Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy ebook

Marta Sztokfisz  

3 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 263 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy - Marta Sztokfisz

Szara, smutna rzeczywistość PRL-u? Nic bardziej mylnego!

Nigdy przedtem ani potem nie byliśmy tak europejscy – mówi o latach 60. Marta Sztokfisz. A tak europejscy mogliśmy być dzięki ludziom, którzy tworzyli tę dekadę. Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy to historia jednej z ważniejszych postaci ówczesnego świata artystycznego. Jadwigę Grabowską, Grabolkę, nadwiślańską Coco Chanel, pierwszą dyrektor artystyczną Mody Polskiej, wspominają przyjaciele, współpracownicy i uczniowie. Z ich opowieści wyłania się nie tylko portret silnej kobiety, która miała odwagę iść własną drogą i nie zgadzała się na kompromisy, lecz także obraz szalonej Warszawy lat 60., gdzie wszystko było możliwe.

Opinie o ebooku Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy - Marta Sztokfisz

Fragment ebooka Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy - Marta Sztokfisz

Marta Sztokfisz

CARYCA POLSKIEJ MODY, ŚWIĘCI I GRZESZNICY

Copyright © Marta Sztokfisz, MMXV

Wydanie I 

Warszawa MMXV

Rozdział INa tronie mody

„Bądź piękna i milcz – całkiem poważnie radzi Jadwiga Grabowska swojej modelce, która chce zdobyć upatrzonego mężczyznę. I uśmiecha się, dobrze wiedząc, co mówi. Po chwili dodaje: – Naucz się też smacznie i zdrowo gotować”.

Po raz pierwszy zobaczyłam ją, kiedy byłam dziewczynką. Zwróciła mi na nią uwagę starsza siostra.

– Patrz, Grabowska – rzuciła z miną konesera i światowca, kiedy spragniona jej towarzystwa przyszłam na Karową, do liceum Czackiego, które właśnie kończyła.

Pani nosiła kostium w stylu Marysi Staszelisowej, najelegantszej z naszych ciotek, ale jednak był to styl starszych kobiet, który mnie, dwunastolatki, absolutnie nie zachwycał. Nic nadzwyczajnego, pomyślałam. Ani piękna, ani szałowo ubrana, ani do żadnej aktorki niepodobna.

– Kim ona jest? – chciałam wiedzieć.

– Rządzi modą. Jadwiga Grabowska. Na jej pokazach chodzą najlepsze dziewczyny. A jakie mają ciuchy! Boże, pół życia bym za nie dała.

Tak mi imponowała starsza siostra, że uwierzyłam jej na słowo. Nagrodziła mnie kiedyś za dyskrecję – nie wypaplałam rodzicom o jej randkach – i pokazała modelki Jadwigi Grabowskiej siedzące w kawiarni hotelu Bristol.

Z nosem przy szybie wstrzymałam oddech – takie były piękne, świetnie ubrane i uczesane, jakieś paryskie w tym luzie i nonszalancji. Ich małe torebki leżały obok, a one światowo paliły papierosy, sączyły coś z wysokich szklanek i z dziwną obojętnością rozmawiały z przystojnymi, szykownymi mężczyznami. Przez tę szybę czułam zapach Zachodu i luksusowych perfum, takich, po których mojej mamie został już tylko flakon. Te dziewczęta były jak przybyszki z innej planety, w niczym nieprzypominającej mojej podstawówki przy ulicy Smolnej, gdzie zamiast pięknych sweterków i rozkloszowanych spódnic nosiło się granatowy fartuch z białym kołnierzykiem, a na plecach taszczyło ohydny tornister. Od chwili gdy je zobaczyłam, nieustannie przyświecała mi nadzieja, że szybko, jak najszybciej dorosnę, by stać się wreszcie taka jak one.

Elżbieta Kopacz w płaszczu projektu Jerzego Antkowiaka.

Po latach siostra, jeśli ją ubłagałam, zabierała mnie do salonu przy ulicy Konopnickiej róg Frascati. W podziemiach była kawiarnia Ewa i tam odbywały się małe pokazy kolekcji Mody Polskiej. Większego święta sobie nie przypominam. Już wiedziałam, dlaczego warto zapamiętać siedzącą z boku dyrektor artystyczną przedsiębiorstwa: jej znakiem firmowym była elegancja. Podobne sukienki, płaszcze, spodnie z żakiecikami oglądałam w awangardowym magazynie „Ty i Ja”, zdarzały się i w „Przekroju”. A bardziej awangardowe w „Seventeen”, brytyjskim magazynie z modą młodzieżową.

Nieco później szyła mi podobne sukienki matka koleżanki, podwarszawska krawcowa. Kiedy w klasie maturalnej miałam to, o co mi chodziło – na przykład spodnie i marynarkę w pepitkę, czapkę gawroszkę z tego samego materiału ze skórzanym czarnym daszkiem, zadowolona, że wyglądam tak, jak chcę, a nie jak muszę, szłam na lodowisko na Torwarze. Z głośników płynęła muzyka, chłopcy podjeżdżali do upatrzonych dziewczyn. Do mnie – Janusz, który mieszkał na Francuskiej, rzut beretem od pani Jadwigi. Ta jazda w parach miała przedsmak flirtu, romansu.

Niestety, sama nie przeszłam szkoły elegancji pani Grabowskiej. Bardziej ciągnęło mnie jednak do świata dam, a nie chłopczyc wspinających się po drzewach czy maszerujących na zbiórki w szarych mundurach, wełnianych skarpetach i ciężkich buciorach. Marzyłam, by się uwolnić od rodzicielskich oraz szkolnych nakazów i zakazów. Myślałam naiwnie, że dama robi to, co chce, a nie to, co musi.

Minęły lata. W połowie studiów, szykując się do ślubu, zamówiłam suknię w Modzie Polskiej. Do miary szłam piechotą: z Jaracza, Dobrą i w górę, do Tamki, gdzie pod numerem 49, u zbiegu z Kopernika, znajdowały się pracownie. Pani Grabowskiej od dawna już tam nie było, a ja, skończywszy filologię polską, zostałam dziennikarką i modą zawodowo się nie zajmowałam. Pisałam o kinie, teatrze, show businessie. Ubierałam się tak, jak w czasach studenckich: na bazarze na Skaryszewskiej, jedynym miejscu w Warszawie, gdzie można było w przystępnej cenie zdobyć coś ciekawego. Wkrótce jednak bazar przeniesiono do Rembertowa i już nie było to miejsce do łowienia superciuchów. Zamiast rarytasów z paczek i przemytu rozpanoszyła się turczyzna z tanich zachodnich marketów.

Urodziłam syna, po trzynastu latach drugiego, pracowałam w dzienniku, potem w tygodnikach i cały czas żyłam w pośpiechu. Zamiast iść, biegłam. „Niedobrze” – myślałam. Powtarzałam sobie jedną ze złotych myśli Grabowskiej: „Dama się nie spieszy”. Wspomnienie o niej natrętnie powracało w różnych momentach, nasilając się, kiedy wchodziłam do którejś z sieciówek, gdzie nie mogłam upolować nic ciekawego.

W latach 1957–1968, w dekadzie, której się przyglądam, taką wszechpanującą sieciówką były sklepy MHD – Miejskiego Handlu Detalicznego. Myślałam wtedy, że Grabowska, która ceniła jakość, nawet by tam nie zajrzała.

Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o Jadwidze Grabowskiej, poznać ją lepiej. Przyświecała mi nadzieja, że projektanci, modelki, krawcowe, krojczynie opowiedzą o „naszej pani Jadwidze” – jak mówiono za jej panowania. Gdyby nie istniała, trzeba by ją wymyślić. Carycę mody mieliśmy tylko jedną.

Kiedyś modelka zapytała Grabowską, co ma zrobić dama, kiedy się spoci. A ona na to, że kobieta, która chce być damą, nie bywa spocona, zmęczona ani zgrzana. Pani z towarzystwa, mówiąca w kilku językach, pokazywała, jakie znaczenie ma dobry wygląd, uczyła etykiety, poczucia smaku, rozbudzała w kobietach potrzebę elegancji. W 1958 roku została carycą Mody Polskiej – w tym socjalistycznym przedsiębiorstwie kierowała ośrodkiem wzornictwa, któremu nadała zachodni sznyt. Zepchnięto ją z tronu po dekadzie sprawowania rządów.

Zaledwie dziewięć lat przed przejściem do Mody miała nie lada zgryz. Musiała zlikwidować swój butik krawiecki – wykończyły go stalinowskie domiary.

Adres Feniksa był warszawski, Marszałkowska 35, parter, wejście od ulicy. Z czasów wojny pozostała wypalona elewacja, ruiny wzmocniono rusztowaniem, doklejono pawilony. W jednym z nich przedwojenne krawcowe Jadwigi Grabowskiej obszywały stołeczne elegantki, żony partyjnych dygnitarzy i socjalistyczną dyplomację, a ona rozkładała w witrynie torby, paski, sweterki z paczek, które dostawała ze Stanów, swoje nieznoszone sukienki, unikatowe dodatki, nawet papierośnice. Przed wojną ta córka kamieniczników była nieprzyzwoicie bogata i nikt nie kazał jej pracować, sama chciała. Od dziecka zdradzała skłonności do kierowania, projektowania. „Życie toczy się dalej”, zwykła powtarzać, kiedy ktoś pytał po wojnie o te spalone i zagrabione dobra. A potem rządziła Modą Polską i nikt już takich pytań nie śmiał szefowej zadawać.

Jadwiga Grabowska już po strąceniu jej z tronu Mody Polskiej.

Nie warto żyć złudzeniami – uważała Grabowska. Wiedziała, że Polska Rzeczpospolita Ludowa to kraj absurdów. Po zamknięciu Feniksa nie uległa namowom, by wyemigrować do Stanów czy Anglii, gdzie miała rodzinę. „Uchowaj Boże. Co będzie, to będzie, zostaję tutaj” – postanowiła. Lubiła wytworny świat, elegancję, piękne zapachy i dobre maniery, ale najlepiej się czuła tutaj, w Warszawie. Nie mówiła o losie ani o przeznaczeniu. Nie mówiła też o szczęściu, nawet nie wymawiała tego słowa ani go nie analizowała, uważając, że jest pretensjonalne i przynosi pecha. Kiedyś ją poproszono, żeby powiedziała, jak rozumie to abstrakcyjne pojęcie – szczęście. Sprytnie się od tego wywinęła, nie zmyślała na poczekaniu drętwych banałów, miała zdystansowany stosunek do takich uniesień, chociaż przed wojną lubiła w salonie rodzinnego domu przy Marszałkowskiej słuchać koleżanek paplających o swoich kochankach.

A w „Życiu Warszawy” się zwierzyła:

Zadowolenie (nie mówię o szczęściu, które jest kwestią przypadku) dają również rzeczy błahe, codzienne. W każdym okresie życia, w każdym nastroju coś innego, w dzieciństwie na przykład dobre stopnie, ładne łyżwy, we wczesnej młodości udana randka… W wieku dojrzałym należy wypracować sobie filozofię życiową i receptę na optymizm: nie żałować tego, co było wczoraj, wierzyć, że jutro będzie lepsze niż dzisiaj. Nastrój chwili też jest ważny, teraz zadowolenie dałoby mi, gdyby moi zwierzchnicy uwierzyli, że to, co robię i mówię, jest słuszne, gdyby kobiety w Polsce były ładnie ubrane i nikt by nie twierdził „każdy ma swój dobry gust”, gdyby sprzedawano rzeczy ładne, a nie te, które „idą”, a w komisjach selekcyjnych zatwierdzających wzory zasiadaliby ludzie, którzy nie tylko patrzą, ale i widzą, gdyby nie trzeba było walczyć o piękno, bo każdy by je dostawał ślicznie opakowane i podane z miłym uśmiechem w sklepach MHD. Wreszcie, gdyby moja walka o ład i piękno nie była walką z wiatrakami.1

Kiedy straciwszy Feniksa, przegrała potyczkę, postanowiła wygrać wojnę. Kombinowała, jak stworzyć własną, a jednocześnie państwową firmę, jak sprawić, by jej praca, kontakty, ambicje i talent nie poszły na marne, nie zostały roztrwonione ani zrujnowane domiarami.

Zatrudniła się w Cepelii – gigancie w tamtym czasie – której podlegało 208 spółdzielni rękodzieła artystycznego i 105 zakładów przemysłu artystycznego. Centrala powstała, kiedy Jadwiga zlikwidowała na Marszałkowskiej swój interes, a ponieważ znała Zofię Szydłowską, pierwszą prezes Cepelii, dołączyła do jej ekipy. Obie wiedziały, że w komunizmie zasady wolnego rynku zostały zastąpione przez plany gospodarcze. Planowano wszystko – nawet wygląd obywateli. Urzędnicy od mody zaczęli się spotykać na Międzynarodowych Targach Ubioru w Lipsku, gdzie ustalano obowiązujący styl ludu pracującego miast i wsi, nawet długość sukienek i spódnic, głębokość dekoltów, kolorystykę tkanin.

Na potrzeby pokazów w Lipsku powstało w Warszawie Biuro Mody Ewa. Jadwiga Grabowska została jego kierowniczką. Na targi jeździła z Marią Borowską, przed wojną cyrkówką występującą w Berlinie. W Lipsku nawiązały kontakty handlowe i towarzyskie, a Jadwiga organizowała tam pierwsze pokazy mody. Swoje najlepsze pomysły udokumentowała i przedstawiła na forum oficjalnym. „W Lipsku oczekują naszych propozycji, naszego stylu, tam można promować polski przemysł lekki, polska moda wejdzie do światowego obiegu…” – perorowała. Przekonały z Borowską urzędników i w 1958 roku Biuro połączyło się z Galux Export, w ten sposób powstało Przedsiębiorstwo Państwowe Moda Polska z Jadwigą Grabowską jako dyrektorem artystycznym.

Sama wychodziła sobie tron, na którym zasiadła. Ona, a nie Kaya Mirecka-Ploss, która podaje się za twórczynię Mody Polskiej, nie wymieniając z nazwiska żadnego dyrektora, pracownika firmy, nawet jednej modelki, projektanta czy krojczyni. W książce Kobieta, która widziała za dużo pisze: „Gdy po przyjeździe z Anglii do Polski, w 1960 roku, zaangażowałam się w tworzenie Mody Polskiej, zostałam szefową wzorcowni”2.

Współpracownicy Grabowskiej nigdy o Mireckiej-Ploss nie słyszeli.

Elżbieta Bajon w małej czarnej.

– Nikogo takiego nie było w Modzie Polskiej – mówią oburzeni.

Grabowska nie kontestowała ustroju. Uznała, że jest, jak jest, i trzeba się wpasować w realia. Obca jej była postawa niezdecydowania i malkontenctwa, którą wykpi niebawem Sławomir Mrożek w dramacie Indyk. Zdobyte doświadczenie i kontakty pozwoliły jej stworzyć autorski projekt – nowy organizm, którym dowodziła. Realizowała go z pomocą starannie wybranego zespołu: to byli projektanci z kilku wyższych uczelni, wychowankowie z Feniksa, przedwojenne krawcowe, które pościągały inne dobrze szyjące koleżanki.

– Później, kiedy okrzepła, rozwinęła zespół – wspomina Ewa Zielińska. – Jej ludzie nie pracowali taśmowo, tylko indywidualnie z każdym klientem, z każdą modelką, tak jak działają paryskie domy mody.

– Wiedziała, skąd czerpać inspiracje, odwiedzała tamtejsze domy mody, była na wszystkich pokazach. Przysłuchiwała się rozmowom i miała otwarte oczy i umysł. Dlatego w dziedzinie stroju uważała się w Polsce za najmądrzejszą. – Taką Grabowską zapamiętała Olga Kułakowska, córka przedwojennego dyplomaty, kierująca działem ubioru w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Z Jadwigą rozmawiała na paryskich pokazach po francusku, potem jedna szła w swoją stronę, druga w swoją. Nie łączyły ich zażyłość ani żadne interesy.

Kiedy rozmawiam o Jadwidze Grabowskiej, myślę, że miała potężny kapitał znajomości. W jej modopolskiej karierze pomocne mogły być relacje nawiązane w Feniksie, gdzie ubierała krępe żony komunistycznych dygnitarzy (między innymi Janinę Bierutową, a podobno i Wandę Górską, z którą Bierut był w nieformalnym związku) oraz zdeklasowane arystokratki o ramionach kruchych jak chrust. Dla każdej miała propozycję. Żadnej nie powiedziała, że czegoś nie uszyje, że nie ma materiału albo dodatków. Kobiety przyjeżdżały do niej nawet z Krakowa, by im modnie przerobiła zawartość nietkniętych wojną szaf, tylko trochę nadszarpniętą przez mole. Żurnale ktoś jej musiał dostarczać z Paryża, zachodnia prasa jeszcze nie docierała do Polski.

„Modelką w Feniksie była Tula Popławska, później prawa jej [Grabowskiej] ręka – wspomina Mira Michałowska, żona ambasadora PRL-u w Stanach Zjednoczonych. – Paryski żurnal, który chciałam jej ofiarować, oczywiście już miała… Ubierałam się w różnych okresach i w różnych pracowniach, nad którymi sprawowała nadzór artystyczny. Zawsze przyjmowałam jej rady, za co mnie polubiła. Cieszyło ją, że na mnie jej suknie pojadą w świat i będą widziane »na salonach« Zachodu. Zaprotegowała mnie też pani Kominkowej, znakomitej modystce, która robiła kapelusze do wszystkich jej kolekcji”3.

Grabowska, kiedyś podróżująca pulmanowskim wagonem, w PRL-u jechała do Poznania, Krakowa czy Sopotu, siedząc na zwykłych dechach albo w rozklekotanym, śmierdzącym autokarze. Nie skarżyła się, nie pozowała na okradzioną przez komunizm dziedziczkę rodzinnej fortuny. Ci, którzy ją znali, mówią, że nigdy nie ogarniało jej poczucie niższości, dlatego nie musiała się natychmiast byle czym pocieszać. „Już to miałam” – rzucała od niechcenia, kiedy projektanci albo modelki się dziwili, że nie biega po Paryżu za tym, co w Polsce nieosiągalne. Ciągłą radość sprawiało jej wymyślanie fasonów ubrań, zdobywanie najlepszych tkanin i nadzór nad powstającą kolekcją.

Koniec lat pięćdziesiątych. Ewa Zielińska, artystka tworząca w skórze, współpracująca z Grabowską, zaczyna bywać z mężem architektem w ambasadach i zamawia u Jadwigi suknię wizytową.

Barbara Minkiewicz w stroju zaprojektowanym przez Jadwigę Grabowską.

– Zapytała, na jakie okazje jej potrzebuję. Uszyto mi bardzo ładną, z czarnej, cieniutkiej wełny. Zaprojektowała pani Jadwiga, wykorzystując moją dobrą wtedy figurę: obcisła góra wysoko pod szyję, długi rękaw z mankietem wychodzącym na dłoń, dół rozkloszowany, ale nie przesadnie. Świetna klasyka. Tylko skrócić albo podłużyć; zawsze efektowna. Dziesięć lat wcześniej ktoś ze środowiska powiedział mi o jej sklepie Feniks. Gdzieś się poznałyśmy. Zapytała: „A czym się pani zajmuje?” i zaprosiła mnie na Marszałkowską. Robiłam dla niej skórzane guziczki, paski, torebki... Projektowaniem obuwia zajęłam się później. Płaciła w terminie, obie byłyśmy zadowolone. Nie poklepywała po ramieniu. To była elegancka kobieta. „Proszę mi pokazać, jak to sfastrygowałaś – zwracała się do krawcowej. – Janeczko, nie tak masz kroić. W ten sposób to zrób”. Strofowała modelki, asystentki: „To masz wyciągnięte, tamto niestarannie wyprasowane”. Trafiały do niej takie osoby, jak Tula Popławska czy Elżbieta Wyganowska, żona prezydenta Warszawy w demokratycznej Polsce, które dobry ton i gust wyniosły z domów. Przyszły do Mody kompletnie uformowane, dlatego odpowiadały pani Jadwidze sposobem bycia, ubierania się i zachowywania. Nie pamiętam Grabowskiej z ostrym słowem, z przekleństwem. Zirytowana, z obrzydzeniem odrzucała od siebie jakieś detale: „Źle mi narysowałaś”. „Ale, pani Jadwigo…”. „Nie będę rozmawiać, masz poprawić, zrobić tak, jak prosiłam” – opowiada Ewa Zielińska.

Czas mocno przerzedził grono znajomych i współpracowników Jadwigi Grabowskiej. Ci, których udało mi się odnaleźć, opowiadają, że umacniając swoją pozycję w firmie, kierowała się mottem Loli Prusac, przyjaciółki z przedwojennej Łodzi, francuskiej projektantki: „Projektant musi mieć nerwy ze stali i mocną psychikę”.

Większość rodziny i przyjaciół zabrała jej wojna. Teraz jej przyjaciółką jest Warszawa. Nigdy nie rozstaje się z nią na długo, wraca tutaj z Paryża, Lipska, Berlina, Londynu, Nowego Jorku, Los Angeles. Wraca do swojego mężczyzny i dwupokojowego, skromnego mieszkania na Saskiej Kępie. I do Mody Polskiej, która jest dla niej niczym tlen.

Nie potrafi rysować, mimo to w 1924 roku skończyła w Paryżu kursy projektowania. Ma do tego fachu głowę. „Zrób mi taką sukienkę, małą czarną z rozetką w talii po prawej stronie, cztery centymetry za kolana” – tłumaczy asystentowi, Jerzemu Antkowiakowi. I on robi szkice, a ona zmienia je w kolekcje. Pracuje nad nimi, jakby tworzyła wysokie krawiectwo, nie przejmując się, że haute couture odchodzi, wypierane przez prêt-à-porter – tanie fabryczne rzeczy prosto do noszenia. W Polsce, gdzie wszystko jest w proszku, jedynie kreatywnym ich inwencja pozwala jakoś wyglądać, reszta nosi tandetną masówkę.

A ją zajmuje moda elitarna, nie uliczna ani proletariacka, ponieważ „Grabolka”, jak lubi ją nazywać Antkowiak, wywodzi się z warszawskiej elity i ma gust charakterystyczny dla swojej sfery. Nowinki inspirujące elegantki przywozi z Paryża, który odwiedza każdego roku, chociaż innych rzadko wypuszcza się wówczas na Zachód. Obie kultury, polską i francuską, Grabowska miesza w tyglu mody – która w PRL-u nie miała wzorów ani tradycji. Przebojowa kreatorka sama te wzory tworzy, potrafi też wedrzeć się do gabinetów ministrów i, co trudniejsze, przeniknąć do świata zachodnich pokazów mody, by osiągnąć to, co posłuży kolekcjom Mody Polskiej.

Jest jesień, szaro, siąpi deszcz. Przed ośrodkiem Mody Polskiej na ulicy Widok tłum zmarzniętych piękności w przemoczonych szpilkach z wąskimi czubkami. Szczęściary stoją wewnątrz na schodach. Jest ich tak dużo, że schody zaczynają trzeszczeć. Dziewczyny stawiły się na casting ogłoszony w prasie, chcą zostać modelkami Jadwigi Grabowskiej, wierzą, że otworzy im to wiele drzwi.

„Widzisz, jakie mamy wzięcie” – cieszy się szefowa, puszczając oko do Antkowiaka.

Wybredna dama na modelki wybiera tylko najpiękniejsze warszawianki. Są wśród nich również córki znajomych, a one pod jej wpływem stają się damami, dodają koloru szarej ulicy, budzą zachwyt i pożądanie.

Arterie miasta dudnią i pulsują, cała Warszawa jest w budowie, jeszcze podnosi się z gruzów, a już ma urok kochanki, wdzięk modelki, klasę hrabiny. Może oczarować.

Po tragicznych wydarzeniach w Poznaniu 1956 roku i zmianach na szczycie władzy warszawiacy czują liberalizację systemu. Na wiecach oklaskują wypuszczonego z więzienia Władysława Gomułkę, nowego pierwszego sekretarza PZPR. Właśnie zwolnił z internowania prymasa i biskupów. Ludzie mu zaufali. Pod Pałacem Kultury i Nauki, gdzie wygłosił swoje najlepsze przemówienie, zgromadził się tłum – dwieście pięćdziesiąt tysięcy osób dobrowolnie zaśpiewało mu Sto lat.

– Kilku kolegów, na przykład Cieślewicz, Lenica, nie dla kariery zapisało się do partii. Wierzyli, że można coś w niej zdziałać. I nie myślałem: „O, Lenica jest w partii, to ja z nim nie rozmawiam”. Tak zdolny człowiek jak on zamiast „dzień dobry” mógł powiedzieć „dupa” i też byłoby to do przyjęcia – opowiada znany grafik Rosław Szaybo, wówczas student warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Po Październiku malarz Aleksander Kobzdej wyjechał do Paryża. Odwiedziła go tam żona Maryna.

– Jakiś Francuz, słysząc, że rozmawiamy w obcym języku, zapytał, skąd jesteśmy. „O, Polska, Gomułka…”. Było o nim głośno także na świecie – opowiada.

Małgorzata Krzeszowska w jedwabnym stroju z ręcznie haftowanymi aplikacjami folklorystycznymi.

Ludzie już nie boją się donosicielstwa tak panicznie jak wcześniej, chociaż ubecja ciągle węszy, a jej kadra zagnieżdżona w artystycznych kręgach pisze raporty, podsłuchuje i podpatruje. Życie nie do końca straciło rozdwojony charakter typowy dla czasów stalinowskich. Nadal co innego mówi się w domach, co innego publicznie, jednak ludzie śmielej wyrażają poglądy, tworzą nowe trendy, idee, a okres ten zapamiętają jako czas większej swobody.

Październikowa odwilż wyraźnie poprawia nastroje, rozgrzewa krew, budzi nadzieje. To czas niebieskich ptaków. W nocy wylatują z gniazd uwitych w ruinach i ruszają w miasto. Jak na skrzydłach lecą do lokali, gdzie brzmi – do niedawna zakazany – jazz. Noszą kolorowe skarpety, spodnie rurki, buty na słoninie. I kochają Amerykę. Bo Ameryka to wolność, ich marzenie. Mają plerezy albo czupryny ulizane na brylantynę w „kaczy kuper”. Dziewczęta unoszą się na szpilkach, szumią rozkloszowanymi spódnicami, wysmuklają talię szerokim gumowym paskiem. Lśnią. Chcą się podobać jak nigdy dotąd. Śmieją się, romansują, bawią się do rana w klubach i knajpach.

Jest wiosna 1964 roku. W Warszawie nie można kupić cienkich pończoch zwanych nylonami. Pamiętam, jak uklękłam na deskach, zahaczyłam o drzazgę i pierwsze w życiu nylony, skombinowane gdzieś przez mamę, rozdarły się na kolanie. Mokra od łez usłyszałam, jak tata pouczał mamę: „To było niepotrzebne. Dziecka się nie stroi ani nie rozpuszcza”. Kolejne, kupione w prywatnych pawilonach na Marszałkowskiej, dostałam po roku albo dwóch i zakładałam je tylko wtedy, kiedy chciałam się pokazać. Na co dzień musiałam nosić osiągalne w sklepach patentki, które zwijały się na kostce w kształt obwarzanka.

A właśnie tego roku w Paryżu, gdzie jest wszystko i jeszcze więcej, Małgosia Krzeszowska z Mody Polskiej, pierwsza modelka bloku wschodniego, bierze udział w pokazach Niny Ricci. Jej koleżanki zielenieją z zazdrości. Na widowni siedzi Jadwiga Grabowska.

„Mój Boże, doczekałam się, że moja modelka, z tej mrocznej Polski, prezentuje najlepszą modę w Paryżu” – wzrusza się, gratulując dziewczynie.

Piękną osiemnastolatkę ściągnęła do Mody Polskiej pięć lat wcześniej. Zobaczyła ją na Saskiej Kępie. Smukła, wysoka dziewczyna szła z gracją gazeli ulicą Francuską. To chyba o niej Sława Przybylska śpiewała słodką piosenkę: „Na Francuskiej, jak przed lustrem, słońce zmienia swe sukienki, inna suknia dla modelki, inną suknię miłość ma”. Jadwiga Grabowska wiedziała, że dając Małgosi Krzeszowskiej pracę, przyjmuje kogoś wyjątkowego. Sama ostra, przebojowa, lubiła jej delikatność i subtelność. Kiedyś do Krzeszowskiej przyszedł jej ojciec, przedstawił się Grabowskiej, pocałował ją w rękę, a ona nie ukrywała zachwytu: „Gdybym miała córkę, chciałabym taką łagodną, miłą jak Małgosia”.

*

U literatów, aktorów, reżyserów – bo artyści mają własne stowarzyszenia i knajpy – panuje spory zamęt. Jedni kajają się za służalstwo wobec stalinizmu, drudzy nawiązują bliskie relacje z napływającymi z Zachodu producentami, pisarzami, gwiazdami kina. W modnych miejscach Śródmieścia, na Trakcie Królewskim, wzdłuż którego wiedzie alkoholowa trasa zwana złośliwie „Szlakiem Hańby”, bywają jedni i drudzy – wszyscy, których warto znać. Znalezienie się w tym szykownym towarzystwie stanowi jednak spore wyzwanie.

„Głowa”, „Koń”, „Piwek”, „Sosna”, „Cukier”, „Duduś”, „Jancyk”, „Naleśnik”, „Głodomór”, „Cizio”, „Ślepy”, „Hipek”… Znał ich każdy, kto liczył się w Warszawie lat sześćdziesiątych. Rosław Szaybo i Marek Karewicz nie mieli pseudonimów. Jan Dunin-Mieczyński, Jerzy Hoffman i kilku innych również, ale nie dało się przejść koło nich obojętnie.

Początkowo zamierzałam opowiedzieć tu o Jadwidze Grabowskiej – zjawisku tamtych lat, nieporównywalnym z żadnym innym. Chciałam pokazać imperium jej Mody Polskiej, świat klasyki w paryskim stylu, pięknych modelek, utalentowanych projektantów, kręcących się w ich orbicie zadbanych mężczyzn o nienagannych manierach. Ten świat w zdewastowanej, szarej i biednej Warszawie stworzyła „Grabolka”, „nadwiślańska Coco Chanel”, „piekielna królica”, „caryca polskiej mody”. To był skrawek piękna w nieszczególnie pięknej rzeczywistości.

Do opowieści o „polskiej Chanelce” niepostrzeżenie wdarł się jednak wątek bywalców śródmiejskich lokali. Historia kolorowych mężczyzn tej szarej, socjalistycznej rzeczywistości – na poły zabawna, na poły dramatyczna – nie dawała mi spokoju. Poruszyły mnie ich braterstwo i solidarność, ujęło poczucie humoru, niemal westernowa męskość, zawadiackość i brawura. To, jak – po czasie wojny i stalinizmu – próbowali żyć chwilą.

Andrzej Bohdanowicz, „Koń”, z Małgorzatą Sobierajską.

Ich legenda tak mnie uwiodła, że zmieniłam początkowo skromniejszy zamysł. Obie narracje mimochodem się splotły i dopełniły. Razem stają się historią fascynującej obyczajowo i intelektualnie stolicy dekady popaździernikowej i ludzi tworzących klimat miasta. Niektórzy przeszli do legendy, zyskali własny mit. Ich energia rozsadzała mury, śmigali rocka, potem twista, buzował testosteron, seks nie był już takim grzechem, rozmowy toczyły się godzinami, litrami lała się wódka. W ponurym socjalizmie żyli z dnia na dzień, niektórzy ryzykownie i krótko. Zawierali przyjaźnie trwające po grób. Niektórym roztrzaskały się kruche marzenia, na zakąskę nierzadko starczała woda, w knajpie płacił ten, kto mógł.

I oni, podobnie jak Jadwiga Grabowska, jej projektanci i modelki, cenili piękno w każdym jego przejawie. Potrafili zachwycić się dziewczyną idącą Nowym Światem, Złym Tyrmanda, książką Hłaski, muzyką Krzysztofa Komedy, Nożem w wodzie Polańskiego, ale i opowieściami Jerzego Hoffmana z planu filmowego albo relacją z meczu na kortach Roland Garros autorstwa Andrzeja Romana, kuzyna Zbigniewa Brzezińskiego. I historyjkami „Jancyka” – malarza Janusza Różyckiego, syna Jerzego Różyckiego, kryptologa, który z Marianem Rejewskim i Henrykiem Zygalskim rozszyfrował Enigmę. No i Andrzeja Bohdanowicza, „Konia”, słynącego także z tego, że ani w socjalistycznej, ani w demokratycznej Polsce nie przepracował na etacie ani jednego dnia.

Chodzę ulicami Śródmieścia, by zobaczyć ich oczami wyobraźni. Zaglądam na poddasza pracowni artystów, do miejsc, gdzie były nieistniejące już knajpy, kluby, piwnice, kawiarnie, salony mody. I na schody staromiejskiej kamienicy, na których zaczął się najgorętszy romans dekady – pomiędzy ekscentrycznym poetą i performerem Andrzejem Partumem a „Lindą”, Elżbietą Kokoszczyńską (jego przyszłą żoną, a jeszcze później hrabiną Platerową). Widzę ich w opowieściach świadków epoki. Słucham też historii ludzi przetrąconych wojną, okupacją, stalinizmem. To ogarnia mnie radość bycia w ich świecie jak z filmów Felliniego, to znów dopada nostalgia za czymś tajemniczym, na co patrzyłam przez szyby zdziwionymi oczami dziecka.

Z czeluści ruin ziejących wspomnieniem wojny unosi się pył. Rabusie przekopali leje po bombach, wydobyli skrywany majątek uciekinierów, wywiezionych i zabitych. Dzieciarnia podciąga się na wystających z gruzów żelaznych stropach. Gazowe latarnie i kocie łby na Powiślu, kostka na Nowym Świecie, Wareckiej i Ordynackiej. Relacje między Wschodem a Zachodem ciągle są napięte, trwa zimna wojna, od wolnego świata Polskę odgradza żelazna kurtyna. Wszyscy są biedni, w sklepach ubogo, brzydko i szaro – wielu jednak – bez szans na paszport, pracę czy studia za granicą, ale z wilczym apetytem na życie – chwyta wiatr w żagle. Ich rejs wiedzie Szlakiem: od Krakowskiego Przedmieścia przez Nowy Świat, z odnogą ulic Foksal i Wiejskiej, do Alej Ujazdowskich. Cumowali w Bristolu, Europejskim, Kameralnej, U Dziennikarzy, Architektów, w kawiarniach PIW-u i Czytelnika. Kończyli rejs zazwyczaj U Aktorów albo pięć kroków dalej w Hybrydach, klubie studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Niedopici lądowali U Filmowców, w Ścieku przy ulicy Trębackiej. Kolejność bywała różna i nie miała większego znaczenia. Szlak był jeden. Przemierzały go modelki Mody Polskiej, przemierzali studenci uniwerku i ASP, członkowie nieformalnych grup towarzyskich i artystycznych. Tworzyli własny świat, w którym ludzie byli pełni brawury, dobrze ubrani, chcieli zapomnieć o tragediach, potrafili się bawić. Każdy, kto zahaczył o modne miejsca Warszawy i nocne życie Śródmieścia, dobrze ich zapamiętał.

Tymi samymi drogami chadza dyrektor artystyczna Mody Polskiej – jedynej naszej firmy odzieżowej aspirującej do światowego stylu.

Jadwiga Grabowska, rocznik 1898, ma na sobie klasycznie skrojony kostium z gatunkowej wełny, pantofle na niezbyt wysokim obcasie. I turban.

– Inne kobiety siwiały, łysiały, a ona była nienaganna w swoim nakryciu głowy – wspomina projektantka Grażyna Hase.

Turban stanie się znakiem rozpoznawczym Grabowskiej. Niewysoka (ma metr pięćdziesiąt osiem) porusza się energicznie, żwawo. Przed wojną, kiedy Warszawę nazywano Paryżem Północy, miała podobno w Śródmieściu firmę modową specjalizującą się w kapeluszach i dodatkach. (Ale nie znalazłam na to wiarygodnego potwierdzenia).

Jadwiga Grabowska w swoim gabinecie. Na ścianie rysunek Jerzego Antkowiaka.

Grabowska nie ma dzieci. Ma męża, Tadeusza Grabowskiego, dziennikarza sportowego, przed wojną piłkarza Polonii Warszawa. Jadwiga była dobrą partią: zamożna, niebrzydka, wykształcona, akceptowała tradycyjną rolę kobiety. Jej pracownicy przypuszczają, że mąż zbyt troskliwie się nią nie opiekował, jednak prawdopodobnie to on ukrywał ją w czasie okupacji. Rodzina, z której Grabowska się wywodzi, przed wojną mieszkała w Warszawie przy ulicy Marszałkowskiej 63 róg Piusa XI, w domu Pod Syrenami będącym ich własnością. Rodzice – Stanisław Seydenbeutel i Paulina z domu Eber – mieli fabryczkę luster i szkła.

Starszy o cztery lata brat Jadwigi Edward Seydenbeutel (później Sułkowski) studiował na Politechnice Warszawskiej i został architektem. W Warszawie zaprojektował między innymi port lotniczy na Okęciu, stację obsługi polskiego fiata przy placu Piłsudskiego, willę aktorki Jadwigi Smosarskiej – Naruszewicza 15, kamienicę Beniamina Słuckiego – Narbutta 6, a także budynek przy Karowej 16, gdzie na najwyższym piętrze mieszka Ewa Zielińska, plastyczka współpracująca z Jadwigą Grabowską. Edward zmarł w 1959 roku, więc to nie on zaprojektował w 1960 roku pierwszy salon Mody Polskiej na Ordynackiej. Zrobił to Jerzy Grabowski, brat męża projektantki, także architekt.

Jej wuj, Edward Zachariasz Eber, również warszawski architekt, był szczególnie dumny z projektu ekskluzywnej kamienicy przy Nowogrodzkiej 40. „Oprócz odźwiernych pracowali w niej specjalni portierzy do obsługi windy i służba »na każde zawołanie do dyspozycji« – podaje portal internetowy Wirtualny Sztetl. – Wzorzyste podłogi w apartamentach pierwszego piętra ułożono na wzór zamkowych, a w łazienkach znajdowały się porcelanowe wanny”4. 

W 1928 roku Eber zaprojektował, budowaną do 1936 roku, Główną Bibliotekę Judaistyczną. W tym samym czasie powstał gmach Włoskiego Towarzystwa Ubezpieczeń Riunione Adriatica di Sicurtà przy Moniuszki 10. O wystroju powstałej w jego wnętrzu Adrii rozpisywały się gazety. Lokal szczycił się największą w Polsce salą dancingową mogącą pomieścić tysiąc pięćset osób. Działał w nim nowoczesny system wentylacyjny, bo nie tylko tańczono tam przy muzyce Jerzego Petersburskiego i Artura Golda, lecz także palono papierosy oraz cygara. Przy projektowaniu najmodniejszego lokalu przedwojennej Warszawy pomagali Eberowi architekci młodszej generacji: Jerzy Gelbard, Grzegorz i Roman Sigalinowie oraz jego siostrzeniec, Edward Seydenbeutel, brat Grabowskiej.

O Edwardzie, w rodzinie zwanym „Pompkiem”, Mira Michałowska wiedziała niewiele. Za to Ewa Zielińska, która ma dziś dziewięćdziesiąt jeden lat i zachowała nie tylko znakomity wygląd, lecz także świetną pamięć, przypomina sobie, jak spotkała brata Grabowskiej, przechodząc kiedyś obok Teatru Narodowego.

– Zażartował: „Idę na sztukę napisaną o mnie. Właśnie grają Sułkowskiego”.

Rozdział IISiostrzany sponsoring

Jak opowiadała modelkom sama Jadwiga, jej młodsza siostra Stefania wyemigrowała przed wojną do Stanów Zjednoczonych i tam pracowała jako kustosz w jednym z muzeów. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku przeniosła się do Londynu, gdzie mogła się spotykać z Jadwigą, gdy ta pokazywała w Wielkiej Brytanii kolekcje Mody Polskiej albo organizowała inne wydarzenia.

Kiedyś Jadwiga Grabowska wspomniała o niej modelce Małgosi Krzeszowskiej, z którą była w bliskich relacjach. Wiedziały o siostrze zaufane krawcowe, pracujące jeszcze w Feniksie, tym zamkniętym w 1949 roku.

Od siostry dostawała paczki. Ich zawartość – szynkę, kawę, herbatę, słodycze – szczodrze rozdawała swojemu dworowi. Najhojniej obdarowywała krawcowe. Przydawało się wszystko, braki w zaopatrzeniu były uciążliwe, o szynce głównie się marzyło.

– Opowiadała, jak jeździła do siostry, kustosza muzeum w Los Angeles. Dawałem temu wiarę – wspomina Jerzy Antkowiak, projektant Mody Polskiej i uczeń Jadwigi. – Bo dlaczego nie, zwłaszcza że mówiła z emfazą, jak wychodziła do ogrodu, a w nim drzewa cytrusowe, mandarynki, pomarańcze. Raj na ziemi. Pławiła się w tych opowieściach. Nawet nie zazdrościliśmy jej mandarynek. Do głowy nam nie przyszło, że będą kiedyś w polskich sklepach. Gdzieś jest taki kraj, są tam pomarańcze, mandarynki, a u nas ich nie ma… Tak się myślało.

– Młodsza siostra to jednak postać enigmatyczna – zastrzega Małgorzata Krzeszowska. – Pani Jadwiga zawsze się nią chwaliła: „Napiszę do siostry”, „Siostra przyśle, pomoże”. Dla mnie, dwudziestolatki, to nie miało znaczenia, ale teraz myślę, że te szynki i kawa dla pracowni krawieckiej pochodziły z peweksu, a nie z paczek. Przepraszam kochaną panią Jadwigę, ale ona sobie chyba mit stworzyła. Nawet ją rozumiem, była człowiekiem spragnionym uczuć. Tę czystą miłość przelewała na nas, tworząc swój ideał.

– To dyskusyjna teza – uważa Kalina Paroll, jedna z pierwszych projektantek Mody Polskiej – ponieważ Grabowska nie koloryzowała swojego życia. Nie przechwalała się też tym, co ma, a była zamożna. Gdyby jej dary nie pochodziły z paczek, powiedziałaby zwyczajnie: „Kupiłam to dla was w peweksie. Macie, dzielcie się”. Świadomość dużej różnicy wieku oznaczała dystans, nie sprzyjała zwierzeniom ani dociekaniom. Ona miała swoje koleżanki, swoje życie, a my swoje. Nie kolegowała się z nami, ale się solidaryzowała i nas lubiła.

„Dzikuska”, Elżbieta Kopniak, w stroju z kolekcji folklorystycznej projektu Kaliny Paroll i Jerzego Antkowiaka.

Anna Rembiszewska, wówczas studentka polonistyki, którą Małgosia Krzeszowska wprowadzała w tajniki pracy modelki, jednak widziała siostrę Jadwigi:

– Zobaczyłam znacznie od niej ładniejszą, starannie umalowaną, porcelanową laleczkę o jasnych włosach. Kiedy LOT uruchomił nowe połączenie Warszawa–Londyn, odbył się na Wyspach mały pokaz Mody Polskiej. Mieszkaliśmy w świetnym hotelu, co przedtem się nie zdarzało, i tam siostra Stefania odwiedziła panią Jadwigę. Wtedy ją poznałam.

Inne osoby związane z Grabowską podsunęły mi myśl, że siostrą mogła nazywać kuzynkę, ponieważ słowo „siostra” brzmi lepiej, tak mówi się o kimś bliskim. A ona, chociaż nie mówiła ani w inny sposób tego nie okazywała, potrzebowała bliskości wręcz atawistycznie.

By rozwiązać zagadkę, przeprowadziłam śledztwo. Jadwiga Grabowska miała siostrę. Dowodem są podania o prywatne paszporty, składane w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy była już na emeryturze, ale nadal pracowała jako konsultantka w firmach związanych z modą. Jeździła wtedy do siostry Stefanii Holt, jej córki Zuzanny Schonfield, potem do wnuczki. Wymieniała z imienia i nazwiska rodzinę mieszkającą za granicą, bo w Biurze Paszportowym człowiek musiał się z tego spowiadać. Podawała w papierach cel wizyty, nazwisko i stopień pokrewieństwa osoby zapraszającej. Pisała na przykład: „Proszę o zezwolenie na wyjazd do Francji i Anglii w terminie 17 lipca– 2 sierpnia 1978 roku w celu obejrzenia kolekcji mody”. I uzasadniała: „Od dwunastu lat jeżdżę dwa razy w roku na pokazy mody. Mam wolny wstęp do wszystkich wielkich domów mody. Po powrocie do kraju przekazuję wiadomości o aktualnych trendach projektantom i dziennikarzom mody. Jest to z pewnością duża pomoc dla przemysłu odzieżowego”. Innym znów razem, kiedy w 1982 roku wybierała się do Wielkiej Brytanii na jakąś, mówiąc jej słowami, „eskapadę”, na zaproszenie Zuzanny Schonfield, siostrzenicy (zawód: „przy mężu”), napisała: „Wyjeżdżam w celu odwiedzenia siostrzenicy, wnuków, prawnuków. Mam otrzymać od rodziny okulary specjalne, których tu nie mogę dostać, co jest szczególnie ważne, bo mam wzrok bardzo osłabiony. Wobec tego, że nie mogę podróżować sama, towarzyszyć mi będzie przyjaciółka, Elżbieta Wyganowska, zamieszkała w Warszawie, która równolegle złożyła podanie o paszport”. Grabowska dodała, że wyjazd wykorzysta do podtrzymania kontaktów z domami mody w Londynie, a zebrane informacje przekaże projektantom.

W tekście Pani Jadwiga („Twój Styl” z czerwca 1993 roku) wspomina o siostrze zaprzyjaźniona z Grabowską Mira Michałowska, dziennikarka, tłumaczka, autorka scenariusza Wojny domowej