Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Całun dla pielęgniarki ebook

P.D. James

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Całun dla pielęgniarki - P.D. James

W Nightingale House, szkole dla pielęgniarek, w tajemniczych okolicznościach giną dwie studentki. Adam Dalgliesh ze Scotland Yardu musi znaleźć działającego z chirurgiczną precyzją zabójcę. Jego śledztwo prowadzi nas w mroczny świat kłamstwa, głęboko skrywanych tajemnic, szantażu i tłumionej seksualności. Kunsztownie skonstruowana fabuła, po mistrzowsku scharakteryzowane postacie, dickensowska słabość do szczegółu i nieoczekiwane zakończenie - to atuty tej książki.

Całun dla pielęgniarki celnie punktuje złożoność relacji w zamkniętych społecznościach.

„The Guardian”

Tajemnica w najlepszym wydaniu.

„The New York Times”

Opinie o ebooku Całun dla pielęgniarki - P.D. James

Fragment ebooka Całun dla pielęgniarki - P.D. James

P.D.

James

CAŁUN DLA PIELĘGNIARKI

przełożyła Blanka Kuczborska

Tytuł oryginału: Shroud for a Nightingale

Copyright © 1971 by P.D. James

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Blanka Kwiecińska-Kuczborska, MMXIV

Wydanie II

Warszawa

ROZDZIAŁ 1POKAZ ŚMIERCI

I

W dniu pierwszego morderstwa panna Muriel Beale, starszy inspektor do spraw szkolnictwa przy Naczelnej Radzie Pielęgniarskiej, obudziła się tuż po szóstej z mglistą świadomością, że jest poniedziałek, dwunasty stycznia, dzień wizytacji w Szpitalu im. Johna Carpendara. Jeszcze w półśnie dobiegły ją pierwsze znajome dźwięki poranka: budzik Angeli zgaszony niemal w chwili, gdy zadzwonił; jej ciężkie kroki i posapywanie, kiedy człapała do kuchni, niczym niezdarne, choć dobrotliwe zwierzę; miły dla ucha brzęk naczyń zwiastujący parzenie herbaty. Muriel niechętnie otworzyła oczy, opierając się niezdrowej pokusie, by wsunąć się głębiej pod ciepłą kołdrę i znów pogrążyć w błogiej nieświadomości. Po kiego licha powiedziała siostrze przełożonej, że przyjedzie zaraz po dziewiątej, na pierwsze zajęcia studentek trzeciego roku? To nieprzyzwoicie wczesna pora. Szpital był w Heatheringfield, na granicy Sussex i Hampshire, co oznaczało pięćdziesiąt mil drogi, po części jeszcze przed brzaskiem. Na dokładkę od tygodnia uporczywie lało. Słyszała krople deszczu bębniące o szybę i cichy szum samochodów na Cromwell Road. Całe szczęście, że sprawdziła wcześniej na planie Heatheringfield, gdzie leży szpital. Łatwo się pogubić w labiryncie rozwijającego się miasta targowego, zwłaszcza na zakorkowanych porannym ruchem, nieznanych ulicach. Przeczuwając trudny dzień, Muriel przeciągnęła się w pościeli, jakby chciała zebrać siły. Rozprostowała zgięte palce, na pół z rozbawieniem odnotowując krótki, ostry ból w stawach. Cóż, początki artretyzmu. Należało się tego spodziewać. W końcu ma czterdzieści dziewięć lat. Czas zwolnić tempo. Co ją, na Boga, podkusiło, żeby umawiać się w Heatheringfield przed wpół do dziesiątej?

Drzwi się otworzyły, wpuszczając smugę światła z korytarza. Panna Angela Burrows odsunęła zasłony, rzuciła okiem na czarne, styczniowe niebo i zalane deszczem okno, po czym zasunęła je z powrotem.

– Pada – oznajmiła z ponurą satysfakcją osoby, która przepowiadała deszcz i nie może brać na siebie odpowiedzialności za zignorowanie jej ostrzeżeń.

Panna Beale oparła się na łokciu, zapaliła lampkę nocną przy łóżku i czekała. Po kilku sekundach jej przyjaciółka wróciła, stawiając przed nią tacę z poranną herbatą. Taca była przykryta wyhaftowaną serwetką, filiżanki w kwiatki stały uszko w uszko, na talerzyku z tego samego serwisu leżały równiutko cztery herbatniki, po dwa każdego rodzaju, z czajnika unosił się delikatny zapach świeżo zaparzonej indyjskiej herbaty. Obie kobiety lubiły komfort i porządek. Standardy, które kiedyś narzuciły w prywatnym oddziale swojej kliniki, zastosowały też dla własnej wygody, żyjąc niczym w luksusowym i liberalnym domu opieki.

Panna Beale dzieliła mieszkanie z przyjaciółką, od kiedy skończyły tę samą szkołę dla pielęgniarek dwadzieścia pięć lat temu. Panna Angela Burrows była teraz dyrektorką personelu dydaktycznego w jednej z londyńskich klinik. Panna Beale uważała ją za wzór nauczycielki. Podczas swoich wizytacji podświadomie korzystała z częstych wypowiedzi przyjaciółki o zasadach solidnego przygotowania do zawodu pielęgniarki. Panna Burrows ze swojej strony zastanawiała się, co pocznie Naczelna Rada Pielęgniarska, kiedy panna Beale odejdzie na emeryturę. Najszczęśliwsze małżeństwa opierają się na takich miłych iluzjach i związek obu kobiet, choć całkiem inny i zasadniczo niewinny, miał podobne podstawy. Oprócz skłonności do wzajemnej, choć milczącej adoracji różniły się wszystkim. Panna Burrows, krępa, mocno zbudowana i na pozór groźna, kryła swoją nadwrażliwość pod maską szorstkiego, zdrowego rozsądku. Panna Beale, mała i drobna jak ptaszek, precyzyjna w mowie i ruchach, zachowywała się ze staroświecką dystynkcją, czasem bliską granicy śmieszności. Miały nawet inny zegar biologiczny. Tęga panna Burrows budziła się z pierwszym dzwonkiem budzika i kipiała energią do godzin popołudniowych, kiedy zapadała w letarg, pogłębiający się z nadejściem wieczoru. Panna Beale o świcie z trudem otwierała ociężałe powieki, zmuszając się do porannej aktywności, i ożywiała się dopiero w miarę upływu dnia. Udało im się jednak pogodzić i tę sprzeczność. Panna Burrows chętnie robiła śniadanie, a panna Beale zmywała po kolacji i przyrządzała wieczorne kakao.

Panna Burrows nalała im teraz po filiżance herbaty, wrzuciła przyjaciółce dwie kostki cukru i przeniosła się na krzesło przy oknie. Nauki odebrane w dzieciństwie nie pozwalały jej usiąść na łóżku.

– Musisz się niedługo zbierać – powiedziała. – Napełnię ci wannę. O której to się zaczyna?

Panna Beale odparła słabym głosem, że zapowiedziała swoje przybycie tuż po dziewiątej. Miała nadzieję, że gorąca i słodka herbata postawi ją na nogi. Zrobiła błąd, obiecując siostrze przełożonej, że przyjedzie tak wcześnie, ale może uda jej się dotrzeć nie później niż kwadrans po dziewiątej.

– To Mary Taylor, tak? Zdobyła sobie niezłą renomę, choć pracuje na prowincji. Dziwne, że nigdy nie przyjeżdża do Londynu. Nie ubiegała się nawet o posadę u nas, kiedy panna Montrose odeszła na emeryturę.

Panna Beale mruknęła coś pod nosem, co jej przyjaciółka słusznie zinterpretowała – odbywały już przedtem tę rozmowę – jako słowa protestu, że nie każdy marzy o Londynie, a prowincja też ma swoje zalety.

– Oczywiście, oczywiście. A Szpital im. Johna Carpendara leży w bardzo miłym zakątku świata. Lubię te krajobrazy przy granicy Hampshire. Szkoda, że nie jedziesz tam z wizytacją latem. Swoją drogą, to nie to samo co praca w dużej, znanej klinice. Ze swoimi umiejętnościami Mary Taylor mogłaby z łatwością zostać Wielką Przełożoną. – W czasach studenckich ona i panna Beale wycierpiały swoje z rąk jednej z Wielkich Przełożonych, ale nigdy nie przestały wspominać z łezką dawno minionego, strasznego okresu. – Przy okazji, lepiej wyjedź trochę wcześniej. Przed Guildford zaczynają się na drodze korki.

Panna Beale nie pytała, skąd ta informacja. To była jedna z tych rzeczy, które panna Burrows po prostu wiedziała. Donośny głos ciągnął dalej:

– Spotkałam w tym tygodniu w Bibliotece Westminster Hildę Rolfe, tamtejszą dyrektorkę szkoły. Niezwykła kobieta! Bardzo inteligentna i podobno doskonała nauczycielka, ale wyobrażam sobie, że może budzić strach wśród studentek.

Panna Burrows często budziła strach nie tylko wśród swoich studentów, ale też większości kolegów, jednak byłaby zdumiona, gdyby to usłyszała. Panna Beale spytała:

– Mówiła coś o inspekcji?

– Tylko wspomniała. Oddawała książkę i spieszyła się, więc nie rozmawiałyśmy długo. Jak rozumiem, mają epidemię grypy i połowa personelu leży chora.

Panna Beale pomyślała, że to dziwne, aby przy takich kłopotach kadrowych tracić czas na przyjazd do Londynu w celu oddania książki do biblioteki, ale nic nie powiedziała. Przed śniadaniem nie traciła energii na zbędne słowa. Panna Burrows nalała jej drugą filiżankę.

– Przy tej pogodzie i z połową szkoły w łóżkach czeka cię wyjątkowo nudny dzień.

Jak miały później przez lata wspominać – z tą miłą skłonnością do powtarzania rzeczy oczywistych, która stanowi jedną z przyjemności długotrwałych związków – pannaBurrows nie mogła się bardziej mylić. Panna Beale, nie spodziewając się niczego innego prócz męczącej jazdy, nużącej wizytacji i ewentualnego sporu z tymi członkami Szpitalnego Komitetu Edukacyjnego, którzy zechcą przyjść, narzuciła szlafrok na plecy, wsunęła stopy w kapcie i powlokła się do łazienki. Tym samym zrobiła pierwsze kroki na drodze do stania się naocznym świadkiem morderstwa.

II

Mimo deszczu dojechała na miejsce szybciej, niż się spodziewała, i znalazła się w Heatheringfield chwilę przed dziewiątą, natykając się na ostatnią falę porannego ruchu. Szeroka główna ulica była zablokowana samochodami. Kobiety odwoziły mężów pracujących w Londynie na stację albo dzieci do szkoły, ciężarówki dostawcze podjeżdżały pod sklepy, autobusy wyrzucały i zabierały pasażerów. Na przejściach dla pieszych strumienie ludzi płynęły w obie strony pod osłoną parasoli. Dzieci były ubrane w wymuskane mundurki uczniów szkoły prywatnej, mężczyźni w większości mieli meloniki i teczki, a kobiety nosiły się z niedbałą elegancją, stanowiącą kompromis między miejskim szykiem a wiejską swobodą, w stylu typowym dla takich miejscowości. Czekając na światłach, obserwując przechodniów i wypatrując drogowskazu do szpitala, panna Beale miała okazję tylko przelotnie rzucić okiem na osiemnastowieczny ratusz, starannie zakonserwowany rząd domów z muru pruskiego i ornamentowaną iglicę wieży kościoła Trójcy Świętej, ale odniosła wrażenie zamożnej społeczności, która dba o swoją spuściznę architektoniczną, nawet jeśli nowoczesne sklepy sieci handlowych na końcu High Street sugerowały, że ta troska mogła się zacząć trzydzieści lat temu.

Nareszcie pojawił się drogowskaz. Droga do Szpitala im. Johna Carpendara prowadziła od High Street szeroką aleją obsadzoną drzewami. Na lewo wznosił się wysoki kamienny mur otaczający tereny szpitalne.

Panna Beale dobrze się przygotowała do tej wizyty. W wypchanej teczce na tylnym siedzeniu wiozła obszerne notatki na temat historii szpitala oraz kopię raportu z ostatniej inspekcji Naczelnej Rady Pielęgniarskiej i wypowiedzi zarządu szpitala na temat możliwości wprowadzenia w życie optymistycznych zaleceń inspektora. Szpital miał długą historię. Został założony w 1791 roku przez bogatego kupca, który urodził się w tym mieście, jako ubogi chłopak pojechał do Londynu szukać szczęścia i wrócił na starość, by się nacieszyć szacunkiem sąsiadów. Mógł szukać sławy i zbawienia w pomocy wdowom i sierotom lub w restauracji kościoła. Ale po wieku wiary nastąpił wiek nauki i rozumu, wprowadzając modę na budowę szpitali dla biednych. W ten sposób narodził się Szpital im. Johna Carpendara. Oryginalny budynek o ciekawej architekturze dawno temu zmienił się najpierw w solidny wiktoriański pomnik ostentacyjnej pobożności, a potem w bardziej funkcjonalny, ale toporny dwudziestowieczny gmach.

Szpital zawsze dobrze prosperował. Miejscową społeczność tworzyli głównie zamożni obywatele klasy średniej, którzy mieli dużo dobrych chęci, by wspierać działalność charytatywną, i niewiele miejsc, by się wykazać. Tuż przed drugą wojną światową dobudowano nieźle wyposażone skrzydło dla prywatnych pacjentów. Zarówno przed powstaniem narodowej służby zdrowia, jak i po nim ściągali tu bogaci pacjenci, a w rezultacie również sławni lekarze. Panna Beale pomyślała, że Angela może sobie mówić o prestiżu londyńskich szpitali, ale John Carpendar ma własną renomę. Z pewnością istnieją gorsze posady niż stanowisko siostry przełożonej w rozwijającym się szpitalu okręgowym, cieszącym się powszechnym uznaniem, ładnie położonym i wspieranym przez lokalną tradycję.

Była już przy głównej bramie. Na lewo znajdowała się portiernia, ozdobny domek dla lalek z mozaikowej cegły, pozostałość po wiktoriańskim szpitalu, a na prawo parking dla lekarzy. Jedna trzecia oznaczonych miejsc już była zajęta przez daimlery i rolls-royce’y. Przestało padać i świt rozjaśnił się szarością styczniowego dnia. W szpitalu paliły się wszystkie światła. Tkwił przed nią jak wielki przycumowany statek, jasno oświetlony, tętniący własnym ukrytym życiem. Na lewo ciągnęły się niskie, oszklone budynki nowego ambulatorium. Do wejścia płynął już strumyk zbolałych pacjentów.

Panna Beale podjechała pod okienko portierni, opuściła szybę i przedstawiła się. Portier, napuszony i pełen poczucia własnej ważności, raczył łaskawie wyjść i się zaprezentować.

– A więc mam przyjemność z przedstawicielką Naczelnej Rady Pielęgniarskiej – powiedział górnolotnie. – Szkoda, że przyjechała pani do tej bramy. Szkoła pielęgniarek mieści się w Nightingale House, niedaleko wejścia od Winchester Road. Zawsze używamy tylnej bramy, żeby się tam dostać.

Przemawiał z pełną wyrzutu rezygnacją, jakby ubolewał nad jej brakiem rozeznania, który będzie go teraz kosztować mnóstwo dodatkowej pracy.

– Ale chyba mogę dojechać do szkoły również tędy? – Panna Beale nie paliła się do powrotu na zatłoczoną High Street ani do objeżdżania muru w poszukiwaniu ukrytej tylnej bramy.

– Może pani.

Ton portiera sugerował, że tylko ośli upór może skłaniać do takiej próby. Oparł się o drzwi samochodu, jakby miał przekazać tajne i skomplikowane instrukcje, które okazały się jednak całkiem proste. Nightingale House leżał na terenie szpitala, za ambulatorium.

– Pojedzie pani tą drogą w lewo, minie kostnicę i cały czas prosto aż do pensjonatu dla lekarzy. Potem skręci pani w prawo. Na rozwidleniu jest drogowskaz. Nie może się pani zgubić.

To na pozór mało obiecujące zapewnienie okazało się, o dziwo, prawdą. Porośnięty drzewami i trawą rozległy teren, pomieszanie ogrodu i dzikiego lasu, przypominał otoczenie jakiegoś starego szpitala psychiatrycznego. Szpitale ogólne rzadko dysponowały taką przestrzenią. Ale drogi wewnętrzne były dobrze oznakowane i tylko jedna wiodła na lewo od ambulatorium. Nietrudno było rozpoznać kostnicę, niski, brzydki budynek taktownie ukryty pomiędzy drzewami i jeszcze bardziej złowrogi przez swoją strategiczną izolację. Pensjonat był nowy i charakterystyczny. Panna Beale zdążyła się jeszcze utwierdzić w dawno ugruntowanej, choć często niesprawiedliwej opinii, że zarządy szpitali zawsze chętniej dbają o wygodę swoich lekarzy niż o odpowiednie lokum dla uczących się pielęgniarek, kiedy jej wzrok padł na obiecany znak. Na białej tablicy, wskazującej na prawo, widniał napis: „Nightingale House. Szkoła pielęgniarska”.

Zmieniła bieg i ostrożnie skręciła. Droga, wąska teraz i kręta, zasypana po obu stronach stosami wilgotnych liści, ledwo mieściła pojedynczy samochód. Wokół było mokro i pusto. Drzewa tworzyły długi, mroczny tunel, splatając się w górze czarnymi konarami. Od czasu do czasu powiew wiatru opryskiwał dach samochodu kroplami deszczu albo przylepiał opadający liść do przedniej szyby. Na trawie rozrzucone były klomby, regularne i podłużne jak groby, zwieńczone karłowatymi krzewami. Pod drzewami było tak ciemno, że panna Beale włączyła światła. Droga lśniła przed nią jak naoliwiona wstęga. Przez opuszczone okno wpadał grzybiczny zapach rozkładu. Czuła się dziwnie odizolowana w tej martwej ciszy i nagle ogarnął ją irracjonalny niepokój, jakby podróż w czasie przeniosła ją w inny wymiar, gdzie czekał niezrozumiały i nieunikniony horror. Trwało to tylko sekundę i szybko się otrząsnęła, przypominając sobie, że tuż za murem szpitalnym rozbrzmiewa wesoły gwar na High Street i tętni życiem miasto. Jednak było to dziwne i nieprzyjemne przeżycie. Zła na siebie, że ulega takim niemądrym nastrojom, zamknęła okno i nacisnęła pedał gazu. Mały samochód skoczył do przodu.

Nagle okazało się, że pokonała ostatni zakręt i zobaczyła Nightingale House w całej okazałości. Ze zdziwienia ostro zahamowała. Był to niezwykły dom, ogromny wiktoriański gmach z czerwonych cegieł, zwieńczony blankami i ornamentami jak dekoracja teatralna, ukoronowany czterema potężnymi wieżami. Jasno oświetlony w ten mroczny, styczniowy ranek, jawił jej się po ciemnej leśnej drodze niczym zamek z bajki dla dzieci. Wielka oranżeria, dobudowana po prawej stronie, pasowała bardziej do Kew Gardens niż do prywatnej niegdyś rezydencji. Przez jej szklane ściany widać było lśniące, zielone liście aspidistry1, jaskrawą czerwień poinsecji, żółte i złotaworude kule chryzantem.

Panna Beale natychmiast zapomniała o chwili paniki pod drzewami, oszołomiona widokiem Nightingale House. Zwykle ufała swojemu gustowi, lecz nie była całkiem nieczuła na kaprysy mody i zastanawiała się przez chwilę, czy w określonym towarzystwie nie należałoby wyrazić swojego podziwu. Jednak od lat niemal automatycznie oceniała każdy budynek pod kątem jego przydatności na szkołę dla pielęgniarek – kiedyś, na wakacjach w Paryżu, ze zgrozą złapała się na tym, że wykluczyła Pałac Elizejski jako niewart dalszej uwagi – a Nightingale House najwyraźniej całkiem się do tego celu nie nadawał. Widać to było już na pierwszy rzut oka. Większość pokoi musi być o wiele za duża. Gdzie, na przykład, urządzić przytulne biura dla dyrektorki, instruktora klinicznego albo sekretarki szkolnej? Poza tym taki budynek ogromnie trudno ogrzać, a wykuszowe okna, choć niewątpliwie malownicze, jeśli ktoś lubi ten styl, wpuszczają zbyt mało światła. Co gorsza, gmach wyglądał nieprzystępnie, a nawet złowrogo. W czasach gdy młode adeptki tej szlachetnej profesji z trudem wkraczały w dwudziesty wiek, odrzucając balast przestarzałych poglądów i metod – panna Beale często wygłaszała mowy przy różnych okazjach i pewne zwroty przylgnęły do niej na stałe – nie powinno się umieszczać ich w takim wiktoriańskim zabytku. Nie zaszkodzi, jeśli w swoim raporcie wyraźnie podkreśli, że należy pomyśleć o nowej szkole. Nightingale House został przez nią skreślony, jeszcze zanim przekroczyła jego próg.

Jednak nie mogła nic zarzucić powitaniu, z jakim się spotkała. Kiedy stanęła na podeście, ciężkie drzwi otworzyły się, owionął ją podmuch ciepłego powietrza i zapach kawy. Pokojówka w fartuszku odsunęła się z szacunkiem, a za nią na szerokich, dębowych schodach, połyskując na tle ciemnego tła jak renesansowy portret w szarościach i złocie, ukazała się postać Mary Taylor, siostry przełożonej, która schodziła do niej z wyciągniętą ręką. Panna Beale przywołała na twarz swój promienny, zawodowy uśmiech, pełen otuchy i radosnego oczekiwania, i postąpiła krok w jej kierunku. Zaczęła się feralna inspekcja szkoły pielęgniarskiej przy Szpitalu im. Johna Carpendara.

III

Kwadrans później w cztery osoby zeszli po głównych schodach do pracowni na parterze, gdzie mieli obserwować pierwsze zajęcia praktyczne tego dnia. Wcześniej podano kawę w saloniku siostry przełożonej, zajmującej mieszkanie w jednej z wież, gdzie pannie Beale została przedstawiona dyrektorka szkoły, panna Hilda Rolfe, i chirurg, doktor Stephen Courtney-Briggs. Znała oboje ze słyszenia. Obecność panny Rolfe była konieczna i oczekiwana, ale zdziwiło ją nieco, że doktor Courtney-Briggs był gotów poświęcić tyle swojego cennego czasu na inspekcję. Przedstawiono go jako wiceprzewodniczącego Szpitalnego Komitetu do spraw Edukacji Pielęgniarek i spodziewała się raczej spotkać go wraz z innymi członkami komitetu podczas podsumowującej dyskusji pod koniec dnia. Nieczęsto się zdarzało, by znany chirurg uczestniczył w lekcji, toteż jego zaangażowanie w sprawy szkoły było godne podziwu.

Szli ramię w ramię szerokim, wyłożonym drewnianą boazerią korytarzem i panna Beale czuła się jak przestępca pod eskortą dwóch rosłych strażników. Courtney-Briggs, który szedł po jej lewej stronie, pachniał intensywnie płynem po goleniu. Ten zapach przebijał się nawet przez przenikliwą woń środka dezynfekującego, kawy i pasty do czyszczenia mebli. Było to zdumiewające, ale przyjemne. Siostra przełożona, najwyższa z całej trójki, maszerowała w statecznym milczeniu, ubrana w służbowy uniform, szarą, gabardynową suknię, zapiętą po szyję i wykończoną u góry i przy mankietach białym rąbkiem. Jasne, słomiane włosy, które niemal zlewały się z jej kolorem cery, miała ściągnięte do tyłu nad wysokim czołem i schowane pod ogromnym, muślinowym trójkątem zachodzącym na kark. „Podobne czepki nosiły podczas drugiej wojny światowej siostry z Wojskowej Służby Pielęgniarskiej” – pomyślała panna Beale. Później rzadko je widywała. Jednak surowa prostota tego czepka pasowała do panny Taylor. Jej twarz, z wysokimi kośćmi policzkowymi i wielkimi, wyłupiastymi oczami – nieco złośliwie uznała, że przypominają zielonkawy, pożyłkowany agrest – wyglądałaby groteskowo w bardziej ozdobnym, współczesnym nakryciu głowy. Za plecami czuła krępującą obecność siostry Rolfe, która niemal deptała im po piętach.

Doktorowi Courtneyowi-Briggsowi nie zamykały się usta.

– Ta epidemia grypy to prawdziwe nieszczęście. Musieliśmy opóźnić zwolnienie następnej grupy studentek z oddziałów, a nawet myśleliśmy, że grupa, którą teraz odwiedzimy, będzie musiała tam wrócić.

„No jasne – pomyślała panna Beale. – Ilekroć w szpitalu są jakieś kłopoty, pierwsze cierpią na tym uczące się pielęgniarki. Ich program nauki zawsze można przerwać”. Był to jeden z jej czułych punktów, ale w tych okolicznościach trudno było protestować. Mruknęła coś ugodowo pod nosem. Zaczęli schodzić z ostatnich stopni schodów. Doktor Courtney-Briggs ciągnął swój monolog:

– Niektóre nauczycielki również się rozchorowały. Lekcja pokazowa dziś rano będzie prowadzona przez naszą instruktorkę kliniczną Mavis Gearing. Musieliśmy wezwać ją do szkoły. Normalnie, oczywiście, uczyłaby tylko na oddziale. To stosunkowo nowe zjawisko. Szpital ma specjalnego instruktora, który uczy dziewczęta postępowania w bezpośrednim kontakcie z pacjentami. Siostry oddziałowe nie mają na to teraz czasu. Naturalnie pomysł nauki w osobnym budynku pojawił się też niedawno. Kiedy ja byłem studentem medycyny, praktykantki, jak je nazywaliśmy, uczyły się wyłącznie na oddziałach, w wolnym czasie wysłuchując okazjonalnych wykładów personelu medycznego. Nie pobierały nauk teoretycznych i z pewnością nie schodziły co roku z oddziałów, żeby szkolić się w szkole dla pielęgniarek. Cały system nauki się zmienił.

Panna Beale była ostatnią osobą, której należałoby wyjaśniać funkcję i obowiązki instruktora klinicznego albo rozwój metod nauczania. Zastanawiała się, czy doktor Courtney-Briggs nie zapomniał, do kogo przemawia. Ten elementarny wykład byłby bardziej stosowny dla nowych członków zarządu szpitala, którzy zwykle równie mało znali się na systemie szkolenia pielęgniarek, jak nie mieli pojęcia o innych problemach. Miała wrażenie, że chirurg ma głowę zaprzątniętą czymś innym. A może to tylko nieistotna dla słuchacza paplanina egotysty, który nie umie wytrzymać ani chwili bez kojącego brzmienia własnego głosu? Jeśli tak, to im szybciej wróci do swoich pacjentów i pozwoli inspekcji obyć się bez siebie, tym lepiej.

Mała procesja przeszła przez mozaikowy hol do sali na froncie budynku. Panna Rolfe wysunęła się do przodu, otworzyła drzwi i cofnęła się, żeby ich przepuścić. Doktor Courtney-Briggs z kurtuazją wprowadził pannę Beale. Natychmiast poczuła się u siebie. Mimo niecodziennego wystroju – dwóch wielkich okien z kolorowymi witrażami, ogromnego marmurowego kominka wspartego na rzeźbionych figurach, wysokiego kasetonowego stropu zbezczeszczonego trzema jarzeniówkami – przypomniały jej się studenckie czasy, znajomy, bezpieczny świat. Były tu wszystkie akcesoria jej zawodu: rzędy oszklonych gablotek z precyzyjnie ułożonymi, lśniącymi instrumentami; wykresy na ścianach ukazujące krążenie krwi i proces trawienia; tablica pokryta pyłem na wpół zmazanych notatek z ostatniego wykładu; wózki szpitalne z tacami wyłożonymi białym płótnem; dwa łóżka do pokazów, jedno z lalką wielkości naturalnej usadzoną na poduszkach; nieunikniony szkielet, wiszący na swojej szubienicy w samotnym zaniedbaniu. Nad wszystkim unosił się przenikliwy, wszechobecny zapach środków dezynfekujących. Panna Beale wciągnęła go do płuc jak narkomanka. Bez względu na wady samej sali ćwiczeń, niedostatek wyposażenia, światła i mebli w panującej tu atmosferze czuła się jak w domu.

Obdarzyła studentki i nauczycielkę swoim pełnym zachęty uśmiechem i zajęła miejsce na jednym z czterech krzeseł przygotowanych pod ścianą. Siostra przełożona i panna Rolfe zasiadły po jej bokach, starając się robić jak najmniej zamieszania w obliczu kurtuazyjnej determinacji doktora Courtneya-Briggsa, który uparł się z galanterią podsuwać im krzesła. Przybycie ich małej grupki, aczkolwiek wcześniej taktownie zapowiedziane, wytrąciło na chwilę nauczycielkę z rytmu lekcji. Wizytacja zawsze wprowadzała pewien zamęt, lecz ciekawie było obserwować, jak szybko znów zapanowuje porządek. Pierwszorzędna nauczycielka, jak panna Beale wiedziała z własnego doświadczenia, potrafiła utrzymać zainteresowanie klasy nawet podczas bombardowania, a co dopiero podczas inspekcji Naczelnej Rady Pielęgniarskiej, jednak Mavis Gearing nie należała chyba do tych rzadkich i cennych pereł. Dziewczyna – a raczej kobieta – wyglądała na osobę o niewielkim autorytecie. Miała przepraszający wyraz twarzy i sprawiała wrażenie mizdrzącej się kokietki. Jej makijaż był o wiele za mocny jak na kogoś, kto powinien myśleć o poważniejszych sprawach.

W końcu była tylko instruktorką kliniczną, nie wykwalifikowaną nauczycielką. Została ściągnięta na tę lekcję w ostatniej chwili i w trudnych okolicznościach. Panna Beale obiecała sobie nie osądzać jej zbyt surowo.

Jak się zorientowała, ćwiczono karmienie chorego przez rurkę. Studentka, która grała rolę pacjentki, leżała już na łóżku, z ceratowym śliniakiem pod brodą i głową wspartą na poduszkach. Była to niezbyt urodziwa dziewczyna o grubo ciosanej, zawziętej, dziwnie dorosłej twarzy i bezbarwnych włosach, byle jak ściągniętych do tyłu z wysokiego, pryszczatego czoła. Leżała nieruchomo pod ostrym światłem jarzeniówek, wyglądając nieco śmiesznie, lecz zarazem godnie, jakby koncentrowała się na własnym, prywatnym świecie i siłą woli odgradzała od całej procedury. Pannie Beale nagle przyszło do głowy, że dziewczyna się boi. Ta myśl była absurdalna, ale uparta. Zirytowana swoją niemądrą nadwrażliwością, odwróciła wzrok, skupiając uwagę na nauczycielce.

Mavis Gearing rzuciła spłoszone, pytające spojrzenie na siostrę przełożoną i po jej przyzwalającym skinieniu głową podjęła lekcję.

– Siostra Pearce gra dzisiaj rolę naszej pacjentki, pani Stokes, pięćdziesięcioletniej matki czworga dzieci, która miała operację krtani z powodu raka gardła. – Odwróciła się do studentki siedzącej po jej prawej stronie. – Panno Dakers, proszę opisać dotychczasowy przebieg leczenia.

Siostra Dakers posłusznie zaczęła. Była to blada, chuda dziewczyna, czerwieniąca się przy każdym słowie. Mówiła cicho, ale miała dobrze opanowany materiał i umiała go przedstawić. „Sumienna mała – pomyślała panna Beale – może nie wybitnie inteligentna, ale pracowita i odpowiedzialna. Szkoda, że nikt nie zajął się jej trądzikiem”. Słuchając fikcyjnej historii zdrowia pani Stokes, skorzystała z okazji, żeby ze zwykłą sobie ciekawością przyjrzeć się reszcie dziewcząt, oceniając w myślach ich charakter i zdolności.

Epidemia grypy zebrała swoje żniwo. W sali było tylko siedem studentek. Dwie z nich, stojące po obu stronach łóżka, natychmiast przyciągały wzrok. Były to bliźniaczki, podobne jak dwie krople wody, silne, rumiane dziewczyny o rudych włosach spiętrzonych nad niezwykłymi, niebieskimi oczami. Ich plisowane czepki były nasadzone na samym czubku głowy, a dwa wielkie skrzydła białego płótna sterczały z tyłu. Panna Beale, która pamiętała z własnych czasów studenckich, co można zrobić z parą białych szpilek do kapelusza, była jednak pełna podziwu dla sztuki, z jaką umocowały te dziwaczne i powiewne nakrycia na takich grzywach włosów. Obowiązujący tu fason zaintrygował ją jako interesująco staroświecki. Niemal każdy szpital, jaki wizytowała, zamienił te staromodne skrzydlate czepki na mniejsze, typu amerykańskiego, które były tańsze i wygodniejsze do noszenia i szycia, nie mówiąc o praniu. Niektóre szpitale, ku jej żalowi, stosowały nawet jednorazowe czepki papierowe. Ale wszystkie zawsze broniły się przed zmianami, a John Carpendar najwyraźniej postanowił trzymać się tradycji. Nawet uniformy pielęgniarek były nieco niemodne. Pulchne, piegowate ramiona bliźniaczek opinały rękawki z kraciastej, różowej bawełny, którą pamiętała jeszcze z dawnych lat. Długość ich spódniczek nie szła na żadne ustępstwa wobec mody, a na masywnych nogach miały czarne, sznurowane buty na płaskich obcasach.

Ogarnęła szybkim spojrzeniem pozostałą trójkę. Pierwsza z brzegu, spokojna dziewczyna w okularach, o inteligentnej twarzy, od razu wzbudziła jej zaufanie. Chętnie widziałaby ją na każdym oddziale. Obok niej siedziała nachmurzona brunetka, przesadnie wymalowana i wyraźnie mało zainteresowana lekcją. „Dość pospolita” – pomyślała panna Beale. Ku zakłopotaniu swoich przełożonych z lubością używała takich niemodnych przymiotników i dokładnie wiedziała, co należy przez nie rozumieć. Jej opinia: „Siostra przełożona rekrutuje bardzo miły typ dziewcząt”, oznaczała, że pochodzą z porządnych rodzin, otrzymały należyte wykształcenie w szkole średniej, noszą spódnice do kolan albo dłuższe oraz są świadome przywilejów i obowiązków, które niesie zawód pielęgniarki. Ostatnią studentką w klasie była urodziwa blondynka, z grzywką do oczu nad szelmowską, śliczną buzią. „Jest wystarczająco atrakcyjna na plakat reklamowy szkół pielęgniarskich” – pomyślała panna Beale, ale z jakichś przyczyn była to ostatnia twarz, jaką by wybrała. Kiedy zastanawiała się dlaczego, panna Dakers skończyła swój wywód.

– Bardzo dobrze – powiedziała siostra Gearing. – A więc mamy tu przypadek pacjentki po operacji, już poważnie niedożywionej i niebędącej w stanie samodzielnie jeść. To oznacza, że co nam pozostaje?

– Żywienie przez rurkę albo per rectum, proszę siostry.

Odpowiedź padła z ust nadąsanej brunetki, głosem pozbawionym cienia entuzjazmu czy choćby zainteresowania. „Z pewnością nie jest to szczególnie miła osoba” – pomyślała panna Beale.

W klasie dał się słyszeć szmer protestu. Siostra Gearing podniosła pytająco brew. Studentka w okularach powiedziała:

– Nie per rectum. Odbytnica nie jest w stanie wchłonąć dostatecznej dawki pożywienia. Należy je podać rurką przez usta albo przez nos.

– Dobrze, panno Goodale. To właśnie lekarz zalecił pani Stokes. Proszę przystąpić do wykonania zadania, tłumacząc poszczególne etapy.

Jedna z bliźniaczek przyciągnęła wózek, demonstrując zawartość tacy: naczynie z roztworem dwuwęglanu sodowego do przemycia ust lub nosa, lejek polietylenowy z dopasowaną dwudziestocentymetrową rurką, łącznik, nawilżacz, miseczkę w kształcie nerki ze szpatułką, kleszcze do przytrzymania języka i rozwieracz szczęk. Podniosła do góry rurkę przełykową. Zwisała z jej piegowatej ręki obscenicznie jak żółty wąż.

– Dobrze – zachęcała siostra Gearing. – A teraz pożywienie. Co jej dacie?

– Tak naprawdę mamy tu ciepłe mleko, siostro.

– Ale gdybyście miały do czynienia z prawdziwą pacjentką?

Dziewczyna zawahała się. Studentka w okularach wtrąciła ze spokojną pewnością siebie:

– Mogłybyśmy dodać rozpuszczalne białko, jajka, preparaty witaminowe i cukier.

– Dobrze. Jeśli karmienie przez rurkę ma trwać dłużej niż czterdzieści osiem godzin, musimy zadbać, żeby w diecie była wystarczająca ilość kalorii, białka i witamin. W jakiej temperaturze podajemy pożywienie?

– W temperaturze ciała. Trzydzieści siedem stopni Celsjusza.

– Tak jest. Jeśli nasza pacjentka jest przytomna i może połykać, podajemy jej pożywienie przez usta. Proszę nie zapominać, żeby ją najpierw uspokoić. Wytłumaczyć prostymi słowami, co będziemy robić i dlaczego. Pamiętajcie o tym, dziewczęta, nigdy nie należy zaczynać żadnych zabiegów, nie wyjaśniając pacjentowi, co go czeka.

„Na trzecim roku powinny już to wiedzieć” – pomyślała panna Beale. Ale bliźniaczka, która z pewnością łatwo poradziłaby sobie z prawdziwą pacjentką, czuła się wyraźnie skrępowana wobec koleżanki. Tłumiąc chichot, mruknęła parę słów do nieruchomej postaci na łóżku i niemal rzuciła jej rurkę. Panna Pearce, nadal patrząc nieruchomo przed siebie, wymacała rurkę lewą ręką i przyłożyła do ust. Potem zamknęła oczy i przełknęła. Mięśnie jej gardła zacisnęły się konwulsyjnie. Odczekała chwilę, wzięła oddech i znów przełknęła. Rurka skróciła się. W sali ćwiczeń panowała martwa cisza. Panna Beale czuła się nieszczęśliwa i spięta, choć nie wiedziała dlaczego. Była to może niecodzienna sytuacja, aby ćwiczyć sztuczne odżywianie na studentce. Nieczęste, ale spotykane. W szpitalu rurkę zwykle podawał lekarz, jednak równie dobrze można było to powierzyć pielęgniarce. Lepiej uczyć się na sobie nawzajem niż na ciężko chorych ludziach, a lalka nie mogła zadowalająco zastąpić żywego człowieka. Sama kiedyś w szkole grała rolę pacjentki przy tym zabiegu i połknięcie rurki poszło jej zadziwiająco łatwo. Patrząc teraz na konwulsyjne ruchy gardła panny Pearce i przełykając wraz z nią z podświadomą solidarnością, przypomniała sobie, po trzydziestu latach, nagły chłód, gdy rurka prześliznęła się przez podniebienie miękkie, i uczucie zdumienia, że to takie proste. Ale było coś żałosnego i przykrego w tej zastygłej, pobladłej postaci, leżącej nieruchomo na łóżku z mocno zaciśniętymi oczami, śliniaczkiem pod brodą i cienką rurką wystającą z kącika ust, zwijającą się jak robak. Panna Beale miała wrażenie, że obserwuje niepotrzebne cierpienie, że cały ten pokaz to akt przemocy. Przez chwilę musiała walczyć z sobą, by nie wstać i nie zaprotestować.

Jedna z bliźniaczek przytwierdzała teraz dwudziestomilimetrową strzykawkę do końca rurki, żeby wciągnąć trochę soków żołądkowych i sprawdzić, czy drugi koniec sięgnął żołądka. Jej ruchy były spokojne i pewne. Może to wina bujnej wyobraźni, ale panna Beale miała wrażenie, że w sali panuje nienaturalna cisza. Zerknęła na Mary Taylor. Siostra przełożona zmarszczyła brwi ze wzrokiem wbitym w pannę Pearce, poruszyła się niespokojnie i otworzyła usta, jakby chciała wyrazić sprzeciw, jednak nie wydała żadnego dźwięku. Doktor Courtney-Briggs wychylił się na krześle, wsparty dłońmi na kolanach. Wpatrywał się skupiony nie w wyimaginowaną pacjentkę, lecz w rurkę, jakby zahipnotyzowany jej delikatnym drganiem. Słyszała jego ciężki oddech. Panna Rolfe siedziała sztywno wyprostowana, jej ciemne oczy były bez wyrazu. Lecz panna Beale zobaczyła, że patrzy nie na dziewczynę na łóżku, ale na ładną blond studentkę. Ta w ułamku sekundy odpowiedziała jej również bezbarwnym spojrzeniem.

Bliźniaczka, która podawała pokarm, upewniwszy się, że koniec rurki jest w żołądku, podniosła lejek nad głowę panny Pearce i zaczęła wolno wlewać mleko. Cała klasa wstrzymała oddech. I wtedy to się stało. Rozległ się pisk, wysoki, przeraźliwy, niemal nieludzki, i panna Pearce zerwała się z łóżka, jakby wprawiona w ruch przemożną siłą. Po chwili, gdy leżała nieruchomo, wsparta o stos poduszek, w drugiej wyskoczyła jak sprężyna i zakręciła się na czubkach palców w groteskowej parodii baletu, bezskutecznie szarpiąc rękami powietrze, żeby chwycić rurkę. I cały czas wrzeszcząc, wydając ostry, ciągły, przenikliwy pisk, jak zepsuta syrena. Panna Beale, przerażona, ledwo zdążyła zauważyć jej ściągniętą twarz i pianę na ustach, kiedy dziewczyna runęła na podłogę i skuliła się w kłębek, zwijając się w agonii.

Któraś ze studentek krzyknęła. Przez sekundę nikt się nie poruszył. A potem wszyscy naraz rzucili się naprzód. Siostra Gearing chwyciła rurkę i wyciągnęła ją dziewczynie z ust. Courtney-Briggs wszedł zdecydowanie w środek zgiełku z szeroko rozpostartymi ramionami. Siostra przełożona i siostra Rolfe przyklękły nad skręcającą się postacią, zasłaniając ją przed oczami reszty. Potem Mary Taylor wstała i obejrzała się na pannę Beale.

– Studentki... mogłaby pani chwilę się nimi zająć? Obok jest pusty pokój. Lepiej, żeby się nie rozchodziły. – Starała się mówić spokojnie, ale ze zdenerwowania podniosła głos. – Proszę się pospieszyć.

Panna Beale kiwnęła głową. Siostra przełożona znów się pochyliła nad wstrząsaną drgawkami dziewczyną. Jej wrzask ucichł, zastąpiony żałosnym cichym jękiem. Doktor Courtney-Briggs zdjął płaszcz, odrzucił na bok i zaczął podwijać rękawy.

IV

Mrucząc pod nosem jakieś uspokajające słowa, panna Beale zagarnęła grupkę studentek, wychodząc z nimi do holu. Jedna z nich, nie wiedziała która, odezwała się nienaturalnie wysokim głosem:

– Co się jej stało? Co to było? Dlaczego?

Nikt nie odpowiedział. W grobowym milczeniu przeszły do sąsiedniej sali. Był to niewielki pokój o dziwnym kształcie, najwyraźniej wydzielony z dawnego salonu i służący teraz jako gabinet dyrektorki. Panna Beale ogarnęła szybkim spojrzeniem duże biurko, rząd zielonych, stalowych segregatorów, zawieszoną kartkami tablicę ogłoszeń, wieszaczek z szeregiem haczyków z kluczami i ogromny diagram z programem nauczania i indywidualnymi ocenami wszystkich studentek. Przepierzenie przecinało wielodzielne okno na pół, tak że gabinet, nie dość że niezdarny w proporcjach, był ponadto źle oświetlony. Jedna ze studentek nacisnęła włącznik i świetlówka na suficie zaczęła mrugać jarzeniowym światłem. „Doprawdy – pomyślała panna Beale – to pomieszczenie zupełnie nie nadaje się na gabinet dyrektorki ani na żaden inny pokój szkolny. Jeśli już o to chodzi”.

To krótkie przypomnienie celu wizyty na moment przyniosło jej ulgę, ale zaraz wróciła straszna świadomość rzeczywistości. Studentki zbiły się żałośnie w małą grupkę na środku pokoju, całkiem zdezorientowane. Rozejrzała się szybko i zobaczyła, że są tu tylko trzy fotele. Przez chwilę poczuła się zakłopotana i zmieszana, jak gospodyni, która nie wie, gdzie usadzić gości. Było to całkiem zrozumiałe. Musi jakoś zapewnić dziewczętom minimum wygody, jeśli ma odsunąć ich myśli od tego, co się dzieje obok, a mogą być tu uwięzione przez dłuższy czas.

– Chodźcie – powiedziała dziarsko – przesuniemy biurko pod ścianę i cztery z was będą mogły na nim usiąść. Ja wezmę ten fotel, a pozostała dwójka dwa inne.

Przynajmniej mogły się czymś zająć. Zobaczyła, że chuda, blada studentka się trzęsie, więc podprowadziła ją do jednego z foteli. Nadęta brunetka natychmiast zajęła drugi. „Ta to się umie urządzić” – pomyślała panna Beale. Pomogła pozostałym studentkom sprzątnąć biurko i przepchnąć je pod ścianę. Gdyby tylko mogła wysłać którąś z nich po herbatę! Mimo całej wiedzy o bardziej nowoczesnych metodach zwalczania stresu nadal wierzyła, że nic nie robi tak dobrze jak gorąca, mocna, słodka herbata. Ale nie było sensu wywoływać paniki wśród personelu kuchennego.

– Proponuję, żebyśmy się sobie przedstawiły – powiedziała zachęcająco. – Ja się nazywam Muriel Beale i nie muszę wam mówić, że jestem inspektorem Naczelnej Rady Pielęgniarskiej. Znam kilka waszych nazwisk, ale nie wiem, kto jest kim.

Pięć par oczu, w których nie było zrozumienia dla całej sytuacji, wpatrywało się w nią uporczywie. Na szczęście ta najbystrzejsza – jak ją już zdążyła ocenić – spokojnie przystąpiła do prezentacji.

– Bliźniaczki to Maureen i Shirley Burt. Maureen jest starsza o dwie minuty i bardziej piegowata. Tylko po tym ją rozpoznajemy. Ta obok niej to Julia Pardoe. W jednym fotelu siedzi Christine Dakers, a w drugim Diana Harper. Ja jestem Madeleine Goodale.

Panna Beale, która zawsze miała trudności z zapamiętaniem nazwisk, zrobiła w myślach szybką rekapitulację. Bliźniaczki szczęśliwie nazywają się na B – Burt. Julia Pardoe, atrakcyjne imię dla atrakcyjnej dziewczyny. Bardzo atrakcyjnej, jeśli ktoś lubi blondynki o kocim typie urody. Uśmiechając się do obojętnych, fiołkowych oczu, uznała, że niektórzy ludzie, niekoniecznie mężczyźni, mogą łatwo stracić dla nich głowę. Madeleine Goodale. Dobre imię i nazwisko dla rozsądnej, sensownej dziewczyny. Powinna je zapamiętać. Christine Dakers. Z tą dziewczyną coś było nie w porządku. Już podczas lekcji wyglądała na chorą, a teraz wydawała się bliska zemdlenia. Miała fatalną cerę, rzecz rzadko spotykana u pielęgniarki. Z powodu jej bladości czerwone kropki wokół ust i na czole wybijały się gniewną wysypką. Wcisnęła się głęboko w fotel, szczupłymi rękami na zmianę wygładzając i skubiąc fartuszek. Panna Dakers z pewnością najbardziej przeżywała całe wydarzenie. Może była bliską przyjaciółką panny Pearce. Panna Beale zabobonnie poprawiła szybko w myśli czas. Może jest jej bliską przyjaciółką. Gdyby tylko można było podać tej dziewczynie filiżankę gorącej herbaty!

Panna Harper, której szminka i cienie na powiekach wyglądały jeszcze krzykliwiej na pobladłej twarzy, powiedziała:

– Musiało być coś w tym pokarmie.

Bliźniaczki odwróciły się do niej jednocześnie. Maureen prychnęła:

– Oczywiście, że było! Mleko.

– Mam na myśli: oprócz mleka. – Zawahała się. – Trucizna.

– Niemożliwe! Dziś rano wzięłyśmy z Shirley świeżą butelkę z lodówki w kuchni. Panna Collins nas widziała. Zostawiłyśmy ją w sali ćwiczeń i nie ruszałyśmy aż do czasu, kiedy wlałyśmy mleko do menzurki już w czasie zajęć, prawda, Shirley?

– Prawda. To była świeża butelka. Wzięłyśmy ją koło siódmej.

– Nie dodałyście czegoś przez pomyłkę?

– A co miałybyśmy dodać? Oczywiście, że nie.

Bliźniaczki mówiły unisono, ze spokojną pewnością, niemal nieporuszone. Wiedziały dokładnie, co zrobiły i kiedy, i nikt – uznała panna Beale – nie był w stanie wytrącić ich z równowagi. Nie należały do osób dręczących się niepotrzebnym poczuciem winy albo roztrząsających irracjonalne wątpliwości, które nachodzą mniej stoickie jednostki o bujniejszej wyobraźni. Doskonale je rozumiała.

– Może ktoś inny dobrał się do pokarmu – odezwała się Julia Pardoe. Patrzyła na swoje koleżanki spod przymkniętych powiek, prowokacyjnie i jakby z rozbawieniem.

Madeleine Goodale spytała rozsądnie:

– Po co?

Pardoe wzruszyła ramionami i skrzywiła usta w zagadkowym uśmieszku.

– Przypadkowo. Albo dla żartu. Albo może celowo.

– Ale to by była próba morderstwa! – wykrzyknęła Diana Harper z niedowierzaniem.

Maureen Burt roześmiała się.

– Nie bądź głupia, Julio. Kto by chciał zabić Pearce?

Nikt nie odpowiedział. Logika pytania najwyraźniej była nieodparta. Nie sposób wyobrazić sobie, żeby ktoś chciał zamordować Pearce. Panna Beale pomyślała, że musiała być osobą albo całkiem nieszkodliwą, albo zbyt nieciekawą, aby wzbudzić zapiekłą nienawiść, która może prowadzić do morderstwa. Nagle Madeleine Goodale powiedziała sucho:

– Pearce nie była szczególnie lubiana.

Spojrzała na nią ze zdumieniem. Ta dziwna uwaga, niezbyt taktowna w obecnych okolicznościach, zupełnie nie pasowała do dziewczyny. Zauważyła też użycie czasu przeszłego. Ta studentka nie spodziewała się już ujrzeć koleżanki żywej.

Diana Harper powtórzyła uparcie:

– To idiotyzm mówić o morderstwie. Nikt by nie chciał zabijać Pearce.

Julia Pardoe wzruszyła ramionami.

– Może trucizna nie była przeznaczona dla Pearce. Jo Fallon miała dzisiaj grać rolę pacjentki, no nie? Gdyby się nie rozchorowała, to ona leżałaby na tym łóżku.

Zapadła cisza. Madeleine Goodale zwróciła się do panny Beale:

– Ma rację. Wszystkie po kolei wcielamy się w pacjentki i właściwie dzisiaj nie była kolej Pearce. Ale Josephine Fallon została wczoraj wieczorem wzięta do izby chorych; słyszała pani pewno, że mamy epidemię grypy; i Pearce była następna na liście. Zajęła jej miejsce.

Panna Beale nie bardzo wiedziała, jak się ma zachować. Czuła, że powinna położyć kres tej rozmowie, że jej obowiązkiem jest odwrócić ich uwagę od tego wypadku, bo to mógł być tylko wypadek. Ale nie miała pojęcia, jak to zrobić. Poza tym zawsze było coś fascynującego w docieraniu do ukrytych faktów. I może lepiej, żeby dziewczęta oddawały się tym teoretycznym dociekaniom, niż siedziały tu, prowadząc sztuczną i rwącą się konwersację. Widziała, że początkowy szok powoli przeradza się w zawstydzone podniecenie, które następuje po tragedii, oczywiście jeśli to jest cudza tragedia.

Julia Pardoe ciągnęła opanowanym i nieco dziecinnym głosem:

– Więc jeśli to Fallon miała paść ofiarą, to sprawcą nie mogła być żadna z nas, prawda? Wszystkie wiedziałyśmy, że nie będzie dziś pacjentką.

– Chyba tak – przyznała Madeleine Goodale. – Wszyscy w Nightingale House wiedzieli. O niczym innym nie mówiło się przy śniadaniu.

Znów zamilkły, rozważając ten obrót sprawy. Panna Beale zauważyła, że żadna z nich nie zaprotestowała przeciw możliwości, iż ktoś mógłby chcieć zabić Fallon. Po chwili ciszę przerwała Maureen Burt.

– Fallon nie może być aż tak znowu chora. Była tu w Nightingale House dziś rano, tuż po ósmej czterdzieści. Shirley i ja widziałyśmy ją, jak wymyka się przez boczne drzwi, kiedy szłyśmy po śniadaniu do sali ćwiczeń.

Goodale spytała ostro:

– Co miała na sobie?

Maureen nie zdziwiło to pozornie bezsensowne pytanie.

– Spodnie. Płaszcz. Tę czerwoną chustkę, którą nosi. Dlaczego?

Madeleine Goodale, wyraźnie poruszona i zdumiona, starała się to ukryć. Powiedziała:

– Narzuciła to na siebie, zanim wzięłyśmy ją do izby chorych wczoraj wieczorem. Pewnie wróciła po coś do swojego pokoju. Ale nie powinna była wychodzić z oddziału. To było głupie. Miała wysoką gorączkę. Szczęście, że siostra Brumfett jej nie przyłapała.

Julia Pardoe wtrąciła zjadliwie:

– Dziwne, no nie?

Nikt nie odpowiedział. „Rzeczywiście dziwne” – pomyślała panna Beale. Przypomniała sobie długą, mokrą drogę ze szpitala do szkoły. Droga dojazdowa była kręta i z pewnością istniał jakiś skrót przez las. Jednak po co chora dziewczyna wychodziła na dwór wczesnym, styczniowym rankiem? Musiała mieć jakiś ważny powód, żeby wymykać się do Nightingale House. W końcu jeśli potrzebowała czegoś ze swojego pokoju, mogła o to poprosić. Każda koleżanka chętnie by jej to przyniosła. I to właśnie ta dziewczyna, logicznie rzecz biorąc, powinna była dziś leżeć w sąsiednim pokoju na łóżku pokazowym.

– Cóż – dorzuciła Pardoe – jedna osoba z całą pewnością wiedziała, że Fallon nie będzie dziś pacjentką. Sama Fallon.

Madeleine Goodale zbladła ze złości.

– Jeśli chcesz być głupia i złośliwa, to nic nie poradzę. Ale na twoim miejscu powstrzymałabym się od oszczerstw.

Na Pardoe te słowa nie zrobiły większego wrażenia, a nawet zdawały się jej sprawiać przyjemność. Patrząc na jej chytry, zadowolony z siebie uśmieszek, panna Beale zdecydowała, że pora uciąć tę rozmowę. Rozpaczliwie szukała jakiegoś pomysłu na zmianę tematu, kiedy Christine Dakers odezwała się cicho z głębi swojego fotela:

– Niedobrze mi.

Dziewczęta natychmiast rzuciły się do pomocy. Tylko Diana Harper się nie poruszyła. Reszta z troską otoczyła koleżankę, korzystając z okazji, żeby się czymś zająć.

– Wezmę ją do łazienki na dole – zaproponowała Goodale.

Ku zdumieniu panny Beale Pardoe wraz z nią wyprowadziła dziewczynę z pokoju, najwyraźniej puściwszy w niepamięć niedawne spięcie. Na miejscu zostały tylko bliźniaczki i Diana Harper. Panna Beale robiła sobie wyrzuty. Była niewybaczalnie nieodpowiedzialna. Koniec z gadaniem o śmierci i morderstwie. Skoro są tu pod jej opieką, mogą równie dobrze trochę popracować. Popatrzyła surowo na Dianę Harper i poprosiła, żeby opisała symptomy i sposób leczenia zatoru płuc.

Dziesięć minut później nieobecna trójka wróciła. Dakers nadal była blada, ale spokojna. Natomiast Goodale wyraźnie coś gnębiło. Jakby nie mogąc się powstrzymać, wypaliła od progu:

– Z łazienki zniknęła butelka ze środkiem odkażającym. Wiecie, o której mówię. Zawsze stoi tam na półce. Pardoe i ja nie mogłyśmy jej znaleźć.

Harper przerwała swój nudny, choć zdumiewająco kompetentny wykład i spytała:

– Chodzi o butelkę z takim mlecznym płynem? Była tam wczoraj po kolacji.

– To dawno temu. Czy któraś z was korzystała dziś rano z tej łazienki?

Żadna się nie przyznała. Popatrzyły po sobie w milczeniu.

W tym momencie drzwi się otworzyły. Weszła siostra przełożona i cicho zamknęła je za sobą. Dał się słyszeć szelest wykrochmalonego materiału i bliźniaczki zsunęły się z biurka, stając na baczność. Diana Harper podniosła się ociężale z fotela. Wszystkie zwróciły się w kierunku panny Taylor.

– Dzieci – zaczęła i ten niespodziewany, łagodny zwrot powiedział im prawdę, jeszcze zanim przemówiła. – Dzieci, Heather Pearce umarła kilka minut temu. Nie wiemy jeszcze jak ani dlaczego, ale kiedy dzieje się coś tak niewytłumaczalnego, musimy wezwać policję. Sekretarz szpitala właśnie to robi. Musicie być dzielne i rozsądne, i jestem pewna, że mogę na to liczyć. Do przyjazdu policji będzie lepiej, żebyśmy nie rozmawiały o tym, co się wydarzyło. Weźcie swoje podręczniki i panna Goodale zaprowadzi was do mojego salonu. Poproszę, żeby przyniesiono wam na górę mocną, gorącą kawę. Zrozumiałyście?

Rozległ się cichy, zbiorowy szept:

– Tak, proszę siostry.

Panna Taylor zwróciła się do panny Beale:

– Bardzo mi przykro, ale to oznacza, że pani też będzie musiała tu poczekać.

– Oczywiście, doskonale rozumiem.

Ich oczy spotkały się ponad głowami studentek w wyrazie ogłuszenia i milczącego współczucia.

Jednak panna Beale była nieco przerażona, przypomniawszy sobie później, jak banalna i nieistotna była jej pierwsza myśl: to chyba najkrótsza inspekcja w historii. „Co powiem Naczelnej Radzie Pielęgniarskiej?”.

V

Parę minut wcześniej cztery osoby w sali ćwiczeń wyprostowały się i spojrzały po sobie, pobladłe i wyczerpane. Heather Pearce nie żyła. Była martwa według wszelkich kryteriów, prawnych i medycznych. Wiedzieli to od pięciu minut, ale robili, co mogli, uparcie i bez słowa, jakby istniała szansa, że zwiotczałe serce znów zacznie pulsować. Przód kamizelki doktora Courtneya-Briggsa był cały we krwi. On sam patrzył teraz na zastygające plamy z grymasem zdumienia, jakby krew była dla niego nieznaną substancją. Masaż serca okazał się krwawy i nieskuteczny. „Zdumiewająco krwawy jak na Courtneya-Briggsa” – pomyślała siostra przełożona. Ale z pewnością ta próba była usprawiedliwiona. Nie było czasu, żeby zabrać dziewczynę na salę operacyjną. Wielka szkoda, że siostra Gearing wyciągnęła rurkę. Była to zapewne odruchowa, naturalna reakcja, lecz pozbawiła Pearce jedynej szansy. Gdyby rurka była na miejscu, mogliby przynajmniej zastosować natychmiastowe płukanie żołądka. Ale próbę włożenia innej rurki przez nos uniemożliwiły spazmatyczne drgawki dziewczyny, a kiedy te ustały, już było za późno i Courtney-Briggs musiał otworzyć klatkę piersiową, próbując jedynej metody, jaka mu została. Był znany ze swoich heroicznych wysiłków. Niestety, ciało zostało żałośnie okaleczone, a w sali cuchnęło teraz jak w rzeźni. Takie rzeczy lepiej robić w szpitalu, pod osłoną rytualnej procedury operacji.

Doktor pierwszy zabrał głos.

– To nie była śmierć naturalna. W tym pożywieniu było coś jeszcze prócz mleka. Jak sądzę, to oczywiste dla nas wszystkich. Musimy wezwać policję. Zadzwonię do Scotland Yardu. Tak się składa, że znam tam kogoś. Jednego z komisarzy.

„Zawsze zna kogoś” – pomyślała siostra przełożona. Poczuła potrzebę, aby mu się sprzeciwić. Przeżyty szok zaowocował rozdrażnieniem, które irracjonalnie skupiło się na nim. Powiedziała spokojnie:

– Właściwym organem dla tej sprawy jest lokalna policja i powinien ją wezwać sekretarz szpitala. Zaraz porozmawiam o tym z panem Hudsonem. Sami zawiadomią Scotland Yard, jeśli uznają to za konieczne. Osobiście nie widzę takiej potrzeby. Ale decyzja należy do tutejszego komendanta, nie do nas.

Podeszła do telefonu na ścianie, ostrożnie omijając skuloną postać panny Rolfe. Dyrektorka nadal klęczała na podłodze. „Wygląda – pomyślała przełożona – jak postać z wiktoriańskiego melodramatu z tymi płonącymi oczami w kredowobiałej twarzy, z czarnymi, rozczochranymi włosami pod plisowanym czepkiem i z zakrwawionymi rękami, które obracała wolno z chłodnym zainteresowaniem, jakby jej też trudno było uwierzyć, że krew jest prawdziwa”.

– Jeśli istnieje podejrzenie przestępstwa, to chyba nie powinniśmy ruszać ciała?

Courtney-Briggs odpowiedział ostro:

– Nie mam zamiaru jej ruszać!

– Ale nie możemy jej tak zostawić! – zaprotestowała panna Gearing ze łzami w oczach. – Nie w tym stanie!

Chirurg rzucił jej gniewne spojrzenie.

– Moja dobra kobieto, ta dziewczyna nie żyje. Nie żyje! Co za różnica, gdzie zostawimy ciało? Ona nic nie czuje. Nic nie wie. I na miłość boską, niech pani nie zaczyna rozrzewniać się nad śmiercią. Poniżające jest to, że w ogóle umieramy, a nie to, co się dzieje z naszymi ciałami.

Odwrócił się i podszedł do okna. Siostra Gearing zrobiła ruch, jakby chciała iść za nim, a potem opadła na najbliższe krzesło, zanosząc się urywanym szlochem. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Siostra Rolfe podniosła się sztywno. Trzymając ręce wyciągnięte przed sobą w typowym geście pielęgniarki asystującej przy operacji, podeszła do zlewu w rogu, trąciła kurek łokciem i zaczęła się myć. Siostra przełożona zdjęła słuchawkę telefonu wiszącego na ścianie i wykręciła pięciocyfrowy numer wewnętrzny. Usłyszeli jej opanowany głos.

– Sekretariat? Zastałam pana Hudsona? Mówi siostra przełożona. – Nastąpił moment ciszy. – Dzień dobry panu. Dzwonię z sali ćwiczeń w Nightingale House. Czy mógłby pan tu zaraz przyjść? Tak. Bardzo pilne. Zdarzyło się coś tragicznego i strasznego, będzie pan musiał zawiadomić policję. Nie, wolę nie mówić o tym przez telefon. Dziękuję. – Odłożyła słuchawkę i powiedziała ze spokojem: – Już tu idzie. Będziemy musieli też poinformować wiceprezesa; nieszczęśliwie się składa, że sir Marcus jest w Izraelu. Najpierw jednak trzeba wezwać policję. A teraz pójdę powiedzieć o tym innym studentkom.

Siostra Gearing starała się opanować. Wytarła hałaśliwie nos, włożyła chusteczkę do kieszeni uniformu i podniosła zapłakaną twarz.

– Przepraszam. To chyba z powodu szoku. Ale to prawdziwy koszmar! Jak mogło dojść do takiej przerażającej rzeczy? I pierwszy raz prowadziłam lekcję. A wszyscy siedzieli i patrzyli. Inne studentki też. Co za okropny wypadek!

– Wypadek? – Courtney-Briggs odwrócił się od okna. Podszedł do niej i pochylił nad nią swoją byczą głowę. Jego głos był ostry, wzgardliwy, kiedy niemal plunął jej słowami w twarz. – Wypadek? Sugeruje pani, że żrąca trucizna znalazła się w tym pożywieniu przypadkiem? Albo że dziewczyna o zdrowych zmysłach wybrałaby ten potworny sposób, żeby popełnić samobójstwo? Trochę odwagi, siostro, dlaczego choć raz nie zdobyć się na szczerość? Byliśmy właśnie świadkami morderstwa!

ROZDZIAŁ 2CHWILA CISZY O PÓŁNOCY

I

Był późny środowy wieczór dwudziestego ósmego stycznia, szesnaście dni po śmierci panny Pearce. Panna Dakers siedziała w świetlicy na pierwszym piętrze Nightingale House, pisząc swój cotygodniowy list do matki. Zwykle kończyła go w porę, żeby wysłać wieczorną pocztą, ale tym razem było to zadanie ponad jej siły. W koszu na śmieci leżały już dwie pokreślone wersje na brudno, a teraz zabierała się do trzeciej.

Siedziała pod oknem, przy biurku jednej z bliźniaczek, lewym łokciem dotykając ciężkiej zasłony, która odgradzała pokój od wilgotnej ciemności nocy, i osłaniając zgiętym przedramieniem papier listowy. Naprzeciwko niej światło lampy lśniło na opuszczonej głowie Madeleine Goodale, która była tak blisko, że widziała czystą, jasną skórę w miejscu przedziałka i czuła delikatny zapach szamponu. Goodale miała przed sobą dwa otwarte podręczniki i robiła notatki. „Niczym się nie przejmuje – pomyślała panna Dakers z ukrytą zazdrością. – Nic w świetlicy ani poza nią nie przeszkadza jej w spokojnej koncentracji. Solidna i pilna Goodale szykuje się do przypięcia na swoim nieskazitelnym fartuszku Złotego Medalu Johna Carpendara za najlepsze wyniki egzaminów końcowych”.

Przestraszona intensywnością tej nagłej i haniebnej niechęci, którą jeszcze Goodale gotowa odczuć, Dakers odwróciła wzrok od jej pochylonej irytująco blisko głowy i rozejrzała się po pokoju. Znała go tak dobrze po trzech latach nauki, że zwykle nie zauważała już detali architektonicznych ani mebli. Jednak dzisiaj zobaczyła go z niespodziewaną ostrością, jakby całkiem nowymi oczami. Był zbyt duży, aby go można nazwać przytulnym, i umeblowany zbieranymi przez lata, przypadkowymi meblami. Kiedyś musiał tu być elegancki salon, ale ściany już od dawna nie miały tapet i pomalowane łuszczącą się farbą czekały na obiecany remont. Ozdobny kominek z rzeźbionego marmuru mieścił w sobie duży piecyk gazowy, stary i brzydki, ale zdumiewająco wydajny – ogrzewał z sykiem nawet najdalsze kąty. Solidny, mahoniowy stół pod przeciwną ścianą, zarzucony czasopismami, mógł należeć jeszcze do samego Johna Carpendara. Jednak był już zniszczony i zmatowiały, bo choć odkurzano go regularnie, to rzadko polerowano, a zniszczony blat nosił liczne odciski szklanek. Na lewo od kominka stał w groteskowym kontraście duży, nowoczesny telewizor, dar od Ligi Przyjaciół Szpitala. Przed nim znajdowała się długa, pokryta kretonem kanapa z zapadającymi się sprężynami i pojedynczy fotel od kompletu. Reszta krzeseł, już zbyt starych i wysłużonych dla pacjentów, pochodziła z ambulatorium przyszpitalnego. Drewniane oparcia na ręce były brudne, a kolorowe winylowe siedzenia pachniały nieprzyjemnie w cieple ognia z kominka. Jedno z nich było puste. To z czerwonym siedzeniem, którego zawsze używała Pearce. Gardząc wspólną kanapą, siadała nieco z boku, patrząc na ekran z wystudiowanym brakiem zainteresowania, jakby to była przyjemność, którą mogła sobie z łatwością darować. Od czasu do czasu spuszczała oczy na książkę na kolanach, jakby nie mogła już znieść tych głupot pokazywanych dla pustej rozrywki. „Jej towarzystwo – pomyślała panna Dakers – z reguły było niemile widziane i krępujące”. W świetlicy zawsze panowała weselsza i swobodniejsza atmosfera bez tej sztywno wyprostowanej i surowej postaci. Ale puste krzesło z wygniecionym siedzeniem było jeszcze gorsze. Żałowała, że nie ma odwagi podejść do niego, ustawić obok innych krzeseł przed telewizorem i usiąść nonszalancko na wyciągniętym winylu, uwalniając się w ten sposób raz na zawsze od męczącej obecności ducha. Zastanawiała się, czy inne studentki czują to samo. Nie sposób o to pytać. Czy bliźniaczki, wciśnięte w głąb kanapy, były rzeczywiście bez reszty pochłonięte starym, gangsterskim filmem? Obie robiły na drutach grube swetry, które zwykle nosiły zimą; migając sprawnie drutami, nie odrywały oczu od ekranu. Obok rozwaliła się w fotelu Jo Fallon, przerzuciwszy niedbale jedną nogę w spodniach przez oparcie. Był to jej pierwszy dzień w szkole po powrocie z izby chorych i nadal wyglądała blado i mizernie. Czy naprawdę z zafascynowaniem śledzi losy bohatera w śmiesznym, wysokim kapeluszu na wybrylantynowanych włosach i w garniturzez wypchanymi ramionami, którego wrzaskliwy głos, przerywany strzałami z pistoletu, wypełnia pokój? Czy jej także doskwiera makabryczna bliskość pustego czerwonego krzesła z wygniecionym siedzeniem i drewnianymi oparciami wytartymi rękami Pearce?

Christine Dakers zadrżała. Zegar ścienny pokazywał, że jest już po wpół do dziesiątej. Za oknem rozszalała się wichura. Zapowiadała się niespokojna noc. W rzadkich przerwach między strzelaniną płynącą z ekranu słyszała trzask gałęzi i wyobrażała sobie ostatnie liście opadające z drzew wokół pogrążonego w ciszy, odizolowanego od świata Nightingale House.

Zmusiła się, żeby wziąć pióro. Naprawdę musi się pospieszyć! Zaraz będzie pora nocna i studentki, jedna po drugiej, zaczną się żegnać i znikać, zostawiając ją z perspektywą samotnego zmagania się ze strachem na źle oświetlonych schodach i ciemnym korytarzu. Jo Fallon naturalnie nadal tu będzie. Nigdy nie kładła się spać przed końcem programu telewizyjnego. Szła wtedy sama na górę przygotować sobie wieczorną whisky z gorącą wodą i cytryną. Wszyscy znali ten jej zwyczaj. Ale panna Dakers czuła, że nie zniesie sam na sam z Fallon. To była ostatnia osoba, na której towarzystwo miała ochotę, nawet podczas przerażającej wędrówki ze świetlicy do sypialni.

Znów zaczęła pisać.

„Proszę Cię, mamo, nie zamartwiaj się tym morderstwem”.

Niedorzeczność tego zdania uderzyła ją natychmiast, gdy zobaczyła je na papierze. Musi unikać tego budzącego emocje, splamionego krwią słowa. Spróbowała jeszcze raz.

„Proszę Cię, mamo, nie martw się tym, co czytasz w gazetach. Naprawdę nie ma takiej potrzeby. Jestem całkiem bezpieczna i w gruncie rzeczy nikt chyba nie wierzy, że Pearce została rozmyślnie zabita”.

To nie była prawda, oczywiście. Niektórzy musieli tak myśleć, bo co by tu robiła policja? Trudno przypuszczać, żeby trucizna dostała się do pożywienia przypadkiem albo żeby Pearce, ta bogobojna, pryncypialna i nudna Pearce, sama wybrała taką efektowną śmierć w męczarniach. Pisała dalej: