Cappuccino z cynamonem - Edyta Świętek - ebook
Opis

Patrycja i Sebastian są zupełnie przeciętnym małżeństwem: wspólnie wychowują dwunastoletnią córkę, borykają się z problemami dnia codziennego. Pati pracuje w biurze, gdzie musi znosić dziwactwa swojego zwariowanego kolegi, Teodora. Pewnego dnia ten na pozór uporządkowany świat rozsypuje się jak domek z kart – Sebastian postanawia odejść. Co się stało, że mąż podjął decyzję o rozstaniu? Czy sprawił to słynny kryzys wieku średniego, będący tematem regularnych dyskusji koleżanek Patrycji? A może przyczyna tkwi gdzie indziej...

Czy w „zatrważającym” wieku 36 lat można szczerze się zakochać i ułożyć życie na nowo? – te i inne pytania będą dręczyć Patrycję po rozwodzie. Wsparcia w trudnych chwilach udziela jej najlepsza przyjaciółka Elwira, która wraz z przyjaciółkami knuje małą intrygę.

Patronat: Fundacja Miasto Słów , Klub z Kawą nad Książką , Książki w eterze , na Pięknej , Przegląd Czytelniczy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 437

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Edyta Świętek Copyright © Wydawnictwo Replika, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja Monika Orłowska

Korekta Joanna Pawłowska

Projekt okładki Iza Szewczyk

Zdjęcie na okładce http://pl.depositphotos.com/ vsurkov http://pl.depositphotos.com/ls992007 http://pl.depositphotos.com/popovaphoto

Skład, łamanie przygotowanie wersji elektronicznejMaciej Martin

Wszystkie postaci występujące w powieści są fikcyjne. Poglądy wyrażane przez „Złotoustą” Jolę oraz Izabelę nie są prywatnymi opiniami autorki.

Wydanie I

ISBN 978-83-7674-350-9

Niniejszą powieść dedykuję

moim kochanym Czytelnikom z Sieradza.

Errare humanum est

(Mylić się jest rzeczą ludzką)

– Sokrates

Prolog

Mężczyzna z namaszczeniem rozłożył na biurku bardzo starą mapę samochodową Polski. Zakrawało na cud, że pożółkła płachta oparła się porządkowym zapędom Moniki. Już od dawna z niej nie korzystał, miał w aucie nawigację. Wyszperał arkusz spomiędzy stojących na półce książek w dość nietypowym celu – potrzebował radykalnej zmiany.

– To jak? Jesteście gotowi? – zapytał stojące obok dzieci.

Chłopiec i dziewczyna spojrzeli po sobie, potem odwrócili się do ojca i zgodnie pokiwali głowami.

– Jesteście tego pewni? Nie żal wam będzie wyjeżdżać?

– Trochę – odparła nastolatka. – Urodziliśmy się tutaj. Mamy tu przyjaciół i rodzinę. Lubimy to miasto. Tego wszystkiego będzie nam żal, ale dalej nie da się tak funkcjonować.

– Po prostu zrób to, i już – poparł ją brat.

Wszyscy troje byli bardzo zmęczeni. Ostatnie tygodnie dały im w kość. Marzyli o spokoju, ciszy i rozpoczęciu życia na nowo w miejscu, gdzie nikt ich nie zna. Mieli już dosyć fałszywego współczucia oraz wytykania palcami. Pragnęli także odciąć się definitywnie od wciąż świeżych, traumatycznych wspomnień.

Ojciec zamknął oczy i palcem wskazującym dotknął mapy.

– To jest nasz cel – oznajmił.

Podniósł powieki. Trzy głowy pochyliły się nad planszą.

– Niepołomice – odczytała córka.

Mężczyzna spojrzał na parę nastolatków i uroczyście oznajmił:

– Przeprowadzamy się do Niepołomic. Tam będzie nasz dom. Tam będziemy szczęśliwi jak nigdy wcześniej. Daję wam słowo honoru.

Od lat cierpiał na chroniczne złamanie serca. Nie wiedział, co sprawiało mu większy ból: zdrada żony czy jej nagła śmierć. Nie kochał Moniki, mimo że przeżyli razem blisko siedemnaście lat. Miłość, którą czuł na początku, umierała z każdym dniem nieudanego małżeństwa, a on uświadamiał sobie, że biorąc ślub, popełnił życiową pomyłkę. Wiedział, że nawet teraz, gdy zimne, zastygłe ciało Moniki od kilku tygodni spoczywa na cmentarzu, on i tak nie zwiąże się z tamtą. A jednak cierpiał.

Cóż, należało w końcu odciąć się od przeszłości, zapomnieć. Niestety, nie ułatwiano mu zadania. Rodzina, przyjaciele, wszyscy życzliwi, którzy chcieli pomóc – robili w rzeczywistości więcej złego niż dobrego. Miał dość fałszywego współczucia. Nie był aż takim altruistą, na jakiego niektórzy go kreowali, nie był także frajerem, za jakiego uważali go inni. Był po prostu sobą. Kierował nim zwykły humanitaryzm.

Pozwolił, aby jego prawie była żona umarła z godnością, ot co.

Pięćdziesiąt par szpilek

Ekspres zakończył cykl parzenia kawy. Patrycja zabrała filiżankę cappuccino i włączyła program czyszczący dyszę do spieniania mleka. Poczekała, aż urządzenie wykona wszystkie funkcje, następnie przełączyła je na stan czuwania. Przyprószyła rdzawym pyłkiem cynamonu puchaty kopczyk mlecznej pianki. Następnie zamknęła starannie kuchnię i wróciła do swojego pokoju.

Była dziesiąta. Normalnie o tej porze miałaby w perspektywie cztery godziny nudy, lecz akurat zbliżał się koniec miesiąca, więc musiała przygotować kilkadziesiąt faktur zbiorczych za usługi świadczone stałym klientom w ramach zawartych umów.

Firma, w której pracowała Pati, prowadziła działalność polegającą między innymi na regenerowaniu zużytych tonerów do drukarek i innych urządzeń biurowych. Była to sieć rozsianych po Krakowie punktów, w których można było także zrobić pieczątki, wizytówki, ulotki, wielkoformatowe odbitki ksero czy różnego rodzaju wydruki. Pati była asystentką menedżera nadzorującego pracę kilkunastu placówek usługowych, zwanego przez nią Pączkiem. Ona i Teodor urzędowali w kilku wynajętych pomieszczeniach w dużym biurowcu. Stanowili jedyny personel administracyjny firmy. Księgowość prowadzona była przez biuro rachunkowe mieszczące się na dziesiątym piętrze tego samego budynku. Interesem zarządzała Larysa Odo-Debrecka, córka właściciela, który od roku przebywał w Himalajach, poszukując oświecenia wśród tybetańskich mnichów.

Pati swojego chlebodawcę znała wyłącznie z obszernych opowieści Pączka oraz skąpych wypowiedzi Lary. Szefowa, z natury dość powściągliwa, o ojcu mówiła rzadko. Pączek natomiast z nostalgią wspominał pryncypała, ocierając przy tym swoją kwadratową łapką nadciągające do oczu łezki. Dla niego czas w biurze dzielił się na ten pod rządami szefa i pod rządami Larysy. Nie trzeba być szczególnie domyślnym, aby zauważyć, że pod rządami szefa żyło mu się znacznie lepiej. Do Lary odnosił się z uniżonością, lecz w rzeczywistości darzył ją mieszanką głębokiej nienawiści i pogardy.

Patrycja usiadła w wygodnym fotelu obrotowym i pociągnęła łyk kawy. Kubki smakowe wysłały do mózgu sygnał: wyborna! Bez wątpienia kawa stanowiła największą zaletę tej nudnej i odmóżdżającej pracy, cała reszta była po prostu żałosna. No, może z wyjątkiem Przystojnego Bruneta – tajemniczego osobnika, którego Pati widywała w przelocie kilka razy w tygodniu. Nigdy nie zamieniła z nim ani słowa ponad zdawkowe dzień dobry.

Zasadniczo nie wiedziała, dlaczego przypadkowe spotkania z tym mężczyzną budzą w niej tyle emocji. W oczach rodziny oraz przyjaciół ona i Sebastian byli szczęśliwym małżeństwem. Często wychodzili dokądś razem, odnosili się do siebie z szacunkiem i serdecznością, nie plotkowano na ich temat. Widać było, że żyją ze sobą zgodnie, nawet jeśli pojawiały się jakieś pokusy.

Patrycja należała do tych kobiet, za którymi oglądają się na ulicy mężczyźni w każdym wieku. Miała cudowne, długie do pasa blond włosy. Brązowe oczy patrzyły na świat figlarnie, rysy jej twarzy były harmonijne. Ubierała się ze stonowaną elegancją, uchodziła za kobietę z klasą.

Również jej mężowi niczego nie brakowało: był przystojny, choć nie wyróżniał się niczym szczególnym. Miał niespotykaną, jak na mężczyznę, empatię. Rozumiał jej zainteresowanie modą i nigdy nie marudził, gdy ulegała słabości i przynosiła do domu kolejną parę szpilek. On także lubił dobrze wyglądać, zawsze nienagannie ubrany i szarmancki, budził sympatię pośród kobiet. Można było z nim porozmawiać o wszystkim: teatrze, poezji, ciuchach, kosmetykach, motoryzacji i niezbadanych zjawiskach, bolesnym miesiączkowaniu i krzywej popytu. Prawdziwy obiekt pożądania – ujmująco wszechstronny.

Dlaczego więc, mając taki skarb, wypatrywała tamtego bruneta?

A może chodziło o to, że miała trzydzieści pięć lat, więc mężczyzna oglądający się za nią na korytarzu i uśmiechający na jej widok mile łechtał kobiecą próżność?

Małżeństwo Janasów osiągnęło fazę stabilizacji. Bazowało na relacjach przyjacielskich. Seks stanowił sprawę mało istotną. Patrycja miewała czasami fantazje, lecz potrafiła stłumić pożądanie i rozładować napięcie w inny sposób. Ostatnimi czasy mąż coraz rzadziej sypiał razem z nią. Już nie pamiętała, kiedy po raz ostatni doszło pomiędzy nimi do czegoś więcej niż tylko do przyjacielskiego uścisku. Wciąż bolała go głowa, to znowu był zmęczony, to zasiedział się przed telewizorem. Stosował wszystkie wymówki, do których, według jej przyjaciółek, uciekają się kobiety, gdy nie mają ochoty na seks. Wiedziała, co jest tego powodem. On zawsze miał problemy z potencją. Próbował terapii, chodził do seksuologa, lecz bez rezultatu.

Zwykle Seba przeczekiwał przed telewizorem, aż Pati zaśnie, i dopiero wtedy dołączał do niej w małżeńskiej sypialni. Albo i nie. Wieloletnie przyzwyczajenie sprawiało, że układała się do snu po lewej stronie łóżka, zostawiając dla męża pustą przestrzeń. Nasłuchiwała jego kroków w nocnej ciszy, czekając, aż przyjdzie do niej i rozgrzeje jej zziębnięte serce.

Niegdyś przynajmniej zasypiał i budził się razem z nią. Opowiadał o kumplach i pracy, ona zwierzała mu się ze swoich spraw. Czasami potrafili przegadać całą noc i zasnąć dopiero nad ranem. Sebastian wtulał się w jej plecy, czuła jego oddech na karku, dłoń błądzącą bez pośpiechu po jej pośladkach. Niekiedy pozbawione namiętności pieszczoty wieńczył nieudolny seks, zawsze w tej samej pozycji. Wtedy cieszyła się, że przynajmniej tyle go kręci. Ostatnio martwiło ją, że przestała go podniecać w ogóle.

Kiedyś zastanawiała się przewrotnie, czy osiągnęłaby zamierzony efekt, gdyby wrzuciła mu viagrę do posiłku. Próbowała chyba wszystkiego. Dolna szuflada komody kipiała mnogością falbanek, koronek, gorsecików, pończoch i innej frywolnej bielizny. Na Sebastiana to nie działało, jak twierdził, nie był fetyszystą, nie potrzebował takich podniet.

Zasadniczo nie potrzebował absolutnie żadnych podniet.

A ona go po prostu kochała. Potrafiła żyć niemalże bez seksu. Seba był dobrym mężem, troszczył się o nią i Sarę, dbał o dom, nie pił, nie bił, nie włóczył się nie wiadomo z kim i gdzie. Czego więcej mogła pragnąć?

Patrycja pomyślała, że być może niepotrzebnie czepia się drobiazgów. Ilu spośród mężów jej koleżanek potrafiło ugotować obiad, zadbać o porządek i znaleźć czas na odrabianie lekcji z dzieckiem? Ilu facetów w ogóle miało cierpliwość do nastoletnich pannic, znosiło fochy, ze stoickim spokojem zabierało córki na zakupy do galerii handlowych i potrafiło trafnie doradzić wybór ciuchów?

A że był zdystansowany? Cóż, nie można mieć wszystkiego. Czasami brakowało jej fizyczności w ich związku, lecz za to miała w mężu prawdziwego przyjaciela, antidotum na wszelkie bolączki. Wychodząc za niego, wiedziała, na co się decyduje. Sebastian nie należał do namiętnych mężczyzn i nie ukrywał tego przed nią nawet w okresie narzeczeńskim. Mimo wszystko w dniu, w którym wkładali ślubne obrączki, wierzyła, że z biegiem czasu może się to zmienić i lód przeistoczy się w ogień.

Och, dziewczęca naiwności, niesięgająca wzrokiem dalej niż kilka kroków od ołtarza!

Z zamyślenia wyrwało ją cichutkie skrzypnięcie klamki. W drzwiach stanął Pączek, tarasując przejście, gdyż musiał mieć na oku gabinet. Nie stać go było na luksus spuszczenia z zasięgu wzroku drzwi wejściowych do swojej twierdzy. Uważał, że biurowiec roi się od oszustów i złodziei, czyhających na okazję, aby splądrować jego pokój. Czasami Pati zastanawiała się, co można byłoby tam ukraść, i ni cholery nie potrafiła tego wykombinować: przestarzały, kilkunastoletni komputer (całkiem sprawny, nie ma sensu kupować lepszego)? Zapadnięty fotel obrotowy (na nowy szkoda kasy)? Zszywacz? Dziurkacz? Długopisy? W skrytości ducha marzyła, aby to jego wyniesiono, najlepiej razem z fotelem, komputerem i całą przedpotopową zawartością biurka.

Pączek zasługiwał na swoje miano w stu procentach. Mierzył zaledwie sto sześćdziesiąt centymetrów, co przy jego znacznej tuszy nadawało mu kulistego kształtu. Wrażenie to potęgowała nieproporcjonalnie duża, kędzierzawa głowa. Czuprynę bujnych, jasnobrązowych włosów przyprószyła siwizna wypisz, wymaluj cukier puder z pączków oferowanych przez mieszczącą się w biurowcu restaurację. Z nalanej twarzy mężczyzny wyzierały głęboko osadzone oczka w bliżej nieokreślonym kolorze.

Mężczyzna urzędował sam w pokoju, lecz często do niej zachodził. Był strasznym gadułą. Potrzebował publiczności, przynajmniej jednoosobowej, by wywnętrzać swoje błyskotliwe myśli. Ponieważ był jej zwierzchnikiem, wychodził z założenia, że powinna w zachwycie wysłuchiwać jego wywodów. Uważał się bowiem za twór doskonały, istotę idealną, posiadającą wyłączność na inteligencję. Całą resztę populacji miał głęboko w… poważaniu, aby nie powiedzieć bardziej dosadnie.

Po pierwszym dniu spędzonym w biurze wróciła do domu dosyć skonsternowana.

– Jak było? – zapytał ją zaciekawiony Sebastian.

– Dziwnie – stwierdziła szczerze. – Nudno.

– Spokojnie, to pierwszy dzień. No, opowiadaj. Przyszłaś rano do pracy i… – naprowadził ją na właściwy temat.

– No i spędziłam długi nudny dzień z facetem, który ma na imię Teodor i w ciągu ośmiu godzin wypił co najmniej trzy kawy, zjadł kilka pączków, niezliczoną ilość kanapek, serków i owoców. Nie przerywając jedzenia, opowiedział mi historię powstania firmy, z której wynikało, że sam opracował metodę regeneracji zużytych tonerów i to on podsunął panu Debreckiemu pomysł na biznes w postaci otwarcia sieci punktów usługowych. Zdążył mnie też kilkanaście razy poinstruować, abym nie zapomniała pod koniec dnia wyłączyć z prądu absolutnie wszystkich urządzeń w biurze oraz kuchni. Gdy myłam ekspres po zrobieniu kawy, przylazł, wyjął mi z ręki szczoteczkę i pokazał, jak należy myć dyszę do spieniania mleka, żeby nie pozostały na niej żadne zarazki. Gość jest totalnie odjechany, nie wiem, skąd się urwał, istnieje spore prawdopodobieństwo, że to kosmita.

– Siedzisz z nim w pokoju?

– Na szczęście nie. Zresztą on nie wygląda na kogoś, kto mógłby siedzieć w jednym pokoju z kimkolwiek. Sprawia wrażenie samca dominującego, który obsiusiał swoje terytorium.

– No a praca? Czym się zajmowałaś? Poradzisz sobie?

– Odebrałam kilkanaście telefonów, większość dzwoniących spławiłam, bo to byli telemarketerzy. Przez resztę czasu prowadziłam jałowe rozmowy z człowiekiem, który ma licencję na całą mądrość świata. Za każdym razem, gdy prosiłam Teodora o jakieś zajęcie, to mnie zbywał. Podobno nie ma teraz czasu, ale jak już wszystko ogarnie i trochę się odrobi, to przekaże mi część obowiązków, o ile im podołam. Uznał mnie za idiotkę, która nie potrafi absolutnie nic.

Od tamtego popołudnia minęło kilka miesięcy. Bezsensowne rozmowy wciąż trwały. Pączek nadal nie ogarniał pracy na tyle, aby podzielić się pełnią jej tajników z Pati. Patrycja była tym strasznie zirytowana, współwłaścicielka firmy, Larysa Odo-Debrecka, również. Szefowa uważała, że Teodor powinien wdrożyć Patrycję w całość swoich obowiązków.

– Ja przez tego safandułę nie mogę spać po nocach – utyskiwała. – Przecież w razie jakiegoś jego wypadku czy choroby będziemy leżeć i kwiczeć!

Stanęło na tym, że menedżer ma nauczyć Patrycję wszystkiego, co robi. Dzielenie się wiedzą przychodziło mu nad wyraz opornie. Wbrew pozorom administrowanie pracownikami oraz utrzymanie porządku w dokumentach wcale nie wymagało dużych nakładów czasu. To Pączek stwarzał pozory zapracowanego, gdyż trząsł całym swoim spasionym ciałkiem z obawy, że może stracić zatrudnienie.

Patrycja nie miała zamiaru pozbawiać go ciepłej posadki. Chciała tylko jakoś przetrwać. Tkwiła w najbardziej absurdalnej firmie świata, gdyż nie miała wyjścia. Sebastian zarabiał niewiele. Nie chciała, aby wciąż ją utrzymywał, wystarczająco długo była na garnuszku męża. Szukała zajęcia przez rok i gdy pewnego dnia zadzwoniła do niej Larysa, z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną, nie wierzyła, że uda jej się dostać etat. Wprawdzie oferta pracy zakładała umowę na jeden rok w zastępstwie za dotychczasową asystentkę, która wyjechała na stypendium do Lyonu, lecz Patrycji było wszystko jedno, musiała coś znaleźć. O dziwo, pomyślnie przebrnęła przez interview, okazało się, że nie oczekiwano od niej żadnych cudów, nie uświadomiono jej również, że praca będzie monotonna i strasznie nudna. Ubolewała nad bezproduktywnie upływającym życiem, bowiem, jak stwierdził Einstein, znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie, jak go wskrzesić. Dodatkowo martwiła się mizernym wynagrodzeniem, ale to zajęcie nie było więcej warte. Pati nie mogła sobie pozwolić na kręcenie nosem, gdyż okres, który minął na bezowocnych poszukiwaniach zatrudnienia, mocno uszczuplił wątły domowy budżet.

Wysączyła ostatni łyk kawy. Pączek nadal opowiadał jakieś pierdoły i nie zanosiło się, by miał skończyć w najbliższym czasie. Boże! Ratuj – pomyślała. Zostało mi jeszcze dwieście siedemdziesiąt pięć dni do końca umowy. Ja chyba zwariuję! Za jakie grzechy mnie tak pokarałeś? Niestety, Opatrzność pozostała głucha na jej nieme wołanie. Aby odzyskać święty spokój, należało uciec się do podstępu. Dziewczyna postanowiła wykorzystać swoją starą, dobrze wypróbowaną metodę, która wciąż działała niezawodnie.

– Przepraszam, panie Teodorze, muszę natychmiast umyć filiżankę, w przeciwnym razie zalęgną się w niej straszliwe bakterie – oznajmiła, wstając.

– Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście – odparł, nie słysząc ironii.

Przemknęła do kuchni. Pączek odprowadził ją spojrzeniem i westchnął na widok nieprawdopodobnie długich nóg, przedłużonych dodatkowo wysokimi szpilkami. Wyobraził sobie asystentkę ubraną w strój playboyowskiego króliczka i czarne kabaretki. Nagle do ust napłynęła mu duża dawka śliny. Odczuł przymus natychmiastowego wzmocnienia organizmu ciastkiem, gdyż fantazje erotyczne na temat Patrycji były wyczerpujące.

Dziewczyna zdawała sobie sprawę z faktu, że w chwili gdy ona idzie do kuchni, Pączek Erotoman taksuje powłóczystym spojrzeniem jej spódniczkę, szpilki oraz długie nogi w rajstopach z czarnej, kryjącej lycry.

– Idę do automatu po batonika, proszę odbierać telefony – krzyknęła.

A nuż przy automacie zmaterializuje się Tajemniczy Brunet? Może powie w końcu coś więcej niż tylko zdawkowe, okraszone uśmiechem dzień dobry?

Zegar wskazał godzinę szesnastą. Patrycja powyłączała wszystkie urządzenia, trzy razy sprawdziła, czy okna są szczelnie zamknięte – tak dla świętego spokoju, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie otwiera na oścież okien pod koniec listopada. Pokręciła głową, niezadowolona, że paranoje Pączka zaczynają udzielać się również jej, ale jak miałyby się nie udzielić, skoro on tyko czekał na straszliwe potknięcia i brak odpowiedzialności? Kiedyś podobno nie wyłączyła drukarki, chociaż była święcie przekonana, że to zrobiła. Niejeden raz przyłapała go na sprawdzaniu, czy wychodząc, niczego nie przeoczyła. Zawsze robił to trzykrotnie.

– Panie Teodorze! – początkowo protestowała. – Ja już to wyłączyłam, zamknęłam, sprawdziłam…

– Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście – powtarzał z obłędem w oczach i macał przyciski odcinające zasilanie.

Pstryk-pstryk, drukarka sprawdzona. Pstryk-pstryk, kserokopiarka również, mimo że przecież widać wyraźnie ciemny panel wyświetlacza. Pstryk-pstryk, zasilacz od komputera na ułamek sekundy zamigotał zieloną diodą. Pączek sprawdził każde z czterech okien.

– Zamknięte, zamknięte, zamknięte, zamknięte. Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście.

Powinien się leczyć – myślała Patrycja, obserwując jego poczynania. Jak nic to nerwica natręctw. Uporczywe powtarzanie tych samych czynności i słów, opowiadanie w kółko tych samych historii…

Uff… Niełatwo było egzystować z nim w jednym biurze. Pączek traktował wszystkich wokół jak istoty upośledzone. Wychodząc z pracy, Pati zastanawiała się, czy nad jej głową rozbłysła już aureola, bo przy nim i święty straciłby cierpliwość, nie wspominając już o tym, że Teodor poprawiłby nawet po samym Panu Bogu.

Z ulgą opuściła biuro. Chłodne listopadowe powietrze uszczypnęło jej policzki. Otuliła się szczelniej szalem i przemknęła kilka kroków dzielących ją od samochodu. Rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę pokoju i zobaczyła, jak krąży po nim Pączek, sprawdzając, czy aby na pewno wszystko zostało wyłączone.

– Ja chyba zwariuję – westchnęła z dezaprobatą. – Och… Niech już minie te dwieście siedemdziesiąt pięć dni i skończy mi się umowa o pracę.

Patrycja wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwi. W tym samym czasie roleta w oknie szóstego piętra zafalowała nieznacznie, lecz ona, pochłonięta zapinaniem pasów i uruchamianiem pojazdu, nie zwróciła na to uwagi.

Zapadał wczesny jesienny zmierzch. Pati zrobiła szybkie zakupy i wyruszyła w dalszą drogę. Nad okolicznymi pustkowiami snuły się pojedyncze smugi mgły. Z każdym przejechanym kilometrem opary gęstniały, aby w Staniątkach osiągnąć mleczną konsystencję.

Mdła poświata ulicznych latarni oświetliła tablicę z napisem „Niepołomice”. Kobieta skręciła w stronę puszczy. Jej dom położony był na obrzeżach kniei. W ogrodzie Patrycji pachniało igliwiem, a jodły samosiejki mieszały się ze szlachetnymi cyprysami.

Kochała swój dom i ogród. Kochała Sarę, Sebastiana oraz Owidiusza. Miała krąg przyjaciółek, na których wsparcie zawsze mogła liczyć. Ostatnimi czasy dręczyło ją jednak coś bliżej niesprecyzowanego.

Spojrzała na majaczące za mgłą czarne sylwetki obnażonych z liści drzew. Zwolniła, pozwoliła, aby samochód wytracił prędkość i zatrzymał się na ulicy. Owinęła szyję szalem i wysiadła z pojazdu. Przeszła parę kroków, wciągnęła w płuca lepkie, zimne powietrze.

Nagle znalazła się w zupełnie innym wymiarze rzeczywistości, jakby przeniosła się w bardzo stary, żółto-popielaty film.

Żółta poświata latarni. Szare kłęby mgły. Czarne zarysy drzew.

– Tak bardzo Cię proszę, Panie Boże. Niech w moim życiu coś się wydarzy i odmieni je na lepsze. Utknęłam w przytłaczającym marazmie. Mam wrażenie, że ominęło mnie coś bardzo ważnego, niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju, ponieważ na którymś życiowym zakręcie podjęłam złą decyzję. Och… Gdybym tak mogła znowu stanąć na tym rozwidleniu, na którym popełniłam błąd, i ponownie dokonać wyboru!

Czekała przez chwilę na jakiś cud, lecz niebo milczało, ukryte za kłębami mgły. Zrezygnowana wsiadła do auta, aby przejechać ostatni kilometr. Zatrzymała pojazd na podwórku. Czasami myślała, że jej dom to niemalże cud. Ani ona, ani Sebastian nie byli zaradni, nie potrafili zdobywać intratnych posad, walczyć w wyścigu szczurów. Planowali mieszkanie w Niepołomicach, gdyż stąd pochodził Sebastian, ale Pati nie odpowiadała wizja egzystowania u teściów. Sami nie doszliby do niczego, lecz kilka tygodni przed ich ślubem zmarła chrzestna matka Patrycji, która zapisała jej w spadku dom. Tym samym wybawiła narzeczonych z problemu, gdzie się osiedlić po założeniu rodziny.

Zanim przejęli mały, ceglany, wybudowany przed wojną domek, popadł on w ruinę. Czerwona dachówka porosła od północnej strony mchem, od południowej wyblakła. Okna wypaczyły się, podłogi padły żerem korników, tynk popękał i skruszał. Wyremontowali budynek na tyle, na ile wystarczyło mizernych zasobów finansowych, pochodzących głównie ze ślubnych prezentów, i żyli sobie z dnia na dzień, ciesząc się, że posiadają własne miejsce w świecie.

Pati zdjęła na ganku kozaki w kolorze karmelu. Pozbierała odłożone na bok zakupy.

– Ja też się cieszę, że was widzę! – krzyknęła w głąb domu. – Czy ktoś może ruszyć tyłek i pomóc mi z tymi torbami?

– Miau? – przywitało ją kocisko zdziwione hałasem.

– Miau, miau, Owidiuszu. Gdzie jest Sebastian i Sara, co? Ja wiem, że ty byś z miłą chęcią spenetrował siatki, ale nie na taką pomoc liczyłam.

– Cześć, mamuśka! Co mi kupiłaś? – Pomniejszona kopia Patrycji zmaterializowała się u jej boku.

– Saro! A gdzie buziak na przywitanie? Hm? Weź to ode mnie – wyciągnęła w jej stronę pękate torby – i rozpakuj zakupy. Ziemniaki obrane? Lekcje odrobione? Co w szkole? – zaatakowała córkę, odwijając szal i rozpinając guziki płaszcza. – Z drogi, Owidiusz! Seba! Rusz w końcu tyłek z kanapy. Nakarmiłeś tego głodomora?

– Już idę – usłyszała głos męża.

Sebastian odebrał od niej płaszcz, cmoknął ją w przelocie w policzek i znikł na chwilę w garderobie.

– Obiad się gotuje – oznajmił. – Owidiusz zjadł godzinę temu kopiastą miskę mięsa, darmozjad próbuje cię oszukać. Mały fałszywiec – burknął pod adresem kota, który zdecydowanie nie był jego ulubieńcem. – Jak minął dzień?

– Marnie. A jak tam twoje przeziębienie? Lepiej ci już? – zatroszczyła się o męża.

– Zdecydowanie.

– Tak właśnie myślałam, skoro nie leżysz w łóżku, tylko przed telewizorem.

– Ojej! A coś ty taka czepliwa dzisiaj?

– Ja? – zdziwiła się. – Wcale nie jestem czepliwa. Jestem po prostu zmęczona.

– A może ciebie też łapie jakieś choróbsko? Zjemy obiad i pójdziesz się położyć, a ja pozmywam i sprawdzę lekcje Sary.

– Kochany jesteś. – Przytuliła się do męża i ucałowała go w policzek.

Potrzebowała ciepłego gestu, czegoś więcej niż przyjacielski uścisk. On nigdy nie był skory do okazywania czułości. Tym razem także zachował dystans. Odwrócił się, otwarł lodówkę, wyjął salaterkę z surówką i postawił na kuchennym stole.

– Saro, nakryj do obiadu – poprosił córkę.

Noc, cisza i ciemność, małżeńskie łóżko, z którego wieje chłodem. Bezsenność krążyła na palcach po sypialni, zaglądając w oczy Patrycji.

Kobieta otuliła się szczelniej kołdrą i naciągnęła dodatkowo koc. Jej manewry obudziły śpiącego smacznie w nogach łóżka Owidiusza. Kot miauknął z dezaprobatą, że zakłóca mu drzemkę, umościł się na nowo i już po chwili zapadł w kolejny sen.

Przewróciła się na plecy i westchnęła. Nie znosiła duszących, bezsennych nocy. Tępym wzrokiem patrzyła w sufit i na smugi cieni powstałe z odbicia latarni. Nie potrafiła znaleźć sobie miejsca w skotłowanej pościeli. Nagle ogarnęło ją dziwne przeczucie, jakby w powietrzu zawisło coś złowrogiego. Futerkowy przyjaciel odczuł jej niepokój, przeciągnął się i podsunął łebek do pogłaskania. Niestety, nawet kojące zazwyczaj mruczenie nie było w stanie zagłuszyć niespokojnych myśli.

Zaschło jej w gardle. Postanowiła pójść do kuchni, aby się napić. W ślad za nią ruszył Owidiusz, licząc na nadprogramowy posiłek. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła, że kuchnia jest oświetlona.

– Seba? Czemu nie idziesz do łóżka?

– Suszyło mnie – odparł, wskazując do połowy opróżnioną szklankę soku. – Psik! – fuknął na kota, który otarł się o jego nogi.

Obrażony Owidiusz wskoczył na krzesło i przyjął pozycję sfinksa, obserwując czujnie drzwi lodówki.

– Mnie też chce się pić. Znowu nie mogę spać – dodała. – Czuję jakiś dziwny ciężar.

– Być może to przeziębienie. Pewnie cię zaraziłem. Pokaż czoło. – Przyłożył dłoń do jej skroni. – Chyba nie masz temperatury, ale może powinnaś wziąć coś zapobiegawczo?

– Jesteś kochany.

Podeszła do męża, objęła go w pasie i przywarła do niego. Nie odsuwaj się – poprosiła go w myślach. Przytul mnie, pogłaszcz. Tak bardzo mi tego potrzeba.

Sebastian znieruchomiał na moment. Poczuła, jak drgnęły jego mięśnie, wystraszyła się, że on jak zwykle zrobi unik, a jednak przytulił ją do barku.

– Kocham cię, Patuś – powiedział niespodziewanie.

– Ja też cię kocham. Tęsknię za tobą – wyznała.

Czasami czuła się jak idiotka. Wychowywano ją w przekonaniu, że to mężczyzna powinien adorować kobietę, zdobywać ją i zabiegać o jej względy. Tymczasem w ich przypadku było odwrotnie. To ona częściej wychodziła z inicjatywą pożycia.

– Wiem, że kiepski ze mnie facet – powiedział z twarzą ukrytą w jej włosach. – Wiesz, ja myślę… – urwał. Bardzo trudno było wyrazić to, co miał do przekazania. Nie chciał skrzywdzić żony.

– Co takiego?

Miała nadzieję, że chodzi mu o kolejną terapię.

Odsunął Patrycję na wyciągnięcie ramion. Spojrzał jej w oczy.

– Zdaję sobie sprawę z twoich potrzeb, a ja… No, wiesz: nie staję na wysokości zadania.

Zaniepokoiła się. Nie podobał jej się kierunek, w którym zmierzały jego słowa.

– Seba, co ci chodzi po głowie?

– Myślę, że powinnaś sobie kogoś poszukać. Rozumiesz…

– Pogięło cię?! – Wyrwała mu się jednym płynnym ruchem.

– Nie, posłuchaj, Patrycja. Kocham cię. Chcę, żebyś była szczęśliwa. Nie mogę być egoistą i wymagać od ciebie poświęceń.

– Przestań wygadywać głupoty! Zwariowałeś?!

Odwróciła się od niego. Wyjęła z szafki szklankę i nalała do niej wodę. Ręka drżała jej jak w febrze, lecz musiała dać zajęcie dłoniom, aby nie rzucić się na niego z pięściami.

– Pati, ja mówię serio. Bardzo długo o tym myślałem. To nie jest łatwa decyzja. Moim zdaniem powinnaś mieć przyjaciela. Rozumiesz, co mam na myśli…

– Oszalałeś?! Jak ty to sobie wyobrażasz? Mam kogoś wyrwać w pubie i przywozić na sobotnie kolacyjki? Chodzić na randki? Zapraszać na noc i udawać, że nikogo nie ma w domu? A Sara? Pomyślałeś o niej? Jak mogłaby się z tym czuć?

– Nie o to mi chodzi – perswadował łagodnie. – Myślałem raczej o tym, żebyś nawiązała z kimś dyskretny romans.

– Przestań! – Podniosła głos, nie zważając, że może obudzić córkę.

Z hukiem odstawiła szklankę na blat. Woda chlusnęła na szafkę, lecz Patrycja tego nie zauważyła. Przestraszony hałasem Owidiusz czmychnął z kuchni.

– Nigdy w życiu nie słyszałam czegoś równie niedorzecznego. Mam nadzieję, że to był tylko kretyński żart.

Sebastian położył dłoń na jej ramieniu, lecz go odtrąciła. Była wzburzona. Dobrze wiedziała, że mąż nie żartuje. Nagle poczuła, jak coś w niej pęka.

Mężczyzna objął ją i przytulił.

– Pati, proszę cię, nie płacz. To moja wina. Przepraszam. Chciałem dobrze. Nie przypuszczałem, że tak to odbierzesz.

– A jak mam to odbierać?! Równie dobrze mógłbyś zażądać rozwodu. Zapewne czułabym się dokładnie tak samo! Przecież ty mi zaproponowałeś, żebym sobie ułożyła życie na nowo! Seba! Co ci strzeliło do głowy? Jak mogłeś w ogóle o tym pomyśleć?! Na jakiej podstawie wysnułeś wniosek, że potrzebuję mocnych wrażeń?

– Jesteś zdrową, dorosłą kobietą. Masz swoje pragnienia…

– Nie chrzań! Czy wyglądam na aż tak zdesperowaną?! No powiedz, wyglądam?!

– Cicho… Nie krzycz, obudzisz Sarę.

– Troskliwy tatuś się znalazł – stwierdziła z przekąsem. – A jeszcze przed chwilą nie pomyślałeś o tym, jak ona miałaby się w tym wszystkim odnaleźć. Gdybym jakimś cudem przystała na twoją kretyńską propozycję, to prędzej czy później i tak sprawa wyszłaby na jaw. Chciałbyś, aby myślała o mnie, że jestem puszczalską dziwką? Że jestem podła, bo cię zdradzam? Żeby to mnie obwiniała za ewentualny rozpad małżeństwa, bo przecież to byłaby naturalna kolej rzeczy?!

– Nie myślałem o tym w taki sposób. Mam poczucie winy, bo mogłabyś być szczęśliwsza.

– Nigdy więcej tak nie mów. Przecież wiesz, że cię kocham. – Spojrzała mu w oczy. – Seks nie jest najważniejszy, dobrze nam razem, nie psuj tego.

Pogłaskał ją po jedwabistych, gęstych włosach.

– Przepraszam cię, Patuniu. Chciałem dobrze.

– Głuptasie. Dobrze? Nigdy w życiu. Gdybym miała wątpliwości, to nie byłoby mnie tutaj. Wbrew temu, co ci się uroiło w głowie, jestem szczęśliwa i nie chcę tego zmieniać. Chodźmy spać, Seba. Nie będę cię molestowała, daję słowo – zażartowała, chociaż tak naprawdę wciąż była zdruzgotana.

– Masz rację, głuptas ze mnie – przyznał Sebastian.

– Jeszcze jaki! – burknęła. – Nie myśl sobie, że puszczę ci to płazem – zagroziła.

Poszli razem do sypialni. Patrycja położyła się na boku, tyłem do męża. Owidiusz z zadowoleniem zajął miejsce na kołdrze przykrywającej nogi Patrycji. Nawet nie próbował anektować przestrzeni pana, za coś takiego groziło wyrzucenie na korytarz. Sebastian przytulił się do pleców żony i pocałował ją w nagie ramię. Dobrze wiedziała, że to tylko przyjacielski gest, pozbawiony podtekstów erotycznych. Odwracanie się do niego w takiej chwili i całowanie go w usta było bezcelowe. Gdyby to zrobiła, zapewne pocałowałby ją w czoło, a później odwrócił się na drugi bok.

Patrycja nie mogła zapomnieć o nocnej rozmowie z Sebastianem. Czuła, że ich kruche szczęście małżeńskie zaczyna pękać i sypać się w proch. Była nieszczęśliwa. Do trosk natury egzystencjalnej doszła również i ta, że pewnego dnia wróci do domu i nie zastanie w nim męża. Zmarszczyła brwi, analizując jego słowa. On mówił serio. Nigdy nie żartował z rzeczy ważnych. Przymknięcie oczu na potencjalną zdradę było, bez dwóch zdań, naprawdę istotną sprawą.

A jeśli on kogoś ma? – zmroziła ją nieprzyjemna myśl. Jeśli jego propozycja jest próbą zagłuszenia wyrzutów sumienia?

Sebastian był zatrudniony w składzie budowlanym, w związku z tym miał nieco chaotyczny rozkład dnia, gdyż pracował albo od ósmej, albo od dziesiątej rano, chodził do pracy również i w soboty. Nigdy go nie kontrolowała, nie odczuwała takiej potrzeby. Jeśli się z kimś spotykał, musiał to robić w czasie pracy, bo zawsze wracał na noc do domu. Czasami wychodził z kolegami na piwo. Częściej bywali gdzieś razem, mieli grono wspólnych znajomych, gdyż uczęszczali do tego samego liceum. Przez cztery lata siedzieli w jednej ławce. Później on poszedł na studia, które rzucił po dwóch semestrach, uznając, że nie będzie miał z nich pożytku. Pati zaraz po maturze podjęła pracę. Równocześnie rozpoczęła studia zaoczne, najpierw licencjackie, zaraz po nich magisterskie, a później – po kilkuletniej przerwie – podyplomowe. W tym czasie spotykali się ze sobą dosyć często, jako przyjaciele.

Sebastian od samego początku wpadł jej w oko, lecz wychowana w przekonaniu, że należy się szanować i nie uganiać za chłopakami, nigdy nie próbowała zrobić pierwszego kroku.

– Wyjdziesz za mnie, Pati? – zapytał pewnego dnia tak po prostu, bez uprzedzenia, bez wysyłania jakichkolwiek sygnałów, że nosi się z takim zamiarem.

– Co? – zapytała, rozdziawiając głupio usta.

– Oświadczam ci się właśnie – powiedział z uśmiechem. – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną, jaką znam, jesteś moją najlepszą przyjaciółką i jedyną osobą, z którą mógłbym założyć rodzinę. Kocham cię, Patuś – dodał miękko.

Przystała na jego propozycję. Pocałował ją wtedy w czoło i przytulił po koleżeńsku. Nie próbował posunąć się dalej. Gdy usiłowała go kokietować, żartował, że najlepsze zostawia na noc poślubną. Bawiła ją ta świętoszkowatość, lecz nie poniechała prób kuszenia. Sebastian pochodził z wyjątkowo religijnej rodziny. Mówił, że bardzo ją szanuje, i tak pozostało przez cały czas trwania ich małżeństwa.

Czy coś w tym wszystkim mogło wskazywać na zdradę? Nie mogła tego stwierdzić, ponieważ Sebastian był zawsze taki sam: przewidywalny i zrównoważony. Nie miał żadnych budzących podejrzenia wyskoków.

Tkwię po prostu w oparach absurdu. Prosiłam wczoraj Boga o radykalną zmianę w moim życiu. Jak widać szybko doczekałam się reakcji. Mam to, czego chciałam.

– Dzień dobry. Dobry dzień. Dzień dobry!

Była tak zadumana, że aż podskoczyła, gdy Pączek uchylił drzwi jej pokoju i wetknął kędzierzawy łeb, aby się z nią przywitać.

– Dzień dobry, panie Teodorze.

– Dokumenty sprawdzone – zakomunikował. – Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście. Może je pani poukładać chronologicznie i podrzucić do księgowości.

– Świetnie – odparła bez entuzjazmu. – Zrobię kawę i zabieram się za sortowanie.

Musiała szybko ewakuować się do kuchni, w przeciwnym razie Pączek sterczałby w drzwiach pokoju przez następną godzinę, a ona nie miała ochoty na jałowe pogawędki.

Teodor odprowadził ją wygłodniałym wzrokiem.

– Nowe kozaczki? Bardzo ładne, takie seksowne. Ach… Pani to nosi takie ładne spódniczki i buciki. Szkoda, że moja Małgorzata tak się nie ubiera.

– Żona nie chodzi w spódnicach?

– Ona? Nigdy w życiu. Nie byłaby w stanie utrzymać ich na tyłku. Małgorzata w ogóle nie ma już bioder. Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście. Szpilek też nie nosi, bo w ogóle ich nie uznaje. A ja tak lubię kobiety noszące buty na wysokim obcasie! – nawijał, ale Pati już go nie słuchała, bowiem znała na pamięć historię jego nieudanego małżeństwa.

Pączek wciąż stał na korytarzu, spoglądając za oddalającą się kobietą.

– O fakturach powiedziałem. Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście. Powiedziałem o fakturach. Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście – mamrotał do siebie, pstrykając niecierpliwie palcami. – Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Pięć płytek szerokości plus dwa dekory po bokach. Trzydzieści płytek długości plus dwa dekory. To daje sto pięćdziesiąt płytek zwykłych oraz siedemdziesiąt dekorów. Razem dwieście dwadzieścia płytek. Uff… Wszystko się zgadza. Dwieście dwadzieścia płytek – powtórzył nerwowo, spoglądając na posadzkę. – Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście. Małgorzata powinna utyć dokładnie dwadzieścia kilo.

Kobieta wróciła do pokoju z filiżanką cappuccino. Pączek już sobie poszedł, zostawiając ślad swojej obecności. Nim wyszedł, ułożył rozsypane na biurku Pati spinacze biurowe w jeden rządek, wzdłuż krawędzi blatu.

– Szkoda, że u siebie nie posprzątasz – warknęła pod adresem zdziwaczałego kolegi.

Przez następną godzinę segregowała wymieszane przez kolegę faktury. Uzbrojona w naręcze dokumentów zajrzała do pokoju Teodora. Mężczyzna przeżuwał pączka z lukrem.

– Jadę do biura rachunkowego – oznajmiła.

– Dobrze, dobrze, dobrze.

W drodze powrotnej Pati zahaczyła o mieszczącą się na parterze małą restauracyjkę. Miała ochotę na serwowane tam kremówki. Zobaczyła Tajemniczego Bruneta, konsumującego obiad w towarzystwie dwóch mężczyzn. Zauważył ją i z daleka skinął głową.

Tajemniczy Brunet był mężczyzną mniej więcej czterdziestoletnim. Wysoki, szczupły, z ciemnymi włosami, brązowymi oczyma i harmonijnymi rysami twarzy. Uśmiechał się olśniewająco. Z całą pewnością wzdychała do niego niejedna kobieta z biurowca, wiele z nich oglądało się za nim, gdy szedł przez hol.

Ona także czasem zerkała w jego stronę. Jak mogłaby tego nie robić, skoro był tak pociągający? Zresztą w tym zerkaniu nie było nic złego. Podobali jej się również inni mężczyźni: Pitt, Clooney, Żebrowski… Stawiała go w tej samej kategorii, co gwiazdy kina: niedostępny obiekt, na którym z przyjemnością można zawiesić oko.

W świetle tego, co powiedział w nocy Sebastian, poczuła nagły paraliż. Czyżby mąż intuicyjnie wyczuł jej ukryte pragnienia? A może on chce, żebym go zdradziła, bo potrzebuje pretekstu do rozwodu? – przemknęło jej przez głowę. Niedoczekanie twoje.

Z miejsca opuścił ją apetyt na kremówkę. Szybko wyszła z sali restauracyjnej. Musiała oddalić się od źródła umysłowych pokus.

– Jestem! – krzyknęła w stronę uchylonych drzwi od pokoju Pączka.

– Dobrze, dobrze, dobrze. Dziękuję. Bardzo ładne buty, takie seksowne. Ach… Pani to nosi takie ładne spódniczki i buciki. Ma pani tyle par, chyba ze czterdzieści…

– Pięćdziesiąt – poprawiła go perfidnie.

– Pięćdziesiąt par szpilek. Pięćdziesiąt par seksownych szpilek. Małgorzata nie ma ani jednej. Małgorzata chodzi w adidasach i trampkach. Powiedziałem jej, że jeżeli choć trochę utyje, to będę ją bardzo kochał i nosił na rękach, i kupię jej śliczne sukienki oraz szpilki. Przed ślubem ważyła dokładnie sześćdziesiąt pięć kilo. Oszukała mnie, schudła dwadzieścia kilo, a miała być zawsze taka sama. Brałem ślub z zupełnie inną kobietą. Wolałbym, żeby była taka, jak wtedy, zanim zaczęła się permanentnie odchudzać. To stało się jej obsesją. Ona wciąż jest na diecie, nosi dres i trampki, chodzi na siłownię oraz basen. Jest chuda, żylasta i koścista, wygląda ohydnie. Ach… Gdyby była taka jak dawniej! Mogłaby mieć nawet dwadzieścia par szpilek. To by się zgadzało: sześćdziesiąt pięć kilo i dwadzieścia par szpilek.

– Zgodnie z pana rachunkiem powinna mieć sześćdziesiąt pięć par butów – zasugerowała Patrycja.

– Nie, to się nie zgadza! Za każdy kilogram, który straciła, wychodzi minus jedna para. Powinna chodzić boso. A jeśli zrzuci jeszcze kilogram, to wszystko diabli wezmą. Straszny chaos. – Złapał się oburącz za głowę. – Okropna oszustka.

Idiota – pomyślała z wrogością. Powinien całować żonę po stopach za to, że trwa z nim w tym małżeńskim obłędzie. Zapewne w codziennym pożyciu był trudniejszy niż w biurze, gdzie musiał choć trochę panować nad sobą.

Beznadziejny dzień w pracy dobiegał końca. Czekał ją powrót do domu i spotkanie twarzą w twarz z mężem. Wciąż miała mieszane uczucia w stosunku do niego. Nadal nie wiedziała, jak interpretować nocną rozmowę. W jej głowie dojrzewał pomysł, aby zapytać go wprost, czy ma kochankę, lecz czuła, że tylko by się ośmieszyła. Trzeba było w końcu spojrzeć prawdzie w oczy: Sebastian był po prostu impotentem.

Rozbolał ją ząb. Nie wiedziała, czy to z powodu stresu, czy może ot tak, po prostu. Położyła chłodną dłoń na policzku i jęknęła. Przypomniała sobie, że na wieczór jest umówiona z koleżankami w kawiarni Alter Ego. Już wcześniej nie miała nastroju do zabawy, ząb przesądził sprawę. Napisała SMS-a do swej najlepszej przyjaciółki Elwiry, że nie przyjdzie. Po chwili otrzymała od niej odpowiedź z radą, aby zajrzała do nowo otwartego gabinetu stomatologicznego przy ulicy Bocheńskiej, a po wizycie przyjechała na spotkanie.

– Chciałbym cię przeprosić – powiedział mąż, wyciągając w jej stronę pudełko owinięte w ozdobny papier i przewiązane wstążeczką. – Proszę, to dla ciebie.

– Och… Seba, kupiłeś mi prezent?

– Czuję się winny – przyznał. – To było bardzo głupie, nie chciałem cię urazić.

Wewnątrz pudełka znajdowały się skórzane botki w wiśniowym kolorze, właśnie takie, o jakich marzyła od dłuższego czasu, lecz przed zakupem powstrzymywała ją cena, a także fakt, że posiadała już kilkadziesiąt par innych butów.

– Wow! Jakie śliczne! – Zawisła na szyi męża. – Nie musiałeś mi ich kupować – stwierdziła, przypominając sobie stan konta. – Przeprosiny i tak zostałyby przyjęte.

Sebastian pogłaskał ją po plecach.

– Cieszę się, że ci się podobają. W razie gdyby coś ci nie pasowało albo gdyby były niewygodne, można wymienić na inne. No, przymierz – zachęcił.

Nowe kozaczki leżały jak ulał.

– Cudowne! Fantastyczne! – Cieszyła się jak dziecko.

Uwielbiała buty – stanowiły jej prawdziwą słabość. Miała też mocno zakorzenione poczucie, że dostatek butów jest synonimem stabilizacji materialnej.

Jej rodzice nie byli zamożni, uściślając, ledwo wiązali koniec z końcem. Należeli do ludzi, którym zawsze wiatr wieje w oczy. Brakowało im zaradności, nie mieli wpływowych znajomych, nie potrafili rozpychać się łokciami i wykorzystywać okazji. Cechowała ich za to skrajna uczciwość oraz bogobojność. Swoje dwie córki wychowywali według surowych zasad.

Patrycji i jej siostrze Laurze wpojono, że powinny zachowywać się skromnie, taktownie i delikatnie, a uroda nie może służyć osiąganiu korzyści. Dziewczynki miały być ciche i łagodne w myśl zasady: „Siedź w kącie, a znajdą cię” oraz „Z dużą pupą wszędzie się zmieścisz, z dużą buzią nie”. Poprzez całe dzieciństwo wpajano im te i inne mądrości, które w dorosłym życiu okazały się zupełnie nieprzydatne, a wręcz szkodliwe, gdyż obydwie zostały wychowane na istoty niezaradne i pozbawione sprytu.

Skrajna uczciwość i pozostawanie biernym wobec przeciwności losu sprawiły, że rodzice Pati wciąż balansowali na granicy ubóstwa. Dziewczęta nie miały modnych strojów i butów ani fajnych zabawek. Z zazdrością spoglądały na zasoby rówieśników, lecz nie próbowały zrealizować swoich marzeń na własną rękę. Doceniały ciężką pracę rodziców i pełny żołądek, godziły się na donaszanie ciuchów po dzieciach zamożniejszych krewnych. O ile w przypadku ubrań można było jakoś funkcjonować, o tyle brak porządnego obuwia odczuwały bardzo dotkliwie. Każda z nich miała zawsze adidasy oraz jedną parę wyjściowych butów, które musiały pasować do każdego rodzaju ubrania, zatem były to proste czarne półbuty. Pierwsze szpilki dostały z okazji studniówki, przy czym, ponieważ Laura była o dwa lata starsza, gdy przyszedł czas Pati, buty nosiły wyraźne ślady użytkowania.

– Powinnaś się cieszyć – powiedziała wtedy matka – że w ogóle pójdziesz na bal. Od ust sobie odejmujemy, żeby zapłacić za twoją studniówkę.

Dlatego też, gdy Patrycja już dorosła i zaczęła pracować, za pierwszą wypłatę kupiła piękne buty na dziesięciocentymetrowej szpilce. Do tej pory pamiętała ten cudowny zapach miękkiej, dobrze wyprawionej skóry. Fantastyczny aromat nowości…

Pati, choć była obdarzona inteligencją i pracowitością, nigdy nie zrobiła oszałamiającej kariery zawodowej. Na owocach jej pracy zawsze żerował ktoś inny, uniemożliwiając jej awans lub osiągnięcie lepszej pozycji finansowej. Godziła się na to ze stoickim spokojem, wierząc, że „Kto urodził się pod wozem, ten na wóz nie wyjdzie”. I prawdą w jej przypadku okazało się stwierdzenie, że gdyby ciężka praca przynosiła bogactwo, to najzamożniejsi byliby niewolnicy. Patrycja bowiem zawsze wkładała dużo wysiłku w swoje zawodowe być albo nie być. We własnym przekonaniu i tak nie powinna narzekać: miała dach nad głową, pełen żołądek, garderobę, w której nie brakowało przyzwoitych ubrań, oraz ponad pięćdziesiąt par butów i stać ją było na to, aby kupować następne.

Seksualność drwala

Radość związaną z nowymi butami przyćmił bolący ząb. Nie było wyjścia, musiała poszukać fachowej pomocy, w przeciwnym razie miałaby zmarnowany cały weekend. Z nadzieją, że zostanie przyjęta, chociaż nie była umówiona na wizytę, udała się do gabinetu, który poleciła jej przyjaciółka.

Weszła do niewielkiej, pustej poczekalni. Z wieszaka na płaszcze zwisało jedno okrycie, więc prawdopodobnie w gabinecie był pacjent. Pojawienie się Patrycji zostało odkryte za sprawą fotokomórki przy wejściu.

– Dzień dobry. Pani chyba nie była umówiona, prawda? – zapytała asystentka, która wyjrzała z gabinetu.

– Nie. Przepraszam, nie miałam numeru telefonu, ale bardzo boli mnie ząb – jęknęła wymownie Pati. – Czy mogę liczyć na pomoc?

– Myślę, że nie powinno być problemu. Nie mamy już na dzisiaj nikogo. Dam pani do wypełnienia krótką ankietę na temat zdrowia ogólnego.

– Bardzo dziękuję. – Uśmiechnęła się nieco krzywo.

– Nie ma sprawy. Proszę zdjąć płaszcz i poczekać. W gabinecie jest jeszcze pacjent.

Asystentka wskazała Patrycji jedno z czterech stylowych krzeseł stojących wokół niedużego okrągłego stolika przykrytego ręcznie haftowaną serwetą. Pati z uznaniem rozejrzała się po poczekalni. Jak na przedsionek piekieł, miejsce sprawiało nader przyjemne wrażenie, ze ścianami pomalowanymi na żywe kolory, domowymi meblami, półką pełną zabawek i książek dla dzieci oraz czasopism dla dorosłych pacjentów.

Patrycja źle znosiła ból i bała się zastrzyków. Tylko zdrowy rozsądek powstrzymywał ją przed pierzchnięciem w popłochu – odwlekanie wizyty pogorszyłoby sytuację. Liczyła na to, że dentystka będzie sympatyczną kobietą bez sadystycznych ciągot. Wypełniła ankietę i z rosnącym niepokojem oczekiwała na wezwanie. Po chwili drzwi uchyliły się i z gabinetu wyszedł mężczyzna. Pati obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Nie wyglądał na ofiarę przemocy.

– Proszę, pani Patrycjo. Doktor Drawicz czeka – oznajmiła asystentka.

Pati zaczerpnęła głęboko powietrza. Czuła podpływającą falę strachu. Ząb bolał bardzo, dawał o sobie znać już od kilku dni. Mamo, ratuj! – przemknęło jej przez myśl.

– Śmiało, proszę wejść – usłyszała zaproszenie z głębi gabinetu. – Nikt tutaj nie torturuje ludzi.

Patrycja zamarła, a strach wręcz sparaliżował jej kroki, gdyż głos należał do mężczyzny. Uznała, że to coś nienaturalnego. Dentysta powinien być kobietą! Kobiety są delikatne i łagodne. Panowie nie pasowali do tej wizji, oglądali filmy pełne przemocy i toczyli wojny. Poza tym, jak można zaprezentować dziurę w uzębieniu komuś, kto nie powinien mieć nawet bladego pojęcia o niedoskonałościach płci pięknej?

Ponieważ wciąż stała, wahając się, czy wejść do gabinetu, lekarz, najwyraźniej zniecierpliwiony oczekiwaniem, wyszedł jej naprzeciw. I tak oto stanęła niemalże oko w oko ze swoim potencjalnym oprawcą, gdyż dentysta okazał się znacznie wyższym od niej szatynem o przyjemnej powierzchowności. Chociaż nie miał w sobie nic charakterystycznego, pociągła twarz mężczyzny wydała jej się znajoma. Pati nie mogła sobie przypomnieć, gdzie go widziała, zwłaszcza że nazwisko doktora zabrzmiało dla niej raczej obco. A może był po prostu łudząco podobny do kogoś innego?

Stomatolog przyglądał jej się z zagadkową miną. Po krótkiej wzajemnej lustracji, Pati dostrzegła w jego zielonych tęczówkach rozbawienie. Uznała, że zapewne chodzi mu o jej niebywale przerażony wyraz twarzy.

– A kogóż tutaj mamy? Taka duża dziewczynka, a strach ją obleciał? – zażartował. – Proszę usiąść w fotelu, odprężyć się i powiedzieć, w czym problem. Bo zapewne jest problem, sądząc po pani minie.

– Boli – jęknęła żałośnie Patrycja, przykładając dłoń do policzka.

– Uhm… Tak przypuszczam. – Dentysta pokiwał głową i spojrzał wymownie najpierw na Patrycję, później na fotel, potem znowu na Patrycję. – Obiecuję, że przestanie boleć – zapewnił – a każdy grzeczny pacjent dostaje ode mnie upominek. Co my tu mamy? – Zerknął do pudełka na szafce z narzędziami. – Może być naklejka z Zębową Wróżką?

Pati parsknęła tłumionym śmiechem i zajęła miejsce na budzącym grozę fotelu.

– Grzeczna dziewczynka. Pani Asiu – zwrócił się do asystentki – zakładamy nową kartę, zrobimy szybki przegląd. Nasza pacjentka oprze się wygodnie i szeroko otworzy usta.

Patrycja zamknęła powieki w tej samej chwili, gdy stomatolog włączył lampę. Mężczyzna szybko ocenił sytuację.

– Lewa górna szóstka wypełniona, lecz wymaga pilnego leczenia, widzę nowy ubytek obok starej plomby. Poza tym mamy tutaj śliczny komplet zdrowiutkich zębów. Nie ma powodów do obawy, pani Patrycjo. Można śmiało otworzyć oczy – dodał z rozbawieniem.

Zdobyła się na wysiłek, aby spojrzeć na lekarza. W jego zielonych oczach migotały radosne chochliki.

– No, to co robimy? Leczymy? – zapytał Patrycję.

– A dostanę Ząbkową Wróżkę?

– Jasne, ale dopiero po zabiegu.

– Będzie bolało? – spytała z przestrachem.

– A boi się pani zastrzyków?

– Jeszcze jak – przyznała.

– No dobrze. W takim razie dołożę starań, żeby nic pani nie poczuła. Na początek posmaruję dziąsło magiczną pastą, która sprawi, że po dziąśle będzie biegało stado mrówek. Później nie będzie pani czuła nic, więc zrobimy zastrzyk znieczulający i zabieramy się do dzieła. No dobra, główka do tyłu i otwieramy szeroko buźkę. O tak, bardzo dobrze.

Zadrżała, czując na dziąśle zimny dotyk żelu znieczulającego. Lekarz uśmiechnął się wyrozumiale i rozsmarował specyfik. Przez następną godzinę siedziała spokojnie na fotelu, słuchając zachwytów doktora nad puszczą pogrążoną w jesiennych mgłach. Dowiedziała się, że wcześniej prowadził praktykę gdzieś w centralnej Polsce, lecz kilka miesięcy temu zamieszkał w Niepołomicach. Przez cały czas, gdy Patrycja siedziała z szeroko otwartymi ustami, jemu również usta się nie zamykały, wciąż coś mówił, jak nie do niej, to do asystentki.

– No, gotowe – stwierdził w końcu ku jej zdumieniu, gdyż faktycznie nic nie bolało, a czas zabiegu minął zaskakująco szybko.

Lekarz zdjął jednorazowe rękawiczki i wstał z obrotowego taboretu, o który opierał się jednym pośladkiem. Podszedł do szafki i pogmerał w pudełku.

– Proszę, zgodnie z obietnicą Ząbkowa Wróżka dla grzecznej pacjentki. No jak, boli?

– Nie, ale mam zdrętwiały policzek – wymamrotała. – Będę teraz mówić półgębkiem.

– Do dwóch godzin powinno przejść.

– Fatalnie. Mam babski wieczór z koleżankami – oznajmiła.

– Na szczęście to nie randka. W przeciwnym razie mógłbym odczuwać wyrzuty sumienia, że popsułem pani zabawę.

Uregulowała rachunek.

– Dziękuję za Ząbkową Wróżkę.

Po wyjściu z gabinetu zerknęła na zegarek. Uznała, że nie jest jeszcze zbyt późno, aby dołączyć do dziewczyn. Zapewne były już rozochocone i w dobrych nastrojach, a ona rozpaczliwie potrzebowała odrobiny radości.

Mgła stężała jeszcze bardziej, widzialność spadła niemalże do zera, a opary stały się wręcz duszące. Kobieta spoglądała w mlecznobiałą pustkę, której nie prześwietlały nawet uliczne latarnie. Znowu poczuła napływającą falę niepokoju, nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich kilku dni. Coś w jej życiu było nie tak jak powinno, ale ona nie potrafiła sprecyzować źródła swoich obaw. Czy chodziło o nudną, odmóżdżającą pracę? O ogólną sytuację polityczną i gospodarczą, która zaciążyła wielu takim jak ona, przeciętnym zjadaczom chleba? A może nadal, mimo przeprosin, gnębiło ją wspomnienie nocnej rozmowy?

Och… Gdybym tylko mogła komuś o tym powiedzieć. Byłoby mi lżej, gdybym to z siebie zrzuciła, ale komu mam zaufać? Izie, zdeklarowanej feministce? Naszej Złotoustej Jolce, wybuchowej choleryczce, zawsze potrafiącej wykrakać czarny scenariusz? Czy Ani, wiecznie przestraszonej kurze domowej, żyjącej w cieniu własnego męża-tyrana, której postawa życiowa jest wodą na młyn dla Izy? A może Elwirze, niepoprawnej romantyczce, singielce patrzącej na świat przez nazbyt różowe okulary?

Ze wszystkich koleżanek Pati najbardziej ceniła Elwirę, lecz zdawała sobie sprawę, że marny z niej doradca. Przyjaciółka była marzycielką i poszukiwała księcia z bajki. Nagabywana o życie uczuciowe, odpowiadała z uśmiechem, że jedyny mężczyzna idealny, jakiego poznała, został zaobrączkowany przez Patrycję, więc dopóki ludzkość nie opracuje sensownych technik klonowania, ona pozostanie singielką.

Kiedyś, będąc pod wpływem trzech pełnych kufli piwa, Pati próbowała dociec, czy przyjaciółka nie podkochuje się w Sebastianie. Ta kategorycznie zaprzeczyła, twierdząc, że ceni w nim wyłącznie przymioty duchowe, natomiast fizycznie nie czuje żadnej inspiracji i równie dobrze mogłaby snuć fantazje erotyczne na temat sztachety w parkanie.

– Owszem, niczego sobie ten twój mężuś – powiedziała wtedy. – Całkiem przystojny, ale chociaż ładnie zbudowany, to jak dla mnie i tak ciut za smukły, wolę masywniejszych facetów. Takich z krzepą! Jak Pudzianowski na przykład. – Czknęła, upijając łyk piwa. – Eee… No może nie Pudzianowski, ten ma jednak trochę za dużo mięśni. Ale jak… Jak… – poplątała się w przemyśleniach. – No, nikt sensowny nie przychodzi mi teraz do głowy. Jak wymyślę, to ci powiem. Sebciu jest dla mnie nazbyt delikatny i schludny, nie lubię aż tak metroseksualnych. Uwierz mi, że źle bym się czuła z mężem, który spędza przed lustrem co najmniej tyle samo czasu co ja, albo ubierającym się lepiej ode mnie, bo z modą nie jestem na bieżąco. Sorki, Patuś, dla mnie z tegoż właśnie powodu Seba jest totalnie aseksualny. Ale charakter ma chłopak w porzo – dodała dla sprawiedliwości.

– W porzo – przyznała lekko wstawiona Patrycja, czując, jak kamień spada jej z serca, gdyż od dłuższego czasu gryzła się myślą, że przyjaciółka może być nieszczęśliwie zakochana.

Dziewczyny były w komplecie. Zajmowały stolik w głębi niezwykle pustego, jak na tę porę, lokalu. Mgła skutecznie odstraszyła potencjalnych gości, jednak na piątkę przyjaciółek nie działały żadne warunki atmosferyczne i chyba tylko kataklizm powstrzymałby je przed wyjściem z domu. Piątkowe spotkania były utrwalonym rytuałem. Barman znał ich imiona i co dwa tygodnie rezerwował dla nich ten sam stolik. Zgodnie z przewidywaniami Pati, Iza, Jola, Ania i Elwira zdążyły wprawić się w dobry humor. Przed kobietami stały w połowie opróżnione kufle i szklanki. Przyjaciółki wypełniały kawiarnię radosnym zgiełkiem.

– Cześć, laski – jęknęła półgębkiem Patrycja, rozpinając guziki płaszcza zgrabiałą z zimna dłonią. – Sorki, dentysta dał mi znieczulenie i nie mogę mówić.

Koleżanki przywitały ją ożywionym zgiełkiem.

– Hej, Patuś! Żyjesz jeszcze? Moje biedactwo. – Elwira zawisła na szyi przyjaciółki i cmoknęła ją siarczyście w zdrowy policzek. – Bardzo cierpiałaś?

– Nawet nie. Facet najpierw posmarował mi dziąsło maścią przeciwbólową, a dopiero potem wbił igłę.

– Facet?! Byłaś u dentysty faceta? Poważnie?! – zdziwiła się Iza.

– A co w tym dziwnego? – zapytała Ania.

Izabela, śliczna kobietka o gęstych, prostych włosach w kolorze jasnego blondu, obciętych w modnego, ekstrawaganckiego boba, wydęła z pogardą zmysłowo wykrojone usta.

– A choćby to, że większość dentystów to kobiety. W każdym razie ja nigdy nie spotkałam dentysty faceta.

– Ja też nie – stwierdziła Jola.

– Ani ja – przyznała Elwira.

– Ani ja, aż do dzisiaj.

Pati przewiesiła przez wolne krzesło płaszcz oraz torebkę i usiadła wśród koleżanek.

– No i jak było? – dociekała Izabela.

W jej oczach czaiła się kpina. Koleżanka czekała sposobności, aby wydrwić nieznajomego mężczyznę. Odkąd przed dwoma laty jej mąż, biznesmen, odszedł z młodszą sekretarką, Iza dyszała nienawiścią do całej męskiej populacji i z politowaniem traktowała kobiety, które potrzebowały oparcia w postaci faceta. Ona jeszcze przed rozwodem wykazywała się ogromną niezależnością i miała feministyczne poglądy, dezercja Jakuba pogłębiła tylko jej przekonania.

– Normalnie. Kazał mi wygodnie usiąść i szeroko otworzyć usta. Najpierw włożył tam obleczone w gumę palce. Później wyjął olbrzymie wiertło i naparł na dziurę w moim zębie, aż mi ślina pociekła – zasepleniła Patrycja, pocierając dłonią wciąż zdrętwiały policzek.

– Strasznie podniecający opis. – Iza uniosła w górę lewą brew.

– Oj tam, oj tam! – zmitygowała ją Jolka. – A doktorek jaki?

– A jaki może być facet dentysta? – Iza wzruszyła ramionami. Nie wiedzieć czemu, od razu się do niego uprzedziła. – To pewnie ciota. Taki zawód nie pasuje do prawdziwego mężczyzny. Niech zgadnę. To zniewieściały picuś-glancuś: biały chałacik, spodenki w kancik i wypielęgnowane dłonie o długich, chłodnych w dotyku palcach. Typ zupełnie aseksualny. Już samo to, że całymi dniami grzebie ludziom w paszczach! Fuj! Obleśne! Dłubanie w zębach, próchnicach i dziurach zupełnie go dyskwalifikuje. Żaden normalny facet nie jest dentystą. Ginekolog, owszem, to raczej męska profesja, ale dłubidziurek?

Dziewczyny parsknęły zgodnym śmiechem. Patrycja zaśmiała się półgębkiem i nawet nie próbowała stawać w obronie sympatycznego doktora.

– Przypominam ci, perełeczko, że ginekolog, jak by na to nie patrzeć, to też dłubidziurek – wtrąciła rezolutnie Jolka, wywołując wśród koleżanek prawdziwą euforię.

– Ble… – Iza zadygotała z obrzydzenia. – Ok-rop-ność!

– Oj przestań! A coś ty się tak na niego uwzięła? Na oczy go nie widziałaś… – próbowała interweniować Anka.

– I nie zamierzam. Jeśli stomatolog, to tylko kobieta, a nie jakiś wynaturzony typ. Tacy mnie w ogóle nie kręcą.

– Eee… Mnie też nie – przyznała Jolka.

– Prawdziwy mężczyzna powinien mieć w sobie coś samczego – stwierdziła Elwira. – Musi ociekać testosteronem, mieć krzepę w garści i w ogóle, no wiecie – zademonstrowała kulturystę prężącego muskuły – być jak drwal! Bo facet, Anula, winien mieć w sobie jakąś barbarzyńską, pierwotną siłę. Musi być trochę toporny, twardy, taki, żebym czuła się przy nim jak drobna kruszynka, żeby mnie chronił, o!

– I żeby był konsekwentny i stanowczy, a nie jakiś mięczak – podsunęła Jola.

– O! Dzięki za podpowiedź! – ucieszyła się Elwira.

– I żeby nosił cię na rękach – dodała usłużnie przyjaciółka.

– No, pasowałoby.

– I żeby mu po barbarzyńsku pot ociekał spod pach oraz cuchnęły skarpety – zakpiła Iza, wywołując kolejną salwę śmiechu.

– Litości! Izolda! Ja nie mogę się śmiać. Ojej! Ależ to nieprzyjemne uczucie, mieć zdrętwiałe pół twarzy.

– Panie Tomku! Jeszcze jedno z sokiem poproszę! – Iza uniosła kufel w stronę rozbawionego barmana, który przysłuchiwał się ich wywodom, udając, że poleruje lśniące czystością kieliszki. – Drwal czy dentysta, wszystko jedno – stwierdziła i potrząsnęła zalotnie włosami, gdyż do kawiarni weszła właśnie gromadka mężczyzn. – Każdy facet to pies. Jak tylko poczuje chęć, to goni jak głupi. Pies! Po prostu pies!!!

Barman przyniósł Izie kolejny kufel piwa. Puścił do niej oko i cichutko warknął, wywołując radość wśród z lekka podchmielonych dziewcząt.

– Życzą sobie panie coś jeszcze? Kaganiec, smycz? Coś do picia?

– Dla mnie martini – poprosiła Elwira.

– A ja proszę o kawę – powiedziała Patrycja.

– Kawę? Nie rozśmieszaj mnie – zakpiła Iza.

– Jestem zmotoryzowana.

– A nie możesz wracać na butach, a jutro przyjść po samochód?

– Zimno.

– Zimno! Zimno – utyskiwała Iza. – No to zadzwonisz po swojego samca, żeby zwinął cię do domu. Piwo? Ja stawiam.

– Okej.

– Panie Tomku, piwo dla mojej cierpiącej przyjaciółki. Proszę nie żałować soczku.

– Już niosę, szefowa.

Iza podziękowała i odprowadziła go wzrokiem.

– Ej! Nie gap się tak. Jest zaobrączkowany – syknęła cichutko Ania.

– Ma seksowny tyłek, więc się gapię – powiedziała półgłosem, nie zważając na to, że mężczyzna może usłyszeć. – Wolno mi. Tylko faceci mogą popatrywać za młodymi dupami? Mężczyźni też mają to i owo do pokazania. Dranie! Cholerni hipokryci i szowiniści!

– Lepiej nie pij więcej piwa – podsunęła życzliwie Ania. – Robisz się agresywna.

– No nie! Mam być wystraszoną kurą domową?! Klękajcie żony, bo pan i władca czuwa? Przejrzyj na oczy, dziewczyno! Jak twojemu Robercikowi odwali, to też pójdzie w tango, choćbyś nie wiem jak dobrą żonką była. Czekaj, czekaj… Niech no mu tylko stuknie czterdziecha, ja ci to mówię! – Uderzyła się w pierś. – Mój Kuba też był świętoszkowaty. Co niedziela do kościółka, kilka razy w roku spowiedź. Na żadną laskę nie popatrzył. Ufałam mu bardziej niż samej sobie, a on miał we łbie młode lafiryndy, dziwkarz jeden!

– Hej! Dziewczyny, bez kłótni! – uciszyła je Elwira. – Powiedz – zwróciła się do Pati – jaki jest ten doktor: stary, młody, przystojny, zaobrączkowany?

– Ho, ho, ho. Czyżbyś była chętna? – zakpiła Iza, której piwo najwyraźniej uderzyło do głowy. – Dopiero co myślałaś o rosłym drwalu. Szybko zmieniasz upodobania.

– A co tam! Dentysta wcale nie musi być taki najgorszy. Wiesz, jak jest: romantyzm i fanaberie to jedno, ale muszę twardo stąpać po ziemi. Nastały trudne czasy. Dobrze mieć odpowiednie zaplecze. Seksownym ciałkiem mogę nakarmić jedynie oczy, a żyć jakoś trzeba.

– No pewnie – przyznała Anka – we dwoje łatwiej. I o kredyt, i o…

– I o zszargane nerwy – weszła jej w zdanie Iza. – Daj spokój, Anka! Bez chłopa doskonale da się funkcjonować. Przynajmniej nikt nie marudzi, że zupa za słona, że za dużo kasy wydajesz, że dzieci nieznośne…

– Przestań, nie wszyscy są tacy sami.

– Wszyscy, wszyscy. Zupełnie nie rozumiem, na co Elwirze facet.

Powrót barmana ostudził na moment zapał dziewczyn. Mężczyzna zebrał puste naczynia i zastąpił je świeżymi zamówieniami.

– A czemu nie? – wróciła do tematu Anka. – Nie jest głupia. Czasy faktycznie są coraz gorsze. A taki dentysta musi całkiem przyzwoicie zarabiać.

– Jasne. I wyrywa zęby oraz co ładniejsze pacjentki.

– Ależ ty jesteś uprzedzona – stwierdziła Ania. – Rozwiejmy wątpliwości. Patka, podrywał cię? Próbował się z tobą umówić? Dał ci numer telefonu, wizytówkę?

Patrycja pokręciła głową.

– Nie, ale zamiast wizytówki dał mi naklejkę z Ząbkową Wróżką.

– Co?! – Głosy przyjaciółek zlały się w jeden zdziwiony chór.

Patrycja z diabolicznym uśmiechem na nieścierpniętym półgębku wyjęła z torebki nalepkę i pokazała koleżankom. Przyjaciółki z chichotem rzuciły się do oglądania drobiazgu.

– Ale palant, jak słowo daję! – prychnęła Iza.

– No coś ty! To takie słodkie – zaprotestowała Elwira.

– Taa… Jasne! Wyrwał Patrycję na nalepkę dla małych dziewczynek. Pewnie rozdaje je wszystkim młodocianym pacjentkom. Nie dość, że ciota, to jeszcze pedofil.

– Ja nie mogę. – Ania przewróciła oczami. – Ależ ty masz dzisiaj odpały! Facet chciał pewnie być miły. To oczywiste, że rozdaje naklejki dziewczynkom, po to je ma w gabinecie. No, to podrywał cię w końcu czy nie?

– Zdecydowanie nie – odparła Patrycja, a następnie pociągnęła łyk piwa.

– A był zaobrączkowany? – dociekała Elwira, której najwyraźniej przypadła do gustu myśl, aby dla odmiany poromansować z dentystą.

– Nie mam pojęcia. Był zagumkowany. To znaczy miał jednorazowe rękawiczki. Chociaż nie. Zdjął je, jak dawał mi naklejkę, i nie miał obrączki – przypomniała sobie.

– Hura! A przystojny chociaż?

Patrycja wzruszyła ramionami i podrapała się w głowę.

– Nie przyjrzałam mu się aż tak wnikliwie. Bardzo wysoki. Dużo wyższy ode mnie.

– Miał mięsień piwny? – drążyła Elwira.

– Z całą pewnością nie miał brzucha, zauważyłabym taki szczegół. Był szczupły, ale w granicach rozsądku.

– Ale nie był totalnym pasztetem?

– Na pewno nie, zapamiętałabym. Niczym się nie wyróżniał. Całkiem przeciętny facet. Miał lekko garbaty nos, ale to go nie szpeciło. Dużo mówił i był dość miły.

– Podrywacz – zasugerowała Izabela.

– Nie!

– No dobra. W poniedziałek będę musiała zrobić przegląd zębów – stwierdziła Elwira – bo dawno nie byłam u stomatologa i ciekawa jestem, czy nie pojawiły mi się jakieś ubytki.

– Nie!!! – zawyła boleśnie Iza. – Czy i ty już całkiem zgłupiałaś? Na cholerę ci facet? Źle ci? Pomyśl: nie musisz nikomu podawać obiadków, dźwigać siat z zakupami, łazienka należy tylko do ciebie, w toalecie nikt nie zostawia podniesionej deski klozetowej, nie zbierasz poupychanych wszędzie śmierdzących skarpet, przepoconych koszulek i innych męskich szmat. Nie musisz znosić w łóżku pierdzącego trolla. Nikt ci nie skrzeczy za uszami, nie rozładowuje na tobie frustracji, nie zdradza cię z seksowną dupcią, a w końcu nie wymieni cię na młodszy model! Elwira! Niczego cię nie nauczyłam? Facet? Czemu nie?! Ale, na litość boską, nie na stałe, lecz z doskoku! Takiemu bardziej zależy, bardziej się stara, seks jest bardziej odświętny. Nie bądź głupia! Elwira, ostrzegam cię…

– A wiesz, że mimo wszystko Izka ma rację? – dodała grobowym głosem Ania, chociaż jeszcze przed chwilą sama stawała okoniem.

– O widzisz? – Iza ucieszyła się, że ma poparcie u koleżanki. – Zaufaj doświadczonej mężatce, ta to ma dopiero w domu cud, miód i orzeszki!

– Oj, bez przesady! Pesymistki! – wtrąciła Jolka, która najwyraźniej wpadła w fazę spolegliwości. – Nie obrzydzajcie dziewczynie. Może i na nią przyszedł w końcu czas? Ileż można wracać do pustego domu? Człowiek nie nadaje się do życia w samotności. Tak już ten świat funkcjonuje, że musimy łączyć się w pary. W pojedynkę dobrze jest tylko przez chwilę. Popatrzcie lepiej na Patkę i Sebka, im się udało. Małżeństwo idealne: nie kłócą się, Seba patrzy w Patrycję jak w obrazek, kupuje jej prezenty, niemalże nosi na rękach. To, że nasi byli mężowie okazali się kretynami, nie oznacza od razu, że każdy facet to palant!

– Taa… Jasne. Mnie Kuba też kupował prezenty, jak miał wyrzuty sumienia. Facet nigdy nie kupuje prezentów bez powodu – broniła swojego stanowiska Iza.

Przy stoliku rozgorzała gwałtowna kłótnia. Dziewczęta sprzeczały się, nie mogąc osiągnąć konsensusu. Patrycja, której wciąż cierpło pół twarzy, słuchała tego w milczeniu. Cóż, żadna z nich nie miała idealnego związku, ona również. W oczach innych jej małżeństwo uchodziło za stuprocentowo idealne, lecz w rzeczywistości wcale takie nie było. Na domiar złego Jolka, chcąc nieco ostudzić zapał koleżanek, postanowiła zmienić temat.

– A ty masz znowu nowe buty? – zagadnęła Patrycję.

– No, tak – odparła właścicielka wiśniowych botków.

– Pokaż, pokaż – zażądała Iza, która była wprost zbzikowana na punkcie mody i zakupów. – Ja nie mogę! Ale ekstra! Gdzie kupiłaś? Ile dałaś?

– Dostałam od Seby – wymamrotała Patrycja, czerwieniąc się po czubki uszu.

– Co mówisz? – drążyła Jola.

Patrycja pokręciła głową i powtórzyła głośno, skąd ma nowe buty. Nieumyślnie dolała tym samym oliwy do ognia, wzniecając na nowo poprzednią wymianę zdań.

– A z jakiej okazji?

– Bez okazji – skłamała. – Po prostu kupił.

– Ależ on jest słodki – westchnęła Ania. – Mój drań w życiu by mi nic nie kupił. Gdybym to zrobiła bez uzgodnienia z nim, zaraz zaczęłoby się utyskiwanie na rozrzutność, bo skoro jemu wystarczają trzy pary, to i mnie także powinny.

– Od Seby? – zapytała drwiącym tonem Iza. – Wie-dzia-łam!!! On musi mieć coś na sumieniu. Ja ci to mówię!!! To niemożliwe, żeby facet kupował żonie buty. Anka ma rację. Każdy normalny facet utyskiwałby, że wydajesz kasę na pięćdziesiątą parę, podczas gdy on zadowala się trzema i chodzi w nich przez kilka sezonów!

Pati zmarkotniała. Ziarno rzucone przez Izę w spulchniony piwem rozsądek wykiełkowało. To oczywiste, że Sebastian miał coś na sumieniu, wręczając jej buty. I możliwe było, że jego impotencja miała jakiś bardzo realny powód. A może dlatego wciąż brakowało im na wszystko kasy i ledwo wiązali koniec z końcem? Może on trwonił ich pieniądze na inną? Może zdrady ciągnęły się od dawna, lecz z uwagi na Sarę mąż nie chciał odchodzić?

Spojrzała na czubki swoich pięknych kozaczków i straciła humor. Poczuła znużenie, zapragnęła znaleźć się gdziekolwiek, byle z dala od ironicznych uwag Izy, które, chociaż były strzałami wypuszczanymi w ciemno, trafiały do celu.