Caryca - Ellen Alpsten - ebook
Opis

Caryca” to historia niewiarygodnego awansu Marty Skowrońskiej, córki chłopa pańszczyźnianego z Inflant, która została pierwszą sprawującą realną władzę carycą Rosji. Towarzyszyła Piotrowi Wielkiemu w niezliczonych kampaniach wojennych i urodziła mu tuzin dzieci, godząc się z przedwczesną śmiercią większości z nich. Walczyła o Piotra, kochała go i oszukiwała – Caryca Katarzyna I była kobietą o niezwykłej sile.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 833

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Tobiasza. Dziękuję

Nie żyje.

Mój ukochany mąż, potężny car Wszechrusi, umarł, i to w najbardziej odpowiednim momencie.

W jego sypialni na górnych piętrach Pałacu Zimowego czas jakby się na chwilę zatrzymał. Płomienie świec w wysokich lichtarzach migotały nerwowo, wypełniając pokój przygaszoną, niespokojną poświatą. Światełka tańczyły w wysokich lustrach na ścianach, ich miękki blask sprawiał, że cienie w kątach wirowały, a utkane na flamandzkich gobelinach postaci budziły się do życia. Na zewnątrz, za drzwiami, słyszałam te same głosy, które szeptały i mamrotały przez cały wieczór i całą noc. Mieszały się z wyciem zimnego lutowego wiatru, który gniewnie kołatał zamkniętymi okiennicami.

Wszystko było tak samo, jak przez ostatnie dni. To, że nic się nie zmieniło, wydawało się niewiarygodne. Przypomniałam sobie dzień, gdy Piotr po wielkiej bitwie pod Połtawą odznaczał starego wojaka, który stracił w walce nogę. Gdy stałam wtedy obok Piotra, szukając odpowiednich słów, aby wyrazić swe współczucie i uznanie, żołnierz zaprotestował.

– Tutaj w środku, pani – powiedział, stukając się palcem wskazującym w czoło. – Tutaj w środku wciąż mam tę nogę. To wszystko, co się liczy.

Czułam teraz dokładnie to samo. W mym umyśle, w mym ciele, w mojej duszy Piotr wciąż przy mnie był. Lecz nic dziwnego, że ogarnęło nas niedowierzanie i brak zrozumienia! Przecież przed chwilą zgasła najsilniejsza wola, której Rosja kiedykolwiek była poddana.

Zakłopotani doktorzy Blumentrost, Paulsen i Horn stali w milczeniu przy łożu Piotra. W skrytości ducha uważałam, że cara mogło uratować lekarstwo za pięć kopiejek. Lecz oni tylko wpatrywali się błagalnie w jego zwłoki.

Czyżby mieli nadzieję usłyszeć kolejny oddech?

Już ja wam zapłacę, jeśli on rzeczywiście nie żyje, szarlatani – pomyślałam. Jednocześnie starałam się zachować pełen godności wyraz twarzy. Czułam, że obserwuje mnie zarówno Teofan Prokopowicz, jak i Aleksander Mienszykow. Prokopowicz zamieniał marzenia Piotra w słowa, nadając im kształt i trwałość. Piotr i Rosja wiele mu zawdzięczali. Natomiast w przypadku Mienszykowa było dokładnie odwrotnie. Ten najbogatszy i najpotężniejszy człowiek rosyjskiego imperium wszystko zawdzięczał Piotrowi.

Mienszykow odchrząknął. Spojrzałam na niego.

On i Prokopowicz wpatrywali się w dłonie Piotra. Powędrowałam wzrokiem za ich spojrzeniem. Zastygłe dłonie martwego cara, które nagle stały się tak bezsilne, wciąż zaciśnięte były na kartce papieru. Paulsen zamknął mu oczy i skrzyżował ręce na piersi. Nie potrafił jednak wyciągnąć papieru z uścisku skostniałych palców. Pióro wypadło Piotrowi z dłoni podczas ostatniej, śmiertelnej chwili słabości, a na miękkim prześcieradle dostrzegłam plamki czarnego atramentu.

Gdy Piotr na kilka minut przed śmiercią ostatkiem sił zażądał pióra, atramentu i papieru, moje serce z lęku niemal przestało bić. Nie, on nie zapomniał. Chciał pociągnąć mnie ze sobą w ciemność, w śmierć i w zapomnienie. W tym momencie w całym ciele poczułam chłód. Zmroziło mi krew w żyłach, które stały się niczym gałęzie drzew w bałtyckim lesie zimą: zamarznięte i pokryte szronem.

Lecz widok jego dłoni! Wystawione na nasze spojrzenia, wydawały się tak bezradne. Dłonie o wiele za delikatne w porównaniu z jego potężnym ciałem. Dłonie, które przedwcześnie stały się zbyt słabe, by mógł uczynić wszystko to, czego jeszcze pragnął dokonać. Wzruszyłam się, widząc je tak bezsilnymi, a z mego serca ulotniły się lęk i gniew, które towarzyszyły mi przez ostatnie miesiące. Wytężyłam resztki pozostającej we mnie miłości i pragnęłam zapomnieć, że te same dłonie jeszcze dwa tygodnie temu zanurzył w moich włosach i okręcił sobie gęsty lok wokół palca. Powąchał go potem i uśmiechnął się do mnie.

– Moja biedna Katarzyno, wciąż jesteś taka piękna! Lecz jak będziesz wyglądać w klasztorze bez swoich włosów? I do tego panujące tam zimno! Ciebie też dopadnie, choć jesteś silna jak koń. Ta biedaczka Eudokia wciąż do mnie pisze i błaga o dodatkowe futro! Jak dobrze, że ty przynajmniej nie umiesz pisać!

A potem roześmiał się, zarzucając głowę mocno do tyłu i kazał podać więcej wódki.

Eudokia, nieszczęsna kobieta, która poślubiła go jako młoda dziewczyna! Widziałam ją tylko jeden raz. Od niemal trzydziestu lat mieszkała w klasztorze. W jej oczach płonęło szaleństwo. Miała ogoloną głowę, a chłód i brud sprawiły, że jej czaszkę pokrywały guzy i krosty. Jedynym towarzystwem była dla niej garbata karlica. Piotr kazał tej nieszczęsnej istocie, która służy jego żonie w klasztornej celi, obciąć język, żeby na nieustanne skargi Eudokii mogła odpowiadać jedynie bełkotem.

Piotr uważał, że wystarczy, żebym zobaczyła ją tylko jeden raz, aby napędzić mi stracha do końca życia.

Zsunęłam się z krzesła stojącego przy łożu Piotra i opadłam na kolana.

Trzech lekarzy natychmiast wycofało się w półcień komnaty. Niczym przegonione z pola wrony. Ptaki, których Piotr w ostatnich latach swego życia obawiał się najbardziej.

Gdy ujęłam jego dłoń, poczułam, że jest miękka i chłodna. Potrzymałam ją przez chwilę i uniosłam do ust. Pachniała znajomo. Tytoniem, atramentem, skórą, a także delikatnym zapachem perfum, które kiedyś kazał dla siebie zrobić w Grasse. To jeszcze nie była dłoń zmarłego. Palce z łatwością oderwały się od kartki papieru. Leżała teraz na prześcieradle, okrywającym jego pozbawione życia ciało.

Sięgnęłam po nią spokojnym i zdecydowanym ruchem. Ważne było, by pokazać wszystkim, że tylko mnie przysługuje ten gest, cokolwiek zostało tam napisane. Mnie, jego żonie i matce jego dzieci. Rodziłam dwanaście razy.

Papier zaszeleścił mi w palcach. Piotr ostatkiem sił skreślił kilka słów, żeby załatwić sprawę, którą chciał uregulować w ostatnim przypływie swej potężnej woli.

Nie po raz pierwszy wstydziłam się, że nie potrafię czytać.

Podniosłam się i podałam ostatnią wolę mego małżonka Teofanowi Prokopowiczowi. Przynajmniej Mienszykow wiedział równie mało jak ja! Od chwili, gdy Piotr zgarnął nas pod swoje skrzydła, byliśmy niczym dwoje dzieci, które kłócą się o miłość i uwagę ojca. Batiuszki cara, jak nazywał go jego lud – naszego ojczulka cara. Natomiast Prokopowicz odgrywał swą rolę na zupełnie innej scenie niż my. Zawsze się go obawiałam. Był człowiekiem obeznanym z niebieskimi i ziemskimi królestwami, o wielkiej wiedzy i ostrym dowcipie. Po co jednemu człowiekowi trzy tysiące ksiąg? A tyle właśnie ksiąg – o czym zapewniała mnie moja zaufana Daria – trzyma w swojej bibliotece! Czy wszystkie je przeczytał? Skąd miał więc czas na inne obowiązki?

Biorąc ode mnie ostatnią wiadomość od Piotra, lekko pochylił głowę. Wyglądało to na wyraz szacunku, choć przecież musiał wiedzieć, jaki los wyznaczył mi Piotr w ostatnich tygodniach swego życia.

Z pewnością domyślał się, co tak pilnego chciał przekazać car! Czy to nie on przed dwoma laty pomógł Piotrowi spisać jego niebywałe postanowienie? Teofan Prokopowicz ujął wtedy w słowa przysługujące Piotrowi prawo do samodzielnego stanowienia o każdym zwyczaju i każdej ustawie. A przecież obaj tak głęboko wierzyli w moc boskiej woli i przeznaczenie łączące lud z jego władcą! Czyż Piotr nie powtarzał wciąż, że wolałby zostawić swe imperium godnemu obcemu, niż własnemu, lecz niegodnemu dziecku, jakim zdawał mu się Aleksy, jego syn i dziedzic tronu.

Aleksy i jego oczy o rozmytym, przesłoniętym gęstymi rzęsami spojrzeniu. Oczy jego matki, Eudokii, pod jej wysokim, wypukłym czołem. Z jaką nieśmiałością i niepewnością zerkał na mnie podczas naszego pierwszego spotkania. Nie mógł wtedy nawet usiąść, ponieważ Mienszykow tak okrutnie potraktował go rózgą, że plecy i siedzenie miał pokaleczone i zaognione. Dopiero gdy było już o wiele za późno, Aleksy zrozumiał, że nadchodząca śmierć zmienia człowieka. Przynosi słabeuszowi godność i spokój, których w swym życiu nigdy nie zaznał. A silni ludzie w jej obliczu stają się kłębkiem nerwów.

W celi Aleksego jego niepewność musiała ustąpić przerażeniu, a w końcu niepojętemu zrozumieniu. Nie byłeś krwią z mojej krwi, ciałem z mego ciała, Aleksy. Więc mogłam mimo wszystko spokojnie spać. Jak to mówił mój ojciec, opierając się na swej prostej, chłopskiej znajomości ludzkich dusz? Łzy innych ludzi to tylko woda.

Natomiast Piotr nie przespał już ani jednej nocy bez koszmaru, który przygniatał mu pierś. Kaci i oprawcy Aleksego przysięgali, że jego dusza uleciała z ust w postaci wrony. Od tej pory Piotr całe swe wielkie imperium wezwał do polowania na te czarne ptaki. Chłopi łowili je dla nagród, zabijali, oskubywali i piekli. Nic to carowi nie pomogło. Ptak wciąż przelatywał przez ściany i zaryglowane drzwi jego sypialni, przybywał każdej nocy i swymi hebanowymi skrzydłami tłumił światło jego snów. W chłodnym cieniu jego sylwetki krew na rękach Piotra miała już nigdy nie wyschnąć.

Z pozornym spokojem popatrzyłam na Teofana Prokopowicza.

Jednak pod lekko zasznurowanym gorsetem moje serce biło mocno i nierówno. Byle tylko teraz nie zemdleć. Poruszyłam palcami stóp w sztywnych od pokrywających je haftów i szlachetnych kamieni pantoflach. Teraz muszę być silna. Jestem carycą. Cokolwiek miałoby się teraz zdarzyć, jestem pierwszą koronowaną imperatorową Rosji. Naciągnęłam mocniej futro ze srebrnych soboli na ramiona i wyprostowałam się. Mimo to pod jedwabną materią poczułam na ramionach gęsią skórkę.

Prokopowicz delikatnie się uśmiechnął. Oczywiście, tego starego lisa nie potrafiłam zwieść. Znał się na tajemnicach ludzkiego serca. Na wszystkich. A przede wszystkim na moich.

Ruchem głowy dałam mu znak, aby odczytał nagryzmolone słowa.

Po raz drugi skłonił głowę i popatrzył na ostatnie słowa mego męża. A potem zaczął je czytać: – Wszystko przekażcie... Umilkł, popatrzył na nas i powtórzył: – Przekażcie...

Mienszykow zerwał się z miejsca, zupełnie jakby go ktoś smagnął batem, jak w starych dobrych czasach.

– Komu? – zapytał, podchodząc do Prokopowicza. – No mówcie, Teofanie Prokopowiczu, komu?

Ja zostałam na miejscu, choć odczuwane napięcie niemal pozbawiło mnie tchu. Czułam, jakby futro, którym się otuliłam, parzyło mi skórę.

Teofan wzruszył ramionami. – Car nie dokończył zdania. To wszystko. – Wydaje mi się, czy też na jego pokrytej zmarszczkami twarzy po raz drugi pojawił się uśmiech? Spojrzał na mnie przelotnie, a potem spuścił wzrok.

Natychmiast powróciłam do życia. Nic nie zostało przesądzone! Myśli kotłowały mi się w głowie. Piotr nie żyje, lecz to wcale nie oznacza, że jestem bezpieczna! Wręcz przeciwnie.

– To wszystko? To ma być wszystko? – powtórzył Mienszykow, wyrywając szacownemu arcybiskupowi Pskowa papier z dłoni. – To niemożliwe! – wymamrotał, wpatrując się bezradnie w nakreślone na nim litery.

Prokopowicz spokojnie odebrał mu kartkę. – Przecież nie potrafisz czytać, Aleksandrze Daniłowiczu. I tyle ci z tego przyszło, że zawsze miałeś coś innego do roboty, niż nauczyć się liter.

Mienszykow już miał mu ostro odpowiedzieć, lecz ja natychmiast przerwałam nabrzmiewający między nimi spór. Naprawdę mieliśmy teraz ważniejsze sprawy do załatwienia. Liczyła się każda chwila! Musiałam działać szybko, przecież nie chciałam podzielić losu Eudokii, jechać saniami na Syberię albo jeszcze gorzej, unosić się na Newie twarzą do dołu pośród ciężkiej kry.

– Teofanie, czy chcesz przez to powiedzieć, że car umarł, nie wyznaczając swego następcy? Nie określając, kto jest dziedzicem rosyjskiego imperium? – upewniłam się.

Prokopowicz skinął powoli głową i popatrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Oczy nabiegły mu krwią po długim czuwaniu przy łożu swego pana. Jak wszyscy popi nosił długie, nieupudrowane włosy. Poprzetykane siwymi pasmami, gładko spływały mu na ramiona. Tego dnia miał na sobie skromny, ciemny ubiór prostego duchownego. Nic nie zdradzało licznych zaszczytów i urzędów, jakimi obdarzył go Piotr. Nic poza wiszącym mu na piersi ciężkim, wysadzanym klejnotami złotym krzyżem w kształcie medalionu, panagią. Był stary. Jak mogłam tak łatwo o tym zapomnieć? Już przed dwudziestu laty, kiedy był jeszcze arcybiskupem Nowogrodu, wydawał mi się strasznie stary. Mimo to musiałam mieć na niego oko. Prokopowicz był jednym z tych ludzi, którzy potrafiliby służyć jeszcze wielu carom! Bez niego mogłabym szybko zostać zapomniana.

Skłonił się i wyciągnął w moją stronę dłoń z kartką. Wzięłam ją od niego i wsunęłam do kieszeni ukrytej pośród fałd mej sukni.

Teofan wyprostował się. – Caryco – powiedział zmęczonym nagle głosem. – Składam ten dokument w wasze ręce.

Zabrakło mi tchu w piersiach, gdy zatytułował mnie w ten sposób. Czy to znaczy, że podjął już decyzję? Mienszykow uniósł głowę i uważnie nam się przyglądał.

– Teofanie... – umilkłam. Jakich słów użyć, by najlepiej wyrazić to, co chcę powiedzieć? – Idź do domu, Teofanie. Jest bardzo wcześnie, a człowiek w twoim wieku potrzebuje snu. Każę cię zawołać. Ale pamiętaj, że oprócz naszej trójki w tym pokoju nikt nie zna ostatnich słów cara.

Zrozumiał. – Caryco, winien ci jestem podziw i oddanie. Jesteś matką Wszechrusi, żywym duchem naszego cara. Rosja była niczym nieociosany kamień, któremu dłuto cara nadało formę i tchnęło w niego życie! – Gdyby tak za każde dobrze dobrane słowo dostawał sztukę złota! Lecz jego akurat bogactwo nie interesowało. Czego więc chciał? Trwałości, Katarzyno Aleksiejewna, trwałości. Miałam wrażenie, że to Piotr szepcze mi do ucha ochrypłym od picia głosem. Trwałość była jedyną rzeczą, która zawsze się dla niego liczyła. Musiała też być kluczem do lojalności Prokopowicza Mądrego. Dokonał wyboru i ukłonił się jeszcze niżej niż poprzednio. Gdy z powrotem się wyprostował, nasze spojrzenia spotkały się. To, co mieliśmy sobie do powiedzenia, nie wymagało słów. Dwadzieścia lat wspólnego życia i wspólnej walki połączyło nas bezgłośnie i nierozerwalnie.

– My również nie zapomnimy o wyświadczonych przez was wielkich przysługach, Teofanie. I mamy nadzieję, że dalej będziecie nam je świadczyć. – Celowo zastosowałam władczą formę wypowiedzi.

Po raz kolejny pochylił głowę, milczący i dumny.

– Nadamy wam Order Świętego Andrzeja. I podarujemy majątek pod Kijowem z tysiącem, nie, z dwoma tysiącami dusz. – Zaczęłam pośpiesznie zastanawiać się, komu będę musiała te dobra najpierw odebrać. Na pewno znajdzie się jakieś rozwiązanie.

– Jestem zaszczycony, caryco – odparł Teofan. Stał teraz i czekał.

Skinęłam na służącego, który milczący i nieruchomy niczym posąg stał przy drzwiach. Był jedyną osobą poza nami trojgiem i medykami, jaką wpuszczono do sypialni cara.

– Każ zaprząc powóz Teofana Prokopowicza. I pomóż mu zejść na dół. Nikogo do niego nie dopuszczaj, słyszysz?

Służący pośpiesznie przytaknął. Jego długie rzęsy rzucały cień na zaróżowione policzki. Był piękny. Jego twarz wywołała nagle bolesne wspomnienie twarzy innego mężczyzny. Twarzy martwego mężczyzny. Twarzy, na którą musiałam patrzeć przez wiele dni i nocy tam, obok mego łóżka, gdzie Piotr kazał postawić jego głowę. Unosiła się w ciężkim, szklanym naczyniu wypełnionym alkoholem, niczym jabłko zalane na zimę wódką. Jego szeroko otwarte oczy patrzyły na mnie ze smutkiem. Miękkie za życia wargi skurczyły się pozbawione krwi. W śmiertelnym grymasie odsłaniały zęby i dziąsła. Gdy w odruchu przerażenia kazałam pokojowej wynieść to naczynie, Piotr ponownie postraszył mnie klasztorem i batami. Tak więc przez wiele tygodni stało obok mego łoża, którego Piotr nie chciał już ze mną dzielić.

Przegoniłam wspomnienie i powtórzyłam dobitnie: – Odpowiadasz za to głową, chłopcze. Nikomu nie wolno z nim rozmawiać!

Teofan roześmiał się cicho na te słowa.

– Bez obaw, caryco. Jeśli Prokopowicz nie chce z nikim rozmawiać, to z nikim nie rozmawia. Chodź, chłopcze, podaj ramię staremu człowiekowi!

Dał chłopcu znać, a ten z ukłonem otworzył przed nim drzwi.

Na korytarzu dostrzegłam blade, wystraszone twarze. Panowie i służba siedzieli tam niczym króliki w pułapce i popatrzyli na mnie z lękiem. Moje pojawienie się wywołało wśród nich poruszenie. Madame de la Tour, chuda francuska guwernantka moich córek, przytulała do siebie moją małą Natalię. Nie byłam zadowolona, że ją tam widzę. W korytarzu było zbyt zimno, a już wczoraj po południu zaczęła kasłać. Obok guwernantki stały też Elżbieta i Anna. Próbowały złapać mój wzrok, lecz ja celowo unikałam ich spojrzeń. Były przecież takie młode! Jak miałyby to zrozumieć? Ani one, ani ja, ani ci wszyscy ludzie na korytarzu, nikt z nas nie wiedział, czy to ja jestem tą osobą, której powinni się bać.

Szukałam w tłumie kilku twarzy. Brakowało zwolenników wnuka Piotra, książąt Dołgorukich, oraz samego małego Piotra Aleksiejewicza. Gdzie oni się podziewali? Gdzie knuli teraz swoje plany zagarnięcia tronu? Powinnam aresztować ich jak najszybciej!

Za moimi plecami Teofan Prokopowicz i młody służący opuścili sypialnię Piotra. Zasłoniłam swym ciałem widok na carskie łoże. Bogu niech będą dzięki za moje obfite kształty!

Zerknęłam na oddalających się mężczyzn. Jasne, wąsko skrojone jedwabne spodnie opinały się na umięśnionych nogach i tyłku służącego. Czy prawdą jest plotka, że Prokopowiczowi podobają się młodzi mężczyźni? Cóż, w takim razie dobrze wybrałam mu towarzysza. Każdemu to, co czyni go szczęśliwym.

Mienszykow roześmiał się. – Wspaniale pozbyłaś się tego starego głupca!

Odwróciłam się do niego i rzekłam ostrzejszym niż zamierzałam tonem: – On nie jest głupcem. To my jesteśmy głupcami. Mam nadzieję, że dotrzyma słowa.

Mienszykow popatrzył na mnie zdezorientowany. – Jakie słowo ci dał?

– Widzisz! To ty jesteś tu głupcem! Słyszysz tylko te słowa, które padają! A przecież powiedziane zostało o wiele więcej! – odpowiedziałam. Jednym krokiem zbliżyłam się do niego i chwyciłam za kołnierz koszuli wyłożony na wąsko wyciętą kamizelkę. Przy okazji ściągnęłam mocniej wstążki, aż na chwilę zabrakło mu powietrza. Przestraszył się i szybko uniósł ręce do góry, aż zafurkotały ciężkie koronki jego szerokich mankietów.

Syknęłam ostro prosto w jego twarz. – Mienszykow, nie mamy teraz czasu na takie bzdury. Oboje siedzimy w tej samej łodzi i niech Bóg zlituje się nad tobą za każdą sekundę, którą teraz tracisz!

Ciężko dyszał w moim mocnym uścisku, lecz nie miał śmiałości się z niego wyrwać.

– Wiesz, kogo nie dostrzegłam na korytarzu, Aleksandrze Daniłowiczu? Zgadnij! Z bólem zauważyłam brak małego Piotra Aleksiejewicza Romanowa, a także jego przemiłych doradców! Nie ma po nich śladu! A może domyślasz się, dlaczego prawowitego dziedzica Cesarstwa Rosyjskiego nie ma przy łożu śmierci jego dziadka, czyli w miejscu, w którym powinien się znajdować?

Mienszykow delikatnie pokręcił głową. Ten wielki i silny mężczyzna zwisał niczym kukiełka z moich dłoni i ponownie przełknął ślinę. Pot wystąpił mu na czoło.

– Dlatego, że jest teraz wśród żołnierzy w cesarskich koszarach! Dlatego, że wkrótce posadzą go sobie na ramionach, wiwatując na jego cześć! Dlatego, że czekają na chwilę, w której ogłoszona zostanie śmierć Piotra Wielkiego! A co wtedy stanie się z nami? Co stanie się, gdy przypomni sobie, kto stracił jego ojca? Przecież na pewno wie, czyje nazwisko jako pierwsze widniało na wyroku skazującym Aleksego, choć był to tylko krzyżyk, bo przecież nie umiesz pisać! Mienszykow! Na miłość boską, musimy działać! Według nich Syberia byłaby dla nas zbyt dobra! Książę Dołgoruki najchętniej rozrzuci nasze prochy na wietrze!

Puściłam go, a on zatoczył się do tyłu. Wciąż wydawał się oszołomiony, gdy swymi silnymi, opierścienionymi dłońmi przecierał sobie oczy. Jednak gdy je z powrotem otworzył, jasność jego spojrzenia zdumiała mnie. Skłonił się i powiedział: – Tak jak mówicie, Katarzyno Aleksiejewna, czekają na chwilę, w której dowiedzą się o zgonie cara. Lecz nikt poza nami nie wie, że Piotr nie żyje. Nikt poza nami i Teofanem Prokopowiczem!

Zanim zdążyłam go powstrzymać, stał już przy drzwiach wiodących na korytarz i wołał do siebie żołnierza stojącego na straży pod pokojami Piotra.

– Teofan Prokopowicz przed chwilą stąd wyszedł. Widziałeś to? – zapytał go cichym głosem.

Żołnierz gorliwie przytaknął. Wymiana zdań z Mienszykowem mogła zdecydować o jego przyszłości.

– Dobrze – kontynuował Aleksander Daniłowicz. – Weź dwudziestu ludzi. Podążajcie za jego powozem, a gdy dotrze do domu, otoczcie go! Ma się tamtędy nie przecisnąć nawet mysz!

Młody człowiek ponownie skinął głową, lecz zaraz potem jakby się zawahał. – A co ze służącym, który mu towarzyszy? Czy mamy go...? – uczynił jednoznaczny gest, przesuwając ustawioną poziomo dłonią po gardle.

Mienszykow potrząsnął głową. – Nie, niech dotrzyma staremu towarzystwa. – Wymienili porozumiewawczy uśmiech. Mienszykow klepnął oficera w ramię i powiedział: – Jak dobrze się spiszesz, na pewno nie będziesz stratny!

Żołnierz rozpromienił się.

– Jak się nazywasz? – zapytał jeszcze Mienszykow.

– Orłow, mój książę! – odparł młody człowiek, głęboko się kłaniając.

Mienszykow jeszcze raz skinął do niego zachęcająco głową, a potem zamknął drzwi.

Podobało mi się jego zachowanie. Znów był tym odważnym, zdecydowanym mężczyzną, który odwrócił bieg wielu bitew, który tak często ratował głowę z najgorszych tarapatów. Jak też odpowiadał Piotr, gdy ktoś zwracał mu uwagę na podejrzane interesy Aleksandra Daniłowicza?

„Mienszykow to Mienszykow, bez względu na to, co robi!”

I to zamykało sprawę.

Udało mi się podzielić z nim swoim lękiem. Lecz to był dopiero pierwszy krok. On miał rację. Nikt poza nami nie wie o tym, że car nie żyje! Ta wiedza zapewniała nam kilka godzin przewagi, tajemnica dawała nam tak bardzo potrzebny czas. Czas aż do ołowianego poranka, który rozciągnie się nad miastem Piotra.

Odezwałam się więc do niego nieco łagodniejszym tonem. – Chodź. Pójdziemy tam obok, do małej biblioteki – lekko popchnęłam go do przodu.

Niepewnym krokiem podszedł do krzesła, na którym od dwóch dni i nocy czuwał przy łożu Piotra. Haftowany surdut z zielonego brokatu rzucił niedbale na oparcie. Wystarczyłaby jedna z wplecionych w materię srebrnych nici, by wyżywić chłopską rodzinę przez dwa lata. Laska z gałką z kości słoniowej oparta była o stojący obok stolik. Wziął i surdut, i laskę i skierował się do ukrytych w boazerii drzwi, które prowadziły do małej biblioteki Piotra.

Zwróciłam się do medyków. – Blumentrost! Życzę sobie, żebyście nie opuszczali tego pomieszczenia, dopóki na to nie pozwolę, rozumiesz?

– Ale... – próbował zaprotestować.

– Naszą cesarską wolą jest, by wieść o zgonie Jego Majestatu jeszcze się nie rozniosła. Ani słowa! Albo nigdy więcej nie będziesz mógł pracować w Rosji, żeby było jasne!

Dobrze powiedziane. Taki ton zaakceptowałby nawet Piotr.

– Jak sobie życzycie, caryco. – Blumentrost umilkł i ukłonił się.

– Dobrze. Zostaniesz później wynagrodzony. To dotyczy także twoich kolegów.

Mienszykow uchylił już ukryte w boazerii wąskie drzwi prowadzące do sąsiedniego pokoju i czekał na mnie.

Zachwiał się. Czyżby pił podczas czuwania? Czy też to zmęczenie sprawiło, że nogi się pod nim ugięły? A może strach?

Weszłam przed nim do małego, ciemnego pomieszczenia, sekretnego królestwa Piotra. Ogień w kominku wygasł, a drewno na ścianach oddawało jego przyjemne ciepło. Podłogę wyłożono miękkimi dywanami, które przywieźliśmy z naszej wyprawy wojennej do Persji. Proste krzesła, stojące przed biurkiem, kominkiem i regałami, zrobił sam Piotr. Czasami jeszcze o północy słyszałam dochodzące z jego komnat odgłosy heblowania i uderzenia młotkiem. Stolarka i ciesielka pomagały mu przegonić jego demony i lęki. Zdarzało się, że znużony Piotr zasypiał przy warsztacie. Mienszykow zarzucał go sobie wtedy na ramiona i zanosił do łóżka. Jeśli tam na niego nie czekałam, używał jako poduszki brzucha młodego szambelana.

Z wysokich okien biblioteki zwisały gęsto tkane zasłony, które jako młody człowiek kupił w Niderlandach jeszcze przed wybuchem wojny północnej. Regały zapełnione były książkami: opisami podróży, morskich rejsów, bitew na lądzie i morzu, a także dziełami religijnymi. Każde z tych dzieł przeglądał wciąż na nowo. To był świat, w którym nie mogłam mu towarzyszyć. Wciąż otwarte książki leżały na jego biurku, w stosach w kątach pokoju, a także obok kominka. Niektóre były drukowane i oprawione w grubą świńską skórę, karty innych zostały dawno temu zapisane ręcznie w klasztorach, a potem wielokrotnie skopiowane.

Gzyms kominka był pusty, poza wiernym modelem „Natalii”, potężnej fregaty Piotra. Nad nią wisiał obraz przedstawiający naszego syna Piotra Piotrowicza. Namalowano go zaledwie kilka miesięcy przed jego nagłą śmiercią. Śmiercią, która rozdarła serce jego ojca i moje. Tak wiele bólu, tak wiele okrutnie zniszczonych nadziei. Byłam wtedy bliska postradania zmysłów. W tamtym momencie wydawało się, że wszystko poszło na marne.

Przez długi czas nie wchodziłam do tego pokoju, gdyż jego wizerunek wydawał się zbyt prawdziwy. Zupełnie jakby mój syn chciał rzucić do mnie małą skórzaną piłkę, którą trzymał w dłoni. Jego jasne loki opadały na białą koronkową koszulę, a między uśmiechniętymi wargami połyskiwał rząd ząbków przypominających perełki.

Oddałabym życie, żeby mieć go tu i teraz przy sobie i móc ogłosić go carem Rosji. Był małym chłopcem, to prawda. Lecz był synem z mojej i z twojej krwi, Piotrze. Dynastia. Czy nie tego pragnie każdy władca i czy nie tego pragnęliśmy także my? Teraz zostały nam już tylko córki. I niekochany, budzący lęk wnuk.

Wspomnienie młodego księcia naszło mnie z taką siłą, że aż zabrakło mi tchu. Piotr Aleksiejewicz, którego jako noworodka Piotr wziął w ramiona tuż po porodzie, odwracając się od jego matki. Biedna Szarlota. Zawsze przypominała szlachetnego, płochliwego konia. I niczym konia ojciec z wesołego Brunszwiku sprzedał ją na rosyjski dwór. Rzucił ją Aleksemu na pożarcie, niczym zabawkę do rozpędzenia jego złych humorów, która już wkrótce rozpadła się w jego dłoniach. Na początku jej pobytu w Sankt Petersburgu Szarlota nieustannie miała oczy opuchnięte od płaczu. Tłumaczyłam to sobie jej tęsknotą za domem. Wkrótce potem pod warstwą zielonych i granatowych sińców z trudem można było rozpoznać jej twarz. Aleksy prał delikatną niemiecką księżniczkę na kwaśne jabłko. Gdy po urodzeniu córki odkryła, że znów jest w błogosławionym stanie, ze strachu zalała mi łzami całą spódnicę. Lęk przed własnym życiem pozbawiał ją tchu. I gdzie jest teraz jej mały synek? W pałacu książąt Dołgorukich? W koszarach? Tutaj, za drzwiami? Miał zaledwie dwanaście lat, lecz ja bałam się go bardziej niż diabła. Chłopca, któremu Piotr nawet nie przyznał tytułu carewicza! Jeśli Dołgorucy z młodym Piotrem zdobędą władzę, prawdopodobnie będzie to ostatnia noc mego życia.

Mienszykow ponownie otworzył drzwi do pokoju zmarłego i zamówił przez Blumentrosta karafkę ciężkiego wina, nie, uznał po chwili zastanowienia, dwie karafki, jak właśnie powiedział.

Służący bezszelestnie wślizgnął się do biblioteki. Przyniósł dwie butelki i tacę z kilkoma kielichami z weneckiego szkła.

Byliśmy sami, Aleksander Daniłowicz Mienszykow i ja.

Wyciągnął swe wciąż ładnie ukształtowane nogi przed siebie i mocno oparł się o fotel. Wyglądało to tak, jakby delikatny mebel miał złamać się pod nim. Wypił kilka łyków, w milczeniu, zatopiony we własnych myślach. A potem wysunął kolorowy kielich w stronę ognia i zaczął obracać go w dłoni w tę i z powrotem. Płomienie oświetliły kolorowe szlify, aż wino rozbłysło. Puchar wyglądał jak wypełniony krwią.

Usiadłam naprzeciwko niego i ostrożnie napiłam się z kielicha. Dziś wieczorem nie będzie pijackich zabaw. Zdawało mi się, że niemal dostrzegam, jak gorące wino spływa z gardła Mienszykowa. Niby dla żartu uniósł kielich w moją stronę. Siedziałam jak zamurowana, czułam, jakby i ze mnie uszło życie.

Lecz tak właśnie było i to właśnie mogło mnie uratować!

– Zdrowie carycy Katarzyny Aleksiejewny. Warto było wtedy o ciebie zagrać, moja pani! Twoje zdrowie, moja wielka przegrana! Twoje zdrowie, moja najwyższa wygrana!

Gwałtownie odchylił głowę do tyłu, aż zsunęła mu się peruka i głośno się roześmiał. Jego śmiech zabrzmiał niczym wycie naszych zimowych wilków: wysokie i drwiące. Bez wątpienia upił się już podczas ostatnich godzin czuwania przy łożu Piotra.

Musiałam ze spokojem przyjmować jego bezczelność. Piotr kazałby go obić kijami.

Mienszykow cierpi niczym pies, to wszystko – powiedziałam sobie. Przecież jego pan właśnie umarł. Co miał zapisane w gwiazdach? Był nieobliczalny w chwilach cierpienia. Tak bardzo go teraz potrzebowałam. Jego, Tajnej Rady i wojska.

Patrzyłam więc na niego w milczeniu, aż przestał się śmiać. Z zaczerwienioną twarzą pod rozczochraną, wciąż jasną czupryną, upił kolejny łyk i popatrzył na mnie znad krawędzi kielicha, jak mi się wydawało, niepewnie.

– A ty, Mienszykow? – zapytałam w końcu.

Potrząsnął głową, popatrzył przez chwilę na ścianę, nagle zamachnął się i rzucił kielichem o grubą boazerię z ciemnego drewna. Szkło rozprysło się, a wino spłynęło ciężkie i czerwone na podłogę. A potem powiedział: – Masz rację. Praczka jako caryca, sprzedawca pasztecików jako najbogatszy i najpotężniejszy człowiek imperium!

– Za cara! – przypomniałam mu delikatnie.

Popatrzył na mnie posępnym wzrokiem i powoli powtórzył: – Oczywiście. Za cara!

Nie podobał mi się sposób, w jaki patrzył na ogień. Szybko się jednak pozbierał. – Cóż za wyjątkowy czas! Cóż za wyjątkowe życie, moja pani! Może je wyjaśnić tylko boska opatrzność!

Skinęłam głową, lecz pomyślałam sobie: wyjątkowe? Tak, tak się mówi na dworach Europy. Ta myśl już teraz rozbawia posłów i sekretarzy. Tylko Piotr zawsze uważał za zwyczajne to, co odpowiadało jego woli. Całkowicie zwyczajny awans chłopki na carycę Rosji. Na myśl o tym, co może nadejść, poczułam gwałtowny napływ krwi do członków. Czułam się tak, jakby tysiące mrówek przebiegło mymi żyłami.

Ja, kuchenna dziewka. Ja, pokojówka. Ja, jeniec wojenny. Ja, praczka. Ja, obozowa dziwka. Ja, gruba pijaczka, która za mocno się maluje. Ja, cudzołożnica!

Lecz przecież jeszcze do niedawna mnie słuchał. A teraz nie może już mówić! Wszystko, co odtąd zostanie powiedziane, zależy ode mnie. Mogę być wolna. Największe pragnienie wszystkich chłopów, wszystkich dusz: wolja – całkowita, dzika, wielka wolność. Dla mnie na wyciągnięcie ręki, a mimo to tak boleśnie odległa.

Nie, nie zapomniałam, skąd pochodzę. Ja, caryca?

Mienszykow wciąż wpatrywał się w ścianę. Trzymał teraz w dłoni nowy kielich, który znów napełniony był aż po brzegi. Nagle wyślizgnął mu się z dłoni, a jego podbródek opadł na pierś. Wino zostawiło wielką, czerwoną plamę na jego białej koronkowej koszuli i błękitnej kamizelce. Zasnął. Mogłam mu pozwolić na tych kilka minut odpoczynku, zanim przybędzie Tołstoj. Potem będziemy musieli działać. Potem trzeba go będzie zanieść do jego pałacu, odeśpi kaca. Order Świętego Andrzeja już ma, a poza tym posiada też więcej dusz i tytułów, niż mogłabym mu podarować. Nie było niczego, co mogłabym mu obiecać. Lecz on zostanie sam z siebie. Nic nie wiąże mocniej niż stary, dobry lęk o przetrwanie, Katarzyno, jak by Piotr szeptał mi do ucha. Cóż więc, jakoś pójdzie. Już myślę jak caryca.

Podeszłam do okna, które wychodziło na dziedziniec Pałacu Zimowego. Drobne ikonki, przyszyte wzdłuż całego rąbka mej sukni, pobrzękiwały cicho przy każdym moim kroku. Gdy kiedyś w Berlinie mała księżniczka Wilhelmina Pruska ujrzała, jak się ubieram, roześmiała się głośno: – Rosyjska caryca wygląda jak narzeczona grajka!

Tak, lecz mój mąż mnie kochał, Wilhelmino. Rozśmieszałam go, a on wtulał swój nos we wszystkie zakamarki mego ciała.

Z okna odsunęłam grubą materię, która miała chronić pałac przed zimnem nocy Sankt Petersburga. Naszego miasta, Piotrze, pamiętasz? Nasze marzenie! Noc, aksamitna i czarna, która już na zawsze objęła cię swymi ramionami, otuliła ciemnością także wody Newy i Newski Prospekt, nazwany na cześć Aleksandra Newskiego. Miasto, które wbiłeś w bagienny grunt swoją potężną i niezłomną wolą, skazując na niewymowne cierpienie swoich poddanych, i szlachtę, i chłopów. Powstało na cierpieniu, skargach i śmierci przymusowych robotników, którzy leżą pogrzebani w namule. Lecz kto pamięta o nich w obliczu takich wspaniałości? Jeśli Rosja cierpi na nadmiar czegokolwiek, to właśnie ludzkiego życia. Poranek będzie najpierw blady i chłodny, lecz potem żarzącym blaskiem obleje jasne, równe ściany pałaców.

To ty zatrzymałeś tu to światło, Piotrze. Co teraz z nim będzie? Pomóż mi!

W oknach wysokich domów, których równe fasady wtedy, przed dwudziestu laty, przedstawiały nieznany dotąd widok, paliły się świece. Migotały niecierpliwie, trwożnie i niepokojąco. Obserwowałam, jak ich blask, niczym niesionych ręką ducha, niespokojnie przesuwa się przez komnaty i korytarze.

Na zewnątrz, na dziedzińcu stał wartownik pochylony nad bagnetem. Jego ramiona drgnęły, zauważyłam to w migoczącym świetle pochodni. Jeźdźcy wsiadali na konie, by popędzić przez bramę. Czy Blumentrost posłuchał mojego rozkazu? A może śpieszyli w świat, by oznajmić to, co niewiarygodne? Czy galopowali do Dołgorukich? Rosyjski olbrzym padł. Nie żyje. W końcu stał się ludzki. Trzeba działać. Pośpieszyłam od okna do drzwi, które prowadziły z małej biblioteki na korytarz. Tu zebrało się niewielu ludzi, tak jak miałam nadzieję. Żołnierz, który swobodnie opierał się o boazerię, zerwał się na baczność, gdy tylko mnie zauważył.

– Zawołaj mi tutaj hrabiego Piotra Andriejewicza Tołstoja. A także hrabiego Apraksina, barona Ostermanna i Pawła Jagużyńskiego. I pośpiesz się, car chce ich widzieć!

Starałam się, żeby mój głos brzmiał pogodnie i żeby moje ostatnie słowa było dobrze słychać w całym długim korytarzu. Patrzyłam na oddalającego się żołnierza z pozorną radością w oczach. Gdy tylko ludzie na korytarzu podnieśli się z ukłonu, natychmiast nachylili ku sobie głowy.

Dopiero gdy zamknęłam za sobą drzwi, me nieszczęście znów mnie dopadło.

Bałam się. Tak, Piotr umarł w odpowiednim momencie. Lecz co teraz będzie? Woljaczy też wygnanie albo śmierć?

Już od dawna, od bardzo dawna, nie czułam prawdziwego strachu, który teraz sobie uświadomiłam. Tego prawdziwego, gryzącego uczucia, które ściska żołądek w węzeł, wypływa zimnym i gorzkim potem, spowalnia bicie serca i otwiera jelita. Nie, nie czułam go od... Dość!

Teraz nie mogę rozmyślać o tych sprawach, jeśli chcę zachować wolną głowę! W mym niewyszkolonym umyśle potrafię robić tylko jedną rzecz naraz.

Usłyszałam za sobą ciche mamrotanie. Mienszykow mówił i jednocześnie płakał przez sen. Dobrze było być z nim teraz samą i mieć go na oku. Wypuszczę go z tego pokoju dopiero wtedy, gdy decyzja zostanie podjęta. Żeby tylko Tołstoj i Rada szybko nadeszli! On słuchał mnie, a jego słuchało wojsko. Gdzie jest Piotr Aleksiejewicz, mały książę bez tytułu, lecz z wszelkimi prawami do tronu, który chce mi odebrać? Przygryzłam paznokieć.

Ciemne miasto, które oddychało za oknami w niespokojnej, przerywanej koszmarami drzemce, nie mogło udzielić mi rady. Usiadłam w szerokim fotelu przed kominkiem i wysunęłam stopy ze sztywnych, haftowanych pantofli. Teraz mogłam już tylko czekać. Ciepło powoli przesuwało się w górę moich członków aż do głowy. Luty zawsze był jednym z najzimniejszych miesięcy w Sankt Petersburgu. Powinnam kazać przynieść sobie grzane wino i obwarzanka, to pozwoliłoby mi nie zasnąć i wprowadziło w stan lekkiego, szybko mijającego rauszu. Jeśli czegokolwiek nie potrafiłam znieść, to zimna. A przecież tak często razem marzliśmy, w polu. Tylko w nocy mogłam zadbać o to, żeby nie było mu zimno.

Mienszykow zaczął powoli prostować swoje długie członki. Chrapał jeszcze z otwartymi ustami, lecz już wkrótce będzie się musiał obudzić.

Zamknęłam oczy. I wtedy napłynęły łzy. Nareszcie. Nie fałszywe, lecz prawdziwe łzy głębokiej rozpaczy i smutku, pomimo całej ulgi. Przede mną jeszcze długi poranek i długie tygodnie. Na ten czas będę potrzebować wielu łez, gdyż lud i dwór oczekują rozpaczającej carycy, z potarganymi włosami, łamiącym się głosem i opuchniętymi oczami. Mój smutek i moja miłość dawały mi prawo, żeby uczynić coś niesłychanego. Nawet Dołgorucy nie będą się mogli sprzeciwić. Mogę więc równie dobrze zacząć płakać teraz. Tyle łez nad moim cudownym życiem. Płacz więc, chłopska dziewko, pokojówko, ladacznico, płacz, caryco Wszechrusi! Tej jednej nocy nikt cię nie usłyszy.

ROZDZIAŁ 1.

Moje życie rozpoczęło się od przestępstwa. Z tym że za początek mego życia nie uważam momentu narodzin. Kto dokładnie pamięta swoje najwcześniejsze lata? O życiu chłopa pańszczyźnianego, czyli duszy, lepiej nie wiedzieć nic! Nasz żywot, niemieckich dusz w rosyjskim majątku cerkiewnym, był tak nędzny, że aż trudno go opisać. Życie nasze, Nemców, było ciężkie i usłane kamieniami niczym ziemia na pylistej drodze w mojej wiosce. Gdzie znajdowała się ta biedna mała mieścina, w której dorastałam? Nie wiem. Zagubiła się gdzieś w bezkresach Inflant, wioska i kraj, których już nie ma. Czy tamte chaty jeszcze stoją? Nie interesuje mnie, co stało się z tymi nielicznymi ubogimi izbami czy samą drogą. Ojczyznę odnalazłam we własnym sercu.

Wtedy jednak, gdy byłam młoda, mój świat kończył się na granicy ostatniej izby. Naszą małą wspólnotę i nasz świat określaliśmy tym samym słowem co Rosjanie, mir. Kręta, ubita droga prowadząca przez nasz mirpodtrzymywała nasz świat niczym pas luźnego sarafanu[1]. Lato zmieniało ją w obłoki kłębiącego się czerwonego kurzu, który wgryzał się w skórę bosych stóp, oślepiał nas i wywoływał kaszel. Wiosną i jesienią, po odwilży i pierwszym dużym deszczu, brodziliśmy po niej po kolana w błocie z naszej izbyna pola i do rzeki. Zimą natomiast, wracając do domu, przy każdym kroku aż po uda zapadaliśmy się w śniegu albo ślizgaliśmy się po gładkim niczym lustro lodzie.

Od czasu do czasu przez wioskę przetaczał się załadowany wóz, do którego zaprzężone były konie z długimi grzywami i ciężkimi kopytami. Zostawiał towary w klasztorze i odbierał inne, przeznaczone na targ. Poza tym niewiele się działo. Ubłocone kury i prosiaki biegały po drodze. Bawiły się na niej brudne dzieci z potarganymi, skołtunionymi i zawszonymi czuprynami, dopóki były zbyt małe, żeby pomagać w polu albo siedzieć przy klasztornych wrzecionach i krosnach. Powaga naszego życia jako dusz dopadała nas już we wczesnych latach. Koniuszki palców mieliśmy stwardniałe od pracy i nawet nie chciało nam się odganiać much siedzących w kącikach oczu.

W niskich i zadymionych izbachprzebywaliśmy tylko wtedy, gdy jedliśmy albo spaliśmy. Dom wiązał się więc z nielicznymi w naszym życiu chwilami odpoczynku. Chaty stały bezładnie porozrzucane w pewnym oddaleniu od drogi, a za każdą znajdował się ogródek warzywny i studnia. Nasz mir wyglądał dokładnie tak samo, jak wiele innych małych wiosek w Inflantach i sąsiednich bałtyckich krainach. Tam, w owym trójkącie pomiędzy dużymi państwami należącymi do papieża, a także do Niemców. Lecz wkrótce na tych terenach zaczęli razem mieszkać Polacy, Łotysze, Rosjanie i Niemcy, których łączyły mniej lub bardziej przyjazne relacje. Przynajmniej wtedy.

Pewnego kwietniowego dnia, tuż przed przełomem stuleci – według kalendarza wprowadzonego przez cara Piotra musiał to być rok 1699 – biegłam w dół drogą razem z moją młodszą siostrą Krystyną. Za ostatnią, płaską i przycupniętą izbą z drewna, gliny i słomy droga ciągnęła się wzdłuż pól w kierunku rzeki. Tego dnia wiatr delikatnie gładził naszą skórę, a powietrze pachniało słodko największym cudem bałtyckich krain. Ottiepiel. Kto nigdy nie przeżył wielkiej odwilży, ten nie potrafił zrozumieć naszych serc. Nasze dusze odpoczywały przez zimę, były niczym płytki oddech niedźwiedzia, który aż do wiosny zużywa zapasy tłuszczu zgromadzone pod futrem. Długa pora roku i jej ołowiane światło niczym derka przykrywały naszego ducha. Mir zapadał się w bezsilną i tępą ciemność, którą wypełniały opary wódki i kwasu. Żywiliśmy się chlebem bez zakwasu, słoniną, która tworzyła wielkie oka tłuszczu w zupie fasolowej, kaszą ze skwarkami, ciastem jaglanym i kwaśną kapustą, którą jesienią w wielkich ilościach drobno kroiliśmy, soliliśmy i udeptywaliśmy. Jedliśmy ją potem każdego dnia. Dawała nam siłę, żeby przetrwać ziąb, w którym ślina zamarza w gardle, zanim człowiek zdąży ją wypluć. Właśnie wtedy, gdy śnieg, mróz i szron stawały się dla nas niemającą końca i trudną do zniesienia rutyną, zaczynały niepostrzeżenie zanikać. Każdej długiej i ciemnej zimy nie wierzyliśmy już, że ottiepielkolejny raz się powtórzy. Przerażał nas dopiero potężny trzask pękających na Dźwinie lodowych kier. Uwolniona woda tryskała dziko i niosła kry z wielkim pędem w dół rzeki. Miażdżyła wszystko, co stanęło na jej drodze, a nawet najmniejsze strumyki występowały z brzegów. Późną wiosną pojawiały się pierwsze pąki, silne, łuskowate ryby w Dźwinie i zioła wszelkiego rodzaju. Następowały krótkie, gorączkowe i szalone letnie miesiące. Nagle nasz ubogi krajobraz stawał się pełen życia, liście na drzewach były grube i soczyste. Motyle tańczyły, zataczając się w powietrzu, a rozświergotane ptaki śpiewały całą jasną noc. Nasza kraina była wtedy jak odurzona od nagłego nadmiaru urodzaju i życia. Rozpoczynały się długie dni i krótkie noce.

Tego roku miałam obchodzić swoje szesnaste urodziny, a Krystyna była ode mnie dwa lata młodsza. Tańczyła przede mną w kurzu, obracała się wokół własnej osi, klaskając w dłonie. – Oddychaj, Marto! Oddychaj! Wąchaj! – Uniosła swój mały nosek w górę. – Życie zaczyna się na nowo!

Roześmiałam się i spróbowałam złapać ją, mimo że dźwigałam pranie, lecz zręcznie mi się wywinęła. Miałyśmy uprać ubrania nad rzeką. Jeszcze podczas poprzedniej pełni musiałyśmy rąbać lód w dzieży za izbą! Tak trudno było skrobać i jednocześnie odkładać na bok kawałki lodu. Poza tym ręce aż siniały nam od mrozu, a pod skórą tworzyły się paskudne guzy, które potem bardzo bolały i trudno się goiły. Tego dnia przyjęłyśmy więc na siebie z wielką ochotą obowiązek prania. Kto prał, nie musiał iść na pole. W tajemnicy postanowiłyśmy, że po skończeniu pracy wykąpiemy się, żeby ładnie wyglądać na wiosennym targu pod koniec tygodnia.

Krystyna nie dźwigała prania, ponieważ to ona była córką żony mojego ojca. Mnie urodziła mu jakaś dziewczyna z sąsiedniej wioski w dziewięć miesięcy po wiosennych tańcach. Wtedy był już zaręczony z Elżbietą Rabe. Nie mógł więc być wbrew wszelkim obyczajom zmuszony do poślubienia mojej matki. Mnisi opowiedzieli się przeciwko rodzinie mojej matki i stanęli po stronie mego ojca. To oni mieli ostatnie słowo w sprawach małżeństw zawieranych w naszym mirze i woleli, żeby ojciec ożenił się z dziewczyną z ich majątku! Moja matka umarła przy porodzie, a Elżbieta Rabe przysposobiła mnie. Co mogła zrobić innego? Rodzina mojej matki stanęła na progu izbyi wręczyła ojcu węzełek z noworodkiem. Gdyby mnie nie chciał, z pewnością porzuciliby mnie na skraju lasu.

Nie mogę powiedzieć, żeby Elżbieta Rabe traktowała mnie naprawdę źle. Musiałam ciężko pracować, podobnie jak wszyscy inni. Nigdy mnie nie biła, choć gdy była nie w humorze, ciągnęła mnie za włosy albo mocno szczypała w ramię i syczała: – Jesteś zła krew! Kto wie, skąd naprawdę jesteś? Popatrz na siebie. Twoje włosy są czarne jak skrzydła kruka! Znałam twoją matkę, latała za każdym chłopakiem! I z każdym się kładła! Wszyscy wiedzą, że trzeba wielu mężczyzn na takie zielone oczy! Uważaj, żebyś nie skończyła tak samo!

Jeśli mój ojciec był wtedy obok nas, nic nie mówił, tylko wychodził z izby. Wyglądał wtedy na bardzo smutnego, jeszcze bardziej niż zwykle. Jego plecy zgarbiły się od pracy na klasztornych polach, na promie przez Dźwinę czy przy mnisich krosnach. Smutny i bezzębny uśmiech pojawiał się na jego twarzy tylko po kilku kubkach kwasu. Wódka, na którą pozwalał sobie w święta, wywoływała odrobinę przygaszonego światła w jego zapadniętych oczach.

Krystyna tanecznym krokiem podbiegła do mnie, ujęła mnie pod ramię i obróciła naokoło. Gdy stanęłyśmy, obie odwróciłyśmy twarze w stronę słońca.

– Jeden, dwa, trzy, kto dłużej wytrzyma, patrząc w słońce! – roześmiała się. – Potem w tych plamkach pod powiekami można dostrzec człowieka, za którego wyjdzie się za mąż!

Poczułam jej ciepłe ciało przy sobie i objęłam wolną ręką jej ramiona. Zamknęłyśmy oczy. Poranne słońce mocno już grzało. Oby jutro na święcie też była taka pogoda!

Uwolniłam się od Krystyny, całując ją w policzek. – Chodź, biegnijmy! Im szybciej skończymy pranie, tym szybciej będziemy się mogły wykąpać! Chcę umyć włosy, a potem położyć się na ciepłych kamieniach na brzegu, żeby wyschnąć!

Skinęła głową, chwyciła mnie za rękę i razem pobiegłyśmy wzdłuż pól. Ziemia należała do mnichów z rosyjskiego klasztoru, a my widziałyśmy pracujących na niej chłopów. Trzeba było wykorzystać krótki okres urodzaju, mój ojciec i bracia często pracowali cały dzień i pół jasnej nocy, by poza polami klasztornymi obrobić także naszą własną, lichą ziemię przed izbą. Och, nie, nie kochaliśmy ziemi, która nas żywiła. Była dla nas surową i okrutną panią. Sześć dni tygodnia należało się klasztorowi, siódmy należał do nas. Dla chłopów pańszczyźnianych Bóg nie przewidział dnia odpoczynku.

Teraz, wiosną, zasiewano tylko część pól na letnie zbiory. Na drugiej części sadziliśmy latem buraki i kapustę, które można było zbierać nawet zimą z zamarzniętej ziemi. Ostatnia, trzecia część pól, odpoczywała aż do następnego roku. Mężczyźni pracowali w pośpiechu. Czas, w którym mogliśmy zatroszczyć się o zapasy na resztę roku, był bardzo krótki. Kilka przegapionych lub zmarnowanych dni mogło oznaczać głód. W sierpniu mój ojciec i bracia przebywali na polach co najmniej przez osiemnaście godzin, ponieważ trzeba było wtedy zwieźć zbiory i rozpocząć wysiew oziminy.

Pomiędzy chłopami widziałyśmy wędrujących tu i tam mnichów w ich długich, ciemnych szatach. Pozornie zatopieni byli w rozmowie, lecz tak naprawdę pilnowali swojej własności. Wydawało mi się, że dostrzegam ojca i braci. Mocno pochylali się nad ziemią.

– Jak myślisz, co taki mnich ma pod sutanną? – zapytała mnie Krystyna z bezczelnym błyskiem w oku.

Roześmiałam się, wzruszając ramionami. – Niewiele, inaczej byłoby chyba widać, prawda?

– Prawda! Zwłaszcza na twój widok! – odparła.

Jej uwaga wydała mi się dziwna. Pomyślałam o Elżbiecie Rabe i jej przytykach wobec mojej matki. – Co masz na myśli? – zapytałam więc ostrożnie. Trudno mi było uwierzyć, że Krystyna mogła chcieć mnie obrazić. I rzeczywiście: – Marto! I ty niby jesteś ode mnie starsza? – zawołała, a potem odrzuciła głowę do tyłu. Rozwiązała warkocz i potrząsnęła swoimi długimi jasnymi włosami.

– Nie mów, że tego nie widzisz. Och, na dorocznym targu wszyscy będą chcieli tańczyć z tobą! A na mnie nikt nie zwróci uwagi! – Popatrzyła na mnie ze smutną miną.

– Bzdury! Wyglądasz jak anioł! – Pogładziłam ją po głowie. – Tylko że patrząc na twoje ręce, to taki anioł, który jak najszybciej powinien się wykąpać. Chodźmy już!

Odnalazłyśmy na rzece zeszłoroczną płyciznę do prania. Wąska dróżka prowadziła tam przez gęste, cierniste krzewy, przez co z drogi prawie nie było nas widać. Schodząc w dół na brzeg, ostrożnie stawiałyśmy krok za krokiem. Krystyna odwinęła ze szmatki kawałek cennego mydła, który schowała do kieszeni tuniki. Zanurzyła deskę do prania w czystą wodę i ostrożnie natarła mydłem jej ostre żebra, aż wszystkie pokryły się śliską warstwą.

Wyrabianie mydła to była ciężka praca, po której bolały wszystkie członki, a Elżbieta Rabe szczególnie lubiła zlecać ją mnie. Gotowanie mydła było wspólną czynnością kobiet z miru, która odbywała się po jesiennym uboju w klasztorze lub wiosną przy wykorzystaniu zbieranych przez zimę popiołów. Godzinami gotowałyśmy żrący ług z deszczówki, popiołów, zgromadzonego tłuszczu wieprzowego i wołowego oraz końskich kości. Wkrótce powstawała z tego szara, gęsta i kleista ciecz, a na jej powierzchni tworzyły się wielkie, gorące bąble, które pękały z głośnym trzaskiem, rozpryskując się. Maź bardzo powoli, godzina po godzinie, stawała się coraz gęstsza, a my musiałyśmy ją cały czas mieszać, aż wydawało nam się, że ramiona zaraz nam odpadną. W końcu, pod wieczór całego dnia gotowania, przelewałyśmy gotową masę do drewnianej formy. Po dodaniu soli otrzymywało się twarde kawałki mydła. Jednak sól była dla nas zbyt cenna, potrzebowałyśmy jej dla zwierząt i do przechowywania mięsa oraz ziół przez zimę. Mydła używałyśmy więc w formie kleistej brei, którą dodawałyśmy do wody.

Rozwinęłam tobołek i wyjęłam brudne ubrania. Były to dobre lniane koszule i spodnie mężczyzn oraz sarafany i płócienne tuniki, które my, kobiety, zakładałyśmy w świąteczne dni. Były uszyte z o wiele delikatniejszej tkaniny niż nasze codzienne ubrania, a ich stójki, wycięcia rękawów i brzegi zdobiłyśmy kolorowym haftem. Związałam włosy w luźny węzeł i tak ułożyłam moją wypłowiałą chustkę na głowie, żeby chroniła mnie przed prażącym słońcem. A potem ściągnęłam wstążki, które wszyte były w szwy moich rękawów. Dzięki nim można było regulować długość rękawów w zależności od pogody i okoliczności. W ten sposób obie ręce miałam wolne i mogłam zacząć pranie. Perkal, z którego uszyty był mój sarafan, był już bardzo przetarty, a rękawy wydymały się od niezliczonych fałdek.

Zabrałyśmy się do pracy. Prałyśmy pośpiesznie, perspektywa kąpieli sprawiła, że szybko moczyłyśmy ubrania w wodzie, mocno szorowałyśmy, tłukłyśmy nimi o płaskie kamienie, wyżymałyśmy, a potem rozwieszałyśmy do wyschnięcia na nisko zwieszających się ze skarpy gałęziach.

– Szybciej! – zawołała nagle Krystyna, gdy starannie wygładzałam ostatnią koszulę. Rozwiązała prosty węzeł swojego paska, zdjęła przez głowę zwykłą tunikę i zsunęła spódnicę. Stanęła golusieńka w wiosennym słońcu i pobiegła do wody. Patrzyłam na nią przez chwilę, dziwiąc się, jak bardzo się różnimy.

Przeklęta Elżbieta Rabe. Pewnego dnia zapłaci za oczernianie mojej matki! Włosy Krystyny były jasne i miękkie, a jej skóra miała ciepły, złocisty odcień. Jej ciało było wysokie i szczupłe, miała wąskie biodra i drobne, przypominające pąki piersi. A mimo to już mogła rodzić dzieci. W zeszłym roku przybiegła do mnie, gdy zaczęła jej płynąć krew. A ja... Cóż, Elżbieta miała rację! Moje włosy były czarne i grube, a moja skóra połyskiwała matowo niczym glinoziem. Nikt w naszej wsi nie miał takiej skóry, a ja bardzo się jej wstydziłam. Moje biodra już teraz były szerokie, a piersi duże i twarde. Krystyna pluskała się w płytkim przybrzeżnym nurcie. – Chodź! No chodź już! – zawołała, zanim ponownie zanurzyła się w wodzie.

Wstała i pobiegła dalej po płytkiej wodzie, aż dotarła do głębiny i tam rzuciła się głową w dół w fale. Nie ociągałam się, tylko zdjęłam szybko ubranie, rozwiązałam włosy i pobiegłam za nią. Nie pamiętam już, jak długo pluskałyśmy się, zanurzałyśmy w wodę i wbrew zakazom z przyjemnością szorowałyśmy nasze ciała kosztownym mydłem. Otwierałyśmy oczy pod wodą, łapałyśmy rękami wodne ślimaki i łamałyśmy ostre trzciny na brzegu, żeby upolować węgorza. Woda była bardzo zimna, a gdy tylko się z niej wynurzałyśmy, naszą skórę natychmiast pokrywała gęsia skórka.

Co za odmiana po długiej zimie, podczas której chodziliśmy do łaźni, czyli bani, tylko w niedzielne wieczory. Elżbieta Rabe bardzo dbała o czystość i poza nami tak naprawdę nikt inny w naszym mirzenie chodził do banitak często. W małym, wyłożonym drewnem pomieszczeniu było bardzo duszno. Siedzieliśmy na długich ławach wokół pieca z gorącymi kamieniami, na których rozpryskiwano wodę świerkowymi gałązkami, aż para unosiła się z sykiem gęstymi kłębami, niemal pozbawiając nas tchu. Potem zakładaliśmy świeże płócienne ubrania. Przez pozostałe dni tygodnia nie kąpaliśmy się. Pewien przejezdny kupiec opowiadał nam kiedyś, że łaźnie pochodzą z północy, ze Szwecji i Finlandii. Ludzie tam korzystają z nich ponoć o wiele częściej niż my! Nie mogliśmy w to jednak uwierzyć, przecież tyle kąpieli nie mogło nikomu służyć.

Czas spędzony w wodzie upłynął o wiele szybciej, niż myślałyśmy. Gdy usłyszałyśmy konie na drodze w górze, było już późne popołudnie. To ja pierwsza usłyszałam tych ludzi, ponieważ akurat stałam na brzegu, wyciskając wodę z włosów. – Hej, wy, dziewczęta! – zawołali do nas po rosyjsku. W domu rzadko używaliśmy tego języka. Wyprostowałam się, by popatrzeć w górę na drogę. Dostrzegłam kilku jeźdźców oraz przykryty jasną plandeką wóz, na którym siedział mężczyzna, trzymając w dłoniach lejce obu koni. Odniosłam wrażenie, że pomimo sporej odległości wpatruje się we mnie i bardzo żałowałam, że nie mam na sobie długiej koszuli. Szybko dałam Krystynie znak, żeby została w wodzie.

– Kto to jest? – zapytała cicho, unosząc się tu i tam w płytkim nurcie. – Pst! Nie wiem. Nie ruszaj się! – nakazałam jej.

Ku memu przerażeniu ujrzałam, że mężczyzna zsiada z kozła ciężkiego wozu. Powiedział coś do trzech jeźdźców, którzy mu towarzyszyli, a ja zauważyłam, że są uzbrojeni. Nieznajomy zaczął schodzić dróżką na brzeg. Szybko pobiegłam do krzaka, na którym wisiała moja uprana koszula. Choć była wilgotna, natychmiast ją założyłam. Ledwo udało mi naciągnąć ją na uda, a mężczyzna z kozła już przede mną stał.

Był w wieku mojego ojca, lecz z pewnością nie zaznał w swym życiu tyle ciężkiej pracy co on! Miał na sobie długą szatę w rosyjskim stylu z szerokim kołnierzem z ciemnego futra. Spod spodu wystawały spodnie z miękkiej skóry i bogato haftowany pas. Wysokie buty całe opryskane były błotem. Popatrzyłam na jego twarz. Podbródek miał porośnięty gęstą, ciemną brodą, a płaski kapelusz na głowie rzucał cień na jego oblicze. Mimo to dostrzegłam jego oczy, które z ciekawością szybko się po mnie prześlizgnęły. Elżbieta Rabe zbiłaby mnie na kwaśne jabłko, gdyby widziała, jak stoję tu przed obcym mężczyzną na wpół naga. Zsunął z dłoni rękawiczki. Na krótkich, grubych palcach miał mnóstwo pierścieni z kolorowymi kamieniami. Tylu pierścieni nie widziałam nawet na zarządzie klasztoru!

– Szukam drogi do klasztoru. Pobłądziliśmy. Możesz nam pomóc?

Mówił twardym, chropawym niemieckim, jak zwykle Rosjanie, wypowiadając słowa spokojnym i zimnym głosem. Zauważyłam, że ma jeszcze wszystkie zęby. Sposób, w jaki patrzył na moje piersi, sprawił, że poczułam zakłopotanie. Co gorsza, włosy zaczęły mi się wysuwać z warkocza, który w pośpiechu zaplotłam. Gdy po nie sięgnęłam, tunika zsunęła mi się z ramion, a koszula przykleiła do wilgotnej skóry. Zdawałam sobie sprawę, że moje piersi prześwitują przez płótno. Równie dobrze mogłam tam stać zupełnie nago. Mężczyzna szybko oblizał sobie wargi.

W tym momencie przypominał mi węża, którego widziałam z moim bratem Fiodorem zeszłego lata w zaroślach przy naszym warzywniku. Był długi i jasnozielony, niemal przezroczysty, aż widać było pod skórą jego ciemne wnętrzności. Powoli zbliżał się do nas, groźnie się wijąc. Fiodor, choć był młodszy ode mnie, stanowczym gestem przesunął mnie za siebie. Wąż zbliżał się z wahaniem, wysuwając język. Wyglądał na jadowitego. Na śmiertelnie jadowitego. Mój brat schylił się gwałtownie i podniósł ciężki kamień. W momencie, gdy wąż skoczył do przodu z otwartą szczęką, jednym uderzeniem roztrzaskał mu łeb.

Przypomniałam sobie, jak nerwy długiego, martwego już ciała drgnęły i wąż zwinął się po raz ostatni.

Mężczyzna zrobił krok w moją stronę i usłyszałam, jak Krystyna woła z wody: – Marta, uważaj!

Odwrócił głowę w kierunku, z którego doszedł jej głos, a ja wykorzystałam ten moment, żeby schylić się i podnieść pokryty mchem kamień z brzegu rzeki. Choć pochodziłam z małej wioski i byłam dziewicą, doskonale wiedziałam, czego chciał. W końcu trzymaliśmy za domem kury i koguty, napatrzyłam się też dosyć na krowy i byki w klasztornej oborze. Poza tym w izbach, w których spaliśmy na płaskich piecach całymi rodzinami, ciało przy ciele, trudno było nie znać ludzkich tajemnic!

– Klasztor jest dalej przy tej drodze. Wkrótce tam dotrzesz, jeśli tylko zaraz wyruszysz! – udzieliłam krótkiej odpowiedzi. Mój głos jednak drżał, co mnie zezłościło.

Nie powiedział nic, tylko podszedł jeszcze krok bliżej. Cofnęłam się i syknęłam: – Trzymaj się ode mnie z daleka! – Uśmiechnął się tylko, zbliżając się jeszcze bardziej. – Jeśli się zbliżysz, na Boga, roztrzaskam ci czaszkę! Wsiadaj na kozła i jedź do tych przeklętych mnichów! – powiedziałam głośnym i stanowczym tonem. Groźnie kołysałam kamieniem. Kątem oka zauważyłam, że jego trzej towarzysze zsiadają z koni. Rozciągnęli członki, jak po długiej jeździe, i przywiązali wodze koni do zwisających gałęzi. Nie potrafiłybyśmy się obronić przed czterema mężczyznami. Zaczęłam się bać. Pierwszy z nich zbliżył się do dróżki.

Nieznajomy cały czas na mnie patrzył. Usłyszałam, jak Krystyna zaczyna cicho płakać w wodzie. To wywołało moją wściekłość, a gniew dodał mi sił i odwagi. Jeszcze raz mu rozkazałam: – Odjedź stąd, ty ruski!

Zrobił jeszcze jeden krok w moją stronę, lecz potem zawahał się i gestem dłoni powstrzymał swoich towarzyszy. Nagle roześmiał się. Miał dziąsła czerwone od tytoniu. – Na Boga, rozbawiasz mnie, dziewczyno. Jeszcze się zobaczymy, a wtedy będziesz o wiele milsza. Obiecuję ci to!

Wyciągnął dłoń w moją stronę tak, jakby chciał dotknąć moich włosów. Krystyna krzyknęła. Splunęłam mu pod nogi. Jego twarz przybrała twardy, groźny wygląd. – Poczekaj – zagroził. – Marta, tak? Tak cię nazwała ta mała w wodzie? Tak masz na imię?

Zagryzłam wargi i nie odpowiedziałam.

Odwrócił się i bez słowa ruszył przez zarośla w górę do swoich ludzi. Dopiero gdy cmoknięciem popędził konie zaprzężone do wozu, pozwoliłam, by kamień wyślizgnął mi się z palców. Kolana ugięły się pode mną i opadłam na szary piasek. Drżałam na całym ciele. Turkot kół na kamienistej drodze i suchy stukot podków powoli się oddalały.

Krystyna wybiegła z wody i objęła mnie ramieniem. Łzy leciały jej z oczu, a smarki z nosa, i przez chwilę mocno się do siebie przytulałyśmy.

Potem popatrzyła na mnie i wygładziła mi włosy. – Mój Boże, jesteś taka odważna, Marto. Ja nigdy bym się na to nie odważyła! Grozić mu takim małym, śmiesznym kamykiem.

Popatrzyłam na leżący obok mnie kamień. Rzeczywiście wydawał się bardzo mały i bardzo śmieszny.

– Myślisz, że powinnyśmy się obawiać czegoś z jego strony? – szepnęła potem. Przełknęłam ślinę. Pytał o klasztor, do którego należałyśmy. Należały do niego nasza izba, nasza ziemia, koszula na moim ciele, a także my same. Było oczywiste, że mój ojciec do końca swoich dni nie odrobi należnej daniny, obroku. Nie chciałam o tym myśleć.

– Bzdura. Nigdy więcej nie zobaczymy tego tłuściocha! Mam nadzieję, że spadnie z kozła i skręci sobie kark – spróbowałam się roześmiać. Krystyna popatrzyła na mnie z powagą, a potem skinęła głową. Nie wyglądała jednak na przekonaną.

Chmura zasłoniła słońce. Pierwszy, delikatny granat zmierzchu przyćmił światło dnia. Poczułam chłód w wilgotnej koszuli, która już zdążyła się ubrudzić. Co za kłopot, będę musiała uprać ją jeszcze raz jutro przed świętem!

Wstałam i otrzepałam sobie ze stóp piach i drobne kamyczki.

– Chodź, idziemy do domu. Nie chcę biegać po ciemku.

Krystyna posłuchała. W milczeniu i pośpiechu założyłyśmy nasze stare ubrania i zebrałyśmy mokre pranie. Będziemy musiały powiesić je w domu nad piecem, żeby wyschło przed wieczorem. Elżbieta Rabe będzie na mnie zła.

Bez słów wiedziałyśmy, że nikomu nie opowiemy o tym zdarzeniu. Może miałyśmy nadzieję, że dzięki temu stanie się ono nierzeczywiste. Lecz ja już wtedy przeczuwałam, że spotkanie nad rzeką będzie miało swoje konsekwencje. Dziś wiem, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny.

Rankiem przed świętem jeszcze padało. Nasze stopy tonęły w miękkim, ciepłym błocie w drodze na łąkę. Każdy krok wywoływał ciche chlupnięcie. Trzymaliśmy swoje sandały i chodaki z łyka i drewna w dłoniach, żeby nie pobrudzić ich już w drodze na święto. Elżbieta Rabe szła razem ze mną, Krystyną i małą Anną, która nie umiała jeszcze dobrze chodzić, na znajdującą się pod klasztorem łąkę. Anna nie mogła za nami nadążyć, chwyciłam ją za rękę i pociągnęłam za sobą. Po deszczowym poranku nastało słoneczne popołudnie, a szerokie niebo przybrało barwę błękitu. Kobiety, które przygotowały obok łąki miejsce do tańców, rozwiesiły właśnie między wysokimi brzozami powrozy, na których mogły się huśtać dzieci. Same stanęły razem w długich, kolorowych sukniach, śpiewając pieśni i klaszcząc w dłonie.

Na łące panował barwny chaos. Przed pierwszym namiotem, który dostrzegłam, przywiązano do pala niedźwiedzia. Jego futro było brudne i zmierzwione, a gdy otwierał pysk, widać było spiłowane na tępo zęby. Pazury też miał obcięte niemal przy skórze. Do trzymanych w niewoli zwierząt lepiej się nie zbliżać. Drzemała w nich dzika, nieobliczalna natura i żadne łańcuchy nie mogły jej okiełznać. Zdarzało się, że trzymający je w niewoli wędrowni handlarze zamarzali zimą na skraju drogi. Niedźwiedzie wyrywały wtedy łańcuchy z rąk zmarłych, a głód pędził je do najbliższych chat i dworów. Z tego powodu razem z Anną w odpowiedniej odległości obeszłyśmy misia, który próbował ostrzyć swoje pazury o pal.

Z ciekawością uchyliłyśmy zasłonę do pokrytego kolorowymi łatami namiotu, żeby zajrzeć do jego wnętrza. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Anna głęboko zaczerpnęła powietrza i cofnęła się przerażona. Pośrodku namiotu uwiązana była przerażająca istota. Nie można jej było nazwać człowiekiem! Stworzenie miało dwie głowy, czworo ramion i dwie nogi. Musiało nas usłyszeć, ponieważ jedna głowa zwróciła się w naszą stronę, podczas gdy druga bezwładnie zwisała na bok. Z obwisłych ust tej głowy ciekła ślina, natomiast na twarzy drugiej, smutnej i wykrzywionej, która na nas patrzyła, pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Jedna z rąk poruszyła się, palce wyprostowały się w naszym kierunku. Szybko je policzyłam. Było ich sześć. Przełknęłam ślinę i cofnęłam się o krok. To było takie makabryczne, lecz nie potrafiłam odwrócić wzroku.

W tym momencie tuż obok nas odezwał się jakiś głos. – Aha, młode panie już są ciekawe mojego Namiotu Dziwów?

Przestraszyłyśmy się obie i o mało nie wpadłyśmy do środka namiotu. Przed nami stał jakiś mężczyzna. Tuż obok niego przykucnął karzeł, a za nim stała niezgrabna dziewczyna w długiej sukni z połyskujących zielonych i niebieskich łat przypominających rybie łuski. Była mniej więcej w moim wieku. W pasie przepasana była liną, a na włosy zarzuciła podartą rybacką sieć. Była mocno umalowana, jej twarz wyglądała, jakby zanurzyła ją w mące! Na policzkach miała wymalowane dwa jaskrawoczerwone kółka, a brwi i oczy podkreśliła węglem. Pierwszy raz w życiu widziałam umalowaną kobietę.

Mężczyzna poklepał się po grubym brzuchu, a potem się przedstawił. – Jestem mistrz Lampert. Przywiozłem do waszej wioski dziwy z całego świata! – Dał karłowi kuksańca w bok, na co ten zareagował, robiąc fikołka. Dzwonki i wytarte monety przyszyte do jego kurtki zabrzęczały przy tym wesoło. – Nikt inny nie ma karłów, syren i przerażających stworów! Przyjdźcie dziś wieczór na moje przedstawienie, moje panie! Będą zawody w celowaniu zepsutymi owocami w mojego dziwoląga! – przechwalał się dalej mistrz Lampert, wskazując palcem na nieszczęsną istotę pośrodku namiotu. Jeszcze raz popatrzyłam na nią z lękiem. Zwiesiła obie głowy w dół, a cztery ramiona dyndały bezradnie. „Syrena”, czy jak ją tam nazwał, uśmiechnęła się do mnie, ukazując przy okazji czarne dziury między zębami.

Boże, ależ byłam zadowolona, gdy w tym momencie Elżbieta Rabe chwyciła mnie za ramię i wściekła wyciągnęła nas obie z namiotu! – Po co mitrężysz czas z tymi włóczykijami! A może jesteś taka jak oni? Chodź, oglądamy razem z Krystyną połykaczy ognia! – ofuknęła mnie.

Mimo wszystko wcisnęła mi w dłoń kilka oblanych miodem orzechów. Jak udało jej się ukryć pieniądze przed ojcem? Bez wątpienia miałyśmy dziś wielkie święto.

Jej kolejnych słów już nie zrozumiałam, ponieważ drogą wydeptaną między namiotami i straganami zbliżała się do nas kolorowa grupa muzykantów, a hałas bębnów, fletów i dzwonków łaskawie zagłuszył łajania Elżbiety. Cieszyłam się z tego i dałam część orzechów Annie, która uwiesiła się na mojej ręce. Znalazłyśmy Krystynę przy straganach połykaczy ognia, kuglarzy i magika. Ten wyciągał właśnie jednemu z chłopów czerwoną piłkę z jego brudnego ucha. Tłum śmiał się i klaskał jak oszalały. Kolejni mężczyźni przepychali się do przodu, żeby magik i im wyczarował piłkę z ucha.

Krystyna przyciągnęła mnie do siebie i wskazała na jednego z połykaczy ognia. – Widziałaś te mięśnie? To pewnie od tego ognia, który łyka – zachichotała.

Wpatrywała się w młodego mężczyznę z pochodnią i w krótkim fartuchu na biodrach. Westchnęłam w duchu. Powinniśmy zacząć uważać na Krystynę i poprosić mnichów, żeby znaleźli jej męża pośród chłopów w naszej wiosce. W przeciwnym razie może się zdarzyć, że będziemy musieli zostawić zawiniątko na skraju lasu!

Przeszłam kilka kroków dalej. Stał tam kuglarz z długą białą brodą. Jego skóra była wyprawiona słońcem, a na środku czoła miał wymalowaną cynobrową farbą kropkę. Z uszu zwisały mu kolczyki, a na plecy spływały zaplecione w warkocz białe włosy. Nie potrafiłam określić jego wieku. Nagle naszła mnie myśl, że musiał w swoim życiu już wiele widzieć. A ja już na zawsze zostanę w mojej wiosce, w moim mirze! Właśnie gestem nakazał ciżbie ciszę i dobrał do trzech kul jeszcze czwartą i piątą. Jego kompan przyglądał mu się spokojnie, polerując kolejne kule z błyszczącego drewna. Starzec wyjaśnił łamaną niemczyzną: – Dwie kule są dla dzieci! Trzy kule są dla głupców! Cztery kule – nieźle! A pięć kul – dla mistrza!

Stukał się przy tym dumnie pięścią w chudą pierś. Otaczający go gapie zaczęli zachęcająco i przyjaźnie poklaskiwać. Krystyna przysunęła się do mnie i obie przyłączyłyśmy się do aplauzu. Towarzysz kuglarza popatrzył na mnie i mrugnął do mnie okiem. Anna wsunęła swoją drobną rączkę w moją dłoń, a Elżbieta Rabe stała tuż obok. Kule wylatywały w powietrze, tak wysoko i szybko, że nasze oczy nie potrafiły ich w locie rozróżnić. Promienie słońca odbijały się od połyskującego drewna, a stary kuglarz, cały czas rzucając kulami, kazał sobie podać szóstą i siódmą. Ludzie wpatrywali się w niego z otwartymi ustami. Znów minęli nas kolorowi muzykanci ze swoją wrzawą, a my poszłyśmy dalej obok uzdrowiciela. Przed jego kramem stała kolejka ludzi z wszelakimi bolączkami. Usłyszałam za plecami oburzone gulgotanie mężczyzny, któremu wyrwano niewłaściwy ząb. Pociągnęła nas dalej radość publiczności zgromadzonej przed straganem lalkarza. Przedstawienie już się rozpoczęło, a my usiadłyśmy obok innych widzów na trawie. Nawet nie płacąc, można było co nieco zobaczyć! Na scenie dostrzegłam marionetkę w okrągłej, błyszczącej czapeczce i z wyszytym rosyjskim godłem, dwugłowym orłem. To musiał być młody rosyjski car! Wyglądało na to, że akcja toczy się w jakiejś twierdzy. Lalka przedstawiająca cara stała przed prostym żołnierzem, który, wyrażając się grubiańsko, nie pozwolił jej przejść dalej.

Mężczyzna obok mnie śmiał się do łez. Pochyliłam się w jego stronę i zapytałam szeptem: – O co chodzi? Czy to car?

Skinął głową i odpowiedział równie przyciszonym głosem. – Tak. Car Piotr chciał dwa lata temu podczas swoich podróży zwiedzić twierdzę w Rydze, ale Szwedzi mu na to nie pozwolili! Prosty żołnierz przepędził z murów cara Wszechrusi! Król Szwecji – tu wskazał na kolejną marionetkę, która siedziała na krześle – uważa, że nic się nie stało, ale car wciąż pieni się z wściekłości!

Roześmiał się jeszcze raz i ponownie skupił swoją uwagę na przedstawieniu. Car właśnie przeżywał atak wściekłości i z zapałem deptał swoją koronę. Śmiałam się głośno wraz z innymi i karmiłam Annę słodkimi orzechami.

W tym momencie padł na mnie cień.

Jakiś głos powiedział po rosyjsku: – To ta dziewczyna.

Spojrzałam w górę. To był mężczyzna znad rzeki.

Stał tam wraz ze swymi trzema towarzyszami oraz grupą mnichów. Dziś wyglądał jeszcze dostojniej, pośród całej zgrai wieśniaków, chłopów pańszczyźnianych, nicponi i próżniaków odzianych w prosty, zgrzebny len. Jego długi płaszcz skrojony był z ciemnozielonego aksamitu, a mocno zaciśnięty pas bogato haftowany. Sponad niego zwisał potężny brzuch. Mimo ciepłego wiosennego słońca szeroki kołnierz płaszcza wykończony był futrem. Elżbieta Rabe natychmiast zerwała się na równe nogi i podciągnęła mnie do góry. Wysunęła się odrobinę przede mnie. Jeden z mnichów wskazał na mnie i zapytał: – Elżbieto Rabe, czy to twoja córka?

Elżbieta potrząsnęła głową i odpowiedziała z bolesną szczerością. – Nie, ojcze. – Nazywała mnicha ojcem, tak zwracaliśmy się do wszystkich, którzy mieli nad nami władzę. – To jest Marta, córka mojego męża. Ja ją wychowuję. Czemu pytacie? – Mocno złapała mnie za nadgarstek. – Czy coś zbroiła?

Rosjanin pogładził się po brodzie i uśmiechnął się do mnie. Nie widziałam jego oczu, ponieważ jego duży, płaski kapelusz z otokiem z bobrzego futra skrywał je w cieniu. Pozostali milczeli. Mnich, który wcześniej mówił, podszedł bliżej i ujął mnie za podbródek. Cuchnął obrzydliwie marynowaną cebulą i zbyt długo noszoną bielizną. Zmarszczyłam nos. Czy te klechy nie mogą się myć albo przynajmniej zmieniać bielizny? Mnich zmierzył mnie bezczelnym wzrokiem i odsunął rękę.

– Nie – odpowiedział w końcu. – Nic nie zbroiła.

Zwrócił się do Elżbiety. – Idźcie do domu. Wczesnym wieczorem przyjdziemy do waszej izby.

Krystyna