Wydawca ebooka: Videograf Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 484 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 48 min Lektor: Joanna Domańska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 48 min Lektor: Joanna Domańska

Opis ebooka Carpe diem - Diane Rose

Rosalie Heart ma dwadzieścia dwa lata, studiuje prawo, dba o linię i spotyka się ze swoimi przyjaciółmi. Jednym słowem – szczęśliwa młoda kobieta, czekająca na miłość. Jednak zanim zaczniecie jej zazdrościć, przemyślcie to… Rosalie zostały już niecałe dwa lata życia. Pogodziła się z tym, że umrze. Teraz tylko stara się oswoić z tym swoich najbliższych. Żyje chwilą i próbuje zrobić jak najwięcej. Nie myśli o miłości i związkach, uważa, że jest to dla niej zakazanym owocem. Po prostu trwa i czeka na ten ostatni dzień, kiedy już się nie obudzi. Ten precyzyjny plan ulega zmianie, kiedy Rosalie poznaje kogoś, z kim chciałaby spędzić jak najwięcej wspólnych chwil…

Opinie o ebooku Carpe diem - Diane Rose

Fragment ebooka Carpe diem - Diane Rose

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Pra­cow­nia WV

Fo­to­gra­fia na okład­ce

© Chin­na­pong / Shut­ter­stock

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Klau­dia Dą­brow­ska

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Dia­ne Rose

ISBN 978-83-7835-587-8

Nie py­taj próż­no, bo nikt się nie do­wie,

Jaki nam ko­niec go­tu­ją bo­go­wie,

I ba­bi­loń­skich nie py­taj wróż­bia­rzy.

Le­piej tak przy­jąć wszyst­ko, jak się zda­rzy.

A czy z roz­ka­zu Jo­wi­sza ta zima,

Co te­raz wi­chrem weł­ny mor­skie wzdy­ma,

Bę­dzie ostat­nia, czy też nam przy­spo­rzy

Lat jesz­cze kil­ka taj­ny wy­rok boży,

Nie troszcz się o to i… kla­ruj swe wina.

Mknie rok za ro­kiem, jak jed­na go­dzi­na.

Więc łap dzień każ­dy, a nie wierz ni tro­chę

W złud­nej przy­szło­ści obiet­ni­ce pło­che.

Ho­ra­cy, Oda I, 11 (Tu ne qu­aesie­ris, sci­re ne­fas, quem mihi, quem tibi), przeł. H. Sien­kie­wicz.

Książ­kę chcia­ła­bym za­de­dy­ko­wać wszyst­kim, któ­rzy każ­de­go dnia zma­ga­ją się z cho­ro­bą, ale tak­że tym, któ­rzy nie po­tra­fią od­na­leźć szczę­ścia. My­ślę, że te dwie gru­py mo­gły­by spo­ro się od sie­bie na­uczyć. Pierw­szej z nich bra­ku­je cza­su, a dru­ga mar­nu­je czas, któ­ry im dano.

Pa­mię­taj­cie, ma­cie tyl­ko jed­no ży­cie, nikt nie da Wam dru­gie­go. Dla­cze­go więc po­zwa­la­cie, żeby Wam ucie­ka­ło? Pew­nie zda­je­cie so­bie spra­wę z tego, że „car­pe diem” zna­czy „chwy­taj dzień”, jed­nak czy na­praw­dę ro­zu­mie­cie zna­cze­nie tego zwro­tu?

W ży­ciu nie moż­na cze­kać na szczę­ście. Nie wierz­cie tym, któ­rzy mó­wią, że je­ste­ście nie­cier­pli­wi, ma­cie tacy być! Sie­dząc na ka­na­pie i cze­ka­jąc na man­nę z nie­ba, ni­g­dy nie bę­dzie­cie szczę­śli­wi. Im szyb­ciej to zro­zu­mie­cie, tym le­piej dla Was. Nie wia­do­mo, co nas cze­ka po dru­giej stro­nie, mu­si­my więc żyć tak, jak­by ju­tro ni­g­dy nie mia­ło na­dejść.

Ży­cie w zgo­dzie z za­sa­dą „car­pe diem” daje szczę­ście, dla­cze­go? Bo mo­że­my być szczę­śli­wy tyl­ko wte­dy, gdy cie­szy­my się z ulot­nych chwil, gdy do­ce­nia­my małe przy­jem­no­ści i sa­mo­dziel­nie wy­szar­pu­je­my od losu jak naj­wię­cej. Nie wstydź­my się czer­pać z ży­cia. Na­wet je­śli cza­sem wią­że się to z ego­izmem. Nie przej­muj­cie się tym! Nikt nie ma pra­wa nas oce­niać, dla­te­go że tyl­ko my sami mo­że­my zro­zu­mieć, co czu­je­my.

Nie bój­my się też po­my­łek, one są wpi­sa­ne w na­sze ży­cie i mamy do nich pra­wo. Po­do­ba Wam się ja­kaś dziew­czy­na/chło­pak? Ob­ser­wu­je­cie ich z ukry­cia od dłuż­sze­go cza­su i nie po­tra­fi­cie za­ga­dać? Prze­stań­cie się bać! Zrób­cie pierw­szy krok, bo być może to jest Wa­sza szan­sa na szczę­ście. Nie mar­nuj­cie chwil na nie­po­trzeb­ne roz­trzą­sa­nie pro­ble­mów. Nikt z nas nie wie, ile cza­su nam dano, war­to więc dzia­łać szyb­ko i nie bać się po­peł­niać błę­dy. W prze­ciw­nym ra­zie kie­dyś mo­że­cie tego ża­ło­wać. Mamy pra­wo do szczę­ścia i do ży­cia po swo­je­mu. Nie po­zwól­my so­bie tego ode­brać.

CAR­PE DIEM jest tym, co jest w ży­ciu waż­ne. Ży­czę Wam z ca­łe­go ser­ca jak naj­wię­cej wspa­nia­łych chwil i tego, że­by­ście ni­g­dy ni­cze­go nie ża­ło­wa­li.

PROLOG. 100 dni wcześniej...

Rosalie Heart

Za­sta­na­wia­li­ście się kie­dyś nad war­to­ścią wa­sze­go ży­cia? Na­sze­go cia­ła, umy­słu, upły­wa­ją­ce­go cza­su? Sza­nu­je­cie ży­cie i czas, któ­ry wam dano? Pew­nie nie. Pro­blem w tym, że my­śli o tym sta­now­czo za mało osób. Moż­li­we, że sza­nu­ją je tre­ne­rzy fit­ness, my­ślą o nim po­eci, cza­sem le­ka­rze, ale głów­nie cho­rzy, tacy jak ja. Z tym że ci, któ­rym nie­wie­le już zo­sta­ło, nie mają cza­su na­uczyć tego in­nych, przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je…

Te­raz czu­łam się źle. Nie in­te­re­so­wa­ło mnie już, co się dzi­siaj wy­da­rzy, chcia­łam po pro­stu po­czuć się le­piej. Zro­bi­ła­bym wszyst­ko, by zno­wu czuć się do­brze, nor­mal­nie. Nie­ste­ty, od paru ty­go­dni nie mo­głam ro­bić pra­wie nic. Zwy­kłe wsta­nie z łóż­ka było dla mnie wy­sił­kiem po­rów­ny­wal­nym z prze­bie­gnię­ciem ma­ra­to­nu. Nie wiem, co dzie­je się z moim ser­cem, ale zde­cy­do­wa­nie nie jest do­brze, a w za­sa­dzie to ni­g­dy nie było tak źle.

– Ja­koś to bę­dzie, ko­cha­nie. Roz­ch­murz się – po­wie­dział mój brat. Po­gła­skał mnie przy tym po mo­ich dłu­gich wło­sach, któ­re te­raz znaj­do­wa­ły się w spo­rym nie­ła­dzie. – To wszyst­ko się kie­dyś skoń­czy. Bę­dzie le­piej.

Po­ki­wa­łam gło­wą na znak, że zro­zu­mia­łam, i przy­tu­li­łam się do nie­go moc­no. Po­trze­bo­wa­łam go te­raz, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Ja­mes był naj­lep­szym star­szym bra­tem na świe­cie. Za­wsze mo­głam na nie­go li­czyć w złych chwi­lach. Na­wet te­raz, cho­ciaż w ta­kiej sy­tu­acji po­win­ni to­wa­rzy­szyć mi ro­dzi­ce. Nie­ste­ty, ni­g­dy ich nie było, nie ma i już nie bę­dzie. Mu­sia­łam się z tym po­go­dzić, ale nie czu­łam się z tym źle. Ja­mes mu­siał mi wy­star­czyć za nich obo­je.

Moja mat­ka zmar­ła przy po­ro­dzie, a oj­ciec ni­g­dy nie sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia i nie za­jął się mną tak, jak po­wi­nien. My­ślę, że mnie nie­na­wi­dził za to, że ona umar­ła, cho­ciaż ni­g­dy nie po­wie­dział mi tego wprost. Opie­ko­wał się mną, do­pó­ki nie po­szłam do szko­ły. Wte­dy sta­ło się ja­sne, że je­stem małą ko­pią swo­jej mat­ki i nie mógł już na mnie pa­trzeć. To Ja­mes ubie­rał mnie do szko­ły, pil­no­wał, że­bym ja­dła i przy­cho­dził na szkol­ne przed­sta­wie­nia. Gdy ja mia­łam sie­dem lat, on miał za­le­d­wie sie­dem­na­ście, ale to mu nie prze­szka­dza­ło, by mnie wy­cho­wy­wać. Nie dbał o zda­nie in­nych. Za­bie­rał mnie na swo­je me­cze, za­wo­dy i tre­nin­gi. Ni­g­dy się mnie nie wsty­dził, a ja chwa­li­łam się wszyst­kim, ja­kie­go mam cu­dow­ne­go bra­ta.

W wie­ku pięt­na­stu lat do­wie­dzia­łam się, że mam cho­re ser­ce. Wte­dy oj­ciec za­czął pić. Nie dość, że by­łam ko­pią jego uko­cha­nej, to w do­dat­ku śmia­łam za­cho­ro­wać i od­bie­rać mu ją po­now­nie. Ja­mes wte­dy nie miesz­kał już z nami. Przy­jeż­dżał głów­nie po to, żeby mnie od­wie­dzić, spraw­dzić, czy nic mi nie bra­ku­je. Pew­ne­go dnia strasz­nie po­kłó­cił się z oj­cem, do dziś nie wiem o co, ale po tym po pro­stu za­brał mnie do sie­bie. Miał wte­dy za­le­d­wie dwa­dzie­ścia pięć lat, żonę i ma­łe­go syn­ka, a te­raz jesz­cze cho­rą na­sto­let­nią sio­strę. Agniesz­ce, żo­nie Ja­me­sa, chy­ba nie do koń­ca się to po­do­ba­ło, ale ni­g­dy nic nie po­wie­dzia­ła. Po­ma­ga­łam jej zaj­mo­wać się dziec­kiem, ko­tem oraz do­mem. I by­łam szczę­śli­wa, jak tyl­ko mo­głam.

Ja­mes ni­g­dy nie miał ze mną pro­ble­mów wy­cho­waw­czych. Nie pi­łam, nie pa­li­łam, nie bra­łam nar­ko­ty­ków, nie wy­my­ka­łam się na im­pre­zy, nie spro­wa­dza­łam chło­pa­ków. Uczy­łam się i bie­ga­łam, to były moje je­dy­ne na­ło­gi. My­ślę, że gdy­bym zo­sta­ła z oj­cem, moje ży­cie po­to­czy­ło­by się ina­czej. Bądź­my szcze­rzy, sto­czy­ła­bym się, nie­chcia­na, nie­ko­cha­na i znie­na­wi­dzo­na przez je­dy­ne­go ro­dzi­ca, któ­ry mi po­zo­stał. Tak koń­czy się więk­szość ta­kich hi­sto­rii, praw­da? Na szczę­ście ja mia­łam Ja­me­sa i czu­łam, że ko­cha mnie naj­bar­dziej na świe­cie. Wy­star­cza­ło mi to w zu­peł­no­ści.

Mam żal do mat­ki o to, że umar­ła, i pew­nie ni­g­dy się go nie po­zbę­dę. Nie­na­wi­dzę rów­nież ojca. Opu­ścił mnie i nie wró­cił wte­dy, kie­dy bar­dzo go po­trze­bo­wa­łam. Jed­nak tyl­ko dzię­ki nim mam tak wspa­nia­łe­go bra­ta – za to za­wsze będę im wdzięcz­na i ni­g­dy nie spła­cę tego dłu­gu.

* * *

We­szli­śmy do ga­bi­ne­tu dok­to­ra Fi­li­pa Gra­bow­skie­go. Nie lu­bi­łam tego miej­sca. Zresz­tą nie do koń­ca prze­pa­da­łam za moim le­ka­rzem, czę­sto nie by­łam w sta­nie zro­zu­mieć jego po­stę­po­wa­nia w sto­sun­ku do pa­cjen­tów. By­wa­ły chwi­le, w któ­rych wy­da­wał mi się zdro­wo szur­nię­ty. Róż­nił się od wszyst­kich osób wy­ko­nu­ją­cych ten za­wód, któ­re po­zna­łam w Ame­ry­ce, i chy­ba to draż­ni­ło mnie naj­bar­dziej. Zresz­tą wy­róż­niał się tak­że na tle pol­skich le­ka­rzy. Bra­ko­wa­ło mu chłod­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu i trzeź­wej oce­ny sy­tu­acji, któ­rych za­zwy­czaj ocze­ku­je się od swo­je­go le­ka­rza.

Wraz z Ja­me­sem usie­dli­śmy na­prze­ciw­ko nie­go. Dok­tor Gra­bow­ski był męż­czy­zną prze­cięt­ne­go wzro­stu, lek­ko oty­łym. Miał twarz po­ora­ną zmarszcz­ka­mi, cho­ciaż do­pie­ro zbli­żał się do pięć­dzie­siąt­ki. Przez jego krót­kie, brą­zo­we wło­sy prze­świ­ty­wa­ła si­wi­zna. W błę­kit­nych oczach wi­dać było mą­drość, opa­no­wa­nie i spo­kój. To wszyst­ko było spo­wo­do­wa­ne jego pra­cą. Był jed­nym z naj­lep­szych kar­dio­chi­rur­gów w kra­ju. Zo­stał or­dy­na­to­rem od­dzia­łu kar­dio­chi­rur­gii w jed­nym z naj­bar­dziej ce­nio­nych pol­skich szpi­ta­li. Nie był jed­nak ka­rie­ro­wi­czem. Był inny niż wszy­scy le­ka­rze. Przej­mo­wał się swo­imi pa­cjen­ta­mi, prze­ży­wał ra­zem z nimi to, co mu­siał im prze­ka­zać, wspie­rał ich pod­czas le­cze­nia… i za­wsze ro­bił to z uśmie­chem. Tyl­ko nie­licz­ni wie­dzie­li, jak moc­no cier­piał, gdy jego pa­cjen­ci umie­ra­li, a zda­rza­ło się to bar­dzo czę­sto. Sam mi o tym po­wie­dział. I już choć­by to czy­ni­ło go dziw­nym. Nie znam żad­ne­go in­ne­go le­ka­rza, któ­ry opo­wia­dał­by o pa­cjen­tach, któ­rzy umar­li. Zde­cy­do­wa­na więk­szość woli się tym ra­czej nie chwa­lić.

Dok­tor Gra­bow­ski dzi­siaj wy­glą­dał ina­czej. Na jego twa­rzy bra­ko­wa­ło uśmie­chu, któ­ry zdą­ży­łam do­brze po­znać, a na­wet znie­na­wi­dzić. Wie­dzia­łam już, że ta roz­mo­wa nie bę­dzie na­le­ża­ła do przy­jem­nych. W wie­ku pięt­na­stu lat prze­ka­zał mi, że mam cho­re ser­ce, i wów­czas jego twarz mia­ła po­dob­ny wy­raz. Te­raz mia­łam pra­wie dwa­dzie­ścia dwa lata i in­stynk­tow­nie czu­łam, że dok­tor Gra­bow­ski miał mi do prze­ka­za­nia jed­ną z naj­gor­szych wia­do­mo­ści, ja­kie mo­głam od nie­go usły­szeć. Przez chwi­lę roz­wa­ża­łam, czy stam­tąd nie uciec. Jed­nak Ja­mes sie­dział tuż obok, mu­sia­łam więc zo­stać, cho­ciaż to była ostat­nia rzecz, o ja­kiej ma­rzy­łam. Wo­la­łam żyć w nie­świa­do­mo­ści co do mo­je­go sta­nu.

– Masz pięć­dzie­siąt pro­cent szans na prze­ży­cie dwóch ko­lej­nych lat.

Po­czu­łam, jak Ja­mes moc­no ści­ska moją rękę, a mnie obie­gła fala dresz­czy. To za­brzmia­ło jak wy­rok. Przez chwi­lę my­śla­łam, że sza­lo­ny dok­to­rek żar­tu­je. W więk­szo­ści kra­jów znie­sio­no karę śmier­ci. Uzna­no ją za nie­hu­ma­ni­tar­ną, nie­spra­wie­dli­wą, złą, bru­tal­ną. Czy ktoś jed­nak pró­bo­wał po­rów­nać dwie sy­tu­acje wy­ro­ku śmier­ci? Weź­my na przy­kład oso­bę, któ­ra za­bi­ła sze­ścio­ro dzie­ci. Ska­za­nie jej na karę śmier­ci jest złe, nie­moż­li­we, za­ka­za­ne, sąd nie może wy­dać ta­kie­go orze­cze­nia. Nikt jed­nak nie może za­ka­zać le­ka­rzo­wi po­wie­dze­nia pa­cjen­to­wi, że jego czas na tym pa­do­le wła­śnie do­biegł koń­ca. Czę­sto mówi to oso­bom, któ­re ni­g­dy w ży­ciu nie zro­bi­ły nic złe­go. Gdzie tu spra­wie­dli­wość? Ni­g­dy ni­ko­go nie za­bi­łam, a wła­śnie usły­sza­łam wy­rok śmier­ci. Zro­bi­ło mi się sła­bo.

Dok­tor Gra­bow­ski cier­pli­wie cze­kał, aż jego sło­wa na­bio­rą mocy. Je­stem pew­na, że w ta­kich mo­men­tach nie­na­wi­dził swo­jej pra­cy. Nie był czło­wie­kiem, któ­ry lu­bił prze­ka­zy­wać złe wia­do­mo­ści.

– Le­czył ją pan dwa lata i mó­wił, że…

Ja­me­so­wi za­ła­mał się głos. Po raz pierw­szy od… wła­ści­wie od za­wsze. Mój brat po­tra­fił wy­brnąć z każ­dej sy­tu­acji i ni­g­dy się nie pod­da­wał. Nie wa­hał. Za­wsze wie­dział, jak ma po­stą­pić. Jego głos i drże­nie dło­ni wpra­wi­ły mnie w osłu­pie­nie. Był wiecz­nym opty­mi­stą, aż do te­raz. Był moją opo­ką i moją siłą. Czu­łam, jak po­wo­li spa­dam w ot­chłań, z któ­rej nie ma po­wro­tu. Stra­ci­łam moją ostat­nią pod­po­rę.

– Przy­kro mi – po­wie­dział le­karz i wie­dzia­łam, że mówi szcze­rze.

– Co to do­kład­nie ozna­cza? – spy­tał Ja­mes, a ja upar­cie mil­cza­łam, wpa­tru­jąc się w swo­je błę­kit­ne tramp­ki.

– Bę­dzie­my szu­kać daw­cy. Je­steś mło­da i sil­na, po­ra­dzisz so­bie – po­wie­dział Gra­bow­ski, zwra­ca­jąc się do mnie.

Aku­rat. Ile osób w Pol­sce, na świe­cie, cze­ka na prze­szczep? Ile osób go do­sta­je? Ile osób do­sta­je nowe ser­ce?

– Ma­cie ja­kieś sie­dem­set dni – stwier­dził zre­zy­gno­wa­nym to­nem Ja­mes. – Jak w tak krót­kim cza­sie chce­cie zna­leźć daw­cę?

Cuda się zda­rza­ją ja­sne, ale… ja… nie mam szans, czu­łam to. Nie wie­rzy­łam w to, że mogę do­stać nowe ser­ce. To wy­da­wa­ło się po pro­stu nie­moż­li­we, nie­re­al­ne, jak sama moja cho­ro­ba.

Dok­tor Gra­bow­ski wstał ze swo­je­go krze­sła i pod­szedł do ogrom­nej ta­bli­cy wi­szą­cej z tyłu. Przed­sta­wia­ła ona ran­king jego po­je­dyn­ku ze śmier­cią. Nie­ste­ty nie na­pa­wa­ły one opty­mi­zmem. Sam fakt, że w ogó­le wy­my­ślił coś ta­kie­go, był prze­ra­ża­ją­cy. No bo kto nor­mal­ny za­kła­dał się ze śmier­cią?

– Wi­dzi­cie tę ta­bli­cę? – spy­tał Gra­bow­ski. – Za­ło­ży­łem się ze śmier­cią, że ura­tu­ję wię­cej pa­cjen­tów, niż ona za­bie­rze.

Pod­nio­słam gło­wę i wpa­try­wa­łam się z nie­po­ko­jem w licz­by, któ­re nie­raz już ob­ser­wo­wa­łam w jego ga­bi­ne­cie.

– Śmierć wy­gry­wa – za­uwa­ży­łam, zre­zy­gno­wa­na.

– Tak, ale ja wciąż wal­czę. Ro­zu­mie­cie? – po­wie­dział z uśmie­chem dok­tor Gra­bow­ski. – Wal­czę z nią o każ­de­go pa­cjen­ta i będę wal­czył tak­że o cie­bie. Je­steś mło­da i bę­dziesz żyła, choć­bym miał cię wy­rwać spod kosy śmier­ci, ro­zu­miesz?

Nie ro­zu­mia­łam. Nie wie­rzy­łam mu. Spoj­rza­łam na Ja­me­sa, któ­ry wy­glą­dał ina­czej, tak jak­by spadł mu wiel­ki ka­mień z ser­ca. Ja, nie­ste­ty, tego nie czu­łam. De­kla­ra­cja dok­to­ra nie zro­bi­ła na mnie wra­że­nia. Ir­ra­cjo­nal­nie czu­łam, że już nic wię­cej nie jest w sta­nie dla mnie zro­bić.

– Jak mogę po­móc? – spy­tał Ja­mes z nową ener­gią i moc­no wy­czu­wal­ną na­dzie­ją.

Mój brat za­wsze szu­kał roz­wią­za­nia. Po­wo­li wra­cał do sie­bie. Jed­nak ja nie po­tra­fi­łam od­zy­skać spo­ko­ju. Wła­śnie do­wie­dzia­łam się, że nie­dłu­go umrę. To by było na tyle, je­śli cho­dzi­ło o złe wia­do­mo­ści tego dnia. By­łam pew­na, że żad­na nie bę­dzie już w sta­nie jej prze­bić.

– Wal­czyć i wie­rzyć, dbać o nią i pod­nieść, kie­dy upad­nie, do­pin­go­wać ją do wal­ki. Bądź­my jed­ną dru­ży­ną, we trój­kę – mó­wił dok­tor Gra­bow­ski z prze­ję­ciem. – Za­walcz­my o two­je ży­cie. Po­każ­my śmier­ci, że jest ni­kim!

Że co niby jej po­ka­że­my? Śmiech przez łzy. I tak po mnie przyj­dzie, po każ­de­go z nas, po nie­któ­rych po pro­stu szyb­ciej niż po in­nych.

– Będę wal­czył – za­de­kla­ro­wał Ja­mes.

Ja na­dal nie umia­łam wy­krze­sać z sie­bie choć­by odro­bi­ny opty­mi­zmu. Wy­szłam z ga­bi­ne­tu, pod­czas gdy oni na­dal roz­ma­wia­li. Od­pię­łam mały me­da­lik z anioł­kiem, któ­ry Agniesz­ka dała mi na uro­dzi­ny, i ci­snę­łam nim o pod­ło­gę. Ni­g­dy nie by­łam ja­koś szcze­gól­nie wie­rzą­ca. Ja­mes za­ra­ził się żar­li­wą wia­rą od swo­jej żony, ja jed­nak nie by­łam do koń­ca prze­ko­na­na. Je­śli Bóg nie ist­nie­je – trud­no, a je­śli jed­nak ist­nie­je – to go nie­na­wi­dzę, bo był cho­ler­nie nie­spra­wie­dli­wy.

Naj­waż­niej­szy w ży­ciu jest czas. Co ci po mi­ło­ści, ro­dzi­nie, przy­ja­cio­łach, stu­diach, sko­ro nie mo­żesz się nimi dłu­go w peł­ni cie­szyć? Ktoś wła­śnie ode­brał mi coś naj­cen­niej­sze­go. Bez cza­su ni­g­dy nie skoń­czę stu­diów, nie po­wiem wię­cej Ja­me­so­wi, jak bar­dzo go ko­cham, nie za­ko­cham się, nie za­ło­żę ro­dzi­ny… Bez cza­su je­stem ni­kim.

We­szłam do ga­bi­ne­tu za­bie­go­we­go, w któ­rym ni­ko­go nie było. Chwy­ci­łam ma­lut­ki skal­pel, któ­ry le­żał na sto­li­ku, i ru­szy­łam do naj­bliż­szej ła­zien­ki. Pła­ka­łam. Jed­nak to nie była trud­na de­cy­zja. Mia­łam do wy­bo­ru cze­kać na mo­ment wy­ro­ku, bać się i pod­dać bez­sen­sow­nej ku­ra­cji albo mo­głam też za­koń­czyć swo­je ży­cie tu i te­raz.

Za­mknę­łam za sobą drzwi. Usia­dłam na pod­ło­dze. Czu­łam ude­rze­nia mo­je­go uszko­dzo­ne­go ser­ca. My­śla­łam o rze­czach, któ­rych już ni­g­dy nie prze­ży­ję. Przy­wo­ła­łam wszyst­kie naj­lep­sze wspo­mnie­nia zwią­za­ne z Ja­me­sem. Pła­ka­łam, ale to nie mo­gło mnie po­wstrzy­mać. Nie będę cze­kać na wy­rok. Nie będę li­czyć dni. Nie ma ta­kiej opcji. Ktoś może po­wie­dzieć, że mam ko­cha­ją­ce­go bra­ta. Mam ro­dzi­nę, któ­ra bę­dzie mnie wspie­rać. Jed­nak to nie­praw­da. Kie­dy umie­rasz, je­steś sam. Nikt nie jest w sta­nie cię zro­zu­mieć. Pierw­szy raz zo­sta­łam sama. Nie chcę być sama. Nie umiem być sama. Nie chcę na­wet o tym my­śleć.

Przy­tknę­łam skal­pel do skó­ry w oko­li­cy nad­garst­ków, prze­ko­na­na o słusz­no­ści tego, co ro­bię. Była pew­na, że nie po­tra­fię żyć z wie­dzą o tym, ile dni mi zo­sta­ło. Po­czu­łam krew tęt­nią­cą mi w ży­łach i za­mknę­łam oczy…

11 lat wcześniej...

Daniel Szymański

Oj­ciec i dzia­dek sie­dzie­li na­prze­ciw­ko mnie, za­pad­nię­ci w głę­bo­kie fo­te­le w na­szym sa­lo­nie. Twarz pierw­sze­go wy­ra­ża­ła tyl­ko jed­no – ocze­ki­wa­nie, na­to­miast dzia­dek wier­cił się nie­cier­pli­wie. Naj­wy­raź­niej wcze­śniej już roz­ma­wia­li i po­sta­no­wi­li mi tę cu­dow­ną no­wi­nę prze­ka­zać ra­zem.

Na co li­czy­li? Jak mia­łem za­re­ago­wać na ich re­we­la­cje? Może ich uści­skać? Sam nie wie­dzia­łem, co czu­ję. Przez chwi­lę by­łem pu­sty, wy­lą­do­wa­łem w ja­kiejś ot­chła­ni, a moje ser­ce roz­ry­wa­ło się na ka­wał­ki.

Ja­sna cho­le­ra!

Wsta­łem ener­gicz­nie, wa­ląc pię­ścią w stół. Jed­na ze szkla­nek spa­dła na pod­ło­gę i roz­bi­ła się, ale nie dba­łem o to.

– Da­nie­lu, uspo­kój się – upo­mniał mnie dzia­dek.

Wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go. Za­zwy­czaj je­stem osto­ją spo­ko­ju. Przez całe moje szes­na­sto­let­nie ży­cie zda­rzył mi się tyl­ko je­den wy­buch zło­ści. Mia­łem sześć lat i ode­szła moja mat­ka. Naj­wy­raź­niej dzi­siaj przy­szedł czas na dru­gi.

– Jak mam się, do cho­le­ry, uspo­ko­ić? – spy­ta­łem re­to­rycz­nie. – A cie­bie to­tal­nie po­grza­ło, czło­wie­ku?! – wy­krzyk­ną­łem w stro­nę ojca.

– Da­niel! – skar­cił mnie dzia­dek, po chwi­li do­da­jąc ła­god­niej: – Da­nie­lu, pro­szę…

Oj­ciec spu­ścił gło­wę. Wie­dzia­łem, że cier­pi, ale nie za­mie­rza­łem mu od­pu­ścić. Nie po tym, co wła­śnie usły­sza­łem.

Wy­bie­głem z sa­lo­nu i wpa­dłem do swo­je­go po­ko­ju, osten­ta­cyj­nie trza­ska­jąc drzwia­mi. Nikt za mną nie po­szedł, naj­wy­raź­niej chcie­li dać mi czas, że­bym to prze­tra­wił. Tyl­ko że… tego nie dało się prze­tra­wić.

Wzią­łem głę­bo­ki wdech. Wy­cią­gną­łem swój ple­cak tu­ry­stycz­ny. Oj­ciec ku­pił mi go dwa lata temu na na­szą pierw­szą sa­mot­ną wy­pra­wę w góry. Spa­li­śmy wte­dy pod na­mio­tem, ży­wi­li­śmy się obrzy­dli­wy­mi kon­ser­wa­mi i wspi­na­li­śmy na naj­wyż­sze szczy­ty, aż do utra­ty tchu. Było świet­nie. Nie­ste­ty te cza­sy już bez­pow­rot­nie mi­nę­ły. Za­czą­łem wrzu­cać do ple­ca­ka swo­je rze­czy i książ­ki po­trzeb­ne do szko­ły.

Moja mat­ka ode­szła, gdy mia­łem sześć lat, a wcze­śniej nie­ko­niecz­nie się mną zaj­mo­wa­ła. Za­wsze by­łem bar­dziej szczę­śli­wy z oj­cem. To on ba­wił się ze mną kloc­ka­mi Lego i po­zwa­lał po­ma­gać w my­ciu sa­mo­cho­du. Ra­zem tre­no­wa­li­śmy sztu­ki wal­ki i oglą­da­li­śmy fil­my o su­per­bo­ha­te­rach. Mat­ka cza­sem nam to­wa­rzy­szy­ła, ale rzad­ko. Wo­la­ła za­my­kać się w swo­jej pra­cow­ni i ma­lo­wać ob­ra­zy. Cza­sem ma­lo­wa­ła i mnie, ale cią­gle ma­ru­dzi­ła, że za bar­dzo się ru­szam. Za­bie­ra­ła mnie też nad mo­rze, oj­ciec je­chał z nami i wte­dy było faj­nie. To na­sze małe se­kret­ne miej­sce da­wa­ło mi dużo ra­do­ści. Pły­wa­li­śmy, bu­do­wa­li­śmy zam­ki z pia­sku i gra­li­śmy w pił­kę.

Po­tem po pro­stu znik­nę­ła. Wte­dy nie ro­zu­mia­łem, co się wła­ści­wie sta­ło. Mat­ki na­gle za­bra­kło w moim ży­ciu. Po la­tach do­wie­dzia­łem się, że za­bra­ła spo­rą sum­kę z kon­ta ojca i wy­je­cha­ła ze swo­im ko­chan­kiem do cie­płych kra­jów. Bio­rąc to pod uwa­gę, mu­szę stwier­dzić, że oj­ciec za­cho­wał się bar­dzo ele­ganc­ko. Ni­g­dy nie na­sta­wiał mnie prze­ciw­ko mat­ce. Tego, że ucie­kła z ko­chan­kiem i go okra­dła, do­wie­dzia­łem się od dziad­ka, gdy mia­łem dwa­na­ście lat, i do­pie­ro wte­dy za­czą­łem ją nie­na­wi­dzić. Wcze­śniej tro­chę za nią tę­sk­ni­łem, jed­nak ni­g­dy nie pła­ka­łem z po­wo­du jej odej­ścia. Po­ko­cha­łem moją nową, po­mniej­szo­ną ro­dzi­nę. Oj­ciec za­stę­po­wał mi mat­kę, gdy było trze­ba. Za­wsze mo­głem na nie­go li­czyć. To on tłu­ma­czył mi, jak pod­ry­wać ko­bie­ty, po­ma­gał w na­uce, chwa­lił i za­wsze był w szko­le, gdy od­bie­ra­łem na­gro­dę dla naj­lep­sze­go ucznia. Bie­ga­li­śmy ra­zem, wspól­nie po­więk­sza­li­śmy na­szą ogrom­ną ko­lek­cję fil­mów. To on ode­brał mnie po im­pre­zie, na któ­rą wy­mkną­łem się nie­le­gal­nie i upi­łem pra­wie do nie­przy­tom­no­ści. Trzy­mał moją gło­wę nad se­de­sem i krył mnie przed dziad­kiem, a póź­niej nie krzy­czał. Ni­g­dy. Po pro­stu zmu­sił mnie do prze­bie­gnię­cia dzie­się­ciu ki­lo­me­trów do szpi­ta­la. Za­brał mnie na salę, gdzie le­żał pi­jak w de­li­rium i za­py­tał, czy chcę tak skoń­czyć. Zna­czy­ło to dla mnie wię­cej niż ja­ka­kol­wiek roz­mo­wa. Za­pa­mię­tam ten wi­dok do koń­ca ży­cia. Mia­łem wów­czas czter­na­ście lat i wy­war­ło to na mnie spo­re wra­że­nie. Wciąż wy­my­ka­łem się na im­pre­zy, ale już ni­g­dy się nie upi­łem.

Oj­ciec nie wpro­wa­dzał dys­cy­pli­ny. Nie było po­trze­by. By­łem w nie­go wpa­trzo­ny jak w ob­ra­zek. To dzia­dek był tym su­row­szym. Je­śli już mia­łem do­stać szla­ban, to wła­śnie od nie­go, a oj­ciec ni­g­dy nie ne­go­wał jego zda­nia. Dzia­dek oglą­dał z nami fil­my i uczył mnie go­to­wać, w za­sa­dzie cały czas by­li­śmy ra­zem. Może ktoś na­zwie moją ro­dzi­nę „nie­nor­mal­ną”, ale ja ją ko­cha­łem.

Mój oj­ciec jest le­ka­rzem, po­dob­nie jak dzia­dek, w do­dat­ku ma szan­sę awan­so­wać na dy­rek­to­ra szpi­ta­la. Pra­co­wa­li dużo, jeź­dzi­li na kon­fe­ren­cję, ale rzad­ko ra­zem, cza­sem na­wet za­bie­ra­li mnie ze sobą. Wcią­gną­łem się w me­dy­cy­nę, za­nim jesz­cze do­brze po­tra­fi­łem li­czyć. W gim­na­zjum, za­nim przy­szła hi­gie­nist­ka, to ja udzie­la­łem pierw­szej po­mo­cy swo­im ró­wie­śni­kom. By­łem w tym lep­szy od na­uczy­cie­li. Chcia­łem zo­stać le­ka­rzem, a oj­ciec i dzia­dek wspie­ra­li mnie w tych pla­nach. By­łem pew­ny, że za­wsze przy mnie będą, że ni­g­dy mnie nie opusz­czą, tak jak mat­ka. Cóż… po­wiedz­my, że się po­my­li­łem.

Za­pią­łem spa­ko­wa­ny ple­cak i na­rzu­ci­łem go na ple­cy. Spoj­rza­łem na krzy­żyk wi­szą­cy na ścia­nie, ścią­gną­łem go i przez chwi­lę się mu przy­glą­da­łem.

– Wiesz co? Nie­na­wi­dzę cię. Ode­bra­łeś mi go.

Ci­sną­łem krzy­ży­kiem przez okno i wy­sze­dłem ze swo­je­go po­ko­ju, wie­dząc że nie­pręd­ko do nie­go wró­cę. Dzia­dek i oj­ciec już na mnie cze­ka­li i zszo­ko­wa­ni pa­trzy­li na mój ple­cak. Nie spo­dzie­wa­li się tego.

– Wy­pro­wa­dzam się na­tych­miast – oznaj­mi­łem.

– Ty chy­ba so­bie żar­tu­jesz! Masz szes­na­ście lat! – krzyk­nął dzia­dek.

– Tak, i nie mam ro­dzi­ny, więc za­mie­rzam żyć na wła­sną rękę.

– Da­nie­lu… pro­szę, po­roz­ma­wiaj­my spo­koj­nie… – za­czął oj­ciec bła­gal­nym to­nem.

– Nie. Nie ma mowy. Ty już wy­bra­łeś, zo­sta­wi­łeś mnie, więc ja też stąd spa­dam. Ma­cie mi ku­pić miesz­ka­nie i pła­cić ali­men­ty. Taki jest wasz obo­wią­zek. Do wi­dze­nia.

Wy­sze­dłem z domu, wie­dząc, że za mną nie pój­dą, byli zbyt zszo­ko­wa­ni. Kie­dy się otrzą­sną, będą roz­ma­wiać do póź­nych go­dzin wie­czor­nych, sta­ra­jąc się zna­leźć wyj­ście z tej sy­tu­acji. Za­wsze tak ro­bi­li.

Spoj­rza­łem ostat­ni raz na dom i na­rzu­ci­łem kap­tur na gło­wę. Czu­łem, że łzy po­wo­li spły­wa­ją po mo­ich po­licz­kach. Ostat­ni raz pła­ka­łem, ma­jąc sześć lat, kie­dy zo­sta­wi­ła mnie mat­ka, póź­niej prze­sta­łem. Oj­ciec po­wie­dział mi, że męż­czyź­ni nie pła­czą. Otarł moje łzy i za­brał mnie na lody. Te­raz mam szes­na­ście lat i pła­czę, bo oj­ciec mnie zo­sta­wił. Tym ra­zem jed­nak nie ma kto mi otrzeć łez i po­wie­dzieć, że­bym nie pła­kał, a na lody mogę się co naj­wy­żej za­brać sam.

Na­uczo­no mnie, że naj­waż­niej­szą war­to­ścią w ży­ciu jest ro­dzi­na. Wy­cho­wa­no mnie w wie­rze ka­to­lic­kiej, zgod­nie z któ­rą na­le­ży ko­chać i sza­no­wać swo­ich ro­dzi­ców, a te­raz ta wia­ra od­bie­ra­ła mi naj­bliż­szą dla mnie oso­bę. Mat­ka mnie zo­sta­wi­ła, a te­raz Bóg ode­brał mi ojca. Co to w ogó­le za po­mysł, żeby cho­ler­nie do­bry le­karz, któ­ry na do­da­tek ma do­ra­sta­ją­ce­go syna, zo­sta­wał księ­dzem?!

Spoj­rza­łem na gwiaz­dy. Oj­ciec po­wie­dział mi kie­dyś, że Bóg sie­dzi na chmur­ce i nas ob­ser­wu­je, a na pew­no sły­szy na­sze my­śli. Wcią­gną­łem chłod­ne po­wie­trze.

– Pieprz się! – krzyk­ną­łem w stro­nę nie­ba.

Ru­szy­łem przed sie­bie. Pierw­szy raz by­łem na­praw­dę sam…

600 dni

Rosalie

Usły­sza­łam bar­dzo iry­tu­ją­cy dźwięk. Ob­ró­ci­łam się na dru­gi bok i mia­łam na­dzie­ję, że uda mi się jesz­cze za­snąć, ale ten sy­gnał był co­raz bar­dziej wku­rza­ją­cy i dzwo­nił co­raz gło­śniej. Zre­zy­gno­wa­na pod­nio­słam się i wzię­łam do ręki te­le­fon. Wy­łą­czy­łam bu­dzik, ale za­miast czuć ulgę, po­my­śla­łam o czymś in­nym. Wciąż ży­łam. Mu­sia­łam więc prze­żyć ko­lej­ny dzień resz­ty mo­je­go ży­cia. Tak, do­kład­nie resz­ty mo­je­go ży­cia, a za wie­le go już nie mia­łam.

Na­zy­wam się Ro­sa­lie He­art. Iro­nia losu, praw­da? Na na­zwi­sko mam He­art, a je­dy­ne, cze­go mi bra­ku­je, to wła­śnie ser­ca. I nie to nie tak, że nie mam go w prze­no­śni, nie mam go do­słow­nie. Praw­da jest taka, że mam dwa­dzie­ścia dwa lata, a moje ser­ce umie­ra. Zo­stał mi może rok, może dwa lata ży­cia. No, chy­ba że znaj­dzie się daw­ca. Wy­obraź­cie so­bie, że ser­ca nie moż­na ku­pić, nie moż­na go też ko­muś uży­czyć. Wie­cie, co trze­ba zro­bić, by zdo­być ser­ce? Cze­kać, aż ktoś umrze, aby spró­bo­wać ope­ra­cji, któ­ra może mi dać nowe ży­cie lub za­koń­czyć moje obec­ne. In­te­re­su­ją­ce, praw­da?

No więc dzi­siaj jest śro­da, ko­lej­ny dzień resz­ty mo­je­go ży­cia. Idę wziąć prysz­nic, za­kła­dam mod­ną ró­żo­wą su­kien­kę, wło­sy ukła­dam w ła­god­ne fale i ro­bię so­bie ma­ki­jaż. Za­py­ta­cie po co? Szy­ku­ję się na uczel­nię. Stu­diu­ję pra­wo na mało pre­sti­żo­wym uni­wer­sy­te­cie. Nie py­taj­cie mnie dla­cze­go. Nie wiem po co ko­muś, kto nie­ba­wem umrze, ja­kie­kol­wiek stu­dia, a co do­pie­ro pra­wo. Prze­brnę­łam przez tę całą idio­tycz­ną ścież­kę edu­ka­cji, by do­stać się na te stu­dia, a pew­nie nie do­ży­ję ich koń­ca. Jak tak so­bie o tym po­my­ślę, to jest to na­praw­dę bez­ce­lo­we. Na­wet je­śli do­ży­ję do koń­ca i zro­bię dy­plom, to po co ko­muś w nie­bie/ni­co­ści/czyść­cu/pie­kle praw­nik?

Ze­szłam na par­ter i skie­ro­wa­łam się do kuch­ni. Nie­chęt­nie usia­dłam przy du­żym dę­bo­wym sto­le. Na­la­łam so­bie her­ba­ty i przy­szło mi do gło­wy, że każ­de­go ran­ka bar­dzo tę­sk­nię za kawą, nie­ste­ty jest jed­ną z rze­czy ka­te­go­rycz­nie za­ka­za­nych.

– A może ja­kieś „dzień do­bry”, „hel­lo” czy cho­ciaż „sie­ma”? – spy­tał mój star­szy brat. Niech was nie zwie­dzie jego sek­sow­ne spoj­rze­nie, ni­ski tembr gło­su i ostre rysy twa­rzy. To fakt, że mat­ka na­tu­ra nie po­ską­pi­ła mu uro­ku oso­bi­ste­go, za to uczy­ni­ła go naj­bar­dziej iry­tu­ją­cym czło­wie­kiem na tym kon­ty­nen­cie… Nie, na ca­łej kuli ziem­skiej. W za­sa­dzie stwo­rzy­ła po­two­ra!

Ja­mes jest moim opie­ku­nem praw­nym, ma trzy­dzie­ści dwa lata, wła­sną fir­mę, żonę i dwój­kę dzie­ci, kota, psa i ryb­ki w akwa­rium – ge­ne­ral­nie pe­łen ser­wis. Wróć­my jed­nak do sed­na. Ja­mes to naj­praw­do­po­dob­niej je­dy­na oso­ba, któ­ra szcze­rze wie­rzy w to, że będę mia­ła prze­szczep, któ­ry prze­ży­ję i on umrze pierw­szy, a ja będę dba­ła o jego grób.

Jed­nym sło­wem: IDIO­TA! Nie może umrzeć przede mną, no chy­ba że wy­stą­pią ja­kieś nie­zwy­kłe oko­licz­no­ści, na przy­kład po­trą­ci go au­to­bus na ja­kimś nie­oświe­tlo­nym przej­ściu dla pie­szych. To było po pro­stu nie­re­al­ne. Nie­ste­ty do nie­go nic nie tra­fia­ło. Z tego wzglę­du, dla świę­te­go spo­ko­ju, za­wsze mu po­ta­ki­wa­łam.

Tak czy ina­czej, ko­cham go nad ży­cie i wiem, że gdy­by mógł, od­dał­by mi wła­sne ser­ce, ale to za­ka­za­ne, zresz­tą on na­praw­dę ma dla kogo żyć.

– Mhm… – wy­mam­ro­ta­łam i na­ło­ży­łam so­bie tro­chę sa­łat­ki z kur­cza­kiem.

O tak, zdro­we je­dze­nie prze­dłu­ża ży­cie, cie­ka­we po co. Rów­nie do­brze mo­gła­bym co­dzien­nie jeść w KFC, a i tak nie ży­ła­bym spe­cjal­nie kró­cej. No do­bra, mia­ło­by to je­den mi­nus – przy­ty­ła­bym, a tego nie chcia­łam. Mam świet­ną fi­gu­rę i za­mie­rzam ją za­cho­wać, im będę szczu­plej­sza, tym tań­sza bę­dzie trum­na. Cho­ciaż czy ja wiem… chy­ba wo­la­ła­bym być spa­lo­na i roz­sy­pa­na nad rze­ką, nie­ste­ty pra­wo pol­skie za­bra­nia­ło po­dob­nych za­bie­gów. A zresz­tą czy to zno­wu taka wiel­ka róż­ni­ca być spa­lo­ną i stać w urnie na cmen­ta­rzu, czy le­żeć w trum­nie?

Spoj­rza­łam na szcze­rzą­ce­go się bra­ta. Nie, jemu tego nie po­wiem. By­łam pew­na, że to wy­wo­ła­ło­by awan­tu­rę.

– Ju­tro mu­sisz iść na ba­da­nia – oznaj­mił Ja­mes.

– Zno­wu? – jęk­nę­łam.

– Prze­ra­bia­my to co mie­siąc, Rose – od­po­wie­dział, nie­zra­żo­ny. – Po pro­stu tam idź, OK?

– Ja­sne, wpad­nę, jak znaj­dę chwi­lę – od­par­łam z iro­nią.

– Ależ ty je­steś upar­ta.

– A ty iry­tu­ją­cy – od­pa­ro­wa­łam.

– Wku­rza­ją­ca gów­nia­ra.

– Ma­rud­ny sta­ruch.

– Rose…

– Pój­dę już na uczel­nię.

Wes­tchnę­łam. Nie chcia­łam się z nim kłó­cić, przy­naj­mniej nie dzi­siaj. Wsta­ła od sto­łu i ru­szy­łam do przed­po­ko­ju. Wsu­nę­łam na nogi ba­le­ri­ny, chwy­ci­łam to­reb­kę, do któ­rej za­pa­ko­wa­ne już było moje dru­gie śnia­da­nie. Uśmiech­nę­łam się i po­krę­ci­łam gło­wą.

– Ko­cham cię, Ja­mes – po­wie­dzia­łam ci­cho.

Wy­szłam z domu i ru­szy­łam spo­koj­nie w stro­nę uczel­ni. Je­dy­ne, o czym tak na­praw­dę my­śla­łam, to, to jak wie­le chcia­ła­bym jesz­cze zro­bić, ale nie mogę. Chcia­ła­bym skoń­czyć te cho­ler­ne stu­dia, do nie­przy­tom­no­ści upić się na im­pre­zie, zna­leźć fa­ce­ta, prze­żyć swój pierw­szy raz, być wzię­tym praw­ni­kiem, wyjść za mąż i mieć dwój­kę dzie­ci. Jed­no­cze­śnie wie­dzia­łam, że to ni­g­dy się nie zda­rzy, więc nie ma co nad tym du­mać. To tro­chę skom­pli­ko­wa­ne.

Za­sta­na­wia­cie się, dla­cze­go nie wie­rzę? Po­cząt­ko­wo mia­łam sie­dem­set dni, w cią­gu stu le­ka­rzom nie uda­ło się zna­leźć dla mnie ser­ca. Za­wsze ktoś bę­dzie po­trze­bo­wał go bar­dziej. Prze­sta­łam wie­rzyć w prze­szczep ja­kieś trzy dni wcze­śniej. Po­sta­no­wi­łam po pro­stu za­ak­cep­to­wać to, ile cza­su mi zo­sta­ło. Bądź­my szcze­rzy, nie mam go zbyt wie­le. Nie wiem, kto się na mnie uwziął tam, na gó­rze, ale to strasz­nie okrut­ne od­bie­rać ko­muś czas.

Pew­nie za­sta­na­wia­cie się, cze­mu nie po­peł­ni­łam sa­mo­bój­stwa? Pro­blem w tym, że pró­bo­wa­łam i mi nie wy­szło, a nie mam w zwy­cza­ju pró­bo­wać cze­goś dwa razy. Kie­dy do­wie­dzia­łam się, że je­stem cho­ra, sa­mo­bój­stwo wy­da­wa­ło mi się na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cją tej wia­do­mo­ści. Chcia­łam wziąć los w swo­je ręce i sama za­de­cy­do­wać, kie­dy umrę. Uda­ło mi się ukraść skal­pel, za­mknąć się w szpi­tal­nej ła­zien­ce, i tyle. Co mo­gło pójść nie tak, sko­ro plan był ide­al­ny? Moje dur­ne ser­ce nie wy­trzy­ma­ło stre­su i po pro­stu ze­mdla­łam. Tak więc wy­glą­da­ła moja nie­uda­na pró­ba sa­mo­bój­cza. Dru­giej pró­by nie bę­dzie. Po­wiedz­my, że naja­dłam się wy­star­cza­ją­co dużo wsty­du.

Opo­wiem wam może o swo­jej cho­ro­bie, bo o pla­nach na przy­szłość za dużo do po­wie­dze­nia nie mam. Ogra­ni­cza­ją się do tego, by zjeść dzi­siaj ko­la­cję i wyjść z psem, a więc…

Nie­na­wi­dzę swo­je­go ser­ca, dla­cze­go aku­rat mi tra­fi­ło się ta­kie wa­dli­we? Moja cho­ro­ba pro­wa­dzi do jego nie­wy­dol­no­ści, a więc uszko­dze­nia. Mój cu­dow­ny na­rząd w koń­cu nie bę­dzie w sta­nie za­pew­nić od­po­wied­nie­go prze­pły­wu krwi, co od­bi­je się na moim or­ga­ni­zmie. Z ko­lei, żeby było jesz­cze przy­jem­niej, taki stan do­pro­wa­dzi mię­dzy in­ny­mi do po­więk­sze­nia jam ser­ca z dusz­no­ścią wy­sił­ko­wą, obrzę­ków koń­czyn dol­nych, za­bu­rzeń ryt­mu, a w koń­cu do roz­sy­pa­nia się ca­łej ma­chi­ny.

Ja­kie są ob­ja­wy tej fa­scy­nu­ją­cej cho­ro­by? Kło­po­ty z od­dy­cha­niem i zmę­cze­nie, ka­szel, obrzę­ki koń­czyn dol­nych, ko­ła­ta­nie ser­ca, zmia­na wagi i tym po­dob­ne. Do­dat­ko­wo moje leki po­wo­du­ją krwa­wie­nie z nosa, krwio­mocz, si­nia­ki i wszyst­ko, cze­go du­sza za­pra­gnie. Co cie­ka­we, wy­da­je mi się, że je­stem wy­jąt­ko­wa, tyl­ko ja­kieś dwa, dwa i pół pro­cent po­pu­la­cji cier­pi na nie­wy­dol­ność ser­ca. Cho­ciaż, szcze­rze mó­wiąc, w du­pie mam taką wy­jąt­ko­wość.

Wie­cie komu pro­po­nu­je się prze­szczep? Oso­bie, któ­ra ma tyl­ko pięć­dzie­siąt pro­cent szans na to, że prze­ży­je naj­bliż­sze dwa lata, a więc mnie! Cza­sem za­sta­na­wiam się, po co w ogó­le wal­czę, lub ra­czej po co wal­czą za mnie Ja­mes i mój le­karz, bo ja po­go­dzi­łam się z lo­sem. Dwa lata to tro­chę po­nad sie­dem­set dni, sto dni mi­nę­ło od po­sta­wie­nia dia­gno­zy, któ­ra oka­za­ła się wy­ro­kiem śmier­ci z opóź­nio­ną datą wy­ko­na­nia. Prze­sta­łam wie­rzyć w to, że otrzy­mam prze­szczep i prze­szłam do spo­koj­ne­go od­li­cza­nia dni. Zo­sta­ło mi ich oko­ło sze­ściu­set, może wię­cej, może mniej, tego jed­ne­go by­łam pew­na i to pa­ra­dok­sal­nie po­zwa­la­ło mi nie zwa­rio­wać.

Resz­ta mo­je­go ży­cia by­ła­by zde­cy­do­wa­nie lep­sza, gdy­by nie za­ka­zy do­dat­ko­we. Nie wol­no mi jeść otrę­bów, wą­trób­ki, ka­pu­sty ki­szo­nej, ka­la­fio­ra, zia­ren soi, zie­lo­nej sa­ła­ty i szpi­na­ku. Za­baw­ne nie? Po­przed­nio ktoś mi tłu­ma­czył, że szpi­nak, wą­trób­ka i sa­ła­ta to samo zdro­wie. Co za nie­spo­dzian­ka. Nie mogę wziąć na­wet głu­piej aspi­ry­ny! Co da­lej?

Nie pij al­ko­ho­lu.

Nie pal pa­pie­ro­sów.

Re­gu­lar­nie mierz ci­śnie­nie.

Jedz zdro­wo.

Pij 2,5 l wody dzien­nie.

Tre­nuj.

Ba­daj się.

Bierz leki.

Współ­pra­cuj ze swo­im le­ka­rzem.

Pro­wadź dzien­nik cho­ro­by.

Te za­sa­dy to ma­rze­nie każ­de­go stu­den­ta, praw­da? Oczy­wi­ście nie sto­su­ję się do wszyst­kich re­guł, to już by­ło­by po­nad moje siły! Nie piję al­ko­ho­lu, za to piję dużo wody, nie palę, jem zdro­wo, ba­dam się i bio­rę leki – nie że­bym ro­bi­ła to z wła­snej woli. Jed­nak ci­śnie­nie mie­rzy mi brat, to rów­nież on współ­pra­cu­je z moim le­ka­rzem i pro­wa­dzi dzien­nik mo­jej cho­ro­by. To w koń­cu on chce prze­dłu­żyć moje ży­cie. Na­to­miast ja chcę po pro­stu prze­żyć te swo­je sześć­set dni czy ile mi tam zo­sta­ło.

Car­pe diem – chwy­taj dzień! Oto co dla mnie waż­ne.

– Hej, Rose!

Za­trzy­ma­łam się. Po chwi­li do­łą­czy­li do mnie zna­jo­mi, pew­nie po­win­nam ich na­zwać przy­ja­ciół­mi, ale to ja­kieś pa­te­tycz­ne sło­wo. W do­dat­ku wią­że się ze swe­go ro­dza­ju zo­bo­wią­za­niem, a ja nie skła­dam obiet­nic.

– Jak tam za­czął się twój, być może, ostat­ni dzień ży­cia?

– To­masz! – krzyk­nę­ła moja zde­gu­sto­wa­na ko­le­żan­ka.

Nie­ste­ty, nie ro­zu­mia­ła na­szych żar­tów.

– Jak za­wsze, wy­łą­czy­łam iry­tu­ją­cy bu­dzik, spraw­dzi­łam, czy żyję, a na dole w kuch­ni cze­kał mój upier­dli­wie, owład­nię­ty opty­mi­zmem brat – od­po­wie­dzia­łam ze śmie­chem.

Od­po­wie­dział tym sa­mym. To nasz sta­ły ry­tu­ał.

– Le­piej po­wiedz, czy idziesz ju­tro na im­pre­zę. – Wy­szcze­rzy­ła się do mnie we­so­ło Oli­wia.

– Je­śli do­ży­ję ju­tra, to idę na ba­da­nia do szpi­ta­la – stwier­dzi­łam spo­koj­nie.

– A za ty­dzień? – spy­ta­ła.

– Za­py­taj mnie w czwar­tek za ty­dzień – po­wie­dzia­łam obo­jęt­nie.

– Iry­tu­jesz mnie! – jęk­nę­ła.

– Trud­no, nie lu­bię skła­dać obiet­nic, któ­rych nie mogę do­trzy­mać. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Rose! – skar­ci­ła mnie.

– Daj jej spo­kój, Oli­wia, ciesz się, że dzi­siaj żyje, bo może da ci ścią­gnąć na ko­lo­kwium – ze śmie­chem stwier­dził To­mek.

Ko­cha­łam ich. Nie na­zwa­łam ich przy­ja­ciół­mi, bo… no tak, po­wie­dzia­łam, że to pa­te­tycz­ne sło­wo, ale praw­da jest taka, że na przy­ja­ciół mo­żesz li­czyć całe swo­je ży­cie, wspie­ra­ją cię, a ty wspie­rasz ich. Przy­jaźń to naj­więk­szy skarb na świe­cie, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy mo­żesz się nią dzie­lić. Co ze mnie za przy­ja­ciół­ka, je­śli za sześć­set dni umrę? Może le­piej wam o nich opo­wiem.

Zer­k­nę­łam na Oli­wię, mó­wi­ła o czymś z nie­zwy­kłym za­an­ga­żo­wa­niem. No tak, jak zwy­kle jej nie słu­cha­łam. Była moim zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem. Ni­ska blon­dyn­ka o nie­zwy­kle błę­kit­nych oczach, któ­ra za­wsze mia­ła coś do po­wie­dze­nia i za­zwy­czaj nie do­ty­czy­ło to pra­wa, w za­sa­dzie… ni­g­dy nie do­ty­czy­ło to pra­wa. Ubie­ra­ła się mod­nie i z kla­są, w naj­droż­szych bu­ti­kach. Cóż, ta­kie są plu­sy po­sia­da­nia bo­ga­tych ro­dzi­ców. Dzi­siaj mia­ła na so­bie su­kien­kę, któ­ra zde­cy­do­wa­nie prze­kra­cza­ła moje moż­li­wo­ści bu­dże­to­we, świet­nie skro­jo­ny ża­kiet i tur­ku­so­we szpil­ki, któ­rych szcze­rze jej za­zdro­ści­łam. Ni­g­dy jed­nak nie mia­ło to wpły­wu na na­szą przy­jaźń. Zna­my się pra­wie od pię­ciu lat. Od tam­tej pory Oli­wia była przy mnie i mam na­dzie­ję, że przez ko­lej­ne sześć­set dni na­dal bę­dzie. Wie­dzia­łam, że trak­to­wa­ła mnie jak naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką i ani przez mo­ment nie zwąt­pi­ła w to, że będę żyła, ale po­win­na się po­go­dzić z nie­uchron­nym.

Co do Tom­ka, to on był zu­peł­nie inny niż wszy­scy. Ro­zu­miał mnie. Ni­g­dy nie mu­sia­łam mu tłu­ma­czyć, jak się czu­ję, on po pro­stu wie­dział. Za­wsze. Kie­dy był ma­łym dziec­kiem, za­cho­ro­wał na raka, nie zna­łam go wte­dy. Wie­dzia­łam tyl­ko, że to był i jest dla nie­go wy­rok. Żył w prze­świad­cze­niu, że nie wy­grał, to zna­czy wy­grał pierw­szą run­dę. Kie­dyś cho­ro­ba może się o nie­go upo­mnieć, a on chciał być na tyle sil­ny, by zno­wu sko­pać jej ty­łek. Ży­czy­łam mu tego z ca­łe­go ser­ca… choć w moim przy­pad­ku to nie było do­bre okre­śle­nie. Mimo to wie­dzia­łam, że zro­bi dla mnie wszyst­ko i że mogę na nie­go li­czyć. Ra­zem iry­to­wa­li­śmy Oli­wię, uczy­li­śmy się, roz­ma­wia­li­śmy o śmier­ci, jak­by była czymś nor­mal­nym. To­mek był jed­ną z tych osób, któ­re spra­wia­ły, że nie czu­łam się tak bar­dzo „ska­za­na”, przy nim by­łam kimś nor­mal­nym. Nie wiem, czy to dla­te­go, że on sam był w ja­kiś spo­sób nie­nor­mal­ny i po pro­stu jako dwa nie­ty­po­we przy­pad­ki me­dycz­ne czu­li­śmy się do­brze ra­zem. Nie mo­głam wy­klu­czyć ta­kiej moż­li­wo­ści. Za­sta­na­wia­łam się tyl­ko, kie­dy spo­tka ja­kąś miłą dziew­czy­nę i bę­dzie miał dla mnie mniej cza­su. Nie, nie by­łam o nie­go za­zdro­sna, na­praw­dę! Nie mia­łam do tego pra­wa, zde­cy­do­wa­nie nie. Po pro­stu mnie to in­try­go­wa­ło. To praw­da, że nie był naj­przy­stoj­niej­szym fa­ce­tem na zie­mi, ale za to był bar­dzo in­te­li­gent­ny. Choć w za­sa­dzie był to jego je­dy­ny atut. Nie­ste­ty, jego pie­go­wa­ta twarz, ruda czu­pry­na i za­bój­cze metr sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu nie po­wa­la­ły na ko­la­na. Mimo wszyst­ko nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że za­słu­gi­wał na ko­goś nie­sa­mo­wi­te­go.

Na­praw­dę nie­wie­lu męż­czyzn jest za­rów­no przy­stoj­ny­mi, jak i in­te­li­gent­ny­mi, a z dwoj­ga złe­go le­piej szu­kać tych mą­drych. Przy­naj­mniej tak uwa­ża­ła moja bab­cia. Za­wsze mó­wi­ła, że wy­gląd prze­mi­nie i gdy będę sie­dzia­ła ze zgrzy­bia­łym sta­rusz­kiem przy ko­min­ku, war­to by­ło­by mieć o czym z nim roz­ma­wiać. Za­wsze się z tym zga­dza­łam, ale bio­rąc pod uwa­gę, że nie do­ży­ję do mo­men­tu po­marsz­cze­nia, może i po­win­nam prze­my­śleć swo­je prio­ry­te­ty, bo w po­zna­nie przy­stoj­ne­go i in­te­li­gent­ne­go męż­czy­zny nie wie­rzy­łam. Szcze­gól­nie że w ogó­le nie szu­ka­łam, bo po co mi ktoś, sko­ro i tak za­raz mnie tu­taj nie bę­dzie.

* * *

Nie będę Wam opi­sy­wać za­jęć ani z pra­wa kon­sty­tu­cyj­ne­go, ani z pra­wa kar­ne­go, ani tego, że Oli­wia zno­wu ścią­ga­ła ode mnie na ko­lo­kwium. Na­praw­dę po­win­na za­cząć się uczyć! Nie za­wsze bę­dzie mo­gła ode mnie ścią­gać, a po­win­na skoń­czyć te stu­dia.

* * *

Koło szes­na­stej by­łam już z po­wro­tem w domu. Dzie­cia­ki gra­ły na kon­so­li, Ja­mes był w pra­cy, a jego żona jak zwy­kle sie­dzia­ła przy sto­le i tłu­ma­czy­ła ja­kąś książ­kę. Jak ona mo­gła się sku­pić w tym ha­ła­sie? Po­dzi­wia­łam ją! Na­praw­dę! Ta ko­bie­ta ogar­nia­ła te dwa małe dia­bły, cały zwie­rzy­niec, mnie, mo­je­go bra­ta, po­sił­ki dla ca­łej ban­dy, tłu­ma­czy­ła książ­ki na zle­ce­nie, a przy tym za­wsze pa­mię­ta­ła, by nie wy­glą­dać jak za­pra­co­wa­na mat­ka. To wy­da­wa­ło się nie­wy­ko­nal­ne, a jej się jed­nak uda­wa­ło. Co praw­da mie­wa­ła gor­sze dni, ale kto mógł­by mieć jej to za złe?

Po­szłam do sie­bie, szyb­ko zrzu­ci­łam ciu­chy i za­ło­ży­łam strój do bie­ga­nia. Wzię­łam bu­tel­kę wody, na rękę za­ło­ży­łam pul­so­metr – moja cho­ro­ba to­wa­rzy­szy­ła mi do­słow­nie wszę­dzie! Zro­bi­łam krót­ką roz­grzew­kę i ze­szłam na dół.

– Idę po­bie­gać – oznaj­mi­łam.

– Masz te­le­fon? – za­py­ta­ła Agniesz­ka, pod­no­sząc gło­wę znad tek­stu.

– Oczy­wi­ście, mam też bu­tel­kę wody, pul­so­metr i bio­rę psa.

– Mi­łe­go bie­ga­nia, Rose!

Kiw­nę­łam jej tyl­ko gło­wą, a za­afe­ro­wa­ne gra­mi dzie­cia­ki na­wet nie za­uwa­ży­ły, że za­bra­łam ich wiel­kie­go owczar­ka nie­miec­kie­go ze sobą. Po­win­ny mi kie­dyś po­dzię­ko­wać albo za­cząć same go wy­pro­wa­dzać, w koń­cu nie wia­do­mo, ile jesz­cze będę mo­gła to ro­bić.

Kie­dy za­czy­nam biec, wszyst­ko tra­ci zna­cze­nie. Moja cho­ro­ba. By­łam tyl­ko ja, moje do­brze od­ży­wio­ne i ukształ­to­wa­ne cia­ło. Moje ser­ce, bi­ją­ce w rów­nym ryt­mie. Pies, któ­ry biegł koło mnie. Zmie­rza­li­śmy w stro­nę par­ku. Nie było dla mnie żad­nych gra­nic. Bie­głam spo­koj­nym truch­tem. Zde­cy­do­wa­nie oso­by, któ­re upra­wia­ją slow jog­ging, to przy mnie sprin­te­rzy. Mimo to na­dal ko­cham bie­gać. Mia­łam do wy­bo­ru ogra­ni­czo­ną licz­bę spor­tów, ale wy­bra­łam wła­śnie bie­ga­nie. Uwiel­biam je. Mój umysł był czy­sty. My­śla­łam tyl­ko o tym, do­kąd bie­gnę i ile jesz­cze mogę. Nie zwra­ca­łam uwa­gi na ogra­ni­cze­nia mo­je­go cia­ła. Ak­cep­to­wa­łam je, bo kie­dy by­łam w ru­chu, po pro­stu się nim cie­szy­łam.

Ob­rzu­ci­łam zi­ry­to­wa­nym spoj­rze­niem parę sta­rusz­ków, któ­rzy wy­ty­ka­li mnie pal­ca­mi. Po­dob­no cała Pol­ska bie­ga, sprzęt do bie­ga­nia jest wszę­dzie, a jog­ging jest w mo­dzie. Na osie­dlu mia­łam dwóch ma­ra­toń­czy­ków, a mimo to wszy­scy się na mnie ga­pi­li. Ni­g­dy nie zro­zu­miem pol­skiej men­tal­no­ści. Czy Po­la­cy ro­dzą się z ge­nem „pod­glą­dac­twa”? W Ame­ry­ce nikt nie zwra­cał na mnie uwa­gi. Bie­gasz? Bie­gaj, tyl­ko nie za­wra­caj mi gło­wy! Zde­cy­do­wa­nie wo­la­łam to po­dej­ście. Nie wiem, co jest tak fa­scy­nu­ją­ce­go w oso­bie, któ­ra bie­gnie. Może to, że bie­ga­łam wol­no? A może mi za­zdro­ści­li mo­ty­wa­cji?

Ni­g­dy nie zro­zu­miem Po­la­ków, cho­ciaż czu­łam się bar­dzo zwią­za­na z tym kra­jem. Mój oj­ciec był w Pol­sce w po­dró­ży służ­bo­wej. Za­ła­twiał ja­kieś waż­ne spra­wy i przez przy­pa­dek wpadł na moją mat­kę. Spo­ty­ka­li się co­dzien­nie, przez całe dwa ty­go­dnie. Póź­niej ona tak po pro­stu zo­sta­wi­ła całe swo­je ży­cie i wy­je­cha­ła ra­zem z nim. Po­dob­no mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia. Szcze­rze mó­wiąc, nie wie­rzy­ła­bym w to, gdy­by nie fakt, że tę wer­sję po­twier­dzi­li moi dziad­ko­wie. Kto by po­my­ślał, że hi­sto­rie tego typu w ogó­le się zda­rza­ją. Ta­kie praw­dzi­welove sto­ry. A tak szcze­rze, to po pro­stu im za­zdro­ści­łam. Chcia­ła­bym kie­dyś za­ko­chać się tak moc­no, że by­ła­bym w sta­nie rzu­cić wszyst­ko dla ko­goś, kogo po­ko­cham i za­cząć z nim od po­cząt­ku.

Je­śli mam być szcze­ra, to w mo­jej ro­dzi­nie hi­sto­ria lubi się po­wta­rzać. Ja­mes po­znał Agniesz­kę, gdy stu­dio­wa­ła na Co­lum­bia Uni­ver­si­ty w No­wym Jor­ku. Po­bra­li się krót­ko po tym, a pięć lat temu wró­ci­li­śmy do Pol­ski, po­nie­waż Agniesz­ka nie mo­gła znieść roz­łą­ki z ro­dzi­ca­mi, przy­ja­ciół­mi i chy­ba sa­mym kra­jem. Przy­znam się szcze­rze, że nie by­łam za­chwy­co­na. Może bar­dziej ko­cha­ła­bym ten kraj, gdy­bym po­zna­ła swo­ją mat­kę? Mój oj­ciec na­uczył się pol­skie­go, żeby zro­bić jej przy­jem­ność. Ja­mes od dziec­ka uczył się obu ję­zy­ków i od­wie­dzał dziad­ków na dru­gim kon­ty­nen­cie. Kie­dy uro­dzi­łam się ja, dziad­ko­wie już nie żyli, moja mat­ka zresz­tą też. Oj­ciec zmu­szał mnie do na­uki pol­skie­go, Ja­mes za­chę­cał i obaj upar­cie go­to­wa­li dwa­na­ście po­traw wi­gi­lij­nych, jak­by to była spra­wa ży­cia i śmier­ci. Gdy po­ja­wi­ła się Agniesz­ka, mu­sie­li­śmy za­cząć la­tać do Pol­ski. Za­wsze były świę­ta, wa­ka­cje, im­pre­zy oko­licz­no­ścio­we i okrą­głe uro­dzi­ny, któ­rych nie mo­gli­śmy prze­ga­pić. Nie prze­szka­dza­ło mi to do mo­men­tu, w któ­rym Ja­mes oznaj­mił mi, że zmie­nia­my miej­sce za­miesz­ka­nia. Chy­ba da­lej się z tym nie po­go­dzi­łam. Co praw­da w Pol­sce zna­la­złam praw­dzi­wych przy­ja­ciół, ję­zyk nie spra­wiał mi pro­ble­mów, ale mu­sia­łam na­uczyć się żyć w in­nej kul­tu­rze i zmie­rzyć się z prze­szko­da­mi ubo­gie­go sys­te­mu edu­ka­cji. Moż­na po­wie­dzieć, że po­mi­mo tylu lat tu­taj wciąż bu­dzi­łam się zdzi­wio­na ci­szą, nie­za­do­wo­lo­na ko­rzy­sta­łam z po­wol­ne­go tram­wa­ju i pa­trzy­łam bez za­in­te­re­so­wa­nia na mini cen­tra han­dlo­we.

Przy­spie­szy­łam w mo­men­cie, kie­dy wbie­głam do par­ku. Mia­łam już do­syć ludz­kich spoj­rzeń. Bie­głam tak szyb­ko i tak da­le­ko, jak tyl­ko mo­głam, no wła­śnie… Gwał­tow­nie się za­trzy­ma­łam, cięż­ko dy­sząc. Ro­zej­rza­łam się. Prze­sa­dzi­łam. Do par­ku do­bie­głam w stan­dar­do­wym tem­pie, ale zde­cy­do­wa­nie w moim pla­nie nie było do­bie­gnię­cia do jego prze­ciw­le­głe­go koń­ca w tak krót­kich cza­sie! Jed­nak mia­łam gra­ni­ce. Nie mo­głam po­wie­dzieć: „Chcę po­ko­nać swo­je ogra­ni­cze­nia”, za nimi cze­ka­ło mnie tyl­ko mniej niż sześć­set dni.

Cho­le­ra, mój pul­so­metr sza­lał. Z tru­dem do­szłam do ław­ki, sta­ra­łam się zła­pać od­dech. Sha­dow za­ła­twił swo­je po­trze­by i po chwi­li po­ło­żył się koło ław­ki, ko­cha­ny psiak. Okej… spo­koj­nie… to nie pierw­szy raz… wdech… wdech… wdech… wy­dech… wy­dech… Chwi­la, to nie tak było! Kto by po­my­ślał, że od­dy­cha­nie może być ta­kie trud­ne? Wdech… wy­dech… wdech… wy­dech… Tak, te­raz le­piej.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Pod­nio­słam wzrok i przez chwi­lę mia­łam wra­że­nie, że bra­ku­je mi tchu z in­ne­go po­wo­du, a moje ser­ce za­mie­ra, bo chce, a nie dla­te­go, że musi. Stał przede mną wy­so­ki męż­czy­zna o ślicz­nych zie­lo­nych oczy, w stro­ju do bie­ga­nia, pod­kre­śla­ją­cym wy­spor­to­wa­ne cia­ło. Mega cia­cho! Po­zna­łam przy­stoj­ne­go bru­ne­ta! Ide­ał. Ide­al­ny dla ta­kiej jak ja, by­łam tego pew­na.

No wła­śnie… dla­cze­go nie mia­ła­bym go po­de­rwać? Tacy fa­ce­ci ni­g­dy nie szu­ka­ją ko­goś na sta­łe, wie­dzia­łam to od Oli­wii. Czy po­win­nam jej wie­rzyć? Dla­cze­go aku­rat te­raz za­sta­na­wia­łam się, czy był in­te­li­gent­ny i czym się zaj­mo­wał? Po­mo­cy! Był zbyt przy­stoj­ny na in­te­lek­tu­ali­stę, zde­cy­do­wa­nie mu­siał być ogra­ni­czo­ny. To nie­re­al­ne, że­bym po­zna­ła ta­kie cia­cho, któ­re jest jesz­cze mą­dre.

OK, spo­kój, Rose, jak chcesz go po­de­rwać, to nie wy­glą­daj jak ostat­nia ofia­ra losu. A tak, od­dy­chać, zde­cy­do­wa­nie to jest prio­ry­te­tem. Cho­ciaż nie, po­win­nam mu naj­pierw od­po­wie­dzieć!

– Tak, już mi le­piej – od­po­wie­dzia­łam po dłuż­szej chwi­li.

– Na pew­no? – do­py­ty­wał.

– Mhm… wy­szłam po­bie­gać z psem – za­czę­łam ostroż­nie. – Cóż… chy­ba nie mam kon­dy­cji.

Nie mam kon­dy­cji? Po pierw­sze, to ra­czej kiep­ski tekst na pod­ryw, na­wet jak na mnie. Po dru­gie, w moim przy­pad­ku wy­ra­że­nie „nie mam kon­dy­cji” to ta­kie drob­ne nie­do­po­wie­dze­nie.

– Może cię od­pro­wa­dzę? – za­pro­po­no­wał.

Bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo bym chcia­ła! Och… nie po­win­nam. Ale chcę!

Czu­łam, że mój mózg zde­cy­do­wa­nie nie na­dą­ża za mo­imi my­śla­mi.

– Nie, nie trze­ba, na­praw­dę. – Uśmiech­nę­łam się słod­ko i uwo­dzi­ciel­sko, przy­naj­mniej taką mia­łam na­dzie­ję.

Do dia­bła! Czy to tak się robi? Może po­win­nam zna­leźć so­bie w li­ceum ja­kie­goś fa­ce­ta, a nie tyl­ko się uczyć? Wte­dy na pew­no by­ło­by cho­ciaż odro­bi­nę ła­twiej.

– Je­stem Da­niel.

Uśmiech­nął się za­bój­czo. Tak, zde­cy­do­wa­nie to był za­bój­czy uśmiech. Moje obo­la­łe i zmę­czo­ne ser­ce le­d­wo mo­gło go znieść.

– Chęt­nie cię od­pro­wa­dzę – za­pew­nił. – Nie mogę po­zwo­lić, żeby coś ci się sta­ło.

– Rose – przed­sta­wi­łam się. – Ale bar­dziej chcesz mnie od­pro­wa­dzić do ka­wiar­ni na ja­kąś kawę czy coś w tym sty­lu, praw­da?

Wy­buch­nął śmie­chem. Miał pięk­ny śmiech, naj­pięk­niej­szy. Bar­dzo chcia­ła­bym z nim gdzieś pójść. Gdy­by nie to, że moje ser­ce chy­ba wła­ści­wie nie za­mie­rza­ło wra­cać do nor­my, mo­gło­by być miło.

– Naj­pierw od­pro­wa­dzę cię do domu, Rose. Mhm… Rose, masz bar­dzo ory­gi­nal­ne imię. Jed­nak je­śli masz ocho­tę, to chęt­nie za­pro­szę cię ju­tro na kawę, co ty na to?

Wsta­łam ener­gicz­nie, moje ser­ce dziw­nym tra­fem uspo­ko­iło się. My­ślę, że chcia­ło ze mną współ­pra­co­wać, cho­ciaż przez te kil­ka mi­nut. Może to znak, że mam pra­wo się z nim umó­wić? Prze­cież i tak po pierw­szym spo­tka­niu wię­cej go nie spo­tkam. Co może się złe­go wy­da­rzyć? Na­wet mi na­le­ża­ła się chwi­la po­zba­wio­na my­śle­nia o cho­ro­bie, taka nor­mal­na. Każ­dy na nią za­słu­gu­je.

Pod­nio­słam z zie­mi spo­rej dłu­go­ści pa­tyk, któ­ry le­żał obok ław­ki. Na pia­sku za­pi­sa­łam swój nu­mer te­le­fo­nu.

– Za­dzwoń ju­tro, ale od­pro­wa­dzam się sama. – Za­czę­łam biec, nie cze­ka­jąc na jego re­ak­cję. – Sha­dow! – Pies ru­szył za mną.

– Upar­ta je­steś! – krzyk­nął za mną.

– Za­wsze. – Za­śmia­łam się.

Do­bie­głam do koń­ca alej­ki, ale gdy tyl­ko stra­ci­łam go z oczu, za­czę­łam bar­dzo po­wo­li iść. Cóż… moje ży­cie się zmie­nia­ło, przy­naj­mniej dzi­siaj, chwi­lo­wo. Wzię­łam głę­bo­ki wdech, pró­bu­jąc uspo­ko­ić ser­ce.

Da­niel zde­cy­do­wa­nie nie wy­glą­dał na męż­czy­znę, któ­ry bie­gał­by za taką dziew­czy­ną jak ja. Nie to, że nie by­łam ład­na, bo by­łam. Nie mia­łam też na twa­rzy wy­ta­tu­owa­ne­go na­pi­su: „600 dni ży­cia”. Nie wy­glą­dał mi po pro­stu na ta­kie­go, któ­ry uga­niał się za ko­bie­ta­mi, to zde­cy­do­wa­nie one bie­ga­ły za nim. To dziw­ne. Był cia­chem, co do tego nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, ale nie od­nio­słam wra­że­nia, że jest pod­ry­wa­czem. Czu­łam się dziw­nie, jak­by pa­trzył na mnie, tyl­ko na mnie.

Dość! Jesz­cze za­raz wy­my­ślę, że to mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia. Tfu… zde­cy­do­wa­nie nie, coś ta­kie­go nie ist­nie­je, a na­wet je­śli, to nie dla mnie. Cze­go oni mi do­da­ją do tych le­ków?

Pa­trzył na mnie, bo tyl­ko ja by­łam na tej ław­ce, to fakt pierw­szy. Pa­trzył tyl­ko na mnie, bo by­łam je­dy­ną ład­ną dziew­czy­ną w oko­li­cy, to fakt dru­gi. Chciał mnie od­pro­wa­dzić do domu, bo jest miły, chy­ba, to fakt trze­ci. Moje ser­ce wa­rio­wa­ło, bo jest cho­re, to fakt czwar­ty. Tak, te­raz le­piej. Do­szłam jed­nak do wnio­sku, że Oli­wia by mnie za­bi­ła za ta­kie my­śle­nie. Zde­cy­do­wa­nie była fan­ką ro­man­sów.

* * *

– Je­stem już! – krzyk­nę­łam na po­wi­ta­nie, wcho­dząc do domu.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, ru­szy­łam pod prysz­nic. Tego po­trze­bo­wa­łam po dłu­gim bie­gu, sta­now­czo za dłu­gim, i dziw­nej re­ak­cji mo­je­go ser­ca na przy­pad­ko­we­go prze­chod­nia, to zna­czy na za dłu­gi bieg, bo taka prze­cież była wer­sja ofi­cjal­na.

Woda po­win­na oczysz­czać umysł, ale tym ra­zem to nie za­dzia­ła­ło. Nie mo­głam uwol­nić się od my­śli o nim. Ten prze­klę­ty nie­zna­jo­my Da­niel był na­praw­dę przy­stoj­ny! Opa­tu­li­łam się szczel­nie blu­zą i ru­szy­łam do kuch­ni, ma­rzy­łam o ham­bur­ge­rze, cóż… nie­ste­ty dla mnie pew­nie zno­wu były ja­kieś pod­rób­ki nor­mal­ne­go je­dze­nia.

W kie­sze­ni za­wi­bro­wał mi te­le­fon.

To­mek: Cześć! Uczysz się?

To­mek! No ja­sne, to jego po­trze­bo­wa­łam w tej chwi­li.

Ja: Bie­ga­łam. Mam py­ta­nie…

Od­po­wiedź przy­szła nie­mal na­tych­miast.

To­mek: Ja­sne, da­waj!

Ja: Ale to tyl­ko hi­po­te­tycz­na sy­tu­acja.

To­mek: Zno­wu chcesz wy­bie­rać urnę na Al­le­gro?

Ja: Nie! To co in­ne­go.

To­mek: Za­czy­nam się bać.

Ja:Cho­dzi o to, że… Czy jak­bym po­zna­ła (hi­po­te­tycz­nie) ja­kie­goś przy­stoj­nia­ka, to czy na star­cie mu­szę mu od razu mó­wić, ile dni ży­cia mi zo­sta­ło? W sen­sie czy to bę­dzie fair, je­śli z nim gdzieś pój­dę itp. (hi­po­te­tycz­nie). Szcze­gól­nie że po­tem i tak nie za­mie­rzam się z nim spo­ty­kać (hi­po­te­tycz­nie). Za­mie­rzam za­po­mnieć.

To­mek: Bio­rąc pod uwa­gę, że za­wsze wy uwa­ża­cie nas za dra­ni, to mo­żesz to zro­bić. Nikt od jed­nej kawy nie zgi­nie, zna­czy her­ba­ty, i wy­sta­wie­nia na dru­gim spo­tka­niu, nie? Tak hi­po­te­tycz­nie to baw się do­brze!

Ja: Hi­po­te­tycz­nie cze­kam na te­le­fon, zna­czy cze­ka­ła­bym, gdy­by to nie było hi­po­te­tycz­nie. I wca­le nie uwa­ża­my was za dra­ni!

To­mek: Jak to nie? Oskar­ża­cie nas o całe zło tego świa­ta. I prze­stań z tym hi­po­te­tycz­nie! Mnie mo­żesz po­wie­dzieć.

Ja: I ze­psu­łeś całą za­ba­wę w hi­po­te­tycz­nie! W ogól­nie nie umiesz się ba­wić. Je­steś win­ny temu, że jest mi te­raz smut­no i to nie­hi­po­te­tycz­nie.

To­mek: Wi­dzisz? Fa­ce­ci są win­ni złu ca­łe­go świa­ta, na­wet temu hi­po­te­tycz­ne­mu.

Ja: To­mek?

To­mek: Tak?

Ja: Hi­po­te­tycz­nie dzię­ku­ję.

To­mek: Hi­po­te­tycz­nie nie ma za co. I hi­po­te­tycz­nie smacz­nej ko­la­cji!

Ja: Spa­daj!

Za­śmia­łam się. Te­raz wy­star­czy­ło mi tyl­ko cze­kać na te­le­fon od nie­zna­jo­me­go Da­nie­la. Jed­no spo­tka­nie i tyle, póź­niej o nim za­po­mnę.

Zer­k­nę­łam na swo­ją ko­la­cję, fak­tycz­nie była hi­po­te­tycz­nie smacz­na, cho­ciaż Ja­mes na pew­no bar­dzo się sta­rał.

599 dni

Rosalie

Zno­wu ten iry­tu­ją­cy bu­dzik, a więc na­dal żyję. Wy­łą­czam go i spoj­rza­łam w ka­len­darz. Dzi­siaj czwar­tek, a więc ko­lej­ny dzień wy­peł­nio­ny bez­sku­tecz­ny­mi pró­ba­mi prze­dłu­że­nia mo­je­go ży­cia. Wes­tchnę­łam. Cu­dow­nie, już się nie mogę do­cze­kać.

Ja­mes jesz­cze spał, ty­po­we. W czwart­ki, piąt­ki i so­bo­ty za­zwy­czaj pra­co­wał do póź­na. Na­sza re­stau­ra­cja w cią­gu ty­go­dnia nie była zbyt dłu­go otwar­ta, ale gdy zbli­żał się week­end, klien­tów było wię­cej, a utarg rósł. Nie mógł więc tak po pro­stu so­bie od­pu­ścić. Nie zmie­nia­ło to jed­nak fak­tu, że on spał, a ja mu­sia­łam ze­rwać się o go­dzi­nie pią­tej trzy­dzie­ści, żeby zdą­żyć na zu­peł­nie bez­ce­lo­we ba­da­nia. Oczy­wi­ście gdy­bym chcia­ła, po­szedł­by ze mną, ale nie, nie chcia­łam. Wo­la­łam tam być sama. Zre­zy­gno­wa­na wsia­dłam do za­mó­wio­nej wcze­śniej tak­sów­ki i z jesz­cze mniej­szym za­pa­łem wy­sia­dłam z niej przed szpi­ta­lem. Nie prze­pa­da­łam za tym bu­dyn­kiem. Niby wy­glą­dał na no­wo­cze­sną kli­ni­kę, ale już na ki­lo­metr śmier­dzia­ło szpi­ta­lem, czy­li sza­ra pol­ska rze­czy­wi­stość w ład­nym opa­ko­wa­niu.

We­szłam przez wiel­kie, oszklo­ne drzwi, ski­nę­łam gło­wą ochro­nia­rzo­wi, któ­ry wy­da­wał mi się zna­jo­my, i po­de­szłam do dy­żur­ki pie­lę­gnia­rek.

– Wi­taj, Rose, go­to­wa na ba­da­nia? – spy­ta­ła we­so­ło jed­na z nich.