Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Czy wampir ulega porywom namiętności, czy nęci go tylko żądza krwi?
Z pozoru przypadkowe, niewinne spotkanie dwóch młodych dziewczyn owocuje obustronną fascynacją. Tymczasem w pobliskiej okolicy za sprawą przedziwnej kobiety-zjawy zaczynają dziać się straszne rzeczy. Kim naprawdę jest tajemnicza Carmilla, która przybyła do wyniosłego, gotyckiego zamczyska w Styrii?
Opublikowana po raz pierwszy w drugiej połowie XIX w. opowieść Sheridana Le Fanu należy do klasyki powieści gotyckiej. Nie tylko wyprzedziła „Drakulę” Brama Stokera, ale także zrewolucjonizowała gatunek grozy pod względem obyczajowym. Kontrast pomiędzy pięknem uczucia a ohydą zbrodni stał się przedmiotem fascynacji i inspiracji wielu kolejnych pokoleń twórców.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 111
W serii „Klasyka Grozy”
Wydawnictwo Replika poleca także:
Joseph Sheridan Le Fanu
Carmilla
Mary Shelley
Frankenstein
Oscar Wilde
Portret Doriana Graya
Edgar Allan Poe
Zagłada domu Usherów
Shirley Jackson
Nawiedzony dom na wzgórzu
Shirley Jackson
Zawsze mieszkałyśmy w zamku
Tytuł oryginału:
Carmilla
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja:
Anna Poinc-Chrabąszcz
Korekta:
Danuta Urbańska
Maria Kąkol
Skład i łamanie:
Dariusz Nowacki
Ilustracja na okładce:
Urszula Gireń
Ilustracje w książce:
David Henry Friston
Michael Fitzgerald
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-87-9
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
Prolog
Odnosząc się do relacji zamieszczonej poniżej, doktor Hesselius przygotował dość drobiazgową notę, dołączoną do eseju poświęconego temu dziwnemu zagadnieniu, naświetlonemu przez autorkę.
W eseju owym doktor opisuje tę tajemniczą materię z właściwą sobie uczonością i przenikliwością, a zarazem godną podziwu szczerością i skrupulatnością. Będzie on stanowił zaledwie jeden tom z całej serii dzieł zgromadzonych przez owego niezwykłego człowieka.
Publikując w niniejszym tomie deskrypcję tej sprawy, choćby po to, by zainteresować nią „laikat”, nie będę w żaden sposób korygować słów inteligentnej damy, która ją relacjonuje; dlatego też, po należytym zastanowieniu, uznałem, że właściwym będzie powstrzymać się od prezentacji argumentów uczonego doktora, a także wyjątków z jego oświadczenia odnośnie do tegoż tematu, który opisał jako „dotykający, jak się wydaje, niektórych spośród najgłębszych tajemnic naszej dwoistej egzystencji i jej pośrednich form”.
Odkrywszy niniejszy opis, pragnąłem gorąco podjąć na nowo korespondencję prowadzoną przed tak wielu laty przez doktora Hesseliusa z osobą tak bystrą i ostrożną, jaką wydawała się jego informatorka. Okazało się jednak, ku mojemu wielkiemu ubolewaniu, że ta w międzyczasie zmarła.
Prawdopodobnie mogłaby coś dodać do relacji, którą przekazuje na kolejnych stronach z, jak się zdaje, niezwykłą drobiazgowością.
Rozdział I
PIERWSZE SPOTKANIE
Choć żadną miarą nie jesteśmy ludźmi zamożnymi, zamieszkujemy w Styrii zamek czy też schloss. W tej części świata skromne dochody mogą uchodzić za wielkie bogactwo. Osiemset czy dziewięćset rocznie czyni cuda. W naszym zaś rodzinnym kraju takie środki z pewnością nie sytuowałyby nas wśród bogaczy. Mój ojciec jest Anglikiem i noszę angielskie nazwisko, choć nigdy nie widziałam Anglii. Lecz tutaj, w tej odludnej i prymitywnej krainie, gdzie wszystko jest tak cudownie tanie, nawet za nasze skromne środki możemy sobie zapewnić największe dostępne tu wygody czy luksusy.
Mój ojciec służył w austriackiej armii, a kiedy odszedł z wojska, uposażony w emeryturę i ojcowiznę, nabył tę średniowieczną rezydencję i skrawek ziemi, która ją otacza, po okazyjnej cenie.
Nie ma chyba nic bardziej malowniczego ani też nic, co by było bardziej oddalone od świata. Zamek stoi na niewielkiej wyniosłości w lesie. Droga, bardzo stara i wąska, przechodzi obok mostu zwodzonego, którego za mego życia nigdy nie podnoszono, i fosy zarybionej okoniami. Na powierzchni wody unoszą się śnieżnobiałe lilie, między którymi pływają łabędzie.
Nad tym wszystkim góruje fasada zamku z licznymi oknami: jego wieże i gotycka kaplica.
Przed bramą las ustępuje miejsca nieregularnej i bardzo urokliwej polanie, a po prawej stromy gotycki most przenosi drogę nad strumieniem, który wije się w głębokim cieniu przez las. Wspomniałam już, że to miejsce bardzo odosobnione. Osądźcie sami, czy mówię prawdę. Stojąc w bramie naszego zamku, nie dojrzymy krańca lasu, który ciągnie się przez piętnaście mil na prawo i dwanaście mil na lewo. Najbliższa zamieszkana wioska leży w odległości siedmiu waszych angielskich mil na lewo. Najbliższy zamieszkany schloss o historycznym znaczeniu, należący do starego generała Spielsdorfa, znajduje się niemal dwadzieścia mil dalej na prawo.
Powiedziałam „najbliższa zamieszkana wioska”, bo zaledwie trzy mile na zachód, czyli w kierunku zamku generała Spielsdorfa, leży zrujnowana wieś, z uroczym małym kościołem, teraz pozbawionym dachu. Wzdłuż głównej nawy kościółka ciągnie się szereg niszczejących grobowców dumnej rodziny Karnsteinów, obecnie wymarłej, właścicieli równie odosobnionego zamku, który wznosi się w leśnej gęstwinie obok ruin opuszczonej osady.
O powodach, z których mieszkańcy porzucili to niesamowite i melancholijne miejsce, mówi legenda, którą przytoczę innym razem.
Teraz muszę wam powiedzieć, jak mała jest gromadka mieszkańców naszego zamku. Nie wliczam do nich służby ani tych ludzi, którzy mieszkają w budynkach przylegających do schlossu. Słuchajcie i dziwujcie się! Mój ojciec, który jest najżyczliwszym człowiekiem na ziemi, ale mocno już posuniętym w latach; i ja, która w czasie, gdy rozgrywały się opisywane tu wydarzenia, miałam zaledwie dziewiętnaście lat. Od tej pory minęło kolejnych osiem lat.
Na całą zamieszkującą zamek rodzinę składały się dwie osoby: ja i mój ojciec. Moja matka, styryjska dama, zmarła, gdy byłam jeszcze małym dzieckiem; ale miałam dobroduszną guwernantkę, która opiekowała się mną niemal od niemowlęctwa. Widok jej pulchnej, dobrotliwej twarzy towarzyszy mi, odkąd sięgam pamięcią.
Była to Madame Perrodon, pochodząca z Berna. Jej troska i łagodność po części wynagrodziły mi brak matki, którą straciłam tak wcześnie, że nawet jej nie pamiętam. Madame Perrodon była trzecim członkiem naszego wąskiego grona. Jako czwarta należała doń Mademoiselle De Lafontaine, która również pełniła funkcję mojej guwernantki, choć gdy byłam w doroślejszym już wieku. Znała francuski i niemiecki, Madame Perrodon zaś mówiła po francusku i łamaną angielszczyzną, do czego mój ojciec i ja dokładaliśmy angielski. Rozmawialiśmy w tym języku codziennie, po części dlatego, by całkiem wśród nas nie zanikł, a po części z pobudek patriotycznych. W konsekwencji nasz zamek był prawdziwą Wieżą Babel, co budziło rozbawienie wśród obcych ludzi i czego nie będę nawet próbowała tu opisać. Poza tym miałam jeszcze dwie czy trzy przyjaciółki, młode damy mniej więcej w moim wieku, które czasami u nas gościły przez czas dłuższy czy krótszy; zdarzało się również, że ja je odwiedzałam.
Tak wyglądało nasze typowe życie towarzyskie; ale oczywiście zdarzały się także nieplanowane wizyty „sąsiadów” z miejsc odległych zaledwie o pięć czy sześć lig. Mogę was jednak zapewnić, że mimo to pędziłam dość samotne życie.
Moje guwernantki miały nade mną tyle kontroli, ile, jak się zapewne domyślacie, mogą mieć takie mądre osoby nad dziewczyną dość rozpieszczoną, której jedyny rodzic pozwalał robić niemal wszystko po swojemu.
Pierwszym wydarzeniem w moim życiu, które odcisnęło straszliwe i w istocie niezatarte piętno na moim umyśle, było zarazem jedną z pierwszych rzeczy, które w ogóle pamiętam. Niektórzy ludzie uznają je zapewne za tak błahe, że nie powinnam go tu w ogóle opisywać. Z czasem przekonacie się jednak, dlaczego o nim wspominam. Pokój dziecinny, jak go nazywano, choć miałam go wyłącznie dla siebie, mieścił się w dużej komnacie na górnym piętrze zamku, pod stromym dębowym dachem. Miałam nie więcej niż sześć lat, gdy pewnego razu obudziłam się w środku nocy, a gdy rozejrzałam się po pokoju, nie wstając z łóżka – nigdzie nie dostrzegłam pokojówki. Rzeczywiście jej nie było, uznałam więc, że jestem sama. Nie bałam się, bo byłam jednym z tych szczęśliwych dzieci, które chroni się starannie przed opowieściami o duchach, przerażającymi bajkami i tego rodzaju historiami, które sprawiają, że zakrywamy głowy, gdy nagle zaskrzypią drzwi albo gdy rozbłysk dogasającej świeczki sprawia, że cień krzesła zatańczy na ścianie, tuż przy naszych twarzach. Byłam raczej zirytowana i oburzona, że zostałam, jak mi się wydawało, zaniedbana; zaczęłam więc chlipać, gotowa za moment wybuchnąć głośnym płaczem. Wtedy, ku swemu zdumieniu, zobaczyłam poważną, bardzo ładną twarz patrzącą na mnie z boku łóżka. Należała do młodej damy, która klęczała tuż obok, z dłońmi schowanymi pod kołdrą. Spojrzałam na nią ze swego rodzaju przyjemnym zdumieniem i przestałam chlipać. Pogłaskała mnie delikatnie, położyła się obok i przyciągnęła mnie do siebie, uśmiechnięta. Natychmiast poczułam się cudownie ukojona i ponownie zapadłam w sen. Obudziłam się, przeszyta nagłym bólem, jakby ktoś wbił głęboko w moją pierś dwie igły naraz, i krzyknęłam przeraźliwie. Nieznajoma dama odsunęła się ode mnie, zaskoczona, wciąż jednak nie odrywała ode mnie wzroku. Potem zsunęła się na podłogę i, jak wtedy przypuszczałam, schowała się pod łóżkiem.
Teraz rzeczywiście się przestraszyłam, zaczęłam krzyczeć z całych sił. Opiekunka, pokojówka, gosposia – wszystkie wbiegły do pokoju, a usłyszawszy moją opowieść, uznały ją jedynie za zły sen i próbowały mnie uspokoić na wszelkie sposoby. Jednakże, choć byłam wtedy jeszcze małym dzieckiem, widziałam, jak wszystkie pobladły ze strachu. Zaglądały pod łóżko i pod stoły, otwierały szafki. Gosposia wyszeptała do opiekunki:
– Przyłóż dłoń do tego zagłębienia na łóżku. Ktoś tu rzeczywiście leżał, to pewne. Pościel jest jeszcze ciepła.
Pamiętam, jak pokojówka głaskała mnie po głowie. Potem wszystkie trzy obejrzały moją pierś w miejscu, w którym poczułam ukłucie; orzekły jednak, że nie ma tam żadnych znaków świadczących o tym, że spotkało mnie coś podobnego.
Gosposia i dwie pozostałe służące, które odpowiadały za pokój dziecinny, zostały ze mną do rana i od tej pory ktoś zawsze towarzyszył mi nocą w komnacie, dopóki nie skończyłam czternastu lat.
Przez długi czas po tym wydarzeniu byłam bardzo zdenerwowana. Wezwano lekarza, był stary i blady. Doskonale pamiętam jego pociągłą, posępną twarz, poznaczoną tu i ówdzie śladami po ospie, i jego kasztanową perukę. Przychodził przez dłuższy czas co drugi dzień i podawał mi lekarstwo, którego oczywiście nie znosiłam.
Nazajutrz po zobaczeniu tej zjawy wciąż byłam przejęta grozą i nie chciałam zostać ani na moment sama, nawet w biały dzień.
Pamiętam, jak ojciec przyszedł do mojego pokoju, stanął obok łóżka i rozmawiał ze mną pogodnym tonem. Zadał opiekunce kilka pytań i z jednej jej odpowiedzi uśmiał się serdecznie. Poklepał mnie po ramieniu, pocałował i mówił, żebym się nie bała, bo był to tylko sen i nie mogła mi się stać żadna krzywda.
Ale to mnie wcale nie pocieszało, bo wiedziałam, że wizyta tej obcej kobiety nie była snem. Naprawdę okropnie się wystraszyłam.
Uspokoiłam się trochę, gdy pokojówka zapewniła mnie, że to ona przyszła w nocy, spojrzała na mnie i ułożyła się obok, i że zapewne nie poznałam jej wtedy, bo byłam bardzo śpiąca. Lecz choć potwierdziła to również moja opiekunka, nie do końca im wierzyłam.
Pamiętam, że w ciągu tego dnia do pokoju wszedł wraz z opiekunką i gosposią szacowny starszy mężczyzna w czarnej sutannie, który porozmawiał trochę z nimi, a potem ze mną, bardzo życzliwie i uprzejmie: miał miłą, łagodną twarz, powiedział mi, że będą się modlić. Złożył razem moje dłonie i poprosił, bym mówiła cicho, gdy oni będą wznosić modły: „Panie, wysłuchaj wszystkich naszych dobrych modlitw, przez wzgląd na Jezusa”. Myślę, że właśnie tak brzmiały te słowa, bo często sama je powtarzałam robiła to także razem ze mną moja opiekunka.
Na zawsze zapamiętałam zamyśloną, kochaną twarz tego siwowłosego mężczyzny w czarnej sukni, gdy stał w tej wielkiej, surowej komnacie, z niezgrabnymi meblami sprzed trzystu lat, słabo rozjaśnianej nikłym światłem wpadającym przez małe okno. Ukląkł; to samo zrobiły trzy towarzyszące mu kobiety. Modlił się głośno poważnym, lekko drżącym głosem, przez (jak mi się wtedy wydawało) długi czas. Zapominam o wszystkim, co działo się w moim życiu przed tym wydarzeniem także to, co działo się przez jakiś czas potem, zaciera się w mojej pamięci, lecz sceny, które właśnie opisałam, wciąż jawią mi się wyraźnie, jako wyizolowane obrazy fantasmagorii otoczonej mrokiem.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
