Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 525 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Carte Blanche - Jeffery Deaver

Brytyjskie służby specjalne zostają postawione w stan pogotowia, gdy nasłuch przechwytuje i deszyfruje wysłaną z telefonu komórkowego wiadomość o mającym wkrótce nastąpić zamachu z szacowaną liczbą ofiar liczoną w tysiącach. Zamachowcem jest Irlandczyk, który planuje spotkać się ze swym wspólnikiem w pewnej restauracji nad Dunajem. Agent 007 otrzymuje misję identyfikowania zamachowca i jego zleceniodawcy oraz na wszystko, co okaże się niezbędne w jej wykonaniu. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Trop prowadzi z Serbii do Dubaju i Kapsztadu, a na drodze Bonda staną nie tylko dawni i nowi wrogowie, ale również brytyjska biurokracja...

Opinie o ebooku Carte Blanche - Jeffery Deaver

Fragment ebooka Carte Blanche - Jeffery Deaver

Tytuł oryginału:

CARTE BLANCHE

Copyright © Ian Fleming Publications Limited 2011

All rights reserved

James Bond and 007 are the trademarks of Dan jaq, LLC,

used under licence by Ian Fleming Publications Ltd.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2012

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2012

Redakcja: Barbara Nowak

Ilustracja na okładce: Serg Zastavkin/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-456-9

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2012. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych– jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Ianowi Flemingowi, który nauczył nas,

że wciąż możemy wierzyć w bohaterów.

OD AUTORA

Opisane w tej książce wydarzenia są fikcją literacką, jednakże – z nielicznymi wyjątkami – wymienione w niej organizacje istnieją naprawdę. Świat wywiadu, kontrwywiadu i szpiegostwa jest pełen akronimów i skrótów. Ponieważ alfabet organizacji wywiadowczych może być nieco trudny do odszyfrowania, pomyślałem, że słownik mógłby być przydatny. Pojawia się na końcu tej książki.

J.D.

Potrzeba nam było nowej organizacji koordynującej, inspirującej, kontrolującej i pomagającej obywatelom uciśnionych krajów. Potrzebowaliśmy działania w absolutnej tajemnicy, swoistego fanatycznego entuzjazmu, gotowości do współpracy z ludźmi innych narodowości oraz całkowitej wiarygodności politycznej. Ta organizacja powinna, moim zdaniem, być zupełnie niezależna od maszynerii Ministerstwa Wojny.

Hugh Dalton, minister wojny ekonomicznej opisującyutworzenie po wybuchu drugiej wojny światowej brytyjskiegoZarządu Operacji Specjalnych (SOE), będącegoorganizacją szpiegowską i dywersyjną.

NiedzielaCZERWONY DUNAJ

1

Trzymając w dłoni rączkę czuwaka, maszynista lokomotywy spalinowej serbskich kolei czuł dreszcz emocji, który zawsze odczuwał, pokonując odcinek z Belgradu do Nowego Sadu.

Tędy jeździł słynny Orient Express, od lat trzydziestych do sześćdziesiątych kursujący z Grecji przez Belgrad, a potem na północ. Oczywiście maszynista nie prowadził błyszczącej smarem lokomotywy parowej Pacific 231, ciągnącej eleganckie wagony restauracyjne z mahoniu i mosiądzu, wagony sypialne i kuszetkowe, w których pasażerowie pławili się w oparach luksusu i dekadencji. Siedział w wysłużonym amerykańskim rzęchu, który ciągnął sznur mniej lub bardziej sprawnych wagonów z mocno poupychanym ładunkiem.

Pomimo to czuł tchnienie historii w każdym kolejnym widoku ukazującym się podczas tej podróży, szczególnie kiedy dotarli do rzeki – jego rzeki.

Jednakże czuł się nieswojo.

Wśród wagonów jadących do Budapesztu i przewożących węgiel, złom, różne artykuły przemysłowe i drewno, jeden bardzo go niepokoił. Był załadowany beczkami MIC – izocyjanianu metylu, który miał być użyty na Węgrzech do produkcji gumy.

Maszynista – korpulentny, łysawy mężczyzna w znoszonej czapce i poplamionym kombinezonie – został szczegółowo poinstruowany o naturze tego śmiercionośnego związku chemicznego przez swojego zwierzchnika oraz jakiegoś idiotę z serbskiego nadzoru transportu. Przed kilkoma laty ta substancja zabiła osiem tysięcy osób w Bhopalu w Indiach w ciągu paru dni od chwili wycieku w tamtejszej fabryce.

Był świadomy niebezpieczeństwa związanego z tym ładunkiem, ale jako stary kolejarz i członek związku zawodowego zadał tylko jedno pytanie.

– Co oznacza ten kurs do Budapesztu… konkretnie?

Szef i biurokrata wymienili formalnie beznamiętne spojrzenia.

– Po prostu bądź ostrożny – powiedzieli po chwili.

Światła Nowego Sadu, drugiego co do wielkości miasta

Serbii, zaczęły rosnąć w oddali, a w zapadającym zmroku pojawiła się blada wstęga Dunaju, rzeki opiewanej w historii i muzyce. W rzeczywistości była mętna, zwyczajna i niosła barki oraz tankowce, a nie oświetlone blaskiem świec statki pełne kochanków oraz orkiestr wiedeńskich – przynajmniej nie tutaj. A jednak to Dunaj, perła Bałkanów, i w piersi kolejarza zawsze wzbierała duma, gdy prowadził skład przez ten most.

Jego rzeka…

Zerknął przez upstrzoną plamkami przednią szybę i sprawdził tor przed sobą w świetle reflektora lokomotywy General Electric. Nic, czym musiałby się martwić.

Dźwignia czuwaka miała ośmiopozycy jną skalę, a numer jeden na niej oznaczał najniższy bieg. Teraz była ustawiona na piątce, więc powoli cofnął ją do trójki, żeby zwolnić prędkość składu na odcinku o licznych zakrętach. Silnik o mocy czterech tysięcy koni mechanicznych przycichł, gdy maszynista zmniejszył dopływ prądu.

Kiedy wagony wjechały na prosty odcinek przed mostem, maszynista przesunął dźwignię z powrotem na piątkę, a później na szóstkę. Silnik zagrał głośniej i szybciej, a z tyłu rozległy się liczne donośne szczęknięcia. Maszynista wiedział, że to po prostu nieszkodliwa kakofonia, którą słyszał tysiące razy, a którą sprzęgi między wagonami protestują przeciwko zmianie prędkości. Jednakże wyobraźnia podsuwała mu obraz tych znajdujących się w trzecim wagonie metalowych pojemników ze śmiercionośną substancją, uderzających o siebie, grożących rozlaniem trucizny.

Nonsens, powiedział sobie i skupił się na utrzymywaniu stałej prędkości. Nagle, bez żadnego powodu poza tym, że potem poczuł się lepiej, pociągnął rączkę syreny.

2

Leżący na szczycie wzgórza, skryty w wysokiej trawie mężczyzna o poważnej twarzy i wyglądzie myśliwego usłyszał wycie syreny w oddali, kilka kilometrów dalej. Spojrzał tam i odkrył, że dźwięk wydał pociąg nadjeżdżający z południa. Skład dotrze tutaj za jakieś dziesięć do piętnastu minut. Mężczyzna zastanawiał się, jak może to wpłynąć na ryzykowną operację, która zaraz miała się rozpocząć.

Lekko zmieniwszy pozycję, przez lunetę noktowizyjną przyjrzał się lokomotywie spalinowej ciągnącej długi sznur wagonów.

Uznawszy, że ten pociąg jest nieistotny dla niego i jego planów, James Bond skierował lunetę na restaurację kompleksu uzdrowiskowo-hotelowego i ponownie obejrzał cel. Sponiewierany przez kaprysy pogody budynek był duży, z żółtymi tynkami i brązowym obrzeżem. Najwyraźniej cieszył się powodzeniem u miejscowych, sądząc po liczbie zastaw i fiatów na parkingu.

Była ósma czterdzieści i zapadał pogodny niedzielny wieczór, tu, w pobliżu Nowego Sadu, gdzie Kotlina Panońska wznosi się, tworząc krajobraz nazywany przez Serbów „górzystym”, choć Bond podejrzewał, że przymiotnik ten wybrano w celu przyciągnięcia turystów – dla niego, zapalonego narciarza, te wzniesienia to zaledwie pagórki. Majowe powietrze było suche i chłodne, a okolica cicha jak kaplica cmentarna.

Bond znów zmienił pozycję na wygodniejszą. Był po trzydziestce, miał metr osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu i ważył osiemdziesiąt trzy kilogramy. Czarne włosy czesał z przedziałkiem i niesforny kosmyk opadał mu na oko. Prawy policzek przecinała dziesięciocentymetrowa blizna.

Tego wieczoru starannie wybrał swój ekwipunek. Włożył ciemnozieloną kurtkę i wodoodporne spodnie amerykańskiej firmy 5.11, robiącej najlepszą odzież taktyczną na rynku. Na nogach miał wygodne skórzane buty, w których mógł prowadzić szybki pościg i nie pośliznąłby się podczas walki.

Gdy zapadła noc, światła na północy zabłysły jaśniej: starówka Nowego Sadu. Choć obecnie to miejsce jest tak tętniące życiem i czarujące, Bond wiedział, że ma ono mroczną przeszłość. Po tym, jak w styczniu 1942 roku Węgrzy zamordowali tysiące obywateli i wrzucili ich ciała do lodowatego Dunaju, Nowy Sad stał się tyglem ruchu oporu. Tego wieczoru Bond przybył tutaj, żeby zapobiec innemu koszmarowi… innemu, ale równie strasznemu lub jeszcze gorszemu.

Wczoraj, w niedzielę, zostały zaalarmowane brytyjskie służby wywiadowcze. Kwatera Główna Łączności Rządowej (GCHQ) w Cheltenham odszyfrowała elektroniczny szept – wiadomość o ataku mającym nastąpić pod koniec tygodnia.

spotkanie w biurze noe potwierdza incydent w nocy w piątek 20. szacowana początkowa liczba ofiar w tysiącach, negatywny wpływ na brytyjskie interesy, transfer funduszy jak uzgodniono.

Wkrótce potem rządowi podsłuchiwacze odczytali część drugiej wiadomości zaszyfrowanej tym samym algorytmem i wysłanej z tego samego telefonu, ale pod inny numer.

spotkajmy się w niedzielę w restauracji roštilj pod nowym sadem o 20.00. mam ponad 180 cm wzrostu, irlandzki akcent

Potem Irlandczyk – który uprzejmie, chociaż mimowolnie, podał im swój pseudonim – zniszczył telefon lub wyjął baterię, tak jak jego wspólnik Noe i drugi odbiorca wiadomości tekstowej.

W Londynie Połączony Komitet Wywiadów i zespół COBRA, czyli sztab antykryzysowy, zwołali nocne zebranie, aby ocenić zagrożenie Incydentem Dwudziestym, nazwanym tak z powodu piątkowej daty.

Nie było żadnych konkretnych informacji o źródle i charakterze zagrożenia, ale MI-6 uważał, że nadejdzie ze strony plemiennych obszarów Afganistanu, gdzie Al-Kaida i jej sprzymierzeńcy zaczęli werbować obywateli Zachodu do akcji w europejskich krajach. Sześciu agentów w Kabulu rozpoczęło energiczne działania, aby dowiedzieć się więcej. Serbskie powiązanie również należało zbadać. Tak więc o dziesiątej poprzedniego wieczoru długie macki wydarzeń wyciągnęły się i złapały Bonda w ekskluzywnej restauracji przy Charing Cross Road, spędzającego czas z piękną kobietą, której przydługi monolog, opisujący żywot niedocenianej malarki, stał się nieco męczący. Przesłana na komórkę Bonda wiadomość głosiła:

nocak, dzwoń do szefa

Alarm nocnej akcji wymagał natychmiastowej odpowiedzi niezależnie od pory odebrania sygnału. Konieczność zatelefonowania do szefa szczęśliwie skróciła randkę i niebawem Bond był już w drodze do Serbii, wykonując rozkazy operacji drugiego stopnia utajnienia nakazujące mu zidentyfikować Irlandczyka, podłożyć lokalizator i inne urządzenia oraz śledzić obiekt. Gdyby to okazało się niemożliwe, rozkazy pozwalały Bondowi doprowadzić siłą Irlandczyka na przesłuchanie w Anglii lub jakiejś tajnej bazie na kontynencie.

Tak więc teraz Bond leżał w białych narcyzach, starając się nie gnieść liści tych pięknych, lecz trujących wiosennych kwiatów. Skupił wzrok na frontowym oknie restauracji Rostilj, za którym Irlandczyk siedział przy prawie nietkniętym daniu i rozmawiał ze swoim wspólnikiem, jeszcze niezidentyfikowanym, ale o słowiańskim wyglądzie. Być może zdenerwowany wspólnik zaparkował gdzie indziej i przybył tu pieszo, tak więc nie można go było rozpoznać po numerach rejestracyjnych samochodu.

Irlandczyk nie był taki płochliwy. Jego średniej klasy mercedes pojawił się tu czterdzieści minut temu. Tablice rejestracyjne ujawniły, że został wypożyczony tego dnia za gotówkę i pod fałszywym nazwiskiem przez osobnika posługującego się podrobionym brytyjskim prawem jazdy i paszportem. Mężczyzna był w wieku Bonda, może trochę starszy, chudy i wysoki. Wszedł do restauracji, paskudnie utykając. Nierówna grzywka blond włosów opadała mu na wysokie czoło, kości policzkowe miał wydatne, a szczękę kwadratową.

Bond upewnił się, że ten człowiek jest jego celem. Dwie godziny wcześniej poszedł do restauracji na filiżankę kawy i umieścił urządzenie podsłuchowe obok drzwi wejściowych. Interesujący go mężczyzna przybył o umówionej porze i rozmawiał z szefem sali po angielsku – powoli i głośno, jak to często robią cudzoziemcy w rozmowie z miejscowymi. Zdaniem Bonda, który słuchał tej wymiany zdań dziesięć metrów dalej przez zmodyfikowany telefon komórkowy, gość mówił z wyraźnym akcentem środkowego Ulsteru – najprawdopodobniej z Belfastu lub okolic tego miasta. Niestety, Irlandczyk i jego miejscowy kontakt usiedli poza zasięgiem urządzenia podsłuchowego.

Bond przyglądał się swojemu przeciwnikowi przez lunetę, notując w pamięci każdy szczegół. „Drobne fakty cię ratują. Drobne błędy zabijają” – lubili przypominać instruktorzy w Fort Monckton. Zauważył, że Irlandczyk jest skupiony i nie wykonuje zbędnych ruchów. Kiedy jego wspólnik narysował mu coś, Irlandczyk przysunął sobie rysunek ołówkiem zakończonym gumką, żeby nie zostawić odcisków palców. Siedział plecami do okna i twarzą do wspólnika, tak więc program w telefonie komórkowym Bonda nie mógł czytać z ruchów jego warg. W pewnej chwili Irlandczyk nagle się odwrócił i spojrzał przez okno, jakby wyczuwając coś szóstym zmysłem. Jego wyblakłe oczy były pozbawione wyrazu. Po chwili odwrócił się z powrotem; stojący przed nim talerz najwidoczniej wcale go nie interesował.

Spotkanie w lokalu dobiegało końca. Bond niepostrzeżenie opuścił pagórek, po czym przeszedł między rzadko rosnącymi świerkami i sosnami, przez anemiczne zarośla oraz kępy wszechobecnych białych kwiatów. Minął wyblakłą tablicę z napisem po serbsku, francusku i angielsku, która rozbawiła go, kiedy tu przybył.

UZDROWISKO I RESTAURACJA ROŠTILJ

Zlokalizowane na terenach o znanym działaniu leczniczym

i zalecane dla rekonwalescentów po zabiegach chirurgicznych,

szczególnie pomocne w ostrych i chronicznych schorzeniach

dróg oddechowych oraz anemii.

Bar z wyszynkiem

Wrócił do punktu wyjścia za walącą się szopą przy podjeździe restauracji, śmierdzącą olejem silnikowym, benzyną i szczynami. Tam czekali jego dwaj „towarzysze”, jak nazywał ich w myślach.

James Bond wolał działać sam, lecz plan, który obmyślił, wymagał współpracy dwóch miejscowych agentów. Należeli do BIA, serbskiej Agencji Bezpieczeństwa i Informacji – trudno byłoby wymyślić niewinniejszą nazwę dla organizacji szpiegowskiej. Nosili mundury policjantów z Nowego Sadu oraz złote odznaki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Obaj mężczyźni o szerokich twarzach, okrągłych głowach i wiecznie poważnych minach mieli krótko ostrzyżone włosy pod granatowymi czapkami z daszkiem i wełniane mundury w tym samym odcieniu. Jeden z nich był pod czterdziestkę, drugi dwudziestopięcioletni. Chociaż powinni udawać wiejskich policjantów, uzbroili się jak na wojnę. Mieli ciężkie pistolety marki Beretta i mnóstwo amunicji. Na tylnym siedzeniu wypożyczonego radiowozu, volkswagena jetty, leżały dwa kałasznikowy pomalowane w maskujące zielone pasy, uzi i płócienna torba z granatami odłamkowymi – zaczepnymi szwajcarskimi HG 85.

Bond zwrócił się do starszego agenta, ale zanim zdążył coś powiedzieć, usłyszał hałas za plecami. Odwrócił się na pięcie, sięgając po walthera, i zobaczył, że młodszy Serb wysunął papierosa z paczki, uderzając nią o dłoń – rytuał, który Bond, były palacz, zawsze uważał za absurdalnie podświadomy i zbyteczny.

Co ten facet wyprawia?

– Cicho – ostro szepnął Bond. – I schowaj papierosy. Nie ma palenia.

W ciemnych oczach mężczyzny pojawiło się zmieszanie.

– Mój brat, on pali cały czas podczas akcji. W Serbii palacz wygląda normalniej od niepalącego.

Kiedy jechali tutaj, młody człowiek wciąż opowiadał o swoim bracie, starszym agencie osławionej JSO, teoretycznie tajnej służbie państwowej, a w rzeczywistości paramilitarnej organizacji do brudnej roboty. Młody agent wygadał się, zapewne celowo, że jego brat walczył w szeregach Tygrysów Arkana, bezwzględnej bandy, która popełniła kilka z najgorszych zbrodni podczas walk w Chorwacji, Bośni i Kosowie.

– Może na ulicach Belgradu papieros nie rzucałby się w oczy – mruknął Bond – ale to jest operacja w terenie. Schowaj je.

Agent powoli wykonał polecenie. Wydawało się, że zamierza coś powiedzieć do swojego partnera, ale rozmyślił się, zapewne przypomniawszy sobie, że Bond znośnie włada serbsko-chorwackim.

Bond znów spojrzał na restaurację i zobaczył, że Irlandczyk kładzie dinary na metalowej tacy – oczywiście żadnej karty kredytowej, którą można by wyśledzić. Jego partner wkładał kurtkę.

– W porządku. Już czas.

Bond przypomniał plan działania. Policyjnym radiowozem mieli jechać za mercedesem Irlandczyka z parkingu i drogą, aż oddali się co najmniej kilometr od restauracji. Wtedy serbscy agenci zatrzymają go, informując, że samochód odpowiada opisowi pojazdu użytego do rozpowszechniania narkotyków w Nowym Sadzie. Irlandczyk zostanie grzecznie poproszony o opuszczenie pojazdu i skuty. Jego telefon komórkowy, portfel i dokumenty znajdą się na masce mercedesa, a następnie agenci odprowadzą na bok i posadzą plecami do samochodu. Tymczasem Bond wyślizgnie się z tylnego siedzenia, sfotografuje dokumenty, zrzuci tyle, ile zdoła z pamięci telefonu, przejrzy zawartość laptopa i bagaż, a potem podłoży urządzenie lokalizujące. Do tego czasu Irlandczyk powinien załapać, że to wymuszenie i zaproponować odpowiednią łapówkę. Wtedy pozwolą mu odjechać. Jeśli jego wspólnik opuści restaurację razem z nim, plan zasadniczo się nie zmieni, tyle że tamtych będzie dwóch.

– Jestem na dziewięćdziesiąt procent pewny, że wam uwierzy – rzekł Bond. – Jeśli jednak zacznie coś podejrzewać i stawi opór, pamiętajcie, że w żadnym wypadku nie może zostać zabity. Potrzebny mi żywy. Celujcie w rękę, którą sięgnie po broń, w okolice łokcia, nie ramienia. Wbrew temu, co widuje się na filmach, rana w okolicy barku jest zwykle równie śmiertelna jak postrzał w brzuch czy pierś.

Irlandczyk wyszedł na zewnątrz rozkołysanym krokiem. Rozejrzał się wokół, przystanąwszy. Czy coś się tu zmieniło? – zdawał się myśleć. Kiedy był w środku, przyjechały kolejne samochody: czy któryś z nich wyglądał podejrzanie? Najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie, i obaj mężczyźni wsiedli do mercedesa.

– Jest ich dwóch – powiedział Bond. – Plan ten sam.

– Da.

Irlandczyk zapuścił silnik. Zapaliły się światła wozu.

Bond położył dłoń na kolbie walthera spoczywającego w płaskiej skórzanej kaburze przy pasie, po czym usiadł na tylnym siedzeniu radiowozu i zauważył pustą puszkę na podłodze. Jeden z jego towarzyszy raczył się piwem Jelen, podczas gdy Bond prowadził obserwację. Ta niesubordynacja niepokoiła go nie mniej niż niedbalstwo. Irlandczyk może nabrać podejrzeń, jeśli zatrzyma go policjant zionący piwskiem. Wybujałe ego i chciwość bywają pomocne, ale niekompetencja jest po prostu bezużyteczna i niebezpieczna.

Serbowie usiedli z przodu. Silnik ożył z cichym pomrukiem. Bond postukał w douszną słuchawkę krótkofalowego urządzenia SRAC zapewniającego łączność między agentami i używanego do szyfrowanych transmisji radiowych podczas operacji taktycznych.

– Drugi kanał – przypomniał im.

– Da, da.

W głosie starszego mężczyzny słychać było znudzenie. Obaj wetknęli do uszu słuchawki, podczas gdy James Bond ponownie zadał sobie pytanie: Czy dobrze to zaplanował? Pomimo pośpiechu, z jakim rozpoczęto tę operację, przez kilka godzin opracowywał taktykę. Uważał, że przewidział wszystkie możliwe warianty sytuacji.

Oprócz tej jednej, najwyraźniej.

Irlandczyk nie zrobił tego, co powinien zrobić.

Nie odjechał.

Mercedes wykręcił i zjechał z parkingu na trawnik obok restauracji, za wysoki żywopłot, który zasłonił go przed personelem i gośćmi. Kierował się ku zachwaszczonemu polu po wschodniej stronie wzgórza.

– Govno! – warknął młodszy agent. – Co on robi?

Wszyscy trzej wysiedli, żeby lepiej widzieć. Starszy wyjął broń i ruszył za mercedesem.

Bond zatrzymał go machnięciem ręki.

– Nie! Zaczekaj.

– Ucieka. Wie, że tu jesteśmy!

– Nie… to coś innego.

Irlandczyk nie prowadził tak, jakby był ścigany. Jechał powoli, a mercedes sunął naprzód niczym jacht w łagodnej porannej bryzie. Ponadto nie miał gdzie uciec. Z trzech stron otaczały go: strome naddunajskie skały, nasyp kolejowy oraz las porastający górę Fruska.

Bond patrzył, jak mercedes dojeżdża do torów, trzydzieści metrów od miejsca, gdzie stali. Samochód zwolnił, wykręcił i zaparkował przodem w kierunku restauracji. Stał blisko skrzynki sygnalizacyjnej i rozgałęzienia torów, gdzie od głównej linii odchodziła boczna. Obaj mężczyźni wysiedli i Irlandczyk wyjął coś z bagażnika.

„Cel twojego wroga dyktuje twoją reakcję”. Bond zacytował w myślach kolejną maksymę z wykładów w Centrum Szkolenia Specjalistycznego w Fort Monckton. Musisz odkryć zamiary przeciwnika.

Tylko jakie były te zamiary?

Bond ponownie wyjął lunetę, włączył noktowizor i wyostrzył. Wspólnik Irlandczyka otworzył skrzynkę sygnalizacyjną obok zwrotnicy i zaczął grzebać w środku. Bond zauważył, że drugi tor, odchodzący w prawo, ma zardzewiałe od nieużywania szyny, które kończą się zaporą na szczycie pagórka. A zatem chodziło o sabotaż. Zamierzali wykoleić pociąg, kierując go na ślepy tor. Wagony stoczą się po zboczu do strumienia wpływającego do Dunaju. Tylko po co?

Bond skierował lunetę na lokomotywę spalinową, a potem na wagony i znalazł odpowiedź. Pierwsze dwa wagony wiozły tylko złom, lecz nakryta brezentową plandeką lora za nimi była oznakowana napisem Opasnost-Danger! Dostrzegł także diament będący symbolem materiałów niebezpiecznych, uniwersalny znak ostrzegawczy informujący ratowników o ryzyku związanym z takim ładunkiem. Co gorsza, przy diamencie widniały najwyższe liczby wszystkich trzech kategorii zagrożeń: zdrowia, niestabilności i łatwopalności. Litera „W” na dole oznaczała, że substancja niebezpiecznie reaguje z wodą. To, co przewożono w tym wagonie, było tylko odrobinę mniej groźne od materiałów radioaktywnych. Pociąg znajdował się już kilometr od zwrotnicy i nabierał prędkości przed wzniesieniem prowadzącym na most.

Cel twojego wroga dyktuje twoją reakcję…

Nie wiedział jak, i czy w ogóle, ten sabotaż wiąże się z Incydentem Dwudziestym, ale zamiary przeciwników były jasne. Tak samo jak instynktowna reakcja Bonda.

– Jeśli spróbują odjechać – rzekł do swoich dwóch towarzyszy – zablokujcie im wyjazd i zgarnijcie ich. Nie zabijajcie.

Wskoczył za kierownicę volkswagena. Skierował samochód ku polom, przez które przejechał w drodze do restauracji, i wcisnął gaz do dechy, puściwszy sprzęgło. Lekki samochód skoczył naprzód, rykiem silnika i zgrzytem skrzyni biegów protestując przeciwko brutalnemu traktowaniu, z trzaskiem łamiąc krzaki, drzewka, narcyzy i gąszcz jeżyn rosnących wszędzie w Serbii. Psy pierzchały, a w pobliskich chatkach zapalały się światła. Siedzący w ogródkach mieszkańcy gniewnie wymachiwali rękami.

Bond zignorował ich i skupił się na drodze, naprowadzany na cel jedynie słabym światłem sierpa księżyca i reflektora zmierzającego ku swej zgubie pociągu – znacznie jaśniejszego i okrąglejszego niż poświata na niebie.

3

Ciążyła mu śmierć, którą miał spowodować.

Niall Dunne przykucnął w chaszczach dziesięć metrów od zwrotnicy. Wytężał wzrok w gasnącym świetle wczesnego wieczoru, wpatrując się w kabinę maszynisty nadjeżdżającego pociągu towarowego serbskich kolei i myśląc o rozmiarach tragedii.

Przede wszystkim śmierć zwykle była stratą, a Dunne nie lubił strat… były dla niego niemal grzechem. Silniki Diesla, pompy hydrauliczne, mosty zwodzone, silniki elektryczne, komputery, linie montażowe – wszystkie te maszyny winny wykonywać swoje zadania przy minimalnych stratach.

Śmierć była marnotrawstwem.

Jednakże tej nocy nie dało się go uniknąć.

Spojrzał na południe, na lśniące igły białego światła reflektora lokomotywy odbijającego się w szynach. Rozejrzał się. Z pociągu nie można było dostrzec mercedesa zaparkowanego pod takim kątem, żeby był niewidoczny z kabiny maszynisty. Jeszcze jeden detal starannych kalkulacji, które złożyły się na opracowany przez niego plan. W myślach usłyszał głos.

To jest Niall. Jest genialny. To mój projektant…

Dunne miał wrażenie, że w kabinie lokomotywy widzi cień głowy maszynisty. Śmierć… próbował zbyć tę myśl wzruszeniem ramion. Pociąg był już sto trzydzieści lub sto pięćdziesiąt metrów od nich.

Do chaszczy zbliżył się Aldo Karic.

– Jaka prędkość? – zapytał Dunne czterdziestoletniego Serba. – Wszystko w porządku? Mam wrażenie, że jedzie za wolno.

– Nie, jest dobrze – odparł rozwlekłą angielszczyzną Serb. – Teraz przyspiesza… Patrz. Sam widzisz. Jest dobrze.

Niedźwiedziowaty Karic wciągnął powietrze przez zęby. Przy kolacji wyglądał na zdenerwowanego, wyznał nawet, że nie niepokoiła go perspektywa ewentualnego aresztowania lub zwolnienia, ale problem ukrycia dziesięciu tysięcy euro przed wszystkimi, włącznie z żoną i dwojgiem dzieci.

Dunne ponownie przyjrzał się pociągowi. Oszacował prędkość, masę i wzniesienie. Tak, wszystko w porządku. Nawet gdyby teraz ktoś próbował zatrzymać pociąg, nawet gdyby nadzór w Belgradzie przypadkiem zorientował się, że coś jest nie tak, zadzwonił do maszynisty i kazał mu włączyć wszystkie hamulce, nie udałoby się wyhamować składu, zanim dotrze do zwrotnicy ustawionej teraz na wykolejenie.

Czasem śmierć jest konieczna, przypomniał sobie.

Pociąg był już zaledwie sto metrów od nich. Za dziewięćdziesiąt sekund będzie po wszystkim. A wtedy…

Co to takiego? Dunne nagle dostrzegł jakiś ruch na pobliskim polu, jakiś niewyraźny kształt podskakujący na nierównym terenie i zmierzający prosto do torów.

– Widzisz to? – zapytał Karica.

Serb rozdziawił usta.

– Tak, widzę… To jakiś samochód! Co się dzieje?

Istotnie. W słabym świetle księżyca Dunne ujrzał mały lekki samochód wspinający się na pagórki, gwałtownie manewrujący między drzewami i resztkami płotów. Jak kierowcy udawało się jechać z taką prędkością po takim terenie? Wydawało się to niemożliwe. Zapewne nastolatki bawiące się w jedną z ich głupich zabaw. Patrząc na tę szaloną jazdę, Dunne ocenił prędkość i kąt. Jeśli samochód nie zwolni, przetnie tory kilka sekund przed nadjeżdżającym pociągiem… ale kierowca musiałby przelecieć nad szynami, ponieważ nie było tam przejazdu. Gdyby utknął na torze, lokomotywa rozgniotłaby go jak puszkę konserw. To jednak w żaden sposób nie wpłynęłoby na zadanie wykonywane przez Dunne’a. Samochodzik zostałby odrzucony na bok, a pociąg jechałby dalej ku nieuchronnej katastrofie.

Zaraz… chwileczkę… A to co? Dunne uświadomił sobie, że to policyjny radiowóz. Tylko dlaczego jedzie bez migacza i syreny? Musiał zostać skradziony. Samobójca?

Jednakże kierowca samochodu nie zamierzał zatrzymać się na torach ani przejechać na drugą stronę. Po raz ostatni wyskoczywszy w powietrze na szczycie pagórka, wóz z trzaskiem opadł na ziemię i zatrzymał się długim poślizgiem tuż przed nasypem, kilkanaście metrów przed nadjeżdżającym pociągiem. Z samochodu wyskoczył kierowca – mężczyzna w ciemnym stroju. Dunne nie widział go dokładnie, ale ten człowiek nie wyglądał na policjanta. I nie próbował machać do maszynisty. Wbiegł na tory i spokojnie przykucnął, tuż przed nadjeżdżającą lokomotywą, która zbliżała się do niego z prędkością osiemdziesięciu lub dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Rozpaczliwy ryk syreny rozdarł noc, a spod zablokowanych kół trysnęły snopy pomarańczowych iskier. Gdy pociąg był zaledwie trzy metry od mężczyzny, ten szczupakiem rzucił się do rowu.

– Co się dzieje? – szepnął Karic.

W tym momencie żółtobiały błysk wystrzelił z torów przed lokomotywą i w następnej chwili Dunne usłyszał huk. Rozpoznał odgłos eksplozji małego ładunku wybuchowego lub granatu. Wyglądało na to, że kierowca radiowozu miał własny plan. Lepszy od planu Dunne’a.

Nie, to nie był policjant ani samobójca. To był tajny agent znający się na materiałach wybuchowych. Pierwsza eksplozja zerwała śruby w drewnianych podkładach, a druga lekko odgięła w bok obluzowaną szynę, tak że przednie koła lokomotywy zjechały z niej. Karic wymamrotał coś po serbsku. Dunne zignorował go i patrzył, jak światło reflektora lokomotywy zaczyna drgać. Z łoskotem i przeraźliwym piskiem lokomotywa oraz ciężkie wagony, które ciągnęła za sobą, zjechały z toru, wzbijając olbrzymią chmurę kurzu, rozrywając ziemię i tłuczeń nasypu kolejowego.

4

James Bond patrzył z rowu, jak lokomotywa i wagony kontynuują swoją podróż, zwalniając w miarę zagłębiania się w miękkiej ziemi, zrywając szyny i rozrzucając na wszystkie strony piach, żwir i kamienie. W końcu wyszedł i ocenił sytuację. Miał tylko kilka minut na znalezienie sposobu zapobieżenia katastrofie, w wyniku której śmiercionośna substancja wylałaby się do Dunaju. Zatrzymał volkswagena, złapał dwa przywiezione przez Serbów granaty, a potem skoczył na tory, aby je podłożyć.

Zgodnie z jego wyliczeniami lokomotywa i wagony nie wywróciły się i nie wpadły do strumienia. Wykoleił je w miejscu, gdzie teren był jeszcze płaski, w przeciwieństwie do miejsca sabotażu zaplanowanego przez Irlandczyka. W końcu – sycząc, postękując i trzeszcząc – pociąg znieruchomiał gdzieś w pobliżu Irlandczyka i jego wspólnika, choć Bond nie widział ich przez kłęby kurzu i dymu.

– Tu Lider Jeden – rzucił do krótkofalówki. – Jesteście tam? – Cisza. – Jesteście tam? – warknął. – Odpowiedzcie.

Bond pomasował ramię, gdyż jeden ze świszczących w powietrzu odłamków granatu przebił mu kurtkę i rozciął skórę. W słuchawce szumy i trzaski. W końcu usłyszał odpowiedź.

– Pociąg się wykoleił! – krzyknął starszy Serb. – Widział pan? Gdzie pan jest?

– Słuchajcie uważnie.

– Co się stało?

– Słuchaj! Nie mamy czasu. Myślę, że spróbują wysadzić albo ostrzelać pojemniki z toksyczną substancją. Tylko tak mogą rozlać ich zawartość. Rozpocznę ogień i zapędzę tych dwóch do samochodu. Zaczekajcie, aż mercedes wjedzie na błotnisty plac przy restauracji, a wtedy przestrzelcie opony i nie pozwólcie im wysiąść.

– Powinniśmy dopaść ich teraz!

– Nie. Nic nie róbcie, dopóki nie znajdą się koło restauracji. W mercedesie nie zdołają się obronić. Będą musieli się poddać. Rozumiecie?

Krótkofalówka zamilkła.

Niech to szlag! Bond ruszył w tumanie kurzu w kierunku miejsca, gdzie trzeci wagon, ten zawierający niebezpieczną substancję, czekał na wypatroszenie.

* * *

Niall Dunne próbował odtworzyć bieg wydarzeń. Wiedział, że może będzie musiał improwizować, ale tego jednego nie przewidział: wyprzedzającego uderzenia nieznanego przeciwnika.

Ostrożnie wyjrzał z kryjówki w kępie krzaków niedaleko miejsca, gdzie dymiła, trzeszczała i syczała znieruchomiała lokomotywa. Napastnik był niewidoczny, skryty przez noc, kurz i opary. Może został rozgnieciony. Albo uciekł. Dunne zarzucił plecak na ramię i obszedł lokomotywę z drugiej strony, aby wykolejone wagony zasłaniały go przed intruzem – jeśli ten przeżył i wciąż tu był.

W jakiś dziwny sposób Dunne przestał się niepokoić. Groźba śmierci została odwrócona. Oczywiście był na nią w pełni przygotowany i zdecydowany, lecz interwencja intruza załatwiła tę sprawę.

Podchodząc do lokomotywy, mimo woli podziwiał tę potężną maszynę. Była to amerykańska General Electric Dash 9-40B, stara i sfatygowana, jak zwykle na Bałkanach, ale klasyczna piękność o mocy czterech tysięcy koni mechanicznych. Zanotował w pamięci stalowe płyty, koła, odpowietrzniki, łożyska i zawory, sprężyny, rury i wężownice… wszystko tak piękne, eleganckie w swojej prostej funkcjonalności. Tak, co za ulga, że… Zaskoczył go widok zataczającego się mężczyzny, błagającego o pomoc. To był maszynista pociągu. Dunne strzelił mu dwa razy w głowę.

Co za ulga, że nie musiał spowodować śmierci tej cudownej maszyny, czego tak się obawiał. Przesunął dłonią po boku lokomotywy, niczym ojciec gładzący główkę dziecka, które przestało gorączkować. Ta maszyna za kilka miesięcy znów wróci na tory. Niall Dunne poprawił wiszący na ramieniu plecak i wślizgnął się między wagony, żeby zabrać się do roboty.

5

Dwa strzały, które usłyszał Bond, nie trafiły w wagon z niebezpieczną substancją. Wiedział to, bo obserwował go, ukryty dziesięć metrów dalej. Odgadł, że ofiarami zapewne byli maszynista i jego pomocnik.

Potem przez kłęby kurzu zobaczył Irlandczyka. Trzymając czarny pistolet, stał między dwoma wagonami ze złomem, znajdującymi się bezpośrednio za lokomotywą. Na ramieniu miał plecak wyglądający na wypełniony, co oznaczało, że jeśli mężczyzna zamierzał wysadzić w powietrze pojemniki z niebezpieczną substancją, to jeszcze nie podłożył ładunków. Bond wycelował i dwa razy strzelił z pistoletu tuż obok Irlandczyka, żeby przepędzić go do mercedesa. Mężczyzna skulił się, zaskoczony, a potem natychmiast znikł.

Bond spojrzał w kierunku restauracji, gdzie był zaparkowany mercedes. Zacisnął wargi. Serbscy agenci nie wykonali jego rozkazu. Znajdowali się przy budce sygnalizacyjnej, obaliwszy słowiańskiego wspólnika Irlandczyka na ziemię i założywszy mu plastikowe kajdanki. Teraz ruszyli w stronę pociągu.

Niekompetentni…

Bond zerwał się z ziemi i nisko pochylony pobiegł ku nim. Serbowie pokazywali palcami tory. Plecak leżał na ziemi w pobliżu lokomotywy, między jakimiś wysokimi roślinami, zasłaniając mężczyznę. Agenci ostrożnie ruszyli naprzód, pochyleni.

Plecak należał do Irlandczyka… ale – oczywiście – nie leżące za nim ciało. Prawdopodobnie były to zwłoki maszynisty.

– Nie – szepnął Bond do krótkofalówki. – To podstęp!… Jesteście tam?

Jednakże starszy agent go nie słuchał. Zrobił krok naprzód, krzycząc:

– Ne mrdaj! Nie ruszaj się!

W tym momencie Irlandczyk wychylił się z kabiny maszynisty i puścił serię, trafiając go w głowę. Serb runął na ziemię.

Jego młodszy kolega uznał, że to strzela leżący na ziemi, i wpakował cały magazynek w ciało zabitego maszynisty.

– Opasnost! – krzyknął Bond.

Niestety, było już za późno. Irlandczyk znów wychylił się z kabiny i postrzelił młodszego agenta w rękę, w okolicy łokcia. Serb upuścił broń i z krzykiem upadł na wznak.

Wyskakując z kabiny, Irlandczyk posłał krótką serię w kierunku Bonda, który odpowiedział ogniem, celując w nogi i kostki. Jednakże w powietrzu wisiała gęsta chmura oparów i kurzu. Chybił. Irlandczyk wepchnął broń do kabury, zarzucił plecak na ramię i powlókł młodszego agenta w stronę mercedesa. Zniknęli w środku.

Bond pognał do volkswagena, wskoczył do niego i ruszył z rykiem silnika. Pięć minut później przeleciał przez szczyt pagórka i wylądował poślizgiem na polu za restauracją Rostilj. Panowało tam niesamowite zamieszanie… personel i goście uciekali w popłochu. Mercedesa już nie było. Spojrzawszy w stronę wykolejonego pociągu, zobaczył, że Irlandczyk zabił nie tylko starszego agenta, ale i swojego wspólnika – Serba, z którym jadł kolację. Zastrzelił leżącego na ziemi, ze spętanymi rękami.

Bond wysiadł z volkswagena i przeszukał kieszenie trupa, szukając osobistych drobiazgów, ale Irlandczyk zabrał mężczyźnie portfel i wszystko, co miał przy sobie. Bond wyjął swoje okulary przeciwsłoneczne, przetarł szkła, a potem przycisnął do nich kciuk i palec wskazujący zabitego. Biegiem wrócił do volkswagena i pomknął za mercedesem, jadąc sto kilometrów na godzinę pomimo krętej drogi i usianego dziurami asfaltu.

Po kilku minutach dostrzegł coś w zatoczce przed sobą. Ostro zahamował i o mało nie stracił panowania nad kierownicą, gdy tyłem wozu mocno zarzuciło, ale zatrzymał się w chmurze dymu ze spalonych opon dwa metry od leżącego tam młodszego agenta. Wysiadł i pochylił się nad Serbem, który trząsł się i płakał. Był ciężko ranny i stracił dużo krwi. Jedną nogę miał bosą i brakowało mu paznokcia u dużego palca. Irlandczyk go torturował.

Bond otworzył składany nóż, ostrą jak brzytwa klingą rozciął koszulę rannego i pasem bawełny owiązał mu rękę. Zrobił opatrunek uciskowy, używając znalezionego obok patyka. Pochylił się i otarł agentowi pot z czoła.

– Dokąd on zmierza?

Jęcząc, z twarzą wykrzywioną bólem, Serb zabełkotał coś po serbsko-chorwacku. Potem, uświadomiwszy sobie, kim jest Bond, powiedział:

– Zadzwoń do mojego brata… Musisz zawieźć mnie do szpitala. Powiem ci, gdzie jechać.

– Muszę wiedzieć, dokąd zmierza mercedes.

– Nic kierowcy nie powiedziałem. Próbował… jednakże nic mu nie powiedziałem o tobie.

Oczywiście, chłopak wyśpiewał wszystko, co wiedział o tej operacji, ale teraz nie o to chodziło.

– Szpital… Zawieź mnie, to ci powiem.

– Powiesz mi albo umrzesz za pięć minut – spokojnie odparł Bond, rozluźniając opaskę uciskową na prawej ręce rannego. Krew popłynęła strumieniem.

Młodzieniec zamrugał, powstrzymując łzy.

– Dobrze! Ty draniu! Pytał, jak z autostrady numer dwadzieścia jeden zjechać na E siedemdziesiąt pięć, drogę szybkiego ruchu. Dojedzie nią na Węgry. Zmierza na północ. Proszę!

Bond znów zacisnął opaskę. Wiedział, rzecz jasna, że Irlandczyk nie jedzie na północ: ten człowiek był okrutny i sprytny. Nie potrzebował żadnych wskazówek. Bond dostrzegł w Irlandczyku cień własnego perfekcjonizmu. Jeszcze przed przyjazdem do Serbii tamten nauczył się na pamięć geografii okolic Nowego Sadu. Pojedzie na południe autostradą dwadzieścia jeden, jedyną główną drogą w pobliżu. Będzie zmierzał do Belgradu albo jakiegoś miejsca ewakuacji w pobliżu tego miasta.

Bond obszukał kieszenie młodego agenta i znalazł telefon komórkowy. Wybrał 112, numer pogotowia. Kiedy usłyszał kobiecy głos, położył telefon przy ustach rannego i pobiegł do volkswagena. Skupił się na prowadzeniu, jadąc najszybciej jak mógł na nierównej nawierzchni, skupiony na choreografii hamowania i kierowania.

Wziął ostry zakręt i samochód wpadł w poślizg, przekraczając białą linię. Nadjeżdżająca ciężarówka, ogromna, z firmowym symbolem napisanym cyrlicą, odbiła w prawo, a kierowca gniewnie zatrąbił. Bond wyrównał i wrócił na swój pas, o centymetry uniknąwszy zderzenia, i podążał za jedynym tropem, który mógł ich doprowadzić do Noego i tysięcy zapowiedzianych na piątek ofiar.

Pięć minut później, zbliżając się do autostrady numer dwadzieścia jeden, Bond zwolnił. Przed sobą ujrzał migoczące pomarańczowe płomienie i słup dymu unoszącego się ku księżycowi i gwiazdom. Niebawem dojechał do miejsca wypadku. Irlandczyk wypadł z drogi na zakręcie i szukał ratunku na tym, co wyglądało na szerokie trawiaste pobocze, ale nim nie było. Rząd krzaków zasłaniał przepaść. Samochód wpadł w nią i leżał kołami do góry. Silnik stał w ogniu.

Bond zatrzymał volkswagena, zgasił silnik i wysiadł. Z waltherem w ręku zbiegł, a właściwie ześlizgnął się po zboczu do leżącego pojazdu, wypatrując niebezpieczeństwa, ale żadnego nie dostrzegł. Dotarł do rozbitego wozu i zatrzymał się. Irlandczyk nie żył. Wciąż przypięty pasem do fotela wisiał głową w dół, z bezwładnie zwieszonymi rękami. Krew spływała mu po twarzy i szyi, zbierając się w kałużę na podsufitce.

Mrużąc oczy w oparach paliwa, Bond kopniakiem wybił szybę w oknie, żeby wyciągnąć ciało. Chciał zabrać nieboszczykowi komórkę oraz drobiazgi osobiste z kieszeni, a potem otworzyć bagażnik i zabezpieczyć bagaż i laptopy.

Otworzył nóż, żeby przeciąć pas. W oddali narastało zawodzenie syren. Obejrzał się na drogę. Wozy strażackie były jeszcze daleko, ale wkrótce tu będą. Zrób to! Płomienie płonącego silnika buchały coraz wyżej. Dym dusił.

Zaczął przecinać pas, ale nagle pomyślał: Wozy strażackie? Już?

To nie miało sensu. Policja, tak. Jednakże nie straż pożarna. Złapał kierowcę za zakrwawione włosy i odwrócił głowę.

To nie był Irlandczyk. Bond zerknął na jego kurtkę. Napis cyrylicą był taki sam jak na ciężarówce, z którą o mało się nie zderzył. Irlandczyk zatrzymał ją. Poderżnął gardło kierowcy, wsadził go do mercedesa i zepchnął w przepaść, a potem wezwał miejscową straż pożarną, żeby zamknęła ruch na drodze i uniemożliwiła Bondowi pościg.

Irlandczyk na pewno zabrał z bagażnika plecak i pozostałe rzeczy, ale w przewróconym na dach samochodzie, na suficie w pobliżu tylnego siedzenia, leżało kilka kawałków papieru. Bond wepchnął je do kieszeni, zanim płomienie zmusiły go do odwrotu. Pobiegł do volkswagena i pomknął w kierunku autostrady dwadzieścia jeden, oddalając się od nadjeżdżających i migoczących światłami wozów.

Wyjął z kieszeni komórkę. Przypominała iPhone, ale była nieco większa i wyposażona w specjalną optykę, systemy audio oraz inne usprawnienia. Między innymi kilka telefonów – w tym jeden przypisany do oficjalnej lub nieoficjalnej tożsamości agenta i drugi, ukryty, z setką użytecznych aplikacji i pakietów szyfrujących. (Ponieważ to urządzenie zostało opracowane przez

Sekcję Q, jakiemuś mądrali za biurkiem zajęło cały dzień wymyślenie dla niego kryptonimu „iQPhone”).

Bond otworzył aplikację, która umożliwiła mu priorytetowe połączenie z centrum lokalizującym w GCHQ. Przez system rozpoznawania głosu podał opis żółtej ciężarówki marki Zastava Eurozeta, którą prowadził Irlandczyk. Komputer w Cheltenham automatycznie ustali położenie Bonda oraz drogi ucieczki ciężarówki, po czym każe satelicie odszukać każdy podobny pojazd i śledzić go.

Po pięciu minutach usłyszał brzęczenie telefonu. Doskonale. Spojrzał na ekran. Jednakże to nie była wiadomość z nasłuchu, lecz od Billa Tannera, szefa personelu sekcji Bonda. Nosiła nagłówek – ZANURZENIE AWARYJNE – co oznaczało sytuację alarmową.

Co chwila zerkając na drogę, Bond przeczytał wiadomość:

Z nasłuchu GCHQ: serbski agent służby bezpieczeństwa przydzielony ci do operacji Incydent Dwudziesty zmarł w drodze do szpitala. Zameldował, że go zostawiłeś.

Serbowie mają rozkaz cię aresztować. Ewakuuj się niezwłocznie.

PoniedziałekZŁOMIARZ

6

James Bond przespał się trzy i pół godziny w swoim mieszkaniu w Chelsea, po czym zbudził go elektroniczny sygnał budzika w telefonie komórkowym. Skupił wzrok na białym suficie małej sypialni. Zamrugał i nie zważając na ból ramienia, głowy i kolan, wytoczył się z łóżka, gnany chęcią podjęcia tropu Irlandczyka i Noego.

Ubranie, które nosił podczas operacji w Nowym Sadzie, leżało na podłodze. Wepchnął odzież taktyczną do worka treningowego, pozbierał resztę rzeczy i wrzucił je do kosza na pranie, robiąc grzeczność May, szkockiej gospodyni będącej prawdziwym skarbem i przychodzącej trzy razy w tygodniu, żeby porządkować mu dom. Nie chciał, żeby musiała zbierać jego rzeczy.

Nago wszedł do łazienki i wziął bardzo gorący prysznic, mocno szorując ciało mydłem bezzapachowym. Potem zmniejszył temperaturę wody i stał pod lodowatym strumieniem, a kiedy nie mógł już dłużej tego znieść, wyszedł spod prysznica i wytarł się. Obejrzał swoje rany z poprzedniej nocy: dwa sińce w kolorze oberżyny, kilka zadrapań i skaleczenie na ramieniu od odłamka granatu. Nic poważnego.

Ogolił się solidną maszynką o podwójnym ostrzu, z rączką z bawolego rogu. Używał tego eleganckiego przedmiotu nie dlatego, że maszynka była przyjaźniejsza dla środowiska niż plastikowe jednorazówki używane przez większość mężczyzn, ale dlatego, że lepiej goliła i posługiwanie się nią wymagało pewnej zręczności. James Bond znajdował przyjemność nawet w podejmowaniu takich drobnych wyzwań.

O siódmej piętnaście był już ubrany: miał na sobie granatowy garnitur od Canalego, białą koszulę z guzikami z macicy perłowej oraz krawat z plecionego włoskiego jedwabiu w kolorze burgunda. Włożył czarne mokasyny: nigdy nie nosił sznurowanych butów, nie licząc obuwia wojskowego podczas akcji oraz sytuacji, w których jego zawód wymagał przekazania innemu agentowi uzgodnionego wcześniej sygnału za pomocą stroju.

Na rękę założył zegarek marki Rolex Oyster Perpetual, model 34 mm, wzbogacony jedynie o okno datownika; Bond nie musiał wiedzieć, w jakiej fazie jest księżyc ani kiedy zbliża się przypływ w Southampton. I podejrzewał, że niewiele osób to interesowało.

Najczęściej zjadał śniadanie – będące jego ulubionym posiłkiem – w pobliskim hoteliku przy Pont Street. Czasem przyrządzał sobie jedną z niewielu potraw, które umiał zrobić w kuchni: jajecznicę z trzech jaj na maśle, a do tego plasterki bekonu i chrupiący tost z pełnoziarnistego chleba, również z masłem i marmoladą.

Dziś jednak, z powodu zamieszania wywołanego Incydentem Dwudziestym, nie miał czasu na posiłek. Zaparzył sobie tylko okropnie mocną jamajską kawę marki Blue Mountain, którą wypił z porcelanowej filiżanki, słuchając stacji Radio 4, aby się dowiedzieć, czy informacja o wykolejeniu pociągu i kilku ofiarach znalazła się wśród najważniejszych wiadomości ze świata. Nie znalazła się.

Portfel i gotówkę miał w kieszeni, kluczyki do samochodu także. Wziął plastikową torebkę z rzeczami zabranymi z Serbii oraz zamkniętą stalową kasetę zawierającą broń i amunicję, której nie mógł legalnie nosić na terenie Zjednoczonego

Królestwa.

Zbiegł po schodach swojego mieszkania zrobionego z dwóch rozległych stajni. Otworzył drzwi garażu i wszedł do środka. Niewielka przestrzeń ledwie mieściła dwa samochody, zapasowe opony i narzędzia. Wsiadł do nowszego z tych dwóch pojazdów, najnowszego modelu Bentley Continental GT

O charakterystycznym dla tej marki granitowoszarym kolorze i tapicerce z eleganckiej czarnej skóry.

Silnik W12 ożył z cichym pomrukiem. Przesunąwszy dźwignię biegów na jedynkę, Bond wyjechał na ulicę, zostawiając drugi pojazd, nieco słabszy i kapryśniejszy, ale równie elegancki, jaguara model E z 1960 roku, który należał do jego ojca.

Jadąc na północ, Bond lawirował w rzece pojazdów wiozących dziesiątki tysięcy ludzi również jadących do różnych biur w całym Londynie, aby rozpocząć kolejny tydzień pracy – aczkolwiek jeśli chodzi o Bonda, te pozory zwyczajności skrywały inną prawdę. Dokładnie to samo można by powiedzieć o pracodawcy Bonda.

Trzy lata temu James Bond siedział przy szarym biurku w szarym budynku Ministerstwa Obrony przy Whitehall, a niebo za oknem nie było szare, lecz błękitne jak jezioro w szkockich górach w pogodny letni dzień. Opuściwszy szeregi Królewskiej Marynarki, nie miał ochoty zarządzać kontami w firmie Saatchi & Saatchi ani kontrolować ksiąg dla NatWest, tak więc zadzwonił do kolegi z dawnej drużyny szermierczej Fettes, który zachęcił go, żeby spróbował w Wywiadzie Ministerstwa Obrony.

Podczas stażu w ministerstwie, pisząc analizy, które uznawano za śmiałe i wartościowe, zapytał swego zwierzchnika, czy są jakieś nadzieje na aktywniejszą służbę. Niedługo po tej rozmowie otrzymał tajemniczą wiadomość, pisaną ręcznie, a nie pocztą elektroniczną, każącą mu się stawić na lunch w Travellers Club przy Pall Mall.

W wyznaczonym dniu i miejscu Bond został zaprowadzony do jadalni i wskazano mu miejsce w kącie naprzeciw poważnego mężczyzny po sześćdziesiątce, który przedstawił się jako „Admirał”. Nieznajomy miał na sobie szary garnitur. Miał też obwisłe policzki, a na głowie wianuszek rozsianych znamion, widocznych przez rzedniejące, zaczesane do tyłu siwe włosy. Admirał spokojnie patrzył na Bonda szarymi jak garnitur oczami, nie wyzywająco, pogardliwie czy badawczo. Bond bez trudu odwzajemnił to spojrzenie – mężczyzna, który zabijał w bitwie i sam o mało nie zginął, nie unika niczyjego wzroku. Jednakże uświadomił sobie, że nie potrafiłby odgadnąć, co się dzieje w głowie jego rozmówcy.

Nie wymienili uścisku dłoni.

Przyniesiono menu. Bond zamówił halibuta na parze, w sosie holenderskim, gotowane ziemniaki i pieczone szparagi. Admirał wybrał smażone nereczki i bekon, po czym spytał Bonda:

– Wino?

– Tak, proszę.

– Pan wybiera.

– Myślę, że poproszę burgunda – rzekł Bond. – Cote de beaune? Albo chablis?

– A może markę Alex Gambal Puligny? – zaproponował kelner.

– Doskonale.

Butelka pojawiła się po chwili. Kelner zręcznie pokazał etykietkę i nalał odrobinę wina do kieliszka Bonda. Wino miało słomkowy kolor, wyrazisty i doskonały smak oraz odpowiednią temperaturę. Bond upił łyk, z aprobatą skinął głową i kieliszki zostały napełnione do połowy.

– Jest pan weteranem i ja też – burknął starszy pan, kiedy kelner odszedł. – Obaj nie lubimy pustej gadaniny. Zaprosiłem tu pana, żeby przedstawić propozycję pracy.

– Tak też myślałem, proszę pana.

Bond nie zamierzał się odzywać, ale musiał coś powiedzieć.

– Być może pan wie, że w Travellers obowiązuje zasada niewyjmowania żadnych dokumentów. Obawiam się, że będziemy musieli ją złamać. – Starszy pan wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę. – To coś w rodzaju deklaracji zachowania tajemnicy państwowej.

– Podpisałem już…

– Oczywiście, że tak, dla Wywiadu Ministerstwa Obrony, przerwał mu Admirał, wyraźnie zniecierpliwiony tą zbyteczną uwagą. – Ta ma więcej paragrafów. Proszę ją przeczytać.

Bond zrobił to. Więcej paragrafów. łagodnie mówiąc.

– Jeśli nie zamierza pan podpisać, dokończymy lunch i porozmawiamy sobie o nadchodzących wyborach, łowieniu pstrągów na północy albo o tym, jak cholerni Nowozelandczycy znów spuścili nam lanie w zeszłym tygodniu, a potem wrócimy do naszych biur. – Uniósł krzaczastą brew.

Bond zastanawiał się tylko chwilę, po czym złożył podpis w odpowiednim miejscu i oddał deklarację. Dokument znikł w kieszeni Admirała.

Popijali wino.

– Słyszał pan o Zarządzie Operacji Specjalnych1? – zapytał Admirał.

– Tak, słyszałem.

Bond miał niewielu idoli, lecz na wysokim miejscu tej krótkiej listy był Winston Churchill. Będąc za młodu reporterem oraz żołnierzem na Kubie i w Sudanie, Churchill darzył wielkim szacunkiem działania partyzanckie i po wybuchu drugiej wojny światowej razem z ministrem wojny ekonomicznej Hugh Daltonem stworzyli SOE, aby zbroić partyzantów na niemieckich tyłach oraz zrzucać na spadochronach brytyjskich szpiegów i dywersantów. Zwana również tajną armią Churchilla organizacja ta zadała bardzo ciężkie straty nazistom.

– Dobry zespół – rzekł Admirał, po czym się skrzywił. – Rozwiązali go po wojnie. Idiotyczna rywalizacja między agencjami, kłopoty organizacyjne, wewnętrzne spory między Szóstką a Whitehall. – Pociągnął łyk aromatycznego trunku i tempo rozmowy opadło, gdyż obaj zajęli się jedzeniem.

Posiłek okazał się doskonały, co Bond powiedział głośno.

– Szef wie, co robi – wycedził Admirał. – Nie ma aspiracji, żeby przez kuchnię dostać się do amerykańskiej telewizji. Wie pan, jak powołano Piątkę i Szóstkę?

– Tak, proszę pana… – wiele o tym czytałem.

W 1909 roku, w obliczu zagrożenia niemiecką inwazją i działaniem szpiegów w Anglii (obawy podsycane – co dziwne – przez popularne powieści sensacyjne) Admiralicja i Ministerstwo Wojny powołało Biuro Tajnej Służby2 (SSB). Wkrótce potem SSB podzieliło się na Sekcję Piątą Wywiadu Wojskowego, inaczej MI-5, strzegącą bezpieczeństwa kraju, oraz Sekcję Szóstą, czyli MI-6, zajmującą się szpiegostwem zagranicznym. MI-6 była najstarszą nieprzerwanie działającą organizacją szpiegowską na świecie pomimo roszczeń Chin w tej dziedzinie.

– Jaka jest jedna wspólna cecha obu tych sekcji?

Bond nie miał pojęcia.

– Umiejętność wiarygodnego zaprzeczania – mruknął starszy pan. – Zarówno Piątka, jak i Szóstka zostały stworzone po to, żeby koronowane głowy, premier, Gabinet i Ministerstwo Wojny nie musiały kalać sobie rąk brudnym interesem, jakim jest szpiegostwo. Teraz jest równie źle. To ciągłe sprawdzanie, czym się zajmują obie sekcje. Spreparowane akta osobowe, naruszanie prywatności, śledzenie przeciwników politycznych, plotki o zabójstwach na zlecenie… Wszyscy domagają się przejrzystości. Oczywiście nikt nie zauważa, że oblicze wojny się zmienia i druga strona już nie gra według starych reguł. – Znów wypił łyk wina. – W pewnych kręgach sądzi się, że my też musimy grać według nowych zasad. Szczególnie po jedenastym września i siódmym lipca.

– A zatem – powiedział Bond – jeśli dobrze rozumiem, mówi pan o stworzeniu nowej wersji SOE, zarządu, który nie byłby formalnie częścią Piątki, Szóstki czy Ministerstwa Obrony.

Admirał wytrzymał spojrzenie Bonda.

– Czytałem raporty o pańskich dokonaniach w Afganistanie. Będąc w marynarce, zdołał pan dołączyć do oddziałów walczących na lądzie. To wymagało przedsiębiorczości. – Chłodne oczy Admirała przyglądały mu się uważnie. – Rozumiem, że wykonał pan również kilka misji na tyłach, nie całkiem oficjalnych. Dzięki panu kilku facetów, którzy mogliby przysporzyć nam nie lada kłopotów, straciło na to szanse.

Bond miał właśnie upić łyk burgunda Puligny-Montrachet, najszlachetniejszego produktu otrzymanego z winogron. Odstawił kieliszek, nie zrobiwszy tego. W jaki sposób ten stary diabeł dowiedział się o tym?

– Nie brak chłopców z sił powietrznych lub komandosów marynarki, którzy umieją się posługiwać nożem i karabinem snajperskim. Jednakże niekoniecznie odnajdują się w innych, powiedzmy subtelniejszych, sytuacjach. Jest również mnóstwo utalentowanych ludzi w SIS, którzy znają różnicę między… – tu zerknął na kieliszek Bonda. – Między cote de beaune a cote de nuits oraz mówią płynnie po francusku i arabsku, ale mdleją na widok krwi, swojej czy cudzej. – Stalowoszare oczy przeszyły Bonda. – Pan wydaje się niezwykle rzadkim połączeniem ich najlepszych cech.

Admirał odłożył nóż i widelec na porcelanowy talerz.

– Pańskie pytanie.

– Moje…

– O nową wersję Zarządu Operacji Specjalnych. Odpowiedź brzmi: tak. W istocie, ona już istnieje. Byłby pan zainteresowany dołączeniem do personelu?

– Byłbym – bez namysłu odparł Bond. – Aczkolwiek chciałbym o coś zapytać. Co właściwie robi ta agenda?

Admirał zastanawiał się przez chwilę, jakby wygładzając szorstką odpowiedź.

– Nasza misja – powiedział – jest prosta. Chronimy Koronę… wszelkimi niezbędnymi metodami.

7

W zgrabnym, pomrukującym bentleyu Bond zajechał do kwatery głównej tejże organizacji w pobliżu Regent’s Park po półgodzinnym zygzakowaniu, jakiego wymaga jazda po centrum Londynu.

Nazwa jego firmy była równie enigmatyczna jak nazwa Zarząd Operacji Specjalnych: Zespół Rozwoju Zagranicznego (ODG). Naczelnym dyrektorem był Admirał, znany jedynie jako M.

Oficjalnie ODG pomagał zarejestrowanym w Wielkiej Brytanii firmom rozszerzać ich zagraniczną działalność i inwestować. Oficjalną przykrywką Bonda było stanowisko analityka bezpieczeństwa i danych. Miał podróżować po świecie i oceniać ryzyko biznesowe.

Nieważne, że zaraz po wylądowaniu przyjmował nieoficjalną przykrywkę – fikcyjną tożsamość – chował głęboko arkusze kalkulacyjne Excela, wkładał ubranie taktyczne 5.11 i brał karabin snajperski kalibru.308 z lunetą Nikon Buckmaster. Albo wbijał się w dobrze skrojony garnitur z Savile Row, aby grać w pokera z czeczeńskim handlarzem broni w prywatnym kijowskim klubie i ocenić sprawność jego ochrony przed głównym wydarzeniem wieczoru: porwaniem go do tajnej bazy w Polsce.

Bezpiecznie ukryty na niskim szczeblu hierarchii Biura Spraw Zagranicznych ODG mieścił się w wąskim pięciopiętrowym edwardiańskim budynku przy cichej uliczce, niedaleko Devonshire Street. Od ruchliwej Marylebone Road oddzielały go nijakie – ale maskujące – kancelarie adwokackie, biura NGO3 i przychodnie lekarskie.

Bond podjechał do wylotu tunelu prowadzącego do podziemnego parkingu. Spojrzał w skaner tęczówki, a następnie został skontrolowany ponownie, tym razem przez strażnika. Zapora została opuszczona i powoli wjechał na parking, szukając wolnego miejsca.

Winda także sprawdziła niebieskie oczy Bonda, po czym zawiozła go na parter. Wszedł do zbrojowni znajdującej się obok strzelnicy i oddał stalową kasetkę rudowłosemu Freddy’emu Menziesowi, byłemu kapralowi SAS i jednemu z najlepszych rusznikarzy w tym fachu, który dopilnuje, żeby walther został wyczyszczony, naoliwiony i sprawdzony, a magazynki załadowane nabojami używanymi przez Bonda.

– Będzie gotowa za pół godziny – powiedział Menzies. – Dobrze się spisywała, Zero Zero Siedem?

Bond darzył zawodowym afektem niektóre narzędzia swojej profesji, ale ich nie uczłowieczał, a poza tym walther.40, nawet w swej zgrabnej i zwartej policyjnej formie, zdecydowanie był rodzaju męskiego.

– Wykonał swoje zadanie – odparł.

Wjechał windą na trzecie piętro, po czym wysiadł i poszedł w lewo pustym, pomalowanym na biało korytarzem o nieco powycieranych ścianach, których monotonię łagodziły ryciny przedstawiające Londyn od czasów Cromwella po panowanie królowej Wiktorii oraz liczne sceny batalistyczne. Ktoś ozdobił parapety doniczkami z roślinami – oczywiście sztucznymi, gdyż prawdziwe wymagałyby zatrudnienia dodatkowego personelu do ich podlewania i pielęgnowania.

Bond zauważył młodą kobietę za biurkiem na końcu rozległego pomieszczenia pełnego stacji roboczych. Wyniosła, pomyślał, kiedy poznał ją przed miesiącem. Miała owalną twarz o wydatnych kościach policzkowych, otoczoną tycjanowskimi rudymi włosami, które opadały kaskadą na cudowne ramiona. Środek jej brody zdobił odrobinę przesunięty w bok dołeczek, który Bond uznał za czarujący. Orzechowe, złotozielone oczy patrzyły uważnie, a ich właścicielka była taka, jaką zdaniem Bonda powinna być kobieta: szczupła i elegancka. Niepomalowane paznokcie obcinała krótko. Dziś miała na sobie czarną spódniczkę do kolan i brzoskwiniową bluzkę ze stójką, wystarczająco cienką, by widać było cień koronek pod spodem – jednocześnie gustowną i prowokacyjną. Nogi kobiety były obleczone w nylon koloru café au lait.

Pończochy czy rajstopy? – mimo woli zastanowił się Bond.

Ophelia Maidenstone była analitykiem wywiadu w MI-6. Została przydzielona do ODG jako oficer łącznikowy, ponieważ zespół nie był jednostką zbierającą dane, lecz przede wszystkim taktyczną grupą operacyjną. Tak więc, podobnie jak gabinet ministrów i premier, był konsumentem „produktów”, jak nazywano dane dostarczane przez wywiad. A głównym dostawcą ODG był MI-6.

Początkowo właśnie wygląd i zdecydowanie Philly zwróciły uwagę Bonda, a jej niestrudzone wysiłki i pomysłowość podsycały jego zainteresowanie. Jednakże równie pociągająca była jej namiętność do szybkiej jazdy. Ulubionym pojazdem Philly był BSA Spitfire model A65 z 1966 roku, jeden z najpiękniejszych motocykli, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. Był to najcięższy model zrobiony przez firmę Birmingham Small Arms, ale klasyczny i właściwie podrasowany (co, Bogu dzięki, zrobiła osobiście), potrafił pozostawić długi ślad spalonej gumy na starcie. Powiedziała Bondowi, że lubi jeździć w każdą pogodę i kupiła sobie wodoszczelny skórzany kombinezon, w którym mogła szaleć na drogach, kiedy miała ochotę. Wyobraził sobie niezwykle opięty strój i uniósł brew.

W odpowiedzi otrzymał sardoniczny uśmiech, który powiedział mu, że ten sygnał odbił się rykoszetem jak źle wycelowana kula.

Jak się okazało, Philly była zaręczona i niebawem miała wyjść za mąż. Pierścionek, który Bond natychmiast zauważył, był ze zwodniczym rubinem. To zamykało sprawę.

Philly spojrzała na niego z zaraźliwym uśmiechem.

– Cześć, James! Dlaczego tak na mnie patrzysz?

– Potrzebuję cię.

Odgarnęła niesforny kosmyk włosów.

– Z przyjemnością udzieliłabym pomocy, gdybym mogła, ale muszę myśleć o Johnie. Jest w Sudanie. Wkrótce zacznie się tam strzelanina.

Sudańczycy walczyli z Anglikami, Egipcjanami, innymi sąsiednimi państwami afrykańskimi – oraz sami ze sobą – od ponad stu lat. Sojusz Wschodni, czyli kilka prowincji Sudanu w pobliżu Morza Czerwonego, chciał się uniezależnić i stworzyć nowoczesne świeckie państwo. Reżim w Chartumie, wciąż walczący z niepodległościowymi ruchami na południu, nie był zachwycony tym pomysłem.

– Wiem – powiedział Bond. – Początkowo miałem tam jechać. Zamiast tego dostał mi się Belgrad.

– Lepsza kuchnia – odrzekła z wystudiowaną powagą.

– Jeśli lubisz śliwki.

– Po prostu przywiozłem z Serbii kilka rzeczy, którym trzeba się przyjrzeć.

– U ciebie nigdy nic nie jest proste, James.

Zadzwonił jej telefon komórkowy. Zmarszczyła brwi i spojrzała na wyświetlacz. Gdy odbierała telefon, jej bystre orzechowe oczy znów spojrzały na Bonda z lekkim rozbawieniem.

– Rozumiem – rzuciła do aparatu. Rozłączyła się i rzekła: – Wykorzystałeś jakieś przysługi. Albo przycisnąłeś kogoś.

– Ja? Nigdy.

– Wygląda na to, że wojna w Sudanie musi się obejść beze mnie. Jeśli mogę tak to ująć. – Podeszła do innej stacji roboczej i oddała chartumską pałeczkę obsługującej ją analityczce.

Bond usiadł. Na jej stanowisku pracy coś się zmieniło, ale nie potrafił określić, co to takiego. Może uporządkowała je albo przestawiła sprzęty – o tyle, o ile było to możliwe na tej niewielkiej powierzchni.

Wróciła i skupiła wzrok na Bondzie.

– No dobrze. Jestem twoja. Co mamy?

– Incydent Dwudziesty.

– Ach to. Nie znajdował się na liście zadań priorytetowych, więc streść mi sprawę.

Tak jak Bond, Ophelia Maidenstone miała nieograniczony dostęp do materiałów Ministerstwa Obrony, Biura Spraw Zagranicznych i Scotland Yardu, czyli do wszystkich tajnych danych oprócz najtajniejszych dokumentów związanych z bronią nuklearną. Streścił jej sprawę Noego, Irlandczyka, piątkowego zagrożenia oraz wydarzeń w Serbii. Robiła sobie krótkie notatki.

– Chcę, żebyś zabawiła się w detektywa. To wszystko, co mamy. – Wręczył jej plastikową torebkę zawierająca kawałki papieru, które zabrał z płonącego samochodu pod Nowym Sadem oraz swoje okulary przeciwsłoneczne. – Potrzebna mi szybka… bardzo szybka… identyfikacja i wszystko, co zdołasz poza tym znaleźć.

Podniosła słuchawkę i poprosiła o odebranie materiałów do analizy w laboratorium MI-6 lub, gdyby okazała się niezadowalająca, w doskonale wyposażonym laboratorium kryminalistyki Scotland Yardu. Rozłączyła się.

– Goniec w drodze.

Wzięła z torebki pęsetę i wyjęła z plastikowego opakowania dwa kawałki papieru. Jednym był rachunek z pubu w pobliżu Cambridge, ze świeżą datą. Niestety, zapłacony gotówką.

Na drugim widniał napis: Boots – marzec. 17. Nie później. Czy był to szyfr, czy notatka przypominająca o konieczności odebrania czegoś z drogerii?

– A te okulary? – zapytała, zaglądając do torebki.

– Na szkłach są odciski palców wspólnika Irlandczyka. Nie miał nic w kieszeniach.

Skopiowała obydwa dokumenty, wręczyła mu kopie, drugi zestaw zatrzymała sobie, a oryginały włożyła z powrotem do plastikowej torebki.

Następnie Bond wyjaśnił, w jaki sposób Irlandczyk próbował skazić Dunaj toksyczną substancją.

– Muszę wiedzieć, co to było. I jakiego rodzaju szkody mogło spowodować. Obawiam się, że rozdrażniłem Serbów. Nie będą chcieli współpracować.

– Zajmiemy się tym.

W tym momencie zadzwonił jego telefon komórkowy. Bond spojrzał na wyświetlacz, chociaż dobrze znał ten sygnał dźwiękowy. Odebrał telefon.

– Moneypenny.

Usłyszał cichy kobiecy głos.

– Cześć, James. Witaj z powrotem.

– M? – zapytał.

– M.

8

Napis przy drzwiach na najwyższym piętrze głosił: Dyrektor naczelny.

Bond wszedł do sekretariatu. Kobieta po trzydziestce siedziała przy biurku, na którym panował idealny porządek. Miała na sobie kremową bluzkę bez rękawów i żakiet prawie w tym samym odcieniu co marynarka Bonda. Pociągła twarz, urodziwa i władcza, oraz oczy, których spojrzenie potrafiło się zmienić z surowego na współczujące szybciej, niż zmienia się biegi w bolidzie Formuły 1.

– Cześć, Moneypenny.

– To potrwa tylko chwilkę, James. Znów ma na linii Whitehall.

Nosiła się prosto, a gestykulowała oszczędnie. Ani jeden włos nie odstawał z jej idealnie ułożonej fryzury. Bond pomyślał, nie po raz pierwszy, że służba w wojsku wywarła na niej niezatarte piętno. Zrezygnowała ze służby w marynarce, żeby podjąć swoją obecną pracę sekretarki w biurze M. Wkrótce po dołączeniu do ODG, Bond opadł na fotel w sekretariacie i posłał jej szeroki uśmiech.

– Miałaś stopień porucznika, prawda, Moneypenny? – zażartował. – Wolę sobie wyobrażać ciebie nade mną. – Bond odszedł ze służby w stopniu komandora.

W odpowiedzi nie usłyszał cierpkiej repliki, na jaką zasługiwał, ale gładką ripostę.

– Och, James, życie nauczyło mnie, że każdą pozycję trzeba zdobywać poprzez doświadczenie. I z przyjemnością mówię, iż nie wątpię, że moje nawet nie może się równać z twoim.

Ta zręczna i szybka odpowiedź oraz to, że zwróciła się do niego po imieniu i z tak promiennym uśmiechem, natychmiast zdefiniowały ich wzajemne stosunki: ona trzymała go na dystans, ale była otwarta na propozycję przyjaźni. I ta ich łączyła, czuła i bliska, ale zawsze profesjonalna. (Pomimo to był przekonany, że ze wszystkich agentów Sekcji 00 jego lubiła najbardziej).

Moneypenny spojrzała na Bonda i zmarszczyła brwi.

– Słyszałam, że miałeś sporo atrakcji.

– Można tak powiedzieć.

– Ta historia z Noem to poważna sprawa, James – powiedziała, zerknąwszy na zamknięte drzwi gabinetu M. – Wszędzie ogłoszono alarm. Szef wyszedł o dziewiątej wieczorem, a przyszedł o piątej rano. – I dodała szeptem: – Martwił się o ciebie. Poprzedniej nocy chwilami byłeś nieuchwytny. Wtedy cały czas wisiał na telefonie.

Zobaczyli, że lampka na interkomie zgasła. Moneypenny nacisnęła guzik i powiedziała do niemal niewidocznego mikrofonu na statywie:

– Jest Zero Zero Siedem, proszę pana.

Wskazała drzwi, a Bond ruszył do nich. Zdążył dostrzec, że nad drzwiami zapaliła się podświetlana tabliczka „nie przeszkadzać”. Oczywiście nastąpiło to zupełnie bezgłośnie, ale Bond zawsze wyobrażał sobie, że zapaleniu lampki towarzyszył trzask odsuwanych rygli średniowiecznego lochu, do którego wprowadzano nowego więźnia.

* * *

– Witam pana.

M wyglądał dokładnie tak samo jak trzy lata temu, kiedy spotkali się na lunchu w Travellers Club i może nawet miał na sobie ten sam garnitur. Wskazał jedno z dwóch krzeseł stojących przed dużym dębowym biurkiem. Bond usiadł.

Na podłodze gabinetu leżał dywan, a pod ścianami ustawiono regały z książkami. Budynek stał w miejscu, gdzie stary Londyn przechodził w nowy i okna narożnego gabinetu M były tego świadkami. Od zachodu stylowe budynki Marylebone High Street ostro kontrastowały ze stojącymi przy Euston Road wieżowcami ze szkła i metalu – pomnikami zaawansowanej technologii oraz wątpliwego gustu, z windami bardziej skomplikowanymi niż ludzki mózg.

Jednakże ta sceneria nawet w słoneczne dni była widoczna jak za mgłą, gdyż szyby w oknach były kuloodporne, pancerne i lustrzane, aby zapobiec podglądaniu przez jakiegoś pomysłowego szpiega, który wzbiłby się balonem nad Regent’s Park.

M podniósł głowę znad notatek i przyjrzał się Bondowi.

– Rozumiem, że nie będzie protokołu obdukcji.

Nic nie umykało jego uwadze.

– Parę zadrapań. Nic poważnego.

Na biurku znajdowały się: żółty bibularz, konsola telefonu stacjonarnego, telefon komórkowy, zabytkowa biurowa lampa oraz pudełko z cienkimi czarnymi cygarami, które M czasem pozwalał sobie zapalić w drodze do lub z Whitehall albo podczas krótkich spacerów po Regent’s Park w towarzystwie własnych myśli oraz dwóch ochroniarzy. Bond niewiele wiedział o życiu osobistym M poza tym, że szef mieszkał w rezydencji z czasów regencji na skraju Windsor Forest i był brydżystą, wędkarzem oraz cenionym akwarelistą. Jego osobisty i kompetentny kierowca kapral Andy Smith woził go zadbanym, dziesięcioletnim rolls-royce’em.

– Złóż raport, Zero Zero Siedem.

Bond poukładał sobie wszystko w myślach. M nie znosił chaotycznych relacji ani upiększeń. Hymkanie i jąkanie było równie nie do przyjęcia jak mówienie rzeczy oczywistych. Bond opowiedział, co zdarzyło się pod Nowym Sadem, po czym dodał:

– Znalazłem w Serbii kilka drobiazgów, które mogą naprowadzić nas na ślad. Philly już się nimi zajmuje i dowie się, jaka toksyczna substancja była przewożona tym pociągiem.

– Philly?

Bond przypomniał sobie, że dyrektor nie lubi zdrobnień i przezwisk, chociaż w ODG nigdy nie wymieniano jego nazwiska, zawsze nazywając go „M”.

– Ophelia Maidenstone – wyjaśnił. – Nasza łączniczka z Szóstką. Jeśli coś można znaleźć, ona to wywęszy.

– Twoja przykrywka w Serbii?

– Pracowałem pod cudzą flagą. Zarząd BIA w Belgradzie wie, że jestem z ODG, i zna moje zadanie, ale tym dwóm agentom operacyjnym, których mi przydzielono, powiedzieliśmy, że należę do fikcyjnego Zespołu Monitorującego Przestrzeganie Pokoju, będącego agendą ONZ. Musiałem wspomnieć o Noem oraz piątkowym incydencie na wypadek, gdyby agenci BIA natrafili na coś związanego z tą sprawą. Tak więc Irlandczyk nie dowiedział się niczego istotnego od młodszego agenta.

– Scotland Yard i Piątka zastanawiają się… Czy po tej historii z pociągiem pod Nowym Sadem sądzisz może, że Incydent Dwudziesty ma być próbą sabotażu kolejowego u nas? A Serbia była próbą generalną?

– Myślałem o tym, proszę pana. Jednakże tego rodzaju operacja nie wymaga prób. Ponadto wspólnik Irlandczyka w niecałe trzy minuty przestawił sterowanie zwrotnicy tak, żeby wykoleić pociąg. Nasz system ochrony kolei z pewnością jest bardziej wyrafinowany niż linii towarowej biegnącej przez serbskie wsie.

Admirał uniósł krzaczastą brew, jakby kwestionując to założenie.

– Masz rację – rzekł. – To nie wygląda na preludium Incydentu Dwudziestego.

– A teraz – Bond wyprostował się na krześle – chciałbym natychmiast wrócić do Stacji Y. Wjechać przez Węgry i rozpocząć działania operacyjne w celu wytropienia Irlandczyka.

Wezmę ze sobą paru agentów. Możemy odnaleźć ciężarówkę, którą ukradł. To będzie trudne, ale…

M potrząsnął głową, odchylając się w swoim wygodnym fotelu.

– Wygląda na to, że będzie z tym problem, Zero Zero Siedem. Dotyczy ciebie.

– Cokolwiek mówi Belgrad, ten młody agent, który umarł…

M niecierpliwie machnął ręką.

– Tak, tak, oczywiście, że to była ich wina. Nigdy nie miałem co do tego cienia wątpliwości. Wyjaśnienia są oznaką słabości, Zero Zero Siedem. Nie wiem, dlaczego się tłumaczysz.

– Przepraszam.

– Mówię o czymś innym. Zeszłej nocy Cheltenham zdołało uzyskać satelitarne zdjęcie ciężarówki, którą uciekł Irlandczyk.

– Bardzo dobrze, proszę pana.

Zatem podane przez niego namiary najwyraźniej pomogły zlokalizować zbiega. Jednakże zmarszczone brwi M dowodziły, że radość Bonda była przedwczesna.

– Mniej więcej trzydzieści kilometrów przed Nowym Sadem ciężarówka zatrzymała się i Irlandczyk przesiadł się do helikoptera. Bez rejestracji i oznakowań, ale agencja GCHQ otrzymała profil MASINT4.

Analiza materiałów i sygnatur była najnowszym wynalazkiem nowoczesnego szpiegostwa. Jeśli dane zbierano z elektronicznych źródeł, takich jak sygnały radarowe lub radiowe, nosiła skrót ELINT5; ze zdjęć fotograficznych i satelitarnych – IMINT6; z telefonów komórkowych i e-maili – SIGINT7; a od ludzi – HUMINT8. W wypadku MASINT instrumenty zbierały i analizowały takie dane, jak: zmiany energii termicznej, fal dźwiękowych, zakłócenia przepływu powietrza, drgania wirnika i śmigła helikoptera, spaliny silników odrzutowych, lokomotyw i samochodów, zmiany prędkości i tym podobne rzeczy.

– Zeszłej nocy – ciągnął naczelny dyrektor – Piątka zarejestrowała profil MASINT pasujący do helikoptera, w którym Irlandczyk uciekł.

Jasna cholera… Jeśli MI-5 wytropiła ten helikopter, to oznaczało, że maszyna jest w Anglii. Irlandczyk – będący jedynym tropem do Noego oraz Incydentu Dwudziestego – znalazł się w jedynym miejscu, w którym Bond nie miał prawa go ścigać.

– Helikopter wylądował na północny wschód od Londynu około pierwszej w nocy i znikł – dodał M. – Zgubili jego ślad.

– Potrząsnął głową. – Nie rozumiem, dlaczego rząd nie dał nam większej swobody działania w kraju, kiedy definiowali nasze uprawnienia. Byłoby łatwiej. Do licha, a gdybyś dotarł za Irlandczykiem do Koła Milenijnego albo do Muzeum Madame Tussaud? Co powinieneś zrobić… zadzwonić pod dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć? Rany boskie, mamy czasy globalizacji, Internetu, Unii Europejskiej, a nie możemy śledzić podejrzanych w naszym własnym kraju.