Cari Mora - Thomas Harris - ebook
Opis

Przestępcy od lat próbują wytropić skarb ukryty pod posiadłością należącą niegdyś do Pablo Escobara w Miami Beach. W wyścigu po 25 milionów dolarów w złocie prowadzi targany chorymi namiętnościami Hans-Peter Schneider – człowiek, który zarabia na życie, realizując przerażające fantazje bogaczy.
Na drodze staje mu Cari Mora, piękna strażniczka rezydencji, która znalazła w Stanach schronienie przed przemocą panującą w jej kraju. Schneider wkrótce pozna zaskakujące umiejętności Cari i przekona się, jak silna jest jej wola walki.
Między męskim pragnieniem a kobiecym instynktem przetrwania czają się potwory. A żaden pisarz nie kreuje potworów tak sugestywnie jak Thomas Harris.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 230

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Cari Mora

Redakcja: Łukasz Błaszczyk

Korekta: Jacek Bławdziewicz

Projekt graficzny okładki: Glenn O’Neill

Zdjęcia na okładce: Alamy/BE&W

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

Copyright © 2019 by Thomas Harris

First published by Grand Central Publishing, a division of Hachette Book Group.

© copyright by Agora SA 2018

© copyright for the Polish translation by Jan Kraśko

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2875-1 (epub), 978-83-268-2876-8 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla Elizabeth Pace Barnes, która darzy mnie miłością i użycza mi swej mądrości.

Rozdział 1

Dwóch mężczyzn rozmawiających w środku nocy. Dzieli ich tysiąc sześćset siedemdziesiąt cztery kilometry. Połowę twarzy każdego z nich oświetla blask ekranu telefonu komórkowego. Są dwiema półtwarzami konwersującymi w ciemności.

– Mogę przejąć dom, w którym według ciebie to jest. Powiedz mi resztę, Jesús.

Odpowiedź jest słabo słyszalna wśród trzasków eteru.

– Zapłaciłeś mi jedną czwartą tego, co obiecałeś. – Sap-sap. – Przyślij resztę. Przyślij. – Sap-sap.

– Jesús, jeśli znajdę to bez dalszej pomocy z twojej strony, nic więcej nie dostaniesz.

– Święta prawda, świętsza niż myślisz. Nigdy w życiu nie powiedziałeś świętszej. – Sap-sap. – To, czego szukasz, leży na piętnastu kilogramach semteksu. Jeśli znajdziesz to bez mojej pomocy, rozbryzgasz się na księżycu.

– Mam długie ręce, Jesús.

– Z księżyca mnie nie dosięgniesz, Hansie-Pedro.

– Dobrze wiesz, że mam na imię Hans-Peter.

– „Peter” to po angielsku „wacek”, prawda? Chcesz powiedzieć, że gdybyś miał dłuższe ręce, dosięgnąłbyś swojego wacka? Twoje sprawy osobiste mnie nie interesują. Nie trać czasu. Przyślij pieniądze.

Połączenie zostaje przerwane. Obaj mężczyźni patrzą w mrok.

Hans-Peter Schneider leży na koi pod pokładem długiej czarnej łodzi u wybrzeży Key Largo. Wsłuchuje się w szloch kobiety dochodzący z trójkątnej koi w forpiku. Naśladuje go. Jest w tym bardzo dobry i głosem swojej matki woła jej imię.

– Karla? Karla? Dlaczego płaczesz, moje dziecko? To tylko sen.

Leżąca w ciemności zrozpaczona kobieta daje się nabrać, lecz tylko na sekundę, po czym znów zaczyna łkać, gorzko i żałośnie.

Jej płacz jest dla niego muzyką, koi go i usypia.

* * *

Jesúsa Villarreala, leżącego w szpitalu w kolumbijskiej Barranquilli, uspokaja miarowe posykiwanie respiratora. Wciąga przez maskę haust tlenu. Z panującego na oddziale mroku dochodzi głos jakiegoś pacjenta, który wzywa na pomoc Boga, krzycząc: „Jesús!”.

– Mam nadzieję, że Pan słyszy cię równie dobrze jak ja, przyjacielu – szepcze w ciemność Villarreal. – Ale bardzo w to wątpię.

Sięga po komórkę na kartę, dzwoni na informację i prosi o numer szkoły tańca w Barranquilli. Odchyla na bok maskę, żeby móc rozmawiać.

– Nie, nie interesuje mnie nauka tańca – mówi. – Nie to mam teraz w głowie. Chcę rozmawiać z Donem Ernesto. Owszem, znasz go. Powiedz mu, kto dzwoni, Don będzie wiedział. – Sap-sap.

Rozdział 2

Łódź Hansa-Petera Schneidera mijała powoli duży dom na brzegu zatoki Biscayne Bay. Wzdłuż czarnego kadłuba z bulgotem przelewała się woda.

Schneider obserwował przez lornetkę dwudziestopięcioletnią Cari Morę, która w podkoszulku i spodniach od piżamy przeciągała się na tarasie w promieniach porannego słońca.

– Mój Boże... – Hans-Peter ma dość długie kły, które połyskują srebrzystymi koronkami, kiedy się uśmiecha.

Jest wysoki, blady i całkowicie bezwłosy. Ponieważ nie ma rzęs, dotykając powiekami soczewek lornetki, zostawił na nich wilgotne smugi. Przetarł je lnianą chustką do nosa.

Tuż za nim stał Felix, pośrednik handlu nieruchomościami.

– To ona – rzucił. – Dozorczyni. Zna ten dom jak nikt, umie to i owo naprawić. Niech ci wszystko pokaże, a wtedy wezmę tę cwaniarę za tyłek i wyrzucę, zanim zobaczy coś, czego nie powinna widzieć. Może zaoszczędzić wam dużo czasu.

– Czas – powtórzył Schneider. – Czas... Kiedy mają się wynieść?

– Za dwa tygodnie. Facet, który go teraz wynajmuje, kręci reklamy.

– Musisz dać mi klucz. – Hans-Peter mówi po angielsku z silnym niemieckim akcentem. – I to jeszcze dzisiaj.

– Wejdziesz tam, użyjesz mojego klucza, coś się stanie i od razu będą wiedzieli, że to ja. Skończę jak O.J. Simpson – Felix się roześmiał, Schneider nie. – Posłuchaj, pogadam dzisiaj z tym od reklam i poproszę, żeby się wcześniej wyniósł. Musisz obejrzeć dom za dnia, z ludźmi. To koszmarne miejsce, czysta makabra. Cztery dziewczyny zwiały stamtąd gdzie pieprz rośnie, dopiero Cari została. Tylko ona się nie boi.

– Dobrze, jedź do tego najemcy. Zaproponuj mu pieniądze. Do dziesięciu tysięcy dolarów. A tymczasem daj mi klucz albo za pięć minut zjedzą cię ryby.

– Zrobisz jej coś, to wam nie pomoże – powiedział Felix. – Ona tam śpi. Musi, ze względu na ubezpieczenie przeciwpożarowe. Za dnia gdzieś pracuje. Zaczekaj i idź tam, kiedy jej nie będzie.

– Chcę się tylko rozejrzeć. Nawet mnie nie zobaczy.

Hans-Peter przyglądał się jej przez lornetkę. Cari stała właśnie na palcach, uzupełniając pokarm w karmniku dla ptaków. Tak, szkoda by było z niej zrezygnować. Z tymi interesującymi bliznami była warta sporo pieniędzy. Ci z Klubu Kadłubków Acroto Grotto w Nawakszut daliby za nią sto tysięcy dolarów – trzydzieści pięć milionów, czterysta trzydzieści trzy tysiące, sto osiemdziesiąt cztery mauretańskie ugije. I to za okaz ze wszystkimi kończynami, bez tatuaży. A gdyby w wolnej chwili trochę ją podrasował, dostałby dużo więcej. Co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy. Czyli nędzne grosze. W tym domu leżało dwadzieścia pięć, trzydzieści milionów dolarów.

Drozd amerykański, ukryty wśród liści rosnącego obok tarasu uroczynu, śpiewał pieśń, której nauczył się w kolumbijskim lesie mglistym i którą przyniósł aż do Miami Beach.

Cari natychmiast rozpoznała zew godowy klarnetnika andyjskiego mieszkającego dwa tysiące czterysta kilometrów na południe od Florydy. Ptaszek śpiewał z wielkim entuzjazmem. Cari uśmiechnęła się i przystanęła, żeby jeszcze raz posłuchać pieśni swojego dzieciństwa. Zagwizdała. Klarnetnik odgwizdał. Cari weszła do domu.

Stojący na pokładzie łodzi Hans-Peter Schneider wyciągnął rękę. Nie dotykając go, Felix położył klucz na jego dłoni.

– Drzwi są zabezpieczone alarmem – uprzedził. – Ale te do werandy się zepsuły, czekam na części. Weranda jest w południowej części domu. Masz jakieś wytrychy? Na miłość boską, zanim użyjesz klucza, zadrap zamek i zostaw je na schodach, na wszelki wypadek.

– Dobrze, zrobię to dla ciebie – obiecał Schneider.

– To zły pomysł – mruknął Felix. – Zajebiesz ją, to niczego się nie dowiesz.

* * *

Wróciwszy do zaparkowanego na przystani samochodu, Felix podniósł matę w bagażniku, żeby wyjąć komórkę na kartę ukrytą pod podnośnikiem i narzędziami. Wybrał numer szkoły tańca w Barranquilli.

– Nie, señor – zameldował szeptem, chociaż był na dworze. – Przeciągałem sprawę pozwolenia, ile mogłem. Ale on ma swojego prawnika od tych rzeczy i mogę wpaść. Uparł się, i już. Wie tyle, co my, nic więcej... Tak, przekaz doszedł. Dziękuję, señor, nie zawiodę pana.

Rozdział 3

Cari Mora miała kilka źródeł utrzymania. Najbardziej lubiła pracować w Pelican Harbor Seabird Station, placówce zajmującej się ochroną i leczeniem ptaków morskich oraz małych zwierząt, gdzie pod koniec dnia sprzątała w gabinecie zabiegowym i sterylizowała narzędzia chirurgiczne. Czasem, wraz z kuzynką, zajmowała się także obsługą gastronomiczną wycieczek łodziami organizowanych przez ośrodek.

Zawsze przychodziła do pracy bardzo wcześnie, żeby móc popracować ze zwierzętami. Dano jej fartuch, który lubiła nosić, bo czuła się wtedy jak prawdziwa lekarka.

Weterynarze ufali jej, ponieważ była zręczna i ostrożnie obchodziła się z ptakami, a dzisiaj, pod okiem doktor Blanco, zszyła rozdarty przez haczyk skórny worek pod dziobem białego pelikana. Zszywanie worka to bardzo delikatny zabieg, ponieważ szwy trzeba zakładać warstwami, każdy z osobna, podczas gdy ptak jest pod narkozą.

Było to zajęcie spokojne i absorbujące. Jakże różne od tych, które wykonywała w dzieciństwie, kiedy musiała opatrywać żołnierzy na polu walki, zakładać im szybko zwykłe szwy materacowe, zaciskać opaskę czy uciskać ponchem otwartą ranę na piersi, ponchem albo po prostu ręką, rozrywając zębami opatrunek.

Wieczorem pelikan spał już w klatce rehabilitacyjnej, a ponieważ doktor Blanco oraz inni weterynarze poszli do domu, została sama.

Wyjęła z lodówki martwego szczura, żeby odtajał, po czym posprzątała w gabinecie i zmieniła wodę w mieszczących się na zewnątrz wolierach i zagrodach.

Posprzątawszy i wysterylizowawszy narzędzia, otworzyła butelkę tamaryndowej coli i z rozmrożonym szczurem w ręku wyszła na dwór.

Puchacz wirginijski siedział na najwyższej żerdzi w kącie woliery. Cari rozsunęła siatkę, położyła szczura na wąskiej półce i zamknęła oczy, próbując usłyszeć szum wielkich skrzydeł, zanim omyje ją ich podmuch. Puchacz nigdy nie siadał, tylko chwytał poczęstunek szponiastą łapą i bezszelestnie wracał na żerdź, gdzie zdumiewająco szeroko otwierał dziób i gardło, aby połknąć gryzonia w całości.

Był stałym mieszkańcem ośrodka. Nie mogli wypuścić go na wolność, ponieważ w zderzeniu z linią wysokiego napięcia stracił oko i nie potrafił już polować, choć latał znakomicie. Był częstym gościem w szkołach, gdzie podczas pogadanek na lekcjach przyrody dzielnie znosił badawcze spojrzenia dzieci, czasem przymykając wielkie oko i ucinając sobie drzemkę.

Cari usiadła na odwróconym wiadrze i oparła się plecami o siatkę pod czujnym okiem głuptaka, który siedział w klatce naprzeciwko, dochodząc do siebie po zabiegu. Zszyła mu skaleczenie między palcami zgrabnym szwem okrągłym, którego nauczyła się od weterynarzy.

Na łodziach cumujących w pobliskiej przystani zapalały się światła. Tulące się do siebie pary gotowały coś w kambuzach.

Caridad Mora, dziecko wojny, chciała zostać lekarzem weterynarii. Od dziewięciu lat mieszkała w Stanach Zjednoczonych, ciesząc się niepewnym tymczasowym statusem ochronnym TPS, który – zważywszy obecną, jakże niechętną imigrantom atmosferę – w każdej chwili mogła stracić. Wystarczyło, żeby ci z rządu znów wpadli w złość.

W latach poprzedzających zmasowaną akcję przeciwko imigrantom udało jej się zdobyć odpowiednik dyplomu ukończenia szkoły średniej. Po cichu dodała do tego licencję wykwalifikowanej opiekunki domowej, którą uzyskała po krótkim, półtoramiesięcznym kursie, oraz duże doświadczenie życiowe. Ale żeby kształcić się dalej, musiała uzyskać lepsze papiery niż te, które miała. Migra – Urząd Celno-Imigracyjny – była bardzo czujna.

W szybko zapadającym tropikalnym zmierzchu wróciła autobusem do wielkiego domu na plaży. Kiedy tam dotarła, było niemal ciemno i na tle gasnącego nieba rysowały się czarne sylwetki palm.

Posiedziała trochę nad wodą. Tego wieczoru w wiejącym od zatoki wietrze roiło się od duchów młodych mężczyzn, kobiet i dzieci – ludzi, którzy ocaleli lub zmarli na jej rękach, kiedy próbowała ich opatrzyć, tych, którzy walczyli o każdy oddech, by w końcu przeżyć, i tych, którzy raz zadrżawszy, momentalnie wiotczeli.

Bywało, że wieczorny wiatr omywał ją lekko jak wspomnienie pocałunku, łaskotał jak ocierające się o twarz rzęsy, jak słodki oddech na szyi.

Wiał raz tak, raz inaczej, ale zawsze coś ze sobą niósł.

Pod czujnym spojrzeniem obserwujących ją ze stawu wielookich lotosów wsłuchała się w kumkanie żab. Potem skierowała wzrok na wejście do domku dla sów, który zrobiła z drewnianej skrzynki. Ale nie, nie dostrzegła w nim żadnej twarzy, jeszcze nie. Rzekotki wciąż kumkały.

Zagwizdała pieśń klarnetnika. Ptak nie odpowiedział. Nadchodziła trudna pora dnia, kiedy trzeba zjeść samotną kolację, dlatego wchodząc do domu, czuła się trochę przygaszona.

Właścicielem domu był kiedyś Pablo Escobar, lecz nigdy w nim nie mieszkał. Zdaniem tych, którzy go znali, kupił go dla rodziny, na wypadek gdyby wydalono go do Stanów Zjednoczonych.

Po jego śmierci posiadłość to przechodziła na własność państwa, to znów ją sprzedawano. Z biegiem lat przewinęło się przez nią kilku playboyów, głupców i spekulantów od nieruchomości – geszefciarzy, którzy kupowali ją na licytacji komorniczej i będąc raz na wozie, raz pod wozem, przez jakiś czas ją utrzymywali. W domu pozostało mnóstwo rzeczy świadczących o ich szalonych fantazjach, rekwizytów filmowych i modeli potworów gotowych rzucić się na nieopatrznych gości. Były tam manekiny, plakaty, szafy grające, rekwizyty z horrorów i meble erotyczne. W salonie stało nawet pierwsze krzesło elektryczne z Sing Singu, na którym uśmiercono jedynie trzy osoby. Ostatnim, który regulował natężenie przepływającego przez nie prądu, był Thomas Edison.

Światła to się zapalały, to gasły, kiedy mijając manekiny, przyczajone monstra i ponadpięciometrowej wysokości Matkę Obcych z planety Zorn, szła na górę. Jako ostatnie zgasło to w jej sypialni.

Rozdział 4

Z kluczem od Feliksa w ręku Hans-Peter Schneider mógł zakraść się do domu, tak jak tego pragnął. Mógł zakraść się tam wtedy, kiedy Cari Mora będzie spała w gorącej sypialni na piętrze.

Był teraz w swoim mieszkaniu w nieoznakowanym magazynie na brzegu Biscayne Bay, niedaleko starej Thuderboat Alley w północnej części Miami Beach. Jego czarna łódź stała w pobliskim hangarze. Siedział nago na stołku, na środku dużego wykafelkowanego pomieszczenia z prysznicami, chłostany ze wszystkich stron silnymi strumieniami wody z wmurowanych w ściany dysz. Siedział i z niemieckim akcentem śpiewał:

– ... just singing in the rain. What a glorious feeling, I am haaappy again.

Widział swoje odbicie w szklanej ścianie maszyny do płynnej kremacji. Właśnie rozpuszczał w niej Karlę, dziewczynę, z którą mu nie wyszło.

We wstającej prysznicowej mgle jego odbicie wyglądało jak dagerotyp. Przybrał pozę Myśliciela z rzeźby Rodina i kątem oka zerknął na szkło. Mgła pachniała lekko ługiem.

To ciekawe: patrzeć i widzieć w sobie odbitego w szkle Myśliciela, podczas gdy z ciała Karli, a raczej papki, w jaką zmieniła się w żrącym roztworze, zaczynały już wystawać kości. Maszyna kołysała się na boki, kolebiąc wypełniającą zbiornik cieczą. W pewnej chwili czknęła i na powierzchnię wypłynął strumień bąbelków.

Hans-Peter był z niej bardzo dumny. Dużo za nią zapłacił, ponieważ płynna kremacja stawała się coraz bardziej popularna wśród zagorzałych ekologów pragnących uniknąć śladów węglowych pozostałych po kremacji tradycyjnej. Jego maszyna ich nie pozostawiała – ani śladów węglowych, ani żadnych innych. Jeśli jakaś dziewczyna się nie nadawała, w każdej chwili mógł spuścić ją z wodą w toalecie, w dodatku bez żadnej szkody dla wód gruntowych! Miał swoją ulubioną pieśń pracy.

Zadzwoń do Hansa-Petera, a nie trafi cię cholera.

Jeden chlust i po kłopocie, Hans-Peter wyręczy cię w robocie.

Nie, żeby nic na Karli nie zarobił, bo dostarczyła mu trochę rozrywki, no i udało mu się sprzedać jej nerki.

Czuł bijące z maszyny miłe ciepło, chociaż aby przedłużyć proces kremacji, utrzymywał temperaturę ługu na stałym poziomie siedemdziesięciu jeden stopni Celsjusza. Lubił patrzeć, jak szkielet dziewczyny wyłania się powoli z ciała i, niczym gada, przyciągało go ciepło.

Zastanawiał się, co włożyć na tę potajemną wyprawę. Miał nowy obcisły kombinezon z białego lateksu, który ukradł na zjeździe miłośników fantastyki i za którym szalał, lecz kiedy idąc, pocierał udem o udo, lateks cicho popiskiwał. Nie. Włoży coś czarnego i wygodnego, najlepiej na rzepy, bo kto wie, może rozbierze się, patrząc na śpiącą Cari. Weźmie też ubranie na zmianę w plastikowej torbie, na wypadek gdyby zrobiło mu się mokro i lepko, poza tym wybielacz w ozdobnym termosie do zacierania śladów DNA, jeśliby przyszło co do czego. No i wykrywacz metalu.

Zaśpiewał po niemiecku piosenkę ludową, którą Bach wykorzystał w Wariacjach Goldbergowskich. Nazywała się Nie lubię buraczków z kiszoną kapustą.

Przyjemnie było być podnieconym. Iść na tajną wyprawę. Zemścić się na śpiącym w piekle Pablu...

* * *

O pierwszej w nocy stał już za żywopłotem obok wielkiego domu na plaży. Jasno świecił księżyc i na srebrzystej ziemi malowały się czarne jak krew sylwetki palm. Kiedy wieje wiatr, cienie ich wielkich liści poruszają się jak cień człowieka. A czasem jest to naprawdę cień człowieka. Hans-Peter zaczekał na podmuch wiatru i wraz z czarnymi konturami palm ruszył przez trawnik.

Gdy dotarł na miejsce i stanął przy ścianie, okazało się, że z domu wciąż bije skwar dnia, jak z wielkiego, ciepłego zwierzęcia. Przywarł do ściany, żeby ciepło rozlało się po całym ciele. W głowę łaskotały go promienie księżyca. Czuł się jak nowo narodzone kangurzątko, które wspina się po brzuchu matki, żeby dotrzeć do przytulnej torby.

W domu nie paliły się światła. Weranda miała przyciemnione szyby, przez które nic nie widział. Niektóre żaluzje przeciwhuraganowe były opuszczone. Wetknął wytrych do zamka i kilka razy nim poruszał, żeby zadrapać zapadki.

Potem powoli wsunął do zamka klucz od Feliksa. Jakby zanurkował do lodowatej wody – miłe uczucie. Przytulanie się do ciepłego domu i wkładanie klucza do zamka były czynnościami niezwykle intymnymi. Słyszał, jak zapadki ustępują z serią cichutkich kliknięć, i przypomniały mu się gawędzące ze sobą owady na ciele martwej kobiety, którą odwiedził w buszu po wielu dniach od jej śmierci, kobiety martwej i cieplejszej niż za życia, bo cudownie ogrzanej przez gromady larw.

Główka klucza oparła się o rozetkę. Przylgnęła do niej, tak jak on przylgnie do Cari, jeśli zdecyduje się wejść na górę. Przylgnie i nie wstanie, dopóki jej ciało nie ostygnie. Niestety, będzie stygło szybciej niż dom oddający ciepło dnia. Zwłaszcza w klimatyzowanym pokoju, nawet gdyby przytulił się do niej pod kocem. Zawsze tak było. Tak szybko stawały się wilgotne i lepkie, tak szybko się wyziębiały.

Nie musiał decydować już teraz. Mógł iść za głosem serca. Ciekawe, czy dałby radę nie pójść. Serce GŁOWA, głowa SERCE, bum! Miał nadzieję, że Cari ładnie pachnie. Nie lubię buraczków z kiszoną kapustą.

Przekręcił gałkę klamki i otworzył drzwi. Zasyczała uszczelka. Detektor metalu, przyklejony taśmą do buta, powinien wykryć każdą metalową matę alarmową ukrytą pod wykładziną. Ostrożnie przesunął nogę po podłodze i dopiero wtedy oparł na niej ciężar ciała. Przystanął w chłodnej ciemności, z dala od snujących się po trawniku cieni i rozgrzewających głowę promieni księżyca.

Cichy brzęk i szelest. W kącie werandy, za nim.

– A chuj z tym, Carmen!

Trzymał w ręku pistolet, choć nie pamiętał, żeby go wyjmował. Znieruchomiał. Ptak otrząsnął się w klatce i cicho mamrocząc, przeszedł po żerdzi tam i z powrotem.

Sylwetki manekinów na tle srebrzystych okien. Czyżby któryś się poruszył? Kiedy je mijał, dotknęła go czyjaś gipsowa ręka.

To tu jest. To tu jest. Złoto. Es ist hier! Wiedział, że jest. Gdyby miało uszy, usłyszałoby, jak Hans--Peter woła do niego z salonu. Okryte pokrowcami meble, okryte pokrowcem pianino. Wszedł do baru, gdzie stał okryty pokrowcem stół bilardowy. Kostkarka wypluła kilka kostek lodu i błyskawicznie ukucnął, czekając, nasłuchując i myśląc.

Cari Mora znała ten dom na wylot. Zanim cokolwiek zrobi, powinien wyciągnąć z niej jak najwięcej informacji. Zawsze może sprzedać ją potem. Martwa będzie warta nie więcej niż kilka tysięcy dolarów, na dodatek musiałby przetransportować ją w suchym lodzie.

Nie było sensu jej budzić, lecz na tarasie wyglądała tak uroczo, tak przyjemnie, że chciał popatrzeć, jak śpi. Miał prawo trochę się zabawić. Ot, spuścić kropelkę na prześcieradło, na jej pokryte bliznami ramiona, nic więcej. Ach, albo parę kropelek na pogrążony we śnie policzek. A co tam, idźmy na całego, mały spust na twarz! Cieniutką strużką w kącik oka. Żeby przygotować gałki dla późniejszych łez. Ach, witaj!

Na udzie zawibrowała ukryta w kieszeni komórka. Przesunął ją trochę, żeby było mu milej. Potem spojrzał na ekran i poczuł się jeszcze lepiej. SMS. Od Feliksa.

Załatwione. Za 10 kawałków i parę bzdetów zrezygnował z najmu. Od jutra dom jest nasz. Możemy się wprowadzać!

Hans-Peter wyciągnął się na wykładzinie pod stołem bilardowym i napisał kilka SMS-ów czymś, co nazywał „palcem cynkowym”. Paznokieć palca wskazującego zniekształciła ta sama przypadłość genetyczna, która całkowicie pozbawiła go włosów. Dowiedział się o tym na studiach medycznych, zanim wyrzucono go za naganną postawę moralną. Ojciec miał już na szczęście swoje lata i nie mógł go za to zbić. Paznokieć był ostry i przydawał mu się do czyszczenia bezwłosych przewodów nosowych, tak wrażliwych na pleśń, spory, pyłek szarłatu i rzepaku.

* * *

Cari obudziła się w ciemności, nie wiedząc dlaczego. I natychmiast – odruchowo – wsłuchała się w ostrzegawcze odgłosy dżungli. Szybko otrzeźwiała i nie poruszając głową, rozejrzała się po wielkiej sypialni. Jarzyły się wszystkie światełka – na dekoderze kablówki, termostacie i zegarku – ale to na panelu systemu alarmowego świeciło na zielono zamiast na czerwono.

Alarm – ktoś go wyłączył, na dole, i to ją obudziło, to pojedyncze piśnięcie. A teraz światełko zamrugało, bo ten ktoś mijał właśnie czujnik ruchu w przedpokoju.

Włożyła dres i wyjęła spod łóżka kij baseballowy. W kieszeniach miała telefon, nóż i spray na niedźwiedzie. Wyszła na korytarz, przystanęła na szczycie krętych schodów i zawołała:

– Kto tam jest? Lepiej się odezwij!

Cisza, co najmniej piętnastosekundowa. A potem głos:

– Felix.

Cari przewróciła oczami i syknęła przez zęby.

Zapaliła światło i zeszła na dół. Wciąż z kijem.

Felix stał u podnóża schodów, pod filmowym potworem, zębiastym ptakiem drapieżnym z planety Zorn.

Nie robił wrażenia pijanego. I nie miał w rękach żadnej broni. Był w kapeluszu.

Cari przystanęła na czwartym stopniu od dołu. Nie poczuła na sobie wzroku jego świńskich oczek. To dobrze.

– Przychodzisz w nocy bez uprzedzenia? Mógłbyś najpierw zadzwonić.

– Pilna sprawa – odparł. – Mam nowych najemców. Filmowców. Dobrze płacą. Znasz ten dom, więc chcą, żebyś została, może nawet dla nich gotowała, jeszcze nie wiem. Załatwiłem ci robotę, powinnaś mi podziękować. I trochę mi odpalić, kiedy już ci zapłacą. A płacą dużo, jak to filmowcy.

– Co kręcą?

– Nie wiem. Mam to gdzieś.

– I przychodzisz z tym do mnie o piątej rano?

– Nasz klient, nasz pan – odparł Felix. – Chcą się wprowadzić przed świtem.

– Spójrz na mnie. Jeśli kręcą pornosy, dobrze wiesz, co odpowiem. Nie ma mowy.

Po tym jak władze hrabstwa Los Angeles wydały Zarządzenie B, nakazujące używania prezerwatyw na ekranie i ograniczające wolność słowa, wielu producentów tego rodzaju filmów przeniosło się do Miami.

Już się z nim o to wykłócała.

– To nie pornosy. To coś w rodzaju reality... coś tam. Chcą mieć dwustudwudziestowoltowe gniazdka i gaśnice. Wiesz, gdzie to wszystko jest, tak? – Felix wyjął z kieszeni wymięte pozwolenie na filmowanie i kazał przynieść taśmę klejącą.

Kwadrans później usłyszała warkot silnika zbliżającej się do brzegu łodzi.

– Aha – rzucił Felix. – I nie zapalaj światła na pomoście.

* * *

W miejscach publicznych Hans-Peter Schneider jest zwykle bardzo czysty i ładnie pachnie. Ale ściskając mu w kuchni rękę, Cari poczuła przytłumiony odór siarki. Jak we wsi, w której wraz z domami płoną ludzie.

Schneider odnotował zdrową twardość jej dłoni i posłał jej wilczy uśmiech.

– Będziemy rozmawiali po angielsku czy po hiszpańsku?

– Jak pan woli – odparła.

Potwory wiedzą, kiedy je ktoś rozpozna, podobnie jak nudziarze, dlatego Hans-Peter przywykł do tego, że nowi znajomi reagują na niego odrazą i strachem. A w pewnych jakże cudownych chwilach, pełnym bólu błaganiem o szybszą śmierć. Jedni prawie natychmiast, inni z czasem.

Cari tylko na niego patrzyła. Nawet nie mrugnęła. Czarne źrenice jej oczu nosiły ślady inteligencji.

Próbował dostrzec w nich swoje odbicie, lecz – ku swojemu rozczarowaniu – nie mógł. Co za ślicznotka! I chyba o tym nie wie.

Korzystając z chwili zamyślenia, ułożył zgrabny kuplecik.

W czarnych sadzawkach twych oczu nie widać mojego oblicza,

trudno będzie cię złamać, lecz to na nagrodę się przelicza!

Postanowił, że kiedy znajdzie trochę czasu, przełoży go na niemiecki. Zamiast angielskiego „złamać” spróbuje ze słowem hörig, czyli „ujarzmiona”. Tak, i zaśpiewa go na melodię Nie lubię buraczków z kiszoną kapustą. Pod prysznicem. Może nawet dla niej, kiedy Cari dojdzie już do siebie i zacznie błagać o kąpiel.

Ale na razie musiał ją do siebie przekonać. Czas na przedstawienie.

– Pracuje tu pani od bardzo dawna. Felix mówi, że jest pani bardzo sumienna i dobrze zna pani ten dom.

– Pilnuję go od pięciu lat – odparła. – Pomagałam przy kilku naprawach.

– Czy dach domku nad basenem przecieka?

– Nie, jest szczelny. Domek można ochłodzić. Jest klimatyzowany, z oddzielną skrzynką elektryczną i automatycznymi korkami na ścianie od ogrodu.

Z kąta gapił się na nią Bobby Joe, człowiek Schneidera. Jego spojrzenie uznano by za niegrzeczne nawet tam, gdzie gapienie się za niegrzeczne nie uchodzi. Miał pomarańczowożółte oczy, jak niektóre żółwie. Schneider przywołał go skinieniem ręki.

Bobby Joe podszedł do nich i stanął stanowczo za blisko Cari.

„Po same jaja!” – przeczytała napis wytatuowany na jego szyi pod odrastającą już więzienną fryzurą. Na palcach widniały słowa MIŁOŚĆ i NIENAWIŚĆ, a na dłoni imię: „Manuela”. Miał małą głowę, dlatego daleko poza nią sterczał długi pasek czapki. Przeszyło ją wspomnienie czegoś złego. Szybko przeminęło.

– Zanieś ciężki sprzęt do domku – polecił Schneider. – I niech tam na razie zostanie.

Mijając ją, Bobby Joe musnął kłykciami jej pośladki. Dotknęła odwróconego krzyżyka świętego Piotra, który zwisał jej z szyi na łańcuszku z koralików.

– Czy woda i prąd są w całym domu? – spytał Schneider.

– Tak – odparła.

– Dwieście dwadzieścia woltów?

– Tak. Gniazdka są w pralni i w kuchni, za kuchenką. W garażu jest ładowarka do wózka golfowego. Nad ładowarką wiszą dwa przedłużacze. Weźcie czerwony. W czarnym ktoś wyłamał bolec uziemienia. W garażu są dwie skrzynki z dwudziestoamperowymi korkami, a w domku wyłącznik różnicowoprądowy.

– Ma pani plan parteru? – drążył Schneider.

– W bibliotece są plany architektoniczne i schemat sieci elektrycznej. W szafce, tej na podłodze.

– Czy system alarmowy jest nadzorowany przez jakąś centralę, czy przez policję?

– Nie, alarm jest ręcznie sterowany, podłączony do syreny na ulicy. Pokrywa cztery strefy i drzwi. Ma czujniki ruchu.

– Czy jest tu coś do jedzenia?

– Nie – odparła. – Chcecie tu jeść?

– Tak. Przynajmniej niektórzy z nas.

– I spać?

– Dopóki nie skończymy. Niektórzy będą tu jedli i spali.

– W okolicy jest pełno food trucków. Jeżdżą w tę i we w tę, wszędzie tam, gdzie coś się buduje. Mają niezłe jedzenie. Najlepsze na początku tygodnia. Wystarczy zaczekać na klakson. Mnie najbardziej smakuje to z Comidas Distinguidas i od Braci Salazarów. Wasi poprzednicy u nich kupowali. Na furgonetce jest napis „Gorące posiłki”. Jeśli chcecie, dam wam ich numer.

– Chciałbym, żeby to pani nam gotowała – powiedział Schneider. – Mogłaby pani robić zakupy i gotować jeden porządny posiłek dziennie? Nie musi pani podawać do stołu, wystarczy nam bufet. Dobrze zapłacę.

Cari potrzebowała pieniędzy. Była niezwykle szybką i pedantyczną kucharką, tak jak wszystkie kobiety, które przyjeżdżały do Miami, aby harować w domach bogaczy.

– Dobrze – odparła. – Będę wam gotowała. Jeden posiłek dziennie.

Kiedyś pracowała z budowlańcami. Gdy jako nastolatka gotowała dla nich od północy do rana, a potem w obciętych dżinsach sprzedawała im jedzenie, furgonetkę zawsze otaczał tłum cieśli i interes kręcił się jak szalony. Z doświadczenia wiedziała, że większość mężczyzn ciężko pracujących fizycznie ma dobre zamiary i jest nawet uprzejma. Ludzie ci są po prostu głodni – głodni wszystkiego.

Ale trzyosobowa ekipa Hansa-Petera Schneidera zupełnie się jej nie podobała. Upstrzeni więziennymi dziarami zrobionymi tuszem z sadzy i elektryczną szczoteczką do zębów, wyglądali na kryminalistów. Nieśli ciężką magnetyczną wiertarkę kolumnową, dwa młoty pneumatyczne i kamerę filmową do domku nad basenem.

Kobiety pracujące z brutalnymi mężczyznami w odludnych miejscach dobrze wiedzą, jak to jest. Trzeba kierować się praktyczną zasadą, która sprawdzała się także w dżungli – im ich więcej, tym bezpieczniej. Jeśli zespół składa się co najmniej z dwóch, wygrywa cywilizacja. Nie zaczną się do nikogo dobierać, chyba że są pijani. Ale ci robili wrażenie dużo bardziej agresywnych. Gapili się na nią, kiedy prowadziła Schneidera do skrzynek elektrycznych w wąskim przejściu między wysokim żywopłotem i murem ogradzającym posiadłość. Wiedziała, co myślą: Dawaj, wyruchajmy ją! Zróbmy sztafetę. Sztafetę! Ale bardziej niż ich chamskich spojrzeń była świadoma obecności idącego za nią Schneidera.

Ten stanął przed nią za żywopłotem. Twarzą w twarz, z uśmiechem na ustach, wyglądał jak biały gronostaj.

– Felix mówi, że zanim panią znalazł, pracowały tu cztery inne dozorczynie. Tamte bały się tego domu, wszystkich tych makabrycznych rzeczy. Ale pani się nie boi, prawda? Ciekawym dlaczego.

Nie gadaj z nim, podszeptywał jej instynkt. Nie odpowiadaj.

Wzruszyła ramionami.

– Muszę mieć pieniądze na zakupy.

– Zwrócę pani.

– Nie. Musi pan zapłacić z góry. Serio.

– Jest pani poważną osobą. Mówi pani piękną hiszpańszczyzną, jak rodowita Kolumbijka. Jak uzyskała pani pozwolenie na pobyt w Stanach? Powołała się pani na „uzasadniony lęk przed powrotem do kraju”? Ci z urzędu imigracyjnego uwierzyli?

– Zakupy – odparła. – Dwieście pięćdziesiąt dolarów powinno wystarczyć.

– Uzasadniony lęk przed powrotem do kraju... – powtórzył Schneider. Podobały mu się płaszczyzny jej twarzy i zastanawiał się, jak zmieni je ból. – Te wszystkie monstra, rekwizyty do filmów grozy. Te zabawki zupełnie cię nie przerażają, Cari. Dlaczego? Bo rozumiesz, że są to jedynie produkty wyobraźni zwykłych szczurów miejskich, które mają napędzić strachu innym szczurom miejskim. Prawda? Rozumiesz to, Cari. Dostrzegasz różnicę. Wiesz, jak wygląda rzeczywistość. Las verdades, la realidad. Gdzie się tego nauczyłaś? Gdzie widziałaś coś naprawdę strasznego?

– W Publiksie mają teraz dobre chuletas, poza tym trzeba kupić kilka bezpieczników. – Cari odwróciła się i odeszła, zostawiając go pod pajęczynami za żywopłotem.

– „W Publiksie mają teraz dobre chuletas” – powtórzył Schneider jej głosem. Jest naprawdę wyśmienitym imitatorem.

Cari wzięła Feliksa na bok i oświadczyła:

– Nie nocuję tutaj.

– Ale przepisy przeciwpożarowe...

– To nocuj tu sam. Tylko pamiętaj, śpij na plecach. Ale zgoda, coś im ugotuję.

– Cari, mówię ci, że...

– A ja mówię tobie. Jeśli zostanę tu na noc, wydarzy się coś głupiego. A to, co będzie potem, nie spodoba się ani tobie, ani im.

[...]