie­je­dy­na zwią­za­na z tą ta­jem­ni­czą po­sta­cią. Nie­któ­rzy ca­sa­no­vi­ści utrzy­mu­ją, że mógł być na usłu­gach za­ko­nu je­zu­itów. Tak czy owak, świat dla tego czło­wie­ka za­wsze stał otwo­rem. Jeź­dził więc po Wło­szech i Fran­cji, był w An­glii, w Tur­cji, w Niem­czech, Ro­sji, Au­strii, w Pol­sce etc. No­si­ło go po świe­cie, aż za­zdrość bie­rze!

Z tego bo­ga­te­go ży­cia po­zo­sta­wił Pa­mięt­ni­ki, któ­re chciał to spa­lić, to le­go­wał swo­jej mło­dej przy­ja­ciół­ce, a w grun­cie rze­czy gdzieś ta­jem­ni­czo po­siał.

Pi­sał zaś je w Dusz­ko­vie, gdzie był bi­blio­te­ka­rzem – jak już wspo­mnia­łem – u hra­bie­go Wald­ste­ina. Cięż­ki to był okres dla Ca­sa­no­vy i dość dłu­gi, bo trwał czter­na­ście ostat­nich lat jego ży­wo­ta. Zże­ra­ła go no­stal­gia: z po­łu­dnio­wą krwią w ży­łach nie mógł do­brze czuć się w ob­cym so­bie kli­ma­cie, w ob­cych wa­run­kach i oto­cze­niu. Był już sta­ry i swar­li­wy, uwa­żał, że wszy­scy chcą mu do­ku­czyć. Prze­my­śli­wał o sa­mo­bój­stwie, kłó­cił się ze służ­bą, ucie­kał na­wet i za­wsze w koń­cu wra­cał na za­mek hra­bie­go Wald­ste­ina. A ten pła­cił mu dość szczo­drze, re­gu­lo­wał dłu­gi, zno­sił ka­pry­sy i ła­go­dził spo­ry.

W ob­szer­nej, za­cisz­nej bi­blio­te­ce, wśród czter­dzie­stu ty­się­cy to­mów, prze­waż­nie sa­mot­ny, bo za­mek oży­wiał się tyl­ko w okre­sie se­zo­nu, kie­dy to z po­bli­skie­go ku­ror­tu przy­jeż­dża­ło mnó­stwo go­ści i zna­jo­mych, mógł Ca­sa­no­va tyl­ko roz­pa­mię­ty­wać prze­szłość i pi­sać. Ty­po­wa tra­ge­dia sta­re­go czło­wie­ka, któ­ry już nie znaj­du­je dla sie­bie miej­sca w świe­cie.

Pi­sał więc pa­mięt­ni­ki i roz­sy­łał je przy­ja­cio­łom. Wspo­mnie­nia od­twa­rzał z pa­mię­ci, bo jak­że w tak peł­nym przy­gód, burz­li­wym ży­ciu mógł­by za­cho­wać wszyst­kie no­tat­ki i do­ku­men­ty. Coś nie­coś pew­nie mu po­zo­sta­ło, sko­ro ich tyle przy­ta­cza, ale dziś już wie­my, że fa­bry­ko­wał mi­ło­sne li­sty do sa­me­go sie­bie i na­wet je póź­niej od­po­wied­nio zmie­niał.

W dwa­dzie­ścia dwa lata po śmie­ci Ca­sa­no­vy nie­ja­ki Fry­de­ryk Gent­zel za­pro­po­no­wał fir­mie wy­daw­ni­czej Broc­khaus w Lip­sku na­by­cie rę­ko­pi­su fran­cu­skie­go za­ty­tu­ło­wa­ne­go Hi­sto­ria mo­je­go ży­cia do roku 1797. Gent­zel twier­dził, że są to pa­mięt­ni­ki słyn­ne­go Ca­sa­no­vy. Mia­ły one na­le­żeć do Ka­ro­la An­gio­li­ni, spo­krew­nio­ne­go z Ca­sa­no­vą. Ja­ki­mi dro­ga­mi wspo­mnia­ne Pa­mięt­ni­ki tra­fi­ły do rąk Ka­ro­la An­gio­li­ni, usta­lić nie moż­na.

W owym cza­sie po­stać Ca­sa­no­vy, któ­re­go pa­mięt­ni­ki współ­cze­śni wy­ry­wa­li mu z rąk na go­rą­co, już ode­szła nie­co w cień. Broc­khaus mimo to za­in­te­re­so­wał się rę­ko­pi­sem i na­był go po uprzed­nim do­kład­nym prze­ana­li­zo­wa­niu. Oka­za­ło się jed­nak, że rę­ko­pis ury­wa się na roku 1774, to zna­czy w cza­sie, kie­dy Ca­sa­no­va spo­dzie­wał się uzy­skać pra­wo po­wro­tu do umi­ło­wa­nej We­ne­cji.

Z li­stu Ce­cy­lii von Rog­gen­dorff z 1 sierp­nia 1797 roku do Ca­sa­no­vy, tej Ce­cy­lii, któ­rej on nig­dy nie wi­dział, lecz z któ­rą za­przy­jaź­nił się li­stow­nie w ostat­nich la­tach ży­cia, wie­my, że były jesz­cze dal­sze tomyPa­mięt­ni­ków. Pi­sze ona tak:

„Do­no­si mi pan o za­mia­rze le­go­wa­nia mi swo­ich Pa­mięt­ni­ków obej­mu­ją­cych pięt­na­ście to­mów…”, a więc te Pa­mięt­ni­ki czę­ścio­wo gdzieś za­gi­nę­ły, lecz cze­mu tyl­ko koń­co­we tomy? Po­dob­no zresz­tą było ich wszyst­kich aż sie­dem­na­ście.

Wró ćmy jed­nak do Broc­khau­sa.

Zba­daw­szy do­kład­nie rę­ko­pis Pa­mięt­ni­ków, szef tej sza­cow­nej fir­my po­le­cił Wil­hel­mo­wi von Schütz prze­tłu­ma­cze­nie ich na nie­miec­ki i przy­go­to­wa­nie do dru­ku.

Pierw­szy tomPa­mięt­ni­ków w tym opra­co­wa­niu uka­zał się w roku 1822, a ostat­ni, dwu­na­sty, w roku 1828. Uchyl­my ka­pe­lu­sza przed spraw­no­ścią pa­nów Schüt­za i Broc­khau­sa!

To wie­lo­to­mo­we dzie­ło no­si­ło ty­tuł: Pa­mięt­ni­ki We­ne­cja­ni­na Ja­ku­ba Ca­sa­no­vy de Se­in­galt (cóż za sil­na in­dy­wi­du­al­ność au­to­ra, że na­wet po śmier­ci po­zo­stał tym „de Se­in­galt”!) lub jego ży­cie, tak jak je opi­sał w Dux w Cze­chach, prze­tłu­ma­czo­ne z ory­gi­nal­ne­go ma­nu­skryp­tu pod kie­row­nic­twem Wil­hel­ma von Schütz.

Pa­mięt­ni­ki prze­tłu­ma­czo­ne z cza­sem na wie­le ję­zy­ków sta­ły się „be­st­sel­le­rem”, a nikt nie wąt­pił wte­dy o ich au­ten­tycz­no­ści.

W roku 1825 pe­wien za­wist­ny o po­wo­dze­nie Pa­mięt­ni­ków wy­daw­ca fran­cu­ski za­brał się do ich prze­kła­du na ro­do­wi­ty ję­zyk. Cóż za iro­nia losu: Pa­mięt­ni­ki, pi­sa­ne po fran­cu­sku, zo­sta­ją z po­wro­tem prze­ło­żo­ne na fran­cu­ski z nie­miec­kie­go! Od razu na­su­wa się na myśl jesz­cze jed­na zło­śli­wość te­goż losu: czło­wie­ka, któ­ry nosi tyle na­zwisk przy­bra­nych, ob­da­ro­wu­ją po śmier­ci jesz­cze jed­nym. W re­je­strze osób zmar­łych znaj­du­je­my pod dniem 4 czerw­ca 1798 roku taką no­tat­kę: „Herr Ja­kob Cas­sa­neus, Ve­ne­zia­ner, im 84 Jah­re”.

Ale cóż z Broc­khau­sem? Otóż Broc­khaus czu­je się do­tknię­ty na ho­no­rze. Jak to, ktoś inny, nie on, wy­dał Pa­mięt­ni­ki w ory­gi­nal­nym ich ję­zy­ku? An­ga­żu­je więc pro­fe­so­ra li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej w Dreź­nie, La­for­gue’a, i ten przez trzy lata „re­da­gu­je” w po­cie czo­ła Pa­mięt­ni­ki w ję­zy­ku fran­cu­skim.

Mimo to Pa­mięt­ni­ki uzna­no za lek­tu­rę tak szo­ku­ją­cą, że cen­zu­ra od razu się do nich za­bra­ła z ca­łym za­pa­łem i en­tu­zja­zmem. Dla­te­go też róż­ne tomy dru­ko­wa­no w róż­nych kra­jach albo uda­wa­no, że się je tam dru­ku­je.

Na sce­nę wkra­cza te­raz jesz­cze je­den wy­daw­ca. Jego edy­cja Pa­mięt­ni­ków zwie się Pau­lin-Bu­so­ni albo „Ro­zez”. Jest ona czę­ścio­wo od­bi­ciem wy­da­nia re­da­go­wa­ne­go przez La­for­gue’a, jed­nak w koń­co­wych to­mach ni stąd, ni zo­wąd za­czy­na się od niej róż­nić. Pau­lin bo­wiem, na­glo­ny przez nie­cier­pli­wych czy­tel­ni­ków, za­an­ga­żo­wał Bu­so­nie­go i ka­zał mu szyb­ciej upo­rać się z za­da­niem, bo nie mógł do­cze­kać się na­stęp­nych to­mów La­for­gue‘a. Przy­pusz­cza się, że Bu­so­ni po pro­stu zmy­ślał i do­da­wał, ale do­kład­niej­sze ba­da­nia do­wio­dły, że opie­rał się on na ja­kichś tek­stach praw­dzi­wych – lecz skąd je wziął? Ta za­gad­ka po­zo­sta­ła nie­roz­wią­za­na. War­to może w tym miej­scu wspo­mnieć, że w ja­kichś ma­te­ria­łach (nie­ste­ty nie za­no­to­wa­łem gdzie) spo­tka­łem się z twier­dze­niem, że je­den tom rę­ko­pi­su Pa­mięt­ni­ków znaj­du­je się (oczy­wi­ście mowa o okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym albo i wcze­śniej­szym) w czy­ichś pry­wat­nych, pol­skich księ­go­zbio­rach.

W roku 1960 fir­ma Broc­khaus wspól­nie z pa­ry­ską fir­mą Plon przy­stą­pi­ła do wy­da­wa­nia w ję­zy­ku fran­cu­skim (a więc w ję­zy­ku ory­gi­na­łu) Pa­mięt­ni­ków Ca­sa­no­vy bez prze­ró­bek i mo­dy­fi­ka­cji, we­dług szczę­śli­wie oca­la­łe­go rę­ko­pi­su. I cóż się oka­zu­je? Ano nic no­we­go: to, że przod­ko­wie dzi­siej­szych Broc­khau­sów całą swo­ją ro­bo­tę wy­ko­na­li nie wia­do­mo po co! Fran­cusz­czy­zna Ca­sa­no­vy nie wy­ma­ga żad­nych po­pra­wek, rę­ko­pis jest przej­rzy­sty i czy­tel­ny, a sce­ny mi­ło­sne – o iro­nio! – po­da­ne są mniej dra­stycz­nie niż u La­for­gue’a! I jesz­cze jed­na cie­ka­wost­ka: Schütz oka­zał się skru­pu­lat­niej­szym re­dak­to­rem, gdy La­for­gue’a po­no­si ga­lij­ski2 tem­pe­ra­ment. Spo­ro cza­su jed­nak upły­nie, nim moż­na bę­dzie wy­dać osta­tecz­ny sąd w ca­łej spra­wie. A na ra­zie w se­rii Pléia­de wy­cho­dzą tak­że Pa­mięt­ni­ki w sta­rej wer­sji. Czy nie jest to mia­rą po­czyt­no­ści tego dzie­ła? Cią­gle jed­nak po­zo­sta­nie nie­wy­ja­śnio­ne py­ta­nie, czy był tyl­ko je­den rę­ko­pis, a je­że­li nie­je­den, to czy były one iden­tycz­ne. Moż­na przy­pu­ścić, że Ca­sa­no­va, któ­ry przez więk­szą część roku śmier­tel­nie nu­dził się w Cze­chach, chcąc da­lej bry­lo­wać w świe­cie bo­daj po­śred­nio i przy­na­gla­ny przez przy­ja­ciół bła­ga­ją­cych o dal­szy ciąg Pa­mięt­ni­ków, nie po­prze­stał na jed­nym rę­ko­pi­sie i że przy oka­zji zmie­nił to i owo.

Te rę­ko­pi­sy w ogó­le ja­koś dziw­nie się roz­mno­ży­ły, al­bo­wiem Schütz do­stał je­den, La­for­gue – dru­gi, a Broc­khaus ma trze­ci, bo tam­te dwa nie wró­ci­ły. Może Bu­so­ni ko­rzy­stał z jed­ne­go z nich? I może ta­jem­ni­ca han­dlo­wa okry­wa praw­dę?

W re­zul­ta­cie tych wąt­pli­wo­ści i na tle ta­jem­ni­cy osnu­wa­ją­cej Pa­mięt­ni­ki zro­dzi­ło się przy­pusz­cze­nie, że są one apo­kry­fem, o au­tor­stwo zaś po­są­dzo­no nie byle kogo, bo mię­dzy in­ny­mi i Sten­dha­la. Na­wet Bu­so­ni do­zna­je tego za­szczy­tu, przed któ­rym bro­ni się z obu­rze­niem, ale nie z sza­cun­ku i lo­jal­no­ści wo­bec Ca­sa­no­vy, lecz przez pru­de­rię.

Mimo wie­lu nie­ści­sło­ści, zwłasz­cza w da­tach, szcze­gó­ło­we ba­da­nia Pa­mięt­ni­ków wy­ka­za­ły ich praw­dzi­wość, któ­rej nikt już dziś nie kwe­stio­nu­je. Wspo­mnia­ne zaś nie­ści­sło­ści moż­na przy­pi­sać tak­że za­wod­nej pa­mię­ci sta­re­go, zgorzk­nia­łe­go czło­wie­ka albo na­wet za­mia­ro­wi uka­za­nia się w in­nym świe­tle, do­ku­cze­nia wro­gom lub swo­istej dys­kre­cji.

Przy­to­czę tu za in­ny­mi trzy wy­pad­ki świad­czą­ce o praw­dzi­wo­ści fak­tów po­da­nych w Pa­mięt­ni­kach.

W roku 1767 w Spa spo­ty­ka Ca­sa­no­va, oczy­wi­ście przy kar­tach, in­ne­go nie­bie­skie­go pta­ka, tym ra­zem wy­stę­pu­ją­ce­go pod na­zwi­skiem mar­ki­za de San­ta Cro­ce. To­wa­rzy­szy mu uwie­dzio­na dziew­czy­na z do­brej ro­dzi­ny. San­ta Cro­ce zgry­wa się nie­ba­wem do ostat­nie­go gro­sza (for­tu­na ko­łem się to­czy) i musi ucie­kać. Przed­tem jed­nak pro­si Ca­sa­no­vę o opie­kę nad swo­ją przy­ja­ciół­ką, któ­ra jest w cią­ży.

Ca­sa­no­va wy­wo­zi dziew­czy­nę do Pa­ry­ża. Ro­dzi ona tam syna, któ­re­mu na­da­je imię Ja­kub Ka­rol (Ja­kub? Czyż­by przez wdzięcz­ność dla Ca­sa­no­vy?). Jako ojca po­da­je An­to­nie­go De­lia Cro­ce, jako mat­kę Ka­ro­li­nę de L. (Ja­kub Ka­rol: Ja­kub i Ka­ro­li­na, nosy ba­da­czy po­ru­sza­ją się nie­spo­koj­nie przy tym złą­cze­niu imion!). Ca­sa­no­va chce ad­op­to­wać dziec­ko – co za wspa­nia­ła wiel­ko­dusz­ność w tym cy­ni­ku, któ­ry sam o so­bie mówi, że „ru­mie­ni się na myśl o tym, że się nig­dy nie ru­mie­ni».

Ka­ro­li­na umie­ra po paru dniach; no­wo­ro­dek jest w domu pod­rzut­ków, Ca­sa­no­va koń­czy tę opo­wieść tym, że kto­kol­wiek chciał­by się do­wie­dzieć na­zwi­ska Ka­ro­li­ny, może je usta­lić w re­je­strze domu pod­rzut­ków. Ca­sa­no­vi­stom tyl­ko w to graj. Łap­czy­wie rzu­ca­ją się na dany im ślad. Dok­tor Gu­ède przej­rzał re­je­stry i nie zna­lazł w nich ani na­zwi­ska De­lia Cro­ce, ani San­ta Cro­ce, ani Cro­ce, De­la­cro­ix, La­cro­ix lub po­dob­ne­go. Aż na­gle uj­rzał inne: La­cros­se, a obok szcze­gó­ły zgod­ne z po­da­ny­mi w Pa­mięt­ni­kach. Ka­ro­li­na zaś na­zy­wa się de La­mot­te. Dziec­ko zmar­ło w parę dni po przy­ję­ciu do domu pod­rzut­ków.

Dru­gi fakt jest taki: opis ro­man­su z bur­mi­strzo­wą w Ko­lo­nii wy­wo­łał całą bu­rzę wśród hi­sto­ry­ków nie­miec­kich. Wzię­li so­bie oni za punkt ho­no­ru wy­ka­za­nie, że Ca­sa­no­va ze­łgał przez chęć ze­msty na Ket­tle­rze, któ­ry go po­są­dził o szpie­go­stwo (zresz­tą mógł mieć ra­cję, bo Ca­sa­no­va nie gar­dził za­wo­dem szpie­ga i póź­niej był nim na żoł­dzie We­ne­cji, gdy chciał wy­jed­nać so­bie pra­wo po­wro­tu do tego mia­sta, za któ­rym tak tę­sk­nił). W wy­ni­ku tych ba­dań przy­ła­pa­no Ca­sa­no­vę na paru nie­ści­sło­ściach. A więc przede wszyst­kim: o jaką to damę cho­dzi? Nie­ła­two było spraw­dzić, o któ­rej bur­mi­strzo­wej pi­sze. Ko­lo­nią rzą­dzi­ło aż sze­ściu bur­mi­strzów. Trzech było ka­wa­le­ra­mi, z po­zo­sta­łych trzech tyl­ko je­den miesz­kał w po­bli­żu ko­ścio­ła tak po­ło­żo­ne­go, że mógł speł­niać rolę pry­wat­nej ka­pli­cy. Ów bur­mistrz zwał się Gro­ote, a jego żona od­po­wia­da opi­so­wi po­da­ne­mu przez Ca­sa­no­vę, lecz w kro­ni­kach to­wa­rzy­skich, na tym nie­zwy­kle czu­łym sej­smo­gra­fie wszyst­kich wiel­ko­świa­to­wych skan­da­li­ków, nie od­no­to­wa­no naj­mniej­szej plo­tecz­ki, któ­ra łą­czy­ła­by pa­nią Gro­ote z Ket­tle­rem lub Ca­sa­no­vą.

Dal­sze ba­da­nia wy­ka­za­ły jed­nak, że Ca­sa­no­va nie miał po­wo­du mścić się na Ket­tle­rze, al­bo­wiem ze wszyst­kich za­rzu­tów (a było ich parę) wy­szedł obron­ną ręką, jego opi­sy zaś do­ty­czą­ce miej­sca są zu­peł­nie wier­ne i zgod­ne ze sta­ry­mi pla­na­mi ko­ścio­ła. Na­le­ży jed­nak są­dzić, że jego ko­chan­ką nie była pani Gro­ote, i wciąż po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą, o kim pi­sze.

I wresz­cie hi­sto­ria trze­cia. Do­ty­czy ona C.C. i M.M. Ca­sa­no­va nie­sły­cha­nie wier­nie ma­lu­je klasz­tor w Mu­ra­no. Z ar­chi­wów klasz­tor­nych wy­ni­ka też, że w owym cza­sie była tam mnisz­ka Ma­ria Mag­da­le­na mię­dzy szes­na­stu in­ny­mi mnisz­ka­mi. Na­to­miast pan de Ber­nis wy­je­chał z We­ne­cji o rok póź­niej, niż po­da­je Ca­sa­no­va, i nig­dy w ogó­le nie był w Wied­niu.

Trud­no też przy tej oka­zji nie po­ru­szyć słyn­nej uciecz­ki Ca­sa­no­vy spod Oło­wia­ne­go Da­chu. Nie­któ­rzy ca­sa­no­vi­ści twier­dzą, że wy­do­stał się on z tego wię­zie­nia w spo­sób cał­kiem pro­za­icz­ny, bo za po­mo­cą zło­ta swo­ich przy­ja­ciół. Z dru­giej stro­ny jed­nak zna­le­zio­no w ar­chi­wach ra­chun­ki rze­mieśl­ni­ków za na­pra­wę pod­ło­gi i da­chu. Mamy też wy­rok ska­zu­ją­cy straż­ni­ka Waw­rzyń­ca Ba­sa­don­na za do­pusz­cze­nie do uciecz­ki więź­nia. Moż­na to uznać za wy­star­cza­ją­ce do­wo­dy praw­do­mów­no­ści, albo i nie…

Cze­mu przy­pi­sać, że Pa­mięt­ni­ki zy­ska­ły tak wiel­ki, świa­to­wy roz­głos? Czy tyl­ko za­war­tym w nich ero­ty­kom? Z pew­no­ścią nie. Pa­mięt­ni­ki są przede wszyst­kim fe­no­me­nal­nym ob­ra­zem epo­ki: zwy­cza­jów lu­dzi, ich wad, za­let i na­mięt­no­ści. Prze­wi­ja się przed nami ga­le­ria ty­pów od wiel­kich dam do sub­re­tek, od wiel­kich pa­nów do lo­ka­jów. Je­ste­śmy świad­ka­mi nie­po­ha­mo­wa­nych pa­sji, sza­lo­nych mi­ło­ści i za­cie­kłych nie­na­wi­ści. I choć Ca­sa­no­va bro­nił się przed tym – są też ro­man­sem, nie zwy­kłym dia­riu­szem, lecz ży­wym i barw­nym ro­man­sem z brzę­kiem sza­bel, hu­kiem pi­sto­le­to­wych wy­strza­łów, tę­ten­tem ko­pyt, na­pa­da­mi ban­dy­tów, stu­kiem szto­nów3 na kar­cia­nych sto­li­kach i du­ma­sow­ską ga­lan­te­rią. Na ich stro­nach ob­cu­je­my z naj­słyn­niej­szy­mi ludź­mi epo­ki i z naj­gor­szy­mi szu­mo­wi­na­mi. Ca­sa­no­va przed­sta­wia nam to wszyst­ko z wiel­kim li­te­rac­kim ta­len­tem, z ko­lo­sal­ną spo­strze­gaw­czo­ścią – żywo i ma­low­ni­czo. Ero­ty­ka zaś, w na­szym po­ję­ciu cy­nicz­na, za­wsze lub pra­wie za­wsze wy­stę­pu­je na tle sen­ty­men­tu, po­wie­dział­bym: na tle wa­zo­nu róż, choć i tu Ca­sa­no­va, jak­że praw­dzi­wie, zmie­nia się na sta­rość. I chy­ba ta ero­ty­ka spra­wia, że wy­obra­ża­my go so­bie (bo i tak go nam zresz­tą po­da­wa­no) je­dy­nie jako kla­sycz­ny typ uwo­dzi­cie­la. Ale pro­szę, gdy cho­dzi o ilość od­nie­sio­nych na tym polu zwy­cięstw, to zna­my prze­cież nie gor­szych od nie­go re­kor­dzi­stów, cho­ciaż­by mar­szał­ka Ri­che­lieu lub „męża stu żon», na­sze­go Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta.

Wła­śnie ta wiel­ka po­jem­ność ser­ca, to hoj­nie trwo­nio­ne bo­gac­two uczu­cia przy­sła­nia nam in­ne­go Ca­sa­no­vę. Bo i kim wła­ści­wie był ten czło­wiek? Wo­kół nie­go uro­sła po­tęż­na li­te­ra­tu­ra, a ta­jem­ni­czość jego po­sta­ci wciąż in­te­re­su­je ba­da­czy ca­sa­no­vi­stów. I za­baw­ne, że mimo ca­łe­go cy­ni­zmu Ca­sa­no­vy, mimo lek­ko­du­cho­stwa, wad i przy­war, bu­dzi on sym­pa­tię i chęć bliż­sze­go po­zna­nia.

Pa­mięt­ni­ki nie były chy­ba nig­dy w peł­ni tłu­ma­czo­ne na ję­zyk pol­ski. Ze wzglę­dów mer­kan­tyl­nych wy­bie­ra­no z nich frag­men­ty naj­bar­dziej dzia­ła­ją­ce na fan­ta­zję czy­tel­ni­ka, przy­odzie­wa­jąc je do tego w krzy­kli­we, efek­tow­ne ty­tu­ły, jak np. Od ko­bie­ty do ko­bie­ty lub Mro­żą­ca krew w ży­łach uciecz­ka z wię­zie­nia oło­wia­ne­go. Oczy­wi­ście ta­kie uję­cie przed­sta­wia­ło nam Ca­sa­no­vę w jed­no­stron­nym świe­tle, w pew­ne­go ro­dza­ju wy­pu­kłym zwier­cia­dle.

To­też przy­stę­pu­jąc do wy­bo­ru (za­da­nie by­najm­niej nie ła­twe) frag­men­tów z Pa­mięt­ni­ków, chcia­łem po tro­chu na­pra­wić ten błąd. Nie­ste­ty, cały Ca­sa­no­va upar­cie nie daje się we­pchnąć w szczu­płe ramy nie tyle dla swo­ich cech fi­zycz­nych, co dla swo­jej dy­na­mi­ki. Trze­ba jed­nak zro­zu­mieć, że ogła­sza­nie peł­nych Pa­mięt­ni­ków nie by­ło­by wła­ści­we choć­by z tego po­wo­du, że wie­lo­to­mo­wa edy­cja sta­ła­by się „eli­tar­ną”, do­stęp­ną węż­sze­mu gro­nu czy­tel­ni­ków, a do tego przed­się­wzię­ciem dłu­go­ter­mi­no­wym. Sko­ro jed­nak tyle róż­nych pa­mięt­ni­ków i dia­riu­szy ostat­nio wy­szło w ję­zy­ku pol­skim, nie moż­na za­po­mnieć o Ca­sa­no­vie i nie wy­peł­nić tej luki w li­te­ra­tu­rze pa­mięt­ni­kar­skiej. Trze­ba więc uka­zać Ca­sa­no­vę w naj­waż­niej­szym, naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym skró­cie, a kie­dyś – za­pew­ne – bę­dzie­my mo­gli prze­czy­tać peł­ne wy­da­nie jego pa­mięt­ni­ków, by po­wtó­rzyć za He­inem: „Każ­dy wiersz tej książ­ki czy­ta się z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią”. I my­ślę, że na­wet roz­mi­łu­je­my się w Ca­sa­no­vie, bo i rze­czy­wi­ście, mimo przy­krych wad, któ­re na­wet do­pro­wa­dzi­ły go do ka­zi­rodz­twa, mimo cy­ni­zmu, lek­ko­myśl­no­ści, bra­ku tego, co by­śmy dziś na­zwa­li ha­mul­ca­mi mo­ral­ny­mi, ma on w so­bie coś szla­chet­ne­go, ja­kąś ry­cer­skość i ludz­kość i na­le­ży do tych nie­od­twa­rzal­nych po­sta­ci w li­te­ra­tu­rze i hi­sto­rii, któ­re każ­dy z nas in­a­czej so­bie wy­obra­ża. Jego przy­wią­za­nie do We­ne­cji, ostat­nie, tym ra­zem pla­to­nicz­ne uczu­cie roz­cza­ro­wa­ne­go star­ca do mło­dej dziew­czy­ny, Ce­cy­lii – to jesz­cze je­den po­wód do sym­pa­tii, może na­wet i współ­czu­cia, tym chy­ba szczer­szej, że nie­co wsty­dli­wej.

Przy­szło mi wy­bie­rać z ol­brzy­mie­go, po­nad dwa ty­sią­ce czte­ry­sta stron li­czą­ce­go ma­te­ria­łu. W tej se­lek­cji więc, za­trzy­maw­szy się na naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cych dla ogó­łu czy­tel­ni­ków, cha­rak­te­ry­stycz­nych frag­men­tach, opu­ści­łem też i te, któ­re choć cie­ka­we i za­wsze uka­zu­ją­ce nam coś z Ca­sa­no­vy, na­su­wa­ją naj­wię­cej za­strze­żeń, jak np. hi­sto­ria po­by­tu w Tur­cji czy też opis przy­gód w Hisz­pa­nii albo nud­ną już dziś roz­mo­wę z Wol­te­rem. Cała awan­tu­ra tu­rec­ka była pi­sa­na po raz dru­gi, bo pierw­szą wer­sję rze­ko­mo spa­li­ła słu­żą­ca przy sprzą­ta­niu po­ko­ju. Bu­dzi to pew­ne wąt­pli­wo­ści w praw­dzi­wość opo­wia­da­nia. Przy­go­dy w Hisz­pa­nii są po­dob­no moc­no pod­bla­go­wa­ne i po­dej­rza­nie sen­sa­cyj­ne. I tu trze­ba do­dać, że u Ca­sa­no­vy w ogó­le praw­da jest po­mie­sza­na z bla­gą, za­su­pła­na w je­den wę­zeł, a daty, jak wy­ka­zu­ją ba­da­nia, z re­gu­ły się nie zga­dza­ją. Roi się też od po­my­łek i ko­lo­ry­za­cji, któ­re jed­nak nie przy­ćmie­wa­ją i przy­ćmić nie mogą ar­cy­cie­ka­wej praw­dy.

Nota do drugiego wydania

W nu­me­rze czwar­tym „Pro­ble­mów” z roku 1967 uka­zał się ar­ty­kuł o wi­zy­cie Ca­sa­no­vy w Pol­sce, w któ­rym p. H. Kal­wa­ryj­ski, po­wo­łu­jąc się na „wszyst­kie źró­dła” i nie przy­to­czyw­szy ani jed­ne­go, twier­dzi, że (tak jak W. Za­wadz­ki) po­my­li­łem się, gdy po­da­łem dru­gie imię Ca­sa­no­vy – Gia­co­mo, czy­li Ja­kub, za­miast Gi­ro­la­mo – Hie­ro­nim. W związ­ku z tym chciał­bym stwier­dzić, że:

1) imię Gia­co­mo przy ha­śle i na­zwi­sku Ca­sa­no­va wy­mie­nia­ją: Grand La­ro­us­se (na­wet naj­now­sze wy­da­nie), En­cyc­lo­pe­dia Ita­lia­na, En­cyc­lo­pa­edia Bri­tan­ni­ca, Der Gros­se Broc­khaus, The New Cen­tu­ry Cyc­lo­pe­dia of Na­mes, Cham­bers Twen­tieth Cen­tu­ry Dic­tio­na­ry, słow­nik We­bste­ra, Mar­co Ram­pert w Ca­sa­no­va re­ha­bi­li­té etc.;

2) imię to fi­gu­ru­je rów­nież na re­pro­duk­cji stro­ny ty­tu­ło­wej Pa­mięt­ni­ków Ca­sa­no­vy wy­da­nych przez Broc­khau­sa w roku 1822, a tak­że na ta­bli­cy wmu­ro­wa­nej w ko­ściół­ku na cmen­ta­rzu, na któ­rym spo­czy­wa Ca­sa­no­va;

3) znaj­du­je się ono rów­nież w na­szej Wiel­kiej En­cy­klo­pe­dii Po­wszech­nej.

Mu­szę jed­nak przy­znać, że dwa razy (tyl­ko dwa na kil­ka­na­ście) spo­tka­łem się w pra­cach o Ca­sa­no­vie z imie­niem Gi­ro­la­mo – Hie­ro­nim. Nie będę twier­dził, że Ca­sa­no­va nig­dy nie uży­wał tego imie­nia, bo czło­wiek o tylu na­zwi­skach i ta­kiej fan­ta­zji mógł so­bie po­zwo­lić na cały kom­plet imion. Naj­waż­niej­sze jed­nak jest to, że w eg­zem­pla­rzu Pa­mięt­ni­ków, któ­ry mi po­słu­żył do ni­niej­sze­go wy­bo­ru i prze­kła­du (wyd. Flam­ma­rio­na), w t. I, str. 23 Ca­sa­no­va przy­zna­je się do imie­nia Ja­cob (cy­tu­ję: „he­braj­skie­go Ja­cob”). Zo­stań­my więc wier­ni jego woli. I temu, co wy­ry­te na ta­bli­cy cmen­tar­nej.

Ta­de­usz Evert

Moja rodzina – Dzieciństwo

Kaje­tan Jó­zef Ja­kub Ca­sa­no­va uległ wdzię­kom ak­tor­ki imie­niem Fra­go­let­ta, gry­wa­ją­cej rolę sub­re­tek, i opu­ścił dla niej swo­ją ro­dzi­nę. Za­ko­cha­ny i nie ma­jąc z cze­go żyć, po­sta­no­wił wy­ko­rzy­stać wła­sną oso­bę w ce­lach za­rob­ko­wych. Po­świę­cił się sztu­ce ta­necz­nej i przez lat pięć wy­stę­po­wał na de­skach sce­nicz­nych, gdzie wy­róż­niał się bar­dziej roz­wią­zło­ścią oby­cza­jów niż ta­len­tem.

Czy to nie­sta­ło­ścią, czy to za­zdro­ścią wie­dzio­ny po­rzu­cił Fra­go­let­tę i przy­łą­czył się w We­ne­cji do tru­py ko­me­dian­tów pro­du­ku­ją­cych się w te­atrze św. Sa­mu­ela. Na­prze­ciw­ko domu, w któ­rym miesz­kał, miał swą sie­dzi­bę szewc na­zwi­skiem Hie­ro­nim Fa­ru­si, ze swą żoną Ma­rzią i je­dy­ną cór­ką Za­net­tą, nie­zwy­kłej uro­dy, w wie­ku lat szes­na­stu. Mło­dy ko­me­diant za­ko­chał się w tej dziew­czy­nie i zdo­łał prze­mó­wić do jej uczuć, a na­stęp­nie na­kło­nić ją, aby dała się po­rwać. Był to je­dy­ny spo­sób, aże­by ją po­siąść, jako że Ka­je­tan Jó­zef nig­dy by nie uzy­skał zgo­dy Ma­rzii, a tym bar­dziej Hie­ro­ni­ma; w ich oczach bo­wiem ko­me­diant był oso­bą wsze­tecz­ną. Mło­dzi ko­chan­ko­wie za­opa­trze­ni w od­po­wied­nie do­ku­men­ty i w to­wa­rzy­stwie dwóch świad­ków sta­wi­li się przed ob­li­cze pa­triar­chy we­nec­kie­go, któ­ry po­bło­go­sła­wił ich zwią­zek mał­żeń­ski. Ma­rzia, mat­ka Za­net­ty, pod­nio­sła wiel­ki la­ment, oj­ciec zaś umarł ze zgry­zo­ty. Uro­dzi­łem się z tego sta­dła po dzie­wię­ciu mie­sią­cach, 2 kwiet­nia 1725 roku.

W roku na­stęp­nym mat­ka po­zo­sta­wi­ła mnie u bab­ki, któ­ra prze­ba­czy­ła jej, gdy się do­wie­dzia­ła, że oj­ciec nie bę­dzie na­le­gał, aby wy­stę­po­wa­ła na sce­nie. Taką obiet­ni­cę dają wszy­scy ko­me­dian­ci, że­niąc się z miesz­czan­ka­mi. Nie do­trzy­mu­ją jej jed­nak nig­dy, bo one wca­le na jej do­trzy­ma­nie nie na­le­ga­ją. Zresz­tą szczę­śli­wie się sta­ło, że moja mat­ka wstą­pi­ła na sce­nę, bo gdy­by nie to, zo­staw­szy w dzie­więć lat po­tem wdo­wą obar­czo­ną sze­ścior­giem dzie­ci, jak­że by je wy­cho­wa­ła?

Pa­mięć moja roz­wi­nę­ła się na po­cząt­ku sierp­nia 1733 roku. Mia­łem wte­dy lat osiem i czte­ry mie­sią­ce. Nie pa­mię­tam nic z tego, co się przed­tem ze mną dzia­ło. A oto co wte­dy za­szło:

Sta­łem w ką­cie po­ko­ju, twa­rzą do ścia­ny, pod­trzy­mu­jąc rę­ka­mi gło­wę i wpa­trzo­ny w krew ście­ka­ją­cą ob­fi­cie z nosa na pod­ło­gę. Moja bab­ka Ma­rzia, któ­rej by­łem ulu­bień­cem, po­de­szła do mnie, ob­my­ła mi twarz zim­ną wodą i ni­ko­mu nic nie mó­wiąc, za­bra­ła mnie z sobą do gon­do­li i ka­za­ła się za­wieźć na wy­spę Mu­ra­no, o pół mili od We­ne­cji.

Po opusz­cze­niu gon­do­li we­szli­śmy do ja­kiejś ru­de­ry, gdzie za­sta­li­śmy sta­rą ko­bie­tę, trzy­ma­ją­cą w ob­ję­ciach czar­ne­go kota i oto­czo­ną kil­ku­na­stu in­ny­mi ko­ta­mi. Była to cza­row­ni­ca. Obie sta­rusz­ki wda­ły się w dłu­gi dys­kurs, któ­re­go by­łem za­pew­ne przed­mio­tem. Po czym cza­row­ni­ca, do­staw­szy od mo­jej bab­ki srebr­ne­go du­ka­ta, otwo­rzy­ła skrzy­nię, wzię­ła mnie na ręce i za­mknę­ła w tej skrzy­ni, mó­wiąc, że­bym się nie lę­kał, co wy­star­czy­ło­by, aby mnie na­peł­nić prze­ra­że­niem, gdy­bym nie był cał­ko­wi­cie ogłu­pia­ły. Sie­dzia­łem więc w ką­cie skrzy­ni, trzy­ma­jąc chust­kę przy wciąż krwa­wią­cym no­sie, obo­jęt­ny na ha­łas z ze­wnątrz. Sły­sza­łem ko­lej­no śpie­wy, pła­cze, krzy­ki i stu­ka­nie w skrzy­nię. Nic mnie to nie ob­cho­dzi­ło. Wresz­cie cza­row­ni­ca wy­do­by­ła mnie ze skrzy­ni. Krew cie­kła już mniej gwał­tow­nie. Ta nad­zwy­czaj­na baba, wy­pie­ściw­szy mnie na wszyst­kie stro­ny, ro­ze­bra­ła mnie, po­ło­ży­ła do łóż­ka, spa­li­ła ja­kieś zie­la, ze­bra­ła dym w prze­ście­ra­dło, owi­nę­ła mnie nim, od­mó­wi­ła za­klę­cia, od­wi­nę­ła prze­ście­ra­dło i dała mi do zje­dze­nia pięć pa­sty­lek o przy­jem­nym sma­ku. Na­stęp­nie na­tar­ła mi skro­nie ma­ścią o słod­kim za­pa­chu, ubra­ła mnie i orze­kła, iż krwo­tok po­wo­li usta­nie, o ile ni­ko­mu nie po­wiem, co zro­bi­ła, aby mnie wy­le­czyć, w ra­zie zaś gdy­bym ko­mu­kol­wiek wy­ja­wił ten se­kret, cze­ka mnie śmierć nie­chyb­na z upły­wu krwi.

Po tej po­dró­ży do Mu­ra­no krwa­wi­łem jesz­cze z nosa czas ja­kiś, ale co­raz mniej z dniem każ­dym, a moja pa­mięć roz­wi­nę­ła się stop­nio­wo. Na­uczy­łem się czy­tać w mie­siąc nie­speł­na.

Oj­ciec mój roz­stał się z ży­ciem w kwie­cie wie­ku, ma­jąc lat trzy­dzie­ści sześć za­le­d­wie. Do gro­bu od­pro­wa­dził go szcze­ry żal pu­blicz­no­ści, a zwłasz­cza szlach­ty, któ­ra do­ce­nia­ła za­rów­no jego zna­jo­mość me­cha­ni­ki, jak i uro­dze­nie wyż­sze od za­wo­du, jaki mu upra­wiać przy­szło. Na dwa dni przed śmier­cią oj­ciec, czu­jąc, że ko­niec się zbli­ża, ka­zał mnie i memu ro­dzeń­stwu ze­brać się przy swo­im łożu, w obec­no­ści żony i pa­nów Gri­ma­ni, szlach­ci­ców we­nec­kich, aby ich ubła­gać o opie­kę nad nami. Udzie­liw­szy nam bło­go­sła­wień­stwa, za­żą­dał od mej szlo­cha­ją­cej mat­ki, aby za­przy­się­gła, iż żad­ne­go z dzie­ci nie wy­cho­wa dla te­atru, gdzie – gdy­by nie zgub­na na­mięt­ność – nig­dy by się sam nie zna­lazł. Mat­ka zło­ży­ła to uro­czy­ste przy­rze­cze­nie, a trzej pa­try­cju­sze po­rę­czy­li jego moc obo­wią­zu­ją­cą. Prze­myśl­ność do­po­mo­gła mat­ce w do­trzy­ma­niu sło­wa… Acz­kol­wiek mło­da i pięk­na, od­rzu­ci­ła wszyst­kich ubie­ga­ją­cych się o jej rękę i ufna w ła­skę Opatrz­no­ści wie­rzy­ła, iż zdo­ła nas sama wy­cho­wać.

Pan Baf­fo, wiel­ki przy­ja­ciel mego ojca, wznio­sły ge­niusz, nie­zrów­na­ny po­eta, naj­spro­śniej­szy ze wszyst­kich upra­wia­ją­cych ten ro­dzaj twór­czo­ści, do­po­mógł w od­da­niu mnie do szko­ły w Pa­dwie. Po­boż­na gor­li­wość in­kwi­zy­to­rów Re­pu­bli­ki We­nec­kiej przy­czy­ni­ła się do jego sła­wy; prze­śla­du­jąc bo­wiem jego ma­nu­skryp­ty, pod­nie­śli znacz­nie ich war­tość. A po­win­ni byli wie­dzieć, iż spre­ta exo­le­scunt, czy­li wzgar­da pod­no­si cenę.

Ksiądz Gri­ma­ni pod­jął się wy­na­leźć dla mnie do­brą stan­cję za po­śred­nic­twem swe­go zna­jo­me­go, che­mi­ka na­zwi­skiem Ot­ta­via­ni, miesz­ka­ją­ce­go w Pa­dwie, gdzie był rów­nież an­ty­kwa­riu­szem. Przy­szło mu to z ła­two­ścią i 2 kwiet­nia 1734 roku, w dzie­wią­tą rocz­ni­cę mo­ich uro­dzin, wy­ru­szy­li­śmy: ksiądz Gri­ma­ni, pan Baf­fo, moja mat­ka i ja stat­kiem zwa­nym bur­chiel­lo wzdłuż ka­na­łu Bren­ta do Pa­dwy.

Bur­chiel­lo jest to jak­by pły­wa­ją­cy do­mek. Pod otwar­tym po­mo­stem znaj­du­je się sala z ga­bi­ne­ta­mi, po obu zaś jej stro­nach, na ru­fie i na dzio­bie, są po­miesz­cze­nia dla służ­by. Sala ma kształt dłu­gie­go pro­sto­ką­ta o oszklo­nych oknach, za­opa­trzo­nych w okien­ni­ce.

Mat­ka wsta­ła o świ­cie i otwo­rzy­ła okno na­prze­ciw­ko mego łóż­ka. Obu­dzi­łem się więc pod wpły­wem pa­da­ją­cych wprost na moją twarz pro­mie­ni wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Łóż­ko było zbyt ni­skie, abym mógł do­strzec ląd; przez okno wi­dzia­łem tyl­ko wierz­choł­ki drzew ro­sną­cych na brze­gu rze­ki. Łódź pły­nę­ła tak ła­god­nie, że nie mo­głem się tego do­my­ślić, i prze­su­wa­ją­ce się szyb­ko przed mymi oczy­ma drze­wa na­peł­ni­ły mnie nie lada zdu­mie­niem.

– Mamo! – za­wo­ła­łem. – Drze­wa cho­dzą!

W tej chwi­li we­szli obaj nasi to­wa­rzy­sze po­dró­ży i ob­ser­wu­jąc moje zdzi­wie­nie, za­py­ta­li o przy­czy­nę.

– Ja­kim spo­so­bem – od­po­wie­dzia­łem – drze­wa cho­dzą?

Ro­ze­śmie­li się, a mat­ka, wes­tchnąw­szy, rze­kła po­gar­dli­wym to­nem:

– To łódź się po­ru­sza, nie drze­wa. Ubie­raj się.

Zro­zu­mia­łem na­tych­miast isto­tę tego zja­wi­ska.

– A za­tem – rze­kłem – jest moż­li­we, że słoń­ce rów­nież się nie po­ru­sza, lecz to my się prze­su­wa­my z za­cho­du na wschód.

Zbesz­ta­ła mnie za­cna mat­ka za wy­po­wia­da­nie ta­kich głupstw, a ksiądz Gri­ma­ni nuże bia­dać nad tę­po­tą mego umy­słu. Mnie zaś, skon­fun­do­wa­ne­mu do­szczęt­nie, na płacz się zbie­ra­ło. Pan Baf­fo przy­wró­cił mi rów­no­wa­gę du­cha. Uca­ło­wał mnie ser­decz­nie i rzekł:

– Masz ra­cję, moje dziec­ko. Ro­zu­muj za­wsze śmia­ło i nie dbaj o śmiech in­nych.

Na co za­py­ta­ła go moja mat­ka, czy aby nie zwa­rio­wał, lecz fi­lo­zof nie od­po­wie­dział jej na­wet i tłu­ma­czył mi da­lej teo­rię prze­zna­czo­ną po pro­stu dla mego zdro­we­go roz­sąd­ku. Była to pierw­sza przy­jem­ność, ja­kiej za­kosz­to­wa­łem w ży­ciu.

Do Pa­dwy przy­by­li­śmy wcze­snym ran­kiem i uda­li­śmy się do domu Ot­ta­via­nie­go, a jego żona upie­ści­ła mnie i uca­ło­wa­ła ser­decz­nie.

Ot­ta­via­ni za­pro­wa­dził nas do domu, gdzie mia­łem po­zo­stać na stan­cji, oko­ło pięć­dzie­się­ciu kro­ków od jego miesz­ka­nia, w pa­ra­fii św. Mi­cha­ła, u sta­rej Kro­at­ki, któ­ra wy­naj­mo­wa­ła swo­je pierw­sze pię­tro pani Mida, żo­nie puł­kow­ni­ka. Otwar­to przed nią mój ku­fe­rek i wrę­czo­no jej spis wszyst­kie­go, co za­wie­rał. Na­stęp­nie wy­li­czo­no jej sześć ce­ki­nów4, z góry za sześć mie­się­cy. W za­mian za tę drob­ną sumę mia­ła mnie ży­wić, opie­rać i kształ­cić w szko­le. Po czym uca­ło­wa­no mnie, po­le­co­no słu­chać we wszyst­kim jej roz­ka­zów i w ten spo­sób mnie się po­zby­to.

Babka umieszcza mnie u doktora Gozzi – Moja pierwsza dziecinna miłość

Zale­d­wie po­zo­sta­łem sam z Kro­at­ką, za­pro­wa­dzi­ła mnie na strych i wska­za­ła jed­no z pię­ciu sto­ją­cych rzę­dem łó­żek. Trzy na­le­ża­ły do trzech chłop­ców w moim wie­ku, prze­by­wa­ją­cych pod­ów­czas w szko­le, a na po­zo­sta­łym spa­ła słu­żą­ca, któ­rej za­da­niem było po­skra­miać fi­gle, ja­kim chęt­nie od­da­ją się ucznia­cy.

Nie czu­łem się ani ura­do­wa­ny, ani smut­ny; nie ule­ga­łem ani na­dziei, ani oba­wie, ani cie­ka­wo­ści, acz­kol­wiek nie wie­dzia­łem jesz­cze, co to jest pięk­no lub szpe­to­ta. Ra­zi­ło mnie tyl­ko or­dy­nar­ne obej­ście i wy­gląd mo­jej opie­kun­ki… Ogrom­ne­go wzro­stu i bar­czy­sta jak żoł­nierz, cerę mia­ła żół­tą, wło­sy czar­ne, brwi dłu­gie i gę­ste, pod­bró­dek zdo­bi­ło kil­ka­na­ście dłu­gich wło­sów. A na do­bit­kę ohyd­ne pier­si, pra­wie od­kry­te, zwi­sa­ły do po­ło­wy jej dłu­giej po­sta­ci. Mo­gła mieć z pięć­dzie­siąt lat.

Oko­ło po­łu­dnia na­de­szli trzej ko­le­dzy i – jak­by­śmy się zna­li od daw­na – po­wie­dzie­li mi mnó­stwo rze­czy, su­po­nu­jąc, iż pew­ne po­ję­cia nie są dla mnie ta­jem­ni­cą. Nie od­po­wia­da­łem im, co ich by­najm­niej nie znie­chę­ci­ło… Na obiad, po cien­kiej zu­pie, do­sta­li­śmy każ­dy małą por­cję su­chej ryby i jabł­ko. Na tym ko­niec. By­li­śmy w okre­sie Wiel­kie­go Po­stu. Nie mie­li­śmy ni szkla­nek, ni kub­ków i pi­li­śmy z jed­ne­go gli­nia­ne­go garn­ka na­pój zwa­ny gra­spo, przy­rzą­dza­ny z go­to­wa­nych w wo­dzie wi­no­gron, po wy­ję­ciu z nich pe­stek.

Po obie­dzie słu­żą­ca za­pro­wa­dzi­ła mnie do szko­ły, do mło­de­go księ­dza na­zwi­skiem dok­tor Goz­zi, któ­re­mu moja opie­kun­ka zo­bo­wią­za­ła się pła­cić czter­dzie­ści gro­szy, to jest je­de­na­stą część ce­ki­na. Mia­łem się na­uczyć pi­sać, po­sa­dzo­no mnie więc, na po­czą­tek, wśród sze­ścio­let­nich dzie­ci. Nie omiesz­ka­ły się ze mnie na­trzą­sać.

Po po­wro­cie do­sta­łem ko­la­cję, oczy­wi­ście skrom­niej­szą niż obiad. Na­stęp­nie po­ło­ży­łem się do łóż­ka, lecz ro­bac­two na­le­żą­ce do trzech do­syć zna­nych ga­tun­ków nie po­zwo­li­ło mi zmru­żyć oka. Po­nad­to szczu­ry ha­sa­ją­ce po ca­łym stry­chu wska­ki­wa­ły na moje łóż­ko i krew mi za­sty­ga­ła w ży­łach ze stra­chu… Słu­żą­ca po­zo­sta­ła głu­chą na moje krzy­ki.

Na­za­jutrz rano po raz pierw­szy w ży­ciu pła­ka­łem ze zło­ści i zmar­twie­nia, cze­ka­jąc, aż zbu­dzą się ko­le­dzy. Ci jed­nak, za­miast współ­czuć, na­igra­wa­li się ze mnie. Bie­da­cy dzie­li­li moją nie­do­lę, ale zdą­ży­li się do niej przy­zwy­cza­ić, a to wszyst­ko tłu­ma­czy.

Ksiądz Goz­zi dbał sta­ran­nie o moje wy­cho­wa­nie. Po­sa­dził mnie przy wła­snym sto­le i aby mu oka­zać, iż do­ce­niam to wy­róż­nie­nie, przy­kła­da­łem się do na­uki ze wszyst­kich sił. To­też po upły­wie mie­sią­ca pi­sa­łem już tak do­brze, iż ka­zał mi przejść do gra­ma­ty­ki. Nowy tryb ży­cia, sta­ły do­kucz­li­wy głód, a zwłasz­cza, jak są­dzę, po­wie­trze Pa­dwy dały mi zdro­wie, ja­kie­go nig­dy przed­tem nie za­zna­łem. Tym trud­niej było mi zno­sić nie­do­ży­wie­nie. Ro­słem w oczach, spa­łem dzie­więć go­dzin naj­tward­szym snem, żad­ną zja­wą nie­zmą­co­nym… Na­tar­czy­wy głód był­by mnie w koń­cu osła­bił, gdy­bym się nie na­uczył chwy­tać i po­ły­kać wszyst­ko, co było ja­dal­ne, wszę­dzie i za­wsze, o ile by­łem pew­ny, że nikt nie wi­dzi. Wy­pa­trzy­łem kil­ka­dzie­siąt śle­dzi wę­dzo­nych w sza­fie ku­chen­nej i po­żar­łem je ko­lej­no wszyst­kie, jak rów­nież kieł­ba­sy wi­szą­ce w ko­mi­nie. Aby się do nich do­stać nie­po­strze­że­nie, wsta­wa­łem w nocy i plą­dro­wa­łem po omac­ku. Wszyst­kie jaja, świe­żo znie­sio­ne w kur­ni­ku, ły­ka­łem, jesz­cze cie­płe, z roz­ko­szą.

Kro­at­ka wście­kła, iż nie może wy­kryć zło­dzie­ja, wy­rzu­ca­ła słu­żą­ce jed­ną po dru­giej. Jed­nak­że oka­zje do kra­dzie­ży nie nada­rza­ły się zbyt czę­sto i chu­dy by­łem jak szkie­let.

Po paru mie­sią­cach zro­bi­łem tak wiel­kie po­stę­py, że dok­tor Goz­zi mia­no­wał mnie de­ku­rio­nem5 szko­ły. Do mo­ich obo­wiąz­ków na­le­ża­ło spraw­dza­nie, czy trzy­dzie­stu ko­le­gów na­uczy­ło się za­da­nej lek­cji, po­pra­wia­nie ich błę­dów, po­chwa­ła lub na­ga­na przed na­uczy­cie­lem. Nie­dłu­go trwa­ła moja su­ro­wość. Le­niu­chy ła­two zna­la­zły spo­sób, aby mnie udo­bru­chać. Gdy szwan­ko­wa­ła ich ła­ci­na, prze­ku­py­wa­li mnie ko­tle­ta­mi, kur­czę­ta­mi, na­wet pie­niędz­mi. Pod­nie­ci­ło to moją chci­wość, a ra­czej ła­kom­stwo, i nie ogra­ni­cza­jąc się do wy­zy­ski­wa­nia nie­uków, sta­łem się ty­ra­nem dla wszyst­kich i na­wet za­słu­gu­ją­cym od­ma­wia­łem apro­ba­ty za dar­mo. Nie mo­gąc ścier­pieć nie­spra­wie­dli­wo­ści, ko­le­dzy oskar­ży­li mnie o prze­kup­stwo przed na­uczy­cie­lem, któ­ry mnie zde­gra­do­wał, co mia­ło­by fa­tal­ne skut­ki, gdy­by nowy i szczę­śli­wy zwrot w moim ży­ciu nie po­ło­żył kre­su okrut­ne­mu no­wi­cja­to­wi.

Dok­tor Goz­zi, któ­ry mnie po­lu­bił, we­zwał mnie kie­dyś do swo­je­go ga­bi­ne­tu i w czte­ry oczy za­py­tał, czy ze­chcę do­po­móc mu w sta­ra­niach, ja­kie ma za­miar pod­jąć, by mnie ode­brać od Kro­at­ki i za­brać do sie­bie. A gdym się ucie­szył, ka­zał mi prze­pi­sać trzy li­sty: do pana Baf­fo, do księ­dza Gri­ma­ni i do mo­jej bab­ki…

W owych li­stach opi­sy­wa­łem swo­je cier­pie­nia i za­po­wia­da­łem, że umrę, je­że­li nie od­bio­rą mnie od Kro­at­ki i nie umiesz­czą u mego pre­cep­to­ra, któ­ry jed­nak żąda dwóch ce­ki­nów mie­sięcz­nie.

W ty­dzień po­tem, w chwi­li gdy za­sia­da­łem do sto­łu, przy­by­ła bab­ka, któ­ra mnie ko­cha­ła nad ży­cie. Wzię­ła mnie za­raz na ko­la­na, a ja, czu­jąc, że mi od­wa­ga po­wra­ca, opo­wie­dzia­łem z pła­czem wszyst­kie do­zna­ne krzyw­dy, wska­za­łem, co mi jeść da­wa­no, i za­pro­wa­dzi­łem ją, aby po­ka­zać moje łóż­ko. Kro­at­ka rze­kła na to bez­czel­nie, iż za pie­nią­dze, ja­kie otrzy­mu­je, nie może mi le­piej do­go­dzić. Bab­ka od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie, że mnie za­bie­ra, i ka­za­ła jej spa­ko­wać moje ma­nat­ki. Za­pro­wa­dzi­ła mnie za­raz na obiad do obe­rży, gdzie za­miesz­ka­ła, ale sama pra­wie nic nie ja­dła, tak była zdzi­wio­na moją żar­łocz­no­ścią. Nad­szedł za­we­zwa­ny dok­tor Goz­zi, któ­ry zro­bił na bab­ci jak naj­lep­sze wra­że­nie. Wy­pła­ci­ła mu za po­kwi­to­wa­niem dwa­dzie­ścia czte­ry ce­ki­ny za rok z góry, ale po­zo­sta­ła ze mną trzy dni, pod­czas któ­rych ubra­ła mnie po księ­żow­sku i ka­za­ła spra­wić pe­ru­kę, gdyż aby do­pro­wa­dzić moją za­wszo­ną gło­wę do po­rząd­ku, mu­sia­no mi ob­ciąć wło­sy.

Ro­dzi­na dok­to­ra Goz­zi skła­da­ła się z jego ojca, szew­ca, i ze sta­rej zgryź­li­wej mat­ki, któ­ra wiel­ce sza­no­wa­ła swe­go syna, gdyż jako chłop­ka nie uwa­ża­ła się za god­ną być mat­ką księ­dza i w do­dat­ku dok­to­ra. Oj­ciec pra­co­wał przez dzień cały, do ni­ko­go się nie od­zy­wa­jąc, na­wet przy sto­le. To­wa­rzy­ski sta­wał się do­pie­ro w dni świą­tecz­ne. Spę­dzał je z re­gu­ły w karcz­mie, skąd wra­cał o pół­no­cy pi­ja­ny i wy­śpie­wu­ją­cy pie­śni Tas­sa… Po trzeź­we­mu nie po­tra­fił ze­brać my­śli i jego żona ma­wia­ła, iż nig­dy by się nie zde­cy­do­wał na ślub z nią, gdy­by go do­brze nie uczę­sto­wa­ła przed pój­ściem do ko­ścio­ła.

Dok­tor Goz­zi miał rów­nież sio­strę Bet­ti­nę. Była ład­na, we­so­ła i pil­nie czy­ty­wa­ła ro­man­se. Ro­dzi­ce kar­ci­li ją za zbyt czę­ste uka­zy­wa­nie się w oknie, brat zaś za skłon­ność do lek­tu­ry. Spodo­ba­ła mi się ta dziew­czy­na, cho­ciaż nie wie­dzia­łem dla­cze­go, i ona to po­wo­li roz­nie­ci­ła w moim ser­cu iskrę na­mięt­no­ści, któ­ra z cza­sem sta­ła się do­mi­nu­ją­cą w mym ży­ciu.

W cią­gu dwóch lat dok­tor Goz­zi wdro­żył mnie we wszyst­ko, co sam umiał. Nie­wie­le tego było w grun­cie rze­czy, wy­star­czy­ło jed­nak, aby mnie wta­jem­ni­czyć we wszyst­kie ro­dza­je wie­dzy. Na­uczył mnie rów­nież gry na skrzyp­cach, co mi się póź­niej przy­da­ło. Nie bę­dąc w naj­mniej­szej mie­rze fi­lo­zo­fem, za­po­znał mnie z lo­gi­ką pe­ry­pa­te­ty­ków i an­tycz­ną ko­smo­gra­fią Pto­le­me­uszów; wy­kpi­wa­łem ją nie­ustan­nie, złosz­cząc go py­ta­nia­mi, na któ­re nie umiał od­po­wie­dzieć. Jego oby­cza­je były nie­na­gan­ne i cho­ciaż nie bi­got, od­zna­czał się bez­względ­ną su­ro­wo­ścią w dzie­dzi­nie re­li­gii… Zwykł ma­wiać, że nic go bar­dziej nie draż­ni niż nie­pew­ność, a za­tem tę­pił myśl, jako że myśl po­bu­dza wąt­pli­wo­ści.

Naj­więk­szą jego pa­sją było ka­zno­dziej­stwo, w czym przy­cho­dzi­ły mu z po­mo­cą do­rod­na po­stać i dźwięcz­ny głos. To­też acz­kol­wiek był za­przy­się­żo­nym wro­giem płci pięk­nej, jego au­dy­to­rium skła­da­ło się wy­łącz­nie z ko­biet. Grzech nie­czy­sto­ści uwa­żał za naj­cięż­szy ze wszyst­kich i gnie­wał się na mnie, gdy ośmie­la­łem się go za­li­czać do naj­lżej­szych. Swo­je ka­za­nia szpi­ko­wał cy­ta­ta­mi z grec­kich au­to­rów, któ­re tłu­ma­czył na ła­ci­nę rów­nie nie­zro­zu­mia­łą, jak gre­ka dla jego słu­cha­czek… Lu­bił się na­to­miast mną po­chwa­lić przed przy­ja­ciół­mi, jako że na­uczy­łem się czy­tać po grec­ku sam, je­dy­nie z po­mo­cą pod­ręcz­ni­ka gra­ma­ty­ki.

W okre­sie Wiel­kie­go Po­stu 1736 roku mat­ka moja na­pi­sa­ła do dok­to­ra Goz­zi, iż nie­ba­wem wy­bie­ra się na wy­stę­py do Pe­ters­bur­ga i pra­gnąc mnie zo­ba­czyć przed wy­jaz­dem pro­si, aby­śmy obaj przy­by­li na parę dni do We­ne­cji… Przy­ję­ła nas z wiel­ko­pań­ską ła­ska­wo­ścią, a że była pięk­na jak ju­trzen­ka, mój bied­ny pro­fe­sor stro­pił się wiel­ce i nie śmiał na nią pod­nieść oczu.

Pierw­szą rze­czą, któ­ra wy­wo­ła­ła zgor­sze­nie mat­ki, była moja blond pe­ru­ka, ra­żą­ca przy ciem­no­śnia­dej ce­rze i kłó­cą­ca się jak naj­bar­dziej z mymi czar­ny­mi brwia­mi i oczy­ma. Dok­tor za­py­ta­ny, dla­cze­go nie no­szę fry­zu­ry z wła­snych wło­sów, od­po­wie­dział ku ucie­sze ze­bra­nych, że jego sio­strze ła­twiej jest w ten spo­sób utrzy­mać moją gło­wę w czy­sto­ści. Mat­ka obie­ca­ła pięk­ny po­da­rek dla sio­stry, o ile ze­chce pie­lę­gno­wać moje wło­sy, po czym ka­za­ła spro­wa­dzić pe­ru­ka­rza i za­opa­trzyć mnie w pe­ru­kę do­bra­ną do ko­lo­ru twa­rzy.

Przy ko­la­cji dok­tor Goz­zi sie­dział przy mo­jej mat­ce bar­dzo onie­śmie­lo­ny i był­by się ani słów­kiem nie ode­zwał, gdy­by ja­kiś uczo­ny An­glik nie zwró­cił się do nie­go po ła­ci­nie. Na co dok­tor od­po­wie­dział skrom­nie, iż nie ro­zu­mie po an­giel­sku, co wy­wo­ła­ło gło­śny wy­buch śmie­chu. Pan Baf­fo wy­ba­wił nas z kło­po­tu, mó­wiąc, że An­gli­cy czy­ta­ją i wy­ma­wia­ją ła­ci­nę tak samo jak wło­ską mowę. Wte­dy nad­mie­ni­łem, że błą­dzi­li­by­śmy w tej sa­mej mie­rze co An­gli­cy, gdy­by­śmy czy­ta­li i wy­ma­wia­li ję­zyk an­giel­ski zgod­nie z re­gu­ła­mi przy­ję­ty­mi dla ła­ci­ny. An­glik za­chwy­co­ny moją by­stro­ścią na­pi­sał za­raz na­stę­pu­ją­cy dys­tych i dał mi do prze­czy­ta­nia:

Di­ci­te, gram­ma­ci­ti, cur ma­scu­la no­mi­na cun­nus

Et cur fe­mi­neum men­tu­la no­men ha­bet.6

Od­czy­taw­szy to gło­śno, za­wo­ła­łem:

– To przy­najm­niej jest ła­ci­na!

– Tyle i my wie­my – rze­kła moja mat­ka – ale na­le­ży to prze­tłu­ma­czyć.

– To wy­star­czy – od­po­wie­dzia­łem. – Za­raz od­po­wiem na to py­ta­nie.

I za­sta­no­wiw­szy się przez chwi­lę, na­pi­sa­łem taki pen­ta­metr:

Di­sce quod a do­mi­no no­mi­na se­rvus ha­bet.7

Był to mój pierw­szy w ży­ciu wy­czyn li­te­rac­ki i aplauz, ja­kim go po­wi­ta­no, za­siał w mej du­szy po­dziw dla po­etyc­kiej sła­wy. Zdu­mio­ny An­glik orzekł, że ża­den inny je­de­na­sto­let­ni chło­pak tyle by nie po­tra­fił, uca­ło­wał mnie i po­da­ro­wał swój ze­ga­rek.

W czte­ry dni póź­niej na od­jezd­nym mat­ka dała mi pacz­kę dla Bet­ti­ny, zaś ksiądz Gri­ma­ni czte­ry ce­ki­ny na kup­no ksią­żek. Zna­la­zł­szy w tej pacz­ce pięć łok­ci czar­ne­go atła­su i tu­zin par rę­ka­wi­czek, Bet­ti­na za­czę­ła mi oka­zy­wać szcze­gól­ne wzglę­dy i tak sta­ran­nie za­ję­ła się mymi wło­sa­mi, że po sze­ściu mie­sią­cach po­rzu­ci­łem pe­ru­kę. Przy­cho­dzi­ła mnie cze­sać co­dzien­nie i nie za­wsze cze­ka­ła, aż się ubio­rę. Myła mi twarz, szy­ję i pier­si, nie szczę­dząc dzie­cin­nych piesz­czot. Uwa­ża­łem je za nie­win­ne i kar­ci­łem sam sie­bie za pod­nie­ce­nie, ja­kie we mnie wy­wo­ły­wa­ły. Bę­dąc młod­szy od niej o trzy lata, nie wie­rzy­łem, aby mo­gła mnie ko­chać zmy­sło­wo. Po za­koń­cze­niu to­a­le­ty ca­ło­wa­ła mnie czu­le, na­zy­wa­ła ko­cha­nym dziec­kiem i acz­kol­wiek mia­łem nie lada ocho­tę pójść za jej przy­kła­dem, nie sta­wa­ło mi na to od­wa­gi. Póź­niej co praw­da pod wpły­wem wy­śmie­wa­nia przez nią mej nie­śmia­ło­ści zmęż­nia­łem i od­da­wa­łem jej po­ca­łun­ki jesz­cze go­ręt­sze od jej wła­snych, za­trzy­mu­jąc się jed­nak, ile­kroć od­czu­wa­łem po­ku­sę, aby po­su­nąć się da­lej.

Na po­cząt­ku je­sie­ni dok­tor Goz­zi przy­jął trzech no­wych pen­sjo­na­riu­szy i nie upły­nął mie­siąc, a już je­den z nich, pięt­na­sto­let­ni Cor­dia­ni, do­szedł, jak mi się zda­wa­ło, do za­ży­ło­ści z Bet­ti­ną. Wzbu­dzi­ło to we mnie nie­zna­ne do­tych­czas uczu­cie, któ­re za­na­li­zo­wa­łem do­pie­ro po paru la­tach. Ani za­zdrość, ani obu­rze­nie, lecz szla­chet­ną po­gar­dę. Tłu­mić jej nie uwa­ża­łem za sto­sow­ne, Cor­dia­ni bo­wiem, wul­gar­ny, bez po­lo­tu, bez to­wa­rzy­skiej ogła­dy, syn zwy­kłe­go chło­pa nie­mo­gą­cy w ni­czym mi spro­stać, miał nade mną tyl­ko prze­wa­gę wie­ku i nie za­słu­gi­wał w mo­ich oczach na ta­kie wy­róż­nie­nie. Ro­dzą­ca się mi­łość wła­sna mó­wi­ła mi, że je­stem wart wię­cej od nie­go. To uczu­cie dumy zmie­sza­nej z po­gar­dą zwró­ci­ło się prze­ciw­ko Bet­ti­nie, któ­rą ko­cha­łem, nie wie­dząc o tym. Zro­zu­mia­ła mój żal po spo­so­bie, w jaki przyj­mo­wa­łem jej piesz­czo­ty, gdy przy­cho­dzi­ła do łóż­ka mnie cze­sać. Od­py­cha­łem jej ręce i nie od­da­wa­łem po­ca­łun­ków. Do­tknię­ta, orze­kła, iż je­stem za­zdro­sny o Cor­dia­nie­go, co uzna­łem za upo­ka­rza­ją­cą ka­lum­nię i od­po­wie­dzia­łem, że uwa­żam ich za god­nych jed­no dru­gie­go. Ode­szła z uśmie­chem i po­sta­no­wi­ła wzbu­dzić we mnie za­zdrość.

Pew­ne­go ran­ka przy­szła do mego łóż­ka, przy­no­sząc wła­sno­ręcz­nie szy­deł­kiem wy­ko­na­ną parę bia­łych poń­czoch i po ucze­sa­niu po­wie­dzia­ła, iż musi mi je sama przy­mie­rzyć, aby spraw­dzić, czy ni­cze­go im nie brak. W chwi­li na­cią­ga­nia poń­czoch orze­kła, że moje uda są brud­ne, i nie py­ta­jąc o zgo­dę, przy­stą­pi­ła do my­cia. Pod­da­łem się jej woli, nie wie­dząc na­wet, co z tego wy­nik­nie. Bet­ti­na po­su­nę­ła zbyt da­le­ko swą tro­skę o schlud­ność i jej cie­ka­wość spra­wi­ła mi roz­kosz tak gwał­tow­ną, iż usta­ła ona do­pie­ro po jej cał­ko­wi­tym za­spo­ko­je­niu. Od­zy­skaw­szy kon­te­nans, uzna­łem się win­nym i pro­si­łem o prze­ba­cze­nie. Nie spo­dzie­wa­ła się tego i po na­my­śle od­po­wie­dzia­ła po­błaż­li­wym to­nem, że wina jest po jej stro­nie, lecz to się już nie po­wtó­rzy. Po czym po­zo­sta­wi­ła mnie gorz­kim re­flek­sjom. Były strasz­li­we: zda­wa­ło mi się, że ją zbez­cze­ści­łem, że zdra­dzi­łem za­ufa­nie jej ro­dzi­ny, po­gwał­ci­łem świę­te pra­wa go­ścin­no­ści i po­peł­ni­łem okrop­ną zbrod­nię, któ­rą mo­głem oku­pić tyl­ko mał­żeń­stwem, o ile Bet­ti­na ze­chcia­ła­by tak nie­god­ne­go jej nic­po­nia za męża.

Po tym in­cy­den­cie Bet­ti­na prze­sta­ła przy­cho­dzić do mego po­ko­ju. Przez pierw­szy ty­dzień jej wstrze­mięź­li­wość wy­da­wa­ła mi się roz­sąd­na i nur­tu­ją­ca mnie roz­ter­ka prze­obra­zi­ła­by się wkrót­ce w do­sko­na­łą mi­łość, gdy­by wzglę­dy, ja­kie oka­zy­wa­ła Cor­dia­nie­mu, nie za­szcze­pi­ły w mej du­szy jadu za­zdro­ści, acz­kol­wiek nie po­dej­rze­wa­łem, aby za­wi­ni­ła z nim tak jak ze mną. Prze­ko­na­nie, że to, co uczy­ni­ła, uczy­ni­ła z roz­my­słem, a tyl­ko skru­cha nie po­zwa­la jej zno­wu zbli­żyć się do mnie, schle­bia­ło mej mi­ło­ści wła­snej, bo do­wo­dzi­ło, że mnie ko­cha; po­sta­no­wi­łem więc za­chę­cić ją pi­sem­nie. List mój oce­ni­łem jako ar­cy­dzie­ło, któ­re win­no wzbu­dzić jej uwiel­bie­nie i dać mi prze­wa­gę nad Cor­dia­nim. W pół go­dzi­ny po otrzy­ma­niu go po­wie­dzia­ła mi z oży­wie­niem, że przyj­dzie na­za­jutrz rano, jak daw­niej, do mego po­ko­ju. Na próż­no jed­nak na nią cze­ka­łem. Ja­kież było moje zdzi­wie­nie, gdy na­za­jutrz za­py­ta­ła mnie przy sto­le, czy zgo­dzę się pójść z nią za parę dni, prze­bra­ny za dziew­czy­nę, na bal do dok­to­ra Oli­vo, jed­ne­go z na­szych są­sia­dów. Wszyst­kim spodo­bał się bar­dzo ten po­mysł, więc przy­ją­łem jej pro­po­zy­cję, lecz oto co sta­nę­ło na prze­szko­dzie i wy­wo­ła­ło praw­dzi­wą tra­gi­ko­me­dię:

Oj­ciec chrzest­ny dok­to­ra Goz­zi, sę­dzi­wy i ma­jęt­ny, czu­jąc po dłu­giej cho­ro­bie, iż śmierć się zbli­ża, po­słał po nie­go po­wóz z proś­bą, aby przy­był wraz z oj­cem asy­sto­wać przy jego zgo­nie i po­le­cić jego du­szę Bogu. Sta­ry szewc wy­chy­lił wpierw gą­sio­rek, po czym ubrał się od­święt­nie i obaj wy­je­cha­li. Uzna­łem to za po­myśl­ną oko­licz­ność i uwa­ża­jąc bal za bar­dzo jesz­cze od­le­gły, zna­la­złem od­po­wied­ni mo­ment, aby po­wie­dzieć Bet­ti­nie, iż zo­sta­wię drzwi mo­je­go po­ko­ju otwar­te i będę na nią cze­kał po uda­niu się wszyst­kich na spo­czy­nek. Od­par­ła, że przyj­dzie na pew­no. Spa­ła na par­te­rze w al­kie­rzu od­se­pa­ro­wa­nym tyl­ko cien­kim prze­pie­rze­niem od izby ojca. Ja zaś mia­łem po­kój od­dziel­ny. Dok­tor Goz­zi był nie­obec­ny, trzej pen­sjo­na­riu­sze spa­li w po­ko­ju na ubo­czu, nie ży­wi­łem więc żad­nych obaw.

Cze­ka­łem do­syć spo­koj­nie do pół­no­cy, ale gdy mi­nę­ła dru­ga, trze­cia, czwar­ta, a Bet­ti­ny wciąż nie było, krew we mnie za­wrza­ła, ogar­nę­ła mnie wście­kłość. Na go­dzi­nę przed świ­tem zde­cy­do­wa­łem się zejść na dół, boso, by nie obu­dzić psa, i po­dejść pod drzwi Bet­ti­ny, któ­re po­win­ny były być otwar­te, gdy­by była wy­szła. Ale za­sta­łem je za­mknię­te, a że moż­na było to uczy­nić tyl­ko od we­wnątrz, są­dzi­łem, iż za­snę­ła. Zła­ma­ny bó­lem i nie wie­dząc, co po­cząć, usia­dłem, szczę­ka­jąc zę­ba­mi z zim­na, na ostat­nim stop­niu scho­dów.

O świ­cie, w oba­wie, że za­sta­nie mnie tam słu­żą­ca i po­są­dzi o po­stra­da­nie zmy­słów, zde­cy­do­wa­łem się po­wró­cić do sie­bie. Wsta­łem i w tej chwi­li do­szedł mnie ha­łas z po­ko­ju Bet­ti­ny. Pew­ny, że uka­że się, i oży­wio­ny tą na­dzie­ją pod­sze­dłem do drzwi. Za­miast niej jed­nak wy­padł z nich Cor­dia­ni i jed­nym kop­nię­ciem zwa­liw­szy mnie z nóg w głę­bo­ki śnieg, po­biegł, nie za­trzy­mu­jąc się, do po­ko­ju, gdzie sy­piał z ko­le­ga­mi, brać­mi Fel­tri­ni.

Oszu­ka­ny, zgnę­bio­ny, upo­ko­rzo­ny, wy­da­ny na drwi­ny trium­fa­to­ra Cor­dia­nie­go po­wró­ci­łem do swe­go po­ko­ju, gdzie snu­łem naj­czar­niej­sze za­my­sły ze­msty. Otru­cie ich oboj­ga wy­da­wa­ło mi się nie­wy­star­cza­ją­ce w tej strasz­nej chwi­li mego ży­cia.

W tym sta­nie du­cha usły­sza­łem na­gle przed mo­imi drzwia­mi skrze­czą­cy głos mat­ki Bet­ti­ny, któ­ra pro­si­ła, abym zszedł, gdyż jej cór­ka umie­ra. Zmar­twio­ny, iż w ten spo­sób go­to­wa ujść mej ze­msty, zbie­głem czym prę­dzej na dół i za­sta­łem ją w łóż­ku ojca, w oto­cze­niu ro­dzi­ny, na wpół ubra­ną, wi­ją­cą się w okrop­nych kon­wul­sjach. Po prze­ży­tej nocy nie wie­dzia­łem, co o tym my­śleć, a obcą mi była chy­trość ko­biet. W go­dzi­nę po­tem Bet­ti­na za­snę­ła spo­koj­nie, a we­zwa­na aku­szer­ka, przy­by­ła w tym sa­mym cza­sie co dok­tor Oli­vo, orze­kła, iż ob­ja­wy te są re­zul­ta­tem hi­ste­rycz­nych hu­mo­rów. Dok­tor był prze­ciw­ne­go zda­nia i prze­pi­sał od­po­czy­nek i zim­ne ką­pie­le. Co do mnie, to śmia­łem się z nich w du­szy, bę­dąc pe­wien, że cho­ro­ba Bet­ti­ny po­cho­dzi od jej noc­nych igra­szek lub ze stra­chu, ja­kie­go jej na­pę­dzi­ło moje spo­tka­nie z Cor­dia­nim. Nie przy­pusz­cza­łem bo­wiem, aby po­tra­fi­ła tak świet­nie sy­mu­lo­wać cho­ro­bę.

Na­za­jutrz mat­ka Bet­ti­ny prze­rwa­ła moją lek­cję z dok­to­rem Goz­zi i po dłu­gim wstę­pie po­wie­dzia­ła, iż wie, co do­le­ga jej cór­ce. Cza­row­ni­ca – któ­rą zna – rzu­ci­ła na nią zły urok.

– To moż­li­we, dro­ga mat­ko, ale w ta­kich spra­wach strzeż­my się omył­ki. Któż jest ową cza­row­ni­cą?

– Na­sza sta­ra słu­żą­ca i przed chwi­lą prze­ko­na­łam się o tym.

– W jaki spo­sób?

– Za­ta­ra­so­wa­łam drzwi mego po­ko­ju dwo­ma skrzy­żo­wa­ny­mi ki­ja­mi od mio­tły. Wi­dząc je, we­szła przez dru­gie drzwi. Gdy­by nie była cza­row­ni­cą, by­ła­by oczy­wi­ście roz­krzy­żo­wa­ła te kije.

– To nie jest ta­kie oczy­wi­ste. Spro­wadź mi tu tę ko­bie­tę.

A gdy się po­ja­wi­ła, dok­tor Goz­zi za­py­tał ją:

– Dla­cze­go nie we­szłaś dziś rano tymi drzwia­mi, jak zwy­kle?

– Nie ro­zu­miem, o co księ­dzu cho­dzi.

– Czy nie wi­dzia­łaś na drzwiach krzy­ża świę­te­go An­drze­ja?

– Co to za krzyż?

– Uda­jesz głu­pią – wtrą­ci­ła mat­ka. – Gdzie no­co­wa­łaś w ostat­ni czwar­tek?

– U mo­jej sio­strze­ni­cy, któ­ra ro­dzi.

– Nic po­dob­ne­go! By­łaś na sa­ba­cie cza­row­nic i rzu­ci­łaś urok na moją cór­kę.

Obu­rzo­na ko­bie­ta plu­nę­ła jej w twarz, sta­ra Goz­zi po­chwy­ci­ła za kij. Dok­tor mu­siał je roz­dzie­lić i dat­kiem pie­nięż­nym uspo­ko­ić za­wzię­cie zło­rze­czą­cą słu­gę.

Po tej sce­nie za­baw­nej i skan­da­licz­nej dok­tor Goz­zi na­ło­żył swe li­tur­gicz­ne sza­ty, aby od­pra­wić eg­zor­cy­zmy przy sio­strze i spraw­dzić, czy istot­nie zły duch ją opę­tał. Nie po­prze­sta­jąc na tym, mat­ka Bet­ti­ny za­pro­si­ła naj­sław­niej­sze­go w Pa­dwie eg­zor­cy­stę, nad wy­raz szpet­ne­go ka­pu­cy­na, zwa­ne­go bra­tem Pro­spe­ro da Bo­ro­len­ta. Za­le­d­wie Bet­ti­na go uj­rza­ła, wy­buch­nę­ła śmie­chem i za­czę­ła wy­krzy­ki­wać naj­gor­sze obe­lgi, co ucie­szy­ło ze­bra­nych do­ko­ła, jako że tyl­ko dia­beł mógł się od­wa­żyć na ta­kie trak­to­wa­nie ka­pu­cy­na. Eg­zor­cy­sta, zwy­my­śla­ny od śmier­dzą­cych bru­da­sów i głup­ców, za­czął okła­dać Bet­ti­nę kru­cy­fik­sem, twier­dząc, iż bije dia­bła, i za­prze­stał do­pie­ro, gdy we wła­snej obro­nie po­chwy­ci­ła noc­nik.

Dok­tor Goz­zi za­ru­mie­nił się, lecz nie­stro­pio­ny ni­czym ka­pu­cyn od­czy­tał strasz­li­wą for­mu­łę eg­zor­cy­stycz­ną, po czym we­zwał sza­ta­na, aby po­wie­dział swe imię.

– Na­zy­wam się Bet­ti­na.

Nie, gdyż to jest imię ochrzczo­nej dziew­czy­ny.

– A więc my­ślisz, że dia­beł musi mieć imię mę­skie? Wiedz, głu­pi ka­pu­cy­nie, że dia­beł nie ma płci.

Co mó­wiąc, Bet­ti­na wy­buch­nę­ła śmie­chem tak za­raź­li­wym, że po­sze­dłem za jej przy­kła­dem. Ka­pu­cyn zwró­cił się do dok­to­ra Goz­zi i rzekł, że brak mi wia­ry, wo­bec cze­go na­le­ży mnie wy­pro­sić z po­ko­ju.

Brat Pro­spe­ro zjadł z nami obiad, w cza­sie któ­re­go pra­wił róż­ne i licz­ne bred­nie. Po obie­dzie wró­cił do po­ko­ju Bet­ti­ny, aby ją po­bło­go­sła­wić, lecz wi­dząc go, po­chwy­ci­ła szklan­kę z ja­kimś czar­nym, do­star­czo­nym jej przez ap­te­ka­rza pły­nem i ci­snę­ła mu ją w gło­wę. Sto­ją­cy opo­dal Cor­dia­ni do­stał swo­ją por­cję, co mnie wiel­ce ura­do­wa­ło. Bet­ti­na ko­rzy­sta­ła z oka­zji, wie­dząc, że wszyst­kie jej czy­ny idą na ra­chu­nek sza­ta­na. Brat Pro­spe­ro od­szedł, z pew­no­ścią nie­za­do­wo­lo­ny, i ra­dził zwró­cić się do in­ne­go eg­zor­cy­sty.

Bettinę biorą za opętaną – Ojciec Mancia – Ospa – Wyjeżdżam do Padwy

Naza­jutrz ku roz­pa­czy ca­łej ro­dzi­ny dia­beł, któ­ry opę­tał Bet­ti­nę, usa­do­wił się w jej umy­śle. Dok­tor Goz­zi po­wie­dział mi, że musi być opę­ta­na, gdy­by bo­wiem to był tyl­ko obłęd, nie po­trak­to­wa­ła­by tak prze­kor­nie ka­pu­cy­na, i po­sta­no­wił we­zwać do niej ojca Man­cia, do­mi­ni­ka­ni­na, nie mniej sław­ne­go eg­zor­cy­stę, o któ­rym mó­wio­no, że z każ­dą opę­ta­ną dziew­czy­ną po­tra­fi so­bie po­ra­dzić.

Był to wy­so­ki i ma­je­sta­tycz­ny męż­czy­zna w wie­ku lat oko­ło trzy­dzie­stu, blon­dyn o nie­bie­skich oczach, pięk­ny jak Apol­lo bel­we­der­ski, z tą róż­ni­cą, że nie triumf i py­cha, ale skrom­ność ma­lo­wa­ła się na jego ob­li­czu.

Gdy we­szli­śmy, Bet­ti­na spa­ła lub uda­wa­ła, że śpi. Oj­ciec Man­cia po­kro­pił ją wodą świę­co­ną. Otwo­rzy­ła oczy, spoj­rza­ła na mni­cha i za­mknę­ła je na­tych­miast. Po czym otwo­rzy­ła je zno­wu, przyj­rza­ła mu się nie­co le­piej i z wdzięcz­nie po­chy­lo­ną głów­ką niby to za­snę­ła. Eg­zor­cy­sta wy­do­był z kie­sze­ni ry­tu­ał8 i stu­łę, za­ło­żył ją so­bie na szy­ję, re­li­kwiarz umie­ścił na pier­si Bet­ti­ny i z ar­cy­po­waż­ną miną ka­zał nam klęk­nąć i mo­dlić się. Klę­cze­li­śmy tak przez pół go­dzi­ny, gdy on ci­cho coś czy­tał. Dok­tor po­wie­dział nam, że mnich przyj­dzie na­za­jutrz i przy­rze­ka, o ile Bet­ti­na nie jest obłą­ka­na, uwol­nić ją od złe­go du­cha w cią­gu trzech go­dzin.

Na dru­gi dzień Bet­ti­na ci­ska­ła się w naj­lep­sze i plo­tła naj­więk­sze nie­do­rzecz­no­ści, któ­rych nie prze­rwa­ła na­wet na wi­dok przy­stoj­ne­go eg­zor­cy­sty; on zaś słu­chał tego z przy­jem­no­ścią przez kwa­drans, a póź­niej ka­zał nam wszyst­kim opu­ścić po­kój. Usłu­cha­li­śmy go nie­zwłocz­nie. Drzwi po­zo­sta­ły otwar­te, ale któż by śmiał za­glą­dać? Trzy go­dzi­ny pa­no­wa­ła tam głu­cha ci­sza. W po­łu­dnie mnich nas za­wo­łał. Bet­ti­na była smut­na, lecz naj­zu­peł­niej po­tul­na, gdy eg­zor­cy­sta zwi­jał ma­nat­ki. Od­cho­dząc, wy­ra­ził na­dzie­ję, że jego za­bie­gi oka­żą się sku­tecz­ne.

Prze­ko­na­łem się jed­nak wkrót­ce, iż Bet­ti­na nie była ani opę­ta­na, ani żad­ne­mu obłę­do­wi nie ule­gła. Sta­ło się to w przed­dzień Świę­ta Oczysz­cze­nia Mat­ki Bo­skiej; dok­tor Goz­zi zwykł nas pro­wa­dzić do pa­ra­fii św. Au­gu­sty­na, gdzie spo­wia­da­li­śmy się u księ­ży do­mi­ni­ka­nów. Gdy za­po­wie­dział to nam przy sto­le, mat­ka jego do­da­ła, że po­win­ni­śmy – tak samo jak ona – zwró­cić się o ab­so­lu­cję do świą­to­bli­we­go ojca Man­cia. Na­za­jutrz ra­niut­ko Bet­ti­na wrę­czy­ła mi kart­kę:

Mo­żesz mnie nie­na­wi­dzić, lecz usza­nuj moją cześć i spo­kój du­szy. Ża­den z was nie może się spo­wia­dać u ojca Man­cia. Ty je­den po­tra­fisz do tego nie do­pu­ścić.

Nie umiem na­wet wy­ra­zić li­to­ści, jaka mnie ogar­nę­ła, gdym czy­tał ową kart­kę. Od­po­wie­dzia­łem jed­nak w te sło­wa:

Ro­zu­miem, że po­mi­mo ta­jem­ni­cy spo­wie­dzi po­mysł twej mat­ki ci nie do­ga­dza. Ale dla­cze­go nie zwra­casz się w tej spra­wie do Cor­dia­nie­go, twe­go aman­ta?

Na co od­pi­sa­ła:

Nie roz­ma­wia­łam z Cor­dia­nim od owej fa­tal­nej nocy, na sku­tek któ­rej tyle wy­cier­pia­łam. Nie prze­mó­wię do nie­go już nig­dy i to­bie tyl­ko pra­gnę za­wdzię­czać cześć i ży­cie.

Zde­cy­do­wa­ny oka­zać Bet­ti­nie po­moc, któ­rej się po mnie spo­dzie­wa­ła, sko­rzy­sta­łem z od­po­wied­niej chwi­li przy kła­dze­niu się do snu i po­wie­dzia­łem dok­to­ro­wi Goz­zi, że su­mie­nie mi na­ka­zu­je pro­sić, abym mógł udać się do in­ne­go spo­wied­ni­ka, i że nie chciał­bym się pod tym wzglę­dem róż­nić od ko­le­gów. Za­cny mój pro­fe­sor zgo­dził się chęt­nie.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia le­ża­łem w łóż­ku z po­wo­du ma­łej ran­ki na no­dze, gdy dok­tor Goz­zi był w ko­ście­le ze swy­mi ucznia­mi. Sko­rzy­sta­ła z tego Bet­ti­na, przy­szła do mego po­ko­ju i usia­dła na łóż­ku. Spo­dzie­wa­łem się tego i wi­dząc, że nad­szedł mo­ment de­cy­du­ją­cych wy­ja­śnień, po­wi­ta­łem ją z ra­do­ścią. Wy­zna­łem, że już jej nie ko­cham, gdyż sama zni­we­czy­ła w za­rod­ku moją pięk­ną mi­łość.

– Wszyst­ko, coś mi po­wie­dział – za­czę­ła Bet­ti­na – opie­ra się na złym zro­zu­mie­niu i na po­zo­rach. Nie ko­cham Cor­dia­nie­go i nig­dym go nie ko­cha­ła. Cor­dia­ni – cią­gnę­ła da­lej – oświad­czył mi się już w ty­dzień po przy­jeź­dzie i bła­gał, abym za nie­go wy­szła, za­raz gdy za­koń­czy stu­dia, bo wte­dy jego oj­ciec po­pro­si o moją rękę. Od­par­łam, że znam go za mało, że nie chcę wyjść za nie­go i pro­szę, aby zo­sta­wił mnie w spo­ko­ju. Jed­nak Cor­dia­ni wi­dział nas ra­zem i te­goż dnia po ko­la­cji spa­dło na mnie pierw­sze nie­szczę­ście. Wsu­nął mi ten bi­le­cik i ten list do ręki.

To mó­wiąc, Bet­ti­na po­da­ła mi list i kart­kę tej tre­ści:

Albo wpuść mnie dziś do swo­je­go po­ko­ju, zo­sta­wia­jąc uchy­lo­ne drzwi na po­dwó­rze, albo bę­dziesz mu­sia­ła ju­tro tłu­ma­czyć się przed dok­to­rem, bo mu od­dam ten list, któ­re­go ko­pię tu wi­dzisz!

W li­ście Cor­dia­ni opi­sy­wał dok­to­ro­wi, jak to jego sio­stra spę­dza ran­ki na ka­ry­god­nej roz­pu­ście ze mną, gdy on od­pra­wia mszę.

– Po na­my­śle, któ­re­go spra­wa wy­ma­ga­ła – do­rzu­ci­ła Bet­ti­na – zde­cy­do­wa­łam się wy­słu­chać po­two­ra. Przy pierw­szej uwa­dze na te­mat oszczer­stwa za­war­te­go w li­ście Cor­dia­ni rzekł mi, że to żad­ne oszczer­stwo, bo przez dziu­rę w su­fi­cie nad two­im łóż­kiem wi­dział ze stry­chu, co­śmy ro­bi­li owe­go ran­ka, i za­koń­czył tym, że zdra­dzi to wszyst­ko memu bra­tu i mat­ce, je­że­li od­mó­wię mu tego, cze­gom to­bie udzie­li­ła.

Na­stęp­nie Cor­dia­ni usi­ło­wał na­mó­wić ją do wspól­nej uciecz­ki do Fer­ra­ry, gdzie miał stry­ja.

– Ser­ce mi krwa­wi­ło na myśl o to­bie – do­da­ła – ale nie mam so­bie nic do wy­rzu­ce­nia i nic też mię­dzy nami nie za­szło, co by mnie czy­ni­ło nie­god­ną two­je­go sza­cun­ku.

By­łem głę­bo­ko wzru­szo­ny, mimo że całe jej opo­wia­da­nie, choć mo­gło być praw­dą, wy­da­wa­ło mi się k łam­stwem. Ba­wi­ło mnie jed­nak uda­wa­nie, iż bio­rę jej sło­wa za do­brą mo­ne­tę. Dia­log ten cią­żył mi jed­nak co­raz bar­dziej i za­py­ta­łem wresz­cie, co mogę dla niej uczy­nić. Od­po­wie­dzia­ła smęt­nym to­nem, że o ile ser­ce mi nic nie dyk­tu­je, ona sama nie wie, cze­go się win­na ode mnie do­ma­gać. Chcąc ją po­cie­szyć, rze­kłem, że je­dy­nym spo­so­bem od­zy­ska­nia mo­jej mi­ło­ści bę­dzie obiet­ni­ca, iż zre­zy­gnu­je z usług przy­stoj­ne­go eg­zor­cy­sty.

Po ko­la­cji słu­żą­ca nie­py­ta­na po­wie­dzia­ła mi, że Bet­ti­na po­ło­ży­ła się do łóż­ka z sil­ną go­rącz­ką. Mo­gła to być rzecz na­tu­ral­na, jed­nak wąt­pi­łem. Na­za­jutrz Oli­vo, stwier­dziw­szy sil­ną go­rącz­kę, rzekł dok­to­ro­wi, że cho­ra ma­ja­czy i bre­dzi, ale że to z go­rącz­ki, nie z opę­ta­nia. Go­rącz­ka nie ustę­po­wa­ła i czwar­te­go dnia uka­za­ła się wy­syp­ka. Bied­na dziew­czy­na była nią tak po­kry­ta, że nie po­zo­sta­ło wol­ne­go ka­wał­ka skó­ry. Dzie­wią­te­go dnia we­zwa­no księ­dza ze świę­ty­mi ole­ja­mi.

W dwa lata póź­niej Bet­ti­na, z któ­rą już tyl­ko bra­ter­skie łą­czy­ły mnie uczu­cia, wy­szła za mąż za szew­ca na­zwi­skiem Pi­goz­zo, skoń­czo­ne­go szu­braw­ca, któ­ry ją mal­tre­to­wał i do nę­dzy do­pro­wa­dził.

Ja zaś stu­dio­wa­łem tym­cza­sem w Pa­dwie pra­wo i ma­jąc lat szes­na­ście, otrzy­ma­łem sto­pień dok­to­ra iu­ris utriu­sque9 na pod­sta­wie dwóch tez: z pra­wa cy­wil­ne­go de te­sta­men­tis10 oraz utrum He­bra­ei po­ssint con­stru­ere no­vas sy­na­go­gas11 – z pra­wa ka­no­nicz­ne­go. Praw­dzi­wym moim po­wo­ła­niem były stu­dia me­dycz­ne i czu­łem wy­raź­ną in­kli­na­cję do tego za­wo­du. Jed­nak­że żą­da­no ode mnie, abym zgłę­biał wie­dzę praw­ni­czą, do któ­rej czu­łem wstręt nie­od­par­ty. Tłu­ma­czo­no mi, iż nie doj­dę do for­tu­ny in­a­czej, jeno bę­dąc ad­wo­ka­tem, a co go­rzej – ad­wo­ka­tem ekle­zja­stycz­nym12. Gdy­by mi po­zwo­lo­no iść za wła­snym gu­stem, zo­stał­bym le­ka­rzem, stan, w któ­rym szar­la­tań­stwo od­da­je jesz­cze więk­sze usłu­gi niż w pa­le­strze.

Obo­wią­zek uczęsz­cza­nia na wy­kła­dy umoż­li­wił mi sa­mot­ne wy­ciecz­ki do mia­sta i chcąc wy­ko­rzy­stać nie­zna­ną mi do­tych­czas peł­nię wol­no­ści, nie omiesz­ka­łem po­ku­mać się z naj­słyn­niej­szy­mi ze stu­den­tów; otóż ten ro­dzaj lu­dzi to wy­łącz­nie li­ber­ty­ni, gra­cze, opo­je, dziw­ka­rze, bir­ban­ty, urwi­sy i zbe­reź­ni­ki nie­zdol­ne do żad­nych szla­chet­nych uczuć.

W tych cza­sach stu­den­ci w Pa­dwie cie­szy­li się wiel­ki­mi przy­wi­le­ja­mi i w ich obro­nie nie­raz po­peł­nia­li zbrod­nie. Nie ka­ra­no ich z oba­wy, by zbyt­nia su­ro­wość nie zmniej­szy­ła na­pły­wu scho­la­rzy13, któ­rzy zjeż­dża­li się z ca­łej Eu­ro­py do tego sław­ne­go uni­wer­sy­te­tu. Rząd we­nec­ki trzy­mał się na­stę­pu­ją­cej za­sa­dy: so­wi­cie opła­cać pro­fe­so­rów o wiel­kim na­zwi­sku i po­zo­sta­wiać ich uczniom jak naj­wię­cej swo­bo­dy. Pro­wa­dząc ten nowy dla mnie tryb ży­cia i nie chcąc ucho­dzić za mniej za­moż­ne­go od mych no­wych przy­ja­ciół, wy­da­wa­łem wię­cej, niż mnie stać było. Sprze­da­łem więc lub za­sta­wi­łem wszyst­ko, co po­sia­da­łem, oraz za­cią­gną­łem dłu­gi, któ­rych nie mo­głem spła­cić. Nie wie­dząc, co po­cząć, na­pi­sa­łem do mo­jej ko­cha­nej bab­ki, któ­ra miast przy­słać pie­nią­dze, przy­je­cha­ła do Pa­dwy i po­dzię­ko­waw­szy dok­to­ro­wi Goz­zi i Bet­ti­nie za ich sta­ra­nia, za­bra­ła mnie pierw­sze­go paź­dzier­ni­ka 1739 roku z po­wro­tem do We­ne­cji.

Patriarcha Wenecji udziela mi pierwszych święceń – Poznaję senatora Malipiero, siostrzenicę księdza, panią Orio, Nanette i Marton – Zostaję kaznodzieją

Przy­by­wa z Pa­dwy, gdzie stu­dio­wał” – taką for­mu­łą przed­sta­wia­no mnie wszę­dzie, na co rów­ni wie­kiem i sta­nem bacz­nie mi się przy­glą­da­li, oj­co­wie ro­dzin kom­ple­men­to­wa­li, star­sze pa­nie mnie ca­ło­wa­ły, po­nie­któ­re zaś po­da­wa­ły się za star­sze, aby móc to uczy­nić swo­bod­nie. Pro­boszcz pa­ra­fii św. Sa­mu­ela, na­zwi­skiem Jo­sel­lo, po za­in­sta­lo­wa­niu mnie przy swo­im ko­ście­le przed­sta­wił pa­triar­sze we­nec­kie­mu, któ­ry mnie ton­su­ro­wał14, a w czte­ry mie­sią­ce póź­niej, ku ogrom­nej ucie­sze mo­jej bab­ki, udzie­lił mi, za spe­cjal­nym in­dul­tem15, czte­rech mniej­szych świę­ceń.

Po­szu­ka­no mi za­raz do­brych men­to­rów dla dal­szych stu­diów i pan Baf­fo zle­cił księ­dzu Schia­ro na­uczyć mnie bez­błęd­nie pi­sać po wło­sku, a zwłasz­cza za­pra­wić do ję­zy­ka po­ezji, do cze­go mia­łem zde­cy­do­wa­ną in­kli­na­cję. Acz­kol­wiek moim głów­nym pro­tek­to­rem po­wi­nien był być ksiądz Gri­ma­ni, wi­dy­wa­łem go rzad­ko, uda­ło mi się na­to­miast po­zy­skać wzglę­dy pana Ma­li­pie­ro, któ­re­mu przed­sta­wił mnie ksiądz Jo­sel­lo. Sie­dem­dzie­się­cio­let­ni se­na­tor, czu­ły jesz­cze na wdzię­ki nie­wie­ście, nie chciał się już wtrą­cać do spraw pań­stwo­wych i pro­wa­dził szczę­śli­we ży­cie w swym pa­ła­cu, do­brze ja­da­jąc i przyj­mu­jąc co wie­czór do­bra­ne to­wa­rzy­stwo dam, z któ­rych każ­da po­tra­fi­ła w swo­im cza­sie wy­ko­rzy­stać mło­dość i uro­dę, oraz dow­cip­nych męż­czyzn wie­dzą­cych o wszyst­kim, co się w mie­ście dzia­ło.

Wier­ny jego za­sa­dom i po­słusz­ny jego roz­ka­zom, wkrót­ce za­skar­bi­łem so­bie ła­ski i uzna­nie mego pa­tro­na i sta­łem się ulu­bień­cem by­wa­ją­cych u nie­go przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej. Tak licz­ne zna­jo­mo­ści wśród ko­biet com­me il faut16 na­tchnę­ły mnie tro­ską o pięk­no ob­li­cza i ele­gan­cję stro­ju, co wy­wo­ła­ło sprze­ci­wy mego pro­bosz­cza, po­pie­ra­ne­go przez ba­bu­nię. Pew­ne­go dnia, od­cią­gnąw­szy mnie na bok, po­wie­dział mio­do­wym gło­sem, że sko­ro wy­bra­łem stan ka­płań­ski, po­wi­nie­nem dą­żyć do po­do­ba­nia się Bogu za­le­ta­mi ser­ca, a nie świa­tu wy­twor­ną pre­zen­cją, i za­koń­czył t ę ad­mo­ni­cję cy­ta­tą z wy­po­wie­dzi któ­re­goś z so­bo­rów eku­me­nicz­nych: Cle­ri­cus qui nu­trit co­mam ana­the­ma sit17. Na co wy­mie­ni­łem mu przy­kład stu wy­twor­nych księ­ży, któ­rych nie uwa­ża­no za eks­ko­mu­ni­ko­wa­nych, cho­ciaż uży­wa­li wię­cej pu­dru ode mnie, na­masz­cza­li się pod­nie­ca­ją­cą ko­bie­ty po­ma­dą o woni am­bry, pod­czas gdy moja pach­nia­ła ja­śmi­nem, co ścią­ga­ło mi kom­ple­men­ty w każ­dym sa­lo­nie, i wresz­cie wy­ra­ża­jąc żal, iż nie mogę go usłu­chać, po­wie­dzia­łem, że za­mie­rzam być księ­dzem, a nie za­nie­dba­nym ka­pu­cy­nem.

Nie­wąt­pli­wie zi­ry­to­wa­ła go moja od­po­wiedź, bo parę dni póź­niej ten zło­śli­wy kle­cha, zwiódł­szy moją bab­kę, wszedł do mnie, zbli­żył się do łóż­ka i śpią­ce­mu jesz­cze nie­li­to­ści­wie ob­ciął no­życz­ka­mi wszyst­kie wło­sy na przo­dzie gło­wy. Wście­kły ubra­łem się, snu­jąc mści­we pla­ny, i po­bie­głem do po­zna­ne­go u se­na­to­ra ad­wo­ka­ta Car­ra­re, aby się do­wie­dzieć, czy mogę ści­gać są­dow­nie mego pro­bosz­cza. Oświad­czył mi, że nie­daw­no do­pro­wa­dzo­no do ru­iny pew­ną ro­dzi­nę za ob­cię­cie wą­sów kro­ac­kie­mu ofi­ce­ro­wi i że chęt­nie wy­to­czy w moim imie­niu brze­mien­ny w kon­se­kwen­cje pro­ces. Zgo­dzi­łem się i pro­si­łem, aby uspra­wie­dli­wił moją nie­obec­ność tego wie­czo­ra u pana Ma­li­pie­ro, gdyż nie mogę się ni­ko­mu po­ka­zać, do­pó­ki wło­sy mi nie od­ro­sną.

Na­za­jutrz, gdym się ubie­rał, aby pójść do ad­wo­ka­ta, wszedł do mnie zna­ko­mi­ty bal­wierz po­zna­ny u pani Can­ta­ri­ni. Rzekł, że go przy­sy­ła Ma­li­pie­ro, i uło­żył mi wło­sy w tak kunsz­tow­ną i twa­rzo­wą ko­afiu­rę, że wy­co­fa­łem skar­gę. Nie ukry­wa­łem mego żalu wo­bec pana Ma­li­pie­ro i po­wie­dzia­łem mu otwar­cie, że po­szu­kam so­bie in­ne­go ko­ścio­ła, co zy­ska­ło apro­ba­tę tego mą­dre­go star­ca. Wsze­la­ko po dwóch ty­go­dniach zdzi­wił mnie, mó­wiąc, iż nada­rza mi się spo­sob­ność po­wro­tu i uzy­ska­nia go­dzi­wej sa­tys­fak­cji od mego pro­bosz­cza.

– Jako pre­zes brac­twa Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu – rzekł se­na­tor – mam wy­zna­czyć mów­cę na czwar­tą nie­dzie­lę w tym mie­sią­cu, któ­ra przy­pa­da na dru­gi dzień świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Otóż za­mie­rzam wy­zna­czyć cie­bie i je­stem pew­ny, że pro­boszcz nie ośmie­li się mi od­mó­wić.

Ta pro­po­zy­cja za­sko­czy­ła mnie wiel­ce, gdyż nie wy­obra­ża­łem so­bie roli ka­zno­dziei, od­po­wie­dzia­łem jed­nak, że pil­no mi za­brać się do pra­cy i cho­ciaż nie je­stem teo­lo­giem, czu­ję się na si­łach wy­po­wie­dzieć rze­czy za­rów­no nowe, jak za­dzi­wia­ją­ce.

Pro­boszcz zgo­dził się istot­nie, lecz pod wa­run­kiem że mu przed­tem po­ka­żę mój pa­ne­gi­ryk, do­ty­czy to bo­wiem naj­wyż­szych sfer teo­lo­gii i nie może mnie do­pu­ścić na am­bo­nę, nie bę­dąc pew­ny, czy nie pal­nę ja­kiejś he­re­zji. W cią­gu ty­go­dnia na­pi­sa­łem ora­cję. Nie po­tra­fię opi­sać ra­do­ści mej bab­ki; pła­ka­ła ze szczę­ścia, iż wnuk jej zo­stał apo­sto­łem. Wy­słu­cha­ła mego utwo­ru, od­ma­wia­jąc ró­ża­niec, i uzna­ła go – zgod­nie z moim wła­snym zda­niem – za ar­cy­dzie­ło. Pan Ma­li­pie­ro na­to­miast orzekł, że tekst mój nie uzy­ska apro­ba­ty pro­bosz­cza. Te­mat wzią­łem z Ho­ra­ce­go: Plo­ra­ve­re suis non re­spon­de­re fa­vo­rem spe­ra­tum me­ri­tis18.

Na­stęp­nie uda­łem się do księ­dza Jo­sel­lo, aby mu od­czy­tać mój tekst. Nie za­sta­łem go i chcąc skró­cić czas ocze­ki­wa­nia, pod­sze­dłem do ha­ftu­ją­cej na bę­ben­ku jego sio­strze­ni­cy An­ge­li i tak się roz­po­czę­ła moja do niej mi­łość. Uczu­cie to oka­za­ło się fa­tal­ne w skut­kach, zro­dzi­ło bo­wiem afekt do na­stęp­nych dwóch nie­wiast, co z ko­lei do­pro­wa­dzi­ło mnie do wie­lu in­nych mi­ło­stek i po­rzu­ce­nia sta­nu ka­płań­skie­go. Ksiądz Jo­sel­lo prze­czy­tał moje ka­za­nie i oświad­czył, że jest to pięk­na roz­pra­wa aka­de­mic­ka, lecz na am­bo­nę się nie na­da­je.

– Dam ci ni­ko­mu nie­zna­ny wła­sny tekst, na­uczysz się go na pa­mięć, a obie­cu­ję ci, że roz­po­wiem wszyst­kim, iż je­steś jego au­to­rem.

– Dzię­ku­ję ci, wie­leb­ny oj­cze, ale wy­po­wiem mój albo ża­den.

Wie­dzio­ny próż­no­ścią po­sła­łem je­den eg­zem­plarz dok­to­ro­wi Goz­zi. Otrzy­ma­łem go z po­wro­tem z bu­dzą­cą we mnie śmiech ad­no­ta­cją, że chy­ba mu­sia­łem zwa­rio­wać. „Je­że­li po­zwo­lą ci wy­gło­sić coś ta­kie­go w ko­ście­le – pi­sał dok­tor Goz­zi – nie lada dys­ho­nor spad­nie na mnie, któ­rym cie­bie wy­cho­wał”.

Nie prze­ją­łem się tą opi­nią i w ozna­czo­ny dzień wy­gło­si­łem moje ka­za­nie w ko­ście­le Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu, przed wy­bo­ro­wym au­dy­to­rium. Okla­ski­wa­no mnie szczo­drze i prze­po­wia­da­no, iż zo­sta­nę wiel­kim ka­zno­dzie­ją, sko­ro w tak mło­dym wie­ku zdo­ła­łem się rów­nie do­brze wy­wią­zać z tego za­da­nia. W sa­kiew­ce, do któ­rej zgod­nie ze zwy­cza­jem skła­da się dat­ki dla ka­zno­dziei, za­kry­stian zna­lazł prze­szło pięć­dzie­siąt ce­ki­nów i parę bi­le­ci­ków mi­ło­snych, co zgor­szy­ło bi­go­tów. Pod wpły­wem tej grat­ki (a by­łem ostat­nio bez gro­sza) za­czą­łem my­śleć po­waż­nie, czy­by nie zo­stać ka­zno­dzie­ją, i prze­sia­dy­wa­łem czę­sto u mego pro­bosz­cza, za­się­ga­jąc jego rady, co po­zwa­la­ło mi umi­zgać się do An­ge­li, w któ­rej ko­cha­łem się z dnia na dzień co­raz bar­dziej. Roz­trop­na to jed­nak była dziew­czy­na i żą­da­ła, abym po­rzu­cił su­tan­nę i oże­nił się z nią, na co nie mia­łem naj­mniej­szej ocho­ty mimo ca­łej mi­ło­ści.

Pew­ne­go dnia pro­boszcz, któ­ry za­gu­sto­wał wresz­cie w mo­jej elo­kwen­cji, ka­zał mi przy­go­to­wać ka­za­nie na dzień świę­te­go Jó­ze­fa. Na­pi­sa­ne było jed­nak w księ­dze prze­zna­czeń, że raz tyl­ko wy­stą­pię z po­wo­dze­niem na am­bo­nie. Bę­dąc mło­dy i za­ro­zu­mia­ły, za­nie­dba­łem na­ucze­nia się tek­stu na pa­mięć. Nad­szedł dzień 19 mar­ca 1741 roku; ka­za­nie mia­łem wy­gło­sić o czwar­tej po po­łu­dniu. Przed­tem jed­nak nie opar­łem się po­ku­sie zje­dze­nia obia­du z hra­bią Mont-Real i jed­nym z jego przy­ja­ciół. We­se­li­li­śmy się jesz­cze przy sto­le, gdy nad­szedł kle­ryk, mó­wiąc, że cze­ka­ją na mnie w za­kry­stii. Upo­ra­łem się cał­kiem do­brze z exor­dium19